Ruch Muzyczny 16-17/2024 - Opracowanie Zbiorowe

Kup ebooka

8.90 zł
7.39 zł (7,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#16-17 2024 rok LXVIII

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor naczelny

Daniel Cichy

Redaktor prowadzącyMichał Mendyk

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

maciej_kucharski@pwm.com.pl

Zastępca redaktora naczelnego, festiwale

Krzysztof Stefański

krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, koncertyPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl

Swoboda ruchu, muzyka dawna

Karolina Kolinek-Siechowicz

karolina_kolinek-siechowicz@pwm.com.pl

Swoboda ruchu, muzyka współczesna

Dominika Micałdominika_mical@pwm.com.pl

Wydawnictwa

Michał Mendyk

michal_mendyk@pwm.com.pl

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

redakcja@ruchmuzyczny.pl

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

marek.knap@asp.waw.pl

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Internet

Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

pwm@pwm.com.pl

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.

Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Adres

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

email: redakcja@ruchmuzyczny.pl

www.ruchmuzyczny.pl

ruchmuzyczny

ruchmuzyczny

RuchMuzyczny

Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: prenumerata@pwm.com.pl

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Na okładce Maria Sławek, fot. Bartek Wieczorek

ZAPACHY, SMAKI, DŹWIĘKI

Michał Mendyk

Fot. Bartek Warzecha

Najwięcej podróżuję z Misiem. Przynajmniej trzy razy dziennie. Najlepszy jest spacer poranny, poprzedzony radosnym tańcem ogona i prawdziwie straussowskim galopem od posłania do drzwi. Podróże z Misiem opierają się jednak raczej na rutynie aniżeli na odkryciach. Stałe przystanki to "róg obfitości" (mieszkańcy warszawskiego Muranowa potrafią zostawić na trawniku obrane ze skorupki jajka na twardo, ciepły filet rybny, a nawet gicz cielęcą), habazie na tyłach naszego punktowca oraz aromatyczny śmietnik nieopodal Warszawskiej Opery Kameralnej.

Jeśli chodzi o umiłowanie rutyny, niewiele różnię się od Misia, choć u mnie rytm dyktują raczej kubki smakowe. Tybetańskie pierożki na parze, wegański ramen, szwedzka piekarnia i - najważniejsze! - ciastka z kultowej włoskiej cukierni. Można w niej spotkać Maćka Filipczuka, jeśli akurat nie odwiedza zakątków Europy, o których nie śniło się muzykologom, a które barwnie opisuje w naszym wakacyjnym przewodniku. Czasem pojawiają się też tajemnicze postaci w barokowych perukach, korzystające z przerwy w próbach do Mozarta czy Monteverdiego. To głosy Warszawskiej Opery Kameralnej, gdzie swoją odyseję rozpoczął niejeden miłośnik muzyki dawnej, w tym przynajmniej dwie członkinie Barokowej Żylety, z którymi spotkał się Mateusz Ciupka. Konsumpcję cannolo przerywa mi też czasem telefon z redakcji, zwykle od Maćka Kucharskiego. Niestety nigdy nie zadzwonił, by opowiedzieć o dziesięciu najciekawszych salach koncertowych świata. Pewnie czekał z tym na wakacyjny numer #...

Jeśli nie jest to jeszcze jasne - nie lubię podróżować. Dziś wiem, że Światowa Organizacja Zdrowia zna takie przypadki od dawna i nawet nadała im specjalny numer. I choć byłem na Teneryfie i w Lizbonie, której dźwięki plastycznie opisują Anna Rusin i Małgorzata Grajter, to pod wieloma względami najlepiej wspominam... pandemię COVID-19 na Muranowie. Zazdroszczę Tejchmie, Filipczukowi, Kucharskiemu oraz innym autorom podróżnikom, ale też cieszę się, że dzięki # mogę choć trochę uczestniczyć w ich niezwykłych przygodach. A więc, komu w drogę, temu czas!

Cytat numeru:

Smutek osób LGBT+, zmęczonych ciągłą WALKĄ o bycie dostrzeżonym i uznanym. Smutek Polaków, których historia uczyniła REKORDZISTAMI KRZYWD i unieważnień. Wszyscy słuchają Chopina i czują się przytuleni. To ten sam SMUTEK

--Szymon Atys

Każdy ma PUDEŁKO z polskością

D'ARC jest operą w równym stopniu o powstaniu warszawskim, jak o ORLEANIE Joanny d'Arc oraz o strajkach klimatycznych

z KRYSTIANEM LADĄ rozmawia

Jacek Marczyński

Jacek Marczyński: Najpierw był pomysł na D'ARC czy zaproszenie do realizacji spektaklu w 80 rocznicę powstania warszawskiego?

Krystian Lada: Najpierw było zaproszenie, najbardziej zaskakujące z możliwych. Ale im dłużej o nim myślałem, tym lepiej rozumiałem, że przyszło we właściwym momencie. Z jednej strony wpisało się w to, co interesuje mnie artystycznie - sprawdzanie, jak pojemny jest zakres opery i czym ona może być poza tradycyjną przestrzenią teatralną. Z drugiej - rezonowało z tym, że ostatnio często się zastanawiam, co to znaczy być Polakiem wobec otaczających nas wydarzeń.

Mieszkasz od 20 lat za granicą. Czy to dlatego potrzebna ci była taka refleksja?

Artysta działający poza krajem pochodzenia zawsze jest postrzegany przez zagranicę jako emisariusz. Gdy w Polsce dzieje się źle, pojawia się oczekiwanie, że będę to wyjaśniał. Gdy dzieje się dobrze - powinienem być z tego dumny. W oczach innych stajesz się Polską, choć opera jest sztuką uniwersalną, ponadnarodową. Nosimy jednak w sobie pudełko z polskością, które otwiera się w najmniej oczekiwanych sytuacjach. Zacząłem się więc zastanawiać, czym jest polskość i co znaczy mówić o Polsce. To dotyka określonych haseł, jak choćby patriotyzm, który w pewnym momencie został w kraju zaanektowany przez określoną część społeczeństwa. A zatem, czy można go sobie na nowo zdefiniować? Także naród, narodowość, polskie pochodzenie?

Jak przyjęli propozycję ci, którym zaproponowałeś udział w projekcie?

Na początku wydawało mi się, że tylko mnie zajmują takie tematy. Ale dzwoniąc z zaproszeniem do Agnieszki Grochowskiej, Dobrawy Czocher i Gabrieli Legun, zorientowałem się, że trzy tak różne artystki stawiają podobne pytania. Może więc rzeczywiście nasze pokolenie i te zbliżone zadają sobie je na nowo. I może dzieje się tak, paradoksalnie, właśnie dlatego, że opieramy się na międzynarodowych umocowaniach, że dziś wszyscy jesteśmy obywatelami świata.

Te pytanie wracają tym bardziej?

Chyba tak, bo przeglądamy się w sobie nawzajem jak w lustrze. My, Europejczycy, jesteśmy bardzo różnorodną grupą. Z reżyserskiego doświadczenia widzę, jak bardzo różni się publiczność polska od chociażby niemieckiej. Dostrzegłem to wtedy, gdy w ciągu jednego tygodnia prezentowaliśmy Aria di potenza w Warszawie i w Weimarze. To były zupełnie inne reakcje, w obu wypadkach ciekawe, ale skupiające się na innych elementach tego samego spektaklu.

A czy D'ARC mógłbyś pokazać na przykład we Francji?

Nie. To opera site-specific, uszyta na miarę określonej przestrzeni architektonicznej, muzeum, miasta i okazji, jaką jest 80 rocznica powstania warszawskiego.

Robisz widowisko okolicznościowe? To chyba sytuacja niebezpieczna dla artysty.

Zgoda, premiera odbywa się w związku z określoną okolicznością. Ale tak przecież powstawała duża część repertuaru operowego - z okazji koronacji, zaślubin czy jubileuszy. Otrzymując zaproszenie od muzeum, nie dostałem jednak konkretnego tematu, miałem absolutnie wolną rękę. Więcej rozmawialiśmy o formie, bo organizatorom zależało na spektaklu wykorzystującym wielowymiarowość opery. Wymyśliłem więc scenariusz, w którym jedna z bohaterek to powstanka, a dwie pozostałe - nie. Spektakl jest w równym stopniu o powstaniu warszawskim, jak o Orleanie Joanny d'Arc oraz o strajkach klimatycznych. Trzy bohaterki łączy specyficzny rodzaj heroizmu. Gdy mówimy o wojnie, zwykle myślimy o chłopcach z bagnetami na barykadach, o ludziach, którzy oddają swoje lub odbierają czyjeś życie. Prawie nigdy - o kobietach czuwających przy kuchniach pod gruzami bombardowanych budynków, czy tych, które tną prześcieradła i robią z nich bandaże dla rannych. Bardzo mało opowiadamy o osobach, które życie - swoje i innych - podtrzymują codziennie na przekór wojennej rzeczywistości.

Interesuje mnie idea oddania czemuś, co jest istotniejsze od jednostkowego życia. Co to znaczy: poświęcić się? Wyobraziłem sobie walczącą nastolatkę Joannę d'Arc w czasach, kiedy kobiety miały tylko rodzić dzieci i czekać w domu na męża. A ona zrobiła coś, co wymknęło się logice czasów i co później było różnie - nie tylko pozytywnie - oceniane. Strajki klimatyczne na planecie, która jest oblężona jak kiedyś Orlean czy Warszawa, też budzą kontrowersje. Te trzy obrazy nałożyły się na siebie w spektaklu bez jednoznacznej tezy. Opera D'ARC rodziła się w wielu rozmowach i niesie więcej pytań niż odpowiedzi.

I rodzi się we wspólnym działaniu różnych osób?

Bardzo mi na tym zależało, bo powstanie warszawskie było ideą wspólnotową, generacyjną. Nie chciałem więc, by spektakl D'ARC stał się klasyczną operą z jednym kompozytorem i jednym librecistą. Wolałem, by uczestniczyło w tym wiele osób - piszących i komponujących. Chętnie podejmuję projekty niebędące klasycznymi wystawieniami - dzięki nim mogę współtworzyć z ludźmi, z którymi chcę pracować, a którzy często działają poza operowym obiegiem. Choćby z aktorką Agnieszką Grochowską - postać Joan została wymyślona dla niej i cieszę się, że zgodziła się przyjąć propozycję. Poza tym projekt powstaje na zamówienie muzeum, a nie teatru. Z założenia wymaga więc niekonwencjonalnego podejścia do dramaturgii operowej.

Fot. Katarzyna Stefanowska

Nie będzie tradycyjnej uwertury i linearnej opowieści?

Nazwałem D'ARC spektaklem chodzonym, ponieważ publiczność będzie przemieszczać się między scenami do kolejnych stacji wokół budynku muzeum. Uważam, że mówienie o historii jest zawsze rodzajem podróży, którą sami wymyślamy: otrzymujemy mapę faktów, dat i nazwisk, ale sami decydujemy, dokąd pójdziemy i na co zwrócimy uwagę. Publiczność zostanie podzielona na mniejsze grupy, by zapewnić każdemu bardziej intymne, odmienne doświadczenie.

Może więc należałoby obejrzeć D'ARC kilka razy?

Od kilku lat robię coś, co wiele osób mi odradza: tworzę złożone spektakle - właśnie takie, które warto obejrzeć kilka razy. Jestem świadom, że dziś staramy się raczej, by widz przyszedł do opery choć raz. Ale wierzę też, że odpowiedzią sztuki na zredukowany i uproszczony obraz rzeczywistości, jaki serwują media, jest właśnie wielowymiarowe jej odzwierciedlenie. Za jedno z zadań sztuki uważam wyrabianie w widzach umiejętności krytycznego myślenia, odczytywania metafor i symboli, łączenia pozornie niezwiązanych elementów. Inaczej nie będziemy społeczeństwem zdolnym do głębszej refleksji. Dlatego cenię streaming - nie jako źródło pierwszego kontaktu ze spektaklem, ale jako możliwość ponownego jego obejrzenia i dostrzeżenia detali. Cieszę się więc, że D'ARC pojawi się na platformie OperaVision, za sprawą współpracy Muzeum Powstania Warszawskiego z Teatrem Wielkim - Operą Narodową.

Z tego, co mówisz, wynika, że muzyka do D'ARC też powstała w trakcie rozmów.

I jest efektem mojej fascynacji formą operowego pasticcia. D'ARC łączy pracę kilku współczesnych kompozytorów i kompozytorek. Znając każdą i każdego z nich, zasugerowałem im konkretne sceny, tłumacząc im swój wybór. Jednocześnie wciąż mam wewnętrzną potrzebę opiekowania się repertuarem operowym, który chcę na nowo odczytywać. Stąd eksperyment z Rafałem Ryterskim, któremu zaproponowałem, by zrobił cover - używam tego słowa w pełni świadomie - finału jednego z aktów Joanny d'Arc Giuseppe Verdiego. W tej kompozycji czuję siłę rewolucyjnej energii, nieokiełznania - zresztą tak tę operę w czasach kompozytora odbierano. Poprosiłem Rafała, żeby przetłumaczył energię dzieła Verdiego na brzmienie, które zarezonuje z praktyką słuchania muzyki dzisiaj. Zależało mi również, aby przybliżyć słuchaczom Romana Padlewskiego - kompozytora, którego życie skończyło się w powstaniu, gdy miał mniej więcej tyle lat, co dziś Rafał Ryterski czy Teoniki Rożynek. Jego Stabat Mater to niesłychanie mocny, choć zupełnie zapomniany, utwór. A ponieważ lubię przedstawiać w Polsce rzeczy tutaj mało znane, dodałem też muzykę Juliusa Eastmana, który wywodził się z kręgu amerykańskiego minimalizmu, ale jako czarnoskóry gej i osoba mierząca się z bezdomnością nie przebił się do mainstreamu, jak Philip Glass czy Terry Riley. Jego The Holy Presence of Joan d'Arc na dziesięć wiolonczel świadczy dobitnie, że minimalizm może być pełen pasji i emocji.

Od kilku lat robię COŚ, co wiele osób mi odradza: tworzę ZŁOŻONE spektakle - właśnie takie, które warto OBEJRZEĆ kilka razy

D'ARC łączy także różne dziedziny sztuki.

Od początku chciałem, by w poszczególne bohaterki wcieliły się aktorka, śpiewaczka i muzyczka. Są sceny, w których się spotykają - wówczas wiolonczelistka Dobrawa Czocher mówi też tekst, a aktorka Agnieszka Grochowska pracuje z muzyką. Dla mnie takie przenikanie się jest fundamentalną cechą opery.

A co z warstwą wizualną, plastyczną?

Starałem się wykorzystać to, co daje mi przestrzeń muzeum. Mamy tam mały park, który o zmroku zaczyna przypominać las Joanny d'Arc pod Orleanem. Z drugiej strony - biurowce, niemal takie, jak we Francji - tam rozgrywa się historia współczesnej bohaterki. Są też stare kamienice, wyglądające, jakby stały tam już przed 1939 rokiem. Trzy czasy akcji łączą się w tej złożonej przestrzeni.

Cechą twoich spektakli jest właśnie wykorzystanie istniejącej już przestrzeni. Nawet jeśli jest to tradycyjna scena teatralna, nie starasz się sztucznie jej zabudowywać, by za wszelką cenę udawała inną rzeczywistość.

To jest mój sposób, by wciągnąć widza w przedstawiane sytuacje, by nie traktował bohaterów, jak pokazywane z daleka kukiełki. Od pewnego czasu projektuję również scenografię do swoich spektakli, bo ułatwia mi to osiągnięcie organicznej symbiozy między inscenizacją a warstwą plastyczną. W czasach, gdy ludzie często nie mają dachu nad głową, na scenach operowych buduje się czteropiętrowe domy z podłączeniem wody i gazu, bo budżety na to pozwalają. A po kilku przedstawieniach taki dom ląduje na śmietniku. Dla mnie jest to nieetyczne. Wolę teatralny minimalizm środków. Poza tym nie lubię materiałowej nieszczerości - deski, która udaje w operze, że jest złotem. Część moich koleżanek i kolegów staje w szranki z Netflixem i Hollywoodem, ale ten wyścig przegramy - nie mamy takich budżetów i możliwości technologicznych. Moje największe fascynacje to Tadeusz Kantor, Jerzy Grotowski, Pina Bausch - teatr, którego siłą jest metafora zbudowana z bardzo prostych i szczerych elementów. Wznoszenie domów na scenie i udawanie hollywoodzkich produkcji służy często ukryciu, że reżyser nie wie, co zrobić ze śpiewakami. A dla mnie są oni tym, czym farba dla malarza, marmur dla rzeźbiarza - esencją zdarzenia na scenie.

Jak projekty, takie jak D'ARC, współgrają z twoimi zajęciami przy Ruhrtriennale?

W ogóle nie współgrają. Bardzo często rano, od 5 do 9.50, jestem dyrektorem programowym Ruhrtriennale, a od godziny 10 staję się reżyserem, aby w każdej przerwie między próbami znowu dzwonić, mailować i załatwiać sprawy jednego z największych festiwali sztuk w Niemczech. I tak do końca dnia. Tydzień po marcowej premierze mojego dyptyku w La Monnaie ogłaszałem pierwszy ułożony przeze mnie program Ruhrtriennale, efekt dwóch lat przygotowań. To ogromna impreza: w ciągu pięciu tygodni prezentujemy około 40 nowych projektów i formatów, ponad 140 spektakli, w tym autorstwa Romea Castellucciego z Isabelle Huppert czy Iva van Hove'a z muzyką PJ Harvey, w dziesięciu różnych lokalizacjach. Rozmowy z takimi artystami i ich agentami to naprawdę ciężka praca, ale też świetna przygoda. Uświadamia mi to również, że najbardziej kocham reżyserię operową.

Krystian Lada, #1983, reżyser, librecista, dramaturg; współpracuje z najważniejszymi scenami operowymi Belgii, Holandii, Szwajcarii i Niemiec. Jest reżyserem, scenografem i autorem scenariusza D'ARC. Rozmowa odbyła się przed premierą opery.

Jerzy Artysz

(1930-2024)

Jacek Marczyński

Kiedy o nim myślę, nasuwają mi się: spokój, życzliwość połączona z wyrozumiałością, ale też wysokie wymagania stawiane tym, którzy zdecydowali się wejść na artystyczną drogę. Wędrówka ta była według niego nieustannym "poszukiwaniem". I taki tytuł nosi wywiad rzeka (wydany przez PWM), w którym jedyny raz opowiedział o sobie.

Nie widziałem jego pierwszych wcieleń w warszawskiej Operze - jeszcze na scenie Romy, a potem w Teatrze Wielkim. Mniej i bardziej ścisłe związki Jerzego Artysza z nią trwały cztery dekady: zaczynał w 1963 roku od mniejszych ról w Carmen i Opowieściach Hoffmanna, ale już rok później był Posą w Don Carlosie. Pierwsza wielka kreacja, jaką dane mi było poznać, to Jozue w Jutrze Tadeusza Bairda (1966), w znakomitym spektaklu Aleksandra Bardiniego, później szczęśliwie przeniesionym w nadmorski plener przez telewizję. Na drugim krańcu był Monteverdi (Orfeusz czy Ottone w Koronacji Poppei) w Wielkim i na Wratislavii Cantans, bo Artysz należał do ulubionych śpiewaków twórcy tego festiwalu, Andrzeja Markowskiego.

Jeśli chodzi o repertuar współczesny, trudno nie wspomnieć o Ojcu w Ignorancie i szaleńcu Mykietyna (2001), a tym bardziej o Schulzowskim krawcu Jakubie w Manekinach Zbigniewa Rudzińskiego (1982). Ta postać zrosła się z nim na lat kilkanaście, objechał z nią pół Europy. Z oper XIX-wiecznych nie zapomnę Wolframa i Pieśni do gwiazdy w Tannhäuserze czy Traviaty, w której charakterystyczny groszek w jego głosie nadał Germontowi w arii Di Provenza il mar wzruszający rys. Był też malowany półcieniami Falstaff w Warszawskiej Operze Kameralnej - człowiek zmęczony życiem, niezdarnie zalecający się do kumoszek z Windsoru. A jednak obity kijami, wzbudzał współczucie, bo Artysz nie pozbawił go godności i mądrości.

I recitale, choćby z Czterema sonetami miłosnymi Bairda. Śpiewał Podróż zimową do słów Barańczaka, dowodząc, że współczesny tekst nie odbiera muzyce Schuberta wartości uniwersalnych. Ostatnią kreacją stało się Ładnienie, skomponowane przez Mykietyna do wiersza Marcina Świetlickiego, za którą otrzymał nagrodę Orfeusza na Warszawskiej Jesieni w 2005 roku.

O innej roli życiowej profesora Artysza najlepiej opowiedzieliby jego uczniowie: Jadwiga Rappé, Anna Radziejewska, Artur Stefanowicz czy Jan Jakub Monowid. Ostatni jego student, Piotr Pieron, napisał w mediach społecznościowych: "To on nauczył mnie najważniejszych rzeczy w śpiewie - słowo, oddech, odwaga... On pierwszy pokazał mi świat współczesnej muzyki. On wpoił miksturę wiary w siebie i pokory".

By zaś nie skończyć w tonie zbyt podniosłym, którego Artysz nie lubił, przywołam wspomnienie Marii Fołtyn, która przed laty, wróciwszy z zagranicznego konkursu wokalnego, opowiadała mi: "Oczarowała mnie tam Polka, która pięknie śpiewała pieśni Rachmaninowa. Od razu wiedziałam, że nie mogła jej tego nauczyć żadna pindzia z naszych uczelni. A jeżeli nie pindzia, to tylko Jerzy Artysz. I miałam rację".

Przyjdzie na to czas

MKiDN

Kto żyw, rzucił się do składania wniosków o pieniądze z KPO. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego poinformowało, że w pierwszym naborze do Programu wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju (Inwestycja A2.5.1, KPO) wpłynęło 7800 wniosków na łączną kwotę 388 mln złotych.

To pełen przekrój - od instytucji narodowych i samorządowych do indywidualnych twórców i artystów" - stwierdziła Marta Cienkowska, podsekretarz stanu w MKiDN. Budżet przeznaczony na granty dla podmiotów prawnych wynosi ponad 112 mln zł, z czego ponad 5,6 mln przeznaczono na odwołania. W pierwszym naborze złożonych zostało 4619 wniosków na prawie 330 mln zł (średnia wartość jednego to ponad 71 tys. zł). Dotyczyły takich realizacji, jak festiwale, przeglądy i konkursy, wystawy, performanse, happeningi, instalacje artystyczne, spektakle, koncerty, widowiska, badania, popularyzacja wiedzy o kulturze, konferencje i panele dyskusyjne, kursy, szkolenia, warsztaty, projekty edukacyjne i związane z dokumentacją i archiwizacją, a także animacje kulturowe.

Budżet przeznaczony na stypendia to prawie 15,3 mln zł, w tym ponad 760 tys. zł na odwołania. O tę formę dofinansowania ubiega się 3197 wnioskodawców, a łączna wartość planowanych przez nich przedsięwzięć to ponad 87 mln zł. Dotyczą one rozwoju umiejętności artystycznych i cyfrowych lub ekologicznych, szkoleń zawodowych, spotkań i współpracy ze specjalistami w dziedzinie sztuki, a także z innych sektorów: nauki, technologii czy przedsiębiorstw.

Wnioski ocenia 45-osobowy komitet selekcyjny, składający się z przedstawicieli organizacji i instytucji kultury i sektorów kreatywnych. Wnioski dotyczące muzyki trafią do jednego z czterech zespołów, trzy zostały powołane dla teatru, po dwa dla muzealnictwa, sztuk wizualnych, tańca oraz kultury ludowej i tradycyjnej. Komitet ma 21 dni na ocenę, ale resort uprzedził, że czas ten może zostać wydłużony do 45 dni. W chwili oddawania tego numeru # do druku nie były znane wyniki naboru. Poznamy je prawdopodobnie na początku września. --MC, MAK

Muzyczna dyplomacja

MKiDN

Pozostajemy w resorcie kultury: 48 artystów i artystek z Ukrainy, Armenii, Mołdawii i Białorusi odebrało stypendia "Gaude Polonia". Wsparcie otrzymają projekty muzyczne zgłaszane przez kompozytorów, dyrygentów, instrumentalistów czy śpiewaków. Celem programu, realizowanego od 2003 roku, jest promocja polskiego dziedzictwa kulturalnego w Europie Środkowo-Wschodniej. Mogą z niego skorzystać twórcy do 40, a w wyjątkowych przypadkach do 45 roku życia: artyści sztuk wizualnych, filmowcy, tłumacze literatury polskiej, konserwatorzy dzieł sztuki, muzealnicy, historycy i krytycy sztuki, teatru i filmu, którzy mają znaczny dorobek w danej dziedzinie. Programem objęci są także muzycy, którzy w tym rozdaniu stypendiów stanowią blisko połowę nagrodzonych (20 osób). Narodowe Centrum Kultury finansuje uczestnikom - ze środków ministra kultury - zakup materiałów do pracy twórczej, opiekę indywidualnego tutora, zakwaterowanie oraz utrzymanie podczas sześciomiesięcznego pobytu w Polsce. Dotychczas w ramach "Gaude Polonia" przyznano łącznie 962 stypendia dla twórców z 14 państw: Albanii, Armenii, Białorusi, Bułgarii, Gruzji, Kazachstanu, Macedonii, Mołdawii, Rosji, Serbii, Ukrainy, Litwy, Estonii i Czech. Tegoroczny budżet to przeszło 3 mln złotych. --MC, MAK

Wojna znaczy śmierć

Open Opera Ukraine, Ukrinform

Bas Ihor Woronka zginął na wojnie. Był członkiem Narodowego Akademickiego Chóru Dumka. Z operą artysta związał się w 2017 roku i brał udział w klasycznych i eksperymentalnych spektaklach. Występował między innymi w Dydonie i Eneaszu oraz w Acisie i Galatei Händla, produkcjach Open Opera Ukraine.

Do armii zgłosił się, gdy tylko Rosjanie zaatakowali Ukrainę w 2022 roku. Był plutonowym. Pierwszy raz został ranny rok temu, ale po przebytej rekonwalescencji ponownie udał się na front. Tym razem nie wrócił. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez żonę, skrzypaczkę Marynę Rajewską, poległ w boju 6 lipca niedaleko osiedla Nju-Jork w obwodzie donieckim, trzy dni po swoich 49 urodzinach. "Straciliśmy wspaniałego męża, ojca i przyjaciela" - napisała Rajewska. Poinformowała, że nie można uzyskać oficjalnych dokumentów o jego śmierci, ponieważ ciało zostało na terenie zajętym przez Rosjan. Formalnie uznano go więc za zaginionego i nie można odprawić mu pogrzebu. --MC

Reżim nie odpuszcza

pap.pl

Moskiewski sąd miejski uchylił wyrok ośmiu lat więzienia wobec znanego, związanego z Polską reżysera teatralnego Iwana Wyrypajewa - podał portal Radio Swoboda. Sprawę skierowano jednak do ponownego rozpatrzenia przez sąd rejonowy. Wyrypajew jest oskarżony o rozpowszechnianie "fake newsów" o rosyjskim wojsku. Sprawa została ponownie zarejestrowana w rejonowym sądzie Basmannym, który w grudniu zaocznie skazał Wyrypajewa. Reżyser sprzeciwia się rosyjskiej napaści na Ukrainę. Sprawę wszczęto wiosną 2023 roku, w kwietniu wydano nakaz aresztowania, a MSW wystawiło list gończy.

Iwan Wyrypajew od lat mieszka w Polsce. W maju 2022 poinformował, że uzyskał polskie obywatelstwo, zrzekając się obywatelstwa Rosji. Wniosek o nadanie złożył jeszcze przed inwazją na Ukrainę. Znany jest głównie jako reżyser teatralny i filmowy. W swoim dorobku ma także reżyserię Borysa Godunowa Modesta Musorgskiego w poznańskim Teatrze Wielkim w 2016 roku. "Poznańska premiera [...] stanowiła operowy debiut Iwana Wyrypajewa. Aż trudno w to uwierzyć, zważywszy na to, jak bardzo wrażliwy na muzykę spektakl stworzył" - pisał Krzysztof Stefański na łamach #. --MAK

Projekt jest i co dalej?

codziennypoznan.pl, propertydesign.pl

Warszawiacy zaprojektowali poznaniakom Akademię Muzyczną. W mieście, znanym z racjonalnego wydawania pieniędzy, powstanie gmach za ponad 200 mln zł. Konkurs na budowę siedziby Akademii Muzycznej im. Paderewskiego rozpisany został w listopadzie zeszłego roku. Jego współorganizatorem było Stowarzyszenie Architektów Polskich. Zgłosiło się 77 pracowni, w tym zagraniczne - z Francji i Łotwy. Wybrano pięć projektów, a zwycięski okazał się ten z Warszawy, przygotowany przez pracownię WXCA. Werdykt był jednogłośny.

Pracownia WXCA ma w portfolio kilka ważnych realizacji, w tym Europejskie Centrum Edukacji Geologicznej w Chęcinach, Muzeum Historii Polski i Muzeum Wojska Polskiego na Cytadeli Warszawskiej. W Poznaniu powstaje obecnie Muzeum Powstania Wielkopolskiego, również zaprojektowane przez WXCA.

Nowa siedziba Akademii będzie miała 9 kondygnacji, w tym dwie podziemne, oraz powierzchnię 11 tys. metrów kwadratowych. Budynek połączy funkcję sceny teatralno-estradowej (z widownią na około 400 miejsc), siedziby Pracowni Nowych Praktyk Muzycznych i Instytutu Wokalistyki oraz jedynych w tej części Europy studiów o specjalności lutnictwo artystyczne. W obiekcie zaplanowano salę konferencyjną, studia muzyki filmowej, archiwum, pomieszczenia administracyjne oraz podziemny parking na minimum 100 miejsc postojowych.

Uczelnia musi wynegocjować z pracownią zakup projektu, a potem przystąpić do realizacji, która zdaniem rektorki, prof. Hanny Kostrzewskiej, potrwa trzy-cztery lata. Nowy gmach ma stanąć na skrzyżowaniu ulic Grunwaldzkiej i Matejki, w miejscu dawnego Domu Kultury Milicji Obywatelskiej i kina Olimpia. Prezydent Poznania - w imieniu Skarbu Państwa, na mocy rozporządzenia wojewody wielkopolskiego z 8 października 2021 - podpisał 27 maja 2022 roku akt darowizny budynku na cel publiczny, na rzecz Akademii Muzycznej. --MAK, MC

PASSEGGIATA...

eurosport.tvn24.pl, wyborcza.pl

W Polsce poruszenie - jakby spadł na nas deszcz złotych olimpijskich medali. Jakub Józef Orliński, w niektórych kręgach znany jako JJO (czyt. dżej dżej o), wystąpił na otwarciu Igrzysk Olimpijskich w Paryżu. Kontratenor, przebrany w biały, barokowo stylizowany kostium, wykonał arię Viens, Hymen z Les Indes galantes Jeana-Philippe'a Rameau. Czarował nie tylko głosem, lecz także tańcem breakdance. Publiczność szalała. Orliński nie miał jednak łatwego zadania. Niebo pokarało Paryż deszczem, a mokro było też wokół, albowiem show odbywał się na barce płynącej po Sekwanie. Byleby tylko naszej gwiazdy nie dopadło przeziębienie! --MC, MAK

juandiegoflorez.com, OperaWire

"El guapo Peruano" Juan Diego Flórez założył własną markę płytową. Pierwsza płyta Florez Records, poświęcona zarzueli, będzie promowana podczas europejskiego tournée śpiewaka, który we wrześniu wystąpi z tym programem w Teatro Real w Madrycie, Palau de la Música Catalana w Barcelonie, wiedeńskim Konzerthausie, Sali Victoria w Genewie oraz Filharmonii Paryskiej. Artyście na płycie towarzyszyć będzie młodzieżowa orkiestra Sinfonía por el Perú prowadzona przez Guillerma Garcíę Calvo. Tenor dołącza tym samym do kilku innych operowych gwiazd, które postanowiły wydawać nagrania samodzielnie. Zrobiły to wcześniej choćby Sonja Jonczewa i Marina Rebeka.

--MC, MAK

koncertnisal.cz, operaplus.cz

Wygląda jak statek kosmiczny, który wylądował na dachu socrealistycznego budynku. Ostrawa będzie miała jedną z najoryginalniejszych sal koncertowych świata. Unikatowość projektu polega na połączeniu istniejącego Domu Kultury Miasta Ostrawy, siedziby Filharmonii im. Leoša Janáčka, z nowym gmachem. DKMO wybudowany został w latach 1956-1961 według projektu Jaroslava Fragnera. Czesi postanowili go nie burzyć, ale zmodernizować, "zatapiając" w jego strukturę nową salę koncertową. Projekt przygotował słynny amerykański architekt, Steven Holl z Nowego Jorku, we współpracy z pracownią Architecture Acts. --MC

The Canadian Press

"The Well-Cocained Clavier" - można by zażartować, choć w tym wypadku uśmiech raczej zamiera nam na ustach. Amerykańscy celnicy odkryli narkotyki ukryte w fortepianie. Instrument z nietypową zawartością odnaleziony został w Kanadzie, w Saint-Félix-de-Valois, 75 kilometrów na północny wschód od Montrealu. Funkcjonariusze amerykańskiej służby celnej, współpracujący z kanadyjską policją, 2 lipca przeszukiwali dwa domy oraz garaż w związku ze śledztwem dotyczącym przemytu narkotyków i przestępczości zorganizowanej. Uwagę mundurowych przykuł instrument, który nie grał, ponieważ pozbawiony został mechanizmu oraz strun. Zamiast nich w środku umieszczono 67 paczek. Po zbadaniu okazało się, że zawierały dokładnie 62,7 kg kokainy. --MC