#12 2024 rok LXVIII
Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku
Redaktor naczelny
Daniel Cichy
Redaktor prowadzącyPiotr Mika
Sekretarz redakcji
Maciej Kucharski
maciej_kucharski@pwm.com.pl
Zastępca redaktora naczelnego, festiwale
Krzysztof Stefański
krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, koncertyPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl
Swoboda ruchu, muzyka dawna
Karolina Kolinek-Siechowicz
karolina_kolinek-siechowicz@pwm.com.pl
Swoboda ruchu, muzyka współczesna
Dominika Micałdominika_mical@pwm.com.pl
Wydawnictwa
Michał Mendyk
michal_mendyk@pwm.com.pl
Teatr muzyczny
Jacek Marczyński
Sekretariat
Katarzyna Dubiel
redakcja@ruchmuzyczny.pl
Dyrektor artystyczny
projekt graficzny
Marek Knap
marek.knap@asp.waw.pl
Studio graficzne
Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)
Redakcja i korekta
Maria Konopka-Wichrowska
Internet
Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl
Wydawca
Polskie Wydawnictwo Muzyczne
al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków
Oddział w Warszawie
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
pwm@pwm.com.pl
Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów.
Za treść reklam redakcja nie odpowiada.
Adres
ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa
tel.: +48 885 860 332
email: redakcja@ruchmuzyczny.pl
www.ruchmuzyczny.pl
ruchmuzyczny
ruchmuzyczny
RuchMuzyczny
Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: prenumerata@pwm.com.pl
"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych
informacje na www.defacto.org.pl
Na okładce Thomas Quasthoff jako Amfortas w Parsifalu Richarda Wagnera, Wiedeńska Opera Państwowa, kwiecień 2004, fot. Axel Zeininger/Wiener Staatsoper
Czarne serduszko nie bierze jeńców
z RAFAŁEM RYTERSKIM rozmawia
Piotr Mika
Fot. archiwum prywatne
Piotr Mika: Staniesz na moment obok Rafała kompozytora i z tej perspektywy powiesz, dlaczego jego utwór zwyciężył w tegorocznej Trybunie? Co stanowi o sile Totentanz?
Rafał Ryterski: Przede wszystkim wciąż jest boleśnie aktualny ze względu na to, co dzieje się teraz na świecie. Codziennie rano słucham podcastu BBC, czytam o wojnach w Ukrainie, w Strefie Gazy. Są też kwestie klimatu - rok 2023 był najgorętszym rokiem w historii pomiarów. Totentanz mówi nie tylko o rzeczywistości, w której żyjemy, lecz także o tym, co w związku z tym czujemy. Jest o łapiącym za gardło smutku, lęku, ale i o znieczuleniu, eskapizmie.
Moja muzyka z reguły jest mocna. Staram się nie brać jeńców i czasem lubię przywalić. Oczywiście nie chcę nikomu robić na złość, nie chcę szokować czy wprowadzać w dyskomfort. Mówię o tym, co mnie dotyka, a robię to w sposób dla mnie naturalny. Jestem osobą dosyć ekspresyjną, neuroatypową. Postrzegam czas w zakrzywiony sposób, a muzyka pomaga mi ten czas uporządkować, ułożyć dramaturgicznie.
Poza tym wydaje mi się, że to utwór cool - z wieloma inspiracjami muzycznymi, figlarny, poruszający tematy interesujące społeczeństwo.
O zainteresowaniu tematyką podejmowaną w utworze mówisz w liczbie mnogiej, a dzięki dyskusjom po prawykonaniu przekonaliśmy się, że twoja muzyczna obserwacja rzeczywistości nie wszystkim jest bliska. Kiedyś powiedziałeś, że denerwuje cię brak feedbacku od słuchaczy klasyki, co rekompensuje ci publiczność twoich tanecznych setów. Tym razem na brak reakcji nie mogłeś narzekać.
Reakcja publiczności była żywa, ale zaszła post factum. W muzyce tanecznej pociąga mnie to, że już w czasie grania czuję energię zwrotną. Życzyłbym sobie, by ludzie w filharmonii reagowali... bardziej. Tu mówiliśmy o rzeczach poważnych, ale tematy były też obleczone w groteskę.
Utwór ten poruszył przede wszystkim moje serce. Wielokrotnie powtarzam, że kompozytor, który nie lubi swoich utworów, to zły kompozytor. To nie moje słowa. Quentin Tarantino powiedział, że filmy robi dla siebie, by móc oglądać kino, jakie lubi. Nie znoszę kokieterii, określania własnych kompozycji sprzed roku jako straszne. Taka postawa to już powód do popracowania nad szczerością z samym sobą. Ja Totentanz lubię - jest dla mnie ważny, bliski, osobisty i dobrze mi się go słucha. Po to powinno się robić sztukę - żeby samemu móc jej doświadczać.
Gotowy nagłówek: Rafał Ryterski lubi swoją muzykę.
O, tak! Są artyści, którzy powtarzają, że nie lubią swoich dzieł. A ja myślę, że powinniśmy być z nich dumni.
Co do recepcji utworu... Była niezwykła i różna. Dzień po prawykonaniu ukazała się recenzja Anny S. Dębowskiej, która Totentanz określiła jako "manifest milenialsów" autorstwa "queerowego kompozytora". Owszem, jestem osobą queerową, ale nie oznacza to, że powinno się mnie tak zaszufladkować. Nie każdy mój utwór jest queerowy. W Totentanz akurat pojawia się taki wątek, bo w Polsce doświadczyliśmy w ostatnich latach rozmaitych kryzysów - związanych właśnie z tożsamością, z kobiecością, uchodźstwem - było ich mnóstwo. Wiele z nich pojawia się w utworze, ale dlaczego skupiać się tylko na jednym?
"Manifest", czy też "lament milenialsa" wybrzmiało jako zarzut.
A to był lament. Totentanz jest utworem smutnym, w którym egzystencjalny ból nasila się wraz z tym, co dzieje się wokół nas. Kluczem do zrozumienia tej muzyki są obawy wobec rzeczywistości. Podobało mi się, co napisał Krzysztof Stefański: "świat rozpada się w rytmie techno" [#21/2022] - i trochę tak jest: niknie na naszych oczach.
Dorota Szwarcman stwierdziła, że nie rozumie takich utworów i że tego za chwilę nie będzie pamiętać. A on dotyczy wszystkich, skoro to lament - wszyscy powinniśmy lamentować.
Recenzje recenzjami. Poza nimi dostałem mnóstwo wiadomości i innych sygnałów, dzięki którym dowiedziałem się, jak dużej grupy dotyczą te problemy, także depresja i stany lękowe. Zresztą w epilogu utworu następuje rozliczenie z samotnością egzystencjalną. Reakcje sprawiły, że moje czarne jak smoła serduszko zabiło mocniej.
Podobnie było, gdy dowiedziałem się o Trybunie. Zgłaszająca utwór Joanna Grotkowska zadzwoniła do mnie, gdy jechałem z moim ojcem na zakupy do Castoramy. Odebrałem na głośnomówiącym, a Joasia powiedziała, żebym lepiej zaparkował. Gdy oznajmiła o sukcesie, rozpłakałem się, ale zaraz musiałem skupić się na prowadzeniu samochodu, bo właśnie byłem na Wisłostradzie. Przy spływających pierwszych gratulacjach wróciło do mnie poczucie ciepła, które miałem po prawykonaniu. Płakałem też nad tym, że w kwietniu zmarł mój kot, najbliższa mi istota, który towarzyszył mi w trudnych chwilach, także gdy pisałem Totentanz. Chciałem mu o tym opowiedzieć...
Nie ulega wątpliwości, że Totentanz to lęki twoje i wielu słuchaczy. Pewnie dla jednych to manifest, dla drugich - łącznie z tobą - osobista terapia. Miałeś obawy przed odsłonięciem swoich emocji?
Żadnych. Już przy P.E.R.C.S., dziesięć lat temu, nauczyłem się, że mówienie przez sztukę o własnych problemach ma niezwykły potencjał terapeutyczny. Daje do myślenia i porusza - po to robię muzykę.
Totentanz skończył się zejściem całej orkiestry i dyrygenta z estrady. Został na niej tylko solista, kontratenor, interpretowany jako śmierć. Śpiewa "Remember me" z Lamentu Dydony Purcella, a wybrzmiewa to jako udźwiękowienie sentencji "memento mori". Ciekawie wypadło to przesłanie, jeśli weźmiemy pod uwagę wątki klimatyczne w utworze, gdy półtora roku później, w tym samym miejscu, przy podium dyrygenckim, stanęły aktywistki, przestrzegając przed światem w płomieniach.
Uśmiechnąłem się. Niefajne jest to, że przeszkadzały dyrygentowi. Antoni Wit źle się zachował, choć sam nie wiem, co bym wtedy zrobił. Natomiast jako artysta byłbym zachwycony, że muzyka abstrakcyjna, którą właśnie wykonuję, nabiera takiego sensu - współczesnego, postmodernistycznie krytycznego w refleksji nad światem.
Bardziej istotne jest to, że tego samego dnia odbywały się w Warszawie protesty przeciw Zielonemu Ładowi, na których palono opony. To spolaryzowanie zrobiło na mnie wrażenie. Często zapominamy, że żyjemy w... rzeczywistości. Mówimy o wielkich ideach, powtarzamy, że świat jest trudny i szukamy w nim azylu. A świat się wali. Wali się przez obojętność.
Mój utwór trochę to porusza. Jest kontrowersyjny. Kontrowersja jest w samej muzyce i że wydarza się to w filharmonii - jest tam mój remiks Music Madonny, jest beat, jest moment obrazoburczy z wykrzywionym Polonezem "Pożegnanie ojczyzny". Wszystko jest zresztą powykrzywiane, odbite w krzywym zwierciadle.
Jak dzisiaj się definiujesz? Jesteś aktywistą, kompozytorem, performerem, a może człowiekiem teatru? Ostatnio ciągle spieszysz się na próby do spektakli.
Mam tylko głupie odpowiedzi, ale przy okazji chyba czułe. Przede wszystkim czuję się klaunem z wypaczonym poczuciem humoru. Jestem osobą szczęśliwą. I dojrzałą, dzięki doświadczeniom ostatnich dwóch lat. Nie bez znaczenia była dla mnie historia ze zgłoszeniem Totentanz do Trybuny w ubiegłym roku. Ale mimo różnych rozmów, utwór został odrzucony przez ówczesną dyrekcję Dwójki. Wydawało mi się, że dotykam uniwersalnych kwestii, a zostałem zaszufladkowany jako twórca wojujący, wiodący na barykady, uprawiający politykę.
Określenia są dla mnie drugorzędne. Muzyka pozostaje dla mnie podstawowym medium. Dziś utożsamiam się najbardziej z etykietką artysty multimedialnego. Hasztagów nie lubię, bo mogą spłycić odbiór mnie. Najwięcej zyskuję, gdy po prostu jestem.
Gdybyś odpowiedział, że czujesz się performerem, spytałbym, dlaczego sam nie chciałeś wykonać solowej partii kontratenora w Totentanz.
Przez chwilę miałem taką myśl... Pierwotnie chciałem, by była to drag queen, ale niedługo po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie organizatorzy Warszawskiej Jesieni uznali, że zależy im na uspokojeniu sytuacji i niezaognianiu dyskusji o kontrowersjach.
Więcej mówisz ostatnio o dojrzałości i spokoju. Co jest teraz dla ciebie ważnym tematem?
Cytując mój ukochany spektakl autorstwa moich przyjaciół, Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana: "spokój to pewność". Pewność, co do tego, kim jesteś, co do wyborów i myśli. Gdy ma się ten spokój w sobie, to zawsze czuje się podporę. To pozwala przejść przez życie bezpiecznie. Cały czas jest z nami czuły przewodnik, wrażliwa przewodniczka. Chodzi mi więc o taki spokój - cokolwiek się wydarzy, będę myśleć trzeźwo i się sobą zaopiekuję. Co więcej, jeśli zaopiekuję się sobą, będę mógł pomóc komuś innemu. Taka metafora maski tlenowej w samolocie.
Ważnych kwestii jest sporo. Ale ostatnio skręcam z podejmowania tych szeroko dyskutowanych w stronę zindywidualizowanych. Dotyczą one nie społeczeństwa, a jednostek, które je tworzą. Czytam Co ze mną nie tak? Joanny Flis o środowiskach dysfunkcyjnych, zajmuje mnie Kiedy ciało mówi nie, gdzie Gabor Maté opisuje koszty ukrytego przewlekłego stresu. Niedługo zabieram się za Mit normalności tego autora. Zajmują mnie tematy wewnętrzne. Żeby leczyć społeczeństwa, trzeba zacząć od środka, od dołu, od siebie.
Jan A.P. Kaczmarek (1953-2024)
W1984 roku Jan szukał menadżera dla swojej Orkiestry Ósmego Dnia. Spotkaliśmy się po jednym z koncertów, obiecał mi, że się odezwie, ale nastało kilka miesięcy ciszy. Gdy zapomniałem o całej sprawie, w moich drzwiach stanął facet w czarnym płaszczu i białych spodniach, i powiedział: "To co, działamy?".
Tak zaczęła się nasza historia. Jan był moim pierwszym szefem i - nie boję się użyć tego określenia - nauczycielem zawodu. Gdy zaczynaliśmy, byłem na ostatnim roku studiów, a potem przez całe życie zajmowałem się organizacją działalności kulturalnej. Już w Orkiestrze Ósmego Dnia przy Teatrze Polskim w Poznaniu (o której dyrektor Grzegorz Mrówczyński żartował, że to jego Sinfonia Varsovia) pozwalano nam na nietypowe działania. Wynikało to z tego, że po tournée w Stanach Zjednoczonych i nagraniu płyty Music for the End dla wytwórni Flying Fish, Jan miał u nas pozycję inną niż wszyscy. Wystąpił przecież na weneckim placu św. Marka dla 50-tysięcznej publiczności. Zawsze prezentował odmienny sposób myślenia o byciu artystą.
Nauczył mnie, że trzeba patrzyć szerzej. Gdy w 1985 roku przygotowywaliśmy koncert po wydaniu albumu Czekając na kometę Halleya, miałem zadanie, by załatwić 150 telewizorów do multiprojekcji. Pojechałem do wytwórni Unimor i spytałem, czy mogliby nam je wypożyczyć. "Pan wie, gdzie pan żyje?" - usłyszałem. W dobie reglamentacji, gdy sam czekałem na kolorowego Neptuna 505, patrzyli na mnie jak na wariata. Ostatecznie siłą perswazji udało się ich przekonać, a nawet namówić na to jeszcze raz. Z Janem robiliśmy rzeczy, których organizacja dziś byłaby nie do pomyślenia. Był osobą, która nieustannie wymykała się schematom i pokazywała bezkompromisowe podejście do twórczości.
Gdy początkowo produkcja filmu Marzyciel nie chciała, by to Jan stworzył ścieżkę dźwiękową, prywatnie wynajął chór i orkiestrę, pracujące z nim wówczas nad nagraniami do innego obrazu, i zarejestrował słynne Impossible opening. Pokazał je w Stanach, a za jakiś czas "impossible contract" stał się faktem. W 2005 roku za muzykę do Marzyciela odebrał Oscara.
Tworzył, grając na pianinie i śpiewając. Pomysły spisywał na papierze nutowym, często działał później z aranżerami, dając im precyzyjne wytyczne. Chciał, by jego dźwięki były nośnikiem emocji, nie ilustrowały, a komentowały to, co jest na ekranie.
Kochał życie i potrafił z niego korzystać. Lubił działać: pod Poznaniem założył Instytut Rozbitek - miejsce spotkań dla ludzi muzyki, filmu i teatru, głównie młodych, którym chciał dawać szanse - a później zorganizował Transatlantyk, festiwal idei, sztuki, ale i przyjemności. Nikt tak jak Jan nie rozumiał, że "festiwal" to też "święto".
Z bólem patrzyłem na ostatni rok, gdy choroba więziła go w szpitalnym łóżku. W oczach Jana wciąż widziałem iskrę, którą znałem od 40 lat naszej znajomości i przyjaźni. Zmarł 21 maja w Krakowie.
--Michał Merczyński (notował Piotr Mika)
Z Gdyni do Katowic
gov.pl, polskieradio.pl
Joanna Wnuk-Nazarowa - kompozytorka, dyrygentka i pedagożka - świętuje 75 urodziny. Jubileuszowy koncert odbył się w Katowicach (relacja na stronie 19).
"Byłam przez 18 lat związana z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach, a tu nagle Filharmonia Śląska od pewnego czasu się mną zajmuje - powiedziała w wywiadzie dla radiowej Dwójki. - Wracam do Katowic, z Krakowa bądź z Warszawy, zawsze z miłym przeświadczeniem, że wracam do siebie. Pokochałam Śląsk, pokochałam to miasto".
Urodzona w Gdyni, Joanna Wnuk-Nazarowa w 1974 roku ukończyła studia z dyrygentury i kompozycji w krakowskiej PWSM. Pracowała jako kierowniczka muzyczna w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie i Teatrze Starym w Krakowie. W latach 1991-1997 była dyrektorką naczelną Państwowej Filharmonii w Krakowie, a w latach 2000-2018 - dyrektorką naczelną i programową NOSPR. W latach 1997-1999 pełniła funkcję ministra kultury i sztuki. --MAK
Zarząd się zmienia, przewodniczący zostaje
Zrzeszenie Filharmonii Polskich wybrało nowy zarząd. Na stanowisku przewodniczącego pozostał, sprawujący tę funkcję od 2021 roku, Jacek Rogala, dyrektor Filharmonii Świętokrzyskiej w Kielcach. W skład zarządu weszło dwoje wiceprzewodniczących: Agnieszka Franków-Żelazny (Filharmonia Sudecka w Wałbrzychu) i Tomasz Bęben (Filharmonia Łódzka), oraz dwóch członków - Przemysław Kempiński (Toruńska Orkiestra Symfoniczna) i Wojciech Nowak (Filharmonia Narodowa w Warszawie).
Zrzeszenie powstało w 2011 roku. Jest organizacją pracodawców, reprezentującą interesy 39 polskich filharmonii i orkiestr profesjonalnych. Angażuje się w kształtowanie polityki kulturalnej władz samorządowych i krajowych, wspiera wysiłki na rzecz reform prawnych odnoszących się do instytucji muzycznych oraz uczestniczy w procedurach wyłaniania ich szefów. Ponadto gromadzi i analizuje dane dotyczące działalności artystycznej w kraju. Pełni też funkcje doradcze, między innymi w Radzie do spraw Instytucji Artystycznych przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego, oraz współtworzy programy realizowane przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca. Od 2012 roku Zrzeszenie jest członkiem Pearle Live Performance Europe, federacji zajmującej się unijnymi i międzynarodowymi regulacjami w sektorze sztuki.
--MC, MAK
Ministra zapowiada
MKiDN
zfp.art.pl
Rafał Ryterski, #1992, artysta multimedialny, kompozytor, aktywista, kurator, zwycięzca 70 Międzynarodowej Trybuny Kompozytorów w Wilnie, nagrodzony za utwór Totentanz na kontratenor, orkiestrę i elektronikę, prawykonany 24 września 2022 roku na 65 Warszawskiej Jesieni.
Pierwsze spotkanie z dziennikarzami i pierwsze obietnice. Hanna Wróblewska, nowa szefowa Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zapowiedziała kontynuację prac nad ustawą o statusie artystów zawodowych, która ma na celu włączenie ich w system ubezpieczeń społecznych. Resort informował wcześniej, że zakończono badania, prowadzone we współpracy z Uniwersytetem SWPS, dzięki którym można oszacować, jak wielu osób akt ten dotyczy. Powinien być gotowy w tym roku. W sprawie nowelizacji ustawy o prawie autorskim głos zabrał wiceminister Andrzej Wyrobiec. Przyznał, że zdaje sobie sprawę, iż ustawa "nie wyczerpuje wszystkich oczekiwań środowisk artystycznych". Te domagają się wzmocnienia pozycji organizacji zbiorowego zarządzania i ustalenia wynagrodzeń proporcjonalnych do sukcesu komercyjnego dzieła. Wyrobiec obiecał też, że resort zaprosi wszystkich zainteresowanych kolejnymi zmianami w tym obszarze na planowane Forum Prawa Autorskiego.
Dodajmy, że 5 czerwca minsterstwo ogłosiło programy dla kultury finansowane z Krajowego Planu Odbudowy, które koordynować będzie Narodowy Instytut Muzyki i Tańca. --MC, MAK
Kolejny dyrektor odwołany
"Gazeta Wyborcza", PAP
Jak zapowiedzieli, tak zrobili - 20 maja Zarząd Województwa Dolnośląskiego odwołał Tomasza Janczaka z funkcji dyrektora Opery Wrocławskiej. Janczak objął to stanowisko w lipcu ubiegłego roku, tworząc kierowniczy duet z Michałem Znanieckim. Odbyło się to bez konkursu, w przyspieszonym trybie, ponieważ władze wojewódzkie chciały prędko "posprzątać" po skandalu, który zakończył kadencję poprzedniej szefowej, Haliny Ołdakowskiej. Jednak spokoju w operze nie było. Najpierw między Janczakiem a Znanieckim doszło do konfliktu, w wyniku którego ten drugi zrezygnował z kierownictwa artystycznego nad wrocławskim teatrem zaledwie po kilku miesiącach. Następnie Zarząd podjął uchwałę o zamiarze odwołania Janczaka, co - jak poinformował rzecznik dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego Michał Nowakowski - "pozytywnie zaopiniował minister kultury, który jest organem współprowadzącym Operę Wrocławską". Opinię tę wydał poprzedni szef resortu Bartłomiej Sienkiewicz. Rozpisano już konkurs na stanowisko nowego dyrektora instytucji. --MC, MAK
Dmitrij na ekranie
PAP
Ruszają prace nad filmową adaptacją powieści Zgiełk czasu Juliana Barnesa. Opowiada ona o Dmitriju Szostakowiczu, a jej akcja rozgrywa się w stalinowskiej Rosji. Autorem scenariusza jest Christopher Hampton, dwukrotny zdobywca Oscara. Film reżyseruje nominowany do tej nagrody za Boże Ciało Jan Komasa. Jednym ze współproducentów będzie polska firma Aurum Film. Pierwsze zdjęcia zaplanowano na początek 2025 roku.
Według wstępnych doniesień film ma ukazać życie i karierę kompozytora od 1936 roku, kiedy jego opera Lady Makbet mceńskiego powiatu została potępiona przez radziecką prasę. Zaczyna się wówczas trudna rozgrywka między Szostakowiczem a Stalinem, w której twórca raz cieszy się względami dyktatora, a raz jest przez niego krytykowany i boi się o swoje życie. Całość ma być utrzymana w klimacie thrillera neo-noir z odpowiednią dawką czarnego humoru. O nowym filmie Komasy jako pierwszy poinformował magazyn "Screen Daily". --MC, MAK
PASSEGGIATA...
"The Strad"
Babcie i mamy zawsze nam mówiły, by nie machać rękoma. Na koncercie z okazji jubileuszu 60-lecia Orkiestry Kameralnej miasta Mladá Boleslav doszło do mrożącego krew w żyłach incydentu. Między częściami Koncertu skrzypcowego e-moll Mendelssohna dyrygent Marko Ivanovič batutą uderzył przypadkowo w skrzypce Pavla Šporcla. Te wypadły soliście z rąk i rozbiłyby się, gdyby nie jego refleks. Artysta nogą zamortyzował upadek, dzięki czemu instrument nie uległ uszkodzeniu i występ można było kontynuować. A skrzypce Šporcla są wyjątkowe - mają kolor błękitny, zostały zamówione w pracowni Jana Špidlena, przedstawiciela czwartego pokolenia słynnej praskiej rodziny lutniczej. --MC
British Library
To prawdziwe głosy z zaświatów. W 2005 roku do British Library przekazano woskowe cylindry, na których zarejestrowane zostały Taniec czarownic Paganiniego i II Koncert skrzypcowy jego ucznia, Camilla Sivoriego. Szczegółowe badania wskazują, że nagrań tych dokonał sam Sivori, a nie, jak wcześniej sądzono, Niemiec August Wilhelmj. Dodajmy, że gdy Sivori zaczynał swą karierę, wciąż żył Beethoven! Oznacza to, że jest bodaj najstarszym w historii muzykiem, którego gra została dźwiękowo uwieczniona. --MC
BR Klassik, "Diapason", "France Musique", "VAN"
To kolejna odsłona #metoo w muzyce klasycznej. Według doniesień francuskiego tygodnika "Le Canard enchaîné", założyciel i szef orkiestry Les Si?cles, François-Xavier Roth, miał się dopuszczać molestowania i wysyłać do muzyków wiadomości o charakterze seksualnym. Podobno niektórzy instrumentaliści przyjmowani do zespołu byli ostrzegani przed zachowaniem szefa i unikali nawiązywania z nim bezpośredniego kontaktu. Inni traktowali to jako "inicjację" w orkiestrze. Jak podkreśla "Diapason", nigdy nie skarżono się na przemoc fizyczną ze strony Rotha. Niemniej niechciane wiadomości są nadużyciem. --MC
dw.de
Bernstein i Beethoven w jednym stali domu. W Beethoven-Haus w Bonn - gdzie przyszedł na świat późniejszy klasyk wiedeński - do 19 sierpnia można zobaczyć około stu często unikatowych obiektów, dokumentujących muzyczną drogę Leonarda Bernsteina, w której nieodłącznie towarzyszyła mu twórczość genialnego kompozytora. Warto dodać, że amerykański dyrygent identyfikował się z Beethovenem do tego stopnia, iż podczas wizyty w domu urodzin Ludwiga pod koniec września 1989 roku złożył żartobliwy podpis: "LB (niestety nie van)". --MAK