Ruch Muzyczny 11/2025 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

6.90 zł
5.73 zł (5,86 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

#11 2025 rok LXIX

Dwutygodnik poświęcony muzyce poważnej i życiu muzycznemu założony w 1945 roku

Redaktor naczelny

Daniel Cichy

Redaktor prowadzącyPiotr Mika

Sekretarz redakcji

Maciej Kucharski

maciej_kucharski@pwm.com.pl

Zastępca redaktora naczelnego

Festiwale

Krzysztof Stefański

krzysztof_stefanski@pwm.com.plAktualności, Swoboda RuchuPiotr Mikapiotr_mika@pwm.com.pl

Koncerty, Archiwum R

Karolina Dąbekkarolina_dabek@pwm.com.pl

Wydawnictwa

Michał Mendyk

michal_mendyk@pwm.com.pl

Teatr muzyczny

Jacek Marczyński

Sekretariat

Katarzyna Dubiel

redakcja@ruchmuzyczny.pl

Dyrektor artystyczny

projekt graficzny

Marek Knap

marek.knap@asp.waw.pl

Studio graficzne

Natalia Cyrankiewicz, Andrzej Swat (prepress)

Redakcja i korekta

Maria Konopka-Wichrowska

Internet

Mateusz Ciupkamateusz_ciupka@pwm.com.pl

Wydawca

Polskie Wydawnictwo Muzyczne

al. Krasińskiego 11a, 31-111 Kraków

Oddział w Warszawie

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

pwm@pwm.com.pl

Druk

Drukarnia Akapit sp. z o.o., Lublin

Nakład: 1450 egz.

Czasopismo patronackie wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, a w tekstach przyjętych do publikacji zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, poprawek stylistycznych, zmian tytułów i śródtytułów. Za treść reklam redakcja nie odpowiada.

Adres

ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

tel.: +48 885 860 332

email: redakcja@ruchmuzyczny.pl

www.ruchmuzyczny.pl

ruchmuzyczny

ruchmuzyczny

RuchMuzyczny

Kontakt telefoniczny w sprawie prenumeraty: 12 422 70 44 wew. 183 lub 885 860 336 (Jakub Stankiewicz), mail: prenumerata@pwm.com.pl

"Ruch Muzyczny" jest dostępny dla niewidomych

informacje na www.defacto.org.pl

Ikonki: www.flaticon.com/freepick

Na okładce: Incorporate Kuby Krzewińskiego (muzyka) i Aleksandry Chciuk (wideo), kadr z wideo, Dux 2019, fot. dzięki uprzejmości Aleksandry Chciuk

Na SPOTKANIE z niektórymi arcydziełami wolę zaczekać

Wyobraziłam sobie, że gram Szymanowskiego. Ale że to nie tylko granie, że ta muzyka dotyka KAŻDEJ komórki w moim ciele

z LIZĄ BATIASZWILI rozmawia

Mateusz Ciupka

Fot. Sammy Hart

Mateusz Ciupka: Podczas nagrań współpracuje pani zazwyczaj z najsławniejszymi światowymi orkiestrami. Czy w równym stopniu interesuje panią kameralistyka? A może, jeśli kameralnie, to tylko na żywo?

Liza Batiaszwili: Wychowałam się w otoczeniu muzyki kameralnej, ponieważ mój ojciec grał przez pół wieku w kwartecie, z tą samą trójką muzyków. To był mój pierwszy, codzienny kontakt z dźwiękami i one wciąż pobrzmiewają mi w uszach. Mam wielki szacunek do kameralistyki. Wiem, jak dużo pracy kwartet musi włożyć, by osiągnąć wysoki poziom. Między innymi z tego powodu powstrzymuję się przed takim graniem z artystami, z którymi spotykam się na estradzie tylko raz lub dwa razy. Robiłam tak kiedyś, na różnych festiwalach, ale teraz trzymam się od tego z daleka. Chcę mieć czas na przemyślenia i na próby z osobami, z którymi mogę zagłębić się w dany utwór. Dlatego lubię tria - w nich można osiągnąć mistrzowski rezultat przy relatywnie mniejszym nakładzie pracy niż w kwartecie. Są to jednak działania projektowe, a nie codzienne. Jeśli chodzi o nagrania, koncentruję się na koncertach skrzypcowych - tak potoczyła się moja kariera, a trudno być we wszystkim najlepszą, szczególnie gdy ma się rodzinę, inne zainteresowania czy prowadzi fundację.

Dopytuję o kameralistykę, bo jest pani w światowej czołówce solistów, co oznacza, że ma pani zapewne wielu muzycznych przyjaciół. Czy macie czas - podobnie jak dawniej Daniel Barenboim, Jacqueline du Pré, Pinchas Zukerman czy Zubin Mehta - by muzykować wspólnie?

Czasem to robimy. Choćby z Yannickiem Nézet-Séguinem, z którym wykonywaliśmy Debussy'ego i Czajkowskiego, albo z Antoniem Pappano. Dzisiaj są jednak inne czasy - wszyscy są koszmarnie zajęci. Przeprowadziłam się do Berlina, bo większość moich muzycznych przyjaciół tam mieszka, ale to niewiele pomogło. Znalezienie wolnego wieczoru na grę dla przyjemności to trudne zadanie. A jest to ważne na przykład w rozwoju umiejętności młodych artystów.

W 2001 roku, 24 lata temu, dla wytwórni EMI nagrała pani album z kompozycjami na skrzypce i fortepian. Pomyślałem, że skoro regularnie gra pani I Koncert skrzypcowy Karola Szymanowskiego, to może zechce pani sięgnąć po Mity.

Zagram ten cykl!

I to jest wiadomość, na którą czekałem!

To wspaniały utwór, który w zasadzie odkryłam dość późno. Podobnie późno zabrałam się za Koncert skrzypcowy Czajkowskiego, bo na spotkanie z niektórymi arcydziełami chcę zaczekać. Szymanowski był niezwykłym twórcą, muzycznym obywatelem świata, co bardzo odpowiada naszym czasom. Jego dzieła kryją tyle różnych wymiarów, wynikają z przemieszania kultur, mają wiele źródeł inspiracji... Wciąż go poznaję, jest sporo jego utworów, których muszę posłuchać. Ostatnio uczę się I Koncertu skrzypcowego Alfreda Sznitkego z jego młodzieńczych lat, który z tego powodu kompozytor odłożył na bok, uważając, że jest zbyt neoklasyczny, zbyt bliski Strawińskiemu czy Prokofiewowi. Tymczasem jest to rewelacyjna muzyka! Szymanowski również żył w czasach, gdy wypadało pisać nowocześnie, atonalnie. Młodzieńcze dzieła tych twórców są jednak kompromisem między eksperymentami a pięknem muzyki XIX wieku.

Skoro Szymanowski i Sznitke, to może Wajnberg?

Bardzo ciekawy kompozytor. Wspaniale, że Gidon Kremer przywrócił pamięć o nim.

W jaki sposób dokonuje pani odkryć? Szuka pani na własną rękę, słucha rad muzykologów i krytyków?

Nie słucham rad, ta muzyka jakby sama do mnie przychodzi. Alfreda Sznitkego przypomniałam sobie, bo mój dawny nauczyciel, Mark Łubocki, się z nim przyjaźnił i stale wykonywał jego kompozycje. Wtedy było to coś aktualnego, potem skupiłam się na innych utworach, ale w końcu zapragnęłam do tamtych wrócić. Kluczowe jest, by to, co gram, do mnie przemawiało, bym miała na to apetyt.

A z której strony przyszedł Szymanowski?

To proste: usłyszałam I Koncert skrzypcowy w nagraniu Dawida Ojstracha. Wyobraziłam sobie, że gram ten utwór. Ale że to nie tylko granie, że ta muzyka dotyka każdej komórki w moim ciele.

Rozmawiamy przed rozpoczęciem festiwalu Praska Wiosna, na którym zagra pani I Koncert Szymanowskiego z London Symphony Orchestra [29 maja - red.]. Ciekawi mnie, co sądzi pani o zarzutach różnych krytyków, że wielkie, światowej sławy orkiestry w dużej mierze straciły swoją tożsamość i dzisiaj mamy do czynienia z uśrednionym, tak zwanym międzynarodowym brzmieniem.

Przede wszystkim inaczej to wygląda w Europie i inaczej w Stanach Zjednoczonych. Jeśli chodzi o Stary Kontynent, to takie zespoły, jak Concertgebouworkest czy Filharmonicy Berlińscy, przyjęły ostatnio wielu młodych muzyków, co powoduje, że zastanawiamy się, jak oni zmienią charakter orkiestry i czy jej dźwięk zostanie taki sam. Wydaje mi się jednak, że charakter się obroni, bo przekształcenia te nie następują radykalnie - nowi instrumentaliści wsiąkają w zespół stopniowo, dopasowują się do jego tożsamości. Berlińczycy wciąż brzmią niesamowicie, może nawet elastyczniej i swobodniej niż dawniej. To samo dotyczy Concertgebouworkest, Orchestra dell'Accademia Nazionale di Santa Cecilia czy Orchestre de Paris.

W Stanach jest odmiennie: charakter zespołów uległ większym zmianom, które były nieuniknione z powodów pokoleniowych, ale nie wolno się tego obawiać, bo każda zmiana wyznacza nową epokę. Nie musi być przecież jak za czasów Karajana, gdy w orkiestrze na przykład nie było kobiet.

W rozmowie z "The New York Times" w 2015 roku powiedziała pani, że polityka dotyczy zarówno spraw osobistych, jak i zawodowych. Od tego czasu wiele się zmieniło: w rodzinnej Gruzji, gdzie założyła pani fundację wspierającą młodych artystów, rządzi prorosyjskie Gruzińskie Marzenie, a w Ukrainie trwa wojna.

Protestowałam już w 2014 roku, grając na kijowskim Majdanie. Czułam się osamotniona, bo wtedy większość społeczeństw zachodnich nie zdawała sobie sprawy, jak poważna jest sytuacja. Gdy wybuchła pełnoskalowa wojna, wszystko nagle stało się czarno-białe, choć wcześniej przecież, z roku na rok, było coraz gorzej. Kto by pomyślał również, że Stany Zjednoczone zapomną o swoich kluczowych wartościach, które budowały od dekad, i będą kwestionować sojusz z Europą. Oczywiście w tych sprawach wszyscy bierzemy udział - tu przecież nie chodzi o decyzje jednego polityka czy nawet kraju. Największy problem stanowi ignorancja, bo wygodnie jest ignorować. Kluczowe są także apetyty różnych możnych ludzi wpływających na polityków. No i teraz musimy stawiać czoła wielkiemu kryzysowi.

Nastał czas tych złych?

Tak jest w Rosji, w Gruzji. W Rosji zazwyczaj panował czas złych... Nie udało się tam zbudować nowoczesnej demokracji, nie udało się odpowiedzieć na ważne pytanie, jak walczyć z dyktaturą i korupcją. Trudno patrzy się na świat, który zmierza ku przepaści i nikt nie chce tego powstrzymać albo nikt nie jest wystarczająco silny, by tego dokonać. A przecież trzeba!

Liza Batiaszwili, #1979, gruzińsko-niemiecka skrzypaczka, koncertująca z najlepszymi orkiestrami. Jest związana z wytwórnią Deutsche Grammophon, dla której w 2022 roku, wraz z Orkiestrą Filadelfijską pod dyrekcją Yannicka Nézet-Séguina, nagrała I Koncert skrzypcowy Szymanowskiego. W 2021 założyła fundację swego imienia, wspierającą młodych gruzińskich muzyków.

Luigi Alva (1927-2025)

Jacek Marczyński

Jeden z najwspanialszych tenorów lirycznych drugiej połowy XX wieku, należący do epoki wypełnionej żywymi legendami. Dorównywał im sławą, kilkakrotnie nagrał na przykład Cyrulika sewilskiego, mając za partnerki Marię Callas, Victorię de los Angeles, Fiorenzę Cossotto czy Teresę Berganzę.

Na świat przyszedł w Paicie, w północno-zachodnim Peru. Gdy był kadetem marynarki, usłyszała go profesorka konserwatorium w Limie i powiedziała, że powinien kształcić głos. W 1949 roku miał już za sobą krajowy debiut. Pierwszą rolę otrzymał w zarzueli Luisa Fernanda Federica Torroby. Czuł jednak, że powinien ruszyć w świat, i pojechał do Włoch. Tam trafił do akademii przy La Scali. W słynnym mediolańskim teatrze wystąpił w 1955, w Il matrimonio segreto Domenica Cimarosy, wzbudzając taką sensację, że następną jego rolą był już Almaviva w Cyruliku sewilskim, u boku Marii Callas.

Kariera Alvy potoczyła się błyskawicznie. W latach 1957-1958 występował na ważnych europejskich festiwalach (między innymi w Salzburgu i Edynburgu), niedługo później pojawił się w największych teatrach Europy. W 1964 roku przyszła pora na Metropolitan Opera, z którą związał się na 11 lat. Zasłynął jako znakomity tenor Mozartowski, przede wszystkim jednak uważano go za niezrównanego interpretatora wirtuozowskich tenorowych partii w operach Rossiniego.

W dyskografii śpiewaka, liczącej około 100 pozycji, znajdziemy ponadto dzieła Paisiella, Scarlattiego i Donizettiego, madrygały Monteverdiego, Kserksesa Händla, a także arie koncertowe Mozarta, które Alva nagrał z orkiestrą Filharmonii Śląskiej pod dyrekcją Wojciecha Rajskiego (Wifon 1983).

Dawno zniknął z życia operowego, ale po wiadomości o jego śmierci pojawiło się w mediach społecznościowych wiele wspomnień i linków do wciąż słuchanych nagrań Alvy. Ja również mam ulubioną jego płytę - to Cyrulik sewilski pod dyrekcją młodego Claudia Abbada, z Teresą Berganzą i Hermannem Preyem (Deutsche Grammophon 1972). W 1973 roku ukazał się zapis wideo (potem zremasterowany na DVD) inscenizacji Jeana-Pierre'a Ponnelle'a w tej obsadzie. Spektakl nadal ma wdzięk i dowodzi, jak świetnymi aktorami byli ci znakomici śpiewacy.

W latach siedemdziesiątych Alva dwukrotnie wystąpił w Teatrze Wielkim w Warszawie: w 1975 roku jako Alfredo w Traviacie (w jednej z dwóch verdiowskich ról w jego repertuarze), a cztery lata później - jako Almaviva w Cyruliku. Na stołecznej scenie dojrzały już wówczas artysta objawił tylko część swego talentu.

Luigi Alva zmarł 15 maja we włoskiej prowincji Como.

Piotr Liszkowski (1936-2025)

Stefan Drajewski

Na operowej scenie w Poznaniu występował od roku 1963, debiutując rolą Fiorilla w Cyruliku sewilskim. Ale i 70 urodziny spędził w teatrze, 12 listopada 2006 występując jako młynarz Bartłomiej w Krakowiakach i góralach. Po przedstawieniu, przy wypełnionej po brzegi widowni, publiczność z towarzyszeniem orkiestry zaśpiewała mu 100 lat. Jeszcze w kolejnych latach, kiedy tylko był potrzebny, spieszył do gmachu pod Pegazem, by wesprzeć koleżanki i kolegów, choćby w Wigiliach polskich.

Zanim zaś został operowym basem, w młodym wieku śpiewał w Poznańskich Słowikach. Jego związek z chórem nie zakończył się jednak po mutacji. Wrócił do zespołu jako dorosły mężczyzna, a wkrótce - nadworny solista.

Po śmierci Stefana Stuligrosza udało mi się namówić pana Piotra na osobistą rozmowę. Opowiedział mi wtedy historię, jak nie został lekarzem. Za namową ojca rozpoczął bowiem studia, ale nie czuł się na nich najlepiej. Nie wiedział też, jak się z nich wyplątać. Uznał, że uratować go może jedynie profesor Stuligrosz: "Poprosiłem - wspominał - żeby przekonał ojca, abym mógł się poświęcić muzyce zawodowo. Ojciec natomiast chodził do profesora i błagał, abym wytrwał przy medycynie". Ostatecznie Stuligrosz stanął po stronie artysty: "Przekonałem zacnego pana Leona, że lepiej, aby Piotr został złym śpiewakiem, niż miałby być złym lekarzem".

Życie dopisało inną pointę. Liszkowski nie był złym śpiewakiem, a ze swym mistrzem związał się zawodowo i zaprzyjaźnił. Dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych zacząłem uważniej śledzić jego działalność operową. Miał szeroki repertuar (ponad 50 ról) i choć nie zawsze śpiewał główne partie na premierach, często pojawiał się w kolejnych obsadach. Na co dzień był człowiekiem - staromodnie mówiąc - statecznym, ale na scenie potrafił bawić publiczność w rolach swobodniejszych lub charakterystycznych.

Nie pamiętam, w jakich okolicznościach poznaliśmy się osobiście, ale lubiłem te nasze, najczęściej przypadkowe, spotkania. Ceniłem pana Piotra za styl bycia. Nie mizdrzył się do krytyków. Był diablo inteligentny, przenikliwy w swoich sądach, potrafił w kilku zdaniach zamknąć temat, który rozmówcom zajmował godziny. No i ten dowcip, celność riposty... Trudno było z nim się nudzić, ale nie dało się plotkować. Był typem śpiewaka intelektualisty, który nie tylko sprzedawał na scenie emocje i piękny śpiew, lecz także wiedział, po co na niej jest. I jeszcze jedno: barwy głosu Piotra Liszkowskiego nie można było z żadnym innym pomylić.

Jadwiga Rappé (1952-2025)

Urszula Kryger

Zanim stałyśmy się partnerkami scenicznymi i koleżankami, była dla mnie śpiewaczką legendą. Jej odejście pozostawiło we mnie pustkę nie do wypełnienia, smutek ogromny i żal...

Przez ponad 40 lat Jadwiga Rappé utrzymywała się w czołówce światowej wokalistyki. Lista artystów, z którymi występowała, jest długa, a ich nazwiska budzą uznanie. Jej ogromny i różnorodny repertuar obejmował dzieła wielu epok - od baroku, przez lirykę wokalną XIX wieku i opery Wagnera, po muzykę współczesną. W dyskografii znajdziemy więc wielkie dzieła Bacha, Mozarta, Beethovena, Mahlera, Brahmsa, Szymanowskiego oraz Lutosławskiego i Pendereckiego, nagrywane dla światowych wytwórni płytowych. Szerokim echem odbiła się zwłaszcza jej interpretacja Wagnerowskiej Erdy, niezapomnianą pozostanie również rola Frau Stöhr w Czarodziejskiej Górze Pawła Mykietyna.

Była znakomicie wykształcona, muzykę traktowała niezwykle poważnie. W sprawach artystycznych nie znajdowała możliwości jakiegokolwiek kompromisu. Zawsze doskonale przygotowana, punktualna - z szacunku do współwykonawców. Co więcej, nie bała się wyzwań - z równą swobodą śpiewała proste pieśni Moniuszki, jak i "rapowała" Mykietynowską symfonię. Kochali ją i cenili miłośnicy muzyki, choć nie miała pozycji gwiazdy, bo nie była divą operową. Zasmuca mnie, że jej wspaniały dorobek nie znalazł uznania u zarządzających kulturą i złota "Gloria Artis" została jej przyznana dopiero pośmiertnie...

Słynęła z ogromnego poczucia humoru, ostrego dowcipu, czasem trafiającego boleśnie, ale zawsze celnie. Znano ponadto jej talenty poetyckie - moskalików, limeryków i innych form humorystyczno-poetyckich oczekiwali wszyscy przyjaciele, pamiętający je i powtarzający przez lata. Jadwiga była także wspaniałą gawędziarką i nikt, jak ona, nie potrafił tak barwnie opowiadać, nadając historiom nowe życie, kto wie, czy nie ciekawsze niż to prawdziwe.

Dodajmy, że była znanym w środowisku smakoszem, doceniała dobre trunki. Znakomicie gotowała, robiła przepyszne przetwory i nalewki (w tym chutney z jabłek i słynną elderówkę z czarnego bzu, które stoją jeszcze na mojej półce). Dogłębna znajomość materii, z którą się pracuje, dawała jej gwarancję sukcesu także na tym polu, a nasze rozmowy dotyczące kulinariów były niczym omawianie interpretacji większej formy wokalnej lub małego cyklu pieśni.

Nie wiem, co powinnam pamiętać najbardziej - czy wspólną pracę, zawsze ciekawą i twórczą, czy rozmowy o muzyce, czy długie rozważania, które rośliny płożące są najlepsze do ogrodu, czy może układanie obsad oper pod względem znakomitego wykonania i jednocześnie "dobrego towarzystwa". Wiem za to, że jej błyskotliwości, humoru oraz mądrości nic i nikt nie zastąpi.

Nominacje tu i tam

krakow.pl, malopolska.pl, opera.szczecin.pl

Zarząd województwa małopolskiego zdecydował. Mateusz Prendota pokieruje Filharmonią w Krakowie przez następne pięć sezonów artystycznych. "Wysoko oceniam dotychczasowe efekty jego pracy, a przed nami kolejne, poważne, historyczne zadanie, jakim jest budowa nowej siedziby Filharmonii im. Karola Szymanowskiego na terenie przy rondzie Grzegórzeckim" - powiedział marszałek Łukasz Smółka, wręczając nominację. Jednocześnie podkreślił, że chciałby, by budowa nowej siedziby rozpoczęła się przed końcem bieżącej kadencji samorządu. Prendota wygrał konkurs na dyrektora w 2020 roku, zastępując na tym stanowisku Bogdana Toszę. Jest między innymi inicjatorem krakowskiego Royal Opera Festival, organizowanego wraz z niemieckim Belcanto Opera Festival Rossini in Wildbad oraz twórcą międzyinstytucjonalnego projektu "Muzyczne mosty".

I zostajemy w grodzie Kraka. Szczegóły jeszcze nie są znane, ale wiadomo już, że prezydent Krakowa chce przeprowadzenia konkursu na stanowisko dyrektora Sinfonietty Cracovii. Obecnie zarządza nią menadżerka kultury, Agata Grabowiecka, która przejęła orkiestrę w 2021 roku, po tym, jak Jurek Dybał, "w związku z rozwojem kariery dyrygenckiej i nowymi obowiązkami" rozwiązał kontrakt. Grabowiecka współpracuje z Katarzyną Tomalą-Jedynak, pełniącą funkcje pierwszej dyrygentki i dyrektorki artystycznej zespołu.

W Szczecinie z kolei idzie nowe. Agnieszka Nagórka została zastępczynią dyrektora do spraw artystycznych Opery na Zamku. Dyrygentka wygrała konkurs, w którym wystartowało 11 kandydatów z kraju i zagranicy. "Opera na Zamku w Szczecinie to instytucja artystyczna o nieprzeciętnym potencjale - powiedziała Nagórka. - Mam głęboką świadomość roli, jaką odgrywa w kształtowaniu życia kulturalnego miasta i regionu [...], chciałabym nie tylko pielęgnować jej najlepsze tradycje, ale także otworzyć ją na nowoczesne formy teatru muzycznego i utalentowanych młodych twórców. Pragnę, aby Szczecin stał się miejscem powstawania odważnych, pięknych i poruszających przedstawień - tworzonych z myślą o dzisiejszym widzu, ale zakorzenionych w bogactwie operowej tradycji". --MC, MAK

Jest tablica i ulica

chopin.edu.pl, wyborcza.pl, tustolica.pl

Wanda Landowska i Hiszpania? Okazuje się, że w tym przypadku można znaleźć wiele zbieżnych punktów. Pochodząca z Warszawy klawesynistka i kompozytorka była adresatką i prawykonawczynią pierwszego współczesnego dzieła na jej instrument potraktowany solowo - Koncertu na klawesyn i pięć instrumentów Manuela de Falli. W związku z przypadającą w przyszłym roku 100 rocznicą powstania dzieła, muzykolożka i menadżerka kultury, Inés Ruiz Artola, powołała do życia festiwal Ellas.One, którego patronką została Landowska. Impreza odbyła się pod koniec maja w Warszawie, pod egidą Instytutu Cervantesa, we współpracy z Uniwersytetem Muzycznym Fryderyka Chopina i hiszpańskim Ministerstwem Kultury. W programie nie zabrakło Koncertu de Falli. Ponadto wykonano między innymi utwory Mozarta w opracowaniu Landowskiej na klawesyn, a także Conditor alme Gracii Baptisty, hiszpańskiej zakonnicy, działającej w drugiej połowie XVI wieku. Ellas.One - w założeniu organizatorów - to nie tylko seria koncertów, lecz także pierwsze w Polsce forum poświęcone obecności kobiet w hiszpańsko-polskim obiegu kulturowym. Dodajmy, że w przygotowaniu jest książka Inés Ruiz Artoli, Wanda Landowska w Hiszpanii (1905-1936), w której autorka przedstawi spuściznę klawesynistki na Półwyspie Iberyjskim, wpływ artystki na hiszpańską scenę muzyczną początku XX wieku oraz sieć powiązań, które zbudowała z muzykami, intelektualistami i środowiskami kulturalnymi.

Podczas festiwalu w UMFC, przy sali klawesynowej, odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą Landowskiej (artystka studiowała u Aleksandra Michałowskiego w warszawskim konserwatorium). Natomiast nieco wcześniej, w kwietniu, zdecydowano o nazwaniu jej imieniem jednej z ulic na warszawskim Bemowie. "Nazwa [...] wpisuje się w politykę upamiętniania wybitnych kobiet. Zarówno Zespół Nazewnictwa Miejskiego, jak i Komisja Nazewnictwa przy Radzie Warszawy wyraziły pozytywną opinię na temat Wandy Landowskiej" - powiedział Jarosław Dąbrowski, przewodniczący Rady Dzielnicy Bemowo. --MAK

Muzyka na medal

dumnizpowstancow.pl

Komitet społeczny do spraw obchodów 80 rocznicy powstania warszawskiego po raz trzeci docenił 20 osób, instytucji i organizacji, które - jak czytamy - "w szczególny sposób przyczyniły i przyczyniają się do pielęgnowania pamięci [...], a także oddają należytą uwagę jego Bohaterom, budują relacje międzypokoleniowe i inspirują do refleksji nad historią w kontekście teraźniejszości". Odznaczenia "Dumni z Powstańców" wręczono w Łazienkach Królewskich. Wśród nagrodzonych znalazł się kompozytor Bartosz Chajdecki, twórca muzyki do takich filmów i seriali, jak Czas honoru, Powstanie warszawskie i Baczyński. Dodajmy, że za ścieżkę dźwiękową do produkcji TVP Czas honoru kompozytor otrzymał nominację do nagrody IFMCA (Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Muzyki Filmowej). Autorem odznaczenia "Dumni z Powstańców" jest Wincenty Kućma - rzeźbiarz, medalier, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, autor pomnika przy placu Krasińskich w Warszawie. Komitet społeczny planuje do końca 2025 roku odznaczyć jeszcze 40 osób. Zgłoszenia kandydatów można przesyłać do 1 grudnia za pośrednictwem strony internetowej dumnizpowstancow.pl. --MAK

PASSEGGIATA...

facebook.com

Klawesynista i rowerzysta Stanisław Łopuszyński znowu rusza w trasę. "Wrocław-Rzym Tour 2025 to przede wszystkim unikalna wyprawa rowerowa (całość trasy z Wrocławia do Rzymu przejadę na rowerze), łącząca pasję do muzyki klawesynowej z aktywnym stylem życia i promocją polskiej kultury. Celem przedsięwzięcia jest nie tylko zaprezentowanie bogatego repertuaru klawesynowego od renesansu po XXI wiek, ale także odkrycie polskich śladów w odwiedzanych miejscach" - informuje muzyk. Koncert inauguracyjny odbędzie się 13 czerwca we Wrocławiu. Kolejne - między innymi w Pradze, Monachium, Salzburgu, Mediolanie i Florencji. Finał zaplanowano na 19 lipca w Rzymie. --MAK

Classic FM, royalalberthall.com

Słynna londyńska sala koncertowa, Royal Albert Hall, przyznała oficjalny tytuł organisty. Otrzymała go 29-letnia Anna Lapwood, jedna z najpopularniejszych muzyczek sceny klasycznej w Wielkiej Brytanii. Ta wszechstronna artystka okrzyknięta została przez miesięcznik "Harper's Bazaar" "Taylor Swift muzyki klasycznej". Mimo młodego wieku, doczekała się już Orderu Imperium Brytyjskiego. Wcześniej zasłynęła jako pierwsza kobieta w 560-letniej historii oksfordzkiego Magdalen College, która otrzymała stypendium organowe. Grand Organ w Royal Albert Hall to drugi co wielkości instrument Zjednoczonego Królestwa. --MC, MAK

gewandhausradio.de, Musik Heute

Halo, tu Lipsk! Nowe Gewandhaus Radio nadaje przez cały dzień, odbierać je można lokalnie i cyfrowo. Program ma być "bezkompromisowo klasyczny". Według informacji podanych przez lipską orkiestrę, jest to jedyny na świecie kanał muzyki klasycznej poświęcony sali koncertowej i jej zespołowi. Na antenie brzmią muzyka z katalogu wytwórni Naxos, z którą radio podpisało umowę o współpracy, a także transmisje oraz nagrania koncertów orkiestry Gewandhaus. Oprócz tego zaplanowano godzinne rozmowy, prezentacje nowych płyt oraz cotygodniowe aktualności ze świata klasyki. Program poranny będzie powtarzany od północy, by mogli go nadrobić słuchacze za granicą. --MC, MAK

teatroallascala.org

Taka nominacja to wyzwanie, zwłaszcza że mediolańska publiczność bywa kapryśna, a jej reakcje czasami niemile zaskakują. Kolejnym dyrektorem muzycznym La Scali będzie Myung-Whun Chung. 72-letni amerykański dyrygent koreańskiego pochodzenia rozpocznie kadencję w 2027 roku, zastępując Riccarda Chailly'ego. W komunikacie prasowym przypomniano, że relacje przyszłego szefa z La Scalą sięgają roku 1989, kiedy to zadyrygował dziewięcioma tytułami operowymi na jednym z tournée. Łącznie w Mediolanie poprowadził 84 spektakle i 141 koncertów, czyli więcej niż inni gościnnie zapraszani kapelmistrzowie. --MC, MAK