RPG Ziemia. Error 351 - Rafał Bartolewski

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 6

Londyn pulsował srebrem, Paryż migotał złotem salonów i drukarni. Nawet mniejsze miasta - Amsterdam, Edynburg, Genewa - rzucały własne punkty światła, jakby kontynent budził się z tysiącletniego snu i po raz pierwszy otwierał oczy.

- Myślą teraz inaczej - powiedziała Terra. - Kwestionują króla. Kwestionują Kościół. Drukują książki o prawach naturalnych, o kontrakcie społecznym. Każdy wykształcony człowiek w Europie czyta, że władza pochodzi nie od Boga, lecz od ludu.

Aeris skinęła głową.

- Informacja się rozprzestrzeniła. Nie da się jej już zatrzymać. Ale informacja jest bronią obosieczną - budzi świadomość, lecz budzi też gniew. Pokazuje ludziom, jak niewiele mają, podczas gdy inni mają wszystko.

Unda poruszyła się niespokojnie.

- Widziałam głód w ich miastach. Chleb kosztuje tyle, że matki nie mogą nakarmić dzieci. A arystokraci urządzają bale. To nie może trwać wiecznie.

Ignis, który milczał do tej pory, powoli sięgnął po talię kart. Jego forma pulsowała ciepłem intensywniejszym niż zwykle - czerwienią głęboką, niebezpieczną. Wyciągnął jedną kartę. Ciemnoczerwoną. Położył ją na złotym Paryżu.

Na karcie, zapisane czymś, co wyglądało jak krew, widniało jedno słowo: REWOLUCJA 8/10.

Przez długą chwilę nikt się nie odezwał.

- Osiem... - zaczęła Terra. - To wysoka karta. Rewolucje tego poziomu...

- To ryzyko, które muszą podjąć - przerwał jej Ignis.

- A jeśli wstrząs będzie zbyt gwałtowny? - zapytała Aeris. - Jeśli ich złamie, zamiast przekształcić?

- Trudno - Ignis wzruszył ognistymi ramionami i sięgnął po kość. Rzucił.

Kość potoczyła się po planszy z dźwiękiem przypominającym grzmot odległej burzy. Odbijała się od krawędzi, wirowała, tańczyła między kontynentami. Aż w końcu - po czasie, który mógł trwać sekundę albo wieczność - zatrzymała się.

Sześć oczek.

- Sześć - powiedziała Terra, a jej głos brzmiał inaczej niż zwykle, głębiej, jakby przez chwilę mówiła nie ona, lecz sama ziemia. - Maksymalna intensywność. Maksymalny zasięg.

Ignis skinął głową z satysfakcją.

- Dobrze. Potrzebują wstrząsu totalnego. Nic mniejszego ich nie zmieni.

Aeris patrzyła na kość, na sześć oczek, i coś w jej esencji zadrżało.

- Sześć to nie tylko intensywność - powiedziała cicho. - To długoterminowe konsekwencje. Echo, które będzie rozchodzić się po świecie przez dekady.

- Ile będzie ofiar? - zapytała Unda.

Nikt nie odpowiedział.

Plansza zaczęła reagować.

* * *

Marie Blanchet obudziła się przed świtem, w tej godzinie, kiedy noc wciąż trzyma miasto w uścisku. Jej dzieci spały przy niej - wszyscy troje leżeli pod jednym kocem, zbyt cienkim na tę porę roku, ale jedynym, jaki mieli. Patrzyła na nich i myślała o tym samym, o czym myślała każdego ranka od trzech lat, odkąd Jacques zginął w wypadku w porcie, zmiażdżony przez spadającą beczkę wina. Śmierć głupia i nagła - tak bardzo, że przez pierwsze tygodnie Marie nie potrafiła uwierzyć, że to prawda, że mąż, który wyszedł rano z domu, nigdy nie wróci.

Potem przyszła druga myśl. Ta, która zawsze wracała, gdy zamykała oczy. Myśl o chlebie.

Wstała cicho, żeby nie obudzić dzieci. Ubrała się w ciemności - w tę samą suknię, którą nosiła wczoraj, przedwczoraj i dzień wcześniej: szarą, wełnianą, wytartą na łokciach, ale czystą. Marie była krawcową i wiedziała, że nawet w ubóstwie można zachować godność.

Wyszła na ulicę. Paryż pachniał o tej porze tym, czym zawsze: mieszaniną nocników wylewanych z okien, dymu z kominów budzących się do życia, wilgoci Sekwany wiszącej w powietrzu jak niewidzialna mgła - i czymś jeszcze. Czymś, czego Marie nie potrafiła nazwać.

Piekarnia była trzy ulice dalej, a kolejka już ciągnęła się bez końca - dwieście osób, może więcej. Głównie kobiety. To kobiety kupowały chleb, kobiety karmiły rodziny, kobiety stały w kolejkach od świtu, czekając na coś, co mogło nie nadejść. Marie stanęła na końcu, czując, jak zimno bruku przenika przez cienkie podeszwy jej butów. Spojrzała na twarze wokół - wychudzone, zmęczone; niektóre znajome z widzenia, inne obce, ale wszystkie nosiły ten sam wyraz: mieszaninę nadziei, strachu i czegoś, co zaczynało przypominać gniew.

Kobieta przed nią, starsza, z chustką zawiązaną pod brodą, odwróciła się i powiedziała:

- Słyszałaś? Król podobno ściąga wojska do Paryża.

- Po co? - zapytała Marie.

- Żeby nas uciszyć. Żebyśmy znów siedziały cicho. Myślisz, że król nie wie, co się dzieje? - ściszyła głos. - Że nie słyszy, jak ludzie mówią o głodzie i o wystawnych balach? Boi się - dodała. - I dobrze. Powinien.

Kolejka posuwała się wolno. Marie myślała o dzieciach. Wczoraj na kolację zjedli ostatni kawałek chleba. Dziś rano obudzą się głodni. A jeśli nie przyniesie jedzenia...

Gdy dotarła do drzwi piekarni, piekarz - młody mężczyzna z twarzą białą od mąki - pokręcił głową, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć.

- Już nie ma - w jego głosie brzmiało coś na kształt przeprosin. - Mąki nie było od wczoraj. Dostawy nie przyszły.

- Ale... - zaczęła.

- Nie ma - powtórzył i opuścił wzrok.

Stała tam przez chwilę, niezdolna się ruszyć, czując, jak w piersi zaciska się coś twardego jak pięść. Potem odwróciła się i ruszyła z powrotem. Ulice były już pełne ludzi - więcej niż zwykle o tej porze. Grupy mężczyzn stały na rogach. Kobiety szeptały do siebie. Dzieci biegały między nogami dorosłych. W powietrzu wisiało napięcie, jakby miasto na coś czekało.

Gdy dotarła do swojego budynku, usłyszała krzyki z ulicy. Zatrzymała się w drzwiach, nasłuchując.

- Do Bastylii! - krzyczał ktoś. - Potrzebujemy broni!

- Broń jest w Bastylii! W arsenale! Musimy ją wziąć! - wołał inny głos.