RPA. Bajka dla wybranych - Magdalena Osiejewicz

Kup ebooka

59.99 zł
49.19 zł (52,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp. Staż, który trwa już kil­ka­na­ście lat

Gdy­bym do­sta­wała zło­tówkę za każ­dym ra­zem, gdy ktoś za­daje mi py­ta­nie "Dla­czego RPA?", by­ła­bym mi­lio­nerką. Wła­ści­wie nie dziwi mnie ta cie­ka­wość, bo Re­pu­blika Po­łu­dnio­wej Afryki nie jest po­pu­lar­nym kie­run­kiem emi­gra­cji Po­la­ków. Ten kraj ma też, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie naj­lep­szą opi­nię za gra­nicą.

RPA w ran­kin­gach naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych miejsc pla­suje się wy­soko; jako jedno z państw z naj­wyż­szymi sta­ty­sty­kami prze­stęp­czo­ści na świe­cie i z naj­wyż­szymi na kon­ty­nen­cie afry­kań­skim. W me­diach za­gra­nicz­nych dużo mówi się też o pa­nu­ją­cej tam ko­rup­cji, bie­dzie, o pro­ble­mach z elek­trycz­no­ścią czy ewen­tu­al­nie tra­gicz­nych wy­pad­kach z udzia­łem dzi­kich zwie­rząt. Ob­raz, jaki wy­ła­nia się z tych in­for­ma­cji, jest da­leki od ide­ału...

O moim wy­jeź­dzie do RPA za­de­cy­do­wał przy­pa­dek. By­łam cie­kawa świata i po stu­diach chcia­łam spró­bo­wać ży­cia poza Eu­ropą. Jako młoda osoba po fi­lo­lo­gii an­giel­skiej, do­piero za­czy­na­jąca ży­cie za­wo­dowe, nie mia­łam zbyt wielu moż­li­wo­ści. W związku z tym bar­dziej niż na kraju emi­gra­cji sku­pi­łam się na wa­run­kach za­trud­nie­nia. Mu­sia­łam być w sta­nie się utrzy­mać i chcia­łam, by to do­świad­cze­nie do­brze wy­glą­dało w CV. Zde­cy­do­wa­łam się na szu­ka­nie stażu przez or­ga­ni­za­cję i ce­lo­wa­łam ra­czej w Ko­reę Po­łu­dniową lub Ja­po­nię. Tym­cza­sem moje wy­ma­ga­nia speł­nił staż w Jo­han­nes­burgu w RPA.

Z mę­żem na plaży w Si­mon's Town

Nie­wiele pa­mię­tam z roz­mów prze­pro­wa­dzo­nych z ro­dziną i przy­ja­ciółmi po pod­pi­sa­niu umowy. Może dla­tego, że kiedy już się zde­cy­do­wa­łam, nic nie było w sta­nie spra­wić, że­bym zmie­niła zda­nie. Niby wszyst­kim mó­wi­łam, że to prze­pro­wadzka tym­cza­sowa, ale gdzieś w gło­wie świ­tała mi myśl, że być może w tym da­le­kim afry­kań­skim kraju znajdę dom. Mu­siała to być in­tu­icja, bo na pewno nie lo­gika, skoro im wię­cej czy­ta­łam o RPA, tym bar­dziej ba­łam się tego, co może mnie tam cze­kać. Czy roz­wa­ża­łam re­zy­gna­cję z wy­jazdu? Je­śli na­wet, to tylko przez chwilę.

Uzna­łam, że je­śli rze­czy­wi­ście okaże się, że w RPA jest aż tak nie­bez­piecz­nie, to spę­dzę rok, sku­pia­jąc się na pracy i na zdo­by­wa­niu do­świad­cze­nia za­wo­do­wego. Nud­niej­sze kil­ka­na­ście mie­sięcy nie wy­da­wało mi się wy­gó­ro­waną ceną za cie­kawe do­świad­cze­nie wpi­sane do mo­jego CV.

Od pod­ję­cia de­cy­zji do wy­jazdu mia­łam dwa mie­siące. Aku­rat tyle, by za­ła­twić for­mal­no­ści, na­cie­szyć się pol­skim la­tem i za­cząć się za­sta­na­wiać, czy po­ra­dzę so­bie na dru­gim końcu świata. Po ogrom­nej ilo­ści pa­pier­ko­wej ro­boty i uszczu­ple­niu oszczęd­no­ści, żeby ku­pić bi­let, udało mi się zło­żyć po­da­nie i otrzy­mać po­zwo­le­nie na od­by­cie stażu. Pa­mię­tam, że po ode­bra­niu wizy rów­no­cze­śnie się ucie­szy­łam i prze­ra­zi­łam.

Zda­łam so­bie sprawę, że zo­sta­wiam wszystko, co znam, i że będę od tego bar­dzo da­leko. Z dru­giej strony cią­gnęło mnie do nie­zna­nego i by­łam cie­kawa RPA. Stwier­dzi­łam, że nie­bez­pie­czeń­stwo nie­bez­pie­czeń­stwem, ale skoro lu­dzie ja­koś tam żyją, to i ja dam radę.

Wa­lizki spa­ko­wa­łam w dniu wy­lotu. Był to mój pierw­szy sa­motny lot dłu­go­dy­stan­sowy z prze­siad­kami. Od­naj­dy­wa­nie się na ol­brzy­mich lot­ni­skach mię­dzy­na­ro­do­wych było przy­tła­cza­jące. Nie po­ma­gało to, że w pew­nym mo­men­cie by­łam już pół­przy­tomna ze zmę­cze­nia, bo w trak­cie po­dróży nie mo­głam za­snąć z emo­cji.

W ostat­nim sa­mo­lo­cie, któ­rym wtedy le­cia­łam, pa­sa­żer sie­dzący obok mnie pod­czas nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej roz­mowy za­czął stra­szyć strażą gra­niczną. "Twoja wiza nic nie zna­czy", mó­wił. "To, czy cię wpusz­czą, czy nie, za­leży od urzęd­nika, z któ­rym bę­dziesz miała do czy­nie­nia". Wtedy uzna­łam tego czło­wieka za fa­ta­li­stę. Nie wie­dzia­łam jesz­cze, że z tu­tej­szymi służ­bami imi­gra­cyj­nymi na­prawdę nie ma żar­tów.

Do­tar­cie do RPA za­jęło mi pra­wie dobę. Po raz pierw­szy po­sta­wi­łam stopę na po­łu­dnio­wo­afry­kań­skiej ziemi la­tem 2011 roku. Chcia­ła­bym na­pi­sać, że był to nie­za­po­mniany mo­ment, a moje ciało prze­szyły mi­styczne prądy, ale nic ta­kiego się nie zda­rzyło.

Gdy prze­szłam przez kon­trolę i od­na­la­złam swój ba­gaż, pod­szedł do mnie je­den z mo­ich no­wych współ­pra­cow­ni­ków. Od­wiózł mnie do kwa­tery, w któ­rej mia­łam spę­dzić cały staż, ale osta­tecz­nie miesz­ka­łam tam tylko przez kilka ty­go­dni. Po nie­ca­łym mie­siącu, przez obo­wiązki służ­bowe, tra­fi­łam do Kapsz­tadu, gdzie dziś żyję z mę­żem, sy­nem i dwoma psami.

Jak (prze)żyć w RPA

Czy Jo­han­nes­burg jest taki straszny, jak go ma­lują? Sta­ty­styki prze­stęp­czo­ści dla tego mia­sta, jak i dla ca­łego pań­stwa, prze­ra­żają. Po przy­jeź­dzie do RPA na­uczy­łam się jed­nak, że wszystko za­leży od miej­sca.

Jak w każ­dym in­nym kraju pod­wyż­szo­nego ry­zyka lo­kalni miesz­kańcy mo­dy­fi­kują swoje ży­cie tak, by zmniej­szyć praw­do­po­do­bień­stwo zo­sta­nia ofiarą prze­stęp­ców. Ta­kie środki ostroż­no­ści jak za­kła­da­nie ogro­dze­nia elek­trycz­nego, mon­taż krat w oknach czy ochrona szyb sa­mo­cho­do­wych do­dat­kową war­stwą, aby szkło nie roz­pry­snęło się przy wy­bi­ciu szyby na świa­tłach, wy­dają się eks­tre­malne z punktu wi­dze­nia osób miesz­ka­ją­cych w kra­jach bez­piecz­niej­szych. W RPA to jed­nak dość zwy­czajne stra­te­gie, tyle że w nie­któ­rych czę­ściach kraju są rze­czy­wi­ście mocno za­le­cane, a w in­nych to prze­jaw dmu­cha­nia na zimne. W Pol­sce też wszy­scy zmie­niają opony na zi­mowe, bo tak trzeba, choć tylko w nie­któ­rych sy­tu­acjach na­prawdę bę­dzie to mieć zna­cze­nie.

Po­ziom za­bez­pie­czeń różni się w za­leż­no­ści od mia­sta, dziel­nicy, jej czę­ści czy na­wet ulicy. Nie­prawdą jest twier­dze­nie, że "wszę­dzie w RPA są ogro­dze­nia pod na­pię­ciem". Po­dró­żo­wa­łam po róż­nych pro­win­cjach, mia­stach i mia­stecz­kach i wiem, że ist­nieje ol­brzy­mie zróż­ni­co­wa­nie w tej kwe­stii. Więk­szość miesz­kań­ców sto­suje się do jed­nej za­sady: le­piej mieć za­bez­pie­cze­nia na po­dob­nym po­zio­mie co są­sie­dzi. Nie spo­sób po­rów­nać no­wo­cze­snych apar­ta­men­tow­ców z ochroną i strze­żo­nych osie­dli za­mknię­tych w du­żych mia­stach z do­mami wol­no­sto­ją­cymi w ma­łym mia­steczku czy na sie­lan­ko­wych pe­ry­fe­riach miast.

Po przy­jeź­dzie do RPA ob­co­kra­jo­wiec nie wi­dzi tych niu­an­sów. Za­bez­pie­cze­nia są wi­doczne i jest to coś, czego nie zna z wła­snego po­dwórka. A to dziwi i prze­raża. Nie­któ­rzy lu­dzie po­cząt­kowo wręcz nie ro­zu­mieją, że można tak żyć. Sama by­łam taką osobą. Z cza­sem kwe­stie bez­pie­czeń­stwa stają się je­dy­nie tłem co­dzien­no­ści, a za­cho­wa­nia są­sia­dów nową nor­mal­no­ścią.

Tak jak czło­wiek ubiera się ina­czej w za­leż­no­ści od oka­zji, tak też różne kraje wy­ma­gają róż­nego po­stę­po­wa­nia. W RPA mo­żesz ubie­rać się, jak chcesz, i mało kto zwraca na to uwagę. Tak samo ra­czej nikt nie spoj­rzy na cie­bie krzywo na ulicy ze względu na ko­lor skóry czy no­szone sym­bole re­li­gijne. Trzeba za to za­wsze mieć z tyłu głowy kwe­stie bez­pie­czeń­stwa - pa­mię­tać, by nie cho­dzić na pie­chotę, gdy się ściemni, uni­kać pew­nych miejsc i za­cho­wy­wać się tak, żeby czuć się bez­piecz­nie. Miesz­ka­jąc w RPA, czło­wiek wy­ra­bia so­bie wła­sne zda­nie na te­mat tego, co można, a czego nie, i czę­sto z przy­mru­że­niem oka za­czyna re­ago­wać na osoby, które lu­bują się w sen­sa­cji i hi­sto­riach o prze­stęp­czo­ści.

Kapsz­tad nocą

Ety­kieta roz­mów o bez­pra­wiu rów­nież w du­żej mie­rze za­leży od miej­sca. W Jo­han­nes­burgu wy­da­wało mi się, że to zwy­kły te­mat, który można po­ru­szyć przy ka­wie w pracy - "Tak, faj­nie mi­nął mi week­end. By­łem na im­pre­zie u tych zna­jo­mych, o któ­rych ci mó­wi­łem. A w ogóle to sły­sza­łaś o tym fa­ce­cie, któ­rego po­bito i ob­ra­bo­wano w klu­bie w so­botę?". W Kapsz­ta­dzie ta­kie roz­mowy są znacz­nie rzad­sze, choć po­dobne prze­stęp­stwa prze­cież i tu­taj się zda­rzają. Zna­jomi, któ­rzy opu­ścili Jo­han­nes­burg - czy sze­rzej: pro­win­cję Gau­teng - by prze­nieść się do Kapsz­tadu, po­twier­dzają, że mniej roz­ma­wia się tu o prze­stęp­czo­ści, a tym sa­mym ina­czej się żyje.

W ma­łych mia­stecz­kach kon­wer­sa­cje na te­mat prze­stępstw do­ty­czą zwy­kle du­żych miast. Uważa się je za sie­dli­ska zła i żadna hi­sto­ria, jaka się tam wy­da­rzy, nie dziwi miesz­kań­ców mniej­szych ośrod­ków, przy­zwy­cza­jo­nych do spo­koj­niej­szego ży­cia. Na pro­win­cji prze­stęp­czość ma inny pro­fil, głów­nym pro­ble­mem są drobne kra­dzieże i po­dobne wy­kro­cze­nia. Je­śli zda­rzy się ja­kieś po­waż­niej­sze prze­stęp­stwo, żyje nim cała oko­lica.

Wy­jąt­kami w wiej­skim kra­jo­bra­zie są le­żące "w środku ni­czego" farmy, które by­wają ce­lem okrut­nych na­pa­dów ra­bun­ko­wych, oraz nie­które town­ships, czyli biedne dziel­nice, gdzie bru­talna prze­stęp­czość jest czę­ścią co­dzien­no­ści.

Po pierw­szym szoku, jaki prze­ży­łam, sty­ka­jąc się z kra­jem z wy­soką prze­stęp­czo­ścią, otrzą­snę­łam się i przy­zwy­cza­iłam do ży­cia w nim. Za­uwa­ży­łam, jak wiele do za­ofe­ro­wa­nia ma RPA. Poza ab­so­lut­nie prze­pięk­nymi wi­do­kami, tra­sami wspi­nacz­ko­wymi, dzi­kimi zwie­rzę­tami, fa­scy­nu­ją­cym zróż­ni­co­wa­niem kul­tu­ro­wym, sma­ko­wym, ję­zy­ko­wym i ar­chi­tek­to­nicz­nym ten kraj ma też coś znacz­nie bar­dziej przy­ziem­nego. Za­pew­nia wy­soki po­ziom ży­cia oso­bom z klasy śred­niej i wyż­szej. Za­trud­nie­nie po­mocy do­mo­wej w po­staci osoby sprzą­ta­ją­cej, niani czy ogrod­nika jest tu po­wszechne i sto­sun­kowo nie­dro­gie. Ogrom­nie zwięk­sza to kom­fort ży­cia i po­maga w utrzy­ma­niu ba­lansu mię­dzy pracą a cza­sem wol­nym. Uprzy­wi­le­jo­wani Po­łu­dnio­wo­afry­kań­czycy cie­szą się też więk­szą prze­strze­nią ży­ciową niż lu­dzie miesz­ka­jący w Pol­sce, zwłasz­cza w mia­stach, ze względu na ko­rzyst­niej­sze ceny nie­ru­cho­mo­ści. Po­śród przed­sta­wi­cieli klasy śred­niej zda­rzają się lu­dzie, któ­rzy mają domy z ba­se­nem, a bez­pie­czeń­stwo ży­cia za­leży od wy­bra­nej dziel­nicy.

Ceny po­sił­ków w do­brych re­stau­ra­cjach czy bi­le­tów do kina i te­atru są do­stęp­niej­sze niż w Pol­sce i dużo bar­dziej przy­stępne niż w kra­jach Eu­ropy Za­chod­niej. Mimo licz­nych bo­lą­czek tra­pią­cych Po­łu­dniową Afrykę ży­cie tu­taj jest więc dla uprzy­wi­le­jo­wa­nej mniej­szo­ści, która mo­głaby ła­two wy­emi­gro­wać, bar­dzo wy­godne i pod wie­loma wzglę­dami mniej stre­su­jące niż gdzie in­dziej.

Wiele w moim od­bio­rze RPA zmie­niło się po prze­pro­wadzce do Kapsz­tadu. To mia­sto ucho­dzi za bez­piecz­niej­sze niż Jo­han­nes­burg, ale to nie do końca prawda. Sta­ty­styki rok po roku po­ka­zują, że "to za­leży". W kra­jach o du­żym roz­war­stwie­niu spo­łecz­nym po pro­stu nie można ufać śred­nim. Kapsz­tad jest bez­piecz­niej­szy niż Jo­han­nes­burg tylko dla wy­bra­nych, bo ma wiele dziel­nic, które sku­tecz­nie na­bi­jają licz­nik zbrodni.

Pa­mię­tam do­kład­nie mo­ment mo­jego przy­jazdu tu­taj. Po po­nad ty­siącu prze­je­cha­nych ki­lo­me­trów i kil­ku­na­stu go­dzi­nach jazdy zo­ba­czy­łam nocne świa­tła tego mia­sta i za­rys Góry Sto­ło­wej. Trudno opi­sać róż­nicę mię­dzy Kapsz­ta­dem a Jo­han­nes­bur­giem, ale od razu czuje się inny kli­mat.

Po­nie­waż w Kapsz­ta­dzie prze­by­wały ze mną je­dy­nie dwie osoby z firmy, nie miał kto mnie opro­wa­dzać po mie­ście i wszę­dzie wo­zić. Wy­bór mię­dzy tkwie­niem w czte­rech ścia­nach a zwie­dza­niem na wła­sną rękę oka­zał się sto­sun­kowo pro­sty. Po­woli za­czę­łam po­zna­wać mia­sto, a dzięki plat­for­mie dla po­dróż­ni­ków Co­uch­sur­fing także tu­tej­szych miesz­kań­ców.

Do­mek na far­mie

Pierw­sze mie­siące w Kapsz­ta­dzie były cza­sem za­uro­cze­nia miej­scem, ludźmi (zwłasz­cza jed­nym czło­wie­kiem), ję­zy­kami, wszyst­kim. Kapsz­tad nie bez po­wodu uzna­wany jest za jedno z naj­pięk­niej­szych miast na świe­cie. Leży na zbo­czu ol­brzy­miego Parku Na­ro­do­wego Góry Sto­ło­wej, a z dru­giej strony omywa go ocean. Tu­tejsi miesz­kańcy nie mu­szą się gło­wić nad wy­bo­rem mię­dzy gó­rami a mo­rzem, bo mogą mieć jedno i dru­gie. Róż­no­rod­ność kul­tu­rowa Kapsz­tadu także za­chwyca, a liczba atrak­cji dla tu­ry­stów i miej­sco­wych jest ogromna. Ciężko się nie za­ko­chać w tym miej­scu, mimo że ze względu na pro­blemy do­ty­czące prak­tycz­nej strony ży­cia w kraju nie jest to mi­łość ła­twa.

Ulica Kapsz­tadu

Gdy na stażu za­czę­łam mieć mocno pod górkę i gdy wszystko za­częło się sy­pać, łącz­nie z moim związ­kiem, głów­nym zmar­twie­niem wciąż było dla mnie to, że­bym mo­gła po­zo­stać w tym mie­ście. Kapsz­tad rzu­cił na mnie urok, jak na wielu in­nych ob­co­kra­jow­ców, któ­rzy przy­je­chali tu na chwilę, na mo­ment i ni­gdy już na do­bre nie wy­je­chali.

Wie­dzia­łam, że mój staż nie­długo się skoń­czy, a zna­le­zie­nie pracy w kraju z ol­brzy­mim bez­ro­bo­ciem i re­stryk­cyj­nymi za­sa­dami do­ty­czą­cymi za­trud­nia­nia ob­co­kra­jow­ców nie jest ła­twe. Moim atu­tem oka­zała się zna­jo­mość ję­zy­ków: poza pol­skim i an­giel­skim także wło­skiego i fran­cu­skiego. W RPA zna­jo­mość ję­zy­ków eu­ro­pej­skich, zwłasz­cza bie­głe wła­da­nie wię­cej niż jed­nym z nich, to rzadka umie­jęt­ność. Co prawda firm, które ta­kich zdol­no­ści po­trze­bują, nie ma zbyt wiele, ale te ist­nie­jące są w sta­nie wiele zro­bić dla od­po­wied­niego kan­dy­data lub kan­dy­datki. Ozna­cza to na­wet go­to­wość na prze­brnię­cie przez żmudny pro­ces za­ła­twia­nia ta­kiej oso­bie wizy pra­cow­ni­czej.

Po­cząt­kowe bło­go­sła­wień­stwo bywa i prze­kleń­stwem - tego ro­dzaju miej­sca kur­czowo trzy­mają swo­ich pra­cow­ni­ków, "za­chę­ca­jąc" ich czę­ściej ki­jem niż mar­chewką, żeby jak naj­dłu­żej zo­stali na sta­no­wi­sku. Przy­wią­zani wi­zami, a cza­sami i dłu­gami po sko­rzy­sta­niu z usług firmy imi­gra­cyj­nej, która po­ma­gała przy skła­da­niu po­da­nia o wizę, lu­dzie wie­le­kroć nie mają wy­boru i mu­szą swoje od­pra­co­wać. Cza­sem zo­stają w miej­scu, któ­rego nie­na­wi­dzą, bo już so­bie uło­żyli ży­cie w tym kraju, a nie mogą zna­leźć in­nego za­trud­nie­nia. O tym jed­nak w mo­men­cie pod­pi­sy­wa­nia pierw­szej lo­kal­nej umowy o pracę z praw­dzi­wego zda­rze­nia nie wie nikt; ja rów­nież nie zda­wa­łam so­bie z tego sprawy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki