Rozwiązek - Susan Taubes

Reflow text when sidebars are open.
Dla Elsy First, która znała tę książkę, zanim została napisana
Otwiera oczy z ogromnym wysiłkiem, ale to inny pokój. Potem spieszy zatłoczoną ulicą, mijając eleganckie sklepy, witryny na Place Vendôme przyciągają jej uwagę, zegarki płaskie niczym monety; ale ona wie, że to nie tak, wie, że musi otworzyć oczy, bo przecież leży na łóżku w pokoju. Parokrotnie zamyka i otwiera oczy, teraz jest w łóżku. Poznaje ten pokój, światło na wysokim piętrze nad rzeką Hudson. Nie może jednak wytrzymać z otwartymi oczami zbyt długo. Za każdym razem, kiedy mruga, pokój się zmienia, okno jest z innej strony lub ciemny kształt zasłania widok. Teraz rozróżnia męski kształt, przypomina sobie rozdzierający ból, na który nie była przygotowana - czy to jej kochanek? - stoi w płaszczu przy jej łóżku. Zastanawia się, czy krzyczała jak dzika, czy on słyszał majaczenia i bluźnierstwa, które trysnęły z niej wraz z krwią. Nawet jeśli słyszał, udaje, że nie, z uprzejmości bądź obojętności, bo woli nie wierzyć w to, co widział lub słyszał. Chce zapamiętać ją piękną i dystyngowaną.
Zaczyna mówić, jest teraz daleko, jej własny głos brzmi z oddali, zaskakująco gwałtowny i płynny. Śmieje się. Nigdy w życiu tak się nie śmiała. Męski kształt staje się niewyraźny, kołysze się lekko ciemną bezwładną masą, teraz dostrzega biel jego bosych stóp - powiesił się!
Sophie Blind nie wierzy w to, oczywiście, wie przecież, że nie trzeba w coś wierzyć tylko dlatego, że jest przerażające. Studiowała filozofię, epistemologię, publikowała artykuły na temat problemu weryfikacji. Poza tym, nic teraz nie widzi. Być może był to tylko płaszcz na wieszaku, który rozkołysał się, gdy samolot wystartował. Lub efekt stroboskopowy.
Ból ją opuścił, unosząc się w dosłownym tego słowa znaczeniu. Najpierw nie widziała. Czym była ta biała pieszczota? Bóg malował świat na siatkówce jej oczu najmiększym z pędzli. Gwiazdy, padający śnieg, kwiaty, szpalery kwitnących kasztanowców, każdy liść jak zielona łaskotka. Nigdy w życiu tak się nie śmiała. Temu również nie należało dawać wiary. Nie należy wierzyć w coś tylko dlatego, że jest zachwycające.
Jest w pokoju w łóżku - tego znajomego uczucia Sophie Blind trzymała się, śniąc najdzikszy sen.
Ale czy śni?
Jest w pokoju i pisze. Problem w tym, że wszystkie strony małego notatnika są już zapełnione słowami w jakimś obcym języku. Podnosi się z łóżka. Nie zna tego pokoju, ma wysoki sufit - marmurowa umywalka z dzbankiem, szafa na ubrania, francuska prowincja - pokój w staroświeckim, luksusowym hotelu w nadmorskim kurorcie w Normandii. To z pewnością sen, ponieważ przypomina sobie przemysłowca z Mediolanu, jechali wzdłuż Wybrzeża Amalfitańskiego jego alfą romeo - dzięki czemu można określić czas i miejsce, ale co się z nim stało? Musi sobie to wszystko zapisać - szybko, zanim on przyjdzie - na serwetce z tacy ze śniadaniem. Pokój ponownie się zmienił, ale już się do tego przyzwyczaiła. Sophie Blind jest przyzwyczajona do nieznanych pokoi. Całe życie jest w podróży.
Ten pokój z drukowanymi muślinowymi zasłonami w oknach, draperiami w ciemnych kolorach i wysoko spiętrzoną pościelą, może należeć do babci Sophie, w jej mieszkaniu w Budapeszcie. Na ścianach wiszą w srebrnych ramkach portrety brodatych mężczyzn. Panuje w nim rozgardiasz typowy dla zaplecza na tyłach sklepu. Dywany zarzucone na parapet, szczotki szorujące kamień. Goście są wprowadzani i wyprowadzani. Drzwiczki barku skrzypią za każdym razem, kiedy trzeba wyjąć kolejny kieliszek.
Przegląda ilustrowaną Biblię Dorégo, patrzy na rysunek przedstawiający potop, kłębiące się chmary nagich ciał na dnie, martwi ludzie lubieżnie ułożeni na skałach, wspaniała biała Arka nadciągająca z góry. W następnej sekundzie ktoś przewróci stronę i ukaże się pasterska sielanka. Cienista postać myszkująca po pokoju, wyciągająca rzeczy ze skrzyń, to zapewne kuzyn albo wuj. Dziwne, odpustowe akcesoria - buty, halki, kapelusze i wachlarze z przełomu wieków. Szybkość i pełna wdzięku stanowczość, z jaką obchodzi się z rzeczami, sugerują, że jest to jej kochanek, kochanek, który się z nią droczy, zakładając futrzany kaftan jej pradziadka, następnie etolę ze srebrnych lisów ciotki - w odgrywaniu tych ról posuwa się zdecydowanie za daleko. Przestań, prosi, ale on już wciąga przez głowę suknię jej matki wyszywaną cekinami: pojawia się kobieca umalowana twarz, doskonałe podobieństwo, blond loki, czarny pieprzyk tuż pod lewym kącikiem ust. Siedzi w dopasowanej, głęboko wyciętej sukience z nogami założonymi jedna na drugą, jak Marlena Dietrich... Ktoś potrząsa pokojem jak kalejdoskopem, żyrandole rozkwitają i gubią swoje płatki w lustrzanych salach balowych, blask jest oślepiający, mnożą się odbicia. Teraz Sophie Blind nie jest pewna, czy śni. W jej umyśle pojawia się inne pytanie. Czy kiedy jesteś pod wpływem tego diabelskiego narkotyku, pamiętasz, że go wzięłaś, zakładając, że nie dosypali ci go do herbaty, przeklęci dranie, zakładając, że sama chciałaś, czy pamiętasz, że jesteś pod jego wpływem? Sophie Blind nie pamięta.
Patrzy w górę na swojego kochanka, zdziwiona frazą "...to szczęście, tak nieprawdopodobne, nazywamy miłością...". Przysiadł na brzegu łóżka, paląc z powagą. Zastanawia się, czemu patrzy w dal z głową odchyloną do tyłu, chce zobaczyć jego oczy. "...ponieważ jesteś martwa, Sophie" - słyszy, niczym głos z czytanego listu. "Martwa".
"Już to przerabialiśmy" - chce powiedzieć. Zamiast tego wytęża wzrok, by po raz ostatni dostrzec jego drogą twarz. Nie widzi jej. Gdzie się podziała? Zniknęła. Może jest na kilimie? Średniowieczna scena łowiecka, w tle spłowiała roślinność. Na górze po lewej unosi się niewyraźnie zarysowany zamek. Na pierwszym planie łaciate dalmatyńczyki na tylnych łapach, pokazane en face, rzucają się do przodu - taka maestria w perspektywicznym skrócie, niesłychane jak na średniowiecze! Nowożytność, reformacja, renesans to jednak szkolne żarty, zawsze to podejrzewała - świat skończył się wtedy, kiedy powinien, w roku 1274, gdyby tylko w to uwierzyli. "...Dlaczego musiał nastąpić wiek dwudziesty?" Słyszy znajomy głos, powtarzający studenckie pytanie z silnym niemieckim akcentem. To było w innym śnie. Teraz nic nie widzi. A właściwie widzi za dużo i za szybko. Obojętnie, czy ma otwarte, czy zamknięte oczy. W pokoju jest jej kochanek. Chce, żeby się uspokoiła. Kto urządził polowanie w jej głowie? Ptaki ustrzelone w locie spadają ciemną chmurą, natychmiast pojawiają się następne, ich krzyk jest przeszywający.
Wie, że to koniec. Nie może teraz przestać. Musi przywyknąć do swojego nowego głosu.
Tak, jestem martwa. Wiedziałam, że nie żyję, kiedy tu przyjechałam, ale nie chciałam tego powiedzieć pierwsza. Nie tak od razu. Widzisz, nie byłam pewna. Wszystko wydawało się takie nowe: wodne cysterny na dachach, szerokie aleje, ciężkie szklane drzwi, chłopcy grający na chodniku w futbol amerykański. Jakbym była w Nowym Jorku po raz pierwszy. Moja percepcja jest czasem zaburzona. Ale nigdy nie czułam się tak pełna życia. To mnie właśnie zmyliło. To i twoja obecność. Słuchasz. Lub po prostu przyglądasz się mojej twarzy we śnie, zawsze spokojnej, mówisz. Kiedy wiem, że jesteś daleko... Być może wypowiadasz do mnie te słowa, aby wszystko było jasne. Być może nie potrzeba słów. Powiedziałeś, że w gruncie rzeczy kobiety pragną tylko szczęścia - szczęścia bardziej niż władzy czy prawdy. Ale mnie obchodzi prawda. Teraz, kiedy jestem martwa, obchodzi mnie tylko prawda.
Umarłam we wtorkowe popołudnie, potrącona przez samochód na Avenue George V. Padał ulewny deszcz. Właśnie wyszłam od fryzjera. Sądząc po coraz intensywniejszym ruchu na ulicy (choć samochody nie stały jeszcze w korku),musiało być tuż przed szóstą. Dostrzegłam wolną taksówkę, więc zamachałam. Zeszłam z krawężnika, wyczekując na dogodny moment, żeby przejść przez ulicę. Wtedy zauważyłam, że odźwierny z hotelu z naprzeciwka, przenikliwie dmąc w gwizdek, zmierza z wielkim parasolem ku taksówce. Rzuciłam się w jej kierunku. Uderzenie samochodu wyrzuciło mnie na środek jezdni, gdzie natychmiast potrąciło mnie kolejne auto. Reszta jest rozmazana. Ponieważ padało, gapiów było niewielu. Policja i pogotowie przyjechały w ciągu kilku minut. Normalny ruch przywrócono w zaledwie pół godziny.
To się zdarzyło tak nagle, a poza tym mój umysł był wówczas zaprzątnięty czymś innym. Ale to całkiem pewne, że nie żyję. Piszą o tym w gazecie. Oświadczenie lekarza leży na policyjnym biurku, choć oficjalny akt zgonu zostanie wydany dopiero rano. "Femme décapitée en I8e arrondissement" - można przeczytać we "France Soir", i odczucie, że moja głowy odrywa się od tułowia, jest nadal wyraźne. Moje ciało staje się ogromne, jego nagle uwolnione miliardy komórek rozprzestrzeniają się, rozpędzają, tłoczą się radośnie, spiesząc ku siedmiu bramom Paryża, za Porte de Clichy, Porte de la Chapelle, Porte d'Orléans, Porte de Versailles, rozpostarte palce moich rąk zanurzają się w lasach Boulogne i Vincennes.
Najdroższy,
przyjeżdżam. Nie daj się zwieść papeterii z Crillon. Jestem w drodze, dziś wylatuję z Paryża. Pięć dni w Amsterdamie (pisałam ci o tej konferencji), może uda mi się skrócić pobyt do trzech i przylecieć do Nowego Jorku liniami Icelandic w niedzielę rano jedenastego. Wyślę telegram, jak już będę miała pewność. Na wszelki wypadek zostaw klucz pod wypaczoną płytką. Mam nadzieję, że ten list dotrze na czas. Nie mogłam pisać przez ostatnie tygodnie. Terminy, wyprawianie dzieci na lato do szwagierki, no i ostateczne sprzątanie - dobijająca masa rzeczy. Ale to jest już załatwione. W końcu jestem wolna, klucze zostały przekazane nowym najemcom, moja jedyna walizka odprawiona na aérogare. Cały dzień spacerowałam, upajając się niezwykłą lekkością, jedynie z moimi papierami i twoim zdjęciem w portfelu.
Chodziłam po różnych targowiskach, patrząc na te same odmiany sera i pięknie ułożone owoce, nawet fasolka szparagowa była w idealnych rządkach, zgubiłam się na targu kwiatowym. Przez prawie godzinę siedziałam w lobby Crillona i próbowałam do Ciebie napisać. Później spacerowałam po Place Vendôme, przyglądając się wystawom sklepowym. Nie miałam żadnych planów na popołudnie i dopiero kiedy o dwunastej wszystkie sklepy zostały zamknięte, zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam pójść na zakupy, wstąpić do Musée Grévin, zwiedzić wystawę chińskiej kaligrafii albo po raz ostatni rzucić okiem na głowy cykladzkie w Luwrze. Rozkojarzona, szłam jednak dalej, za Châlet, zaglądając do każdego sklepiku ze starzyzną wzdłuż quai, całe przecznice dóbr, kosztowne tropikalne ptaki i ryby na sprzedaż, a z powrotem, po drugiej stronie rzeki, nagle dotarło do mnie, jak bezsensowne są te wszystkie wspaniałości, pogodnie niebieskie niebo, niespodziewana irytacja i złość na widok kobiet wracających z małymi dziećmi z placu zabaw i tłoczących się przed sklepami mięsnymi czy piekarniami. Uzbroiłam się w cierpliwość i postanowiłam, że o zachodzie słońca wybiorę się na typową turystyczną przejażdżkę łodzią po Sekwanie. Prom był pełen chłopców z jakiejś niemieckiej organizacji młodzieżowej - Wundervogel. A teraz już czas.
Wybacz tę spóźnioną i pospieszną wiadomość, miałam nadzieję, że zdążę dziś wcześniej, teraz równie dobrze mogę ją nadać na lotnisku. Nie zaczęłam jeszcze nawet myśleć o odczycie na temat Spinozy, który mam wygłosić. Liczę na atmosferę miejsca. To będzie moja pierwsza wizyta w Amsterdamie.
Twoja kochająca Sophie
W podróży Sophie Blind towarzyszył dobytek gromadzony przez prawie trzydzieści pięć lat, spakowany do pudeł, waliz, kufrów, beczek, skrzyń i gdzie tam jeszcze. Nie miała go oczywiście przy sobie i nie zawsze ze sobą. Osobiście woziła tylko to, co było konieczne ze względu na naturę konkretnej podróży - czy odbywała się statkiem, samolotem, pociągiem, autobusem czy na piechotę - jej cel i, w końcu, liczbę osób.
Wydawało jej się, że to oczywisty sposób postępowania z rzeczami: pakowanie i rozpakowywanie i ponowne pakowanie, gdy znów gdzieś jechała, a Sophie podróżowała przez całe życie. Odkąd wyszła za mąż, podróżowała ze swoim mężem. Ezra Blind pracował nad książką, której ukończenie mogło wypełnić resztę jego życia, a przynajmniej kolejne dwadzieścia lat. Praca ta wymagała przesiadywania w bibliotekach i spotykania się z uczonymi w różnych państwach świata. Na szczęście Ezra bez problemów zdobywał jako gościnny wykładowca zaproszenia z niezłych uniwersytetów po obu stronach Atlantyku aż po Jerozolimę. Mieszkali zatem w wielu różnych miastach, czasem zaledwie przez parę miesięcy, czasem zostawali nawet na dwa lata, w międzyczasie podróżując do innych miejsc. Sophie lubiła podróżować. Gdziekolwiek była, lubiła też otaczać się kilkoma dobrze znanymi, ulubionymi przedmiotami, pod mniej więcej tym samym niebem z tym samym słońcem i księżycem, wewnątrz mniej więcej tych samych ścian. Niektóre rzeczy znajdowała, niektóre kradła, jeszcze inne kupowała. Sophie lubiła podróżować. W ramach prezentu ślubnego Sophie poprosiła swojego teścia o przedłużenie podróży poślubnej (zamiast futra). Nie chce futra? Ich synowa musi mieć futro. Futro zostało kupione z okazji narodzin syna, w celu zrobienia odpowiednich zdjęć rodzinnych. Sophie zakładała futro specjalnie dla nich. Była ich synową. Ale czy musiała zabierać je wszędzie ze sobą, kiedy podróżowała z mężem? Tak, ponieważ Ezra zapłacił część pieniędzy. Jego ojciec powiedział: "Chcę kupić Sophie futro za pięćset dolarów". Na co Ezra odparł: "Kup jej takie za siedemset. Znam człowieka, przez którego możemy kupić futro warte dziewięćset dolarów za jedyne siedemset. Zapłacę dwieście, zaoszczędzimy czterysta, a ona będzie miała najlepsze futro". Kiedy Sophie była z Ezrą, nosiła dla niego futro i biżuterię, którą jej kupował. Kiedy Ezra czuł, że ich przyszłość może być zagrożona, kupował Sophie ozdoby z ciężkiego srebra.
Lubił, gdy ubierała się na czarno. Była w czerni, kiedy się jej oświadczył, i w niej było jej najładniej. Najlepiej współgrała z biżuterią, którą jej kupował. Zawsze był gotów kupić Sophie kolejną dobrze leżącą czarną sukienkę. Dobra czarna sukienka była na całe życie. Natomiast Sophie marzyła o białych koszulach nocnych, długich i miękkich, z najlepszej bawełny lub flaneli. Ale Ezra nie mógł tego zrozumieć. Lepiej wyglądała nago. Czasem prosił ją, żeby przyszła do łóżka w futrze. Koszula nocna? To dopiero zbytek.
Nie wszystko, co gromadziła Sophie, podążało za nią w pudłach i frachtem w skrzyniach i kufrach, ponieważ było to trudne, drogie i skomplikowane. Poza tym, jeśli jechali na południe, nie potrzebowali wszystkich futer i wełnianej odzieży, choć te rzeczy mogły się przydać w kolejnym roku lub podczas następnej podróży, ponieważ nigdy nie wiedzieli, gdzie pojadą następnym razem. Podobnie przechowywała ubranka, z których wyrosły dzieci, a które mogły się przydać przy kolejnym dziecku. Oczywiście większości rzeczy, którą zgromadziła w różnych miejscach, nie mogła wozić ze sobą, więc składowała je, w zależności od tego, gdzie się znajdowały, u przyjaciół lub krewnych, którzy byli bardziej zakorzenieni. Wszystko było gromadzone z myślą o tym, że osiądzie gdzieś na stałe, w wielkim domu z wieloma skrzydłami i piętrami, pojemną piwnicą i strychem. Tam właśnie miały żyć te wszystkie zwierzęta, które obiecała dzieciom. W jej umyśle wszystko to się ze sobą łączyło, zawsze przebywała w wyimaginowanym domu, a wyjeżdżając zabierała ze sobą jedną czy dwie rzeczy. Ale może tak naprawdę chciała mieć jedynie wyimaginowany dom i zawsze będzie podróżować, kolekcjonować rzeczy i mieszkać wszędzie. W międzyczasie radziła sobie całkiem nieźle, zostawiając to kufer, to walizkę u przyjaciół lub krewnych, którzy byli bardziej zakorzenieni. A jeśli przebywała w jakimś miejscu dłużej niż rok, choć nigdy nic nie było pewne, prosiła, by przysyłano jej to i owo. Zawsze żałowała, że nie wiedziała wcześniej i nie mogła spakować się z uwzględnieniem przyszłych okoliczności. Sophie wiedziała, że gromadzenie, zbieranie i pamiętanie, gdzie co jest, było przejawem słabości. Rzeczy gubiły się, ale to należało do natury podróżowania. Nie tylko konkretne przedmioty, ale całe pakunki i walizy przepadały w niewyjaśnionych okolicznościach. Starała się jak mogła dbać o wszystko, ale kiedy coś, mimo jej wysiłków, ginęło, przyjmowała to z pogodną rezygnacją, w przeciwieństwie do Ezry, który bez końca rozpamiętywał zgubę. Niezależnie od tego, czy było to coś, co miało dla niego prawdziwą wartość, czy po prostu przedmiot, którego w danym momencie potrzebował, za każdym razem, kiedy odkrywał nową stratę, zaczynał w żałobnym tonie wyliczać każdą rzecz, która przepadła, odkąd podjęli wspólną podróż. Sophie tego nie robiła. Lub zachowywała to dla siebie. W momencie, w którym odkrywała, że czegoś brakuje, czuła ból. Sophie uważała, że wystarczy raz. Zgubione rzeczy chciały być opłakiwane. I tak, do końca życia można było płakać po tych kolczykach, kupionych w jakiejś bocznej uliczce w Genui. Było to jednak wbrew jej zasadom: cierpieć z jakiegoś powodu można tylko raz. Jak Ezra mógł stanąć po stronie rzeczy? Nie żeby Sophie miała pewność. W rzeczywistości, mimo zasady, nawiedzały ją zjawy różnych zagubionych przedmiotów. Na nic zdało się powtarzanie: "Całe szczęście! Umarłabym, gdybym miała dziś założyć te kolczyki!". Stawał jej przed oczami ich obraz na jakiejś hotelowej toaletce. Sophie wiedziała, że to leżało w naturze rzeczy, a w jej naturze jako kobiety z zasadami było stawiać opór. Jeśli to nadal mnie nawiedza, myślała, to dlatego, że nie przeżyłam tej straty tak głęboko i prawdziwie jak powinnam. W takim jednak razie nic nie da się już zrobić. Przegapiłam właściwy moment, dlatego to stale do mnie powraca. Straty, które sprawiły jej prawdziwe cierpienie, nosiła głęboko w sobie, była z nimi wręcz zrośnięta. Gdy miała potrzebę zapoznania się z kompletnym spisem zgubionych rzeczy, wystarczyło, że wspomniała o ostatniej z nich, a Ezra zaczynał wyliczać: dziś to, wczoraj tamto i tak bez końca. Ale Sophie nie była zainteresowana. Prowadzenie rachunków to męska rzecz. Tym zajmował się jej ojciec i obaj jej dziadkowie.
Tak, uwielbiała podróżować. To jedyny możliwy sposób na życie, mówiła zawsze, jedyny sposób, aby żyć w czasie, to lecieć z nim. Kiedy za długo przebywali w jednym miejscu, stawała się nerwowa.
Sophie była gotowa zrobić wszystko, by uniknąć kłótni, ale to nie zawsze skutkowało, ponieważ Ezra nie poprzestawał na zamartwianiu się i narzekaniu: on pragnął awantur. Co więcej, Sophie też miała swoje pretensje, a nie zawsze udawało jej się stłamsić je milczeniem. Kłócili się zatem.
Ezra zawsze wygrywał. Bez względu na przedmiot sporu i to, kto zaczął, zawsze udawało mu się wykazać, że Sophie nie miała racji. Sophie nie mogła zrozumieć, jak on to robi. Musiał mieć jakąś wyjątkową zdolność. W dodatku na koniec Ezra zawsze mówił, że jest najcudowniejszą kobietą na świecie.
Ezra zaczynał od niewinnego stwierdzenia. Tak niewinnego, że Sophie nie miała pojęcia, że właśnie zaczynał kłótnię. Drobnostka, którą da się wyjaśnić w minutę, myślała, lub jakaś błahostka, którą nie ma co się zajmować i można ją odpuścić. Jednak gdy Ezra ciągnął jakąś sprawę, do Sophie zaczynało docierać, że nie chodzi wcale o rzeczony krawat, którego nie mógł znaleźć i obwiniał ją, że go nie spakowała, lub że nie spakowała innych rzeczy przy innych okazjach, lub o jej lekceważący stosunek do jego wyglądu lub jej własnego wyglądu - jej lekceważący stosunek do wyglądu w ogóle. Rzeczywisty problem stanowiły wszystkie konsekwencje, jakie to miało dla ich życia, a których miało być coraz więcej. Problem urastał do potwornych rozmiarów.
Ezra wyłuszczał swoją opinię z narastającym patosem, to chodząc, to przystając, aby nie odciągać uwagi od retorycznego sporu lub po to, by podkreślić dramatyczną pauzę. Sophie patrzyła na jego palec wskazujący: kreślił koła lub mieszał jakąś sekretną miksturę. Wystrzeliwał w górę, ku wyżynom. Kręcąc pętle, przechodził w ruch horyzontalny i zatrzymywał się, wymierzony w nią. Po czym zaczynał machać na nią coraz groźniej, jakby nie wiedząc, co ze sobą począć. W tym momencie nabierała głęboko powietrza - po to, by odpowiedzieć mu ze złością albo wybiec z pokoju.
Sophie nienawidziła kłótni. Najczęściej chowała urazy w sobie. Czasem następował niespodziewany wybuch. Czasem nie wiedziała, czy w ogóle poruszać dany temat, i kiedy zastanawiała się, w jaki sposób to zrobić i czy w ogóle, następowała erupcja, zaskakując ich oboje - prawdopodobnie nawet bardziej Sophie niż Ezrę, który był przyzwyczajony, ponieważ w jego rodzinie się krzyczało, ale Sophie nie zwykła słyszeć swojego krzyku.
Ezra słuchał z uwagą, wygodnie rozłożony i bardzo spokojny. Czy wykorzystał moment, w którym Sophie była zbyt pochłonięta swoją pasją, by opaść na sofę lub wśliznąć się do łóżka - czy może kłótnia w ogóle od tego się rozpoczęła? W każdym razie on leżał w łóżku, a ona była na nogach i musiała coś zrobić, coś, z czym nie mogła sobie sama poradzić. Wtedy docierało do niej, że jej życie sprowadza się do niemożliwości zrobienia czegokolwiek. Obraz rozwalonego na łóżku i ziewającego Ezry - to bardzo prawdopodobne źródło jej gniewu.
Sophie Blind nie wierzyła w druzgocące słowa, które wydobywały się z jej ust, ani w to, że to ona je wypowiadała. Poza tym Ezra nie okazywał konsternacji, niedowierzania czy szoku. Sophie widziała jego zadowolony wyraz twarzy: siedział teraz wyprostowany, przyglądał się jej szeroko otwartymi oczami, kiwał głową z uznaniem dla kobiety pieklącej się tak, jak jej przystoi, niezbyt udanie próbował stłumić uśmiech, jego wyraz twarzy stawał się łagodniejszy, przybierał maskę powagi lub po prostu przerażenia, aby następnie zniknąć pod kocem, gdy jej wymachujące ręce i drapiące dłonie zbliżały się do jego delikatnej skóry, by ostatecznie potwierdzić jej rację, i czekał, aż burza minie. Nie miał czego się bać pod tym przykryciem, to przecież tylko kobieta, jej pięści trafiały głównie w ścianę i powietrze, w najgorszym wypadku dostawał kuksańca w żebra, gdy zdołała się przebić przez barykadę ramion i kolan. To tylko kobieta, teraz w dodatku coraz bardziej podatna i bezsilna ze złości. Jego ukochana żona - on wie, co z nią zrobić; dziewięć miesięcy później rodziło się dziecko.
Jeśli się na niego nie rzucała, Ezra czekał, aż nawałnica minie, co musiało przecież nastąpić. Czekał, aż smagające bicze deszczu przejdą w drobną mżawkę, aby podjąć coraz słabiej powtarzane przez Sophie: "...zawsze wszystko muszę robić sama...". Następnie Ezra, zraniony do żywego najdrobniejszym wyrzutem, zaczynał wyliczać, przypominać jej o wszystkich sytuacjach, w których jej pomagał, robił dla niej różne rzeczy, ściągał ciężar z jej barków, kupował prezenty. Jeden po drugim, wszystkie jego dobre uczynki względem niej, zaledwie kilka z nieprzebranego mnóstwa, wyliczane dopóty, dopóki nie spuszczała głowy, oszołomiona przez całe to - tak pieczołowicie i z uczuciem wyliczone - dobro. Ciężar wyrozumiałości, oddania i posług sprawowanych przez tak wiele lat sprawiał, że Sophie robiło się słabo i wpadała w odrętwienie. Nie była pewna, czy stoi, siedzi czy leży. Dusiła się. Kiedy w końcu czuła, jak jego ciało ją osacza i miażdży, przynosiło jej to ulgę. I dziewięć miesięcy później rodziło się dziecko.
Kiedy Sophie spodziewała się dziecka, była szczęśliwa, nic jej nie przeszkadzało. Spała, chodziła, jadła, kiedy miała ochotę. Kiedy Ezra prosił ją, żeby coś zrobiła, przeważnie tego nie słyszała. Była w ciąży. Moja żona jest w ciąży, mówił Ezra znacząco, kiedy ludzie zwracali uwagę na jej nieobecność lub komentowali jej rozkojarzenie na przyjęciach. Sophie nie mogła zawracać sobie głowy towarzyską paplaniną, kiedy spodziewała się dziecka, a już na pewno nie wtedy, gdy karmiła piersią i troszczyła się o swoje potomstwo. Nie mogła sobie zawracać głowy uwierającymi butami i argumentami za lub przeciw. Zostawała w domu i nacierała olejkiem swój brzuch lub dziecko, lub jedno i drugie.
Ezra widział, jak szczęśliwa była Sophie w ciąży, i dawał jej kolejne dziecko. Moczyła się w wannie. Kiedy było już dziecko, zabierała je do wanny ze sobą, zabierała je wszystkie, żeby bawiły się kurkami i prysznicem lub po prostu pluskały się w wodzie. Gdy trochę podrosły, dawała im glinę, farby, koraliki i stare materiały, żeby bawiąc się, mogły coś z nich zrobić.
Ezra narzekał. Przerażały go koraliki, glina, gałganki i farby, a zwłaszcza dziecięce rysunki na ścianach. To się zmyje, zapewniała go żona i udowadniała to, biorąc do ręki gąbkę. Ale Ezrę przerażała myśl o dzieciach rysujących po ścianach. Ezra ogłosił, że życzy sobie w domu porządku. Sophie patrzyła, jak złowrogo machał palcem wskazującym, a jego usta zaciskały się w cienką linię. Przez długi czas Sophie nie chciała uwierzyć w przemianę Ezry. Czy Ezra mówił przez nos jak jego ojciec? Wyhodował brzuch, nabawił się dziwnych przypadłości, krzyczał na widok pęknięcia na ścianie, rozlanych płynów, brakującego guzika - wszystko musiało być natychmiast korygowane.
Ezra kazał jej zamówić woskowanie podłóg. Dzieci mogą się pośliznąć, protestowała. Powinny siedzieć cicho w swoich pokojach, a po woskowanych parkietach chodzić ostrożnie, krzyczał Ezra. Ale to bez sensu, przecież za kilka miesięcy znów się przeprowadzimy, a poza tym to jest drogie, próbowała przemówić mu do rozsądku. Nie stać nas na to, błagała, pokazując niezapłacone rachunki ze sklepu spożywczego i za wizytę u lekarza. W takim razie dzieci będą miały mniej zabawek, powiedział Ezra, wchodząc do łazienki ze stertą zagranicznych czasopism.
Sophie była zadowolona z dzieci, nadal mogły tworzyć, nawet jeśli robiły przy tym bałagan. Ezra zazwyczaj był poza domem, a kiedy się zjawiał, zawsze nieoczekiwanie, wybuchała awantura - był to stały element życia rodzinnego. Tyle że wraz z upływem lat i dorastaniem dzieci kłótnie stawały się coraz gorsze, a Sophie uświadomiła sobie, że nie może zaakceptować kolejnych przegranych. Ezra prowadził teraz rachunki za nich wszystkich, za nią i dzieci, notując wszystko, cokolwiek którekolwiek z nich zgubiło lub zrobiło źle, a ponieważ uparcie nie potrafili się poprawić, nie było nadziei. Nie tylko wyliczał przeszłe przewinienia, ale też przewidywał przyszłe. Zanim dorosły, Ezra już widział swoje dzieci na szubienicy i w rynsztoku. Sophie Blind, która nigdy nie potrafiła się przed nim obronić, musiała teraz bronić dwóch, a nawet trzech osób przed słowami, a czasem ciosami, ale przede wszystkim przed słowami, bo to one wywierały długotrwałe skutki. Dodatkowo, wraz z pojawianiem się kolejnych dzieci, Ezra miał coraz dłuższą listę własnych dokonań, uprzejmości i poświęconego dla nich wysiłku, począwszy od dnia ich narodzin, którą bez zmiłowania recytował, aż do chwili, w której jednemu z dzieci robiło się słabo, a pozostałe zaczynały wrzeszczeć i tupać, a Sophie nie wiedziała już, co robi, ani tym bardziej, co powinna zrobić, wiedziała tylko, że z oczywistych powodów tej sytuacji nie dało się rozwiązać ani ciągnąć tego jak dotychczas. Wiedziała również, że jakkolwiek wielkie i naglące by nie były jej potrzeby, nie mogła zemdleć ani zacząć krzyczeć. Musiała zrobić coś całkowicie przeciwnego. Tak wiele trzeba było zdziałać: osłaniać lub kłócić się, lub po prostu stać zupełnie nieruchomo niczym posąg, lub wyprowadzić dzieci z pokoju i powiedzieć im, żeby słuchały ojca, albo z kolei wyciągnąć Ezrę, aby później pocieszać go i rozweselać. Lata później, kiedy próbowała sobie przypomnieć, co właściwie w takich sytuacjach robiła, lub co mogła i powinna była zrobić, wciąż się w tym gubiła. Nie wiedziała, co robi ani co powinna robić, a jednak jej życie toczyło się z dnia na dzień. Przenosili się z jednego państwa do drugiego, pakowali się i rozpakowywali, do tego dochodziły jej własne podróże, aż zmęczyła się życiem w odległych, zacofanych miejscach, na wyspach, na które kursował jeden prom tygodniowo, w górach, gdzie można się było dostać jedynie pieszo lub na ośle. Była zmęczona podróżowaniem lub po prostu zmęczona wszystkim. Zapragnęła wielkiego miasta. Tęskniła, podobnie jak dzieci, za swoimi rzeczami - za książkami, zabawkami, ubraniami, wszystkimi tymi ładnymi rzeczami, które kupili, których używali w różnych miejscach i które spakowane w pudła i walizy przechowywali tu i ówdzie, a które być może się zgubiły (jak na przykład walizka posłana do siostry Ezry, w której znajdowały się wszystkie jej zapiski z Włoch oraz kieliszki z Wenecji). Była zmęczona własną niechlujnością i złym gustem otaczających ją ludzi. Pragnęła miejsca, w którym miałaby wszystkie swoje rzeczy raz na zawsze i już więcej nie musiałaby się pakować i przeprowadzać i martwić, ale gdzie mogłaby osiąść i wychowywać swoje dzieci oraz w ciszy i spokoju napisać jedną z tych książek, które zawsze planowała.
Wszystko, czego potrzebowała, to pieniądze i udany romans, powiedział jej na Ibizie pewien emerytowany Anglik.
Sophie wiedziała, że nadal ma pieniądze, które jej ojciec wpłacił na konto bankowe, kiedy wychodziła za mąż, "na wszelki wypadek...". Nie pozwoliła mu skończyć tego zdania. Było to dzień przed ślubem i obawiała się, że jej ojciec powie coś, co wszystko zepsuje, więc nie chciała słuchać. W jej życiu nie miało być żadnych "wypadków". Wszystko miało być w porządku, więc dzień przed ślubem nie było miejsca na cynizm i wątpliwości ojca.
Sophie postanowiła osiedlić się w Paryżu. Ezra się sprzeciwiał, później to zaakceptował. Jego zachwyt tym, że wybrała Paryż, oraz jego ironiczne docinki były do przewidzenia. Przed przyjaciółmi chełpił się, że pozwala swojej żonie na to, o czym każda kobieta marzy: mieszkać w Paryżu. Do teścia napisał gorzki list z wyrzutami, że pomaga swojej córce uciec z dziećmi od męża. Ezra naigrywał się z Sophie, ale cieszyła go perspektywa odwiedzania jej w Paryżu i spędzania kilku tygodni lub miesięcy w roku w swoim ulubionym mieście. W końcu podjęła jakąś rozsądną decyzję.
Ezra nalegał, żeby dzieci zostały u jego siostry, Renaty, w Bernie, co miało dać Sophie możliwość urządzenia wszystkiego należycie.
- Ale ja odchodzę od ciebie, Ezra - powiedziała Sophie.
- Ja tylko chcę ci to ułatwić - mówił Ezra. - Nadal jesteś kobietą, którą poślubiłem, i matką moich dzieci - dodawał z uczuciem. - Fakty pozostają niezmienne. Dzieci będą miały w Bernie najlepszą opiekę, a ty będziesz miała pełną swobodę. Renata zajmie się nimi tak długo, jak będziesz potrzebowała, żeby wszystko sobie ułożyć.
Wiosną tego roku Sophie poleciała do Nowego Jorku, aby spakować i wysłać rzeczy, które tam zostawiła, oraz uporządkować swoje sprawy finansowe. Czy był to odpowiedni czas na udany romans?
Wszystko zostało przygotowane.
Sophie wróciła do Europy, żeby spędzić z dziećmi kilka tygodni nad morzem do czasu, aż ich paryskie mieszkanie będzie gotowe. Kiedy leciała samolotem z Nowego Jorku do swoich dzieci, jej myśli kołowały w słodkim zamęcie. Miała mieć jeszcze wiele udanych romansów. A może wystarczy tylko jeden, trwający do końca życia. Ale może zdarza się tylko jeden na całe życie, więc miała to już za sobą. Nie miało znaczenia, że nie skończyła się pakować.
Lotnisko Orly jak zwykle powitało ich szarą mżawką. Sophie Blind w podróżnej pelerynce, po obu stronach prowadzi roztańczone dzieci, najstarsze wyrwało się do przodu z dużym wiklinowym koszem, do którego spakowali ciężkie rzeczy - noże, muszle, sprzęt kempingowy, maszynę do pisania, żelazko owinięte w jeszcze mokre ręczniki plażowe. Jakim samolotem polecimy następnym razem? - pytają dzieci. Swissair? Pan Am? Air France? Lufthansa? Dlaczego nigdy nie latamy Air India? Nie będziemy już latać samolotami. Zostaniemy tutaj. Osiedlamy się na dobre. Zmęczony i odległy głos matki tłumaczy w taksówce, mknącej wzdłuż nabrzeża, podczas gdy pomniki Paryża pojawiają się wokół nich.
Zatrzymują się pod budynkiem w budowie. Ostatnie piętro, tam, gdzie wprawiono okna, wskazuje Sophie. Pięć pięter w górę. Wiedziałem. Po prostu wiedziałem! Komentuje Joshua, podnosząc kosz. To dobre dla serca, mówi Toby. Dlaczego zaczęli od góry? - pyta Jonathan.
Mieszkanie nie jest jeszcze gotowe, robotnicy kładą właśnie wykładzinę. Nie mogą wejść aż do wieczora, wtedy praca zostanie skończona, ale dużo rzeczy już przyjechało - pudła i walizy piętrzą się obok drzwi wejściowych, na samej górze kufer, a na nim jakieś listy. Czy to tatuś napisał? Dlaczego ich nie otworzy? Nie na klatce schodowej.
Wychodzą na bulwar: tabac, boulangerie, kioski oklejone zapowiedziami koncertów z zeszłego miesiąca, Credit Lyonnais, toalety publiczne, przechodnie idący jeden za drugim w wąskich, bocznych uliczkach, défense d'afficher na poplamionych ścianach. Tak, tu jest wszystko, ścieki spływające rynsztokiem i mały człowiek w niebieskim tablier kierujący śmieci do kanału przy pomocy miotły z witek. A zza następnego zakrętu wyłania się Notre Dame. Co będziemy robić? Przynajmniej przestało padać. Pójdziemy do kina?
Sophie pisze list do kochanka, kiedy siedzą w kafejce na rogu, czekając aż robotnicy skończą. Ponownie czyta wiadomość od niego i drze swoją odpowiedź. Przyleciałam dziś rano, jak zawsze w szarej mżawce, i znalazłam list od ciebie... zaczyna nowy arkusz. Mamo, czy już możemy iść?... Paryż nie jest taki sam. Wykreśla linijkę i mnie stronę.
Tak, brązowy papier pakowy skrywa dywan. Cóż za frajda dla dzieci rozedrzeć go i rozwinąć. Złoty, jeśli Jonathan będzie nalegał. W zeszłym roku, kiedy go wybierała, ten odcień nosił nazwę moutarde. Żadnych mebli? Komu potrzebne meble. Będą jedli, bawili się i spali na złotym dywanie. Dobrze, że wzięli ze sobą gazową kuchenkę turystyczną, bo zanim skończą montować rury i przyjdzie inspecteur du gaz...
Dzieci są ciekawe. Kto przysłał jej ten gruby list z Nowego Jorku, który czyta podczas gotowania spaghetti? Kto to Ivan? - pytają. Czy jest bogaty? Przystojny? Wyjdziesz za niego? Ja wyjdę za bogatego, mówi Toby. Ty jesteś bogata, prawda? - pyta Jonathan. Joshua nigdy się nie ożeni. Kim są ci mali ludzie, jedzący na podłodze w japońskim stylu? Potrzebujemy jakichś mebli, nalega Toby. Dla gości. Co o tym myślisz? Będziemy urządzać przyjęcia. To prawda, że nie da się godnie podejmować ludzi bez przynajmniej kilku krzeseł.
Ale ludzie i tak przyjdą. X, który słyszał, że już nie jest z Ezrą. Y, który dowiedział się od Ezry, że Sophie mieszka teraz w Paryżu. Z, który usłyszał od X. Czekali przez wszystkie te lata. Nie ma sensu przepraszać, je ne me suis pas encore installée. Dywan w zupełności wystarczy. To absolutnie nie wchodzi w grę. Nie może, dzieci mogłyby się obudzić. Nie może, jest wykończona. Nie może, musi się rozpakowywać. Nie może, ma pięćdziesiąt listów do napisania. Nie, nie może, musi pracować nad książką. Nie może powiedzieć o czym. Musi spać. Naprawdę musi napisać te listy. Do Ezry. Nie może. Listy w interesach. Nie może. Do kochanka w Nowym Jorku. Nie może. Skończyć się rozpakowywać. Nie może. Nie może spać. Nie może pracować. - Jak pozbyć się sukni ślubnej, której nie można przekazać córce lub synowej? Nie ma właściwego sposobu.
Tynk nadal nie wysechł. Nie schnie w tej wilgoci... "Quartier pittoresque et malsain", jak mawiał Guide Bleu. Długo po północy chodzi po mieszkaniu w futrze.
Gdzie idziesz, mamo? Joshua mruga, stojąc w przedpokoju w drodze powrotnej z toalety. Na bal w koszuli nocnej, gdzieżby indziej? Sophie czeka, aż syn zawinie się pod przykrycie w sąsiednim pokoju, i gasi wszystkie światła.