Rozdział trzeci
Grudzień, dwa lata wcześniej
A zatem to koniec. Po siedmiu latach wspólnego pożycia Andrzej stał się przeszłością, a ja ponownie wylądowałam w tak zwanym moim pokoju na pięterku u Nadii. Trzydziestoletnia kobieta bez pracy i bez faceta. Żałosne i smutne.
Przyglądałam się w lustrze komuś, kto stracił nagle chęć do życia, a nabawił się lęku przed przyszłością.
A miało być zupełnie inaczej.
Poznaliśmy się na czwartym roku studiów - mojej polonistyki, jego ekonomii. Marzyłam o redagowaniu książek, pracy w wydawnictwie, być może założeniu własnego. On, niepoprawny lekkoduch, oddany pasji fotografowania, pełnymi garściami czerpał z zasobów rodziców, którzy nie szczędzili środków, by ukochany jedynak odnalazł drogę w życiu i osiągnął satysfakcję.
Gdyby żyli moi, pewnie byłoby mi łatwiej, zadumałam się nad niesprawiedliwością losu.
Składałam egzaminy po trzecim roku, kiedy zmarła mama. Niecałe osiem miesięcy później straciłyśmy z siostrą tatę, który nie poradził sobie po śmierci swojej Gabrysi. Zostałam sama w nagle opustoszałych czterech ścianach.
- Przeprowadź się do nas - namawiała Nadia, oferując kąt w niewielkim M na gdańskiej Morenie. - Będzie ci raźniej. Mieszkanie po rodzicach wynajmiemy, będziesz miała swój grosz. Jakoś się pomieścimy.
Propozycja była tyleż serdeczna, co nierealna. Trzyosobowa rodzina Nadii za pięć miesięcy miała się powiększyć o Jeremiasza, w dodatku moja siostra rozpoczęła specjalizację pediatryczną, która w sposób dosłowny spędzała jej sen z powiek. Potrzebowała miejsca, żeby się uczyć po nocach, a jej mieszkanie składało się zaledwie z trzech pokoi. Wprawdzie Marcina, doglądającego budowy domu w Klukowie, za dnia nie było w domu, jednak wieczorami do niego wracał. A ja miałam pewność, że pałętająca się po pokojach szwagierka nie wprawiłaby go w zachwyt.
Odmówiłam, zasłaniając się sentymentem do rodzinnego gniazda i zapewniając, że sześćset złotych renty w zupełności wystarczy mi do przeżycia.
Nadia przyjęła to tłumaczenie. Obiecała, że w Klukowie zawsze znajdzie się dla mnie pokój z łazienką. Przytaknęłam dla świętego spokoju, nie przewidując potrzeby korzystania z gościnności Walewskich, przyszłość napisała jednak inny scenariusz. Dzisiaj siedziałam "u siebie" i gapiłam się w lustro.
Sama jak wówczas, gdy odeszli rodzice. Tyle że o kilka lat starsza i ze złamanym sercem.
A miało być zupełnie inaczej.
Nigdy nie marzyłam o gromadce dzieci, domku z ogródkiem i pomalowanym na biało płotkiem. Pewnie dlatego spotkanie z Andrzejem przyjęłam jak zrządzenie losu. Z miejsca kupiłam jego lekkość bytu, pragnienie zwiedzania świata, fotograficzną pasję.
Był elokwentny, szarmancki, uśmiechał się promiennym uśmiechem Marka Hłaski, odgarniając niedbale blond kosmyk natrętnie opadający na czoło. Mówił do mnie "piękna", zachwycając się długimi jasnymi włosami, jakimi obdarzyła mnie natura. Nazywał "swoją muzą", koił samotność, wprowadzał na salony studenckiej artystycznej bohemy, obiecywał dalekie podróże.
Był przy mnie, kiedy broniłam pracy magisterskiej, obronę swojej odłożywszy na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Wytłumaczyliśmy sobie, że nie tytuły się liczą, a to, co robi się w życiu. Andrzej chciał robić zdjęcia. I twierdził, że nie ma lepszej towarzyszki do rozbijania się po świecie niż ja. Świeżo upieczona absolwentka polonistyki, chętna dorzucić nieco tekstu do jego fotografii.
Bukując kolejne wyjazdy w tak zwany świat, planowaliśmy "ciężką" pracę na antypodach, upatrując w niej doskonałego miksu obowiązków i przyjemności. I tak miało pozostać. Na zawsze. Ever.
Po powrocie Andrzeja z Toskanii, gdzie przygotowywał zdjęcia do materiałów reklamowych firmy swojego ojca, postanowiliśmy zamieszkać razem. Czas wydawał się znakomity. Byliśmy ze sobą ponad dwa lata, pora, by postawić swoje szczoteczki do zębów na jednej półce.
Mieszkanie rodziców wynajęłam i z zapałem zaczęłam urządzać jego gniazdko. Nie zwróciłam uwagi na brak entuzjazmu, kiedy wkroczywszy z kilkoma pełnymi książek regałami, poprosiłam o miejsce na mój dobytek. Andrzej nie był zachwycony, gdy kartony pełne zdjęć i aparatów fotograficznych musiały wywędrować do drugiego pokoju. Mimo to machnęliśmy ręką na drobne niedogodności, wynikające z użytkowania wspólnej powierzchni. W końcu łączyła nas miłość - do siebie i życia - oraz udany seks.
Radość z tej wspólnoty nie pozwalała mi myśleć racjonalnie. Zbywałam delikatne sugestie Nadii, "że może warto zastanowić się nad przyszłością?". Cóż mogła wiedzieć kochana, lecz tak przyziemna istota jak moja siostra? Kobieta, która "ubrawszy się" w męża, dwójkę dzieci, dom, psa i wymagającą pracę lekarza pediatry, pracowała od rana do wieczora, po nocach prała i gotowała, prasowała sterty rzeczy i nie miała czasu iść do fryzjera, żeby ufarbować odrosty. Ja chciałam jeszcze pożyć, zanim dam się tak uziemić.
Przecież gwiazdy mi sprzyjały. Między wyjazdami z Andrzejem zatrudniałam się jako wolny strzelec i redagowałam książki dla wydawnictw. Zarabiałam trochę grosza, ale o stałej posadzie nie miałam co marzyć.
- Potrzebujemy kogoś dyspozycyjnego - słyszałam coraz częściej podczas kolejnych rozmów kwalifikacyjnych. - Bywają momenty, kiedy mamy spiętrzenia, trzeba pracować więcej, nie może nam pani wtedy wyjechać. Musimy mieć stały zespół.
Coraz częściej zapalało się żółte światełko. Jak długo jeszcze wytrzymamy taki styl życia? Niepokój zaglądał w oczy, bo po raz kolejny zdjęcia się nie sprzedały, a trzeba było zapłacić czynsz. Nocne życie kosztowało. Nie mogliśmy nieustannie liczyć na rodziców Andrzeja, którzy od dłuższego czasu próbowali zainteresować syna pracą w rodzinnej firmie.
Nadia przestała się wtrącać. Mimo że nawet chętnie usłyszałabym od niej pytania o naszą przyszłość, ona zamilkła. A innych przyjaciółek nie miałam. Mój ukochany skutecznie wybił mi je z głowy, zawłaszczając mnie całkowicie.
Kiedy zauważyłam, że codziennie wieczorem czeka na "coś dobrego do zjedzenia", zaledwie stawiając na stole wino, kiedy po raz kolejny zwrócił mi uwagę, że jest brudny zlew, gdy zdarzyło mu się wrócić nad ranem - światełko w głowie zmieniło kolor na czerwony.
Dobiegałam trzydziestki. Wyspecjalizowałam się w zapiekankach, myłam umywalkę i toaletę, nie zapominając o kabinie prysznicowej, tachałam zakupy. I powoli zaczynałam myśleć.
Czy to nie czas, by Andrzej mi się oświadczył? Czy nie powinniśmy zostać małżeństwem, skoro i tak jestem pełnoprawną żoną?
Na ostatniej imprezie u Iwa nasza wspólna koleżanka Klaudia, pozostająca pod silnym wpływem wypitego spumante, szepnęła mi, że ostatnio widziała "mistrza" (tak nazywali Andrzeja znajomi) z laską, którą adorował na przedostatniej imprezie u Zigiego. Wtedy postanowiłam z nim porozmawiać. Poważnie.
Zdobyłam się nawet na przygotowanie kolacji, i siebie, do zasadniczej rozmowy. Liczyłam na wyjaśnienie sprawy oraz kilku innych kwestii związanych z naszym jutrem.
Niestety, mój wieloletni partner z podobną lekkością podszedł zarówno do podrywania Izy, jak i do siedmiu lat, które przeżyliśmy wspólnie.
- Wiesz, Natuś, jak cię kochałem... I nadal darzę cię dużą sympatią. Jesteś mi bliska - zaczął, a mnie przed oczami rozbłysły gwiazdy. - Sama jednak widzisz, że ostatnio coś się między nami popsuło...
Nie przerywałam, z trudem powstrzymując łzy. Co on mówi? Czy to do mnie?
W końcu zdobyłam się na pytanie.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - wykrztusiłam.
- Musimy coś postanowić - ciągnął.
Zastanowiłam się przez chwilę i nagle poczułam, że nasze postanowienia nie będą tożsame. Tchórz! Jak zwykle bał się nazwać rzeczy po imieniu.
- To znaczy? Jesteśmy razem tyle lat. Co zamierzasz z tym zrobić?
Teatralnym gestem schował twarz w dłoniach. Być może liczył, że ta rozterka wzbudzi we mnie litość. Ja jednak drążyłam temat.
- No, co masz mi do powiedzenia? Może po tych siedmiu latach warto coś powiedzieć swojej kobiecie? - podniosłam głos.
Długo nie odpowiadał, mierzwiąc czuprynę, trąc nos, spoglądając mi w oczy jak zbity pies. Niemal zaczęło mięknąć mi serce. Wkrótce jednak zadał cios ostateczny, wskutek czego litość odeszła w zapomnienie.
- Kochanie... - zaczął delikatnie.
Sukinsyn! Zawsze udawał delikatnego.
- Wiesz, że ja cię zawsze...
Nie chciałam słuchać andronów, które zamierzał wygenerować. Z pewnością nie miałyby nic wspólnego z oświadczynami. Gdybym nie mieszkała u niego, najchętniej wyrzuciłabym go z domu. W istniejących okolicznościach to ja musiałam się wynieść stąd jak najdalej.
- Wyprowadzam się. Niebawem przyjadę po rzeczy.
Powiedział tylko, że nie ma pośpiechu. Nie przeszkadzają mu. Mogę je zabrać, kiedy zechcę.
Wybiegłam na grudniowy mróz i wezwałam taksówkę.
- Proszę na Kilińskiego osiem - wykrztusiłam. - Klukowo.
POZOSTAŁE ROZDZIAŁY DOSTĘPNE W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI