2
Kilka miesięcy wcześniej, w maju, Joanna wybrała się na rajd po Beskidzie Niskim. Trasa biegła przez Bukowce. I to wystarczyło. Nie, to nie było w jej stylu. I chyba właśnie dlatego tak cieszyło ją to, czego dokonała po majówce, bo nigdy wcześniej nie zdobyła się na taką przedsiębiorczość.
Wieś wydała jej się urocza: ledwo kilka gospodarstw, pola uprawne i gęsty las dookoła. Droga kończyła się za ostatnim domem; dalej prowadziły tylko szlaki, zanikające leśne ścieżki, gdzieniegdzie błotniste fragmenty dróg do wywózki drewna.
Przystanęli wtedy przy zaniedbanej i zarośniętej chaszczami zagrodzie, by się napić i zjeść. Joanna powędrowała w krzaki, a potem obejrzała gospodarstwo, które wyglądało na pozostawione, i to dobre kilka lat wcześniej. Na małym wzniesieniu stał smukły dom z ciemnego drewna, o wysokich, podwójnych oknach. Zajrzała przez szybę - widziała fragment kuchni z blatem i piecem kaflowym. Wnętrze nie wyglądało na zdemolowane, jak w innych opuszczonych domach. Ganek pięknie wychodził na łąkę oddzieloną od terenu zabudowanego walącym się płotem. Po lewej stronie stała niewielka stodoła, a za dziką, majowo zieleniejącą się łąką widniała ciemna krawędź lasu.
Ten, kto zbudował dom, postawił go tylną ścianą do drogi. W efekcie, stojąc przed wejściem, Joanna nie musiała oglądać świata, tylko przyrodę - tak jak lubiła najbardziej.
I to właśnie gospodarstwo było na sprzedaż, a cena nie zwalała z nóg.
Kiedy podjęła decyzję, kiedy zobaczyła, jak blisko znajduje się rozwiązanie jej problemów, z ekscytacji nie mogła zasnąć. Zdjęcia w ogłoszeniu zgadzały się z tym, co widziała przez szybę. Wnętrze wymagało rzecz jasna gruntownego remontu, ale zachowały się szczątki kuchni i nawet uboga wersja łazienki. Z kibelkiem w środku, nie żadna śmierdząca i zimna sławojka na zewnątrz.
"Włoży się w to wszystko trochę pracy, odświeży i znów będzie można mieszkać", pomyślała. Czego właściwie więcej potrzebowała z takim widokiem i na takim powietrzu? Drewniane domy stoją przecież i po dwieście lat, a ten, po architekturze sądząc, miał najwyżej pięćdziesiąt. Sama ziemia musiała być warta ceny całości, co Joanna stwierdziła po krótkiej analizie.
Z takiej okazji w każdym momencie mógł skorzystać ktoś inny. Tyle lat oszczędzała ze strachu przed bezrobociem - i donikąd jej to nie doprowadziło. Była obecnie nieszczęśliwa z kupką pieniędzy na lokatach. Nadszedł czas, by odwrócić te proporcje.
Transakcja została sfinalizowana 14 lipca w kancelarii w Gorlicach. Po fakcie podszedł do niej sympatyczny notariusz Wiesław Popielewicz.
- Pani to lepiej znajdzie dobrego cieślę - powiedział. - Ma pani jakieś namiary?
- Jeszcze nie - odparła. Postanowiła, że najpierw otworzy gabinet w Gorlicach. Związane z tym logistyka i czynnik ludzki w postaci pacjentów wydały jej się trudniejsze niż renowacja domu.
Notariusz pokiwał głową, zapisał jakiś numer na karteczce i wręczył jej.
- Niech pani zadzwoni do Sławka Fuszary. I niech pani z tym nie zwleka. I... yyy... - zawahał się - życzę powodzenia.
Wcisnął jej jeszcze swoją wizytówkę, w razie czego. Podziękowała.
Jak zdążyła się zorientować, ludzie tutaj byli bardzo mili. Obcy odnosili się do siebie prawie z czułością. Dla doświadczonej dermatolog zdobycie pacjentów w małym, ledwie powiatowym mieście nie powinno być specjalnie trudne.
Wystawiła na sprzedaż swoje żoliborskie M2, a gabinet w Gorlicach założyła w trzech rzutach. W lipcu najęła za psi grosz lokal, w którym przedtem przyjmował dentysta; pod koniec miesiąca przyjechała znowu, by zadbać o całe wyposażenie, i 20 sierpnia gabinet dermatologiczny Karamed otworzył swoje podwoje na ulicy Piekarskiej 21.
W trakcie tych trzech wizyt nocowała w hoteliku Dark Pub nieopodal gabinetu. Podawali tam pyszną, cienką pizzę i jeszcze lepszy okraszony gęstą śmietaną placek po węgiersku. Warszawskie ceny mogła dzielić na pół, ale swój cennik zostawiła na właściwym poziomie.
Nie mogła nie gratulować sobie świetnego wyboru życiowego, na przekór opinii tych wszystkich znajomych, którzy niemalże na głos zastanawiali się, jak skończy samotna kobieta w górskiej pustelni. Ale chyba nie wiedzieli, jak bardzo sama była Joanna w Warszawie, bo niekoniecznie chciała o tym każdemu opowiadać.
W Gorlicach żyło się spokojnie, sklepy zamykały się wcześnie, liczba pijaków była rozsądna, a bezdomnych - prawie zerowa. Ludzie przepuszczali się na światłach, z ciekawością spoglądając na żółtego garbusa. Tak jakby gorliczanie odnotowywali każdy nowy pojazd. Może zresztą tak było. I wcale nie zaobserwowała agresywnych reakcji na warszawskie blachy, przed czym powszechnie ostrzegali ją znajomi. A już po chwili wszyscy nazywali ją tutaj panią Asieńką i kochaniem, na co się nie burzyła, choć zwykle prosiła, by zwracać się do niej tylko pełnym imieniem. Dopiero teraz czuła, jak bardzo potrzebowała ludzkiej życzliwości.
Z sieciówką medyczną, w której pracowała w Warszawie, pożegnała się bez żalu; miała tam na każdego klienta piętnaście minut i więcej papierkowej roboty niż samego badania. Klinika zalecała, aby nie wysyłać abonamentowych pacjentów na dodatkowe leczenie. W efekcie Joanna głównie wypełniała dokumentacje i wypisywała recepty jak robot. Zabiegów nie wykonywała prawie w ogóle i nie przywiązywała się do swoich pacjentów. Dla niej to były tłumy anonimowych korpoludków z darmowym ubezpieczeniem medycznym, w dodatku zachowujących się tak, jakby chcieli na niej odbić całą frustrację spowodowaną pracą.
- Niech pani na mnie spojrzy, choć raz! - krzyknął kiedyś młody człowiek o przekrwionych oczach i wysypce niemal na pewno na tle nerwowym. Po chwili przeprosił, ale to właśnie Joannie zrobiło się wtedy głupio.
Przez te wszystkie lata myślała o założeniu prywatnego gabinetu, lecz rynek w Warszawie był trudny. Wkrótce i jej sieciówka miała zostać wchłonięta przez większą. Co wiązało się z dalszym rozwojem biurokracji, a Joanna już teraz nie wiedziała, czy jest urzędniczką, czy lekarką. Czas na zmianę nadszedł więc idealny. Dla przyzwoitości zadbała tylko, by jej stali pacjenci trafili w dobre ręce. Z niecierpliwością wypatrywała już nowych klientów, gorlickich. Może i oddychano tu lepszym powietrzem, ale problemy ze skórą trafiały się wszędzie.
Dwudziestego do gabinetu nie przyszedł nikt: nie przejęła się tym zbytnio, choć nowoczesna i kosztownie wypozycjonowana strona internetowa hulała już od dwóch tygodni. W dniu otwarcia była środa, a Joanna z góry zaplanowała, że będzie pracować w systemie poniedziałek-czwartek. Nie zamierzała robić wyjątków po dwóch dniach, a na Dark Pub nie mogła i nie chciała sobie dłużej pozwalać. Nie dlatego to wszystko robiła, żeby teraz mieszkać w hotelu na dziesięciu metrach kwadratowych.
W czwartek zdecydowała o finalizacji przeprowadzki. Bukowce, nie Gorlice, były sednem tej całej rewolucji życiowej.
Szykował się piękny weekend, jeden z ostatnich prawdziwie letnich, i nie obawiała się ciężkiej pracy - teraz, kiedy wiedziała, po co to wszystko robi. Zabrała materac dmuchany, nową pościel i jedzenie na trzy dni, bo reszta rzeczy miała dopiero dojechać. Lato powoli ustępowało, ale bukowiecka zieleń była jeszcze po królewsku głęboka i intensywna. Joanna miała tremę przed bliższym poznaniem z domem; może łatwiej jej przyszło otworzyć gabinet i dlatego tyle zwlekała. No i zapamiętała słowa notariusza. Kilka dni wcześniej postąpiła za jego radą i zadzwoniła do rekomendowanego majstra, który jednak miał czas dopiero od kolejnego tygodnia.
Chyba jednak nakręciła się za bardzo na swój nowy dom. Kiedy po krótkiej walce otworzyła zardzewiałą kłódkę, zatrzymała się w progu i przez kilka sekund stała jak sparaliżowana. W środku było gorąco, duszno i wilgotno. W przedpokoju znajdowało się coś, czego nie dało się nazwać inaczej niż brudnym klepiskiem. Dopiero w kuchni pojawiła się "podłoga": deski pokryte odpadającą brunatną farbą, odsłaniającą podejrzane szarzyzny. Trzeszczały, kiedy zrobiła kilka kroków, jakby miały złamać się wpół. Słyszała jakieś szuranie, coś dużego przeleciało tuż obok. Osłoniła się dłonią. Dom okazał się zamieszkały, chociaż nie przez ludzi.
Miała nagłą ochotę wyjść i nie wrócić.
Odetchnęła głęboko pięć razy. Nie popełniła błędu, biorąc dom w ciemno ze względu na wartość samej ziemi. Powtarzała to sobie w głowie jak mantrę.
Zacisnęła dłonie w pięści, by opanować nerwy. Głęboko oddychała, wchłaniając nieprzyjemny zapach wilgoci. Obsługująca ją agencja nieruchomości raportowała, że pojawili się pierwsi zainteresowani mieszkaniem w Warszawie. Zastrzyk gotówki był kwestią czasu. Stać ją będzie może nawet na nowy dom, a ten wymagał tylko remontu. Zestarzał się i posmutniał bez właścicieli, ale Joanna wierzyła, że przedmioty też reagują na okazywaną troskę, i ona zamierzała go nią otoczyć.
Wnętrze zbudowano w formie amfilady. Z przedpokoju wchodziło się do bardzo dużej, nieźle oświetlonej słońcem kuchni, którą widziała na zdjęciu. Dalej było jednak gorzej: kolejne, również przestronne pomieszczenie stanowiło bezsensowną zbieraninę mebli, z podłogą tylko do połowy powierzchni, w drugiej części zerwaną niczym w ataku wściekłości. Wyzierała spod niej goła ziemia. Następny pokój okazał się tylko niewiele lepszy. Jeden z nich miał stać się jej nową sypialnią. A łazienki nie znalazła w ogóle, nawet kiedy przedostała się z powrotem na korytarz, zatoczywszy kółko. Niemal wpadała już w panikę, kiedy przypomniała sobie o jeszcze jednych drzwiczkach, tuż przy wejściu. I była tam: prostokątna łazienka z wanną i ubikacją, bez umywalki; odseparowana od reszty domu jak nielubiana w rodzinie ciotka.
Udało jej się pobieżnie ogarnąć kuchnię i to coś, co łaskawie nazwano w ogłoszeniu łazienką. Za sypialnię jeszcze się nie zabrała; doszła do wniosku, że drugi pokój jest w lepszym stanie niż pierwszy, i postanowiła, że w nim właśnie zamieszka. Zadowolona z podjętej decyzji, ostrożnie otworzyła piec. Nic z niego nie wyleciało. Był na węgiel: kiepska sprawa, ale w gruncie rzeczy odczuła ulgę, że nie będzie musiała załatwiać i rąbać drewna, a przecież z czasem zmieni to na coś bardziej ekologicznego. Cała Polska paliła węglem od zawsze, to i ona mogła przez kilka miesięcy.
Nagle to do niej dotarło. Wcześniej uznała, że wystarczy, jak napali w piecu kuchennym. Jakie to naiwne, przecież piec stał w każdym z obszernych pomieszczeń... I nie bez powodu. Pierwszy pokój miał szansę na przepływ ciepłego powietrza z kuchni. W drugim należało już bezwzględnie napalić; musiała z niego na razie zrezygnować.
Najbardziej przykrą niespodziankę przyniosła jednak nocna ulewa. Dach ze starego gontu przeciekał, a Joanna przenosiła się z miejsca na miejsce, aż wreszcie zrezygnowana okryła się tropikiem do namiotu, który przypadkiem zostawiła w bagażniku samochodu. W półśnie jakoś przetrwała noc, wiedząc, że lepiej by wyszła na spaniu w garbusie.
O poranku czuła się podle. Desperacko pragnęła kawy i wcale nie chciało jej się walczyć z przenośnym palnikiem. Miała ochotę gdzieś usiąść, zamówić latte do gazety i Facebooka. Z pewnością mogła to wszystko znaleźć w Gorlicach, ale nie po to wykonała całą tę pracę, żeby tak szybko rejterować. Pragnęła życia na wsi, bez tego i Karamed tracił sens.
Najlepszym wyjściem w tej sytuacji był bukowiecki pensjonat Kora: tam z pewnością mogli ją poratować kawą, choćby i rozpuszczalną. I nie obraziłaby się za jajka sadzone na boczku; poza tym nadszedł już czas, by poznać się z lokalną społecznością.
Po krótkim spacerze w górę wsi wprosiła się do pensjonatu. Był to rozciągnięty jak dżdżownica jednopiętrowy drewniany budynek; położony po lewej stronie drogi, od wjazdu do wsi patrząc. Dość nowoczesny, lecz wystarczająco już stary, by ładnie wtopić się w trawiasty dziedziniec, na którym stał. Za budynkiem znajdowała się niewielka stajnia; Joanna wiedziała, że gospodarze trzymają konie.
Aneta Łowicka, ładna trzydziestoletnia kobieta, szeroka i w biodrach, i w biuście, przyjęła ją bardzo serdecznie. Oczywiście dobrze wiedzieli w Korze o tym, że Joanna kupiła dom w pobliżu.
- Takie rzeczy nie przechodzą bez echa, za mało nas tutaj - śmiała się gospodyni.
Siedziały przy niewielkim okrągłym stole w obszernej kuchni położonej w narożniku na parterze budynku. Kuchni pełnej rondli i rondelków, kuchni pachnącej jednocześnie cynamonem, świeżą smażeniną i kawą - w takiej kuchni chciało się siedzieć, i to nie tylko na imprezach. Okna wychodziły na drogę i na stajnię: Joanna widziała fragment pastwiska dla koni, które jeszcze mogły cieszyć się świeżą trawą. Dalej rozpościerała się połonina. Wytężyła wzrok, by zobaczyć swoje gospodarstwo, następne po tej samej stronie drogi, ale drzewa wciąż były zbyt rozłożyste, a odległość znaczna.
- Nie zobaczysz swojego domu teraz, może dopiero gdy liście spadną. - Aneta czytała jej w myślach.
Szybko przeszły na przyjacielską stopę. Joanna nie chciała zamawiać jedzenia jak w regularnej knajpie, mimo że po drugiej stronie korytarza znajdowała się cała sala jadalna, po której gospodyni ją oprowadziła. Wisienką na torcie był tam kominek ze szklaną szybą, obudowany stylowym piaskowcem. A przy nim dwa fotele retro z zielonym obiciem. Joanna aż stanęła na ten widok, bo dokładnie o tym marzyła. Przed takim kominkiem, w takim fotelu chciała spędzić nadchodzącą zimę.
- Jeszcze za ciepło, żebyśmy rozpalali - powiedziała Aneta, kiedy Joanna zagaiła ją o ogrzewanie.
- Co z wodą?
- Nagrzewa się w termie. Teraz, latem, z kolektorów słonecznych.
- A reszta domu?
- Reszta?
- No, kominek jest tutaj...
- A, o to ci chodzi - odparła gospodyni. - Wszędzie są grzejniki. Ten jeden kominek ogrzewa cały pensjonat.
Joanna aż zesztywniała na myśl, że sama ma w domu trzy śmiercionośne, przedpotopowe piece. I pewnie średnio skuteczne, jeśli w ogóle działają. Co z wodą? Wczoraj nie wzięła kąpieli, ale dziś temat wróci. Czy mogła nie zauważyć termy w pseudołazience?
Wstydziła się teraz swojej ruiny. Łowiccy byli tacy nowocześni, i jeszcze te kolektory na dachu. Oszczędnie i ekologicznie. Właśnie tak powinna tu żyć.
Na szczęście Aneta nie zapytała o dom. A potem, jeszcze szczęśliwiej, postawiła na stole w kuchni makowiec i murzynek własnej roboty: ciasta były świeże, mokre. Doskonałe. Joanna zjadła po dwa kawałki każdego. Kawa zaś okazała się znacznie lepsza niż ze zwykłej kawiarki.
Wkrótce w kuchni pojawił się Rafał. Gospodarz miał na sobie grubą koszulę w kratę, robocze, przybrudzone dżinsy i pachniał stajnią. Starszy od żony, wyraźnie już po czterdziestce, miał wciąż bardzo gęste ciemne włosy, ujmujący uśmiech i gładką cerę. Joanna nie nazwałaby jego twarzy przystojną, ale na pewno bardzo sympatyczną. Była to twarz człowieka, który dobrze zorganizował sobie życie. Już wczoraj pozdrowił ją, kiedy przejeżdżała garbusem, ale dopiero teraz mogła usłyszeć jego głos.
Rafał pocałował żonę w usta: zdecydowanie bardziej zmysłowo niż zdawkowo, jeśli nie namiętnie. Joanna odwróciła wzrok w stronę okna, zapatrzyła się na jednego z koni, piękną appaloosę, o ile dobrze ją zidentyfikowała. Kochała jazdę konną, a zapach stajni działał na nią jak wabik.
Zajęty śniadaniem koń skubał soczystą bukowiecką trawkę. Aż nie chciało się wierzyć, że za kilka miesięcy wszystko pokryje śnieg i zetnie mróz. Gdzieniegdzie pojawiał się już rdzawy kolor, ale roślinność wciąż była bujna, przy drodze z Przełęczy Warnickiej rosły jeszcze jeżyny.
Rafał zagaił o jej dom.
- Tak nam się właśnie wydawało, że ktoś go w końcu kupi. Po urodzie. Oczywiście nie mówię, że to jest zły interes - zmieszał się, chyba pod karcącym spojrzeniem żony - ale długo stał pusty. Potrzebuje wiary w siebie.
- I nakładów - dodała Aneta.
- Nie bądź taką materialistką.
- Miłością dachu nie załatasz - zauważyła. - Joanna powiedziała właśnie, że przecieka.
- Ten gont zawsze wyglądał podejrzanie - skomentował Rafał. - A nasze zimy załatwiły go na cacy. Masz jakiegoś poleconego człowieka? Mógłbym zerknąć.
- Majster przyjedzie w przyszłym tygodniu.
- To on ci lepiej powie. - Uśmiechnął się, lustrując ją trochę zbyt uważnie. Włosy miała nieumyte, a po nieprzespanej nocy podkrążone, łzawiące oczy. Kurz również nie pomógł, ciągle wierciło ją w nosie. - Posłuchaj, jeśli chcesz, możemy cię przygarnąć, dopóki nie naprawisz tego dachu. Kończy się sezon, od jutra mamy wolną dwójkę.
Zerknęła szybko na Anetę. Jeśli propozycja męża ją zaskoczyła, to tego nie okazała.
- Policzymy ci po kosztach - zapewnił gospodarz. - I tak go już nie wynajmiemy.
Nie wiedziała, co powiedzieć, ale nie spieszyło jej się do opuszczenia tej ciepłej, przytulnej kuchni. Tutaj codziennie rano chciała pić kawę przed wyjazdem do gabinetu. Pełna zieleni perspektywa za oknem koiła nerwy. Joanna miała niemal tak samo pięknie u siebie; tylko że jej zarosłe brudem okna prawie nie przepuszczały światła.
Wszystko w Korze było właśnie takie, jak sobie wymarzyła. Chciała być już na miejscu Anety: z wygodnym domem, zaopatrzoną kuchnią i mężem o ciepłym spojrzeniu. Tymczasem przesiadywała w pustym gabinecie i miała dom z dziurawym dachem.
- Dziękuję, ale chyba nie powinnam... - odparła, nie bardzo wiedząc, dlaczego to mówi.
- O Jezu, dajże spokój - powiedziała Aneta. - Teraz jesteśmy sąsiadami. I będziemy sobie pomagać. Zobaczysz jeszcze, w Bukowcach nie masz wyjścia, musisz dobrze żyć z innymi. Nawet jeśli to trudne.
Niziutki pokój na piętrze, z lekkim skosem i łazienką na korytarzu, był kameralny i czysty. Kiedy go zobaczyła, zgodziła się, na początku na kilka dni. Czuła się zmęczona, nie tylko niedospana, ale wykończona, głęboko, aż do trzewi. Przy przeprowadzce wspięła się na wyżyny przedsiębiorczości, działała jak w transie, zdumiewając samą siebie, ale teraz organizm odbierał, co swoje. Nie miała ochoty ani energii robić zupełnie niczego. Wróciła do domu, wsadziła do garbusa torbę sportową i kilkanaście minut później leżała na łóżku w pensjonacie z Dziwnymi losami Jane Eyre w ręku. Za oknem tymczasem zachmurzyło się lekko i tym bardziej cieszyła się, że jest w środku. Potem zasnęła, a obudziła się, dopiero kiedy Aneta zapukała z pytaniem, czy nie chciałaby czegoś zjeść. Chciała, a nawet była głodna jak wilk.
Wkrótce okazało się, że tutejsza kuchnia nie tylko dobrze wygląda. Żurek z białym serem, domowej roboty chleb i ruskie z miętą smakowały niebiańsko; w jadalni, w której poza nią stołowały się dwie młode rodziny z dzieciakami, panowała żywa atmosfera i Joanna nawet wdała się w kilka pogawędek. Odżyła i poczuła, że ma już tę odrobinę energii potrzebną do normalnego funkcjonowania. Wyszła zaczerpnąć powietrza. Po odgłosach siekiery zlokalizowała Rafała.
- Czekają nas zimne noce - wyjaśnił, ładując szczapy na taczki. - Wy, miastowi, potrzebujecie wyższych temperatur - zaśmiał się - więc nie będę czekał na skargi gości.
Zapytała go o możliwość przejażdżki konnej.
- Oczywiście. Potrafisz jeździć?
- Dawno tego nie robiłam.
- To jak z jazdą na rowerze.
- Tego też dawno nie robiłam.
Przyjrzał jej się. Było w jego spojrzeniu coś seksualnego. Nie mogła jeszcze ocenić, czy jej się to podoba, i poczuła na twarzy uderzenie ciepła. Od miesięcy nie chodziła na jogę, mięśnie od siedzenia za biurkiem niemal zaczynały zanikać i z pewnością przytyła. Wyglądała jak trup z nadwagą, w przeciwieństwie do kobieco zaokrąglonej Anety.
Zganiła się w myślach; w końcu rozmawiała z żonatym mężczyzną, mężem przeuroczej kobiety, która od rana karmiła jej ducha i ciało.
- Poza tym nie wiem, dokąd jechać. - Rozejrzała się. - Znam tutaj tylko jedną drogę...
- Dotrzymam ci towarzystwa. Konikom przyda się rozruch.
Nieśmiało o to zapytany, dał jej do jazdy appaloosę, a dla siebie wybrał mocno zbudowaną kasztankę. Poprowadził Joannę zboczem Warnicy do Wyszyńca leżącego po drugiej stronie góry. Jechali leśnymi drogami.
Joanna miała ochotę zadać mu tysiąc pytań o Bukowce, tutejsze życie i ludzi, ale gospodarz milczał, a nie chciała obnażyć się jako samotna i zbzikowana.
Wyszyńca, który przywitał ją napisem "Arabusy wypierdalać", jeszcze nie znała. Nie bardzo było czego żałować, rozrośnięta wieś, w której ludzie zaglądali sobie w okna, mogła okazać się piekłem za życia. Już miała tego małą namiastkę w postaci Władka Styczki, najbliższego sąsiada. Widziała go w sławojce wdzięcznie otwartej na drogę. Siedział na klopie i gapił się na nią, kiedy przechodziła, jak gdyby nigdy nic.
W Wyszyńcu, pozbawionym zarówno atrakcji dużego miasta, jak i spokoju małej wioski, zdążyła zatęsknić za Bukowcami.
Kiedy wracali, było już ciemno i wyczuwalnie chłodno. A im wyżej wjeżdżali lasem, tym bardziej drżała pod lekką wiatrówką. Rafał musiał to zauważyć.
- U nas na górze jest chłodno - powiedział - a poczekaj jeszcze na zimę. Czasem wokół ani jednego płatka śniegu, a u nas biało. Wszyscy o tym wiedzą w okolicy. Zazdroszczą nawet - zaśmiał się - że możemy lepić bałwany. Dopóki nie muszą się do nas wybrać. Przy pierwszej wizycie w rowie cała zazdrość przechodzi jak ręką odjął.
Po weekendzie kompulsywnie nakupiła rzeczy do remontu łazienki. Wyczyściła konto niemal do zera, ale poprawiła sobie nastrój. To jedno pomieszczenie musiała mieć bezwzględnie czyste; dla Joanny dom zaczynał się od czystej umywalki.
W sklepie kwękali na transport do Bukowców.
- Połamię resory w dostawczaku - martwił się sprzedawca. Dorzuciła do zakupów nowe krany i dał się przekonać do jazdy.
Polecony przez notariusza majster miał obsuwę i przyjechał dopiero 26 sierpnia.
- Sławek Fuszara jestem - przedstawił się - ale fuszerki nie odwalam! - Zarechotał i choć najwyraźniej zaserwował swój stały i mało śmieszny żart, ona zaśmiała się, bo facet budził sympatię. Był w nieokreślonym wieku, jak wielu ludzi ciężkiej pracy, i miał uczciwe spojrzenie. Wzrokiem skanował dom i coś tam fukał do siebie. Obserwowała go z napięciem. Opukiwał deski, wlazł na strych, wbił scyzoryk w boczną ścianę. Po wszystkim poszedł się wysikać za stodołę, a potem zapalił papierosa.
- Dużo pani zapłaciła za dom? - zapytał.
- Wolałabym to zachować dla siebie.
Machnął ręką.
- Wolę nie wiedzieć. Dom wymaga remontu.
- Wiem, dach... Już patrzyłam na ceny w internecie - zaczęła, ale jej przerwał.
- Tak, dach, ale nie to, co pani myśli. Z tego domu nic już nie będzie. Długo tak stał?
Zawahała się.
- Nie wiem.
Pokiwał głową, jakby właśnie tej odpowiedzi oczekiwał.
- Ja myślę, że wystarczająco długo, żeby deski zbutwiały. Pani dom to próchno.
Joanna zesztywniała, ale w porę przypomniała sobie, że tacy fachowcy zawsze coś gadają. Wzięła głęboki oddech.
- Czy ma pan pewność? To znaczy, ledwie pan obejrzał.
- Proszę pani - rzucił. - Woda lała się w te ściany jak Niagara. Dziw, że są jeszcze w miarę twarde. Ale w środku próchno, może mi pani wierzyć.
- Co możemy z tym zrobić?
- A ja wiem? - Fuszara zaciągnął się głęboko. - Zburzyć?
- Właśnie kupiłam rzeczy do zrobienia łazienki...
- Może pani sobie zrobić łazienkę jak w Wersalu, a później będzie tu stała po wsze czasy - zaśmiał się sucho majster. - Sprzęty to sobie pani przeniesie, ale kafelki... Zresztą AGD też w końcu zamoknie. Ja to bym niczego w środku nie trzymał, bo się zniszczy. Nie nocowała pani tutaj jeszcze czy co?
Z wyrazu jej twarzy wyczytał chyba odpowiedź i już się nie śmiał. Odwrócił wzrok. Oczywiście, miał rację, mogła wezwać innego majstra, co nie zmieniłoby faktu, że kupiła ruinę. Czy na pewno ziemia warta była swej ceny? Zakręciło jej się od tego wszystkiego w głowie.
- Co mam teraz zrobić? - zapytała.
Fuszara wzruszył ramionami.
- Może pani zbudować nowy.
- O jakim koszcie mówimy?
- Zależy od metrażu, materiału, wyposażenia. - Wyliczał na palcach. - Na dom całoroczny trzysta, czterysta tysięcy. No i jeszcze coś trzeba zrobić z tym, co stoi, tak? Niestety, sam tak prędko się nie zawali. No chyba że podpalony. Ubezpieczenie pani kupiła? Na taką ruinę to pewnie polis wystawiać nie chcą...
Poczuła, że ma go dość, i wszystkiego innego również. Bezczynne siedzenie w gabinecie, wertepy na drodze z przełęczy, od których garbus każdego dnia wyglądał coraz gorzej, i samotność: a jeszcze większa nastąpi, kiedy w końcu wyprowadzi się z pensjonatu.
Wciąż mogła to odkręcić. Mimo sporego zainteresowania mieszkanie w Warszawie nie chciało się sprzedać, w gabinet zainwestowała niewiele, a tu nagle miała burzyć dom, żeby postawić nowy, wikłać się w kosztowną budowę. To wszystko traciło i tak już dość rachityczny sens.
- Oczywiście, fundamenty można zachować - ciągnął nieubłaganie Fuszara - chyba że są kamienne, takie się kiedyś robiło. Z którego roku jest budynek?
- Nie wiem - odparła niepewnie.
- A. No trzeba by się przyjrzeć. Teraz to się takich dużych domów nie buduje i architektura też dziwna... Kogoś tu fantazja poniosła. Może i fundamenty warto usunąć, po co pani taka wielka chałupa, której nie można ogrzać? Dzieciaki pani ma w szkole? Rodzinę?
Milczała dłuższą chwilę.
- Muszę się nad tym wszystkim zastanowić - oznajmiła w końcu. - Zadzwonię do pana.
Ale Fuszara się ociągał. Powinna już przywyknąć; w Beskidzie ludzie byli inni, mniej urzędowi, ciekawi rozmówcy. Zatęskniła nagle za wielkomiejską obojętnością; nie chciała być chamska na starcie swojego wiejskiego życia i zanim cokolwiek postanowi. Tymczasem majster wciąż się kręcił na jej ziemi, teraz polazł za stodołę, po drodze do niej zaglądając. Nie wiedziała, czy znowu udał się za potrzebą, ale zaraz zobaczyła jego siwą głowę wśród ostów zarastających budyneczek.
- Ale tu zapuszczone - zauważył. - Stodoła jest nowsza niż dom - dodał i zamruczał coś do siebie. - Fundamenty pewnie betonowe. Dach też przecieka, ale powierzchnia mniejsza, łatwiej zburzyć. Ma pani wobec niej jakieś plany?
- Plany? - zapytała Joanna, kompletnie zbita z tropu.
- Ano tak. Bobyśmy może chałupę przenieśli, na fundamentach stodoły postawili. Mają dobry układ. Podłogę położymy. Razem z poddaszem będzie chatka ze sto metrów. I budynek już stoi, zgłosi pani w urzędzie, może nikt się nie przyczepi. A ten tak zwany dom... ja bym już go domem zresztą nie nazywał, to sobie pani zburzy kiedy indziej - zaśmiał się ponownie. - Albo na opał da, jeśli się nie rozpadnie wcześniej.
Co ona wiedziała o przenoszeniu budynków? Miała tylko głupie wspomnienie z dzieciństwa. Wyobrażała sobie wtedy dom ze wszystkim: dachem, oknami i drzwiami, wkładany na wielką przyczepę.
- To nie będzie kosztować więcej niż nowe? - zapytała.
- Tak znajdziemy, że nie będzie - powiedział Fuszara. - Za transport pani zapłaci, ale stare domy drogie nie są... A może znajdzie się zdrowszy od tego dziada. Głowa do góry! Jeszcze się to pani opłaci.
Dała majstrowi zielone światło na szukanie domu do przeniesienia. Zupełnie nie była do tego przekonana, ale do niczego teraz nie była, także do powrotu do Warszawy. W każdym razie mieszkanie w pensjonacie nie stanowiło rozwiązania. "Symboliczna" opłata okazała się całkiem rynkową, a wliczając w to pyszne obiady Anety, płaciła Łowickim jak za hotel, codziennie spędzając długie godziny w oczekiwaniu na klientów w Karamedzie. Przynajmniej zguglowała temat przenoszenia domu i mimo że naczytała się o mrożących krew w żyłach wypadkach, historie internautów miały wydźwięk pozytywny. No i na dobrą sprawę nie mogła już wrócić do Warszawy, do starej pracy.
Zadzwoniła do Fuszary, by upewnić się, że majster szuka domu. Mruczał coś o znajomym, nie brzmiało to przekonująco. Odmówił przyjęcia zaliczki, ale zakończyła rozmowę z przekonaniem, że coś uzgodnili. A w weekend zakasała rękawy i wyszorowała dom od góry do dołu, zakleiła też grubą folią najgorsze przecieki. Pozostawione graty i rzeczy do łazienki wyniosła do drugiego pokoju, który zamknęła. Zrobiło się trochę puściej; mogła wreszcie wstawić swoje bambetle.
Czystszy dom, choćby i spróchniały, nie był taki zły. Panował w nim zapach drewna i przykro jej się zrobiło, że zrobaczywiał. Przecież to nie wina chałupy, że dachu nikt nie naprawiał. Powynosiła resztę nieużywanych rzeczy do stodoły i pierwszy raz udało jej się napalić w starym kaflowym piecu. Grzał się wolno, a od węgla zrobiła się cała czarna, ale wnętrze ociepliło się i osuszyło.
Umyła okna, zyskując wreszcie widok na świat. Pod koniec weekendu miała już kawałek czystej, pustej przestrzeni, stanowisko do czytania w kuchni, łóżko ze świeżą pościelą. Do wazonów powstawiała bławatki, jaskry, a nawet dzikie maki, nielicznie rosnące na jej ziemi. Kwiaty w kuchni poprawiały humor i wnosiły do domu zapach łąki.
Wyszła na zewnątrz zapalić papierosa zwycięstwa. Padała ze zmęczenia, ale potrafiła docenić urok tej chwili. Powietrze było jeszcze po letniemu gęste. Nad zapuszczoną łąką unosiła się lekka mgiełka, a nad lasem zapadał zmierzch. Zapatrzyła się: czego właściwie potrzebowała więcej niż lasu i łąki? Te barwy i zapachy działały kojąco.
Las pod wpływem wiatru jakby się poruszył. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to nie drzewa, tylko coś żywego. Z papierosem w ręku podeszła bliżej, aż do zniszczonego płotu. Teraz widziała wyraźniej. Ogarnął ją niepokój.
- Halo! - krzyknęła.
Kształt poruszył się, a po chwili zanurkował w lesie. Zdało jej się, że usłyszała trzask łamanej gałązki. Może to nie człowiek, tylko zwierzę, dzik albo, co gorsza, wilk?
Nie miała odwagi iść dalej. Zapamiętała, by zapytać Łowickich, jaka to zwierzyna grasuje w Bukowcach. Stała niezdecydowana, a dobry nastrój trochę z niej uleciał. Drzwi do domu, podobnie jak reszta budynku, dogorywały. Czy wilki atakują ludzi? Była samotna i może wyczuły, że łatwo ją osaczyć, że ona nie ma swojego stada.
Zaśmiała się na całe gardło.
- Głupie babsko! - rzuciła do siebie i to pomogło. Później, w przewietrzonym i czystszym wnętrzu, spała jak suseł. Rano wszystko, łącznie z garbusem, zdawało się być w lepszej formie.