Rozterki Anny-Lisy - Eli Åhman Owetz

Kup ebooka

19.90 zł
14.93 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 9

Z miesz­ka­nia z do­nicz­kami na bal­ko­nie do przy­pa­ła­co­wego ogródka. Można po­wie­dzieć, że na­prawdę zro­bi­łam ka­rierę ogrod­ni­czą. Lu­bi­łam ten ogró­dek. To było miej­sce w Sol­sta­holm, gdzie mo­głam stwo­rzyć coś no­wego, wła­snego.

Do tej pory Rut­ger miał tylko małe po­letko z ziem­nia­kami i ko­per­kiem. To wszystko. Ve­ro­nica też nie była za­in­te­re­so­wana pra­cami w ogro­dzie.

Wy­rwa­łam ostat­nie chwa­sty pró­bu­jące kon­ku­ro­wać z rzod­kiewką i za­sia­dłam na jed­nym z roz­kle­ko­ta­nych krze­seł, w miej­scu, gdzie ra­zem w Bir­gitą pi­ły­śmy kawę. Wła­śnie po nią po­szła. Na myśl o Ve­ro­nice spoj­rza­łam na ciemny pro­sto­kąt znaj­du­jący się na ziemi ka­wa­łek da­lej. W miej­scu, gdzie kie­dyś stał do­mek ogrod­nika.

Mie­li­śmy go prze­ro­bić na do­mek go­ścinny, lecz spło­nął pew­nej gru­dnio­wej nocy.

Ktoś pod­ło­żył ogień i po­dej­rze­wano tylko jedną osobę. Ve­ro­nicę Lan­der, byłą na­rze­czoną Rut­gera. Wy­rzu­cił ją z pa­łacu i swo­jego ży­cia, gdy zro­zu­miał, że to ona stoi za se­rią wła­mań w re­gio­nie Ro­sla­gen.

To się Ve­ro­nice nie spodo­bało. Ani to, że Rut­ger do­niósł na nią po­li­cji.

Obie­cała Rut­ge­rowi, że spali Sol­sta­holm.

Wzdry­gnę­łam się, cho­ciaż było lato. Po­li­cja nie umiała po­wią­zać Ve­ro­niki z tym po­ża­rem, lecz kilka mie­sięcy póź­niej przy­ła­pano ją, gdy znisz­czyła na­sze sto­isko na tar­gach an­ty­ków. Pewna star­sza pani zła­mała wtedy rękę, a kilka osób do­znało drob­nych ob­ra­żeń.

Tym ra­zem byli świad­ko­wie i na­gra­nia z mo­ni­to­ringu, ale pro­ces są­dowy się prze­dłu­żał, a ja nie czu­łam się bez­piecz­nie, wie­dząc, że Ve­ro­nica jesz­cze nie tra­fiła za kratki. Miała ob­se­sję na punk­cie Rut­gera i ży­cia w pa­łacu, na które li­czyła. Była nie­bez­pieczną wa­riatką.

- Anno-Liso, czym tak się mar­twisz? My­ślisz o tym, ile ro­boty cię tu czeka?

Bir­git po­sta­wiła tacę z kawą i spoj­rzała na przy­pa­ła­cowy ogró­dek.

Zer­k­nę­łam na tacę i od razu po­pra­wił mi się na­strój. Bir­git upie­kła bu­łeczki z Rimbo. Nic nie mo­gło się z nimi rów­nać. Nie chcia­łam za­kłó­cać na­szej fiki roz­mową o Ve­ro­nice.

- Rany, ależ one pyszne! Cóż, ten ogró­dek, czy jak to na­zwać, to na­prawdę duży pro­jekt.

- Ow­szem. Ale już za­czę­łaś...

Przy­pa­ła­cowy ogró­dek nie wy­glą­dał zbyt im­po­nu­jąco.

Tru­skawki le­dwo było wi­dać. Wy­glą­dało to ra­czej jak plą­ta­nina wciąż owo­cu­ją­cych prze­ro­śnię­tych roz­ło­gów. Chrzan, który w ubie­głym roku strasz­nie się roz­rósł i przy­sło­nił ra­bar­bar, znowu za­czy­nał swoją eks­pan­sję. Krzaki po­rze­czek były za­nie­dbane.

- Zrób to eta­pami. W tym roku ziem­niaki i inne wa­rzywa. Tru­skawki w przy­szłym roku. To stara od­miana, słodka i cu­downa w smaku.

- Po­mo­żesz mi?

- Ja­sne! Lu­bię prace w ogro­dzie, a poza tym prze­cież obie­ca­łam to Brit­cie!

Się­gnę­łam po bu­łeczkę i ja­dłam ją po­woli. Lu­kier roz­pu­ścił się na słońcu i kle­iły mi się palce. Wy­tar­łam je w swoje nie­bie­skie spodnie ro­bo­cze. Czu­łam się w nich pra­wie taką samą znaw­czy­nią wsi jak Kat­tis.

- Cza­sami mam wra­że­nie, że Britta jest obok mnie. Od czasu do czasu kiwa głową z apro­batą, in­nym ra­zem marsz­czy czoło.

Uświa­do­mi­łam so­bie, że ga­dam od rze­czy i że ni­gdy nie po­wie­dzia­ła­bym cze­goś ta­kiego Rut­ge­rowi. Ale Bir­git przy­jaź­niła się z Brittą. Po­znały się, gdy Bir­git pra­co­wała w cha­rak­te­rze opie­kunki star­szych osób. Britta nie po­zwa­lała jej sprzą­tać, tylko za­pra­szała ją na kawę.

- Kiedy marsz­czy czoło?

- Gdy jadę do Söder­bergi i tam no­cuję.

Bir­git się za­śmiała.

- No ja­sne! Po­win­nam była się do­my­ślić. To było jej ma­rze­nie, za­miesz­kać tu ze swoim Wal­lem. A ty, ma­jąc wnuka Wal­lego i Sol­sta­holm, szu­kasz dziury w ca­łym.

Bir­git wie­działa, że mę­czę się w pa­łacu. Ro­zu­miała to, bo sama była zwy­czajną ko­bietą, do­kład­nie tak jak ja. Bir­git ni­gdy by nie za­mie­niła swo­jego domu z żół­tej ce­gły na pa­łac.

- Tak, mi­nie tro­chę czasu, za­nim do­brze po­czu­jesz się w roli pa­ła­co­wej żony, ale Sol­sta­holm nie za­jąc, nie uciek­nie. A tym bar­dziej Rut­ger.

- Britta marsz­czy te­raz czoło.

- Niech się uspo­koi. A zmie­nia­jąc te­mat...

Bir­git wska­zała pal­cem w kie­runku ciem­nego pro­sto­kąta.

- Pla­no­wa­łaś tam oran­że­rię, prawda? W pa­łacu i tak ma­cie prze­cież mnó­stwo po­koi go­ścin­nych.

Po po­ża­rze roz­ma­wia­li­śmy z Rut­ge­rem o tym, żeby od­bu­do­wać do­mek ogrod­nika, ale żadne z nas nie wzięło się do ro­boty. Je­dząc w kuchni śnia­da­nie, uni­ka­li­śmy pa­trze­nia przez okno na tamto miej­sce.

Ma­jąc trzy­dzie­ści pięć po­miesz­czeń, w tym pięć oka­za­łych po­koi go­ścin­nych, nie po­trze­bo­wa­li­śmy jesz­cze do­dat­ko­wego domku dla go­ści. Oran­że­ria pa­so­wa­łaby tam ide­al­nie.

- Tak! Bę­dziemy mo­gły tam po­pi­jać kawkę pod­czas desz­czu.

- Zimą też. W sło­neczne dni w lu­tym, gdy bę­dzie już wię­cej świa­tła.

- Och, Bir­git, jak cu­dow­nie! I po­mi­dory! Mo­żemy w niej upra­wiać po­mi­dory!

I - po­my­śla­łam - je­śli Ve­ro­nica wróci pew­nej ciem­nej nocy, to nie bę­dzie miała czego spa­lić.

Za każ­dym ra­zem, gdy dzie­li­łam się z Rut­ge­rem swoim oba­wami, że jego wal­nięta eks znowu się po­jawi, pró­bo­wał mnie uspo­koić. Per­spek­tywa od­siadki mimo wszystko po­winna chyba od­stra­szać? Ve­ro­nica już nas nie bę­dzie za­stra­szać.

Nie by­łam tego taka pewna.

Bir­git za­uwa­żyła, że moja ra­dość z po­wodu oran­że­rii i po­mi­do­rów ustą­piła miej­sca cze­muś in­nemu.

- Znowu czymś się mar­twisz. Wszystko w po­rządku?

Zro­bi­łam prze­pra­sza­jącą minę.

- Ve­ro­nica.

- Chyba nie od­waży się tu wró­cić? Nie jest taka głu­pia.

Bir­git my­ślała, że brzmi prze­ko­nu­jąco, lecz w jej gło­sie sły­chać było tę samą nie­pew­ność co w moim.

Roz­dział 10

Sara zro­biła tort tru­skaw­kowy, by uczcić prze­pro­wadzkę do mo­jego miesz­ka­nia. Przy­nie­śli go z Da­vi­dem na kawę o pięt­na­stej. W oczach Sary wi­dać było szczę­ście. Od rana sły­sza­łam, jak prze­su­wają me­ble na gó­rze.

Moje miesz­ka­nie sta­wało się lo­kum ko­goś in­nego. Na­wet je­śli tylko na let­nie mie­siące.

Sara po­sta­wiła tor­tow­nicę na stole i wró­ciła na górę po kawę. Da­vid roz­siadł się na ka­na­pie.

- In­te­resy do­brze idą? - spy­tał.

W od­po­wie­dzi kiw­nę­łam tylko głową i szybko czymś się za­ję­łam.

Ko­lek­cjo­ner Bi­żu­te­rii do­brze wy­glą­dał. Błę­kitna ko­szula pa­so­wała do ko­loru jego oczu, na gło­wie miał ar­ty­styczny nie­ład, ale był ja­kiś taki zdy­stan­so­wany. Zimny.

Sara ze­szła na dół z ter­mo­sami, po­chy­liła się i po­ca­ło­wała Da­vida, który po­trak­to­wał to, jak coś oczy­wi­stego.

Do­cho­dziła pięt­na­sta. Przez okno wy­sta­wowe zo­ba­czy­łam go­ści idą­cych w mżawce. Otwo­rzyły się drzwi i do środka we­szła Lil­lan w błysz­czą­cym czar­nym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym z kap­tu­rem, a tuż za nią Kjelle.

- Cześć, ko­chani!

Lil­lan po­wie­siła płaszcz w ma­ga­zy­nie i gdy wró­ciła do sklepu, uści­skała Sarę. Z Da­vi­dem przy­wi­tała się ski­nie­niem głowy. Chło­pak zro­bił to samo.

To były dwa eks­tre­mal­nie krót­kie ski­nie­nia.

Kiedy usie­dli w fo­te­lach na­prze­ciwko ka­napy, Sara za­pro­po­no­wała, że­by­śmy się po­czę­sto­wali tor­tem. Kjelle chwy­cił ło­patkę do cia­sta i na­ło­żył po ka­wałku tortu so­bie oraz Lil­lan, po czym spoj­rzał py­ta­jąco na Sarę.

- Po­pro­szę! - po­wie­działa Sara.

Tym ra­zem Kjelle wy­ka­zał się mniej­szą pre­cy­zją i ka­wałki tortu wy­lą­do­wały na ta­le­rzy­kach Sary i Da­vida na boku.

Uśmiech­nę­ły­śmy się do sie­bie z Lil­lan ukrad­kiem. Na­kła­da­jąc mi tort, Kjelle znowu był pre­cy­zyjny. Chwilę póź­niej po­ja­wili się Bir­ger i Ma­rianne, a za­raz po nich Teo. Gdy się pod­nio­słam, żeby przy­nieść mu krze­sło, po­wstrzy­mał mnie ru­chem ręki i usiadł na pod­ło­dze, obok na­roż­nika ka­napy, na któ­rym sie­działa Sara.

Teo był już na na­szej ka­wie kilka razy, ale nie po­znał jesz­cze Da­vida ani mo­ich są­sia­dów rol­ni­ków. Kiedy im go przed­sta­wi­łam, spy­tał Bir­gera i Ma­rianne o typ ich go­spo­dar­stwa.

Zdzi­wiona usły­sza­łam, że za­zwy­czaj po­zy­tywny Bir­ger wzdy­cha.

- Ho­du­jemy by­dło mleczne. Póki co - od­parł Bir­ger.

- Póki co? Chce­cie z tego zre­zy­gno­wać? - drą­żył Teo.

- Moż­liwe, że bę­dziemy mu­sieli. Ceny skupu mleka są bar­dzo ni­skie. Do tej pory ra­dzi­li­śmy so­bie tylko dla­tego, że nie mamy du­żego kre­dytu i wszystko ro­bimy sami.

- I czym się wtedy zaj­mie­cie? To zna­czy za­miast ho­do­wać krowy?

Teo wy­ka­zy­wał szczere za­in­te­re­so­wa­nie, za to ką­tem oka do­strze­głam, jak Da­vid za­sła­nia dło­nią usta, by ukryć ziew­nię­cie. Na­stęp­nie zer­k­nął na swój ze­ga­rek. Je­śli nam się po­szczę­ści, to nie­ba­wem wróci do Sztok­holmu - po­my­śla­łam.

- My­śle­li­śmy o ho­dowli by­dła mię­snego albo świń.

Świ­nie. Gnój. W ca­łej wsi bę­dzie śmier­dzieć. Lu­dzie nie będą chcieli przy­jeż­dżać do Söder­bergi, świń­skiej wio­ski, i stracę wszyst­kich klien­tów.

Ma­rianne zo­ba­czyła prze­ra­że­nie w mo­ich oczach i prze­rwała Bir­ge­rowi.

- Nie, tylko nie świ­nie. To wy­klu­czone. Znisz­czy­li­by­śmy Annę-Lisę i warsz­tat Mi­ka­els­so­nów. Ty, Lil­lan, też pew­nie stra­ci­ła­byś swo­ich klien­tów.

Lil­lan spu­ściła wzrok, a Kjelle od­chrząk­nął.

- Moż­liwe, że zdą­żymy się do tego czasu prze­pro­wa­dzić.

Da­vid ziew­nął, lecz tym ra­zem bez­dź­więcz­nie.

Po­zo­stali zro­bili wiel­kie oczy. Chwy­ci­łam Lil­lan za rękę, małą, wą­ską, z pa­znok­ciami po­ma­lo­wa­nymi per­ło­wym la­kie­rem.

- Prze­pro­wa­dzić? Ale... jak to? Co ja bez cie­bie zro­bię?

Lil­lan nie po­jawi się już na po­po­łu­dnio­wej ka­wie. Ko­niec wie­czo­rów przy li­kie­rze grusz­ko­wym i bu­szo­wa­nia w jej fan­ta­stycz­nej gar­de­ro­bie.

Lil­lan się uśmiech­nęła i ści­snęła moją dłoń.

- Ależ, skar­bie! Prze­cież cie­bie też nie­ba­wem czeka prze­pro­wadzka!

Rag­gare Kjelle i fry­zjerka Lil­lan po­znali się w mło­do­ści w Sztok­hol­mie, lecz po­tem ich drogi się ro­ze­szły i spo­tkali się po­now­nie do­piero pra­wie pięć­dzie­siąt lat póź­niej, czę­ściowo dzięki na­szej ro­bo­cie de­tek­ty­wi­stycz­nej, mo­jej i Kat­tis. Od tam­tej pory Kjelle i Lil­lan miesz­kali na zmianę w domu Lil­lan i w dwu­po­ko­jo­wym lo­kum Kjel­lego w Ba­gar­mos­sen, po­łu­dnio­wej dziel­nicy Sztok­holmu, ale w końcu pod­jęli de­cy­zję.

Nad­szedł czas, żeby Kjelle jeż­dżący thun­der­bir­dem i naja­trak­cyj­niej­sza babka z rocz­nika sześć­dzie­sią­tego trze­ciego za­wo­jo­wali Sztok­holm. Od sierp­nia mieli wy­na­jąć czte­ro­po­ko­jowe miesz­ka­nie prze­cznicę da­lej od miesz­kanka Kjel­lego. Było w nim miej­sce za­równo na ubra­nia Lil­lan, jak i spory po­kój go­ścinny.

- Po­my­śleć, że znowu za­miesz­kam w Sztok­hol­mie! Ko­chani, bę­dzie­cie nas od­wie­dzać, prawda?!

Lil­lan pro­mie­niała, a ja pró­bo­wa­łam cie­szyć się jej szczę­ściem, lecz wia­do­mo­ści o ich prze­pro­wadzce i o tym, że Bir­ger i Ma­rianne mają pro­blemy, mnie za­nie­po­ko­iły. Na ze­wnątrz lało i rano było tylko dwa­na­ście stopni.

Chcąc po­pra­wić at­mos­ferę, zwró­ci­łam się do Teo:

- Rut­ger po­ka­zał mi akwa­relę z dę­bami. Jest piękna!

Nasz przy­ja­ciel ar­ty­sta zni­kał wcze­śnie rano. Po­tem w ciągu dnia prze­no­sił się ze szta­lu­gami. Cza­sami stał przy po­mo­ście, in­nym ra­zem w ką­ciku ka­wo­wym, moim i Bir­git, w przy­pa­ła­co­wym ogródku. Pew­nego razu wdra­pał się na dach pa­łacu.

Po­przed­niego dnia dał Rut­ge­rowi pierw­szą go­tową akwa­relę.

Na głów­nym pla­nie znaj­do­wały się po­tężne dęby, pa­łac tylko ma­ja­czył w tle. Dwa białe krze­sła i sto­lik od­ci­nały się na tle par­ko­wej zie­leni ską­pa­nej w po­ran­nym let­nim świe­tle. Teo na­ma­lo­wał miej­sce, w któ­rym uwiel­bia­li­śmy sia­dać z Rut­ge­rem i ob­ser­wo­wać je­zioro.

Wzru­szony Rut­ger po­ka­zał mi akwa­relę.

- Na­sze miej­sce, Anno-Liso.

- Tak, jakby wie­dział, że jest dla nas ważne. Ten chło­pak na­prawdę ma ta­lent.

Te­raz Da­vid spoj­rzał na uta­len­to­wa­nego Teo z bły­skiem za­in­te­re­so­wa­nia w oku.

- Akwa­relka?

- Wła­śnie ma­luję se­rię akwa­rel przed­sta­wia­ją­cych Sol­sta­holm.

- Okej... Je­steś ar­ty­stą?

- Tak.

Teo, za­wsze taki we­soły, roz­mowny i ro­ze­śmiany, te­raz od­po­wie­dział Da­vi­dowi krótko i la­ko­nicz­nie.

- A po­tem na­ma­luje mój dom oraz dom Johnny'ego i Emmy - do­da­łam.

Emma za­mó­wiła u niego akwa­relę pod­czas po­przed­niej kawy. Za­sta­na­wia­łam się, czy na­prawdę da się tak na­ma­lo­wać tę ogromną żółtą willę z wiatą ga­ra­żową na trzy sa­mo­chody, żeby wy­glą­dała ład­nie. Ale, jak już wspo­mnia­łam, Teo był uta­len­to­wany, więc po­my­śla­łam, że może mimo wszystko mu się uda.

- Ma­lu­jesz też por­trety?

- Cza­sami.

- W ta­kim ra­zie chciał­bym za­mó­wić u cie­bie por­tret Sary - oświad­czył Da­vid i po­gła­dził po gło­wie swoją dziew­czynę. - Tak, żeby jej ty­cja­nowe włosy za­grały pierw­sze skrzypce.

Dało się za­uwa­żyć, że Sa­rze spodo­bał się ten po­mysł. Jej prze­cią­głe "nie" było mało szczere i wy­po­wie­dziane z uśmie­chem.

- Mie­dziane - rzu­cił Teo.

Da­vid spoj­rzał na niego py­ta­jąco.

- Włosy Sary nie są ty­cja­nowe, tylko mie­dziane - uści­ślił Teo.

Da­vid się za­śmiał.

- Są ty­cja­nowe.

- Nie. Ty­cjan jest dużo ja­śniej­szy.

Zmie­rzyli się wzro­kiem. Da­vid spoj­rzał z wyż­szo­ścią na Teo, który za­re­ago­wał spo­ko­jem. To on za­koń­czył dys­ku­sję na te­mat ko­loru wło­sów Sary.

- Ale i tak nie zdążę na­ma­lo­wać tego por­tretu. Sorry.

Wszy­scy po­szli do domu, a Sara i Da­vid po­je­chali na za­kupy do Nor­r­tälje. Zo­stał tylko Teo. Cią­gle pa­dało, więc za­pro­po­no­wa­łam, że po za­mknię­ciu sklepu pod­rzucę go do pa­łacu. Pod­czas gdy ja krzą­ta­łam się po ma­ga­zy­nie, on da­lej sie­dział na pod­ło­dze ze szki­cow­ni­kiem na ko­la­nach i pu­deł­kiem ko­lo­ro­wych kre­dek świe­co­wych obok sie­bie.

Kiedy na­de­szła pora, by za­mknąć bu­tik i je­chać do Sol­sta­holm, gdzie z ko­la­cją cze­kał na nas Rut­ger, Teo wstał i wrę­czył mi kartkę, którą wy­rwał ze szki­cow­nika.

- Wiesz, co to? - spy­tał.

Uśmiech­nął się, więc od­wza­jem­ni­łam jego uśmiech.

- Fi­li­żanki.

- Do­kład­nie. Chcesz go?

Czy chcia­łam? Po­my­śla­łam, że opra­wię ten ry­su­nek, przed­sta­wia­jący moje fi­li­żanki z lat pięć­dzie­sią­tych, i po­wie­szę go so­bie w po­koju w Sol­sta­holm.

Roz­dział 1

Ka­mie­nie szla­chetne mo­jego pier­ścionka za­rę­czy­no­wego pięk­nie mie­niły się w słońcu.

Trzy ty­go­dnie wcze­śniej, w noc Wal­pur­gii, Rut­ger mi się oświad­czył. By­łam za­pła­kana i wście­kła, po­nie­waż błęd­nie zin­ter­pre­to­wa­łam pewne wy­da­rze­nia i ubz­du­ra­łam so­bie, że Rut­ger ma ro­mans z osiem­na­sto­latką.

Te­raz ta osiem­na­sto­latka, czyli Sara, sie­działa na­prze­ciwko mnie z fi­li­żanką kawy w dłoni. Wspie­rała mnie w An­ty­kach Anny-Lisy od dwóch lat, za­tem wła­ści­wie od po­czątku ist­nie­nia sklepu. Rut­ge­rowi też po­mo­gła, w zna­le­zie­niu ide­al­nego pier­ścionka za­rę­czy­no­wego dla mnie.

To był wik­to­riań­ski pier­ścio­nek, a pierw­sze li­tery nazw ka­mieni two­rzyły słowo de­arest. Wy­glą­dał wspa­niale. Wciąż było mi wstyd, że po­są­dzi­łam Rut­gera i Sarę o ro­mans.

Te­raz ra­zem z Sarą za­peł­nia­ły­śmy półki w skle­pie i de­ko­ro­wa­ły­śmy okna wy­sta­wowe przed pierw­szą falą let­ni­ków, ale piękna po­goda spra­wiała, że czę­sto ro­bi­ły­śmy so­bie prze­rwę i wy­cho­dzi­ły­śmy na słońce. Na stole ogro­do­wym stały ter­mos i cia­sto mar­mur­kowe. Się­gnę­łam po nóż i ukro­iłam ko­lejne dwa ka­wałki.

Sara wzięła ode mnie je­den z nich i wska­zała pal­cem mój pier­ścio­nek.

- Przy­zwy­cza­iłaś się?

Czy przy­zwy­cza­iłam się, że no­szę dro­go­cenny pier­ścio­nek? Tak.

Czy przy­zwy­cza­iłam się, że klamka za­pa­dła, wyjdę za mąż za Rut­gera i tym sa­mym zo­stanę hra­biną? Być może.

Czy przy­zwy­cza­iłam się do my­śli, że będę mu­siała opu­ścić swoje miesz­kanko nad skle­pem i za­miesz­kam w Sol­sta­holm, ogrom­nym i ciem­nym, cza­sami prze­ra­ża­ją­cym pa­łacu z sie­dem­na­stego wieku?

Nie.

- Ko­cham ten pier­ścio­nek. I oczy­wi­ście Rut­gera! Ale jesz­cze nie przy­zwy­cza­iłam się do my­śli, że moje ży­cie się zmieni.

Sara wes­tchnęła. We­dług niej ży­łam jak w bajce.

- Daj spo­kój, bę­dzie fan­ta­stycz­nie! Rut­ger zrobi dla cie­bie wszystko.

- Nie wszystko. Ni­gdy nie wy­pro­wa­dziłby się z Sol­sta­holm.

- No tak, ale to chyba oczy­wi­ste. Och, Anno-Liso, inne dziew­czyny da­łyby się po­kroić, by móc za­miesz­kać w pa­łacu, a ty cią­gle ma­ru­dzisz, że chcia­ła­byś zo­stać w swo­jej norce.

Za­chi­cho­tała, na­zy­wa­jąc moje miesz­ka­nie norką.

Dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie nad daw­nym spo­żyw­cza­kiem miało ory­gi­nalny wy­strój z lat pięć­dzie­sią­tych. Bły­ska­wicz­nie pod­ję­łam de­cy­zję o jego kup­nie. Wciąż się zda­rzało, że nie mo­głam się na­pa­trzeć na swoją cu­downą kuch­nię z pod­łogą w sza­chow­nicę i per­ło­wo­sza­rymi fron­tami sza­fek.

Ale tego lata mia­łam na stałe wpro­wa­dzić się do Sol­sta­holm, a Sara do mo­jego miesz­ka­nia.

- Norce? Może tego lata też za­miesz­kasz u Lil­lan? Skoro moje miesz­ka­nie ci nie pa­suje?

Lil­lan była moją są­siadką i bab­cią Sary.

- Anno-Liso, prze­cież wiesz, że nie mogę się do­cze­kać, aż u cie­bie za­miesz­kam. Nie bę­dziemy mu­sieli się z Da­vi­dem do­pa­so­wy­wać do babci i Kjel­lego. Nie­zbyt się z nim do­ga­dują.

Nikt z nas, miesz­kań­ców Söder­bergi, nie znaj­do­wał wspól­nego ję­zyka z Da­vi­dem, czyli chło­pa­kiem Sary. Da­vid pra­co­wał w domu au­kcyj­nym w Sztok­hol­mie, ko­lek­cjo­no­wał za­byt­kową bi­żu­te­rię i wy­ma­wiał swoje imię po an­giel­sku. De­jvid miał trzy­dzie­ści je­den lat. Lil­lan i jej na­rze­czony Kjelle twier­dzili, że jest dla Sary zde­cy­do­wa­nie za stary. A reszta z nas, że za­dziera nosa. No może z wy­jąt­kiem Rut­gera.

Gdy Da­vid przy­szedł z Sarą na kawę o pięt­na­stej, Rut­ger, naj­grzecz­niej­szy czło­wiek, ja­kiego znam, nie ode­zwał się jed­nak do niego ani sło­wem, cho­ciaż teo­re­tycz­nie mieli dużo wspól­nych te­ma­tów, po­nie­waż Rut­ger na­prawdę zna się na za­byt­ko­wej bi­żu­te­rii.

Wszy­scy mie­li­śmy ci­chą na­dzieję, że Sa­rze znu­dzi się Da­vid.

Ale jak na ra­zie Ko­lek­cjo­ner Bi­żu­te­rii, jak go na­zy­wa­li­śmy, gdy Sara tego nie sły­szała, miał tego lata po­miesz­ki­wać u mnie, pod­czas gdy ja mia­łam za­do­mo­wić się w pa­łacu, co skrzęt­nie wy­pie­ra­łam.

Unio­słam ter­mos.

- Do­lewka kawy?

- Nie, dzięki, biorę się do ro­boty - od­parła Sara, pra­wie pod­ska­ku­jąc z za­chwytu. - Och, wła­sne miesz­ka­nie i bu­tik! Anno-Liso, to bę­dzie wspa­niałe lato!

Sara ja­śniała bla­skiem, od fa­lo­wa­nych mie­dzia­nych wło­sów po srebrne sznu­rówki w sne­aker­sach. Naj­bar­dziej pro­mie­niała jej twarz, nie­uma­lo­wana, z wy­jąt­kiem bor­do­wych ust z per­fek­cyj­nie za­ry­so­wa­nym łu­kiem ku­pi­dyna.

Na­prawdę za­mie­rzała otwo­rzyć wła­sny bu­tik.

Da­lej miała mieć u mnie ką­cik z ciu­chami vin­tage, lecz spy­tała mnie, czy może zro­bić uży­tek z szopy po dru­giej stro­nie szu­trówki. Po­sprzą­tała to miej­sce, po­wy­wa­lała stare ru­pie­cie, a Ko­lek­cjo­ner Bi­żu­te­rii pew­nej so­boty jeź­dził na śmiet­nik trzy razy. Kiedy wy­bie­rali się z ostat­nim ła­dun­kiem, jego uli­zana blond fry­zura była za­ku­rzona i w nie­ła­dzie, a na twa­rzy wi­dać było iry­ta­cję.

W pu­stej i wy­sprzą­ta­nej szo­pie Kjelle po­ło­żył drew­nianą pod­łogę, a Lil­lan i Sara za­kryły nie­równe drew­niane ściany sta­rym ró­żo­wym ma­te­ria­łem. Kum­pel Sary, Chri­stof­fer, który ma­lo­wał dla mnie na biało trudne do sprze­da­nia ciemne me­ble, też zo­stał w to za­an­ga­żo­wany. Wło­żył mnó­stwo serca w zna­le­zie­nie pa­su­ją­cych tam ko­mó­dek i re­ga­łów, po czym po­ma­lo­wał je na pa­ste­lowe ko­lory.

"Vin­tage Store" in­for­mo­wał szyld, wła­sno­ręcz­nie wy­ko­nany przez Sarę i już wi­szący na drzwiach.

Przy­po­mnia­łam so­bie, jaka by­łam szczę­śliwa pod­czas otwar­cia An­ty­ków Anny-Lisy, i uści­snę­łam rękę Sary le­żącą na stole.

- Tak, Saro, to bę­dzie wspa­niałe lato! A te­raz zmy­kaj do pracy!

Kiedy bie­gła na drugą stronę drogi, ana­li­zo­wa­łam swoje uczu­cia. Po­win­nam być szczę­śliwa.

Po wielu la­tach rzu­ci­łam nudną po­sadę biu­rową i prze­pro­wa­dzi­łam się z Sund­by­bergi do re­gionu Ro­sla­gen. Zre­ali­zo­wa­łam swoje ma­rze­nie i otwo­rzy­łam sklep ze sta­ro­ciami. A te­raz, za­le­d­wie po dwóch la­tach, mój bu­tik na­prawdę do­brze pro­spe­ro­wał, po­mimo że znaj­do­wał się na wsi. Let­nicy ro­bili w nim za­kupy w wa­ka­cyjne mie­siące. Mia­łam klien­tów aż ze Sztok­holmu.

Nie­któ­rzy przy­jeż­dżali, bo chcieli zo­ba­czyć neo­nową wio­skę, jak na­zwano Söder­bergę w ar­ty­kule w ga­ze­cie "Da­gens Ny­he­ter" na te­mat ma­łej miej­sco­wo­ści, w któ­rej znaj­dują się cztery neony.

Mój neon po­ja­wił się jako pierw­szy i nie­skrom­nie mó­wiąc, był naj­ład­niej­szy.

W ma­ga­zy­nie stało kilka pu­deł z por­ce­laną i rze­czami, które na­le­żało wy­pa­ko­wać w skle­pie. Me­ble usta­wione je­den na dru­gim. Ładne lampy i tka­niny. Wy­szpe­rane na pchlich tar­gach lub wy­li­cy­to­wane na au­kcjach za jedną dzie­siątą kwoty, za którą za­mie­rza­łam je sprze­dać. Wie­dzia­łam, czego szu­kają lu­dzie, zna­łam się na tym.

Po­my­śla­łam, że po­win­nam wró­cić do pracy, ale na słońcu było tak przy­jem­nie. Nie mia­łam ochoty wcho­dzić do środka.

Co było ze mną nie tak?

Przez po­nad dzie­sięć lat wy­ko­ny­wa­łam strasz­nie nudną ro­botę, a te­raz za­czy­na­łam być zbla­zo­wana już po dwóch la­tach naj­faj­niej­szej pracy na świe­cie.

Sara wy­jęła puszkę farby i za­brała się za ma­lo­wa­nie drzwi szopy. Ja­sno­nie­bie­ska farba szybko wy­lą­do­wała na bia­łej ko­szulce na ra­miącz­kach dziew­czyny, a jej za­pach przy­wo­łał u mnie inne wspo­mnie­nia, z wa­ka­cji trzy lata temu, gdy włó­czy­łam się po re­gio­nie Ro­sla­gen i ma­lo­wa­łam cu­dze sto­doły oraz płoty za za­kwa­te­ro­wa­nie i wy­ży­wie­nie. Czy to tamta włó­częga spra­wiła, że de­li­kat­nie mó­wiąc, za­czę­łam mieć dość nud­nego ży­cia?

Ale te­raz w mo­jej gło­wie za­pa­liło się czer­wone świa­tło, jak za­wsze na wspo­mnie­nie o tam­tym le­cie. Za­ka­zany te­ren! Nie wchodź! Po­myśl o czymś in­nym!

W prze­ciw­nym ra­zie grozi ci śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Po­słu­cha­łam swo­jego in­stynktu sa­mo­za­cho­waw­czego i szybko za­czę­łam my­śleć o sze­ściu nowo za­ku­pio­nych duń­skich krze­słach z drewna te­ko­wego sto­ją­cych w ma­ga­zy­nie. Roz­wa­ża­łam, czy dać je wszyst­kie do sklepu, roz­ło­żyć wo­kół du­żego stołu, czy ra­czej wy­sta­wić tylko dwa z nich.

Me­to­dycz­nie me­blo­wa­łam w wy­obraźni cały sklep. Za­gro­że­nie szybko mi­nęło, po­nie­waż na­uczy­łam się prze­kie­ro­wy­wać my­śli, od­wra­cać je od nie­bez­piecz­nej czę­ści let­niej włó­częgi.

Gdy jed­nak za­dzwo­nił mój te­le­fon, ba­łam się, że za­drży mi głos, i nie ode­bra­łam. Chwilę póź­nej od­słu­cha­łam wia­do­mość.

Mia­łam speł­nić swoje ko­lejne ma­rze­nie, a tym sa­mym unik­nąć nudy, pod wa­run­kiem że przyjmę pewną pro­po­zy­cję.

Ale czy mia­łam od­wagę?

Roz­dział 2

- Ależ, skar­bie! Ja­sne, że się od­wa­żysz! Je­steś su­per­babką, która ze wszyst­kim so­bie po­ra­dzi!

Lil­lan spoj­rzała na mnie tymi swo­imi błę­kit­nymi oczami.

Miej­scowa fry­zjerka jak za­wsze uży­wała wy­krzyk­ni­ków. Ide­al­nie na­ma­lo­wane, skie­ro­wane ku gó­rze kre­ski na jej po­wie­kach do­dat­kowo pod­kre­ślały jej słowa. Lil­lan sie­działa wy­pro­sto­wana na ka­na­pie w moim skle­pie.

- Ale ni­gdy nie pra­co­wa­łam jako au­kcjo­nerka. Na tym trzeba się chyba znać?

- Ha! Ci wszy­scy fa­ceci sto­jący z młot­kiem au­kcyj­nym, któ­rzy le­dwo wi­dzą albo sły­szą! Czy oni się na tym znają?!

Lil­lan od­rzu­ciła mój ar­gu­ment mach­nię­ciem ręki, rów­nie ele­ganc­kim co jej ja­sno­tur­ku­sowa mi­ni­su­kienka z lat sześć­dzie­sią­tych.

Jej fan­ta­styczna gar­de­roba była pełna ubrań z cza­sów, gdy Lil­lan ucho­dziła za naja­trak­cyj­niej­szą dziew­czynę w mie­ście. Nie wkła­dała na sie­bie ni­czego, co zo­stało wy­pro­du­ko­wane po ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym roku, i wciąż była nie­sa­mo­wi­cie atrak­cyjna.

Lil­lan po­parła Kat­tis, moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę, która miesz­kała w są­sied­niej wio­sce i kum­plo­wała się ze mną od pod­sta­wówki. Kat­tis jako je­dyna znana mi osoba pry­chała. Gwał­tow­nie wy­dmu­chi­wała po­wie­trze noz­drzami, wy­da­jąc przy tym cha­rak­te­ry­styczny od­głos.

Te­raz prych­nęła ze swo­jego miej­sca na ta­bo­re­cie ze schod­kiem obok ka­napy.

- Mó­wisz o tym od wielu lat. O tym, że au­kcjo­ne­rzy są nie­kom­pe­tentni i nie znają się na stylu re­tro. Naj­wyż­szy czas na au­kcjo­nerkę. You can do it!

Unio­sła rękę i na­pięła bi­ceps, co wy­glą­dało cał­kiem nie­źle, po­nie­waż Kat­tis miała ład­nie umię­śnione ra­miona.

Moja przy­ja­ciółka była re­dak­torką w ma­ga­zy­nie wnę­trzar­skim, lecz w wol­nym cza­sie z nie­spo­żytą ener­gią re­mon­to­wała ra­zem ze swoim chło­pa­kiem Kal­lem ich dom, od­chwasz­czała ogród i bu­do­wała ogro­dze­nie. Krę­ciła się po po­dwórku w spodniach ro­bo­czych i ko­szuli w kratę, tak jak te­raz.

- Tak, wiem, że na nich na­rze­ka­łam, ale oni mają czter­dzie­ści lat do­świad­cze­nia.

Kat­tis po­krę­ciła głową.

- Czter­dzie­ści lat. Naj­wyż­szy czas to zmie­nić i pora na ja­kąś by­strą i przed­się­bior­czą au­kcjo­nerkę.

Wła­ści­ciel domu au­kcyj­nego po­wie­dział coś po­dob­nego, gdy od­dzwo­ni­łam po od­słu­cha­niu jego wia­do­mo­ści. Stwier­dził, że te­raz, gdy je­den z pra­cow­ni­ków po­sta­no­wił przejść na eme­ry­turę, przy­da­łaby im się ja­kaś prze­bo­jowa osoba. I wtedy jego żona po­my­ślała o mnie, po­nie­waż je­stem przed­się­bior­cza, godna za­ufa­nia i znam się na rze­czy.

Oznaj­mi­łam, że mu­szę to prze­my­śleć.

Au­kcja, na któ­rej mia­łam za­de­biu­to­wać, je­śli przy­ję­ła­bym tę pro­po­zy­cję, od­by­wała się za dwa ty­go­dnie. Wła­ści­ciel domu au­kcyj­nego uspo­koił mnie, że nie ma się czym de­ner­wo­wać, bo to ka­me­ralne przed­się­wzię­cie, ide­alne dla de­biu­tantki.

Rut­ger ob­jął mnie ra­mie­niem. Był już lekko opa­lony i miał na so­bie szary T-shirt. Kiedy wy­jeż­dżał wy­ce­niać ma­ją­tek po zmar­łej oso­bie, za­wsze wkła­dał gar­ni­tur i za­cze­sy­wał swoje ru­do­blond włosy do tyłu, ale ja naj­bar­dziej go lu­bi­łam w zwy­kłych ciu­chach i po­tar­ga­nego, tak jak te­raz.

- Kat­tis i Lil­lan mają ra­cję. Świet­nie na­da­jesz się do tej roli.

Może miał ra­cję. Pró­bo­wa­łam so­bie wy­obra­zić, jak to bę­dzie stać tam z młot­kiem au­kcyj­nym w ręku i mieć po­moc­ni­ków de­mon­stru­ją­cych przed­mioty wy­sta­wione na au­kcji. Mo­siężny moź­dzierz, skrzynkę z por­ce­laną i różne dro­bia­zgi. Albo drew­niane rę­ko­dzieło z do­wol­nego stu­le­cia.

Kom­plet­nie nie zna­łam się na twór­czo­ści lu­do­wej i an­ty­kach.

I co zro­bię, je­śli nikt nie bę­dzie chciał li­cy­to­wać? Jak za­chę­cić do tego lu­dzi, nie opo­wia­da­jąc że­nu­ją­cych dow­ci­pów?

- Po­mo­że­cie mi? Mogę na was po­ćwi­czyć na ka­wie któ­re­goś dnia?

- Oczy­wi­ście, ko­cha­nie! Bę­dzie wspa­niale! - ucie­szyła się Lil­lan.

Kat­tis znowu na­pięła bi­ceps, a Rut­ger pę­kał z dumy, ale jego uwagę szybko zwró­ciły otwie­ra­jące się drzwi.

- Hej, Tin­dra! - po­wie­dział mięk­kim gło­sem, ma­cha­jąc do nie­mow­lę­cia, czy jak tam się na­zywa dziecko, które nie­ba­wem skoń­czy rok.

Mama Tin­dry, Emma, uśmiech­nęła się, gdy Rut­ger wziął małą na ręce, po­de­szła do re­gału z por­ce­laną i wy­jęła swoją ulu­bioną ró­żową fi­li­żankę. Johnny roz­siadł się na ka­na­pie obok Lil­lan. Po­krę­cił prze­cząco głową, gdy za­pro­po­no­wa­łam mu kawę.

- Nie, dzię­kuję. Wy­pi­łem już dzi­siaj pięć. Tyle mam pracy o tej po­rze roku, że za­miast lun­chu jem ka­napki i piję kawę.

Johnny pra­co­wał w warsz­ta­cie sa­mo­cho­do­wym swo­jego ojca, znaj­du­ją­cym się trzy­sta me­trów od mo­jego sklepu. Przez chwilę by­li­śmy parą, gdy prze­pro­wa­dzi­łam się do Söder­bergi, lecz szybko oboje stwier­dzi­li­śmy, że do sie­bie nie pa­su­jemy. Johnny chciał za­ło­żyć ro­dzinę i za­miesz­kać w no­wo­cze­snej willi - do­kład­nie rzecz bio­rąc, ogrom­nej willi, któ­rej bu­dowę za­koń­czyli z Emmą na krótko przed tym, jak jego na­rze­czona na­gle z nim ze­rwała i prze­nio­sła się do Sztok­holmu.

Ko­niec koń­ców wró­ciła i te­raz Johnny speł­niał swoje ma­rze­nie. Kiedy go po­zna­łam, po­my­śla­łam, że wy­gląda jak ak­tor. Johnny miał zie­lone oczy i no­sił ciu­chy w stylu roc­ka­billy, bez krztyny gla­mour.

To był męż­czy­zna da­jący po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, od­dany oj­ciec ro­dziny, który te­raz prze­su­nął się na ka­na­pie i zro­bił miej­sce Em­mie.

- Tin­dra bę­dzie miała ro­dzeń­stwo - za­ko­mu­ni­ko­wał z dumą.

- W grud­niu - do­dała Emma, spo­glą­da­jąc na swój brzuch. Była ni­ska i wy­spor­to­wana, ale miała nie­wielki brzu­szek, na­wet nie bę­dąc w ciąży. Stwier­dzi­łam, że wy­gląda tak jak zwy­kle.

Uśmie­chali się szczę­śliwi, przyj­mu­jąc gra­tu­la­cje. Ja rów­nież szcze­rze im po­gra­tu­lo­wa­łam, po­nie­waż to, co ja chcia­łam moż­li­wie jak naj­da­lej od­wlec w cza­sie, dla Emmy i Johnny'ego było ży­cio­wym prio­ry­te­tem.

Dzieci, naj­le­piej spora gro­madka.

Mój ro­dzinny na­rze­czony wciąż trzy­mał Tin­drę na ko­la­nach i szep­tał jej coś do ucha.

- Tin­dro, w grud­niu bę­dziesz miała sio­strzyczkę albo bra­ciszka! Fan­ta­styczny pre­zent na święta, prawda?

Dziew­czynka spoj­rzała na niego z po­dzi­wem swo­imi wiel­kimi oczami i od­po­wie­działa mu coś nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­kiem. Ko­chała Rut­gera i za­wsze lą­do­wała u niego na ko­la­nach pod­czas kawy o pięt­na­stej. A Rut­ger uwiel­biał Tin­drę, ko­chał dzieci.

- Bę­dziesz star­szą sio­strą.

Tin­dra znowu za­częła ga­wo­rzyć, a Rut­ger ski­nął głową, jakby po­wie­działa mu coś in­te­re­su­ją­cego.

- Mó­wisz, że bę­dzie faj­nie? Na pewno.

Trzy­dzie­sto­sze­ścio­letni Rut­ger twier­dził, że jest pierw­szym no­wo­cze­snym hra­bią w Sol­sta­holm. Oświad­czy­łam, że skoro tak, to po­wi­nien się za­do­wo­lić ślu­bem cy­wil­nym w ra­tu­szu w Nor­r­tälje, lecz w od­po­wie­dzi otrzy­ma­łam tylko gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Po ja­kimś cza­sie zre­zy­gno­wał jed­nak z po­my­słu ślubu w Domu Ry­cer­stwa w Sztok­hol­mie.

Kiedy sprzą­ta­li­śmy ze stołu po ka­wie, na­gle oka­zało się, że rze­czy­wi­ście jest no­wo­cze­sny. Wła­śnie wkła­da­łam fi­li­żanki do zlewu w ma­ga­zy­nie, gdy po­czu­łam jego ra­miona obej­mu­jące mnie w pa­sie. Po chwili od­gar­nął moje włosy i po­ca­ło­wał mnie w kark. Wie­dział, że to uwiel­biam.

- Anno-Liso...

- Mhm?

Spo­dzie­wa­łam się, że po­prosi mnie o wcze­śniej­sze za­mknię­cie sklepu, że­by­śmy mo­gli pójść na górę, na sie­stę. Po­czu­łam dreszcz roz­ko­szy, jak za­wsze, gdy ca­ło­wał mnie w kark.

- Wiesz, że chcę mieć praw­dziwe we­sele... pa­miątkę na całe ży­cie?

Ow­szem, wie­dzia­łam. Zbyt do­brze.

- I?

- Ale w dzi­siej­szych cza­sach nie trzeba brać ślubu, żeby mieć dziecko. Mo­gli­by­śmy za­cząć się sta­rać już te­raz? Cho­ciaż uwa­żam, że faj­nie to ro­bić już po ślu­bie.

- Aha? Nie są­dzi­łam, że to ma dla cie­bie zna­cze­nie.

- Ow­szem, ma.

Wie­dzia­łam, że Rut­ger chciałby już mieć dzieci. Ma­rzył o gro­madce bie­ga­ją­cej po Sol­sta­holm. O chłop­cach z du­żym no­sem Sche­ede'ów i dziew­czyn­kach o tru­skaw­ko­wo­blond wło­sach i z jego pięk­nymi sza­rymi oczami.

Ja od kilku dni ma­rzy­łam o czymś zu­peł­nie in­nym.

Chcia­łam zo­stać au­kcjo­nerką, co było praw­dzi­wym wy­zwa­niem, ale za­mie­rza­łam przy­jąć pro­po­zy­cję.

Rut­ger po­je­chał do domu, żeby wziąć na­szego do­ber­mana Rambo na długi spa­cer. Był piękny wie­czór, po­czą­tek lata i mieli się włó­czyć przez kilka go­dzin, więc nie było po­trzeby, że­bym się śpie­szyła z po­wro­tem do pa­łacu.

Mu­sia­łam opróż­nić dużą szafę se­ce­syjną w sy­pialni i zro­bić w niej miej­sce na gar­de­robę Sary. Suk­ce­syw­nie wyj­mo­wa­łam z niej ubra­nia i pa­ko­wa­łam je do to­reb. Nie­długo miały za­wi­snąć w po­dob­nej sza­fie w moim po­koju w pa­łacu.

Do­piero gdy wie­szaki były pu­ste, za­uwa­ży­łam pu­dło sto­jące na sa­mym dole, w głębi szafy. Wy­par­łam jego ist­nie­nie. Znaj­do­wała się w nim żółta su­kienka z lat pięć­dzie­sią­tych, z tam­tej let­niej włó­częgi. O mały włos nie wy­rzu­ci­łam jej na śmiet­nik, gdy opróż­nia­łam miesz­ka­nie przed prze­pro­wadzką do Söder­bergi, ale nie po­tra­fi­łam tego zro­bić.

Ralf na­zwał ją su­kienką z Östham­mar, po­nie­waż mia­łam ją na so­bie pod­czas na­szej pierw­szej randki.

Sie­dzia­łam tak i wpa­try­wa­łam się w to pu­dło, lecz nie mo­głam się zmu­sić, by do niego zaj­rzeć. Czu­łam, że naj­wyż­szy czas je wy­rzu­cić, ra­zem z za­war­to­ścią. Ale in­nego dnia - po­my­śla­łam.

Za­mknę­łam szafę, a tym sa­mym jesz­cze raz drzwi do tam­tego lata sprzed trzech lat.

Roz­dział 3

Rut­ger wy­su­nął dla mnie krze­sło z ku­tego że­laza, za­nim sam usiadł.

Na bia­łym sto­liku, w tym sa­mym stylu co krze­sła, stały chiń­skie ta­le­rze, krysz­ta­łowe kie­liszki i le­żały lniane ser­wetki. Pod ko­niec maja pa­ła­cowy park to­nął w zie­leni, a przy po­mo­ście mie­niła się woda. Słońce skrzyło się w kie­lisz­kach z cio­sa­nego krysz­tału.

Rut­ger uniósł po­krywkę wazy do zupy i wy­ko­nał gest, jakby był kel­ne­rem w eks­klu­zyw­nej re­stau­ra­cji.

- Czę­stuj się, moja piękna! Pierw­szy te­go­roczny lunch w pa­ła­co­wym parku to zupa szpa­ra­gowa z do­mo­wym chle­bem na za­kwa­sie, a do tego mała nie­spo­dzianka.

Za­zwy­czaj tak do mnie nie mó­wił. Te­raz dla żartu na­śla­do­wał ję­zyk z fil­mów z lat czter­dzie­stych, które bar­dzo lu­bi­łam. Pod­ję­łam wy­zwa­nie i wy­obra­zi­łam so­bie, że je­stem Sic­kan Carls­son.

- Nie­spo­dzianka! Młody hra­bia nie za­mie­rza chyba pod­stę­pem upić nie­win­nego dziew­czę­cia w biały dzień?

Usły­sza­łam gło­śny, cie­pły śmiech Rut­gera. Wy­wo­ły­wał uśmiech u wszyst­kich, po­cząw­szy od ma­łych dzieci, koń­cząc na sta­rusz­kach. Szczery, we­soły śmiech. To mię­dzy in­nymi on spra­wił, że za­ko­cha­łam się w Rut­ge­rze.

Ży­cie było wspa­niałe, do­ce­nia­łam ta­kie cu­downe chwile.

Rut­ger po­kroił świeżo upie­czony przez sie­bie chleb i uśmiech­nął się, gdy za­chłan­nie pa­ła­szo­wa­łam zupę. Było w nim tyle mi­ło­ści i cie­pła, któ­rymi mnie ob­da­rzał.

Te­raz na mnie spoj­rzał. Py­ta­nie w jego oczach wy­ma­gało od­po­wie­dzi.

- Tak! Jest prze­pyszna! Daję jej pięć lu­dzi­ków Mi­che­lin!

- Je­stem pierw­szym ku­cha­rzem, który do­stał lu­dziki Mi­che­lin za­miast gwiaz­dek.

- Je­steś naj­lep­szym ku­cha­rzem na świe­cie i uwiel­biam twoją kuch­nię. I twój chleb!

Się­gnę­łam po kromkę ide­al­nie wy­ro­śnię­tego, lekko wil­got­nego chleba. Rut­ger wy­glą­dał na za­do­wo­lo­nego. I wcale nie prze­sa­dzi­łam, wspa­niale go­to­wał.

Kiedy pierw­szy raz od­wie­dzi­łam go w Sol­sta­holm, za­pro­sił mnie na lunch. Po­dał gril­lo­wa­nego oko­nia. Nie mo­gli­śmy się na­ga­dać i zo­sta­łam na ko­la­cję. W tam­tym cza­sie by­li­śmy tylko zna­jo­mymi, a on wciąż miał na­rze­czoną.

Wzdry­gnę­łam się na samą myśl o Ve­ro­nice.

- Rut­ge­rze...

Za­nu­rzy­łam ka­wa­łek chleba w zu­pie i de­lek­to­wa­łam się jego sma­kiem, za­nim do­koń­czy­łam zda­nie.

- ...my­ślisz, że na­prawdę mogę przy­jąć tę pro­po­zy­cję i zo­stać au­kcjo­nerką? Czy to nie bę­dzie z mo­jej strony nie­po­ważne? Nie znam się na praw­dzi­wych an­ty­kach.

- Nikt nie uro­dził się eks­per­tem.

- No tak, ale...

- Uwa­żasz, że dla­tego, że je­steś ko­bietą, spo­tka cię więk­sza kry­tyka, je­śli po­peł­nisz ja­kiś błąd?

Rut­ger był też mą­dry.

- Do­kład­nie.

- Od dwóch lat z suk­ce­sem pro­wa­dzisz sklep ze sta­ro­ciami. Ra­zem z Kat­tis urzą­dzasz domy i miesz­ka­nia, a lu­dzie usta­wiają się do was w ko­lejce. Masz dzie­sięć ty­sięcy fol­lo­wer­sów na In­sta­gra­mie.

Zła­pał mnie za rękę i ją po­ca­ło­wał.

- Anno-Liso, po­ra­dzisz so­bie ze wszyst­kim. Chcesz tego, więc to zrób! Będę tam z tobą i mogę ci da­wać dys­kretne znaki, że­byś wie­działa, czy mie­dziana beczka ma pójść za pięć­set, czy pięć ty­sięcy ko­ron.

- Pięć ty­sięcy! Ktoś chciałby tyle za nią za­pła­cić?

- Sama wi­dzisz! Panna Jo­hans­son nie po­trze­buje mo­jej po­mocy. Sama po­trafi wy­ce­niać an­tyki.

Nie­spo­dzianka oka­zała się ra­bar­ba­rową panna cottą i kie­lisz­kiem wy­traw­nego szam­pana. Po­woli ja­dłam de­ser, żeby star­czył mi na jak naj­dłu­żej, wpa­tru­jąc się w pa­ła­cowy park.

Po­je­dyn­cze de­ko­ra­cje wy­róż­niały się po­nad­cza­sową ele­gan­cją. Duże do­nice, z któ­rych wy­le­wały się ka­skady kwia­tów. Rzeźby ko­biet z brązu, wy­ko­nane na po­czątku dwu­dzie­stego wieku, ma­ja­czyły po­mię­dzy kil­ku­set­let­nimi dę­bami. Nad je­zio­rem kwi­tły ja­bło­nie za­sa­dzone przez dziadka i pra­dziadka Rut­gera.

Kilka razy by­łam z Rut­ge­rem w domu opieki w Djur­shol­mie, gdzie od kilku lat prze­by­wał jego oj­ciec.

Pod­czas jed­nej z wi­zyt Gu­staf Sche­ede wspo­mniał o tych ja­bło­niach nad je­zio­rem, że to od­miana ?kerö i że dają dużo owo­ców. Wszystko się zga­dzało. Ale już po chwili wziął Rut­gera za swo­jego ojca i spy­tał, gdzie jest Sonja. Mama Rut­gera zgi­nęła w wy­padku jachtu na La­zu­ro­wym Wy­brzeżu, gdy Rut­ger miał dwa­dzie­ścia lat.

Na po­czątku na­zy­wa­łam ten park ogro­dem, lecz ten znaj­do­wał się wła­ści­wie po dru­giej stro­nie domu. Sto lat temu był pięk­nym przy­do­mo­wym ogród­kiem za­opa­tru­ją­cym pa­łac w wa­rzywa. Póź­niej z każdą de­kadą wa­rzyw­nik co­raz bar­dziej się kur­czył, aż w końcu cał­kiem prze­stał ist­nieć.

Te­raz pró­bo­wa­łam go od­two­rzyć ra­zem z Bir­git, która była już eme­rytką i do­ra­biała so­bie, sprzą­ta­jąc w pa­łacu. Stała się dla mnie kimś w ro­dzaju men­torki. Za każ­dym ra­zem, gdy ra­zem pra­co­wa­ły­śmy w ogro­dzie, uczy­łam się cze­goś no­wego.

W ta­kie po­po­łu­dnia jak to, z pysz­nym je­dze­niem Rut­gera, szam­pa­nem i w pięk­nym oto­cze­niu, wie­dząc, że przez kilka mie­sięcy bę­dzie ja­sno pra­wie przez całą dobę, ko­cha­łam to bez­tro­skie, luk­su­sowe ży­cie w pa­łacu i nie­mal mo­głam so­bie wy­obra­zić, że spę­dzę tu resztę ży­cia.

Z mo­ich my­śli wy­rwał mnie młody mę­ski głos.

- Halo? Prze­pra­szam?

Od­wró­ci­li­śmy się z Rut­ge­rem pra­wie rów­no­cze­śnie i zo­ba­czy­li­śmy nie­zna­jo­mego chło­paka idą­cego w na­szym kie­runku. Pod­niósł rękę na po­wi­ta­nie.

- Znasz go? - spy­tał Rut­ger.

- Nie. Wi­dzę go pierw­szy raz w ży­ciu.

Chło­pak, który mógł mieć ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć lat, był ubrany w białą ko­szulę z pod­wi­nię­tymi rę­ka­wami i spodnie z wy­so­kim sta­nem oraz sze­ro­kimi no­gaw­kami. Jego ciemne włosy były krótko przy­strzy­żone po bo­kach, ale miał długą grzywkę za­cze­saną na bok. Oczy ja­sno­szare, twarz po­cią­gła. Wy­glą­dał ro­man­tycz­nie, jak ja­kiś po­eta albo ar­ty­sta z daw­nych cza­sów.

Szedł z ma­te­ria­ło­wym ple­ca­kiem prze­wie­szo­nym przez ra­mię. Wy­sta­wało z niego ja­kieś drew­niane na­rzę­dzie lub szta­lugi.

- Hej! Je­stem Teo. Prze­pra­szam za to naj­ście.

Rut­ger wstał i po­dał chło­pa­kowi rękę.

- Nic się nie stało. Rut­ger Sche­ede.

Ski­nę­łam głową i uśmiech­nę­łam się do Teo.

- Anna-Lisa. Cześć.

Kiedy Teo wy­ja­śnił, kim jest i co go do nas spro­wa­dza, oka­zało się, że moja in­tu­icja mnie nie za­wio­dła. Teo stu­dio­wał na Kon­st­fack, uczelni ar­ty­stycz­nej w Sztok­hol­mie. Te­raz miał wa­ka­cje. Za­in­spi­ro­wany ma­la­rzami wę­drow­nymi z daw­nych cza­sów po­sta­no­wił, że ru­szy na włó­częgę i spró­buje za­ro­bić na noc­leg i je­dze­nie, ma­lu­jąc mi­jane przez sie­bie domy i za­grody.

- I może pa­łace? - spy­tał ostroż­nie.

W holu na pię­trze wi­siały stare ob­razy olejne przed­sta­wia­jące pa­łac. Dość po­nure, a naj­now­szy z nich miał pew­nie ze sto lat. Zo­ba­czy­łam en­tu­zjazm Rut­gera na samą myśl o ja­snym no­wo­cze­snym ob­ra­zie.

- Ja­sne, że mo­żesz na­ma­lo­wać Sol­sta­holm! - oświad­czył bez se­kundy za­wa­ha­nia. - Na­pi­jesz się kawy? Opo­wiesz nam o so­bie.

- Tak, dzię­kuję. Chęt­nie.

- Jak ci idzie z noc­le­gami? - spy­ta­łam Teo, gdy zo­sta­li­śmy sami.

Pa­mię­ta­łam tych wszyst­kich po­dejrz­li­wych lu­dzi z wła­snej włó­częgi. Więk­szość z nich za­trza­ski­wała mi drzwi przed no­sem.

- Je­stem w dro­dze do­piero od ty­go­dnia, ale trzy noce spę­dzi­łem pod go­łym nie­bem.

Teo wska­zał pal­cem swój ple­cak, który po­sta­wił na ziemi.

- Ale spo­koj­nie, mam śpi­wór, ka­ri­matę i po­duszkę.

Co za luk­susy. Ja mia­łam tylko cie­niutki śpi­wór, który i tak zaj­mo­wał dwie trze­cie mo­jego to­bołka. Pew­nego razu spodenki dżin­sowe wy­pchane sia­nem po­słu­żyły mi za po­duszkę. Za­częła mnie swę­dzieć głowa, gdy tylko so­bie o tym przy­po­mnia­łam.

- Na­ma­lo­wa­łeś już coś?

Teo ski­nął głową, otwo­rzył ple­cak i wy­jął z niego szki­cow­nik. Znaj­do­wały się w nim ja­sne, ale jed­no­cze­śnie ko­lo­rowe akwa­rele przed­sta­wia­jące za­równo drew­niane chatki w ko­lo­rze czer­wieni fa­luń­skiej, jak i no­wo­cze­sne wille.

Rut­ger wró­cił z kawą i ka­nap­kami z żół­tym se­rem. Wie­dział, że włó­częgi nic tak nie ucie­szy jak ta­lerz w ka­nap­kami. Opo­wia­da­łam mu o swo­jej let­niej wę­drówce, choć nie o wszyst­kim.

- Jak długo za­mie­rzasz zo­stać w na­szej oko­licy?

Teo prze­łknął to, co miał w ustach. Pierw­szą ka­napkę do­słow­nie po­chło­nął.

- Prze­pra­szam, ale nie ja­dłem od wczo­raj­szego wie­czoru... Cóż, zo­stanę tak długo, jak będę miał co ma­lo­wać.

Rut­ger po­słał mi dys­kretne, py­ta­jące spoj­rze­nie. Kiedy ski­nę­łam głową, po­now­nie zwró­cił się do Teo:

- Mo­żesz u nas miesz­kać pod­czas pracy nad ob­ra­zami. Chciał­bym za­mó­wić u cie­bie se­rię akwa­rel przed­sta­wia­ją­cych Sol­sta­holm z róż­nej per­spek­tywy. Na pewno znaj­dzie się jesz­cze parę osób w oko­licy, które rów­nież sku­szą się na ob­raz.

Teo miał za­sko­czoną minę.

- I mam na­dzieję, że zjesz z nami dzi­siaj ko­la­cję? Za­mie­rza­łem od­pa­lić grilla i wrzu­cić na niego kilka ste­ków.

- A rano zrób so­bie śnia­da­nie, z tego, co znaj­dziesz w lo­dówce, i kawę z eks­presu - do­da­łam.

Teo miał taką minę, jakby się zna­lazł w raju.

Kiedy przed chwilą szedł w na­szym kie­runku, Rambo wy­biegł mu na spo­tka­nie. Nasz cie­kaw­ski pies chciał się przy­wi­tać z nie­zna­jo­mym i mógł go wy­stra­szyć, ale Teo po pro­stu go po­gła­skał. Gdy pi­li­śmy kawę, Rambo po­ło­żył się przy no­gach chło­paka i spo­koj­nie le­żał.

Po ja­kimś cza­sie Teo wy­jął ołó­wek i mały szki­cow­nik i wdał się w po­ga­wędkę z na­szym psem. Rambo pod­niósł uszy i prze­krzy­wił głowę.

Chło­pak szybko coś na­ry­so­wał kil­koma po­cią­gnię­ciami ołówka, po czym wy­rwał kartkę ze szki­cow­nika i mi ją po­dał.

- Pro­szę. W ra­mach po­dzię­ko­wa­nia za fikę.

Z bia­łej kartki pa­trzył na mnie lekko zdzi­wiony Rambo. Wy­pisz wy­ma­luj on.

- Wow. Dzię­kuję!

- Przejdę się po parku i aleją w dół, po­szu­kam miejsc, z któ­rych do­brze wi­dać pa­łac. Mogę go ze sobą wziąć?

- Ja­sne - od­parł Rut­ger.

Rambo za­szcze­kał ra­do­śnie.

Kiedy dwaj przy­ja­ciele ru­szyli w kie­runku po­mo­stu, Rut­ger i ja sprząt­nę­li­śmy ze stołu. Z ta­le­rza znik­nęły wszyst­kie ka­napki i Teo wy­pił pra­wie cały ter­mos kawy. Był praw­dzi­wym włó­częgą, nie mia­łam co do tego wąt­pli­wo­ści.

- Ale su­per - po­wie­dzia­łam do Rut­gera, ki­wa­jąc głową w stronę po­mo­stu.

- Tak.

- Może mo­gli­by­śmy wy­naj­mo­wać po­koje, tak jak to robi wielu wła­ści­cieli pa­ła­ców i dwor­ków? Ofe­ro­wać ar­ty­stom B&B? Prze­cież tak tu pięk­nie przez cały rok, a my mamy mnó­stwo po­koi.

Wy­obra­zi­łam so­bie, że pa­łac mógłby być zimą przy­tul­niej­szym i mniej prze­ra­ża­ją­cym miej­scem. Lu­dzie we wszyst­kich po­ko­jach go­ścin­nych. Miły wie­czorny szmer w sa­lo­nie, gdy go­ście sia­da­liby przy ko­minku, z czer­wo­nymi po­licz­kami po ca­łym dniu sta­nia w mro­zie i ma­lo­wa­nia.

A wła­śnie. Czy zimą ma­luje się w ple­ne­rze? - za­sta­no­wi­łam się w my­ślach, ale od­po­wiedź Rut­gera spra­wiła, że nie mu­sia­łam zgłę­biać tego te­matu.

- Ci, któ­rzy wy­naj­mują po­koje w swo­ich pa­ła­cach, ro­bią to dla pie­nię­dzy, a nie dla przy­jem­no­ści. Obcy lu­dzie na śnia­da­niu to chyba nie jest fajne?

Rut­ger był cał­ko­wi­cie nie­za­leżny fi­nan­sowo. Sklep z an­ty­kami pro­wa­dził tylko dla­tego, że ko­chał za­byt­kowe rze­czy. Lu­bił też tę ad­re­na­linę, która wią­zała się z wy­szu­ki­wa­niem an­ty­ków i od­po­wied­nich kup­ców. Był w tym do­bry i za­ra­biał na tym duże pie­nią­dze, lecz na do­brą sprawę ich nie po­trze­bo­wał.

- Ow­szem... tro­chę fajne? Ale to był tylko taki luźno rzu­cony po­mysł.

Roz­dział 4

- Po raz pierw­szy, po raz drugi, po raz trzeci - sprze­dane!

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem unio­słam drew­nianą łyżkę za­stę­pu­jącą mło­tek i omio­tłam wzro­kiem pu­blicz­ność au­kcji. Wy­da­wało mi się, że za­brzmia­łam pro­fe­sjo­nal­nie, ale część ze­bra­nych zwi­jała się ze śmie­chu.

Ta część miała na imię Kat­tis i za­wsze była szczera do bólu. Le­żała na zie­lo­nej ka­na­pie z lat sie­dem­dzie­sią­tych, która nie­ba­wem miała wy­lą­do­wać przed skle­pem z metką "wy­prze­daż", po­nie­waż ja­koś wcze­śniej nie mia­łam serca jej sprze­dać.

Kat­tis prych­nęła cia­stem i po­pła­kała się ze śmie­chu. Po­zo­stali się nie śmiali, lecz mieli nie­zde­cy­do­wane miny. Sara zmarsz­czyła czoło i prze­krzy­wiła głowę. Bir­ger i Ma­rianne, rol­nicy, któ­rzy byli mo­imi naj­bliż­szymi są­sia­dami, zer­k­nęli na sie­bie za­my­śleni. Johnny i Emma sku­piali się na Tin­drze.

Wy­ce­lo­wa­łam w Kat­tis drew­nianą łyżką.

- Co cię tak bawi?

Zro­biła swoją po­pi­sową minę, na­śla­du­jąc przy tym wie­ko­wego miesz­kańca re­gionu Ro­sla­gen. Przo­do­zgryz, zmru­żone oczy i oba kciuki unie­sione w górę. Bra­ko­wało tylko kasz­kietu i fajki w ką­ciku ust.

- Słu­chaj­cie, lu­dzi­ska! Trzeba li­cy­to­wać! Anno-Liso, za­brzmia­łaś jak stary dziad.

- Ale tak się chyba mówi?

Szu­ka­łam wspar­cia u po­zo­sta­łych osób.

Ma­rianne, bar­dziej wraż­liwa od Kat­tis, choć rów­nież sza­le­nie pro­sto­li­nijna, po­krę­ciła prze­cząco głową. Bir­ger także. Ci dwoje byli do­sko­na­łym przy­kła­dem na to, że lu­dzie, któ­rzy są ze sobą długo, upodob­niają się do sie­bie. Oboje byli wy­socy i szczu­pli, mieli siwe włosy, cho­ciaż nie skoń­czyli jesz­cze sześć­dzie­się­ciu lat, i tę samą zdrową cerę.

Ma­rianne strzep­nęła okru­chy cia­sta, któ­rymi Kat­tis par­sk­nęła na jej dżinsy.

- Anno-Liso, wy­daje mi się, że po­win­naś być sobą. Mu­sisz so­bie wy­pra­co­wać wła­sny styl, a nie mó­wić jak stary dziad.

Wszy­scy ski­nęli gło­wami. Także Kat­tis, która w końcu prze­stała się śmiać.

- Do­kład­nie! Mu­sisz być zak­tu­ali­zo­waną, co­ol­wer­sją au­kcjo­nerki.

Zro­bi­łam wiel­kie oczy.

- Mam so­bie wy­pra­co­wać wła­sny styl? Ale jak?

- Może pod­kre­ślisz tro­chę swoją ko­bie­cość? Ładny ma­ki­jaż i su­kienka? - za­su­ge­ro­wała Emma.

Tin­dra sie­dząca na ko­la­nach Johnny'ego spoj­rzała na nas po­waż­nie, naj­pierw na Emmę, a po­tem na mnie. Jakby szu­kała wzro­kiem tego mi­łego wujka, który za­wsze się z nią bawi. Ale Rut­ger był na spo­tka­niu w Sztok­hol­mie. Pla­no­wał wró­cić na kawę, lecz po­byt w sto­licy tro­chę się prze­cią­gnął.

- Po­zdrów Tin­drę! - po­wie­dział pod ko­niec na­szej roz­mowy te­le­fo­nicz­nej.

Nie speł­ni­łam jego prośby. Po­zdra­wia­nie rocz­nego dziecka wy­dało mi się nie­do­rzeczne. Tak samo jak rady Emmy, słod­kiej blon­dynki, która za­wsze miała na so­bie coś ró­żo­wego. Za­pewne jest świetną pie­lę­gniarką i wspa­niałą matką, lecz jej pro­po­zy­cje...

Wy­ko­rzy­sty­wa­nie tego, że je­stem ko­bietą?! To mało pro­fe­sjo­nalne.

- Mhm. Cho­ciaż nie je­stem pewna, czy dzięki temu zdo­będę au­to­ry­tet.

Kat­tis prze­wró­ciła oczami, ale tak, że tylko ja to za­uwa­ży­łam. Sara jed­nak pod­chwy­ciła po­mysł Emmy.

- Po­win­naś wło­żyć tę su­kienkę z lat pięć­dzie­sią­tych. Doda ci pew­no­ści sie­bie. Lu­dziom spodoba się au­kcjo­nerka w su­kience za­miast au­kcjo­nera w ko­szuli z pla­mami potu pod pa­chami.

Bir­ger się po­chy­lił i wy­jął coś z re­kla­mówki.

- Po­my­śla­łem, że to ci się przyda. Na­le­żał do mo­jego dziadka, który był au­kcjo­ne­rem.

Wy­pro­sto­wał się i pod­szedł do mnie. Sta­łam na ta­bo­re­cie przy drzwiach, żeby wczuć się w rolę au­kcjo­nerki, więc te­raz z niego ze­szłam i wzię­łam od Bir­gera mło­tek au­kcyjny. Był ładny, wy­ko­nany z ciem­nego la­kie­ro­wa­nego drewna, miał kla­syczny kształt i ide­al­nie le­żał w mo­jej dłoni.

- Dzię­kuję!

Bir­ger wrę­czył mi jesz­cze mały drew­niany blok, w który ude­rzało się młot­kiem. Oba przed­mioty były lekko wy­tarte w miej­scu, gdzie się sty­kały.

Zwa­ży­łam mło­tek w dłoni. Kiedy huk­nę­łam nim w ka­wa­łek drewna, roz­legł się ciężki, wy­raźny dźwięk.

- Wow! Wspa­niałe uczu­cie!

- Tak, ten mło­tek był na bar­dzo wielu au­kcjach w na­szej oko­licy. W tam­tych cza­sach la­tem od­by­wały się one w go­spo­dar­stwach.

- Okej, prze­te­stujmy go jesz­cze raz. Ile do­stanę za ten piękny wa­zon z za­kła­dów ce­ra­micz­nych Upsala-Ekeby sto­jący w oknie?

Po­now­nie we­szłam na ta­bo­ret i wy­ce­lo­wa­łam młot­kiem w kie­runku wa­zonu w kształ­cie pa­pryki.

- Na po­czą­tek pro­po­nuję pięć­set. Kto da pięć­set?

- Dwa­dzie­ścia!

Kat­tis sie­działa te­raz na ka­na­pie ze skrzy­żo­wa­nymi ra­mio­nami i wbi­tym we mnie wzro­kiem.

Roz­po­zna­wa­łam osobę, którą uda­wała. Ską­piec ma­ruda. Rany, po­win­nam się na­uczyć z ta­kimi ob­cho­dzić.

Za­śmia­łam się.

- Dwa­dzie­ścia ko­ron? Dwa­dzie­ścia to po­wi­nien mi pan za­pła­cić za moż­li­wość obej­rze­nia tego wa­zonu! - oświad­czy­łam ko­bie­cym, ale prze­bo­jo­wym gło­sem.

Kat­tis, Sara i Ma­rianne na­gro­dziły mnie okla­skami. Kat­tis unio­sła kciuk do góry.

- Yes! Dzie­sięć punk­tów!

Ze­szłam z ta­bo­retu i wy­pi­łam łyk cie­płej kawy.

- Wy­go­oglo­wa­łam parę za­baw­nych hi­sto­rii. Chce­cie po­słu­chać?

Zgodny krzyk pro­te­stu spło­szył ru­dego kota Bir­gera i Ma­rianne, le­żą­cego na scho­dach. Tin­dra za­częła pła­kać. Rut­ger wszedł do środka przez otwarte drzwi i spoj­rzał na mnie py­ta­jąco.

- Dla­czego tak krzy­czy­cie?

Roz­dział 5

Nie dało się już tego dłu­żej od­kła­dać. Mu­sia­łam wy­jąć z szafy to pu­dełko.

Wszyst­kie ubra­nia, które mo­głam po­trze­bo­wać la­tem, już za­wio­złam do pa­łacu i umie­ści­łam w sza­fach w swoim po­koju. Po­koju, na który Rut­ger w końcu mnie na­mó­wił. Na jed­nej ścia­nie stał ba­jeczny mo­du­łowy re­gał String z pół­kami, szaf­kami i szu­fla­dami. Za­równo re­gał, jak i dwie szafy se­ce­syjne były pre­zen­tami od Rut­gera. Ja wsta­wi­łam tu fo­tel "Miś" i praw­dziwy dy­wan, rze­czy otrzy­mane w spadku po Brit­cie, ciotce Lil­lan.

Britta w mło­do­ści pra­co­wała jako sprze­daw­czyni w skle­pie spo­żyw­czym w Söder­ber­dze. Pew­nego dnia przy­szła ra­zem z Lil­lan na kawę o pięt­na­stej, po­nie­waż bar­dzo chciała po­znać dziew­czynę, która pro­wa­dziła bu­tik w "jej" daw­nym spo­żyw­czaku. Szybko się po­lu­bi­ły­śmy z dzie­więć­dzie­się­cio­pię­cio­let­nią star­sza pa­nią. Britta była też za­chwy­cona Rut­ge­rem, któ­rego na­zy­wała "mło­dym hra­bią".

To w moim skle­pie w ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pią­tym roku Britta po­znała dziadka Rut­gera. Wal­de­mar Sche­ede, Walle, i Britta za­częli się po­ta­jem­nie spo­ty­kać, ale nie mo­gli być ze sobą. Ona była pro­stą dziew­czyną ze wsi, a on hra­bią.

Walle w ta­jem­nicy po­da­ro­wał Brit­cie klej­not ro­dzinny, który miała do­stać jego przy­szła żona. Po śmierci Britty pier­ścio­nek tra­fił do mnie. La­tem przy­szłego roku sie­dem­na­sto­wieczny pier­ścio­nek miał się zna­leźć na moim palcu ra­zem z tym wik­to­riań­skim. Szma­ragdy w obu pier­ścion­kach miały iden­tyczny ko­lor.

Ko­cha­łam Rut­gera i mie­li­śmy się po­brać.

W końcu na­de­szła chwila, by uwol­nić wspo­mnie­nia z tam­tej let­niej włó­częgi. Po­my­śla­łam, że je­śli po­zwolę so­bie na my­śli o Ral­fie, to może tłu­mione emo­cje wresz­cie znikną, bo po­dobno to, od czego pró­bu­jemy uciec, te nie­przy­jemne uczu­cia, lęki czy wspo­mnie­nia, nie zni­kają, gdy sta­ramy się o nich za­po­mnieć. Gdy się osta­tecz­nie z tym upo­ram, będę mo­gła wieść szczę­śliwe ży­cie u boku Rut­gera.

Wie­czorne słońce prze­ni­kało przez de­li­katne za­słony w sy­pialni. To była moja ostat­nia noc, przy­naj­mniej na ja­kiś czas, w miesz­ka­niu w Söder­ber­dze. Rut­ger cza­sami zo­sta­wał ze mną w Söder­ber­dze, bo wie­dział, jak ko­cham swoje miesz­ka­nie, lecz było oczy­wi­ste, że te noce to tylko ele­ment od­ci­na­nia pę­po­winy.

Usia­dłam na pod­ło­dze przy sza­fie i wy­ję­łam pu­dełko, któ­rego nie do­ty­ka­łam, od­kąd się tu wpro­wa­dzi­łam. Drżą­cymi rę­koma się­gnę­łam po książkę le­żącą na wierz­chu. Na pierw­szej stro­nie zo­ba­czy­łam jego styl pi­sma:

Dla mo­jej uko­cha­nej włó­częgi, Anny-Lisy. Twój Ralf.

Roz­dział 6

Wła­śnie skoń­czy­łam trzy­dzie­ści lat i mia­łam dość pracy biu­ro­wej, którą wy­ko­ny­wa­łam od ukoń­cze­nia li­ceum. Ma­rzy­łam o tym, by otwo­rzyć re­tro­bu­tik, ale koszt wy­najmu lo­kalu w Sztok­hol­mie spra­wiał, że było to nie­moż­liwe.

Wtedy w moje ręce wpa­dła książka no­bli­sty Harry'ego Mar­tin­sona Droga do Kloc­krike, o włó­czę­dze z po­czątku dwu­dzie­stego wieku. Za­fa­scy­no­wała mnie ta hi­sto­ria i spra­wiła, że za­czę­łam się za­sta­na­wiać nad swoim ży­ciem. Czy włó­częga w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku ma sens? Czy da­ła­bym radę za­ro­bić na noc­leg i wy­ży­wie­nie, ko­sząc lu­dziom trawę i wy­ko­nu­jąc inne drobne prace?

Po­sta­no­wi­łam, że spró­buję.

Szef dał mi mie­siąc wol­nego i łącz­nie z urlo­pem mia­łam całe lato na włó­częgę i za­sta­no­wie­nie się, co chcę zro­bić z resztą swo­jego ży­cia. Ostat­niego dnia wę­drówki zna­la­złam w Söder­ber­dze bu­dy­nek daw­nego sklepu spo­żyw­czego. Był na sprze­daż i cena nie zwa­lała z nóg. Mo­głam go ku­pić i jesz­cze zo­sta­łoby mi tro­chę pie­nię­dzy na roz­po­czę­cie no­wego ży­cia.

Ale już na po­czątku mo­jej po­dróży po­zna­łam Ralfa. To on po­da­ro­wał mi au­to­bio­gra­ficzną po­wieść Harry'ego Mar­tin­sona Näs­slorna blomma1, którą te­raz trzy­ma­łam w dło­niach. Po­ło­ży­łam książkę na łóżku i wzię­łam do ręki ko­lejne wspo­mnie­nie tam­tych wa­ka­cji. Do­tknę­łam mięk­kiej ba­wełny i wci­snę­łam w nią nos, by po­czuć za­pach lata sprzed trzech lat.

Su­kienka z Östham­mar.

Na­gle zo­ba­czy­łam, że w pu­dełku jest coś jesz­cze.

Na­prawdę ją za­cho­wa­łam? Bluzę Esso, którą Ralf no­sił pod­czas tych trzech dni, które spę­dzi­li­śmy ra­zem, za­nim mnie zo­sta­wił, by już ni­gdy nie wró­cić do mo­jego ży­cia.

Po­woli wy­ję­łam ją i przy­ci­snę­łam do twa­rzy. Su­kienka prze­nik­nęła wo­nią szafy, ale bluza wciąż miała za­pach Ralfa. Nie­po­jęte. Sie­dzia­łam tak i go wspo­mi­na­łam.

Mój ob­raz Ralfa zmie­nił się na prze­strzeni tam­tego lata.

Naj­pierw był tylko upier­dli­wym rag­gare, który wziął mnie na stopa. Póź­niej stał się chło­pa­kiem o bursz­ty­no­wych oczach, z któ­rym faj­nie mi się roz­ma­wiało, a po­tem wy­jąt­ko­wym męż­czy­zną, w któ­rym się za­ko­cha­łam i który wpro­wa­dził za­męt w moim do tej pory bar­dzo upo­rząd­ko­wa­nym ży­ciu.

Mi­nęły pra­wie trzy lata, a on się do mnie ani razu nie ode­zwał.

Nikt nie wie­dział o jego ist­nie­niu, na­wet Kat­tis. Nie po­wie­dzia­łam jej o Ral­fie pod­czas włó­częgi, po­nie­waż pa­łała nie­na­wi­ścią do nie­wier­nych męż­czyzn. Po­tem nie było już sensu. Mu­sia­łam o nim za­po­mnieć, by nie zwa­rio­wać.

Wsta­łam z pod­łogi i po­szłam do kuchni po swoją ko­mórkę le­żącą na stole. Po chwil zna­la­złam tego mejla. Wy­sła­łam go so­bie, by za­wsze mieć pod ręką zdję­cie z tam­tego let­niego wie­czoru.

By­łam tak za­ko­chana w tym męż­czyź­nie opar­tym ze skrzy­żo­wa­nymi ra­mio­nami o swój pi­kap, że wszyst­kie zdję­cia wy­szły nie­ostre, ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że on też coś czuł do osoby, która zro­biła tę fotkę.

Miał na nim to samo spoj­rze­nie, co na łóżku w chatce, gdy stwier­dził, że się po­bie­rzemy. I gdy sie­dzie­li­śmy przy stole w kuchni i pla­no­wa­li­śmy na­szą wspólną przy­szłość. Skromny dom w oko­li­cach Hal­l­sta­vik. Let­nia po­łowa roku w po­dróży jego che­vro­le­tem thri­ft­ma­ste­rem. Ralf miał sprze­da­wać swoje no­stal­giczne ga­dżety, a ja bu­szo­wać po tar­gach sta­roci. Zima w Ro­sla­gen. Ralf miał pra­co­wać w szkole, a ja od­wie­dzać pchle targi i pro­wa­dzić sprze­daż na Tra­de­rze2.

Pro­ste, ni­sko­bu­dże­towe ży­cie, ale da­jące wol­ność. Ży­cie pełne na­mięt­no­ści, seksu i ognia.

W moim ży­ciu po­ja­wiła się mi­łość. Mi­łość Rut­gera. I speł­ni­łam swoje ma­rze­nie, pro­wa­dzi­łam sklep z rze­czami re­tro. Z suk­ce­sami. Nie mu­sia­łam spę­dzać zim w ja­kiejś cha­cie na pół­nocy Ro­sla­gen. Za­miast tego mo­głam w chłodny wie­czór za­siąść przed ko­min­kiem w fo­telu Che­ster­field w sa­lo­nie w Sol­sta­holm.

To dla­czego pła­ka­łam?

Kiedy za­częło się ściem­niać, wciąż sie­dzia­łam w kuchni. Ach, gdyby żyła Britta - po­my­śla­łam. Ża­ło­wa­łam, że nie mogę jej opo­wie­dzieć o Ral­fie. Pro­sto­li­nijna Britta nie była sen­ty­men­talna, lecz ni­gdy nie prze­stała ko­chać dziadka Rut­gera, po­mimo że Walle uległ ro­dzi­nie i du­chowi cza­sów i wy­brał inną ko­bietę.

To była oczy­wi­ście głu­pia myśl. Nie wy­cho­dzi­łam za mąż za ko­goś, kogo mu­sia­łam wy­brać za­miast Ralfa. Wy­bra­ła­bym Rut­gera, na­wet gdyby Ralf znowu po­ja­wił się w moim ży­ciu. I za­mie­rza­łam sta­wić czoła prze­szło­ści.

Wró­ci­łam do sy­pialni i wło­ży­łam su­kienkę. Po­pra­wi­łam pa­sek z tego sa­mego ma­te­riału. Otwo­rzy­łam drzwi opróż­nio­nej szafy i sta­nę­łam przed lu­strem, które wi­siało po we­wnętrz­nej stro­nie.

Su­kienka była ładna i do­brze w niej wy­glą­da­łam.

Po­sta­no­wi­łam, że od­cza­ruję tę żółtą su­kienkę z lat pięć­dzie­sią­tych i będę ją no­sić. Że to bę­dzie jedna z wielu mo­ich su­kie­nek.

1 - Po­krzywy kwitną (przyp. red.).

2 - Tra­dera - szwedzki por­tal in­ter­ne­towy, na któ­rym można sku­po­wać i wy­sta­wiać ubra­nia, bi­żu­te­rię, me­ble itp. (przyp. red.).

Roz­dział 7

- To ka­me­ralna au­kcja - za­pew­nił Börje, wła­ści­ciel domu au­kcyj­nego.

Duże ogło­sze­nie w ga­ze­cie jed­nak spra­wiło, że za­czę­łam mieć wąt­pli­wo­ści. Wy­mie­niono w nim wszystko, od por­ce­lany z Gu­sta­vs­berg po dwa za­byt­kowe trak­tory. Kiedy o ósmej rano do­tar­łam do są­sied­niej wsi, moje obawy tylko się po­twier­dziły.

Całe po­dwórko było za­sta­wione róż­nymi gra­tami. Na po­dłuż­nych sto­łach pię­trzyły się kar­tony po ba­na­nach. Na tra­wie stały skrzynki, ko­sze i ba­lie. Me­ble były wszę­dzie. O ścianę jed­nego z czer­wo­nych bu­dyn­ków go­spo­dar­czych stały oparte na­rzę­dzia rol­ni­cze. Nazw po­łowy z nich nie zna­łam.

Börje mu­siał się po­my­lić. Moja au­kcja musi być gdzieś in­dziej - po­my­śla­łam. Gdzie? Da­leko stąd? Spóź­nię się? Rany, ale że­nada.

- Cześć! Je­steś na­szą nową au­kcjo­nerką?

Z bu­dynku go­spo­dar­czego wy­szedł star­szy na­sto­la­tek.

- Tak. Nie. Czy jest tu gdzieś Börje?

Wy­soki, smu­kły i ja­sno­włosy chło­pak był chud­szą i młod­szą ko­pią Bör­jego. Te­raz pa­trzył na mnie py­ta­ją­cym wzro­kiem.

- Nie, tata mu­siał coś za­ła­twić. Ale jak to, nie? Je­steś Anna-Lisa, tak? Ja mam na imię An­dreas.

- Tak, ale...

Mach­nę­łam ręką, wska­zu­jąc ogród, bu­dynki go­spo­dar­cze i te wszyst­kie przed­mioty.

- To miała być ka­me­ralna au­kcja. Ro­bię to pierw­szy raz. Twój tata my­śli, że so­bie z tym po­ra­dzę?

- Spo­koj­nie. Są tu też Lasse, Bosse i Göran. No i ja.

Chło­pak ski­nął głową w kie­runku trzech męż­czyzn, któ­rzy wy­no­sili z domu ko­lejne rze­czy.

- Mu­sisz tylko li­cy­to­wać.

Las­sego, Bos­sego i Görana wi­dzia­łam wiele razy. Dzięki tym trzem męż­czy­znom w czar­nych T-shir­tach, spodniach ro­bo­czych i torbą nerką z pie­niędzmi na brzu­chu au­kcje w ogóle się od­by­wały. Roz­kła­dali krze­sła, wy­no­sili zli­cy­to­wane przed­mioty i bły­ska­wicz­nie roz­mie­niali bank­noty pię­ciu­set­ko­ro­nowe.

Ski­nęli gło­wami i po­wie­dzieli "siema", gdy An­dreas mi ich przed­sta­wił. Po­tem wró­cili do pracy i wy­no­sze­nia pu­deł.

- To zaj­mie cały dzień. Kto mnie zmieni? Prze­cież nie mogę stać sze­ściu go­dzin?

- Ja. Ale nie rób zbyt dłu­gich przerw, bo oj­ciec się wściek­nie.

Zo­ba­czył moje zdzi­wie­nie i się skrzy­wił.

- Ja je­stem do ni­czego! Oj­ciec twier­dzi, że traci kilka ty­sięcy ko­ron na go­dzinę, gdy za­stę­puję au­kcjo­ne­rów.

Moje spięte barki nieco się roz­luź­niły.

Trzech do­świad­czo­nych po­moc­ni­ków, któ­rzy na­wet nie unie­śli brwi na wieść o tym, że będą pra­co­wać z au­kcjo­ne­rem płci żeń­skiej. I mój zmien­nik, który przy­naj­mniej nie był lep­szy ode mnie. To po­winno się udać.

Za pięć dzie­siąta nie by­łam już tego taka pewna.

Par­king na polu po­ni­żej go­spo­dar­stwa był pe­łen i lu­dzie za­częli usta­wiać auta wzdłuż drogi. Sta­łam przed przy­czepą i nie­ba­wem mia­łam roz­po­cząć li­cy­ta­cję sprzę­tów, któ­rych nazw na­wet nie zna­łam. Lasse, Bosse i Göran wła­śnie mnie spy­tali, od czego chcę za­cząć.

- Sama mam o tym zde­cy­do­wać?

- Tak. Au­kcjo­ner po­ka­zuje, co chce zli­cy­to­wać.

Kat­tis stała obok mnie. Ona, Rut­ger i reszta to­wa­rzy­stwa z Söder­bergi byli na miej­scu, żeby mnie wspie­rać. Kat­tis zwró­ciła się do mo­ich trzech po­moc­ni­ków.

- Spró­buj­cie od rze­czy z lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych.

Nie uza­sad­niła dla­czego, ale zro­zu­mia­łam, o co jej cho­dzi, i z wdzięcz­no­ścią ski­nę­łam głową. Oczy­wi­ście mą­drze było za­cząć od przed­mio­tów, na któ­rych się zna­łam. Kat­tis szep­nęła mi na ucho "po­wo­dze­nia" i wró­ciła do na­szego to­wa­rzy­stwa.

Lasse i Bosse po­de­szli do stołu z pu­dłami z por­ce­laną, ter­mo­sami oraz osłon­kami na do­niczki. Wszystko re­tro. Przej­rza­łam wszyst­kie kar­tony i do­kład­nie wie­dzia­łam, co w nich jest.

Göran zo­stał przy przy­cze­pie i przy­glą­dał się od­wie­dza­ją­cym au­kcję.

- Dużo lu­dzi dzi­siaj. I co naj­mniej pię­ciu sprze­daw­ców an­ty­ków. To zna­czy, oprócz cie­bie.

Uśmiech­nął się. Wy­da­wali się mili, on i jego kum­ple.

- Po­mo­że­cie mi, prawda? Bę­dzie­cie mi po­da­wać na­zwę li­cy­to­wa­nego przed­miotu, gdy doj­dziemy do na­rzę­dzi i ma­szyn?

- Ja­sna sprawa. Wszystko bę­dzie do­brze. Jest dzie­siąta, więc pora za­czy­nać.

We­szłam na przy­czepę po stołku pod­sta­wio­nym mi przez Görana.

W tej sa­mej chwili uci­szyły się szmery i głosy, a ci, któ­rzy stali ple­cami do mnie, od­wró­cili się w moją stronę.

- Spójrz! Dziew­czyna!

- Cool! I jaka ładna su­kienka!

- Mu­szę wrzu­cić fotkę na In­sta.

Kiedy spoj­rza­łam na mo­rze lu­dzi, zo­ba­czy­łam mnó­stwo spoj­rzeń peł­nych po­dziwu i unie­sio­nych te­le­fo­nów. Ko­biety w róż­nym wieku pa­trzyły na mnie z uzna­niem. Na­resz­cie, zda­wały się my­śleć. Były też inne spoj­rze­nia, głę­boko scep­tyczne, lecz po­sta­no­wi­łam, że je zi­gno­ruję.

- Wi­taj­cie na na­szej dzi­siej­szej au­kcji rze­czy i sprzę­tów z pięk­nego domu Elsy Öster­man. Wielu z was za­pewne pa­mięta, że była miej­scową kraw­cową. Mamy też tro­chę na­rzę­dzi i ma­szyn po dwóch in­nych zmar­łych.

Głos lekko mi drżał, ale nad nim pa­no­wa­łam. Mi­kro­fon, który po­mógł mi włą­czyć Göran, dzia­łał bez za­rzutu. Pu­blicz­ność wciąż pa­trzyła na mnie z za­in­te­re­so­wa­niem, więc praw­do­po­dob­nie mó­wi­łam z sen­sem.

- ...na pewno wi­dzie­li­ście te dwa za­byt­kowe trak­tory?

Wy­ce­lo­wa­łam młot­kiem au­kcyj­nym dziadka Bir­gera w naj­dal­szy bu­dy­nek go­spo­dar­czy. Mocno ści­ska­łam go w dłoni, co do­da­wało mi otu­chy.

- Vo­lvo T24 z ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego szó­stego roku i gr?lle z pięć­dzie­sią­tego ósmego roku. To są trak­tory! Dzi­siaj są tak samo sprawne jak sześć­dzie­siąt lat temu. Gdy­bym nie miała gr?l­lego, to na pewno wzię­ła­bym udział w tej li­cy­ta­cji.

Te­raz kilku scep­ty­ków też za­częło mnie słu­chać. Gadka o trak­to­rach po­dzia­łała.

- ...cho­ciaż oczy­wi­ście nie wolno mi tego zro­bić. Ale wy mo­że­cie! Za­czniemy od por­ce­lany z lat pięć­dzie­sią­tych?

Po­czu­łam się pew­niej, lecz pu­blicz­ność za­częła po­mru­ki­wać, a Göran szep­nął coś te­atral­nie. A, tak.

- Lasse wyj­mie pu­dło, a ja w tym cza­sie wszystko wam wy­ja­śnię...

Ga­da­łam jak na­jęta. Po­wie­dzia­łam, że cena wy­wo­ław­cza wy­nosi pięć­dzie­siąt, a opłata au­kcyjna dwa­dzie­ścia ko­ron. W końcu wró­cił Lasse i uniósł jedną z czte­rech fi­li­ża­nek Mon Amie. Na­stęp­nie wy­eks­po­no­wał wa­zon Trio z fa­bryki por­ce­lany Ge­fle oraz po­ma­rań­czowy ter­mos.

- Mon Amie! Cztery fi­li­żanki, ide­alne na let­nią kawę w al­tance. Cena wy­wo­ław­cza to pięć­dzie­siąt ko­ron za cały kom­plet.

Spoj­rza­łam na pu­blicz­ność, przy­go­to­wana na to, że zo­ba­czę las rąk, ale nie było chęt­nych.

Za­pa­dła kom­pletna ci­sza. Wszy­scy pa­trzyli na mnie.

- Pięć­dzie­siąt ko­ron za por­ce­lanę z Gu­sta­vs­berg z lat pięć­dzie­sią­tych... Ktoś chce zło­żyć ofertę?

Jak to moż­liwe, żeby w ciągu dwu­dzie­stu se­kund głos zmie­nił się z pew­nego sie­bie na cienki i ci­chy? To było dla mnie nie­po­jęte. Ale przede wszyst­kim nie ro­zu­mia­łam, dla­czego nikt nie li­cy­tuje.

Bez­rad­nie zer­k­nę­łam na Görana, ale ten tylko po­krę­cił głową i wbił wzrok w zie­mię. An­dre­asa ni­g­dzie nie było wi­dać.

Lasse i Bosse coś so­bie po­wie­dzieli. Mo­głam zga­dy­wać co.

Co ro­bią au­kcjo­ne­rzy, gdy pu­blicz­ność nie li­cy­tuje? Pa­nika spra­wiła, że mia­łam w gło­wie pustkę.

Tra­ci­łam kon­trolę nad sy­tu­acją.

Roz­dział 8

W chwili, gdy chcia­łam za­paść się pod zie­mię, roz­legł się do­no­śny mę­ski głos:

- Pięć­dzie­siąt ko­ron!

Göran syk­nął ze­stre­so­wany w moją stronę:

- Ude­rzaj! No już!

Ude­rzy­łam młot­kiem, za­nim do­koń­czył zda­nie, bo na­gle so­bie przy­po­mnia­łam, że każda au­kcja roz­kręca się po­woli. Nikt nie chce być tym pierw­szym li­cy­tu­ją­cym.

- Cztery fi­li­żanki Mon Amie i wa­zon Trio! Ubi­łeś na­prawdę świetny in­te­res!

Uśmiech­nę­łam się do li­cy­tu­ją­cego męż­czy­zny.

Kjelle, Kjelle Lil­lan, już wy­jął port­fel.

Da­łam Las­semu znak, żeby pod­niósł do góry pu­dło z półką String.

- Co my tu mamy? Mo­du­łowa półka String, trzy­po­zio­mowa, w ide­al­nym sta­nie.

Kjelle nie zdą­żył na­wet pod­nieść ręki, a trzy osoby już li­cy­to­wały. Mój pierw­szy kry­zys w roli au­kcjo­nerki zo­stał za­że­gnany.

Nikt mimo naj­szczer­szych chęci nie mógł po­wie­dzieć, że by­łam ja­koś szcze­gól­nie dow­cipna, ale wszystko to­czyło się gładko i bez więk­szych wpa­dek.

Żarty nie wcho­dziły w ra­chubę, nie z Kat­tis wśród pu­blicz­no­ści. Za­bro­niła mi. Przez pierw­szą go­dzinę nie spusz­czała mnie z oka. Jej spoj­rze­nie było mo­ty­wu­jące i za­ra­zem kry­tyczne. Do­piero gdy się roz­krę­ci­łam, prze­stała mnie kon­tro­lo­wać i sta­nęła w ko­lejce po hot-doga.

Na swoją pierw­szą au­kcję wy­bra­łam kwie­ci­stą su­kienkę z lat pięć­dzie­sią­tych, po­nie­waż była ładna i cienka. Mimo to spo­ci­łam się, sto­jąc na słońcu.

Kiedy pu­blicz­ność od­wró­ciła się w kie­runku Las­sego i Bos­sego oraz gu­sta­wiań­skiej ka­napy, którą wła­śnie wnie­śli, An­dreas spy­tał, czy nie chcę so­bie zro­bić prze­rwy. Pod­czas li­cy­ta­cji cały czas do­le­wał mi wody i chyba za­uwa­żył, że je­stem zmę­czona.

- Dzięki, ale jesz­cze nie te­raz. Za kwa­drans?

- Okej. Wy­star­czy, że za­wo­łasz.

- Tak zro­bię.

Po­my­śla­łam, że z przy­jem­no­ścią zejdę z przy­czepy i chwilę ode­tchnę, lecz naj­pierw mu­sia­łam do­pil­no­wać, by pewna rzecz, czyli miś, zna­la­zła się w rę­kach od­po­wied­niej osoby. Sprze­dawcy an­ty­ków pod­cho­dzili do pu­dła, w któ­rym się znaj­do­wał, wyj­mo­wali go i przy­glą­dali się jego uchu.

Nie dla psa kieł­basa - po­my­śla­łam.

Wła­śnie nada­rzyła się do­bra oka­zja, żeby ude­rzyć, w po­dwój­nym tego słowa zna­cze­niu. Je­den ze sprze­daw­ców an­ty­ków po­szedł do swo­jego sa­mo­chodu z tka­ni­nami i za­pro­sił wszyst­kie re­tro­dziew­czyny z pu­blicz­no­ści. Dwóch in­nych usta­wiło się w ko­lejce po hot-dogi, bo my­śleli, że te­raz od­bę­dzie się li­cy­ta­cja szli­fie­rek ką­to­wych i wier­tarki uda­ro­wej. Wśród pu­blicz­no­ści zo­stali tylko dwaj sprze­dawcy i stali za mną.

Po­chy­li­łam się i szep­nę­łam Bos­semu, który stał naj­bli­żej, żeby przy­niósł mi­sia.

Bosse po­szedł po plu­szaka. Na­wią­za­łam kon­takt wzro­kowy z ko­bietą sto­jącą ze swoją córką parę me­trów da­lej. Mia­łam na­dzieję, że po­zo­stali we­zmą moje mru­gnię­cie za zmru­że­nie oczu na słońcu.

Matka dziew­czynki, która długo trzy­mała mi­sia, po czym po­ca­ło­wała go i przy­tu­liła, za­nim odło­żyła go do pu­dła, zro­zu­miała, o co mi cho­dzi.

Bosse uniósł kar­ton z wy­sta­jącą łapką mi­sia firmy Ste­iff, z "gu­zi­kiem w uchu", w do­sko­na­łym sta­nie, war­tego kilka ty­sięcy ko­ron.

- Bosse, co my tam mamy? Ta­le­rze z Ikei i ozdoby świą­teczne? Ja­kąś za­bawkę?

Bosse ski­nął głową. Zmar­twi­łam się, że się zo­rien­tuje, ile wart jest ten plu­szak, ale mój po­moc­nik wy­glą­dał na kom­plet­nie nie­za­in­te­re­so­wa­nego. Jakby otwo­rzył pu­dło z po­pę­kaną por­ce­laną.

- Pięć­dzie­siąt ko­ron! - za­wo­łała ko­bieta sto­jąca na­prze­ciwko mnie. Dziew­czynka za­marła i swo­imi wiel­kimi oczami wpa­try­wała się z na­dzieją we mnie i mój mło­tek.

- Pięć­dzie­siąt ko­ron po raz pierw­szy, po raz drugi i po raz trzeci!

Je­den ze sprze­daw­ców an­ty­ków sto­ją­cych za mną zdą­żył tylko otwo­rzyć usta, a ja już ude­rzy­łam młot­kiem. Za­czął pro­te­sto­wać, lecz uda­wa­łam, że nie sły­szę, i roz­po­czę­łam li­cy­ta­cję pra­wie no­wej szli­fierki ką­to­wej, którą uniósł Göran.

A kiedy sprze­dawca w dal­szym ciągu uty­ski­wał, po­mo­gła mi pu­blicz­ność.

- Ci­szej tam, bo nic nie sły­chać! Miś?! Za­zdro­ścisz dziew­czynce mi­sia?

- To nie jest zwy­kły miś. To...

- Ciii! Za­cho­wuj się!

Star­sza pani sto­jąca obok sprze­dawcy an­ty­ków w końcu go uci­szyła. Zro­bił udrę­czoną minę, ale to nie był ko­niec do­pro­wa­dza­nia go do po­rządku. Ko­bieta mocno uszczyp­nęła go w ra­mię. Na­prawdę mocno.

Po­my­śla­łam, że też tak będę ro­bić na sta­rość.

Zli­cy­to­wa­łam szli­fierkę ką­tową i prze­ka­za­łam pa­łeczkę An­dre­asowi. Idąc do Rut­gera i reszty zna­jo­mych, usły­sza­łam zdzi­wiona, że chło­pak za­czyna opo­wia­dać dow­cip. Pu­blicz­ność się za­śmiała, a gdy roz­po­czął li­cy­ta­cję sta­rej pompy wod­nej, po­sy­pały się oferty.

Rut­ger wziął mnie w ra­miona i po­ca­ło­wał. Może nie było to zbyt pro­fe­sjo­nalne, lecz nie­wiele osób na nas pa­trzyło. Wszy­scy sku­pili się An­dre­asie, który wy­wo­łał ko­lejną salwę śmie­chu.

- Moja ko­chana bo­ha­terka. Je­steś fan­ta­styczna.

- Bez prze­sady. Za­uwa­ży­łam twój smu­tek, gdy zli­cy­to­wa­łam gu­sta­wiań­ską ka­napę za ty­siąc pięć­set ko­ron, a ty jako na­rze­czony au­kcjo­nerki nie mo­głeś wziąć udziału w li­cy­ta­cji.

Kat­tis się za­śmiała.

- Rut­ger miał na my­śli twój myk z mi­siem.

- Tak. Po­stą­pi­łaś słusz­nie. Wszy­scy wi­dzieli, że dziew­czynka była prze­szczę­śliwa.

Rut­ger po­gła­skał mnie po gło­wie z taką mi­ło­ścią, że zro­biło mi się tro­chę wstyd z po­wodu mo­jego chy­trego planu, który przej­rzała Kat­tis.

- Anno-Liso, za­czy­nasz lu­bić dzieci? A może po pro­stu masz tro­chę dość sprze­daw­ców an­ty­ków cały czas prze­li­cy­to­wu­ją­cych zwy­kłą pu­blicz­ność, tym sa­mym psu­jąc za­bawę po­zo­sta­łym.

Na twa­rzy Rut­gera po­ja­wił się uśmiech.

- Ten fa­cet ze Sztok­holmu, któ­rego nie usły­sza­łaś, bo stał za tobą, to gwiazda na­szej branży. Ale taki nu­mer mo­głaś wy­ciąć tylko raz. Oszu­ka­łaś dom au­kcyjny na po­kaźną sumę, za­ni­ża­jąc cenę mi­sia Ste­if­fen.

- Wiem. Od te­raz będę się pil­no­wać.

Po trzech hot-do­gach, dwóch ma­łych bu­tel­kach wody oraz wi­zy­cie w to­a­le­cie, gdzie po­pra­wi­łam so­bie tu­szem rzęsy i prze­cią­gnę­łam włosy szczotką, znowu by­łam go­towa. Za­nim we­szłam na przy­czepę, po­pro­si­łam Kat­tis o po­szu­ka­nie fi­gu­ranta, który wy­li­cy­tuje dla mnie jedno z pu­deł z tka­ni­nami. Wie­dzia­łam, że znaj­duje się w nim ka­wa­łek ma­te­riału, z któ­rego mo­gła­bym uszyć ko­per­tówkę pa­su­jącą do mo­jej su­kienki z Östham­mar.

Po­da­jąc mi mło­tek, An­dreas spoj­rzał na mnie z uda­waną zre­zy­gno­waną miną.

- Mar­nie? Ta, ja­sne - rzu­ci­łam.

Przez krótką chwilę ba­łam się, że po wy­stę­pie mło­dego stand-upera pu­blicz­ność uzna, że je­stem nudna, lecz zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie. Oka­zało się, że moja stra­te­gia po­le­ga­jąca na tym, że sta­ra­łam się ich edu­ko­wać, za­miast ba­wić, spra­wiła, że lu­dzie na­brali do mnie sza­cunku. Kiedy im opo­wia­da­łam o wa­zo­nie pro­jektu Mari Sim­mul­son, słu­chali za­in­te­re­so­wani i szybko za­częli li­cy­to­wać.

Co prawda obie­ca­łam Kat­tis i Rut­ge­rowi, że będę się pil­no­wać, ale upier­dliwy sprze­dawca an­ty­ków ze Sztok­holmu gło­śno stwier­dził, że ławka pa­ty­czak jest nie­sa­mo­wi­cie znisz­czona, gdy tak na­prawdę wy­star­czyło ją po­ma­lo­wać i po­ło­żyć na niej ładne po­du­chy.

Od­wró­ci­łam się w jego stronę ze słod­kim uśmie­chem i wy­ce­lo­wa­łam w niego młot­kiem au­kcyj­nym.

- Pan też jest chyba tro­chę znisz­czony?

Sprze­dawca zro­bił wiel­kie oczy, lecz pu­blicz­ność się za­śmiała.

Wie­dzia­łam, że ten żart i miś będą mnie sporo kosz­to­wać. Że je­śli go spo­tkam na ko­lej­nej au­kcji, na któ­rej po­ja­wię się jako sprze­dawca, to nie po­zwoli mi wy­grać ani jed­nej li­cy­ta­cji.

Pod ko­niec au­kcji tak się wy­lu­zo­wa­łam, że zdję­łam co­nversy i pro­wa­dzi­łam li­cy­ta­cję na boso. Bosse, Lasse i Göran mieli zszo­ko­wane miny. An­dreas za­gwiz­dał na tyle gło­śno, że usły­szała go część pu­blicz­no­ści. Na twa­rzach lu­dzi po­ja­wił się uśmiech. Wy­wo­ła­li­śmy go oboje, za­bawny na­sto­la­tek i bosa dziew­czyna, czyli ja.

Ja­kaś ko­bieta, któ­rej nie zna­łam, wy­li­cy­to­wała pu­dło z tka­ni­nami, ale Kat­tis dys­kret­nie ski­nęła głową w moim kie­runku. Ta pani była jej fi­gu­rantką.

O sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści, gdy za­do­wo­leni kupcy wy­no­sili ostat­nie pu­dła, ze­szło ze mnie po­wie­trze. An­dreas przy­bił ze mną piątkę.

- Do­bra ro­bota, Anno-Liso! Oj­ciec bę­dzie me­ga­za­do­wo­lony.

- Tak są­dzisz?

- Zde­cy­do­wa­nie. Sprze­da­łaś trak­tory!

Od­mó­wi­łam przy­ję­cia ha­nieb­nej oferty opie­wa­ją­cej na dwa ty­siące ko­ron od fa­ceta, o któ­rym wie­dzia­łam, że pro­wa­dzi szem­rane in­te­resy na Bloc­ket. Kiedy nikt inny nie przy­stą­pił do li­cy­ta­cji, odło­ży­łam mło­tek au­kcyjny, ze­sko­czy­łam z przy­czepy, na boso prze­szłam przez mo­rze lu­dzi, usia­dłam za kie­row­nicą gr?l­lego i od­pa­li­łam go.

Trak­tor za­war­ko­tał i z pio­no­wej rury wy­de­cho­wej na ma­sce buch­nęły spa­liny. Po­czu­łam twarde pe­dały pod bo­symi sto­pami, lecz za­gry­złam zęby i ru­szy­łam w kie­runku przy­czepy, na któ­rej przed chwilą sta­łam. Lu­dzie roz­stę­po­wali się za­sko­czeni. Za­trzy­ma­łam się za­le­d­wie kilka me­trów od niej.

To był taki trak­tor jak ten, który do­sta­łam na uro­dziny od Rut­gera. Je­cha­łam nim za­le­d­wie kilka razy i mój po­kaz na au­kcji był praw­dziwą ru­letką. Gdy­bym go nie uru­cho­miła, po­nio­sła­bym sro­motną po­rażkę. Ale od­nio­słam suk­ces.

An­dreas po­ka­zał mi SMS od Bör­jego:

"22 ty­siące? Jak ona to zro­biła?"

Lasse, Bosse i Göran mieli zszo­ko­wane miny, gdy zdję­łam buty, a po­tem, gdy wsia­dłam na trak­tor, ale te­raz Bosse po­kle­pał mnie po ra­mie­niu.

- Cho­ler­nie do­bra ro­bota! Cho­ler­nie do­bra!

Po­zo­stali dwaj kiw­nęli gło­wami.

- Dzięki! Ale bez was to by się nie udało.

Za­śmiali się po mę­sku.

- Masz ra­cję.

Rut­ger wy­trwał na au­kcji cały dzień i w końcu po­mógł mi zejść z przy­czepy. By­łam wy­koń­czona i le­dwo szłam. Po ca­łym dniu sta­nia na twar­dej przy­cze­pie, czę­ściowo na boso, mia­łam sztywne nogi.

Bosse po­słał mi współ­czu­jące spoj­rze­nie.

- Börje mógł ci po­wie­dzieć, że­byś wło­żyła po­rządne buty.

- Na­stęp­nym ra­zem.

- Tak, na­stęp­nym ra­zem. Bo mu­simy to po­wtó­rzyć - po­wie­dział, po czym szep­nął mi na ucho, by Lasse, Göran i An­dreas go nie usły­szeli: - Miło, że miś tra­fił do tej dziew­czynki, ale nie mo­żesz tak ro­bić. Jak Börje cię o to spyta, to mu po­wiedz, że nie za­uwa­ży­łaś, że to był Ste­iff. Ina­czej nie bę­dzie na­stęp­nego razu.

- Po­mimo pra­wie czter­dzie­stu ty­sięcy za trak­tory?

- Tak.

Rut­ger za­wiózł nas do domu, cho­ciaż rzadko i ra­czej nie­chęt­nie sia­dał za kół­kiem mo­jej ma­łej skody. Jego do­dge RAM był dwa razy więk­szy.

Zmie­nia­jąc bieg, za każ­dym ra­zem z dez­apro­batą krę­cił głową.

- Chyba pora na nowe auto, co?

Gra­na­tową skodę ku­pi­łam od Johnny'ego po prze­pro­wadzce do Söder­bergi. Od tam­tego czasu sta­no­wi­ły­śmy zgrany team.

- Ja zmie­niam biegi bez żad­nego pro­blemu. Po pro­stu trzeba to ro­bić do­brze.

Rut­ger się za­śmiał.

- Po­wie­działa Anna-Lisa Jo­hans­son, eks­pertka w dzie­dzi­nie trak­to­rów i sa­mo­cho­dów.

- Wła­śnie.

- Co to za tka­niny?

Rut­ger ski­nął głową w kie­runku pu­dła na mo­ich ko­la­nach.

Na sa­mej gó­rze le­żała fiń­ska tka­nina z lat sie­dem­dzie­sią­tych, która nie­po­trzeb­nie pod­biła cenę ca­ło­ści. Pod spodem różne mało in­te­re­su­jące dzia­niny i ka­wa­łek żół­tej tka­niny.

- To rzadki ma­te­riał marki Ma­ri­mekko, o który py­tała mnie klientka. Bę­dzie miała nie­spo­dziankę, gdy wpad­nie do mnie na­stęp­nym ra­zem.

I cho­ciaż to była prawda, bo jedna z mo­ich klien­tek rze­czy­wi­ście szu­kała tej tka­niny, to po­czu­łam małe wy­rzuty su­mie­nia. Szybko jed­nak je stłu­mi­łam. Żółta su­kienka była te­raz tylko su­kienką. Ko­per­tówka, którą za­mie­rza­łam uszyć, miała być kropką nad "i".

- Anno-Liso, nie ma dru­giej ta­kiej jak ty.

Chwy­cił mnie za rękę.

- To był twój de­biut w roli au­kcjo­nerki, a ty da­jesz lek­cję sprze­dawcy an­ty­ków i wsia­dasz na trak­tor. Je­stem z cie­bie taki dumny.

Rut­ger coś jesz­cze do mnie mó­wił, ale go nie słu­cha­łam. Cie­pło, stres, cał­ko­wite sku­pie­nie przez pra­wie osiem go­dzin zro­biły swoje. Obu­dzi­łam się do­piero, gdy pod ko­łami za­chrzę­ścił żwir.