PLUTON ALARMOWY W AKCJI
(REKONSTRUKCJA POTYCZKI)
"Wysokie poczucie godności oficerskiej i osobistej. Szczery patriota. Mężny, energiczny, z dużą inicjatywą, zdecydowany [...] Jest człowiekiem wielkich wymagań od siebie, jak i od podwładnych. Cieszy się autorytetem tak u oficerów, jak i żołnierzy" - tak charakteryzował Jerzego Przerwę w 1945 roku podpułkownik Petrulewicz, dowódca 88. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej, w którym młody oficer służył przed przeniesieniem do Leszna. Podobne zdanie mieli inni jego przełożeni. Dlatego w Departamencie Personalnym Ministerstwa Obrony Narodowej nie robiono mu przeszkód, kiedy wystąpił o skierowanie do jednostki liniowej. W ten sposób w marcu 1947 roku ledwie dwudziestodwuletni podporucznik Przerwa trafił do 86. Łużyckiego Pułku APL stacjonującego w Lesznie. Objął stanowisko dowódcy plutonu dowodzenia 2. Dywizjonu i jednocześnie został adiutantem tego dywizjonu oraz komendantem miasta. Przydzielono mu niewielkie mieszkanie przy ulicy, której patronem był Wacław Andrzejewski - podporucznik zabity przez Niemców w 1919 roku w powstaniu wielkopolskim.
Leszno miało być tylko przystankiem do dalszej kariery wojskowej. Gotowy był już wniosek o awansowanie Przerwy na porucznika. Los oficera rozstrzygnął się około godziny drugiej w nocy 28 maja 1947 roku, kiedy wysłany z koszar żołnierz obudził dowódcę, pukając do drzwi jego mieszkania. Komendant miasta mógł po wysłuchaniu podwładnego mówiącego o kobiecie wiezionej przez Sowietów przekazać mu, że to nie sprawa dla Wojska Polskiego. Nikt z przełożonych nie miałby do niego o to pretensji, a podporucznik mógłby spokojnie przespać resztę nocy u boku zaledwie kilka tygodni wcześniej poślubionej żony. Pewnie niejeden oficer w tamtym czasie postąpiłby właśnie w taki sposób. Ale nie Jerzy Przerwa.
Tym, który obudził komendanta był kanonier Stanisław Stachura. Żołnierz pochodził spod Lubartowa, był kierowcą. Do artylerii przeciwlotniczej w Lesznie skierowano go kilka tygodni wcześniej z 2. Szkolnego Pułku Samochodowego w Lublinie. Tej nocy Stachura pełnił służbę w komendzie miasta w zastępstwie chorego żołnierza. To on odebrał telefon od kaprala Zygmunta Handkego. Kiedy zrelacjonował podporucznikowi Przerwie, że milicja prosi o interwencję, oficer polecił mu, żeby natychmiast osobiście sprawdził na miejscu, co się tam dzieje, i mu o tym zameldował.
Kiedy wysłannik dotarł na dworzec było tam 18-20 sowieckich wojskowych, a Zofia siedziała w kącie w hallu dworca i płakała. Stachura podszedł do stojącego przy niej czerwonoarmisty. Przedstawił się i zapytał o kobietę. "Żołnierz odpowiedział: przyszedłeś sam i nic tu nie zrobisz. Wyraził się przy tym niecenzuralnie" - zeznał kilka godzin później kanonier. Nie był o ani pierwszym ani ostatnim Polakiem obrzuconym tej nocy wyzwiskami przez Sowietów.
Stachura odbył też rozmowy z milicjantem i strażnikami kolejowymi. Potwierdzili oni, że bezskutecznie próbowali interweniować w sprawie kobiety i ich zdaniem konieczna jest pomoc Wojska Polskiego. Wracając z dworca, kanonier skrócił sobie drogę, przeskakując przez ogrodzenie stacji. Zrelacjonował wszystko komendantowi. Powiedział mu przy tym, że na stacji był też dowódca ich pułku (więcej na ten temat w rozdziale "Gruzin w komunistycznym potrzasku"). Podporucznik zaczął się ubierać. Polecił Stachurze, by ruszył do koszar i przekazał jego rozkaz, żeby przygotowywać pluton alarmowy. Wychodząc z domu, oficer prawdopodobnie powiedział żonie, że niedługo będzie z powrotem. Nie mógł przewidzieć, że już nigdy nie wróci do swojego mieszkania. Przerwa dotarł do koszar kiedy formowano już oddział.
Porucznik Dymitr Rudzionek o godzinie 2.30 zarządził alarm w dyżurującej tej nocy 5. Baterii. O tym, kogo z żołnierzy skierowano do interwencji, zdecydował po części przypadek. Według kanoniera Piotra Łyszczka " na okrzyk ALARM cała bateria składająca się z 35 ludzi wstała i kto się najprędzej ubrał został wysłany na stację kolejową". W ten sposób do oddziału włączony został bombardier Henryk Olek, który chciał zostać w koszarach, gdyż zaledwie dwie godziny wcześniej przyjechał do jednostki skierowany tam przez Rejonową Komendę Uzupełnień w Poznaniu. Prawdopodobnie jechał do Leszna tym samym pociągiem, którym Sowieci wieźli Zofię, ale ani podczas alarmu, ani później w śledztwie nie zapytano go, czy coś wie na ten temat.
Rudzionek wybrał czternastu żołnierzy, a jako piętnastego członka plutonu alarmowego wskazał Stachurę. W oddziale znalazł się między innymi kanonier Władysław Łabuza, który jak większość żołnierzy był rówieśnikiem komendanta miasta. Do czasu zmobilizowania go w sierpniu 1946 roku do odbycia służby wojskowej pracował w straży pożarnej w Łodzi jako kierowca. Kiedy ostatni raz widział żonę Stanisławę, była w zaawansowanej ciąży. Czekał teraz na kolejną przepustkę, żeby wreszcie zobaczyć swoje pierwsze dziecko urodzone przed czterema miesiącami.
Broń Łabuzie i pozostałym żołnierzom wydał z magazynu kapral Wiesław Warwasiński. Ten były żołnierz Armii Krajowej pracował po wojnie w szpitalu w Tomaszowie Mazowieckim. Służył w wojsku już od prawie dwóch lat, a w 86. Pułku był dowódcą działa. Nie musiałby brać udziału w alarmie, ale obudzono go, żeby zastąpił chorego szefa 5. Baterii. Podoficera cenili przełożeni i szanowali podwładni. Nie znał zbyt dobrze Łabuzy i Stachury, ale to właśnie z nimi splotły się na najbliższe dni losy Warwasińskiego. Zdecydowały o tym wydarzenia, które nastąpiły w ciągu najbliższych kilkudziesięciu minut.
Na korytarzu w koszarach podporucznik Przerwa ogłosił, że oddział musi udać się na stację kolejową. Pod jego komendą piętnastu żołnierzy i podoficer wybiegli w dwuszeregu z budynku. Oficer zatrzymał ich pod wartownią i tam wyjaśnił, że na dworcu jest Polka przetrzymywana przez Sowietów. Wytłumaczył - jak zrelacjonował potem kanonier Jan Fidrych - że muszą jej "iść na pomoc, bo milicja i kolejarze nie mogą dać rady" czerwonoarmistom. Żołnierze zapamiętali, że podporucznik przestrzegł, że "może oni nie będą chcieli jej oddać i będą strzelać" (kanonier Jan Diakowicz), a "w razie gdyby oni pierwsi użyli broni lub stawiali opór, to, choćby jego nie było, żebyśmy nie uciekali i nie bali się, a sami również otworzyli ogień" (kanonier Stanisław Kołodziejek).
Po przejściu kilkuset metrów komendant zatrzymał oddział. "Na ulicy udzielił nam jeszcze raz wskazówek, żeby się nie bać i abyśmy nie uciekali" (Łabuza), "przypomniał nam, że mamy prawo użyć broni, gdyby oni najpierw jej użyli" (kanonier Czesław Franciszkowicz) i "mówił, abyśmy byli odważni" (bombardier Henryk Olek).
Dodawanie odwagi, powtarzanie, by żołnierze nie bali się, żeby nie uciekali, może dziwić, jeśli nie uwzględni się ówczesnej sytuacji. Podporucznik miał świadomość, że strach będzie na dworcu największym wrogiem. Tylko on miał doświadczenie bojowe, wiedział, jak to jest stanąć naprzeciw uzbrojonego przeciwnika, a do tego znał mentalność czerwonoarmistów, bo razem walczyli na froncie. Miał świadomość, że w konfrontacji z nimi trzeba im pokazać swoją siłę, bo tylko tak można wzbudzić w nich respekt. Nie wiedzieli tego członkowie plutonu alarmowego, którzy wszyscy pochodzili z powojennego poboru. Do tego, jako służącym w Wojsku Polskim, od początku wpajano im, że Armia Sowiecka jest sojusznikiem, i to uprzywilejowanym. Żyli w przeświadczeniu, że czerwonoarmiści są praktycznie bezkarni, co niejednokrotnie manifestowali, odnosząc się do polskich żołnierzy z wyższością. Dowódca wiedział, że jego ludzie nie zawiodą, o ile tylko pokonają strach, który wywoływała "bratnia" armia.
Przemarsz zajął kilka minut. Gdy dotarli na miejsce, dochodziła trzecia, wciąż było ciemno, do wschodu słońca brakowało półtorej godziny. Oficer zatrzymał żołnierzy, rozkazał im załadować broń i czekać, a sam wszedł do budynku wraz z kanonierem Stachurą. Polecił, żeby stację opuściły wszystkie osoby cywilne. Kiedy w środku zostali już tylko czerwonoarmiści i pilnowana przez nich Zofia, podporucznik wyszedł do swoich podwładnych i kazał im wejść do budynku. Żołnierze gęsiego wmaszerowali do środka. Dowódca rozkazał obstawić wszystkie drzwi i przy pomocy kaprala Warwasińskiego wskazał podwładnym, gdzie mają stać. Kiedy się rozlokowali, rozkazał wprowadzić naboje do luf i czekać, a sam podszedł do najwyższego stopniem oficera sowieckiego, majora.
Przerwa przedstawił się i powiedział, że chce wyjaśnić sprawę Polki wiezionej przez sowieckich wojskowych. Wtedy podszedł do nich kapitan i oświadczył, że to on ją wiezie i "żeby o tej sprawie nie mówić przy osobach postronnych". Był to Mikołaj Sokołow, ale ani wtedy, ani podczas dalszej rozmowy nie podał Polakom swoich personaliów. Chciał, żeby podporucznik poszedł z nim porozmawiać do wartowni SOK. Przerwa przystał na to, ale swoim podwładnym rozkazał nikogo nie wypuszczać z dworca i nie wpuszczać do środka do czasu jego powrotu. Taki sam rozkaz wydał też kapitan Armii Sowieckiej, a kiedy ruszyli, wyjął pistolet. Widziało to kilku żołnierzy, w tym kanonier Łabuza: "Gdy podporucznik Przerwa zauważył, że ten niesie pistolet w ręku, wyjął również swój pistolet z kabury i tak poszli na wartownię".
Na miejscu komendant miasta utwierdził się w podejrzeniu, że kobieta jest przetrzymywana bezprawnie. Kapitan oświadczył, że jest z kontrwywiadu, tymczasem jego umundurowanie wskazywało na to, że jest artylerzystą. Do tego twierdził, że ma "tajny pakiet", na którego podstawie przewozi aresztowaną i na dowód tego pokazał jakąś kopertę. Była rozerwana z jednej strony, ale nie chciał pokazać jej zawartości. Podporucznik Przerwa dwukrotnie prosił kapitana o okazanie swoich osobistych dokumentów, jednak ten na to też się nie zgodził. Ich rozmowę przerwały odgłosy strzałów na dworcu. Obaj oficerowie natychmiast znów sięgnęli po swoją broń osobistą. Podporucznik zarazem starał się powstrzymać Sokołowa, jak potem zeznał: "Bojąc się, aby kapitan nie strzelił, chwyciłem go lewą ręką za rękę, w której był pistolet".
Zanim doszło do konfrontacji w wartowni, kilka minut wcześniej, po wyjściu oficerów z hallu dworcowego, kapral Warwasiński próbował w dworcowej poczekalni porozmawiać z Zofią Rojuk. Kanonier Stanisław Wlizło widział, jak podszedł on do kobiety, której pilnował żołnierz sowiecki "ten jednak nie pozwolił się kapralowi zbliżyć i naciągnął zamek automatu". "Powiedział mi: IDY TY W PIZDU i zdjął automat" - tłumaczył Warwasiński dlaczego musiał się cofnąć.
Bombardier Mieczysław Fajerman pilnował drzwi prowadzących do bufetu, z którego było wyjście na perony. Dobrze widział stamtąd, jak "w pewnej chwili dwóch oficerów rosyjskich, major i kapitan, którzy przedtem siedzieli przy budce biletera, udali się do drzwi [...] Przy wyjściu na peron poznański oficerowie [...] wszczęli sprzeczkę i chcieli koniecznie wyjść na peron, oczywiście stojący tam żołnierze nie pozwolili im wychodzić".
Razem ze Stachurą i Łabuzą drzwi pilnował kanonier Tadeusz Nowicki, który próbował przekonać oficerów, żeby zmienili swoje zamiary, ale został obrzucony wyzwiskami. "Powiedziałem do nich: Postójcie, jak przyjdzie porucznik to was puszczę, bo wiecie dobrze, że mam rozkaz nie puszczać. A oni do mnie: Czto to ty, job twoja mać, nie puścisz? A ja na to, że nie puszczę".
Widząc przepychankę przy drzwiach, kapral Warwasiński ruszył w ich kierunku, ale zdążył zrobić tylko kilka kroków. Kanonier Łyszczek usłyszał, że "major sowiecki krzyknął TY POLSKO MORDO i natychmiast kapitan sowiecki, który stał za nim, podał mu pod rękę pistolet". Kilku żołnierzy widziało, jak kapitan z tyłu strzelił w kierunku Nowickiego i Stachury. Nie trafił ich, ale kula przestrzeliła Stachurze lewy rękaw.
Na odgłos strzału z pistoletu trzymający palce na spustach broni członkowie plutonu natychmiast odpowiedzieli ogniem. Pierwszym celem byli oficerowie, a kiedy z pepeszy zaczął strzelać żołnierz pilnujący kobietę - ostrzał skoncentrował się na nim. Był w części niecelny, bo przez pewien czas w hallu dworcowym niewiele było widać przez dym i kurz, który się podniósł się w powietrze pod wpływem kul uderzających w ściany i posadzkę. Wystraszony Stachura miał pepeszę, ale nie mógł przyłączyć się do walki, bo była niesprawna. Osłaniany ogniem przez Łabuzę, wybiegł z budynku i schował się za pobliskie drzewo.
Część z żołnierzy strzelała zarówno na postrach w górę, jak i w kierunku Sowietów. Tak zrobił kanonier Henryk Pielka, który stał przy wyjściu na peron w pobliżu Nowickiego, Stachury i Łabuzy i również doskonale widział, co zaszło i kto wywołał starcie. Żołnierz po oddaniu strzałów schronił się za stojący w hallu kiosk i stamtąd obserwował bieg wydarzeń. Kiedy rozwiał się trochę kurz, Pielka zauważył, że żołnierz, który pilnował Zofii, próbował dalej strzelać w kierunku Polaków "ale już nie mógł, bo był trafiony i strzelał tylko do góry". Wcześniej wyjścia z hallu przy kiosku pilnowali kanonierzy Wlizło i Franciszkowicz, którzy po oddaniu strzałów w stronę czerwonoarmistów schronili się w tunelu przejścia podziemnego na perony. Tam też ukrył się kanonier Nowicki, a kiedy próbował wyjść, padały w jego kierunku strzały.
Bombardier Olek również otworzył ogień. Strzelał najpierw w górę, a potem w stronę czerwonoarmistów, którzy przedostali się na peron. Kiedy zauważył, że raz prawdopodobnie trafił, zrobiło mu się z przejęcia słabo. Przestał strzelać. "Musieli mnie ratować, ponieważ byłem bardzo zdenerwowany" - tłumaczył potem. Kanonier Jan Nowojewski, który mu towarzyszył, kazał napotkanemu kolejarzowi przynieść wody dla kolegi.
Kanonierzy Kołodziejek i Diakowicz stali przy budce informacji. Nie widzieli stamtąd, co działo się przy wejściu na peron do Poznania. W pobliżu siedziało kilku sowieckich oficerów. Jeden z nich zapytał Diakowicza "Co, będziecie strzelać?". Żołnierz odpowiedział mu, że jak będzie trzeba, to tak. W chwili kiedy oficer zapytał "To macie się za co strzelać?", rozległy się strzały. Kołodziejek pociągnął za spust, ale nabój okazał się niewypałem. Ukryci przed ostrzałem za budką kanonierzy przepuścili uciekających w popłochu na peron czerwonoarmistów.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.