Co przyniosła nam rewolucja seksualna lat sześćdziesiątych? Louise Perry twierdzi w tej jakże wspaniałej książce, że odpowiedź uzależniona jest od tego, kogo mamy na myśli, mówiąc "nam". Wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej zmniejszyło kobiecy lęk przed niechcianą ciążą i umożliwiło uprawianie seksu na sposób, który odpowiada sporej liczbie mężczyzn, a więc często i bez zobowiązań. Wiele kobiet twierdzi, że i one czerpią radość z takiego podejścia. Jednak, jak wyjaśnia Perry, istnieją powody, by powątpiewać przynajmniej w część tego typu opinii. Obecnie żyjemy bowiem w kulturze, w której duszenie kobiety podczas seksu, penetracja odbytu albo filmowanie wytrysku nakierowanego na jej twarz nie stanowi dla mężczyzny żadnego tabu - w przeciwieństwie do niezadowolenia młodej kobiety z charakteru umowy dotyczącej seksu, której zawarcia oczekuje od niej społeczeństwo. Umowa ta mówi: aby zacząć konkurować na randkowym rynku osób heteroseksualnych, musisz poświęcić swój dobrostan na rzecz męskiej przyjemności.
Jak pokazuje Perry - opierając się na niekiedy szokujących przykładach - wszystkie negatywne skutki rewolucji seksualnej, które przyniósł kobietom wiek XX, zostały spotęgowane w wieku następnym, a więc w erze cyfrowej. Nie ulega wątpliwości, że współczesna kultura seksualna ma destrukcyjny wpływ, zwłaszcza na młodsze kobiety. Sprzedaje im estetykę seksbota, kładzie nacisk na promiskuityzm, bombarduje zdjęciami penisów oraz brutalną pornografią czy wreszcie każe czerpać przyjemność z bycia upokarzaną i napastowaną w łóżku. Wmawia im, że bycie wykorzystywaną dla pieniędzy - o ile wynika to z własnej woli - oznacza "pracę seksualną", a "praca seksualna, to praca jak każda inna". Kobiety przekonuje się również, aby nie mieszały seksu z miłością oraz by nie przywiązywały się do partnerów i pozostawały wobec nich obojętne. Kultura ta zachęca do zmiany własnego ciała w sposób, który będzie pasował do pornograficznego ideału. A co najgorsze, wmawia kobietom, że podporządkowanie się temu wszystkiemu je upodmiotowi, pomijając rzecz oczywistą - nakłanianie do poskromienia rozumu oraz oddanie własnego ciała na pastwę obcego i silniejszego fizycznie mężczyzny może być niezwykle groźne.
Paradoksalnie to popfeminizm tworzy warunki do pojawienia się tabu obejmującego dyskusje na temat kosztów rewolucji seksualnej. Dzieje się tak, ponieważ popfeminizm stanowi odmianę feminizmu liberalnego, a ten, występując pod płaszczykiem populizmu, koncentruje się głównie na "prawie do wyboru" albo na kwestii "zgody", rozumianych niezwykle wąsko. Dozwolone jest wszystko, o ile tylko w stosownym momencie podejmiesz taką decyzję bądź wyrazisz zgodę. Naturalnie pomija się okoliczność, że ludzie mogą znaleźć się pod presją - rówieśników, partnerów, wpływów kulturowych - nakazującą wierzyć, że chcą rzeczy, które później uznają za szkodliwe. W kulturze zdominowanej przez męską seksualność czymś oczywistym jest przekonywanie kobiet, by te chciały uprawiać seks jak faceci, a wiele z nich godzi się na coś, czego później żałuje.
W tym momencie wśród wielu czytelniczek może obudzić się duch liberalnego feminizmu i zechcą zakrzyknąć: "A co, jeśli ja naprawdę tego chcę?". Cóż, jeśli naprawdę tak jest, to macie farta. Jednak, jak pokazuje Perry, nawet jeśli istnieją kobiety, którym odpowiada tego typu seks, jest też wiele takich, którym się on nie podoba. I nie chodzi tu o "pruderyjność", "oziębłość", "aseksualność", "panikę moralną" ani żadne inne obraźliwe określenia, którymi dysponuje kultura skupiona na dogadzaniu facetom. W grę nie musi też wchodzić bycie osobą religijną. Istnieje wiele powodów czysto świeckiej natury, aby ostrożnie podchodzić do współczesnych obyczajów seksualnych.
Zarówno zawężenie obszaru zainteresowania feminizmu liberalnego do problematyki wyboru, jak i nieumiejętność podejmowania dyskusji wokół głębokich różnic dzielących kobiety i mężczyzn jest dziedzictwem intelektualnego praojca tego feminizmu, czyli liberalizmu - tradycji politycznej, która jest silnie skoncentrowana na kwestii wolności wyboru jako czynnika definiującego osobowość. Fantazją liberała jest pozornie bezpłciowa jednostka, którą przede wszystkim określa istnienie wolnej woli - nieskrępowana więzami rodzinnymi ani oczekiwaniami społeczności i realizująca osobiste upodobania w relatywnie swobodny sposób. Napisałam "pozornie bezpłciowa", ponieważ - jak mawiały feministki drugiej fali, a Perry nadaje temu aktualność - ten idealny podmiot bardziej przypomina mężczyznę szukającego okazji na erotyczną przygodę niż kobietę, której życie splecione jest z potomstwem będącym efektem jej własnej aktywności seksualnej.
Jak więc zacząć rozmowę o tym, co konkretnie mogłoby się sprawdzić w przypadku kobiet? Perry zwraca się ku biologii oraz psychologii ewolucyjnej, zadając przy tym pytanie, czego przeważnie pragnie kobieta, zważywszy na to, że jest samicą i w większości przypadków ma szczególne zdolności reprodukcyjne. Nawiasem mówiąc, przyrównywanie do zwierząt nie jest obraźliwe. Wszyscy nimi jesteśmy, choć nasza pycha próbuje odwieść nas od świadomości tego faktu.
Biorąc pod uwagę kłopotliwą historię toczącej się w ramach feminizmu dyskusji wokół tematu "natura czy wychowanie", ten zwrot ku naturze należy uznać za odważny. Jednak do stanowiska Louise Perry należy podejść z otwartym umysłem - zwłaszcza jeśli będziemy mieli na uwadze, że ostatnimi czasy popularność zyskuje narracja mówiąca o plastyczności ludzkiego ciała i umysłu. Powiedzmy sobie otwarcie: liberalny feminizm tak dalece obawia się ograniczeń nakładanych na osobistą wolność, że - wespół ze swoim najlepszym kompanem, kapitalizmem - odczytuje informacje odnoszące się do zdrowego ciała jako przeszkody dla wolności. Nie podobają ci się twoje piersi? Kup nowe albo w ogóle je odetnij! (niepotrzebne skreślić). To niesamowite, ale u niektórych feministek poziom wyparcia jest tak duży, że nawet biologię uznają za mit czy też konstrukt. Jednakże, jak argumentuje Perry, dopiero uznanie "twardych ograniczeń narzucanych nam przez biologię" pozwala wyciągać przemyślane wnioski związane zwłaszcza z dobrostanem kobiet - wnioski zakorzenione w rzeczywistości, a nie w tym, co jest projekcją albo fantazją mężczyzn.
Doświadczenie Perry jako dziennikarki, komentatorki oraz działaczki występującej przeciwko powoływaniu się na okoliczność uprawiania "ostrego seksu" w sprawach karnych idealnie predysponuje ją do zajęcia się tymi kwestiami, tym bardziej że nie brakuje jej odwagi i charakterystycznego stylu. Książka niejednokrotnie wychodzi poza ramy typowego współczesnego tekstu z dziedziny feminizmu. Odmawia łatwych zwycięstw feministycznym "fajnym laskom", płynie pod prąd różowej fali sekspozytywnej próżni intelektualnej, przedstawiając przy tym parę niewygodnych prawd. Autorki nie interesują liberalno-feministyczne slogany w stylu "wolność, równość", a zamiast tego koncentruje się na potrzebach i dobrostanie kobiet, niezależnie od opinii mężczyzn. Bez względu na to, czy finalnie zgodzicie się z analizą Louise Perry, czy też nie, niniejsza książka traktuje interes kobiet na serio, a także kreuje przestrzeń do rzetelnej rozmowy o kosztach, jakie niesie ze sobą kultura seksualna, w której przedstawicielki tej płci stają przed dylematem - wóz albo przewóz. Dla dobra młodych kobiet takie rozmowy są niezbędne i powinnyśmy być wdzięczne Perry za rozszerzenie pola dyskusji.
Kathleen Stock
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki