O życiu i pismach Kartezjusza
W historii filozofii nie brakuje postaci ciekawych, pięknych,
wspaniałych nieraz, do najciekawszych zaś i najpiękniejszych Kartezjusz
zawsze będzie się zaliczał. Co wyobrażenie pospolite zazwyczaj jako
cechy filozofa ocenia, to wszystko mieściło się w jego charakterze: był
obojętny na rozkosze i godności świata, był powściągliwy w jedzeniu i piciu, lubił samotność, rozmyślanie, w zdaniu swoim był skrupulatnie
dokładny i niezależny. Małego wzrostu i twarzy wcale nie pięknej, ubrany
w suknie ciemnego, czarnego koloru, przesuwał się przez tłumy ludzi
niespostrzeżony i uwagi niczyjej nie pragnący. Był więc i pod względem
powierzchowności co się zowie filozofem. Lecz nazwa ta innych jeszcze
wymaga znamion. Mało takich ludzkość wydała umysłów, którzy by mieli ten
daleki wzrok umysłu, obejmujący jednym rzutem wszystkie zjawiska
fizycznego i moralnego świata, to zaś jest najistotniejszą wielkich
myślicieli cechą. Kartezjusz zajmował się wszystkim, od drobnych
minerałów, mgły i szronu, do granic świata, od codziennych czynności
pospolitych ludzi, do niezmierzonych Boga przymiotów. Prawda, że wzrok
jego nie, we wszystkim dostrzegł ten zachwycający porządek, jaki panuje
we wszystkich zjawiskach świata, prawda, że nie jedno oczom jego
przedstawiało się inaczej, niż jest w istocie, ale i to prawda, że
zrobił odkrycia wielkie i liczne, że następnym na tym samem polu
pracownikom utorował drogę, zaś nawet jego błędy naprowadzały takich
ludzi jak Newton lub Laplace na drogę prawdy. Jeżeli błądził, była to
wina czasu jego, przedwczesnego do odkrycia prawdy, jeżeli błądził, to
była wina zbyt potężnego umysłu jego, który sobie rozliczne stawiał
zadania. Do ich rozwiązania brakowało jeszcze wówczas narzędzi
potrzebnych oraz niezbędnego zasobu doświadczeń. Mimo wszystkie błędy
jego, Francuzi i dzisiaj jeszcze gotowi przysiąc, że Kartezjusz
największym był filozofem, a należną mu cześć niedawnymi jeszcze czasy
Cousin1 odnowił i rozszerzył. Co Francuzom względna dla rodaka
słabość podyktować mogła, potwierdza cudzoziemiec Buckle2,
nazywając Kartezjusza największym ze wszystkich myślicieli, jakich
bogata w geniusze Francja wydała.
René Descartes (Kartezjusz), urodził się w pięknej ziemi turańskiej, nad
brzegami Loary, trzydziestego marca 1596 roku. Ojciec jego należał do
tak zwanej noblesse de robe, urzędniczej arystokracji, był bowiem
radcą parlamentu w Rennes, a intratne takie miejsca zwykle z ojca
przechodziły na syna, albo też sprzedane być mogły. Ponieważ matkę
stracił tuż po urodzeniu, więc wychowany był przez piastunkę, o której
później z wdzięcznością pamiętał i dożywotną jej wyznaczył pensję.
Wstrzymywany dla wątłego zdrowia od nauki, tyle już bystrości w ustawicznych pytaniach objawiał ośmioletni chłopczyna, że go ojciec
nazywał swoim małym filozofem. Oddany do kolegium jezuickiego w La
Fleche, odznaczał się wielką pilnością, czytał dniem i nocą i co rzecz
ciekawa, wiersze pisywać lubił, a grzech ten po wszystkie czasy dość
pospolity, popełniał jeszcze w późnym wieku, krótko jeszcze przed
śmiercią nawet. Z rokiem szesnastym skończył nauki, a pobawiwszy się
koniem i fuzyjką na wsi, udał się do Paryża, gdzie po przebytej
ośmioletniej klauzurze zbyt gorliwie zaczął używać swobody i rozrywek.
Dwa lata trwało takie nierozważne życie, aż nagle porzucił przyjaciół i znajomości, wynajął sobie odludny domek na przedmieściu St. Germain i nikogo o pobycie swoim nie zawiadamiając, przebywał tam rok 1615 i 1616,
zajęty jedynie nauką. Dopiero w drugim roku zobaczył go przyjaciel na
ulicy, szedł niespostrzeżony za nim aż do jego mieszkania i wbrew woli
do dawniejszych zaprowadził znajomości.
Przez dwa lata samotnego, pracy oddanego życia, nauczyć się można bardzo
wiele, ale książkowa nauka nie wystarczała krytycznemu umysłowi jego,
zapragnął czytać własnymi oczyma w wielkiej księdze świata i zrobił to,
co robił Solon, Pitagoras, Platon i tylu innych starożytnych filozofów,
czyli to, co ludzie samodzielnego sądu pragnący zawsze czynić będą:
ruszył w świat, na wędrówkę. Udał się roku 1617 do Holandii, gdzie
przebywał lat dwa, przypatrując się niestrudzonej pracowitości
mieszkańców, ich walce z żywiołem. Sądząc może, że jako żołnierz z łatwością różne zwiedzi kraje i ludzi dobrze pozna, wstąpił do armii
Maurycego Orańskiego. Świadczy to korzystnie o animuszu młodego
filozofa. W roku 1619 udał się do Niemiec, był obecnym podczas koronacji
Ferdynanda II w Frankfurcie i w samym początku trzydziestoletniej wojny
wstąpił do armii księcia bawarskiego, pod którego dowództwem bił się w pamiętnej nieszczęśliwej dla Czechów bitwie pod Białą Górą. Jako
żołnierz przebywał w Bawarii, Szwabii, Austrii, w Czechach, a następnie
przeszedłszy do wojska cesarskiego, bił się na Węgrzech pod hrabią
Buequoi. Okrutna śmierć hrabiego, ugodzonego trzema lancami i trzydziestu kulami, takie wstrząsające na Kartezjuszu sprawiła wrażenie,
że porzucił służbę wojskową, syt widoku ambicji wodzów, fanatyzmu ludu,
zaciekłości przeciwnych partii, dzikości zwycięzców i spustoszenia
krajów. Przez Morawy, Śląsk i Wielkopolskę udał się nad Bałtyk, potem
wzdłuż jego brzegów do Szczecina,stamtąd przez Marchią Brandenburską i Holsztyn doszedł do ujścia Elby, następnie popłynął do zatoki Dollart, i w mieście Emden wynajął sobie osobny mały statek, który miał go zawieźć
do Holandii. Lecz w tej przeprawie o mało nie postradał życia.
Lekceważąc sobie jego niepozorny wygląd i łagodność w obejściu, zaczęli
żeglarze fryzyjscy umawiać się pomiędzy sobą, aby go obedrzeć i życia
pozbawić, ale Kartezjusz znający język holenderski, bardzo podobny do
języka Fryzów, zrozumiał o co chodzi, dobył szpady i zagroził, że zginie
ten, kto pierwszy ku niemu się zbliży. Stanowczością tą uratował sobie
życie.
Pod koniec roku 1621 przybywszy do Hagi, pozostał tam przez kilka
miesięcy i poznał się z byłym królem czeskim Fryderykiem, który z namowy
żony swojej Elżbiety, księżniczki angielskiej, dumnej Stuartów córki,
pragnąc mitrę elektorską na królewską zamienić koronę, w bitwie pod
Białą górą stracił jedno i drugie, resztę życia na tułactwie i żebraniu
pomocy spędzić zmuszony. Pierwszy też raz pewnie zobaczył tutaj
Kartezjusz przyszłą sławną uczennicę swoją, córkę Fryderyka, także
Elżbietę, która wówczas liczyła lat cztery. Następnie udał się do
Brukseli, gdzie się przypatrzył infantce Izabelli, która w zakonnym
habicie rządziła dziesięciu najbogatszymi w Europie prowincjami,
podobnie jak Ximenes w habicie franciszkanina rządził Hiszpanią, Indiami
i Ameryką. W roku 1623 pojechał do Włoch, był w Loretto, aby wykonać
ślub dawniej złożony, we Wenecji patrzył na zaślubiny doży z Adriatykiem, w Rzymie roku 1625 był świadkiem jubileuszu, który tłumy
pielgrzymów ściągnął różnych stron świata. Wracając przez górę św.
Gotharda do domu, tutaj na szczycie Alp, skąd potoki do trzech mórz na
cztery strony świata spływają, ułożył część swej teorii o gradzie,
śniegu, grzmocie i wiatrach, tworząc w ten sposób pierwsze początki
meteorologii. Później odbył jeszcze podróż do Anglii i Danii, tak więc
oprócz Hiszpanii i Portugalii wszystkie europejskie zwiedził kraje, jak
mówi francuski jego biograf.
Głównym dotąd przedmiotem pracy jego była matematyka. Powiadają, że
jeszcze w szkołach pierwszą myśl swej analitycznej geometrii powziął, co
by dowodziło niesłychanej zdolności i biegłości w wieku tak młodym. Że
niepospolita musiała być już wówczas biegłość jego w tym przedmiocie,
dowodzi tego zdarzenie następujące. Podczas pierwszego w Niderlandach
pobytu, chodząc po ulicach Bredy, spostrzegł ludzi czytających afisz
przylepiony na rogu ulicy. Nie umiejąc jeszcze wtedy po holendersku,
prosił nieznajomego, który z uwagą czytał owo pismo, aby mu treść jego
przetłumaczył. Tym nieznajomym był rektor akademii, głośny wówczas
matematyk Beckmann. Z lekceważeniem spojrzał na dziewiętnastoletniego,
szczupłego cudzoziemca i powiedział mu żartem, że pod tym warunkiem
przetłumaczy mu treść owego pisma, jeżeli przyrzecze rozwiązać to
właśnie zadanie matematyczne, które tam było ogłoszone. Zgodził się na
to Kartezjusz, i ku największemu zdumieniu uczonego Holendra przyniósł
mu nazajutrz rozwiązanie zadania. Z dalszej pomiędzy nimi rozmowy
pokazało się, że młody Francuz lepiej znał ten przedmiot, aniżeli
osiwiały w nauce profesor. W trzy lata później podobne miał zdarzenie w mieście Ulm z niemieckim matematykiem Faulhaberem, który go także z początku lekceważył, później jednak gorliwie głosił jego sławę.
Kartezjusz wnet był znany wszystkim ważniejszym w Europie matematykom,
otrzymywał według ówczesnego uczonych zwyczaju mnóstwo najtrudniejszych
zagadnień do rozwiązania, które dla niego trudne nie były. Niepodobna
jednak tutaj pominąć tej wzmianki, że pomimo tak wielkiej swej w tym
przedmiocie biegłości, nie cenił go zbyt bardzo, nie miał do niego tego
niezwyciężonego przywiązania, jakiego uczeni do swych ulubionych zajęć
nabierają. Pięć albo sześć razy porzucał matematykę - aby zawsze znowu
do niej wrócić.
Były to w ogóle dla Kartezjusza czasy wewnętrznej walki. Uniwersalny
umysł jego chwytał się wszystkiego, każdy przedmiot go nęcił, odrywał od
innych, przedstawiając nowe powaby. Fizyka wydawała mu się treściwszą,
więc porzucił matematykę, jako zbyt ogólnikową. Potem znowu znalazł we
fizyce mało pewności, więc wrócił do matematyki; lecz jej ogólnikowość
odstręczała go niestety, a z drugiej strony wabić go zaczęły nauki
moralne, nauka o człowieku, nimi się zajął więc. Lecz widząc, jak mało
się ludzie tym przedmiotem zajmują, porzucił go znowu, aby wrócić do
pierwszych. Trzy lata trwała ta walka i czym się skończyła? Oto tym, że
postanowił wszystkimi zajmować się naukami, postanowił powiązać
wszystkie w nową filozofię. W ten sposób tylko geniusz z takich
trudności wybrnąć umie.
W podobną niepewność wprawiało go zewnętrzne jego położenie. Urzędu
żadnego nie miał, majątek odziedziczony po matce wynosił osiem tysięcy
liwrów, był więc bardzo szczupły - trzeba było myśleć o przyszłości.
Obeznany z wojskowością, miał zamiar objąć intendenturę armii, lecz
chłodne prośby jego o to miejsce nie odniosły skutku; potem układał się
o kupno posady królewskiego gubernatora w Chatelherault, a jako sumienny
człowiek, postanowił pójść przede wszystkim na praktykę do prokuratora w Chatelet, aby się przysposobić do urzędu, lecz i ten projekt spełzł na
niczym. Jakiż był koniec tych zabiegów? Oto postanowił żyć jak
najskromniej i oddać się całkiem pracy naukowej. Przykładów takiego
wyrzeczenia się dostojeństw i władzy, które dla ludzi najponętniejszą są
rzeczą, przykładów takiego dobrowolnego skazania się na niedostatek,
takiego niepowstrzymanego zamiłowania nauki niewiele znaleźlibyśmy
między ludźmi. A może go pragnienie sławy nęciło? Mało było
obojętniejszych jak Kartezjusz ludzi wobec tej syreny, która
Herostratów3 tworzy. Byłaby to zresztą pobudka zbyt
młodociana, niedojrzała, aby ją przypisać takiemu jak nasz filozof
człowiekowi, o czym się zresztą czytelnik z dzieła samego przekona. Był
wyznawcą maksymy Bene qui latuit, bene vixit, (ten żyje szczęśliwie,
kto żyje w ukryciu). My zaś dodamy, że nie pragnienie sławy, ale miłość
idei tworzy wielkich ludzi.
Bez wątpienia wtedy już dojrzewała zasadnicza myśl filozofii
Kartezjusza: zasada naukowego sceptycyzmu. Naukowego mówię sceptycyzmu,
jak najuroczyściej żądał bowiem Kartezjusz, aby rzeczy wiary nie łączyć
z rzeczami nauki. Wiarę stawiał wyżej, przez całe życie był w niej
stały, przepisy jej wiernie wykonywał, żyjąc w protestanckiej Holandii
szukał i tam katolickiego nabożeństwa, na łonie katolickiego kościoła
umarł. Sceptycyzm jego dotyczył rzeczy rozumu, nauki.
Ciekawa jest pierwsza myśl, która go do tego sceptycyzmu zawiodła.
Przypatrując się zawikłanej, krętej budowie średniowiecznych miast
Holandii i Niemiec, rosnących powoli, a bezładnie przez długie wieki,
pomyślał sobie, że dzieła tworzone przez rąk wiele i przez długie czasy,
są o wiele mniej doskonałe, aniżeli dzieła myśli i ręki jednego
człowieka, czy to będą dzieła architektury, sztuki, czy prawodawstwa,
czy też urządzenia administracyjne. Myśl tę przenosząc na pole nauki,
dostrzegł, że filozofia ówczesna była składem rozlicznych, niezwiązanych
ze sobą zdań, pozbieranych z różnych filozofów, niezgodnych ani co do
zasad, ani co do charakteru. Dostrzegł dalej, że wiedza każdego z ludzi
składa się ze sprzecznych często nauk rodziców, różnych nauczycieli,
krewnych, nawet piastunek. Taka wiedza nie może mieć tej jedności i stałości, jaką by miała, gdyby człowiek doszedłszy do lat dojrzałych,
sam ją z gruntu układać zaczął. Otóż nie pragnąc, aby to było ogólnym
obowiązkiem, przyznając nawet, żeby taka ogólna reforma była żądaniem
niemożliwym do wykonania, tak jakby niedorzecznością było, aby ludzie
postanowili naraz rozwalić całe miasto swoje w celu jednolitego tegoż
odbudowania, sądził jednak, że jednostkom postanowienie takie korzyść
przynieść, myślom pewność, porządek i spokój zapewnić by mogło. Nie
łudził się też, aby to łatwą do wykonania było rzeczą: człowiek prędzej
dom swój spali, niż się wyrzeknie swoich uprzedzeń i błędów
zakorzenionych, to wiedział z doświadczenia, lecz po kilku latach pracy
doszedł drogą w dziełku obecnym przedstawioną do tej samodzielności i pewności, jakiej pragnął, do jakiej dążył.
Życie jego w Paryżu mogło być dla człowieka lubiącego towarzystwo bardzo
przyjemne. Przyjaciół miał dużo, znajomości jeszcze więcej, bez przerwy
zgłaszali się do niego ludzie, pragnący poznać matematyka, którego sława
coraz głośniejszą się stawała. W najświetniejszych towarzystwach był
mile widzianym gościem. Było to u nuncjusza Bagni, gdzie się spotkał z kardynałem Berulle i filozofem Chaudoux. Filozof popisywał się przed
nimi swoją biegłością w dialektyce. Była to kwitnąca wówczas sztuka,
która polegała na tym, aby mówić z biegłością o wszystkim, dowodzić i przekonywać o wszystkim, zarówno o tym co się zna, jak i o tym czego się
nie zna, zarówno o rzeczach prawdziwych, jak i fałszywych, byle dowody
były według reguł logicznych. Wszakże byli tacy dialektycy, którzy
dowodzili, że człowiek ma troje oczu. Kartezjusz obojętnie się zachował
wobec popisów szermierza filozoficznego, a zapytany przez kardynała o zdanie, odrzekł, że w tym wszystkim jest za wiele przypuszczeń, on zaś
matematycznej pewności żąda dla zdań filozoficznych. Na gorącą prośbę
kardynała przyobiecał filozofię taką opracować.
Kartezjusz przekonał się, że dopóki zostanie w Paryżu, dopóty nie zdoła
się oddać nauce tak, jak pragnął. Liczne znajomości, częste a niespodziane wizyty obcych, niekiedy obojętne, a nawet uprzykrzone,
odrywały go od pracy i niemiłym mu czyniły pobyt w tym mieście. O czym
już od dawna w cichości myślał, to wykonał niespodziewanie pod koniec
marca roku 1629. Nikomu ani słowa nie mówiąc, ani przyjaciołom, ani
krewnym, ani rodzicom nawet, przeniósł się do Holandii na stałe
mieszkanie, porozsyłał tylko w chwili odjazdu listy pożegnalne. Dlaczego
wybrał Holandię? Miał w tym Kartezjusz przyczyny swoje, a przede
wszystkim klimat. Od dawna, już od dwudziestego roku życia miewał sny
niespokojne, dziwne. Zdawało mu się, że się mu pokazują widziadła, że
słyszy głos, który go powołuje do szukania prawdy. Jest to nierzadki
skutek nadmiernie natężonej pracy umysłowej i samotności. Jeszcze teraz,
w trzydziestym roku życia, obawiał się, aby gorący klimat Francji zbyt
mu wyobraźni nie rozgrzewał, pozbawiając potrzebnego do rozmyślań
filozoficznych chłodu. Drugim powodem, który go skłonił do wybrania
Holandii na mieszkanie, była wysoka kultura tego kraju. Potrzebując
niejednego do prac swoich dzieła, niejednego sztucznego narzędzia, mógł
je znaleźć tutaj prędzej, niż gdziekolwiek indziej. Upodobał sobie
zresztą ten kraj, jak się o tym czytelnik przekona z z żywością pisanego
listu do przyjaciela Balzaca we Francji, w którym przenosi Holandię nad
najpiękniejsze okolice Włoch lub Francji. ,,Moje tutaj mieszkanie -
pisze do niego - wolę raczej, aniżeli to rozkoszne ustronie, w którym
przebywałeś ostatniego lata. Chociaż przyjemne jest mieszkanie na wsi,
to jednak braknie tam tysiąca różnych rzeczy, które tylko w mieście mieć
można; nawet tej samotności tam mieć nie możemy, jakiej byśmy pragnęli.
Tutaj cały świat, mnie wyjąwszy, zajęty jest handlem, mogę więc pozostać
nieznany. Przez niezliczone tłumy ludzi przechodzę co dzień tak
spokojnie, jak się ty przechadzasz po twoich alejach. Ludzie, których
spotykam, robią na mnie takie same wrażenie, jakbym patrzył na drzewa
waszych lasów, albo trzody na polach waszych. Gwar kupców nie sprawia mi
większego kłopotu, niż szelest strumyka. Przypatrując się niekiedy ich
zajęciom, czuję tę samą przyjemność, co tobie widok rolników twoich,
widzę bowiem, że celem ich zapobiegliwości jest ozdoba miejsca, które
zamieszkuję i zaopatrzenie wszystkich potrzeb moich, Jeżeli się
cieszysz, patrząc na owoce twojego ogrodu, które cię obfitością darzą,
czy mniejszą będzie moja przyjemność na widok statków napełnionych
płodami Europy i Indii. W którym miejscu świata znaleźć łatwiej wszystko
to, co próżności albo gustowi dogadza, niż tutaj. Gdzież kraj na
świecie, gdzie by można żyć swobodniej, spać spokojniej, bez obawy
niebezpieczeństw; gdzie by prawo było czujniejsze, niż zbrodnia, gdzie
by otrucia, zdrady, oszczerstwa mniej były znane, gdzie by więcej
pozostało śladów uczciwości przodków naszych? Nie rozumiem, dla czegoś
tak jest zakochany w italskim niebie. Zaraza miesza się tam z powietrzem, którym się oddycha, upał dnia jest nieznośny, chłód
wieczorny sprowadza chorobę, cień nocy pokrywa kradzieże i zabójstwa.
Jeżeli się lękasz północnej zimy, czy zdołasz się w Rzymie, nawet wśród
gajów, fontann i jaskiń tak skutecznie zabezpieczyć od skwaru, jak tutaj
od zimna przy pomocy dobrego pieca albo komina. Jeżeli tutaj chcesz
przybyć, oczekuję cię z małym zasobem filozoficznych idei, lecz czy
przybędziesz, czy nie, zawsze pozostanę twym czułym i wiernym
przyjacielem". Oto list matematyka, filozofa, z niespodziewaną napisany
malowniczością. Kartezjusz umiał nie tylko dobrze rachować, ale i pisać
ładnie.
Musiał to być najszczerszy jego przyjaciel, ów Balzac, jeżeli go aż
zapraszał do siebie. Przed innymi znajomymi ukrywał się bowiem, zmieniał
często mieszkanie, w ciągu lat dwudziestu pięciu swego pobytu w Holandii
mieszkał w kilku większych miastach, częściej jednak w mniejszych
miasteczkach, po wsiach, najchętniej zaś w odosobnionych domkach,
zwłaszcza nad brzegiem morza. Długo jeszcze po jego śmierci pokazywano
budynki, w których niegdyś przebywał. Listy swoje pisywane do Francji
przesyłał zwykle na ręce znakomitego matematyka, księdza Mersenne, ale
nie podawał w nich nigdy rzeczywistego miejsca swego pobytu, tylko
zwyczajnie wysyłał je z któregokolwiek większego miasta.
Po ośmiu latach pobytu w Holandii, a więc wtedy, kiedy sam liczył lat
czterdzieści i jeden, wydał spory tom pod tytułem: Essays de
philosophie (Próbki filozoficzne). Tom ten musiał sprawić na znawców
niesłychane wrażenie, zawierał bowiem na czele: Rozprawę o metodzie,
oprócz tego Geometrię, Rozprawę o meteorach i Dioptrykę.
Rozprawa o metodzie należy do najważniejszych dzieł, jakie historia
filozofii przedstawia. Doniosłość jej polega na tym, że jest ona
najuroczystszym protestem przeciw błędom naukowym, odzianym powagą
długiego szeregu pysznych, lecz nieświadomych rzeczy uczonych, jest
krzykiem samodzielności umysłu, pragnącego ratunku z powodzi narzuconych
nauk, jest odwołaniem się rozumu do boskiej żywej księgi świata od
zapleśniałych pergaminów i wymysłów chorobliwej ambicji ludzkiej.
Filozofia Arystotelesa, potężnego zaiste myśliciela, w wielu punktach
nie zgadza się z naturą, z istotą rzeczy. Otóż ta fałszywa już z góry
filozofia została w średnich wiekach przez błędne tłumaczenia i błędniejsze jeszcze objaśniania wypaczoną, skoślawioną, do tego stopnia,
że się z tego utworzyło monstrum naukowe, podobne zupełnie do owych
smoków stugłowych, o których tak chętnie i z taką dokładnością mówi
średniowieczna historia naturalna. Jak do smoka tego nikt się zbliżyć
nie mógł, aby nie być pożartym, aby nie spłonąć od ognia ziejącego z paszczy jego, tak do, filozofii średniowiecznej zdrowy rozum ludzki
zbliżyć się nie mógł, aby nie zginąć. Byli w średnich wiekach rycerze,
którzy zwycięskie ze smokami staczali walki, a do najświetniejszych
rycerzy, którzy się odważyli podjąć walkę ze smokiem średniowiecznej
nauki, należy Kartezjusz.
W scholastycznej filozofii pracowały umysły niepospolite, praca ich była
wielka, skatalogowali bowiem całą naukę chrześcijańską i ujęli ją w porządek naukowego systemu. Trud ich musiał być niemały, aby z prześlicznych, pełnych wschodniego słońca i ciepła przypowieści
Ewangelii i Starego Testamentu utworzyć tę potężną, mistrzowską
zaiste, ale zimną, posępną, gotycką budowę teologii. Co po za tym w naukach zrobili, to było niepożyteczne. Metafizyka pochłaniała ich
całkiem, o fizykę nie dbali. Wszyscy gonili za wymysłami, za
dziwactwami, stracili zupełnie miarę prawdy, przestając myśli porównywać
ze wzgardzoną przez siebie przyrodą. Gardzili przyrodą, to była
zasadnicza przyczyna ich błędnej drogi. Stąd poszło, że nie umieli
myśleć samodzielnie, polegając z pokolenia w pokolenie na powadze
poprzedników i snując dalej wątek ich bezpodstawnych wymysłów. Przestali
patrzeć na świat, przestali słuchać głosów natury, a jeżeli ich
słuchali, od razu im mistyczną podsuwali interpretację.
Jak przykro być musiało krzepkim umysłom w takiej ponurej i głuchej
atmosferze! Mieć uszy, a nie słuchać, oczy, a nie patrzeć! To też już
nasz Kopernik w pięknym wyrażeniu wzywa, abyśmy rzecz na oba brali oczy,
(rem ipsam ambobus oculis inspiciamus), lecz dopiero Kartezjusz
pootwierał nam zmysły, sprowadził ludzkość z manowców, przyrodzie wrócił
należne jej znaczenie, przywrócił związek pomiędzy nią a zmysłami i myślami naszymi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki