Rozpętaliśmy burzę - Vanessa Chan

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Miły Czy­tel­niku!

U nas w Ma­le­zji wy­ra­zem mi­ło­ści dziad­ków jest mil­cze­nie. A do­kład­niej - dziad­ko­wie nie mó­wią o swoim ży­ciu w la­tach 1941-1945, w któ­rym to okre­sie Ce­sar­ska Ar­mia Ja­poń­ska na­je­chała Ma­laje (tak się na­zy­wała Ma­le­zja przed od­zy­ska­niem nie­pod­le­gło­ści), prze­pę­dziła bry­tyj­skich ko­lo­nia­li­stów, a spo­kojny na­ród pchnęła do bra­to­bój­czej walki.

Pro­blem w tym, że nasi dziad­ko­wie są ga­da­tliwi na każdy inny te­mat. Opo­wia­dają nam o dzie­ciń­stwie - o są­sia­dach i ko­le­gach, z któ­rymi się ba­wili, o na­uczy­cie­lach, któ­rych uwiel­biali, na­uczy­cie­lach, któ­rych szcze­rze nie zno­sili, o du­chach, któ­rych się bali. Opo­wia­dają o ży­ciu do­ro­słym - ru­mieńcu z po­wodu pierw­szej mi­ło­ści, stra­chach ro­dzi­ciel­stwa, o tym, jak po raz pierw­szy do­tknęli na­szych twa­rzy, twa­rzy swo­ich wnu­ków. Na­to­miast o tych czte­rech la­tach II wojny świa­to­wej na­po­my­kają rzadko, je­dy­nie po to, by po­wie­dzieć, że to były złe czasy, a oni prze­żyli. I za­raz do­dają, że mamy zmy­kać i nie być cie­kaw­scy.

Za­nim za­bra­łam się do pi­sa­nia Bu­rzy, zna­łam le­d­wie garść fak­tów na te­mat ja­poń­skiej oku­pa­cji. Wie­dzia­łam, że Ja­poń­czycy po­my­słowo na­je­chali nasz kraj na ro­we­rach, od pół­nocy, przez Taj­lan­dię, pod­czas gdy bry­tyj­skie działa cze­kały na nich od dru­giej strony, wy­ce­lo­wane w mo­rze. Wie­dzia­łam, że Ja­poń­czycy byli bru­talni i za­bi­jali bez li­to­ści. Że po in­wa­zji zrzu­cali czer­wone ulotki pro­pa­gan­dowe z ha­słem "Azja dla Azja­tów", co było ostrze­że­niem i jed­no­cze­śnie we­zwa­niem do broni.

Jako pierw­sze wnu­czę w ro­dzi­nie mo­jego ojca spę­dzi­łam mnó­stwo czasu z dziad­kami, jego ro­dzi­cami, za­da­jąc im mnó­stwo py­tań, na które oni z mi­ło­ścią od­po­wia­dali. Po dzie­cię­cemu wy­py­tu­jąc bab­cię, wy­cią­gnę­łam z niej wię­cej fak­tów: Jak się za­cho­wać w cza­sie na­lotu ("Leż pła­sko i nie pod­noś się, do­póki sa­mo­lot cał­kiem nie od­leci, bo bomby spa­dają na zie­mię, gdy sa­mo­lot jest przed tobą, nie nad tobą"). Jak zo­stać oczkiem w gło­wie mamy ("Mu­sisz być przy­stoj­nym chłop­cem jak mój brat, mu­szą cię po­rwać Ja­poń­czycy, a ty po­tem wra­casz i mó­wisz, że nic się nie stało"). Jak wzbu­dzić za­zdrość męża ("Co roku przez dwa­dzie­ścia pięć lat do­sta­wa­łam pocztą ka­len­darz od wy­jąt­ko­wego, mi­łego Ja­poń­czyka, który w cza­sie wojny pra­co­wał ze mną na ko­lei").

Gdy tro­chę pod­ro­słam, wy­do­by­wa­nie z babci prawdy o niej jako na­sto­latce w oku­po­wa­nym Ku­ala Lum­pur przy­po­mi­nało pod­chody. Kiedy py­ta­łam, jak wy­glą­dało jej ży­cie w cza­sie oku­pa­cji, mó­wiła za­wsze: "Nor­mal­nie! Jak wszyst­kich".

Ko­niec koń­ców jed­nak przez lata ten mia­rowy głos prze­ka­zu­jący su­che fakty po­wie­dział mi dużo wię­cej - że lu­dzie nie mieli jak wy­ży­wić swo­ich ro­dzin, że za­mknięto szkoły, a funk­cjo­na­riu­sze bez­względ­nej ja­poń­skiej taj­nej po­li­cji Kem­pe­itai uwię­zili przed­sta­wi­cieli bry­tyj­skich władz w Sin­ga­pu­rze i zdu­sili chiń­skie re­be­lie w dżun­gli.

Za­po­mnia­łam o tym na całe lata. Mia­łam co in­nego do zro­bie­nia, mu­sia­łam być gdzie in­dziej - tak przy­naj­mniej są­dzi­łam. Mu­sia­łam pra­co­wać, za­ra­biać pie­nią­dze, opo­wia­dać wła­sne hi­sto­rie. Aż w 2019 roku, w ra­mach swo­istego po­wrotu do ko­rzeni, za­czę­łam pi­sać o Ma­le­zji.

W trak­cie warsz­ta­tów pi­sar­skich pod ko­niec 2019 roku po­wstało coś, co uwa­ża­łam za wprawkę, za­da­nie do­mowe - o na­sto­latce, która stara się wró­cić do domu przed go­dziną po­li­cyjną, za­nim ja­poń­scy żoł­nie­rze za­pa­nują na uli­cach. Pa­mię­tam od­ręczne no­tatki - uwagi pro­wa­dzą­cej: "Nie zgub tego skarbu - przy­ka­zała - i pisz da­lej".

Więc pi­sa­łam. Pi­sa­łam w cza­sie pan­de­mii w swoim ma­łym miesz­ka­niu, pi­sa­łam, gdy przed­wcze­śnie ode­szła moja mama, pi­sa­łam w do­tkli­wej sa­mot­no­ści, gdy nie mo­głam po­je­chać do Ma­le­zji. Pi­sa­łam o dzie­dzi­czo­nym bólu, o ko­bie­tach, mat­kach, cór­kach i sio­strach, o tym, jak na­sze wy­bory od­bi­jają się echem przez całe po­ko­le­nia na­szych ro­dzin i spo­łecz­no­ści w spo­sób cał­ko­wi­cie nie­prze­wi­dziany. Pi­sa­łam o tym, jak się nie­sie w swoim ciele dzie­dzic­two ko­lo­ni­za­cji, o sła­bo­ści do tok­sycz­nego męż­czy­zny, o skom­pli­ko­wa­nych przy­jaź­niach, o po­ka­wał­ko­wa­nym ży­ciu, o nie­jed­no­znacz­no­ści do­bra i zła w sy­tu­acjach, gdy stawką jest prze­trwa­nie. Moja wprawka jest te­raz czwar­tym roz­dzia­łem po­wie­ści.

Mam na­dzieję, że Roz­pę­ta­li­śmy bu­rzę się Wam spodoba, że z przy­jem­no­ścią prze­czy­ta­cie, jak Ce­cily, Ju­jube, Abel i Ja­smine idą przez świat. Mam na­dzieję, że w trak­cie tej lek­tury po­czu­je­cie mi­łość, za­chwyt, smu­tek i ra­dość. A przede wszyst­kim mam na­dzieję, że za­pa­mię­ta­cie ich hi­sto­rie.

Dzię­kuję za lek­turę

Wa­sza Va­nessa

Roz­dział pierw­szy

CE­CILY

BIN­TANG, KU­ALA LUM­PURLUTY 1945 ROKUMA­LAJE POD OKU­PA­CJĄ JA­POŃ­SKĄ

Za­częli zni­kać na­sto­letni chłopcy.

Naj­pierw Ce­cily usły­szała o znik­nię­ciu jed­nego z braci Chin - śred­niego spo­śród piątki nie­zdar­nych chło­pa­ków o wą­skich czo­łach i sze­ro­kich ba­rach. Na­zy­wali się Boon Hock, Boon Lam, Boon Khong, Boon Hee i Boon Wai, ale matka na każ­dego wo­łała Boon, a oni już sami mu­sieli wie­dzieć, o któ­rego aku­rat cho­dzi. Za rzą­dów bry­tyj­skich wszy­scy ci chłopcy sły­nęli z bo­gac­twa i okru­cień­stwa. Zwy­kle wi­działo się ich ze­bra­nych w kręgu za jar­marcz­nym brą­zowo-zło­tym do­mem Chi­nów. Stali nad sługą, je­den trzy­mał w dłoni ró­zgę, a wszyst­kim błysz­czały oczy, ile­kroć ró­zga sma­gała skórę nie­szczę­śnika. Kiedy przed Bo­żym Na­ro­dze­niem 1941 roku przy­byli Ja­poń­czycy, chłopcy pre­zen­to­wali po­stawę wy­zy­wa­jącą; gniew­nym wzro­kiem śle­dzili pa­trole Kem­pe­itai, splu­wali, je­śli któ­ryś pod­szedł bli­żej. Ten średni, Boon Khong, znik­nął, po pro­stu pew­nego dnia się ulot­nił, jakby ni­gdy nie ist­niał. I ot tak z piątki braci Chin zo­stała czwórka.

Są­sie­dzi się za­sta­na­wiali, co się stało z chłop­cem. Pani Tan spe­ku­lo­wała, że po pro­stu uciekł. Puan Azreen, za­wsze przy­gnę­biony, mar­twił się, że chło­pak wdał się w bójkę i leży gdzieś w ro­wie, więc gdy ktoś szedł za­ła­twiać swoje sprawy, po dro­dze za­glą­dał do ro­wów, tro­chę się bo­jąc, co tam znaj­dzie. Inne matki krę­ciły gło­wami; taki los ło­bu­zów, mó­wiły, może wresz­cie miarka się prze­brała. Ce­cily wy­pa­try­wała matki Bo­onów, cie­kawa, czy uj­rzy ją na po­ste­runku przy drzwiach wy­cze­ku­jącą wie­ści albo w ataku hi­ste­rii prze­ra­żo­nej matki, ale pani Chin, jak i cała ro­dzina, rzadko wy­cho­dziła z domu, a kiedy się to zda­rzało, czte­rej chłopcy ota­czali ro­dzi­ców o sza­rych twa­rzach wiel­kim mu­rem ścię­gien i mię­śni, pil­nu­jąc, by nikt ich nie zo­ba­czył.

Ce­cily tylko raz spo­tkała pa­nią Chin, wcze­snym ran­kiem w miej­sco­wym skle­piku. Pani Chin z twa­rzą lśniącą od łez wpa­try­wała się w prze­ką­skę kal­ma­rową. Ce­cily zdu­miała się ci­cho­ścią tej sceny - żad­nych szlo­chów, żad­nego po­trzą­sa­nia głową, tylko ja­sne, mo­kre po­liczki i wil­gotne oczy.

- Stoi tak już do­bre pięć mi­nut - po­wie­działa cio­cia Mui, żona wła­ści­ciela, wy­raź­nie ucie­szona, że może się tym od­kry­ciem z kimś po­dzie­lić.

Po kilku ty­go­dniach, wo­bec braku ko­lej­nych pu­blicz­nych ma­ni­fe­sta­cji bólu i no­wych plo­tek, lu­dzie prze­stali się in­te­re­so­wać lo­sem mło­dych Chi­nów. Wkrótce w ogóle za­po­mnieli, który to z nich za­gi­nął.

Na­stępne za­gi­nię­cia na­stą­piły szybko, jedno po dru­gim. Chu­dzie­lec, który sprzą­tał groby (Ce­cily była prze­ko­nana, że chło­pak krad­nie kwiaty zło­żone przez ro­dziny na mo­gi­łach i sprze­daje je na cmen­ta­rzu). Gru­ba­sek miesz­ka­jący koło skle­piku, ten, co bru­dził so­bie bu­zię i uda­wał ka­lekę, zwią­zu­jąc końce no­ga­wek, by że­brać na ulicy. Strasz­no­oki, któ­rego przy­ła­pano kie­dyś, jak pod­glą­dał dziew­częta w szkol­nej to­a­le­cie. Ło­buzy, kwi­to­wali są­sie­dzi i sama Ce­cily. Może i so­bie za­słu­żyli.

Ale nim na­stała po­łowa roku, za­częli też zni­kać sy­no­wie lu­dzi, któ­rych Ce­cily znała. Bra­ta­nek są­sia­dów z domu obok, chło­pak o im­po­nu­ją­cym ba­ry­to­nie, wy­gry­wa­jący wszyst­kie szkolne kon­kursy ora­tor­skie. Syn dok­tora z mia­sta, ci­chy mło­dzian, co to wszę­dzie no­sił ze sobą sza­chow­nicę i sia­dał do roz­grywki z każ­dym chęt­nym. Chło­pak od praczki, bar­dzo pra­co­wity, tak spraw­nie prał mun­dury ja­poń­skich żoł­nie­rzy. Te­raz wszyst­kim mu­siała się za­jąć jego matka, bo Ja­poń­czycy nie da­wali czasu na ża­łobę.

Z jedną je­dyną drogą prze­ci­na­jącą mia­steczko na pół, jedną ap­teką, jed­nym skle­pi­kiem, jedną szkołą mę­ską i jedną żeń­ską, Bin­tang był tak mały, że zmiany na­pa­wały jego miesz­kań­ców lę­kiem. Znowu za­częły się szepty, ukrad­kowe spoj­rze­nia rzu­cane na ro­dziny za­gi­nio­nych, ści­szone głosy za­sta­na­wia­jące się nad ich lo­sem. Każdy z chłop­ców zni­kał dys­kret­nie, jakby się wy­mknął, nie chcąc ni­kogo ura­zić. To nie da­wało Ce­cily spo­koju, bo na­sto­letni chłopcy, cią­gle w ru­chu, ro­bili naj­wię­cej ha­łasu - wpa­dali na coś, tu­pali, wier­cili się nie­spo­koj­nie, na­wet jak stali w miej­scu, nie­zdolni kon­tro­lo­wać no­wej siły fi­zycz­nej, no­wej dłu­go­ści swo­ich koń­czyn.

- Mało, że nas gło­dzą i biją, od­bie­rają nam szkoły i ży­cie? Mu­szą jesz­cze od­bie­rać nam dzieci? - sar­kał stary wu­jek Chong, wła­ści­ciel skle­piku z róż­no­ściami Chong Sin Kee. To tu­taj miesz­kańcy Bin­tangu za­opa­try­wali się we wszystko, od przy­praw i ziół po ryż i my­dło. Jego żona, cio­cia Mui, pac­nęła go w usta. To były zdra­dziec­kie słowa, a Chon­go­wie też mieli syna.

Nie za­wsze tak było. Kiedy Ja­poń­czycy się po­ja­wili, ja­kieś trzy lata wcze­śniej, Ce­cily i jej mąż wraz z trójką dzieci zna­leźli się wśród ro­dzin, które usta­wiły się przed swo­imi do­mami i ma­chały wkra­cza­ją­cym woj­skom na po­wi­ta­nie. Ce­cily pa­mię­tała dumę, z jaką wska­zała ły­sego, przy­sa­dzi­stego ja­poń­skiego ge­ne­rała Shi­geru Fu­ji­warę na czele de­fi­lady, mó­wiąc dzie­ciom: "Oto Ty­grys Ma­laj­ski".

Ge­ne­rał Fu­ji­wara w ciągu sied­miu ty­go­dni rzu­cił Bry­tyj­czy­ków na ko­lana, zor­ga­ni­zo­waw­szy ge­nialną i nie­spo­dzie­waną in­wa­zję drogą lą­dową - jego żoł­nie­rze na­je­chali Ma­laje na ro­we­rach od pół­nocy, przez gra­nicę z Taj­lan­dią, przez gę­stą, duszną dżun­glę, pod­czas gdy ma­ry­narka bry­tyj­ska, spo­dzie­wa­jąc się na­tar­cia od strony mo­rza, wy­ce­lo­wała działa na po­łu­dnie i wschód, w kie­runku Sin­ga­puru i Mo­rza Po­łu­dnio­wo­chiń­skiego. Ce­cily wi­działa w tym po­czą­tek no­wej epoki. Ale jej na­dzieja, że oto przy­szedł lep­szy ko­lo­ni­za­tor, nie żyła długo. Po kilku mie­sią­cach Ja­poń­czycy za­częli za­my­kać szkoły, a żoł­nie­rze na uli­cach da­wali się miesz­kań­com we znaki. Ja­poń­scy oku­panci w ciągu trzech lat za­bili wię­cej lu­dzi niż bry­tyj­scy ko­lo­ni­za­to­rzy w ciągu pięć­dzie­się­ciu. Bru­tal­ność wstrzą­snęła spo­koj­nymi Ma­laj­czy­kami, przy­zwy­cza­jo­nymi już do sto­icy­zmu i znu­dzo­nej obo­jęt­no­ści Bry­tyj­czy­ków, któ­rzy ge­ne­ral­nie trzy­mali się z da­leka od miej­sco­wych, o ile do­stali wy­ma­gane ilo­ści cyny i kau­czuku.

Ze stra­chu przed tym, co na­dej­dzie, Ce­cily za­częła co wie­czór or­ga­ni­zo­wać zbiórki, żeby się upew­nić, czy wszyst­kie jej dzieci wró­ciły do domu.

- Ju­jube! - wo­łała po­śród har­mi­dru przy­go­to­wań do ko­la­cji. - Ja­smin! Abel!

I co wie­czór się mel­do­wali - Ju­jube z iry­ta­cją, twa­rzą ob­le­czoną w wy­raz po­wagi ty­po­wej dla naj­star­szego dziecka, Ja­smin ra­do­śnie, tu­po­cząc drob­nymi stóp­kami jak szcze­nia­czek. Abel na­to­miast - śred­nie dziecko, o które naj­bar­dziej się mar­twiła - wo­łał "Mama, no prze­cież je­stem!" i na­chy­lał się do niej z ser­decz­nym uści­skiem.

Przez ja­kiś czas wy­da­wało się, że sys­tem działa. Każ­dego wie­czoru, gdy słońce za­cho­dziło, a mo­skity za­czy­nały wie­czorny chór, wo­łała swoje dzieci, one zaś od­po­wia­dały. Ro­dzina się zbie­rała przy po­dra­pa­nym stole i każdy re­la­cjo­no­wał, jak mu mi­nął dzień, i przez kilka mi­nut, słu­cha­jąc, jak Ja­smin par­ska śmie­chem po ko­lej­nym żar­cie Abla, pa­trząc, jak Ju­jube cią­gnie za swoje krót­kie loki tak po­dobne do lo­ków matki, Ce­cily za­po­mi­nała o po­wa­dze sy­tu­acji, o po­twor­no­ści wojny, o ży­ciu odar­tym ze wszyst­kiego.

Na­gle jed­nak, w swoje pięt­na­ste uro­dziny, pięt­na­stego lu­tego, Abel - który miał ja­sno­brą­zowe włosy, zu­peł­nie inne niż u reszty ro­dzeń­stwa, Abel, który cały czas cho­dził wście­kle głodny z po­wodu nie­do­bo­rów żyw­no­ści, Abel, który w ze­szłym roku urósł o pięt­na­ście cen­ty­me­trów i te­raz był naj­wyż­szy w ro­dzi­nie - nie sta­wił się na zbiórkę, nie wró­cił do domu ze sklepu. A gdy uro­dzi­nowa świeczka wto­piła się w su­che uro­dzi­nowe cia­sto, Ce­cily wie­działa. Złe rze­czy zda­rzają się złym lu­dziom, więc wszystko się zga­dzało - bo ona była złym czło­wie­kiem.

Przez ostat­nie kilka lat z tru­dem ukry­wała strach, który rzą­dził jej ży­ciem; wie­działa, że za wszystko, co uczy­niła, bę­dzie mu­siała za­pła­cić, a kara jest tuż-tuż. Ten strach prze­ja­wiał się w jej ner­wo­wo­ści, wy­krę­ca­niu pal­ców, w tym, jak wo­dziła wzro­kiem za dziećmi, w nie­uf­no­ści, którą oka­zy­wała każ­demu nie­zna­jo­memu. Te­raz, gdy do­szło już do tra­ge­dii, po­czuła, jak na­pię­cie w jej ciele po pro­stu pusz­cza ka­wa­łek po ka­wałku. Od Ju­jube do­wie­działa się póź­niej, że za­wyła długo, głu­cho i bo­le­śnie, a po­tem pa­dła na rat­ta­nowy fo­tel i tak zo­stała: z ka­mienną twa­rzą, nie­ru­choma, niema.

Do­koła niej ro­dzina krzą­tała się go­rącz­kowo. Jej mąż Gor­don krą­żył, krzy­cząc do sie­bie albo do niej na całe gar­dło: "Może po­szedł do sklepu; może utknął na punk­cie kon­tro­l­nym, może to, może tamto". Ja­smin trzy­mała się kciuka star­szej sio­stry, z twa­rzą zbyt spo­kojną jak na sied­mio­latkę. Ju­jube, za­wsze prak­tyczna, ru­szyła do ak­cji. Wy­swo­bo­dziła się z uchwytu Ja­smin i po­bie­gła za dom, wo­ła­jąc przez ogro­dze­nie do są­sia­dów z prawa i lewa: "Wi­dzie­li­ście mo­jego brata? Po­mo­że­cie mi zna­leźć brata?". Ale mi­nęła już dwu­dzie­sta, była go­dzina po­li­cyjna, nikt z są­sia­dów nie ośmie­lił się od­po­wie­dzieć, choć od krzy­ków dziew­czyny pę­kały im serca.

Ce­cily nic nie mó­wiła. Przez kilka mi­nut, nim za­wład­nęło nią po­czu­cie winy, czuła ulgę, że kosz­mar się zi­ścił. Wresz­cie się stał, a to wszystko była jej wina.

Ona to zro­biła, wszystko przez nią. Wszystko.

*

Ran­kiem po znik­nię­ciu Abla są­sie­dzi Ce­cily za­częli dzia­łać. Al­can­ta­ro­wie byli sza­no­waną ro­dziną, a sza­no­wane ro­dziny nie za­słu­gi­wały na ta­kie tra­ge­die. Męż­czyźni zor­ga­ni­zo­wali dzienne grupy po­szu­ki­waw­cze, krą­żyli, wy­krzy­ku­jąc imię za­gi­nio­nego. Za­glą­dali do skła­dzi­ków za do­mami, w kąty ulu­bio­nych skle­pów Abla, na place za­baw i do opusz­czo­nych fa­bryk. Zer­kali na dawną szkołę, w któ­rej Ja­poń­czycy urzą­dzili ośro­dek prze­słu­chań, tam jed­nak nie zaj­rzeli. Za­trzy­my­wali się w ma­łych grup­kach, po­chy­lali ni­sko głowy, kiedy przy­glą­dali im się żan­darmi Kem­pe­itai w bru­nat­no­zie­lo­nych mun­du­rach, ale w głębi du­szy byli z sie­bie za­do­wo­leni, bo w ku­pie czuli się bez­pieczni, a te po­szu­ki­wa­nia chłopca po­strze­gali jako swoją ma­leńką re­wo­lu­cję, re­be­lię prze­ciwko Ja­poń­czy­kom. Ko­biety po­trak­to­wały ten in­cy­dent jak na­ro­dziny albo śmierć, zno­siły więc do domu Al­can­ta­rów nie­zli­czone ilo­ści je­dze­nia i słu­żyły po­cie­sze­niem. Za­pew­niały Ce­cily, że wszystko bę­dzie do­brze - że Abel jest po pro­stu nie­roz­waż­nym chło­pa­kiem i pew­nie gdzieś za­snął, i nie­długo trafi do domu, że stra­cił po­czu­cie czasu i zo­stał na noc u któ­re­goś ko­legi, że tacy chłopcy jak on - tacy przy­stojni, uro­czy, obie­cu­jący - nie zni­kają tak po pro­stu.

Ce­cily zda­niem tych ko­biet oka­zała się za­ska­ku­jąco nie­wdzięczna. Nie dzię­ko­wała, gdy przy­no­siły je­dze­nie, nie za­pra­szała ich do środka na her­batę, nie pła­kała, nie zwie­rzała się ani nie omdle­wała, co by­łoby zro­zu­miałe. Nic z tych rze­czy, wy­glą­dała je­dy­nie na strasz­nie po­bu­dzoną i czujną, strze­lała oczami na wszyst­kie strony, jakby go­towa się rzu­cić. Na co? Nie wie­działy. Oczy­wi­ście jej współ­czuły, za­pew­niały się szep­tem, ale Ce­cily cza­sami na­prawdę prze­sa­dzała. Pa­mię­ta­cie te straszne hi­sto­rie, które opo­wia­dała kie­dyś swoim dzie­ciom?

- Tę o czło­wieku, któ­remu ka­zano pić my­dliny, aż mu się zro­bił wielki, ob­wi­sły brzuch, a wtedy ja­poń­scy żoł­nie­rze po­ło­żyli na nim de­skę i ska­kali na koń­cach jak na huś­tawce, aż pękł? - mó­wiła pani Chua.

- Aiya, och! Na­prawdę mu­sisz po­wta­rzać te po­twor­no­ści?! - bia­do­liła pani Tan. - Moje dzieci ca­łymi ty­go­dniami miały w nocy kosz­mary!

Cza­sami Ce­cily na­prawdę nie miała po­ję­cia, jak się na­leży za­cho­wać, tak uwa­żały. Wszyst­kie były mat­kami, wie­działy, co przy­stoi matce. I kiedy matka tra­ciła syna, po­winna pła­kać, pa­dać na zie­mię, szu­kać po­cie­sze­nia u in­nych ma­tek. Nie po­winna uży­wać swo­jego bólu jako tar­czy, być taka draż­liwa, że strach po­dejść.

Nie­mniej mu­siały się za­cho­wy­wać jak do­bre są­siadki. Pani Tan da­lej po­sy­łała do domu Al­can­ta­rów mi­ski go­rą­cej zupy, a gdy na­za­jutrz wi­działa po dro­dze te mi­ski do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu przed wej­ściem, sta­rała się nie czuć ura­żona. Pani Chua pro­po­no­wała, że zaj­mie się Ju­jube i Ja­smin, żeby Ce­cily od­po­częła. Puan Azreen, która uwiel­biała dra­ma­ty­zo­wać, opo­wia­dała wszyst­kie za­sły­szane hi­sto­rie o za­gi­nio­nych oso­bach, ale nie po­wstrzy­mała się od okra­sze­nia ich po­twor­no­ściami - o lu­dziach wra­ca­ją­cych do domu bez koń­czyn albo ze zde­for­mo­wa­nymi twa­rzami.

Przy­naj­mniej Gor­don, mąż Ce­cily, wy­da­wał się są­sia­dom na­le­ży­cie wdzięczny. Ra­zem z in­nymi męż­czy­znami prze­cze­sy­wał mia­sto, na­wo­ły­wał syna, po­kle­py­wał się po ra­mie­niu z in­nymi mę­żami, wszyst­kim dzię­ko­wał za to, że po­świę­cają czas na po­szu­ki­wa­nia. Zro­bił się o wiele mil­szy, za­uwa­żali są­sie­dzi. Oczy­wi­ście nikt ni­komu nie ży­czy ta­kiej sy­tu­acji, a skądże, cmo­kali, ale wo­leli tę wer­sję Gor­dona Al­can­tary, z utar­tym no­sem, bez py­chy, któ­rej w nim nie lu­bili za daw­nych cza­sów, kiedy rzą­dzili tu Bry­tyj­czycy i Gor­don był ich urzęd­ni­kiem. Uwa­żał się bo­wiem wów­czas za ko­goś lep­szego.

Nie­obec­ność Abla li­czyła się już w ty­go­dniach. Męż­czyźni tylko spo­ra­dycz­nie wy­ru­szali na po­szu­ki­wa­nia, a ko­biety rza­dziej przy­cho­dziły do domu Al­can­ta­rów. Chłop­ców zni­kało co­raz wię­cej, są­sie­dzi sie­dzieli za­tem w do­mach i pil­no­wali swo­ich sy­nów, byle nie padł na nich zło­wiesz­czy wzrok żan­dar­mów Kem­pe­itai. Ra­do­sne po­czu­cie re­be­lii pierz­chło, a są­sie­dzi so­bie przy­po­mnieli, że w cza­sie wojny je­dy­nym prio­ry­te­tem jest wła­sna ro­dzina. Nie mo­gli mar­no­wać czasu na szu­ka­nie cu­dzych za­gi­nio­nych dzieci.

*

Ty­dzień przed znik­nię­ciem Abel wró­cił do domu z na­rę­czem brzyd­kich, nie­wy­da­rzo­nych kwia­tów, które naj­wy­raź­niej ze­rwał przy dro­dze. Był jed­nak taki dumny, że Ce­cily wsta­wiła je do wa­zonu i uda­wała, że są to naj­pięk­niej­sze kwiaty, ja­kie w ży­ciu wi­działa. Po jego znik­nię­ciu ziel­sko po­schło i się po­kru­szyło, ale Ce­cily nie była w sta­nie go wy­rzu­cić. Aż któ­re­goś po­po­łu­dnia za­po­mniała za­mknąć okno w sy­pialni w cza­sie bu­rzy, ta­kiej gło­śnej, wstrzą­sa­ją­cej ścia­nami, tro­pi­kal­nej bu­rzy, z ja­kiej słyną Ma­laje. Mgiełka desz­czo­wej wody roz­py­liła się w po­koju, a wiatr wszystko po­przew­ra­cał, tłu­kąc przy tym wa­zon z wy­su­szo­nym bu­kie­tem od Abla. Wie­czo­rem po bu­rzy Gor­don zna­lazł żonę, kiedy po­krwa­wio­nymi pal­cami usi­ło­wała po­skle­jać wa­zon, a znisz­czony bu­kiet uło­żyć tak, by był wzro­stu chłopca. Ale po­dob­nie jak z ele­men­tami, które wpra­wiła w ruch przed dzie­się­ciu laty, nie dało się nic na­pra­wić. Nie było od­wrotu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki