Rozpad umysłu. Biografia schizofrenii - Jeffrey A. Lieberman

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przy­pisy koń­cowe

Pro­log

[1] He­brew Bi­ble: Je­wish Sa­cred Wri­tings, En­cyc­lo­pa­edia Bri­tan­nica on­line, 20 maja 2020, https://ti­ny­url.com/y86zo­u8l.
[2] Dla kom­fortu czy­tel­nika nie­bę­dą­cego spe­cja­li­stą w za­kre­sie zdro­wia psy­chicz­nego warto roz­róż­nić dwa po­ję­cia: za­bu­rze­nia psy­chiczne oraz za­bu­rze­nia psy­cho­tyczne. Pierw­sze po­ję­cie obej­muje cały ka­ta­log za­bu­rzeń psy­chicz­nych czło­wieka, dru­gie do­ty­czy jed­nego z ro­dza­jów za­bu­rzeń psy­chicz­nych. Za­bu­rze­nia psy­cho­tyczne swoją na­zwę za­wdzię­czają po­ję­ciu psy­chozy (ob­ja­wia się ona mię­dzy in­nymi po­przez uro­je­nia, to zna­czy głę­boko fał­szywe, nie­lo­giczne prze­ko­na­nia, a także omamy, zwane ha­lu­cy­na­cjami, czyli za­bu­rze­nia per­cep­cji, naj­czę­ściej wzro­kowe lub słu­chowe). Tym sa­mym leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne to tylko jedna z ka­te­go­rii le­ków sto­so­wa­nych w psy­chia­trii, prze­zna­czona do le­cze­nia za­bu­rzeń psy­cho­tycz­nych (przyp. red.).
[3] Spen­cer L. Ja­mes i in., Glo­bal, Re­gio­nal, and Na­tio­nal In­ci­dence, Pre­va­lence, and Years Li­ved with Di­sa­bi­lity for 354 Di­se­ases and In­ju­ries for 195 Co­un­tries and Ter­ri­to­ries, 1990-2017: A Sys­te­ma­tic Ana­ly­sis for the Glo­bal Bur­den of Di­se­ase Study 2017, "Lan­cet" 2018, t. 392, nr 10159, s. 1789-1858.
[4] Su­kanta Saha i in., A Sys­te­ma­tic Re­view of the Pre­va­lence of Schi­zo­ph­re­nia, "PLOS Me­di­cine" 2005, t. 2, nr 5, s. e141; Berta Mo­reno-Küst­ner, Car­los Mar­tin, Loly Pa­stor, Pre­va­lence of Psy­cho­tic Di­sor­ders and Its As­so­cia­tion with Me­tho­do­lo­gi­cal Is­sues. A Sys­te­ma­tic Re­view and Meta-Ana­ly­ses, "PLoS One" 2018, t. 13, nr 4, s. e0195687.
[5] Ste­phan Ripke i in., Bio­lo­gi­cal In­si­ghts from 108 Schi­zo­ph­re­nia-As­so­cia­ted Ge­ne­tic Loci, "Na­ture" 2014, t. 511, nr 7510, s. 421-427.
[6] San­dra L. Ma­the­son i in., A Sys­te­ma­tic Meta-Re­view Gra­ding the Evi­dence for Non-Ge­ne­tic Risk Fac­tors and Pu­ta­tive An­te­ce­dents of Schi­zo­ph­re­nia, "Schi­zo­ph­re­nia Re­se­arch" 2011, t. 133, nr 1-3, s. 133-142; Mark Opler i in., Envi­ron­men­tal Risk Fac­tors and Schi­zo­ph­re­nia, "In­ter­na­tio­nal Jo­ur­nal of Men­tal He­alth" 2013, t. 42, nr 1, s. 23-32.
[7] Ro­bert A. Po­wer i in., Ge­ne­tic Pre­di­spo­si­tion to Schi­zo­ph­re­nia As­so­cia­ted with In­cre­ased Use of Can­na­bis, "Mo­le­cu­lar Psy­chia­try" 2014, t. 19, nr 11, s. 1201-1204.
[8] Po­oja R. De­sai i in., Es­ti­ma­ting the Di­rect and In­di­rect Co­sts for Com­mu­nity-Dwel­ling Pa­tients with Schi­zo­ph­re­nia, "Jo­ur­nal of Phar­ma­ceu­ti­cal He­alth Se­rvi­ces Re­se­arch" 2013, t. 4, nr 4, s. 187-194.
[9] Esmé We­ijun Wang, The Col­lec­ted Schi­zo­ph­re­nias, Min­ne­apo­lis: Gray­wolf Press 2019, s. 3.
[10] Sean O'Ha­gan, King­sley Hall: R. D. La­ing's Expe­ri­ment in Anti-Psy­chia­try, "Gu­ar­dian", 1 wrze­śnia 2012, https://ti­ny­url.com/zflqzen.
[11] De­rek Kru­eger, Sy­meon the Holy Fool: Le­on­tius's Life and the Late An­ti­que City, Ber­ke­ley: Uni­ver­sity of Ca­li­for­nia Press 1996; Fer­nando Espí For­cén, Car­los Espí For­cén, Sy­meon the Holy Fool: Pa­tron of the Men­tally Ill, "Bri­tish Jo­ur­nal of Psy­chia­try" 2014, t. 205, nr 2, s. 94.
[12] Jes­sica Car­mo­sino, The Cle­ve­land State Ho­spi­tal, Cle­ve­land Hi­sto­ri­cal, 12 wrze­śnia 2019, https://ti­ny­url.com/28ds­szbu.
[13] Ro­bin M. Mur­ray, Shôn W. Le­wis, Is Schi­zo­ph­re­nia a Neu­ro­de­ve­lop­men­tal Di­sor­der?, "Bri­tish Me­di­cal Jo­ur­nal" 1987, t. 295, nr 6600, s. 681-682; Da­niel R. We­in­ber­ger, Im­pli­ca­tions of Nor­mal Brain De­ve­lop­ment for the Pa­tho­ge­ne­sis of Schi­zo­ph­re­nia, "Ar­chi­ves of Ge­ne­ral Psy­chia­try" 1987, t. 44, nr 7, s. 660-669.
[14] Ro­bin M. Mur­ray, Colm McDo­nald, Elvira Bra­mon, Neu­ro­de­ve­lop­men­tal Im­pa­ir­ment, Do­pa­mine Sen­si­ti­sa­tion, and So­cial Ad­ver­sity in Schi­zo­ph­re­nia, "World Psy­chia­try" 2002, t. 1, nr 3, s. 137.
[15] Jef­frey Lie­ber­man i in., Time Co­urse and Bio­lo­gic Cor­re­la­tes of Tre­at­ment Re­sponse in First-Epi­sode Schi­zo­ph­re­nia, "Ar­chi­ves of Ge­ne­ral Psy­chia­try" 1993, t. 50, nr 5, s. 369-376; Jef­frey Lie­ber­man i in., Tre­at­ment Out­come of First Epi­sode Schi­zo­ph­re­nia, "Psy­cho­phar­ma­co­logy Bul­le­tin" 1989, t. 25, nr 1, s. 92.
[16] Diana O. Per­kins i in., Re­la­tion­ship Be­tween Du­ra­tion of Untre­ated Psy­cho­sis and Out­come in First-Epi­sode Schi­zo­ph­re­nia: A Cri­ti­cal Re­view and Meta-Ana­ly­sis, "Ame­ri­can Jo­ur­nal of Psy­chia­try" 2005, t. 162, nr 10, s. 1785-1804.
[17] Al­ko­miet Ha­san i in., World Fe­de­ra­tion of So­cie­ties of Bio­lo­gi­cal Psy­chia­try (WFSBP) Gu­ide­li­nes for Bio­lo­gi­cal Tre­at­ment of Schi­zo­ph­re­nia - A Short Ver­sion for Pri­mary Care, "In­ter­na­tio­nal Jo­ur­nal of Psy­chia­try in Cli­ni­cal Prac­tice" 2017, t. 21, nr 2, s. 82-90.

Pro­log

Jo­nah miał dwa­dzie­ścia lat, kiedy się po­zna­li­śmy. Był in­te­li­gentny, uta­len­to­wany, sta­wiał so­bie nie­zwy­kle am­bitne cele i wy­glą­dało na to, że zdoła po­ko­nać każdą prze­szkodę. Miał mnó­stwo pew­no­ści sie­bie. Po­cho­dził z ro­dziny or­to­dok­syj­nych ży­dów; jego przod­ko­wie wy­emi­gro­wali z Pol­ski po pierw­szej woj­nie świa­to­wej i osie­dlili się na Bro­okly­nie. Za­li­czali się do ży­dow­skiej elity, na­le­żeli do rodu ka­pła­nów, który wy­wo­dził się od Aarona, brata pro­roka Moj­że­sza[1]. Wie­dzia­łem, że Jo­nah może po­chwa­lić się wy­bit­nymi osią­gnię­ciami w na­uce. Ro­dzice uwa­żali go za ge­nial­nego "wy­brańca losu". Wiele za­in­we­sto­wali w jego przy­szłe suk­cesy: za­wsze go­towi byli wy­da­wać pie­nią­dze, a także po­świę­cać mu czas. Wią­zali z nim ogromne na­dzieje. Choć nie­kiedy ta­kie ocze­ki­wa­nia stają się nie­zno­śnym cię­ża­rem, Jo­nah nie­zmier­nie ce­nił so­bie swój wy­jąt­kowy sta­tus. Jak wielu "po­rząd­nych, ży­dow­skich chłop­ców" za­mie­rzał zo­stać le­ka­rzem - i to wy­bit­nym, pod­kre­ślała z dumą jego matka.

Ale w 1980 roku, kiedy Jo­nah za­czął stu­dia, jego wspa­niała przy­szłość sta­nęła pod zna­kiem za­py­ta­nia. Do tej pory był pil­nym i obo­wiąz­ko­wym uczniem, miał nie­na­ganne ma­niery i nie­na­ganny wy­gląd. Te­raz czę­sto zda­rzało się, że nie przy­cho­dził na za­ję­cia, stał się nie­chlujny, za­cho­wy­wał się oso­bli­wie, wy­da­wał się sku­piony wy­łącz­nie na so­bie. Za­drę­czał wszyst­kich do­okoła roz­mo­wami na te­mat za­wi­łych kwe­stii fi­lo­zo­ficz­nych, które ob­se­syj­nie roz­trzą­sał. Współ­lo­ka­tor Jo­naha za­nie­po­ko­jony tą na­głą zmianą za­cho­wa­nia po­in­for­mo­wał o niej dy­rek­tora aka­de­mika. Dy­rek­tor skon­tak­to­wał się z ro­dzi­cami chło­paka i po­wie­dział, że za­mie­rza skie­ro­wać go do le­ka­rza na kam­pu­sie. Ro­dzice za­pro­te­sto­wali i po­sta­no­wili sami za­jąć się sprawą.

W ten spo­sób Jo­nah tra­fił do Mo­unt Si­nai Ho­spi­tal w No­wym Jorku. Pra­co­wa­łem tam wów­czas jako młod­szy psy­chia­tra na noc­nym dy­żu­rze. Jo­nah prze­cho­dził wła­śnie pierw­szy epi­zod psy­chozy. Ob­jawy, a także roz­ma­ite zda­rze­nia z jego hi­sto­rii wska­zy­wały na to, że roz­wija się u niego schi­zo­fre­nia. (Dziś w ta­kich przy­pad­kach mówi się o za­bu­rze­niu schi­zo­fre­no­for­micz­nym, czyli za­bu­rze­niu pod po­sta­cią schi­zo­fre­nii, w któ­rym ob­jawy wy­stę­pują od nie­ca­łych sze­ściu mie­sięcy). Przy­jęto go na od­dział, za­czął do­sta­wać leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne[2].

Ob­jawy ustą­piły, w ciągu czte­rech ty­go­dni znik­nęły pra­wie cał­ko­wi­cie. Kiedy go wy­pi­sano, zgo­dzi­łem się nad­zo­ro­wać dal­szą te­ra­pię am­bu­la­to­ryjną. Przez kilka ko­lej­nych ty­go­dni Jo­nah spo­ra­dycz­nie przy­cho­dził na wi­zyty. Po­tem na­gle prze­rwał le­cze­nie - wró­cił na uczel­nię, bo chciał nad­ro­bić stra­cony czas i po­za­li­czać za­ję­cia.

Trzy mie­siące póź­niej znów za­cho­ro­wał. Oka­zało się, że od­sta­wił le­kar­stwa, gdyż uznał, że są nie­po­trzebne, skoro ob­jawy ustą­piły. Rzecz ja­sna, cho­roba wkrótce wró­ciła. Za­nim prze­ra­żeni ro­dzice się ze mną skon­tak­to­wali, Jo­nah był już na gra­nicy ko­lej­nego na­padu psy­chozy. Sły­szał głosy, które za­po­wia­dały nad­cho­dzącą glo­balną ka­ta­strofę. Wszę­dzie wi­dział jej za­po­wie­dzi. Oba­wiał się, że Bóg prze­grywa walkę z si­łami zła i że wkrótce na­stąpi ko­niec świata.

Po­now­nie przy­ję­li­śmy Jo­naha do szpi­tala, da­li­śmy mu neu­ro­lep­tyk po­wo­du­jący nieco inne skutki uboczne, po­dej­rze­wa­li­śmy bo­wiem, że od­sta­wił po­przedni lek, gdyż źle się po nim czuł. Na szczę­ście do­brze re­ago­wał na te­ra­pię i zy­skał ko­lejną szansę na po­wrót do daw­nego ży­cia, ale nie zdo­łał jej wy­ko­rzy­stać. Z po­wodu le­ków do­sta­wał drga­wek, miał też trud­no­ści z kon­cen­tra­cją, co prze­szka­dzało mu w na­uce. Po­nie­waż psy­choza po­now­nie ustą­piła, Jo­nah po­czuł się zbyt pewny sie­bie - w przy­padku mło­dych lu­dzi to dość czę­ste - i po pół roku znów po­sta­no­wił od­sta­wić pi­gułki. Po ko­lej­nych dwóch na­wro­tach cho­roby i dwóch ho­spi­ta­li­za­cjach mu­siał osta­tecz­nie prze­rwać stu­dia.

Czu­łem fru­stra­cję i bez­rad­ność, zwró­ci­łem się więc o radę do mo­jego daw­nego pro­mo­tora. Chcia­łem, żeby Jo­nah prze­ła­mał błędne koło. Jak mo­głem mu po­móc? Są­dzi­łem, że pro­mo­tor wy­głosi ja­kąś mą­drą mak­symę lub przy­naj­mniej okaże mi współ­czu­cie. Za­miast tego oznaj­mił szorstko: "Cza­sami mu­sisz po­zwo­lić, żeby pa­cjent od­cier­piał swoje i w ten spo­sób zro­zu­miał, że po­trze­buje te­ra­pii".

Jego słowa wpra­wiły mnie w osłu­pie­nie. Ta­kie rze­czy mó­wiło się ra­czej o lu­dziach uza­leż­nio­nych od nar­ko­tyku lub al­ko­holu - pod­no­szono ar­gu­ment, że nie­kiedy trzeba zna­leźć się na sa­mym dnie, aby się od niego od­bić - ale prze­cież roz­ma­wia­li­śmy o chło­paku cier­pią­cym na schi­zo­fre­nię. Po­stawa pro­mo­tora wy­dała mi się szo­ku­jąco bez­duszna. Jo­na­howi gro­ziło śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo. Gdyby cho­dziło o pa­cjenta on­ko­lo­gicz­nego, który prze­rywa che­mio­te­ra­pię, bo nie może znieść jej skut­ków ubocz­nych, ża­den le­karz nie po­wie­działby: "Po­cze­kajmy, aż doj­dzie do ko­lej­nych prze­rzu­tów. Wtedy chory na pewno zro­zu­mie, że musi wzno­wić che­mię".

Trzeba od­dać Jo­na­howi spra­wie­dli­wość: miał prawo nie zda­wać so­bie sprawy, jak strasz­liwe by­wają skutki schi­zo­fre­nii. Więk­szość lu­dzi dys­po­nuje co naj­mniej pod­sta­wową wie­dzą na te­mat no­wo­two­rów, cho­rób serca i cu­krzycy, ale o schi­zo­fre­nii mało kto po­trafi po­wie­dzieć co­kol­wiek kon­kret­nego. W li­te­ra­tu­rze me­dycz­nej pierw­sza wzmianka o "psy­cho­edu­ka­cji" - czyli ob­ja­śnia­niu pa­cjen­tom i ich bli­skim, czym ob­ja­wia się zdia­gno­zo­wana cho­roba i jak może prze­bie­gać - po­ja­wia się w roku 1980. Za­nim jed­nak psy­cho­edu­ka­cja za­częła się upo­wszech­niać, mu­siało mi­nąć ko­lejne dzie­sięć lat. Zresztą, na­wet obec­nie nie jest ona do­sta­tecz­nie sze­roko prak­ty­ko­wana. Kiedy Jo­nah za­cho­ro­wał, psy­chia­tria do­piero co za­czy­nała od­cho­dzić od po­wszech­nie sto­so­wa­nej za­sady na­ka­zu­ją­cej ukry­wa­nie dia­gnoz przed pa­cjen­tami i ich ro­dzi­nami. Chło­pak wie­dział, że jest chory. Wie­dzieli o tym rów­nież jego ro­dzice. Nie mieli jed­nak po­ję­cia, że cho­roba bę­dzie na­wra­cać, że może po­wo­do­wać nie­od­wra­calną nie­peł­no­spraw­ność i że je­śli nie bę­dzie od­po­wied­nio le­czona, na za­wsze unie­moż­liwi Jo­na­howi nor­malne funk­cjo­no­wa­nie. Nie­stety, za długo zwle­ka­li­śmy z wy­ja­śnie­niami. Po­stę­po­wa­li­śmy zgod­nie z przy­ka­za­niami, które wpa­jano nam od po­czątku stu­diów. Uni­ka­li­śmy edu­ko­wa­nia pa­cjenta i jego ro­dziny na te­mat schi­zo­fre­nii, bo są­dzi­li­śmy, że to nie­wła­ściwa prak­tyka, mo­gąca wy­rzą­dzać po­ważne szkody.

Ukry­wa­nie in­for­ma­cji przed cho­rymi sta­no­wiło wy­pad­kową róż­nych czyn­ni­ków. Ów­cze­śni le­ka­rze byli zdy­stan­so­wani, chłodni i rze­czowi, uwa­żali rów­nież, że nie na­leży mó­wić pa­cjen­tom o szcze­gól­nie nie­po­myśl­nych dia­gno­zach. Po­nadto w psy­chia­trii na­dal obo­wią­zy­wało za­le­ce­nie wy­wo­dzące się z psy­cho­ana­lizy, aby nie ob­ja­śniać pa­cjen­towi istoty drę­czą­cej go cho­roby, gdyż mo­głoby to ne­ga­tyw­nie wpły­nąć na sku­tecz­ność psy­cho­te­ra­pii. Skoro tak, w roz­mo­wach z pa­cjen­tami po­mi­ja­li­śmy wiele istot­nych spraw, choć tak na­prawdę po­trze­bo­wali peł­nej in­for­ma­cji - do­ty­czyło to zwłasz­cza lu­dzi mło­dych, któ­rzy za­częli cho­ro­wać względ­nie nie­dawno, a do tego czuli się nie­śmier­telni, nie­zwy­cię­żeni, przez co mieli skłon­ność do ba­ga­te­li­zo­wa­nia pro­blemu i prze­ry­wa­nia te­ra­pii, gdy tylko ob­jawy usta­wały.

Do­piero dziś ro­zu­miem, że i Jo­nah, i ja po­zna­wa­li­śmy wów­czas gorzką prawdę na te­mat schi­zo­fre­nii - prawdę, która na­zna­czyła nas obu w zu­peł­nie różny spo­sób. Jo­nah uświa­do­mił so­bie, że nie jest wszech­mo­gący i że nie może kon­tro­lo­wać pew­nych aspek­tów swo­jego ży­cia. Za­ata­ko­wała go naj­bar­dziej bez­li­to­sna ze wszyst­kich cho­rób psy­chicz­nych, która z cza­sem po­trafi ska­zać czło­wieka na nie­peł­no­spraw­ność umy­słową, a do tego, ze względu na swoje nie­zwy­kle skom­pli­ko­wane pod­łoże ge­ne­tyczne i neu­ro­lo­giczne, opiera się pró­bom le­cze­nia. Te­raz Jo­nah mu­siał na wła­snej skó­rze prze­ko­nać się, co to zna­czy. Ja na­to­miast uświa­do­mi­łem so­bie ogra­ni­cze­nia współ­cze­snej psy­chia­trii oraz tra­giczne kon­se­kwen­cje cho­rób psy­chicz­nych. Mój mło­dzień­czy ide­alizm kłó­cił się z ogól­nie przy­ję­tymi stan­dar­dami opieki.

Hi­sto­ria Jo­naha była nie­zwy­kle przy­gnę­bia­jąca, ale nie­stety dość ty­powa. Na po­czątku lat osiem­dzie­sią­tych u osób ze zdia­gno­zo­waną schi­zo­fre­nią czę­sto do­cho­dziło do cy­klicz­nych na­wro­tów cho­roby i po­now­nych ho­spi­ta­li­za­cji. Okre­ślano to po­tocz­nym mia­nem syn­dromu drzwi ob­ro­to­wych. Nie­stety, słowa mo­jego pro­mo­tora do­sko­nale wy­ra­żały po­wszechny w psy­chia­trii pe­sy­mizm. Ow­szem, obu­rza­łem się, że pa­cjenci są lek­ce­wa­żeni, ale prze­cież by­łem po­cząt­ku­ją­cym le­ka­rzem i nie śmia­łem kwe­stio­no­wać obo­wią­zu­ją­cej or­to­dok­sji. Za­ra­zem w głębi du­szy bun­to­wa­łem się prze­ciwko tak nie­ludz­kiej prak­tyce. Le­ka­rze nie ro­zu­mieli, że mu­szą ko­niecz­nie jak naj­szyb­ciej prze­ko­nać pa­cjen­tów do pod­ję­cia te­ra­pii. Co prawda do­piero de­kadę póź­niej ba­da­nia wy­ka­zały, że cze­ka­nie, aż chory "od­bije się od dna", po­wo­duje nie­od­wra­calne szkody, mimo to już wtedy, na po­czątku lat osiem­dzie­sią­tych, uwa­ża­łem ta­kie po­dej­ście za ha­niebne. Z per­spek­tywy czasu wy­daje mi się, że słowa mo­jego pro­mo­tora były pierw­szym z wielu bodź­ców, które spra­wiły, że po­sta­no­wi­łem za­jąć się ba­da­niem schi­zo­fre­nii i szu­ka­niem sku­tecz­niej­szych form le­cze­nia.

Schi­zo­fre­nia, bar­dziej niż ja­ka­kol­wiek inna cho­roba umy­słowa, jest w po­tocz­nej świa­do­mo­ści utoż­sa­miana z obłę­dem. Ko­ja­rzy się z bez­dom­nym, który stoi boso na mro­zie i krzy­czy na ja­kie­goś nie­wi­dzial­nego prze­ciw­nika; z ku­zynką prze­ko­naną, że są­sie­dzi wpusz­czają tru­jący gaz przez ścianę; z przy­ja­cie­lem po­wta­rza­ją­cym, że rząd za­in­sta­lo­wał w jego miesz­ka­niu ka­mery; ze spraw­cami ir­ra­cjo­nal­nych, nie­zro­zu­mia­łych, ma­so­wych strze­la­nin. Czło­wiek prze­ży­wa­jący epi­zod psy­chozy nie po­trafi nie­kiedy od­róż­niać rze­czy­wi­sto­ści od swo­ich wy­obra­żeń. Kiedy mamy z kimś ta­kim do czy­nie­nia, wy­daje się nam oczy­wi­ste, że wi­dzimy praw­dziwe ob­li­cze sza­leń­stwa.

Nie mó­wimy o no­wej ani rzad­kiej cho­ro­bie. Schi­zo­fre­nia ist­nieje naj­praw­do­po­dob­niej od se­tek, a może i ty­sięcy lat. Za­li­cza się do głów­nych przy­czyn nie­peł­no­spraw­no­ści[3]; cho­ruje na nią około 0,5 pro­cent glo­bal­nej po­pu­la­cji osób do­ro­słych[4]. To 3,3 mi­liona lu­dzi w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i 78 mi­lio­nów lu­dzi na ca­łym świe­cie. Nie jest wy­bredna. Po­trafi za­ata­ko­wać wzo­ro­wego ucznia, który wy­biera się na jedną z to­po­wych uczelni w kraju, świet­nego, mło­dego spor­towca albo ubo­giego dzie­ciaka z roz­bi­tej ro­dziny. Do­tyka wszyst­kich bez względu na płeć, rasę lub po­cho­dze­nie et­niczne. Ani za­moż­ność, ani do­bre wy­kształ­ce­nie nie za­pew­niają ochrony. Trzeba na­to­miast pa­mię­tać, że czyn­niki spo­łeczno-eko­no­miczne i przy­na­leż­ność ra­sowa w znacz­nym stop­niu wpły­wają na to, czy cho­roba zo­sta­nie od­po­wied­nio szybko zdia­gno­zo­wana, a także na ro­dzaj i ja­kość pod­ję­tej te­ra­pii. Szcze­gól­nie okrutne jest to, że schi­zo­fre­nia daje o so­bie znać za­zwy­czaj w póź­nej na­sto­let­nio­ści lub we wcze­snej do­ro­sło­ści, a więc wtedy, gdy młody czło­wiek po­wi­nien cie­szyć się naj­lep­szymi la­tami swo­jego ży­cia.

Dzięki ogrom­nym po­stę­pom na­uko­wym, które do­ko­nały się od po­łowy XX wieku, wiemy obec­nie, że schi­zo­fre­nia to cho­roba mó­zgu po­wo­du­jąca za­bu­rze­nie my­śle­nia, per­cep­cji i emo­cji. Za­czę­li­śmy też po­zna­wać jej przy­czyny. Po­tra­fimy już za­ob­ser­wo­wać pewne zmiany w struk­tu­rze mó­zgu, bio­che­miczne ano­ma­lie i mu­ta­cje ge­ne­tyczne za­pi­sane w czą­stecz­kach kwasu dez­ok­sy­ry­bo­nu­kle­ino­wego (DNA) cho­rych i ich krew­nych. Po­mału po­zna­jemy bio­lo­giczne pod­łoże schi­zo­fre­nii, co po­zwala le­piej ukie­run­ko­wać ba­da­nia ma­jące na celu od­kry­cie no­wych le­ków i form te­ra­pii.

Ob­jawy schi­zo­fre­nii są z po­czątku trudno do­strze­galne, z cza­sem jed­nak przy­bie­rają na sile i przyj­mują trzy formy: mó­wimy o ob­ja­wach po­zy­tyw­nych (uro­je­nia i omamy), ne­ga­tyw­nych (an­he­do­nia, czyli nie­moż­ność od­czu­wa­nia przy­jem­no­ści; spły­ce­nie emo­cji) i ko­gni­tyw­nych (ogra­ni­czona zdol­ność sku­pia­nia uwagi, za­bu­rze­nia pa­mięci, za­bu­rze­nia funk­cji wy­ko­naw­czych, na przy­kład zdol­no­ści roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów lub pla­no­wa­nia i or­ga­ni­zo­wa­nia). Symp­tomy na­si­lają się za­zwy­czaj po­woli, aż wresz­cie nad­cho­dzi psy­choza. Roz­po­częte w porę sku­teczne le­cze­nie może spra­wić, że ob­jawy znikną, a więk­szość pa­cjen­tów za­cznie wra­cać do zdro­wia. Je­śli jed­nak te­ra­pia nie zo­sta­nie pod­jęta lub je­śli chory do­świad­cza licz­nych na­wro­tów, jego umysł bę­dzie dzia­łał co­raz go­rzej, aż wresz­cie nor­malne funk­cjo­no­wa­nie sta­nie się nie­moż­liwe. Czło­wiek jest wów­czas zu­peł­nie bez­bronny i na­ra­żony na śmierć przed­wcze­sną na­wet o kil­ka­dzie­siąt lat, je­śli - co nie­stety praw­do­po­dobne - jego re­la­cje z in­nymi po­sy­pią się, a roz­ma­ite naj­zu­peł­niej zwy­czajne cho­roby fi­zyczne nie zo­staną w porę roz­po­znane i wy­le­czone.

Dawno już za­uwa­żono, że schi­zo­fre­nia czę­sto do­tyka człon­ków jed­nej ro­dziny, co wska­zuje na jej dzie­dziczne, ge­ne­tyczne pod­łoże. Od­kąd po­ja­wiły się nowe tech­niki se­kwen­cjo­no­wa­nia ge­no­mów, na­ukow­com udało się zi­den­ty­fi­ko­wać po­nad sto ge­nów, które na roz­ma­ite spo­soby mogą być po­wią­zane z cho­robą[5]. Ry­zyko ro­śnie też za sprawą pew­nych czyn­ni­ków śro­do­wi­sko­wych, ma­ją­cych wpływ na roz­wój mó­zgu w okre­sie ciąży i po­rodu, na przy­kład uszko­dzeń fi­zycz­nych[6]. Ob­jawy psy­chozy mogą wy­stą­pić pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, acz­kol­wiek nar­ko­tyki wy­wo­łają dłu­go­trwałą cho­robę wy­łącz­nie u osób po­dat­nych ge­ne­tycz­nie lub, w nie­któ­rych przy­pad­kach, na sku­tek dłu­go­trwa­łego, in­ten­syw­nego sto­so­wa­nia[7].

Choć schi­zo­fre­nia to względ­nie czę­sto spo­ty­kana cho­roba po­cią­ga­jąca za sobą ol­brzy­mie koszty po­no­szone przez całe spo­łe­czeń­stwo, nie bu­dzi tak wiel­kiego za­in­te­re­so­wa­nia jak inne plagi, z któ­rymi bo­ryka się ludz­kość[8]. Brak za­in­te­re­so­wa­nia ozna­cza, rzecz ja­sna, mniej pie­nię­dzy na ba­da­nia i le­cze­nie. Zda­rzali się sławni cho­rzy - można tu wy­mie­nić choćby le­gen­dar­nego tan­ce­rza ba­le­to­wego Wa­cława Ni­żyń­skiego i ma­te­ma­tyka Johna Na­sha, no­bli­stę, o któ­rego ży­ciu opo­wia­dają przej­mu­jąca książka Sy­lvii Na­sar i film Piękny umysł na­gro­dzony w 2001 roku Osca­rem - ale, w prze­ci­wień­stwie do cu­krzycy, cho­roby Par­kin­sona czy al­zhe­imera, schi­zo­fre­nia nie ma swo­ich rzecz­ni­ków-ce­le­bry­tów. Jest po­wszechna, a za­ra­zem nie­wi­dzialna. Są­dzę, że więk­szość lu­dzi nie po­tra­fi­łaby wy­mie­nić ani jed­nej osoby pu­blicz­nej cier­pią­cej na schi­zo­fre­nię, a tym bar­dziej osoby, która zdo­łała dojść do sie­bie i otwar­cie o tym opo­wiada.

Nie­wy­klu­czone, że po­mału się to zmie­nia. Opty­mi­stycz­nym zwia­stu­nem no­wego spo­sobu mó­wie­nia o cho­ro­bie jest choćby au­to­bio­gra­ficzna książka Elyn Saks Schi­zo­fre­nia. Moja droga przez sza­leń­stwo wy­dana w 2007 roku, lecz ty­po­wym wy­obra­że­niom od­po­wiada ra­czej ob­raz przed­sta­wiony przez dzien­ni­ka­rza Ro­berta Kol­kera w re­por­tażu W ciem­nej do­li­nie z 2020 roku, opo­wia­da­ją­cym o ame­ry­kań­skiej ro­dzi­nie, w któ­rej sze­ściu braci za­cho­ro­wało na schi­zo­fre­nię i do­świad­czyło jej tra­gicz­nych skut­ków.

Esmé We­ijun Wang, pi­sarka ży­jąca z za­bu­rze­niem schi­zo­afek­tyw­nym, wy­dała zbiór ese­jów za­ty­tu­ło­wany The Col­lec­ted Schi­zo­ph­re­nias [Schi­zo­fre­nie ze­brane]. Roz­po­czyna go tek­stem na te­mat dia­gnozy i to­wa­rzy­szą­cego jej piętna. Pierw­sze zda­nie brzmi: "Schi­zo­fre­nia prze­raża"[9].

Igno­ro­wa­nie schi­zo­fre­nii to w ogrom­nej mie­rze sku­tek uprze­dzeń, które za­wsze ro­dzą się, gdy bra­kuje wie­dzy. Po­stępy na­uki i roz­wój cy­wi­li­za­cji po­zwo­liły ogra­ni­czyć lub wy­eli­mi­no­wać piętno to­wa­rzy­szące ta­kim cho­ro­bom jak trąd, ospa praw­dziwa, gruź­lica, no­wo­twory czy AIDS. Losy schi­zo­fre­nii po­to­czyły się jed­nak ina­czej. Na jej te­mat na­dal krąży wiele błęd­nych opi­nii i kłamstw. Schi­zo­fre­nia nie ozna­cza "roz­dwo­je­nia jaźni". Nie ma nic wspól­nego z gwał­tow­nym prze­cho­dze­niem z jed­nej skraj­no­ści w drugą - po­słowi czy mi­ni­strowi, który zmie­nia zda­nie w ja­kiejś kwe­stii, nie na­leży przy­pi­sy­wać "po­li­tycz­nej schi­zo­fre­nii". Mylne oka­zało się rów­nież stwier­dze­nie psy­chia­try R. D. La­inga, który w la­tach sześć­dzie­sią­tych XX wieku na­zy­wał schi­zo­fre­nię "w pełni ra­cjo­nalną re­ak­cją na sza­leń­stwo świata"[10]. Jakby tego wszyst­kiego było mało, schi­zo­fre­nię ła­two po­my­lić z in­nymi cho­ro­bami psy­chicz­nymi, zwłasz­cza z cięż­kim za­bu­rze­niem afek­tyw­nym dwu­bie­gu­no­wym, z za­bu­rze­niami na­stroju, któ­rym to­wa­rzy­szą ob­jawy psy­chozy, oraz z za­bu­rze­niami psy­cho­tycz­nymi wy­wo­ła­nymi przez sub­stan­cję/lek. W każ­dej z tych cho­rób mogą po­ja­wiać się ob­jawy psy­chozy, ist­nieją jed­nak wy­raźne róż­nice. Do głów­nych symp­to­mów za­bu­rzeń afek­tyw­nych, któ­rym to­wa­rzy­szą ob­jawy psy­chozy, na­leżą skrajne emo­cje. Za­bu­rze­nie psy­cho­tyczne wy­wo­łane przy­ję­ciem sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nej ustę­puje spon­ta­nicz­nie, gdy tylko zo­staje ona usu­nięta z or­ga­ni­zmu. Wy­róż­nia się także za­bu­rze­nie schi­zo­afek­tywne: pod­sta­wowe ob­jawy schi­zo­fre­nii łą­czą się tu z de­pre­sją lub ma­nią. Nie­kiedy mówi się o oso­bo­wo­ści schi­zo­idal­nej. Wy­stę­puje ona u lu­dzi, u któ­rych ob­ser­wuje się część ob­ja­wów schi­zo­fre­nii z wy­jąt­kiem psy­chozy.

Schi­zo­fre­nia fa­scy­no­wała mnie na długo, za­nim po­zna­łem jej na­zwę. Jako dziecko uwiel­bia­łem sta­ro­żytne mity o Mar­duku, Gil­ga­me­szu, Jahwe i Ody­nie, ba­bi­loń­skie, per­skie i grec­kie opo­wie­ści, a także re­la­cje na te­mat lu­dów za­miesz­ku­ją­cych ce­sar­stwo rzym­skie i śre­dnio­wieczną Eu­ropę. Naj­bar­dziej lu­bi­łem mi­to­lo­gię grecką. Czę­sto za­da­wa­łem so­bie py­ta­nia, czy bo­ha­te­ro­wie Iliady i Ody­sei na­prawdę są­dzą, że roz­ma­wiają z bo­gami, czy też jest to tylko za­bieg li­te­racki.

Pró­bo­wa­łem po­rów­ny­wać moje ży­cie z ży­ciem sta­ro­żyt­nych lu­dzi. Więk­szość mi­tów do­ty­czyła spraw, dla któ­rych w Ame­ryce po­łowy XX wieku można było zna­leźć ja­kie­goś ro­dzaju pa­ra­lele: po­ru­szano w nich ta­kie te­maty jak pro­wa­dze­nie domu, praca, przy­go­to­wy­wa­nie żyw­no­ści, po­li­tyka, re­li­gia, związki i kon­flikty. Za­ra­zem nie­które za­cho­wa­nia sta­ro­żyt­nych wy­da­wały się kom­plet­nie obce i nie­zro­zu­miałe. W daw­nych tek­stach czę­sto po­ja­wiały się rów­nież dziwne po­staci, jak gdyby "nie z tego świata".

Za­li­czał się do nich na przy­kład Sy­meon z Emesy, ży­jący w VI wieku[11]. Spę­dziw­szy wiele lat na pu­styni, usły­szał głos Boga, który ka­zał mu zba­wiać ludz­kie du­sze. Sy­meon udał się za­tem do Emesy, (obec­nie Hims w za­chod­niej Sy­rii). Po dro­dze zna­lazł mar­twego psa le­żą­cego na ku­pie gnoju. Roz­luź­nił sznur swo­jej szaty, przy­wią­zał nim łapę psa i wszedł do mia­sta, cią­gnąc za sobą tru­chło. Miej­scowe dzieci bie­gały za nim i ob­rzu­cały go wy­zwi­skami. W ko­ściele Sy­meon gło­śno tłukł orze­chy i zdmu­chi­wał świece. Kiedy lu­dzie pró­bo­wali go prze­go­nić, ci­skał w ko­biety orze­chami i wy­wra­cał stoły z je­dze­niem. Tłum po­bił go nie­mal na śmierć. Sy­meon do­pusz­czał się też in­nych wy­bry­ków: pił na umór, wy­próż­niał się pu­blicz­nie, cho­dził nago uli­cami, cza­sami zda­rzało mu się wtar­gnąć do łaźni dla ko­biet.

W dzie­ciń­stwie uwa­ża­łem go za po­stać z daw­nej epoki, w któ­rej pa­no­wały roz­ma­ite dziwne za­bo­bony i pry­mi­tywne wie­rze­nia. Są­dzi­łem, że tego ro­dzaju święci czy pół­bo­go­wie nie mają żad­nych współ­cze­snych od­po­wied­ni­ków. Po­dob­nie od­no­si­łem się do Fran­ciszka z Asyżu czy Jo­anny d'Arc. Byli apo­kry­ficz­nymi ano­ma­liami spo­wi­tymi mgłą hi­sto­rii, przed­sta­wi­cie­lami mi­tycz­nego, wy­mar­łego ga­tunku, po­dob­nie jak ty­tani z grec­kiej mi­to­lo­gii czy ofiary bi­blij­nego po­topu. Do­piero póź­niej uświa­do­mi­łem so­bie, że mowa tu o naj­zu­peł­niej zwy­czaj­nych lu­dziach prze­ja­wia­ją­cych symp­tomy schi­zo­fre­nii: stąd dziwne, ir­ra­cjo­nalne za­cho­wa­nia, brak kon­taktu z rze­czy­wi­sto­ścią, omamy wzro­kowe i słu­chowe.

Krótko po pierw­szych li­te­rac­kich spo­tka­niach z Sy­me­onem z Emesy, świę­tym Fran­cisz­kiem i Jo­anną d'Arc uj­rza­łem obłęd na wła­sne oczy. W 1961 roku, kiedy cho­dzi­łem do siód­mej klasy, w ra­mach lek­cji na te­mat zdro­wia i hi­gieny urzą­dzono nam szkolną wy­cieczkę do szpi­tala psy­chia­trycz­nego. Mia­łem dwa­na­ście lat. Wie­dzę na te­mat cho­rób umy­sło­wych czer­pa­łem wy­łącz­nie z hor­ro­rów o psy­cho­pa­tycz­nych za­bój­cach. Nie po­tra­fi­łem po­wie­dzieć, skąd biorą się owe cho­roby ani jak się je le­czy.

Szpi­tal Sta­nowy w Cle­ve­land znaj­do­wał się w po­łu­dniowo-wschod­niej czę­ści mia­sta. Wy­bu­do­wano go w 1855 roku, pier­wot­nie no­sił na­zwę Za­kład dla Obłą­ka­nych Pół­noc­nego Ohio[12]. Nasz szkolny au­to­bus mi­nął bramę; w pierw­szej chwili od­nie­śli­śmy wra­że­nie, że je­ste­śmy na te­re­nie li­ceum z in­ter­na­tem lub na zie­lo­nym kam­pu­sie uni­wer­sy­tetu. Złu­dze­nia pry­sły, gdy tylko uj­rze­li­śmy sy­piące się bu­dynki z czer­wo­nej ce­gły. Za­trzy­ma­li­śmy się przed jed­nym z nich.

W holu po­wi­tała nas pie­lę­gniarka w nie­ska­zi­tel­nie bia­łym far­tu­chu. Po­pro­wa­dziła nas dłu­gim, ob­skur­nym ko­ry­ta­rzem przez od­działy dla męż­czyzn i ko­biet. Cze­kały nas tam ma­ka­bryczne wi­doki: pa­mię­tam lu­dzi o gro­te­skowo wy­krzy­wio­nych twa­rzach i po­wy­krę­ca­nych cia­łach, któ­rzy drep­tali po ciem­nych sa­lach. Ota­czał nas smród od­cho­dów. Ucie­kli­śmy przed nim do­piero, gdy mi­nę­li­śmy wiel­kie sta­lowe drzwi i zna­leź­li­śmy się w ogrom­nej kuchni, gdzie w ko­tłach go­to­wała się wła­śnie ja­kaś bura, kle­ista papka.

Pa­cjenci wy­glą­dali dziw­nie, mieli nie­ty­powo wy­dłu­żone głowy i koń­czyny. Nie­któ­rzy cią­gle się wier­cili lub po­dry­gi­wali, je­den z nich się ma­stur­bo­wał. Inni za­szyli się w ką­tach, sie­dzieli sku­leni na łóż­kach albo le­żeli na pod­ło­dze. Ich twa­rze były kom­plet­nie pu­ste. Wszy­scy bez względu na wiek wy­da­wali się sta­rzy i wy­nisz­czeni. Stą­pali po­woli, po­włó­cząc no­gami. Cza­sami roz­le­gały się na­głe wy­bu­chy śmie­chu albo czy­jeś gwał­towne krzyki.

Wi­zyta do­bie­gła końca. Ru­szy­li­śmy do drzwi, chcie­li­śmy stam­tąd uciec, czu­li­śmy obrzy­dze­nie, za­ra­zem jed­nak by­li­śmy dziw­nie pod­eks­cy­to­wani. Wszystko, co wi­dzie­li­śmy, było nowe i nie­znane, ni­czym obcy kraj lub obca pla­neta. Po­ka­zano nam inny świat, inny aspekt ludz­kiego do­świad­cze­nia, któ­rego wcze­śniej nie po­tra­fi­li­by­śmy so­bie na­wet wy­obra­zić. Nie mia­łem wów­czas po­ję­cia, że w szpi­talu tym prze­by­wało nie­gdyś dwoje człon­ków mo­jej ro­dziny. Do­wie­dzia­łem się o tym do­piero, kiedy pra­co­wa­łem nad ni­niej­szą książką.

Po­zna­nie szpi­tal­nych re­aliów mo­gło na za­wsze znie­chę­cić mnie do zaj­mo­wa­nia się oso­bami cho­rymi psy­chicz­nie i ich pro­ble­mami, ale jesz­cze w li­ceum za­czą­łem się in­te­re­so­wać mó­zgiem i ludz­kimi za­cho­wa­niami - w tym rów­nież przy­czy­nami cho­rób umy­sło­wych. Na trze­cim roku stu­diów po­sta­no­wi­łem wy­brać spe­cja­li­za­cję psy­chia­tryczną.

Fo­to­gra­fia Szpi­tala Sta­no­wego w Cle­ve­land zro­biona w 1927 roku. Szpi­tal wy­bu­do­wano w 1855 roku. Do lat sie­dem­dzie­sią­tych XIX wieku no­sił na­zwę Za­kład dla Obłą­ka­nych Pół­noc­nego Ohio

W 1975 roku prze­pro­wa­dzi­łem się do No­wego Jorku i za­czą­łem staż w Szpi­talu św. Win­cen­tego w Gre­en­wich Vil­lage. Czasy były mroczne: Nowy Jork znaj­do­wał się na skraju ban­kruc­twa, na izbach przy­jęć ro­iło się od agre­syw­nych, ciężko za­bu­rzo­nych lu­dzi bę­dą­cych pod wpły­wem PCP, czyli fen­cy­kli­dyny. Se­ryjny za­bójca Da­vid Ber­ko­witz znany jako Syn Sama - który, jak się póź­niej oka­zało, cier­piał na schi­zo­fre­nię - przez dwa lata ter­ro­ry­zo­wał mia­sto. Nie­długo po­tem za­częło przy­by­wać pa­cjen­tów z dziw­nymi in­fek­cjami i za­ka­że­niami, któ­rych nie po­tra­fi­li­śmy dia­gno­zo­wać ani le­czyć. Zna­ko­mici le­ka­rze i pie­lę­gniarki nie wie­dzieli, co ro­bić. Bez­sil­nie pa­trzyli, jak pa­cjenci umie­rają. Osta­tecz­nie oka­zało się, że za wszyst­kim stoi nowa cho­roba: ze­spół na­by­tego nie­do­boru od­por­no­ści, czyli AIDS. Po­czu­łem wielką ulgę, kiedy przy­szła pora, że­bym roz­po­czął staż psy­chia­tryczny. Są­dzi­łem, że psy­chia­tria zdą­żyła już do­brze po­znać cho­roby umy­słowe i może za­ofe­ro­wać pa­cjen­tom sku­teczne le­cze­nie. By­łem w błę­dzie.

Wkrótce do­wie­dzia­łem się, że ro­ko­wa­nia lu­dzi ze zdia­gno­zo­waną schi­zo­fre­nią przed­sta­wiają się nie­mal rów­nie fa­tal­nie, jak ro­ko­wa­nia pierw­szych cho­rych na AIDS. Od­kąd w la­tach pięć­dzie­sią­tych za­częto sto­so­wać pierw­szy lek prze­ciw­p­sy­cho­tyczny, czyli chlo­ro­pro­ma­zynę, le­ka­rzom udało się za­pa­no­wać nad ob­ja­wami psy­chozy: oma­mami, uro­je­niami, dzi­wacz­nymi my­ślami i za­cho­wa­niami cho­rych. Uwa­żano jed­nak, że chlo­ro­pro­ma­zyna je­dy­nie ła­go­dzi symp­tomy, ale nie le­czy pier­wot­nych przy­czyn schi­zo­fre­nii ani nie za­po­biega jej cięż­kim skut­kom. Owo błędne prze­ko­na­nie wy­ni­kało po czę­ści z wiary w to, że schi­zo­fre­nia jest kon­se­kwen­cją kon­flik­tów psy­chicz­nych (a nie funk­cjo­no­wa­nia ge­nów, bia­łek, neu­ro­prze­kaź­ni­ków czy neu­ro­nów), któ­rym za­ra­dzić można je­dy­nie dzięki te­ra­pii mó­wio­nej, wy­ra­sta­ją­cej z psy­cho­ana­lizy.

W na­stęp­nych de­ka­dach nie­zwy­kłe osią­gnię­cia psy­cho­far­ma­ko­lo­gii i neu­ro­bio­lo­gii spra­wiły, że freu­dyzm stra­cił na zna­cze­niu. Przez nie­mal cały XX wiek psy­chia­tria sku­piała się głów­nie na nie­uświa­do­mio­nych kon­flik­tach i trau­mach z wcze­snej fazy ży­cia. Te­raz miało się to zmie­nić. Nie­stety, wy­niki ba­dań na­uko­wych nie tylko przy­czy­niły się do roz­wia­nia mi­tów, ale też wpę­dzały le­ka­rzy w pe­sy­mizm.

Hi­po­teza neu­ro­ro­zwo­jowa, opra­co­wana i upo­wszech­niona w la­tach osiem­dzie­sią­tych, gło­siła, że geny oraz czyn­niki śro­do­wi­skowe wpły­wa­jące na ich eks­pre­sję - na przy­kład urazy fi­zyczne lub kon­takt z tok­sy­nami - sta­no­wią przy­czynę nie­pra­wi­dło­wego roz­woju mó­zgu, na sku­tek czego w póź­niej­szym okre­sie ży­cia po­ja­wia się schi­zo­fre­nia[13]. Mó­wiąc ina­czej, schi­zo­fre­nię za­li­czono do ge­ne­tycz­nych za­bu­rzeń neu­ro­ro­zwo­jo­wych, ra­zem z au­ty­zmem, ze­spo­łem łam­li­wego chro­mo­somu X, ze­spo­łem Retta czy ze­spo­łem Do­wna. Ozna­czało to, że cho­rych czeka wy­jąt­kowo po­nura przy­szłość: na­wet gdyby dzięki te­ra­pii udało się na pe­wien czas po­wstrzy­mać ob­jawy, prę­dzej czy póź­niej i tak do­szłoby do za­bu­rze­nia funk­cji po­znaw­czych. Prze­ko­na­nie, że schi­zo­fre­nia ma pod­łoże ge­ne­tyczne, jest skut­kiem nie­pra­wi­dło­wego roz­woju mó­zgu i nie­uchron­nie pro­wa­dzi do nie­peł­no­spraw­no­ści, za­owo­co­wało upo­wszech­nie­niem się po­stawy, którą można okre­ślić mia­nem te­ra­peu­tycz­nego ni­hi­li­zmu. Jak to ujął pe­wien wpły­wowy bry­tyj­ski psy­chia­tra: "los wy­dał wy­rok na cho­rych, za­nim jesz­cze przy­szli na świat"[14]. Jo­nah i inni pa­cjenci szu­ka­jący po­mocy tra­fiali do le­ka­rzy, któ­rzy od po­czątku nie da­wali im więk­szych szans na po­prawę. Złe ro­ko­wa­nia za­kła­dane przez hi­po­tezę neu­ro­ro­zwo­jową były w isto­cie sa­mo­speł­nia­jącą się prze­po­wied­nią.

Po­mału uczy­łem się kry­tycz­nego my­śle­nia na­uko­wego i z cza­sem za­czą­łem kwe­stio­no­wać do­gmaty. Mój scep­ty­cyzm wy­ni­kał z tego, że hi­po­teza za­bu­rzeń roz­woju mó­zgu nie wy­ja­śniała wielu aspek­tów schi­zo­fre­nii. Dla­czego ob­jawy cho­roby po­ja­wiały się do­piero w póź­nej na­sto­let­nio­ści lub na po­czątku trze­ciej de­kady ży­cia? Co spra­wiało, że w przy­padku nie­któ­rych pa­cjen­tów cho­roba po­stę­po­wała, po­wo­do­wała nie­peł­no­spraw­ność i, jak się zda­wało, trwałe, nie­od­wra­calne szkody, a w przy­padku in­nych nie? Była też inna za­gadka. Lu­dzie cier­piący na schi­zo­fre­nię względ­nie rzadko mają dzieci - dla­czego za­tem czę­stość wy­stę­po­wa­nia cho­roby w po­pu­la­cji nie spada? Teo­ria nie pa­so­wała do ob­ser­wa­cji kli­nicz­nych. Wielu pa­cjen­tów, z któ­rymi mia­łem do czy­nie­nia, świet­nie funk­cjo­no­wało, do­póki nie wy­stą­piły u nich ob­jawy, a po­nadto do­brze re­ago­wali na le­cze­nie. Dla­czego za­tem mie­li­by­śmy za­kła­dać, że nad ich cho­robą nie da się za­pa­no­wać i że nie­peł­no­spraw­ność jest nie­uchronna? Tego ro­dzaju nie­spój­no­ści ka­zały mi za­dać so­bie py­ta­nie, czy ja­kość te­ra­pii i mo­ment jej roz­po­czę­cia nie są aby klu­czo­wymi czyn­ni­kami wpły­wa­ją­cymi na ro­ko­wa­nia.

Pro­blem po­le­gał na tym, że bra­ko­wało da­nych, które wspie­ra­łyby nieco mniej pe­sy­mi­styczne po­dej­ścia, a od czasu wpro­wa­dze­nia le­ków prze­ciw­p­sy­cho­tycz­nych nie opra­co­wano wła­ści­wie żad­nych no­wych, lep­szych form te­ra­pii. Zmie­niło się to w ciągu na­stęp­nych trzech de­kad za sprawą ba­da­czy, któ­rzy sku­pili się na po­cząt­ko­wych sta­diach schi­zo­fre­nii i po­sta­no­wili usta­lić, czy wcze­sna in­ter­wen­cja far­ma­ko­lo­giczna w po­łą­cze­niu z te­ra­pią psy­cho­spo­łeczną (psy­cho­te­ra­pią, re­ha­bi­li­ta­cją, in­ter­wen­cjami so­cjal­nymi) mogą mieć wpływ na prze­bieg cho­roby.

Z ba­dań tych wy­nika, że więk­szość pa­cjen­tów (około 80 pro­cent) na wcze­snym eta­pie cho­roby do­brze re­aguje na leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne i do­świad­cza zła­go­dze­nia ob­ja­wów[15]. Wy­ka­zano także, że im wię­cej czasu upływa mię­dzy wy­stą­pie­niem pierw­szych symp­to­mów a pod­ję­ciem te­ra­pii, tym wol­niej pa­cjent re­aguje na leki i tym go­rzej przed­sta­wiają się jego dłu­go­okre­sowe ro­ko­wa­nia[16]. Sło­wem: psy­choza źle wpływa na mózg. Z dru­giej strony, je­śli uda nam się od­po­wied­nio szybko roz­po­cząć sku­teczną te­ra­pię, a także ogra­ni­czyć dłu­gość nie­le­czo­nych epi­zo­dów psy­chozy i liczbę na­wro­tów, być może zdo­łamy nie tylko za­ra­dzić symp­to­mom, ale też nie do­pu­ścić do uszko­dzeń mó­zgu, uchro­nić cho­rego przed ciężką nie­peł­no­spraw­no­ścią i za­pew­nić mu więk­szą szansę na zdro­wie­nie. Zy­ska­li­śmy wresz­cie po­rządne dane, zmu­sza­jące nas do od­rzu­ce­nia ni­hi­li­zmu, z któ­rym do tej pory pod­cho­dzono do schi­zo­fre­nii.

Le­czę pa­cjen­tów od czter­dzie­stu lat i wi­dzia­łem już wszyst­kie moż­liwe skutki schi­zo­fre­nii - pa­trzy­łem, jak lu­dziom, któ­rzy zda­wali się ska­zani na klę­skę, uda­wało się od­zy­skać dawne ży­cie, ob­ser­wo­wa­łem też tra­ge­die sta­no­wiące kon­se­kwen­cję nie­le­czo­nej cho­roby. Dzie­siątki razy mia­łem do czy­nie­nia z pa­cjen­tami, u któ­rych schi­zo­fre­nia cy­klicz­nie ustę­po­wała i po­wra­cała. Znam wszyst­kie ob­jawy: pa­ra­no­iczne po­dej­rze­nia i skom­pli­ko­wane uro­je­nia, dzi­waczne prze­ko­na­nia, omamy wzro­kowe, słu­chowe, wę­chowe i do­ty­kowe, dez­or­ga­ni­za­cję psy­chiczną, cha­otyczną mowę (tak zwana sa­łata słowna), za­sty­ga­nie w dzi­wacz­nych po­zy­cjach, ka­ta­to­nię. Część ła­god­niej­szych ob­ja­wów da się zi­gno­ro­wać, ale je­śli się na­si­lają, two­rzą nową, wszech­ogar­nia­jącą rze­czy­wi­stość, mogą wpły­wać na za­cho­wa­nia pa­cjenta. Zda­rzało się, że mu­sia­łem długo od­wo­dzić lu­dzi od sa­mo­bój­stwa, sta­no­wią­cego ich zda­niem je­dyny spo­sób, by uwol­nić się od cier­pie­nia. Pa­mię­tam mło­dego pa­cjenta, który prze­wier­cił so­bie mo­stek wier­tarką, i pa­cjenta, który pró­bo­wał roz­pła­tać so­bie brzuch, bo był prze­ko­nany, że w jego wnętrz­no­ściach wiją się węże. By­wało, że cho­rzy do­ma­gali się ope­ra­cji ma­ją­cej na celu usu­nię­cie czi­pów kom­pu­te­ro­wych, które im rze­komo wsz­cze­piono. Albo że gło­dzili się na śmierć, bo wie­rzyli, że do­stają za­trute je­dze­nie. Cza­sami ja­kiś głos na­ka­zy­wał pa­cjen­towi za­ata­ko­wać, a na­wet za­bić człon­ków ro­dziny lub zu­peł­nie ob­cych lu­dzi.

Nie­mal za każ­dym ra­zem krewni i przy­ja­ciele pa­cjenta byli kom­plet­nie za­sko­czeni, gdy schi­zo­fre­nia da­wała o so­bie znać. Pra­wie nic na jej te­mat nie wie­dzieli. Po­grą­żeni w cier­pie­niu i cha­osie, spo­wo­do­wa­nymi przez cho­robę, nie umieli od­na­leźć się w gąsz­czu in­for­ma­cji ani po­ra­dzić so­bie z sys­te­mem opieki zdro­wot­nej, by za­pew­nić bli­skiej oso­bie od­po­wied­nie le­cze­nie. Czę­sto udzie­lano im nie­od­po­wied­nich po­rad. Nie byli pewni, co ro­bić, więc chory nie mógł li­czyć na wła­ściwą te­ra­pię. Sam już nie wiem, ile razy sły­sza­łem z ust ro­dzi­ców pa­cjenta słowa: "Gdy­by­śmy tylko wie­dzieli wcze­śniej...". Ale było już za późno: syn lub córka mi­nęli punkt bez po­wrotu, ob­jawy nie chciały ustę­po­wać, tra­cili szansę na zdo­by­cie wy­kształ­ce­nia, do­pusz­czali się ak­tów prze­mocy, po­peł­niali sa­mo­bój­stwa.

Choć Jo­nah od­sta­wiał leki, przez pe­wien czas uda­wało mu się uni­kać po­waż­nych kon­se­kwen­cji. Gdy znów po­dej­mo­wał te­ra­pię, do­brze na nią re­ago­wał i sta­wał na nogi. W końcu jed­nak za­bra­kło mu szczę­ścia. Po trze­cim na­wro­cie i czwar­tym epi­zo­dzie cho­roby leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne nie zdo­łały zła­go­dzić ob­ja­wów. Upo­rczywe uro­je­nia, omamy i za­bu­rzone my­śle­nie, a także nie­zdol­ność ra­dze­nia so­bie z co­dzien­nymi czyn­no­ściami ozna­czały, że stał się osobą nie­peł­no­sprawną. Mu­siał po­go­dzić się z fak­tem, że ni­gdy nie skoń­czy stu­diów, nie bę­dzie pra­co­wał, nie ożeni się, nie do­czeka się po­tom­stwa i nie prze­dłuży rodu. Za­le­d­wie cztery lata wcze­śniej miał ogromny po­ten­cjał i aspi­ra­cje - te­raz był za­leżny od po­mocy in­nych lu­dzi.

Jego tra­giczny los bar­dzo mnie po­ru­szył. Współ­czu­łem mu, a na­wet za­czą­łem się z nim utoż­sa­miać. Obaj by­li­śmy ży­dami, obu nas po­cią­gał za­wód le­ka­rza. Po­cho­dzi­li­śmy z rodu ka­pła­nów (pa­nień­skie na­zwi­sko mo­jej matki to Kohn; jej oj­ciec był ży­dow­skim teo­lo­giem w Au­strii na po­czątku XX wieku). Do­strze­ga­łem co­raz wię­cej po­do­bieństw mię­dzy mną i Jo­na­hem. Wła­śnie dla­tego za wszelką cenę pra­gną­łem mu po­móc.

Kiedy Jo­nah za­cho­ro­wał, psy­chia­tria nie mo­gła mu za­pro­po­no­wać od­po­wied­nio do­brej te­ra­pii. Od tam­tej pory wiele się zmie­niło: mamy dziś znacz­nie więk­szy wpływ na przy­szły los cho­rych. Le­piej ro­zu­miemy związki mię­dzy czyn­ni­kami bio­lo­gicz­nymi a kli­nicz­nymi ob­ja­wami, co po­zwo­liło opra­co­wać sku­tecz­niej­sze me­tody le­cze­nia. Re­mi­sja, zdro­wie­nie, a na­wet pre­wen­cja stały się cał­kiem re­alne. Ist­nieją nowe formy te­ra­pii, oparte na rze­tel­nej wie­dzy em­pi­rycz­nej, które po­zwa­lają le­ka­rzom kon­tro­lo­wać symp­tomy schi­zo­fre­nii, za­po­bie­gać po­now­nym na­pa­dom cho­roby i jej nisz­czy­ciel­skim skut­kom[17].

Klu­czem do osią­ga­nia lep­szych re­zul­ta­tów są trafne dia­gnozy i od­po­wied­nia te­ra­pia sto­so­wana w ra­mach in­no­wa­cyj­nego, kom­plek­so­wego mo­delu opieki prze­zna­czo­nego dla mło­dych osób na wcze­snych sta­diach cho­roby. Pro­gramy słu­żące wcze­snemu wy­kry­wa­niu schi­zo­fre­nii i no­wa­tor­skie in­ter­wen­cje mogą za­ha­mo­wać jej roz­wój. Obec­nie le­ka­rze po­dej­mują dzia­ła­nia już w tak zwa­nej fa­zie pro­dro­mal­nej, a więc za­nim jesz­cze cho­roba w pełni się roz­wi­nie i za­nim wy­stą­pią pierw­sze silne ob­jawy psy­chozy. Czuj­ność i wcze­sne in­ter­wen­cje po­zwa­lają ogra­ni­czyć po­wszech­ność i zła­go­dzić skutki cho­rób serca, uda­rów mó­zgu, cu­krzycy, cho­rób za­kaź­nych, no­wo­two­rów piersi i pro­staty. To samo do­ty­czy schi­zo­fre­nii.

Dzięki do­ko­nu­ją­cym się po­stę­pom po­tra­fimy za­po­biec licz­nym cier­pie­niom i uchro­nić lu­dzi przed nie­peł­no­spraw­no­ścią. Daw­niej cho­rzy byli ska­zani na nie­ustę­pliwe, drę­czące ob­jawy. Ich ży­cie oraz ży­cie ich bli­skich cał­ko­wi­cie się zmie­niało, z cza­sem zaś cze­kała ich nie­od­wra­calna utrata spraw­no­ści in­te­lek­tu­al­nej. Obec­nie nie na­leży już za­kła­dać, że wszystko to jest nie­uchronne.

Przez całe ty­siąc­le­cia by­li­śmy bez­bronni wo­bec schi­zo­fre­nii, bez względu na to, czy w da­nej kul­tu­rze uwa­żano ją za pro­blem du­chowy, czy też mo­ralny, psy­chiczny lub neu­ro­bio­lo­giczny. Dziś, w pierw­szej po­ło­wie XXI wieku, osią­gnę­li­śmy hi­sto­ryczny prze­łom. Je­ste­śmy w sta­nie za­trzy­mać roz­wój cho­roby i za­po­biec jej strasz­li­wym kon­se­kwen­cjom. Jo­nah nie do­cze­kał tej chwili, ale przy­szłe po­ko­le­nia pa­cjen­tów mogą li­czyć na znacz­nie lep­sze ro­ko­wa­nia. Tra­ge­dia po­lega jed­nak na tym, że bar­dzo nie­wielki od­se­tek lu­dzi cier­pią­cych na schi­zo­fre­nię zdaje so­bie sprawę z po­stę­pów i ma moż­li­wość sko­rzy­sta­nia z te­ra­pii, które ozna­czają róż­nicę mię­dzy ży­ciem ak­tyw­nym i speł­nio­nym a ży­ciem peł­nym cier­pie­nia. Fakt, że nie po­tra­fimy za­pew­nić po­trze­bu­ją­cym le­cze­nia, które zna­cząco po­lep­szy­łoby ich los, a na­wet uchro­ni­łoby ich od śmierci, to nie tylko pro­blem sys­temu ochrony zdro­wia - to ra­żąca nie­spra­wie­dli­wość. Na­pi­sa­łem tę książkę, żeby zwró­cić uwagę na roz­ziew mię­dzy tym, co je­ste­śmy w sta­nie osią­gnąć, a tym, co fak­tycz­nie ro­bimy. Nikt nie po­wi­nien cier­pieć tak jak Jo­nah i wielu in­nych cho­rych.

Przed­sta­wię za­tem hi­sto­rię schi­zo­fre­nii, hi­sto­rię na­szych sta­rań, by zro­zu­mieć przy­czyny cho­roby i ob­my­ślić spo­soby le­cze­nia. Będę się od­wo­ły­wał do usta­leń na­uko­wych i kli­nicz­nych, ale książka prze­zna­czona jest dla la­ików: dla cho­rych, ich bli­skich i dla każ­dego, kogo in­te­re­suje schi­zo­fre­nia, naj­po­waż­niej­sza i jedna z naj­bar­dziej ta­jem­ni­czych cho­rób psy­chicz­nych. Za­mie­rzam cof­nąć się w da­leką prze­szłość: będę się przy­glą­dał schi­zo­fre­nii z róż­nych per­spek­tyw hi­sto­rycz­nych, kul­tu­ro­wych i na­uko­wych. Przy­wo­łam ma­giczne wie­rze­nia i prze­sądy z daw­nych epok, a także naj­now­sze usta­le­nia neu­ro­bio­lo­gii. (Ka­len­da­rium pre­zen­tu­jące naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nia oraz ewo­lu­cję spo­łecz­nego i na­uko­wego po­dej­ścia do schi­zo­fre­nii znaj­duje się w za­łącz­niku 1).

W czę­ści pierw­szej opi­suję prze­ko­na­nia na te­mat schi­zo­fre­nii w świe­cie sta­ro­żyt­nym i w śre­dnio­wie­czu. Przed­sta­wiam na­ro­dziny szpi­tali dla obłą­ka­nych i opo­wia­dam o pierw­szych po­stu­la­tach re­form w za­kre­sie le­cze­nia cho­rób psy­chicz­nych, które to po­stu­laty za­częto wy­su­wać w XVIII i XIX wieku.

Część druga opo­wiada o po­cząt­kach psy­chia­trii i pierw­szych pró­bach wy­ka­za­nia, że cho­roby psy­chiczne sta­no­wią kon­se­kwen­cję za­bu­rzo­nego funk­cjo­no­wa­nia mó­zgu. Przed­sta­wiam wielką ka­rierę psy­cho­ana­lizy i de­spe­rac­kie me­tody sto­so­wane przez le­ka­rzy w celu le­cze­nia psy­chozy, za­nim po­ja­wiły się neu­ro­lep­tyki. Po­ka­zuję też, jak do­nio­słe były kli­niczne i spo­łeczne skutki opra­co­wa­nia tych le­ków. Z jed­nej strony neu­ro­lep­tyki po­zwa­lały uśmie­rzyć cier­pie­nie pa­cjen­tów, z dru­giej - przy­czy­niły się do de­in­sty­tu­cjo­na­li­za­cji, czyli pro­wa­dzo­nej od końca lat pięć­dzie­sią­tych XX wieku ka­ta­stro­fal­nej po­li­tyki za­my­ka­nia szpi­tali psy­chia­trycz­nych i ma­so­wego wy­pi­sy­wa­nia pa­cjen­tów. (Idea była szczytna, lecz cały pro­ces zo­stał fa­tal­nie prze­pro­wa­dzony, gdyż środki fi­nan­sowe i roz­ma­ite za­soby oraz pro­gramy so­cjalne, które po­winny były słu­żyć nie­sie­niu po­mocy lu­dziom cho­rym psy­chicz­nie, wy­ko­rzy­stano w zu­peł­nie in­nych ce­lach).

W trze­ciej czę­ści za­glą­dam do mó­zgu. Przy­bli­żam od­kryte przez na­ukow­ców me­tody ba­da­nia tego na­rządu na co­raz bar­dziej szcze­gó­ło­wym po­zio­mie. Wy­ja­śniam, w jaki spo­sób pro­to­neu­ro­bio­lo­dzy z XIX i po­czątku XX wieku po­zna­wali ana­to­mię mó­zgu i od­kry­wali jego pod­sta­wowe ele­menty: neu­rony, ob­wody neu­ro­nalne i neu­ro­prze­kaź­niki, dzięki któ­rym neu­rony mogą się ko­mu­ni­ko­wać. Oma­wiam fe­no­me­nalne tech­niki neu­ro­obra­zo­wa­nia, które po­zwa­lają dziś ba­dać mózg bez ko­niecz­no­ści ja­kiej­kol­wiek in­ter­wen­cji chi­rur­gicz­nej. Opi­suję rów­nież gi­gan­tyczną rolę od­gry­waną przez geny od­po­wie­dzialne za ko­or­dy­na­cję pro­cesu roz­woju mó­zgu i - w przy­padku nie­któ­rych osób - mo­gące po­wo­do­wać pre­dys­po­zy­cję do za­cho­ro­wa­nia na schi­zo­fre­nię.

Na­stęp­nie, w czę­ści czwar­tej, sku­piam się na obec­nej sy­tu­acji, na dia­gno­styce, na prze­ło­mo­wych te­ra­piach i for­mach wspar­cia, a kon­kret­nie na wcze­snym wy­kry­wa­niu cho­roby i wcze­snej in­ter­wen­cji obej­mu­ją­cej far­ma­ko­te­ra­pię, psy­cho­te­ra­pię i re­ha­bi­li­ta­cję, co po­zwala nie tylko za­pew­nić pa­cjen­tom szansę na po­wrót do zdro­wia, ale też spra­wia, że ba­da­cze za­czy­nają już my­śleć o pre­wen­cji. Nie­stety, ist­nieje ogromne ry­zyko, że z po­wodu nie­od­po­wied­nio za­pro­jek­to­wa­nego sys­temu opieki psy­chia­trycz­nej zmar­nu­jemy oka­zję, by po­móc cho­rym. Spró­buję za­tem wy­ja­śnić, ja­kie zmiany są nie­zbędne, aby po­ten­cjał ist­nie­ją­cych dziś te­ra­pii mógł zo­stać w pełni wy­ko­rzy­stany.

Główną rolę w tej hi­sto­rii od­gry­wają pa­cjenci. To oni cier­pią z po­wodu okrut­nych skut­ków cho­roby. Ich zdro­wie psy­chiczne, ich ży­cie za­leży od tego, czy zdo­łamy zro­zu­mieć schi­zo­fre­nię i zna­leźć sku­tecz­niej­sze spo­soby le­cze­nia. Nie­ustan­nie uczę się od mo­ich pa­cjen­tów. Każ­dego dnia przy­po­mi­nają mi, że schi­zo­fre­nia nie spro­wa­dza się wy­łącz­nie do nad­miaru tego czy in­nego neu­ro­prze­kaź­nika, do za­kłó­ceń ak­tyw­no­ści neu­ro­nów ani do mu­ta­cji ge­ne­tycz­nych. Mó­wimy o cho­ro­bie, która kom­plet­nie de­sta­bi­li­zuje i nisz­czy ludz­kie ży­cie, która wpływa na los ca­łych ro­dzin i po­wo­duje nie­po­we­to­wane straty dla spo­łe­czeń­stwa. Za­leży mi na tym, aby czy­tel­nicy jak naj­le­piej zro­zu­mieli jej na­turę, aby mo­gli do­wie­dzieć się, co czują i co prze­ży­wają ofiary schi­zo­fre­nii - dla­tego wła­śnie w książce przed­sta­wi­łem jak naj­wię­cej hi­sto­rii pa­cjen­tów, w tym, rzecz ja­sna, hi­sto­rie zdro­wie­nia. Tak na­prawdę jed­nak chcia­łem opo­wie­dzieć, że dzięki po­stę­pom i suk­ce­som na­uki schi­zo­fre­nia, która zde­cy­do­wa­nie zbyt długo bu­dziła fa­scy­na­cję i prze­ra­że­nie, nie musi już ozna­czać roz­padu umy­słu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki