Rozmyślania - Antoni Lange

Kup ebooka

11.00 zł
9.46 zł (8,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DEUTERONOMION

czyli

Powtórzenie

    

Prolog

Samemu sobie.

        

Poeta rzuca okiem wstecz

I własne czyny swoje waży -

Czy jeszcze ogień w nim się żarzy,

Czy nie pordzewiał jego miecz?

        

Czyli wykonał swoją rzecz,

Czy sięgnął w rdzeń swoich miraży?

Czy wiernie stał na duchów straży

I czy już może odejść precz?

        

Bo jeśli milczał niby głaz -

I stał od świata walk zdaleka,

To nie, że ogień jego zgasł,

        

Lecz że zamyślił się i czeka,

Czyli nadchodzi nowy czas,

Co zbudzi nową treść człowieka?

        

        

I   Płanetniki

        

Oto błądzą po ziemi senne płanetniki.

Wygnańce. Troska wieczna tkwi w głębi ich oczu,

A każdy inną marę ściga w zaobłoczu -

Sam w siebie zapatrzony, milczący i dziki...

        

Harmonii snów poszukiwacze, samotniki.

Każdy w swojej płanety zamknięty omroczu -

Czy znajdzie który brata na ziemskiem roztoczu,

Gdy każdy jeno własnej słyszy dźwięk muzyki?

        

Nieświadomi. Spełniają woli górnej fata -

Czy przejrzą? Czy się kiedy powiążą te duchy

W jedno słońce? Czy ruszą z posad bryłę świata?

        

Stanie się, co stać musi. Czas płynie. A przeto,

Wy, których Bóg tu zesłał na wielkie posłuchy -

Idźcie w świat - dumni - każdy sam ze swą...................................

NA PRZEŁOMIE STULECI

(w sylwestrową noc z r. 1900 na 1901)

  

Stałem na szczycie mej samotnej wieży,

Z tęsknotą patrząc w widnokręgów stropy,

A blask świetlany, co się od nich szerzy,

Zdał mi się rosnąć w lazurów potopy.

Więc duch mój w przyszłość niewiadomą mierzy,

Iżem wytężył, niby teleskopy,

Oczy przestworów głodne nieskończonych

I prawdy świateł w dali zatajonych.

  

Artemis lśniła swoim złotym rogiem

W gwiazd korowodzie - na wielkim błękicie,

A ziemia wokół drzemała rozłogiem,

W oczekiwania tonąca zachwycie.

A na jej łonie wrzał Goga z Magogiem

Bój nieustanny - bój na śmierć i życie.

Szmerem i gromem wił się po bezdrożach,

Po górach, stepach, po lądach i morzach.

  

Lecz w dali - w dali - tam cudów godzina -

Jutro nieznane, nadzieją kwitnące,

Mazanderanu bajeczna kraina,

Kędy wcielonych świeci marzeń słońce.

Tam za rubieżą nowy się zaczyna

Świat; nowych kształtów rodzą się tysiące.  

O, gdyby przejrzeć! O, gdyby odgadnąć

Kształty nieznane! Ach, jutrem owładnąć!

  

Więc wytężyłem w nieskończoność oczy,

Więc wytężyłem ku niej słuch. W oddali

Jakaś się jutrznia półświetlana toczy,

Jakaś się tęcza półzaćmiona pali -

Izys w osłonie poprzez światy kroczy,

Jak czysta lilia, z mórz wstająca fali.

Cisza - aż naraz w przeraźliwym zgrzycie

Nowej Godziny usłyszałem bicie.

  

Moc, zawieszona na Zegarze Czasów,

Naraz zadrgnęła - a wewnętrzne stale,

Od pordzewiałych wstrząśnione zawiasów,

Zgrzytnęły w cichym powietrza krysztale

I, czerpiąc z jęku odwiecznych zapasów,

Jękiem ogromnym w ogromne szły dale!

Cały się wszechświat wydawał być dzwonem,

Hucząc w powietrzu nawskroś rozdzwonionem.

  

I dreszcz poczułem w duchu, jak prorocy,

Co się na puszczy spowiadają Bogu.

Wiek idzie nowy! Bez czucia i mocy

Leżałem, zda się, u wszechczasu progu.

Wtem przyszedł do mnie o krwawej północy

Duch nieznajomy i rzekł: Astrologu!

Dziw mi, jak zeszedł do mej czatownicy,

A wyglądał jak Numidowie dzicy.

  

Cały był strojny szatą purpurową,

Czarnemi wkoło przepasany wstęgi,

Oczy mu lśniły jakąś skrą ogniową..........................

ROZMYŚLANIA

 

I

  

Gdziekolwiek jesteś, chciałbyś odejść precz,

Aby gdzieindziej być tej samej chwili,

Rojąc, że w jutrznię los twój się przechyli

Na innem miejscu... To codzienna rzecz!...

  

Gdziekolwiek jesteś, chciałbyś odejść w dal,

Bo wiesz, że nigdzie nie jest miejsce twoje -

I płyniesz, zawsze rozdarty na dwoje,

Bo płyniesz zawsze do nie swoich fal.

  

Gdziekolwiek jesteś, chciałbyś iść gdziebądź,

Gdzie ciebie niema, bo gdzie ciebie niema,

Niema twych smutków - i twa rozpacz niema

Już cię nie trwoży... Dalej, wiosło trąć!

  

Gdziekolwiek jesteś, wiecznie dążysz tam,

Gdzie cię już nigdy i nigdzie nie będzie,

Boś tam u siebie - i zawsze - i wszędzie,

Boś tam u siebie - u wieczności bram.

  

  

II

  

Ze wszystkich rzeczy, które są w naturze,

Śmierć mię dziś jedna swym urokiem nęci:

Bo ma uśmiechów najpiękniejsze róże,

Szelest najcichszy w swoich skrzydeł piórze -

Jak kołysanka wiecznej niepamięci.

  

Śmierć jest to podróż nad wszystkie podróże,

Co nam ukwieci byt i rozdyamenci,

Gdzie życia czarne toczą się kałuże

Ze wszystkich rzeczy.

  

Z chaosu życia rwiemy się ku górze,

Lecz duch się wiecznie na nizinach smęci -

I błądzim, niby na krzyżach rozpięci!

O śmierci, gdy się w łonie twem zanurzę,

Ty ład mi wlejesz w przeźroczyste kruże

Ze wszystkich rzeczy.

  

  

III

  

Obozowiskiem koczuję po ziemi:

I nie mam nigdzie spoczynku dla głowy -

zawsze smutno mi i wszędzie źle mi

czekam, rychłoż zmilknie gwar bojowy.

  

Niedługo zwinąć przyjdzie mi namioty -

I z żalem patrzę wstecz, w ubiegłe noce:

Jak wiele pracy - jak wiele tęsknoty,

Jak wielkie trudy - jak liche owoce!

  

I tylko czasem w kradzione godziny,

Kiedy przycichnie ta walka jałowa:

Duch mój ulata w pieśniowe krainy,

Trwożny, czy spełni swych przeznaczeń słowa.

  

  

IV

  

Potrącona życia falą

Dusza moja łka:

Łzy się palą - łzy krysztalą -

Wokół szara mgła.

Błędne było życie moje,

Błędny jego kres:

Marzeń roje - niepokoje

I krynice łez.

Siebie-m winił i nikogo:

Nieszczęśliwa gra!

Inną drogą płynąć błogo -

Moja ścieżka zła.

Wirem złote sny rozwiane

Otoczyły mnie:

Zapomniane, opłakane

Widzę bogi w śnie.

  

  

V

  

Próżno wstrzymywać dni przemijające,

Próżno po marach płakać bezpowrotnych,

Raz tylko jeden lśni młodości słońce,

Raz dusza wzlata na skrzydłach polotnych;

Raz tylko w sercu święta brzmi muzyka,

Zwierz mi niedobry - zegar cyka - cyka...

  

Nad moją głową cyka zegar stary,

I przypomina umarłe godziny,

I przypomina bezpowrotne mary,

I młodej duszy z wiosną zaślubiny...

Liście padają... Żal serce przenika -

Niedobry zwierz mi zegar cyka - cyka...

  

Stary mi zegar - niby puls człowieka -

Upływające sekundy wydzwania...

Sekunda każda jest jak gwóźdź do wieka

Mych sekund-pulsów wolnego konania...

Żyć jest to konać. Czas idzie i znika...

Zwierz mi niedobry zegar cyka - cyka...

  

  

VI

  

Chaosem ciemnym bez rozumnej osi

Zda ci się twoja na ziemi robota:

Moc tajemnicza w dale cię unosi,

Cel tajemniczy we mgle ci migota.

  

Nowy codziennie grom przypadku wali -

W mózg twój i serce - w nogi twe i ręce:

Wiesz-li, na jakiej staniesz jutro fali,

I z jakich cierni wić będziesz swe wieńce?

  

I wiesz-li, jaka twej męki istota?

Jaki pożytek z twego płaczu będzie?

I w co przepalą iskry losu młota

Nietrwałe dni twych narzędzie?

  

Znużony padasz codziennie wieczorem,

Wołając w próżnię: czemu? dokąd? poco?

Za jakiemś słońcem, które jest pozorem,

Dni twe niepewne - jako ćmy - łopocą.

  

Bo nigdy żywym nie będzie czytelny

Hieroglif, który ci plącze te nicie:

Lecz kir mogiły i całun śmiertelny

W logiczną całość powiążą ci życie.

  

Wszystko, co zdało ci się bezrozumne

I bezcelowe - i straszne - i sprzeczne -

Pojmiesz, przeszedłszy w zaświaty za trumnę,

Że mieści jakieś tajniki przedwieczne.

  

Śmierć to sens życia - to osierdzie bytu -

Jego przyczyna - i cel - i zasada:

Lecz pókiś jeszcze nie doszedł jej świtu -

Duch twój chaosu nie zbada.

  

  

VII

  

Nie jestem liryk. We mnie biją wody

Jakichś tragicznych bezdeni posępnych:

W poświstach wichru, gromach niepogody,

Ku lodom pustyń dążę niedostępnych.

  

Jeśli gdzie dzwonią jakie pieśni sielskie -

Wiem - nie mej duszy pieśń ta towarzyszy;

Mnie ominęły jej skrzydła anielskie,

I tylko tęsknię do tych skrzydeł ciszy.

  

Burza jest moim wieczystym żywiołem,

Ale to burza niewidzialna ducha:

Kto na mnie patrzy, roi, że usnąłem,

A we mnie wicher za wichrem wybucha.

  

Czy nigdy, nigdy nie ustaną burze?

Więc rzekłem: Kwiaty niech mam ku ozdobie!

Róże chowałem i zakwitły róże,

Lecz róże czarne, jak kiry na grobie.

  

  

VIII

  

Coś mnie wzywa, coś mnie woła

Z niewidzialnych kresów bytu:

Głos to piekieł czy anioła?

Głos to mroku czyli świtu?

  

Coś mi szepcze, coś mię nęci:

"Do mnie, do mnie płyń tu w ciszę,

W srebrną ciszę niepamięci!..."

Coś mię pieści, coś kołysze.

  

Kołysanka jakaś cicha

Z ponad Lety czy Kocytu:

Coś mi szemrze, coś mi wzdycha

Z niewidzialnych kresów bytu.

  

  

IX

  

Mam jedno dziwne, prawie dziecinne marzenie -

Wysnute, zda się, z bajań o godzinie szarej:

Są ludzie, którzy mają podwójne widzenie

I nieraz zoczą innym niedojrzane mary.

  

Tajemnych krain bytu misterni pający

Tak subtelnie swą lotną snują pajęczynę -

Że w nieziemskim fluidzie jej - umierający

Czasem cień swój wysyła w daleką krainę - -

  

I tym, kogo ukochał, widmem się ukaże,

I na chwilę przed nimi, jako żywy stanie - -

I tak po raz ostatni spojrzy na ich twarze

I niemo im ostatnie złoży pożegnanie!

  

Obym w godzinie śmierci mógł rozpleść swe ciało,

I, nim ono w proch pójdzie, nim dusza uleci -

Niech ten cień - eterową strojny szatą białą,

Ani duch, ani ciało, jakiś żywioł trzeci -

  

Niechaj ten cień popłynie przez góry i rzeki,

Niechaj się jej ukaże i niech ją pozdrowi...

Gdziekolwiek ona będzie!... Niech, chociaż daleki,

Zaświadczy, żem był zawsze wierny jej duchowi.

  

Że zawsze byłem przy niej i że ona we mnie

Żyła wciąż bezcielesnem nadziemskiem zjawieniem.

Obym w godzinie śmierci przeniknął te ciemnie

I uleciał, pozdrowił, pożegnał ją cieniem.

  

  

X

  

Kocham to swoje ciche marzenie cmentarne,

Jak anioł białoskrzydły śmierć mi się uśmiecha:

W jej promienności róże kraśnieją mi czarne,

I zdali słyszę ciche sielskiej pieśni echa.

  

Jeślim bardzo samotny pośród ludzkich duchów,

Choć może najupiorniej zjednoczenia głodny:

O tem wiem, że na łoże mych mogilnych puchów

Spłyną łzy i uśmiechy tkliwości pogodnej.

  

Ci, co mię omijali niemo, obojętni,

Nie widząc żywej treści w czynów mych bezładzie:

Przyjdą, i oto dziwnie duch się im rozświętni,

I ujrzą, jak im światło na oczy się kładzie.

  

Kocham sen mój cmentarny, bo z mojej mogiły

Nowe promienie życia wypłyną błękitnie:

I kiedy moje ciało rozpadnie się w pyły,

Tajemniczy miłości duch nad nią zakwitnie.

  

  

XI

  

Nieraz po ziemi błądzę, jak gdyby umarły,

I zda się, że oglądam świat z tamtego brzega:

Ziemia gdzieś - jakąś oddal - w oku mem zalega,

A ludzie gdzieś podemną błądzą niby karły.

  

Roję, że mi zaświaty nagle się otwarły -

I nagle w jasnowidztwie dusza ma spostrzega,

Czem jest byt, czem jest bytu alfa i omega -

Aż mi człowiecze sprawy na proch się zatarły!

  

Jak w odwróconem lustrze, codzienne zjawiska

Migają mi przed okiem, by nikłe atomy -

I dalekiem mi zda się to, co leży z blizka -

  

I w ekstazie umarłych sfery niewiadomej

Blizkie - nieskończoności są mi dziś ogromy -

Skąd spojrzenia na ziemię oko moje ciska.

  

  

XII

  

O Lillo moja, jeśli tam u Boga

Pomiędzy srebrne wstąpiłaś anioły -

I patrzysz na mnie z..............................................