Rozdział 1
- Wyobraź sobie, Asiu, że mój nie potrafi dnia wytrzymać bez chociaż jednego piwa. - mówiła Dorota lekko podnosząc głos. - Naturalnie, zazwyczaj nie kończy się na jednym piwie, bo zawsze jest możliwość i chęć napicia się kolejnego. Gdy nie ma grosza w kieszeni, to koledzy mu stawiają, a gdy on ma bodaj kilka złotych, to musi kupić piwo sobie i koledze, któremu akurat brakuje drobnych. Oni tam całymi dniami siedzą pod sklepem i posługują się wyłącznie drobnymi. U nikogo z nich nie uświadczysz grubszych banknotów. Nawet wtedy jak już nie mają drobnych, to zawsze znajdzie się jakiś litościwy klient sklepu i pożyczy im na piwo. To znaczy podaruje parę złotych, bo nie ma co marzyć o zwrocie. Wszyscy to doskonale wiedzą, a pomimo tego dają im pieniądze na wieczne oddanie, jak się to mówi.
Dorota nawet się wcale zbytnio nie denerwowała, bo była już pogodzona i przyzwyczajona do tego, że ludzie z wyrozumiałością traktują popijających przed sklepem mężczyzn.
- Gdyby natomiast przysiadła się do nich kobieta, to od razu została by nazwana pijaczką, a może nawet kurwą, no bo wiadomo przecież, że jak kobieta piana, to dupa sprzedana. Na tego typu stereotypy nic nie można poradzić. Taka ludowa mądrość ugruntowuje się przez lata, a potem za żadne skarby nie można jej wyplenić z potocznych sądów. No i tak to już jest, że chłop mi pije codziennie, a jest uznawany za przyzwoitego ojca rodziny i męża, a ja muszę sobie kupione piwo zanieść do domu i tam wypić, żeby sąsiadki nie widziały. To ma być równouprawnienie! Niech ich wszystkich jasny szlag trafi!
Nie dziwiłam się rozgoryczeniu Doroty. Różne traktowanie mężczyzn i kobiet jest normalną praktyką wszędzie. Zarówno w dużych miastach jak i w małych miasteczkach, w małych gminach i w aglomeracjach, wszędzie jednakowo dzieli się ludzi na chłopów i baby. Baba, wiadomo, nadaje się do garów, a chłop musi pracować na utrzymanie rodziny, więc mu się należy chwila relaksu i wypoczynku po pracy. Nawet wtedy gdy nie pracuje, to prawa zachowuje niezbywalnie do końca życia, bo przecież potencjalnie jest głową rodziny, pracownikiem, czasami nawet na kierowniczym bądź urzędniczym stanowisku.
- Nie ma sensu usiłowanie dokonywania w tym zakresie żadnych zmian, - kontynuowała Dorota - bo i tak nic by z tego nie wyszło. Oni sobie stworzyli taki system i jest im z tym dobrze. My, kobiety, możemy się tylko dostosować, albo wymrzeć jak dinozaury. Zostało dowiedzione naukowo przez amerykańskich naukowców, że dinozaury wymarły z powodu dyskryminacji ich przez matkę naturę. To właśnie natura obdarzyła owe piękne stworzenia niewystarczająco wydolnym systemem energetycznym. Czytałam o tym w pewnej gazecie. To znaczy w takim piśmie naukowym, które rozprowadzają pomiędzy uniwersytetami. Ma się rozumieć, że chodzi o uniwersytety amerykańskie, bo u nas to nie są żadni naukowcy, tylko raczej patafiany.
Obie eksplodowałyśmy gromkim i radosnym śmiechem. Podczas owego rechotu oplułam sobie bluzeczkę, ale to zaraz wyschło. Przynajmniej do czegoś przydały się panujące upały.
- Dinozaury zjadały ogromne ilości zieleniny, więc można by powiedzieć, że odżywiały się zdrowo. Mogłyby dożywać setek lat, niczym jakiś starożytny matuzalem, dzięki swojej powolnej przemianie materii i spokojnemu trybowi życia, nie wspominając nawet o łagodnym charakterze. Nie musiały się niczym denerwować, bo nie miały żadnych naturalnych wrogów. Nieliczne okazy mięsożerne pełniły rolę higieniczną, usuwając osłabione jednostki. Taki świat był dla nich wymarzony. Mogły rozkoszować się obfitością jedzenia, ciepłą pogodą, a także miłym towarzystwem ważek i motyli, bo ptaków jeszcze wtedy na świecie nie było. Pierwsze próby oderwania się od ziemi podejmowały dopiero małe osobniki, które potem nazwano pterodaktylami.
No i, wyobraź sobie, wszystko to się skończyło z powodu kosmicznego kataklizmu. W wyniku globalnej katastrofy nastąpiła zmiana klimatu. Nadszedł czas ery lodowcowej, śnieg pokrył wszystkie rośliny, a dinozaury umarły z zimna i głodu. Pozostały po nich tylko ogromne skamieniałości. Taki sam los czeka mężczyzn, o ile nie zdołają odwrócić naturalnych tendencji przyrody do utylizacji wszelkich odpadków.
Miejsce facetów jest na śmietniku historii. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Nic się nie da z tym zrobić. Czytałam wiele opowiadań o feminizacji świata, ograniczeniu roli mężczyzn, a niektóre nawet wspominały o ich eksterminacji. Od razu można było zauważyć odmienność takiej wizji świata od powszechnie propagowanych przez szowinistycznych facetów patriarchalnych mrzonek i marzeń o niewolnicach, kurtyzanach oraz herosach otoczonych przez nimfy, tuczonych przez kucharki, doglądanych przez roznegliżowane pielęgniarki, wydekoltowane księżniczki, a także czekające na nich w sypialni śpiące królewny lub Kopciuszki w kusych fartuszkach.
Przez sześć tysięcy lat istnienia obecnej kultury mężczyźni przez cały czas propagowali swoją narrację o świecie przyjaznym ojcom, mężom i synom. Snuli opowieść o płodzeniu syna, budowaniu domu, oraz o sadzeniu drzewa. Te cele mogły równie dobrze stać przed wielkim gorylem stojącym na czele stada małp. Tym gościom prężącym muskuły i walącym się pięściami po żebrach dla okazania swojej jurności porównywanie się do małp wcale nie ujmowało honoru. Oni wręcz ostentacyjnie uwielbiają okazywać swoje przywiązanie do natury. Przykładem może być stwierdzenie, że "nasi dziadowie na mchu jadali".
W tym miejscu znowu obie nie potrafiłyśmy powstrzymać się od śmiechu. Wyraźnie czułam coraz większą sympatię do Doroty. Siedziałyśmy w ogrodowej altance. Marmurowy stół stojący pośrodku był przyjemnie chłodny. Jego blat wyglądał jakby był opływany przez wodę z płynącego obok źródełka. Nawet było słychać szum, tylko nie był to szum wody, a wiatru wśród liści magnolii rosnącej tuż za cienką ścianką altanki. Piękne, różowo-białe kwiaty już dawno zgubiły wszystkie płatki, których kilka jeszcze więdło na ziemi. Płatki te niczym płótno namiotu wykorzystywały mrówki faraona, chowając się pod nimi niczym pod parasolami słonecznymi na plaży. Tak samo jak dzieci bawiące się wiaderkiem i łopatką nad wodą budując zamek z piasku i emocjonując się falami zalewającymi mury budowli, mrówki sumiennie transportowały ziarenka piasku jedno po drugim, układając je wzdłuż precyzyjnie wytyczonej trasy.
- Skomplikowany i długotrwały proces ewolucji spowodował, że mężczyźni odrobinę zbliżyli się gatunkowo do człowieka, czyli do homo sapiens, jak mawiają naukowcy, a jednocześnie ani na jotę nie oddalili się od małp. To taki paradoks ewolucyjny, na który nie zwrócił dostatecznej uwagi twórca teorii ewolucji. Ostatnio spotkałam takiego niebiańskiego przystojniaka o lazurowych oczach, które przez cały czas posyłały w moim kierunku błyskawice, a jego mięśnie wyglądały jakby je Michał Anioł wyrzeźbił z włoskiego marmuru. Był tak wąski w biodrach, że mógłby nosić mój pierścionek zamiast paska u spodni, a kark miał taki jak żubr w ogrodzie zoologicznym. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia.
Ten Adonis, Tor, czy jak się tam nazywał ów heros, jednym spojrzeniem rozkochał mnie w sobie, zarzucił grzywką, a ja biegłam za nim w podskokach, mrugnął porozumiewawczo, a ja płonęłam pożądaniem. Nie potrafisz sobie wyobrazić jak szaleńczo, bezgranicznie, do cna go pokochałam. Byłam skłonna wzlecieć na skrzydłach mojego uczucia chociażby do samego nieba, do raju, albo nawet do piekła, gdyby tego ode mnie zażądał. Rozpalił we mnie taki ogień, że Hades by się z nim nie mógł równać. Byłam gotowa wykosić całe stepy akermańskie, byle tylko przygotować dla nas godną polankę na wspólny piknik. Byłam gotowa na Morzu Śródziemnym usypać sztuczną wyspę, byle tylko na jej plaży rozłożyć dla nas dwojga koc i móc się z nim sam na sam opalać, korzystać z tegorocznego słońca, wachlować go podczas upału, skrapiać mu usta wilgocią swojego pocałunku, ocierać mu spocone czoło wargami, układać go do wypoczynku na swojej piersi, a do snu utulać go na mym łonie. Pragnęłam dać mu cały legion dorodnych synów, aby mógł założyć nowe królestwo, przywdziać koronę z brylantami, w dłoń wziąć berło królewskie, które by miało moc ciskania błyskawicami w naszych wrogów.
Świata mu chciałam przychylić, bramy nieba przed nim otworzyć, głowami jego wrogów wybrukować drogę do stolicy, posadzić tysiąc drzew w alei jego imienia i zbudować mu tysiąc zamków warownych, które by strzegły granic naszego wspólnego, wspaniałego, cudownego imperium. Oddałabym dla niego ostatnią kroplę krwi, ostatni haust powietrza, ostatnią komórkę rozrodczą mojego łona, byle tylko zechciał ze mną realizować te wszystkie marzenia i plany. Mogłoby być tak pięknie. Byłoby tak pięknie.
Aby to wszystko się stało rzeczywistością potrzebny był już tylko jeden, na początek, jako dobry znak na przyszłość, jako wróżba czekającego nas losu, jeden pierwszy namiętny, gorący, upragniony, ognisty stosunek seksualny, który by nas związał na zawsze, zapieczętował nasze nierozerwalne więzy pieczęcią miłości i doprowadził do poczęcia pierworodnego syna, dziedzica, przyszłego cesarza, może nawet faraona.
Po tak pięknym życiu nasze dusze spoczęłyby na niebie jako najjaśniejsze gwiazdy, wskazujące drogę przyszłym władcom. No więc gdy już rozanielona, rozpalona i jaśniejąca miłością dosiadłam wreszcie mego upragnionego kochanka, kiedy otworzyłam przed nim bramy raju, przygotowałam dla niego, jak to mówią obecnie młodzi, swoje gniazdko USB, swoje wejście szeregowe, swoje złącze miłości, aby wlał we mnie całą moc swoich danych DNA, to się wtedy okazało, że on się łączy tylko bezprzewodowo, bo mu kabelek się skurczył do mikroskopijnych rozmiarów.
Nawet małpy żyjące w ZOO nie zaniedbywają tej strony swojej egzystencji, byłam więc nadzwyczaj rozczarowana. Ego temu dupkowi uderzyło do głowy, a że nie posiadał zbyt dużego mózgu, wyrażając się oględnie i bardzo delikatnie, to mu pozrywało wszystkie połączenia softwaru z hardwarem. Zawiesił się biedaczysko, a gdy już doszedł do siebie, to był tylko marną kopią Adonisa, bez gwarancji, suportu, obsługi wyższych uczuć i instrukcji obsługi awaryjnej. Wszystkie moje marzenia poszły się ... to znaczy przepadły bezpowrotnie.
Możesz sobie wyobrazić, jaka byłam roztrzęsiona i zdruzgotana. Całe tygodnie zajęło mi wracanie do emocjonalnej równowagi. Całe miesiące zajęło mi uciążliwe wychodzenie z depresji. Tak naprawdę, to sama nie wiem czy udało mi się depresję pokonać, czy tylko ją zamaskować, ukryć najbardziej widoczne objawy, zabliźnić najbardziej bolące rany. Jeszcze teraz, gdy o tym opowiadam, drżą mi plecy i nogi, zaczynam się pocić, boli mnie głowa, męczy pragnienie, więc polej jeszcze tego pysznego wina, żebym mogła przepłukać gardło.
Czym prędzej napełniłam nasze szklanki płynem, którego krwisty kolor korespondował z bojowym nastrojem Doroty. Nad altaną rozkładał swoją wielką koronę orzech włoski. Jego gałęzie sięgały daleko poza altanę, rzucając na nią przyjemny cień i tworząc w tym miejscu miłą atmosferę wilgotnego chłodu, przyjemności, wypoczynku, nawet wręcz cielesnej rozkoszy, pośród lejącego się wszędzie dookoła żaru z nieba. Liście już zdążyły urosnąć, nabrać jakby miękkiej obfitości matczynego fartucha, przemieniając rozłożyste konary w opiekuńcze ramiona. Chwilami mogło się zdawać, że słyszy się soki drzewa płynące w górę licznymi strumykami. Ta obfitość gałązek i liści tworzyła jakby strefę klimatyzowaną. Matka natura rozkładała nad nami swoje opiekuńcze ramiona kołysząc mnie do cichego, błogiego wsłuchiwania się w płynące słowa opowieści, a Dorotę skłaniając do kolejnych zwierzeń.
- Takie doświadczenia spowodowały u mnie utratę wiary w męski rodzaj, w jego rolę kreacyjną, w jego zadanie kontynuowania cywilizacji. Przecież nawet faraon by nic nie zdziałał gdyby nie kapłanki. To one nie tyle wymodliły łaskę u bogini Hery lub Izis, ile raczej przez tysiąclecia dbały o przetrwanie starożytnej wiedzy, wielopokoleniowych doświadczeń ludzkości związanych z prokreacją, dawaniem życia, przedłużaniem gatunku, sidlenia kochanków, kształtowaniem polityki, gromadzeniem wiedzy, doświadczenia, doskonaleniem umiejętności, rozbudzaniem namiętności, pogłębianiem i rozszerzaniem władzy.
Kapłanki dawały dobrobyt społeczeństwu, bogactwo władcom, nieograniczoną władzę kobietom. Kapłanki od zawsze rządzą światem.
Rozdział 4
- Było kiedyś spotkanie poetyckie pod tytułem "Jaśminowa herbatka" w bibliotece "Stacja Rumia", - mówiła ta osoba - a swoją twórczość poetycką prezentowali Pani Gabrysia Szubstarska i pan Piotr Szczepański. Wieczorek ten wyglądał jak spotkanie w kawiarni przy filiżance herbaty, a uczestniczące w nim osoby rozmawiały o życiu, zwłaszcza o miłości, spotkaniu drugiego człowieka i samotności.
Na zewnątrz hulał zimny wiatr, więc w zacisznym pomieszczeniu biblioteki było bardzo przyjemnie. Te pomieszczenia należące wcześniej do dworca kolejowego zostały niedawno wyremontowane i bardzo pomysłowo wyposażone nawiązując stylistyką do wyglądu stacji i przedziałów wagonów kolejowych. Taka scenografia idealnie pasowała do rozmowy o podróży przez życie. Trzeba by pomyśleć o szerokim popieraniu tego rodzaju inicjatyw.
Dwoje poetów siedziało na kolejowych kanapach i prowadziło ożywioną rozmowę. On wspomniał o słońcu nad grecką wyspą, a ona mu odpowiedziała o morskiej fali opłukującej stopy podczas spaceru brzegiem morza. Ich miłość iskrzyła się ciepłymi słowami, odbijała w ich źrenicach promyki słońca i unosiła się w górę razem z podmuchami wilgotnej, lecz ciepłej morskiej bryzy. Od czasu do czasu białe muszelki chrzęściły pod stopami., mokre kamyki głębiej wbijały się w piasek.
W tym samym czasie za oknem biblioteki coraz głośniej huczał wiatr. Szyby od czasu do czasu wpadały w ciche wibracje, niczym jęki pokrzywdzonych, zmarzniętych duchów, które nie zdołały dostać się do środka by ogrzać się ciepłem poezji.
Ech, serce dudniło w piersi od tych wszystkich wrażeń, od tych słów gorących jak ogień. Jakiś zapomniany duch z przeszłości przysiadł na regale z książkami i kołysząc nogami, jak to często robią dzieci, przysłuchiwał się rozmowie. Jego blada, zamglona twarz powoli rozpływała się w powietrzu. Jakieś mroczne moce owijały się wokół żyrandola. W bibliotecznej sali powoli ubywało światła. Ktoś spojrzał w okno i pomyślał, że to wieczór zapada. Ktoś inny zerknął na żyrandol i zaczął liczyć zapalone żarówki.
Kierowniczka biblioteki podeszła z boku do zgromadzonych ludzi i usiadła na wolnym krześle. Widocznie uporała się już z innymi obowiązkami i dołączyła do wieczorku chcąc wchłonąć w siebie te ożywcze moce, najeść się słowami, wypić owe zdroje natchnienia spływające kaskadami z niewidocznych wyżyn, nabrać siły przed zbliżającym się końcem dnia.
Oczywiście, nie mogło być inaczej, znalazła się w tym pięknym miejscu również plotkara. Siedziała skulona pod palmą stojąca w doniczce na parapecie okna, dlatego nie od razu była widoczna. Spijała z warg pary poetów każde słowo, zerkając co chwilę do trzymanego w dłoni tomiku poezji. Długo to trwało zanim mnie dostrzegła natychmiast przy wtórze szurania krzeseł podeszła i usiadła przy mnie. Duch siedzące na regale z książkami pokiwał ze współczuciem ledwie widoczną głową. To coś owijające się wokół żyrandola zarechotało sardonicznym śmiechem. Zaraz potem przepaliła się i zgasła jedna z żarówek.
- Dzień dobry. - powiedziała plotkara. - Cieszę się bardzo, że możemy się spotkać w tym pięknym miejscu.
- Dzień dobry. - Mój szept wyraźnie sugerował konieczność zachowania ciszy.
- Bardzo jestem też rada, że na wieczorki literackie przychodzą godne i znamienite osoby.
- Ciiii.
- Zawsze twierdziłam, że życie kulturalne jest przeznaczone dla elity społeczeństwa.
- Kiwnąłem głową na znak aprobaty, aby nie powodować kolejnych wypowiedzi.
- Do szerokich mas wulgarnego motłochu skierowane są raczej masowe koncerty, mecze i dosadne pornole.
- Rumieniec zawstydzenia wypłyną na moje czoło i policzki. Po karku zaczęły płynąć zimne kropelki potu.
- My jednak nie musimy zawracać sobie głowy niskimi żądzami tłumu.
- Kilka głów delikatnie zwróciło się w naszą stronę. Duch z żyrandola o mało nie spadł kierowniczce na plecy. W ostatniej chwili złapał się stojącego nieopodal regału z książkami i usiadł obok drugiego ducha. Na dworze pomału robiło się coraz ciemniej.
Pan Piotr z panią Gabrysią nadal recytowali swoje wiersze. On bardziej intelektualne wywodził kwestie, sprawnością języka pieczętując swe mistrzostwo, ona zaś bardziej namiętnie, jak przystało na płeć piękną, ze słów splatała wianki, by mu przystroić skronie i go niespostrzeżenie przyciągnąć do siebie, do swojego stołu i świeżej herbatki jaśminowej dać skosztować niczym eliksiru.
Zdawało się, że nad głowami ludzi pojawiły się ognie ducha poezji, tak migotało światło w pokoju. Prawdopodobnie pobliskimi torami przejeżdżał pociąg podmiejski. Na regale kilka książek przewróciło się. Na szczęście żadno tomiszcze nie spadło ze swojej półki. Para duchów na górze objęła się, by razem łatwiej zachować równowagę.
- Zobacz kto tutaj przyszedł. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, troszeczkę pomyśleć, by rozpoznać te wszystkie osoby. Tutaj są sami wrażliwi ludzie. W tej jednej sali nagromadziło się tyle doskonałych intelektów, krąży tu tyle inteligentnych myśli, wypowiada się tyle mądrych słów, że taki ładunek rozumu aż prosi się, wręcz wymaga, zmusza do powstania inteligencji wyższego rzędu, tak jakby nowego boga.
- Ulicą wciąż jechały samochody. W pewnej chwili jadąca ciężarówka skręciła na skrzyżowaniu. Reflektory przez moment świeciły prosto w okna biblioteki. Wszystkich oślepił nagły blask. Pan Piotr przestał czytać wiersz i mrużąc oczy usiłował dostrzec co się tam dzieje. Kilka osób podniosło dłonie do twarzy by osłonić oczy. Jaskrawe blaski mieszały się z ostrymi cieniami tworząc jakby biało-czarną ilustrację. Zapewne z każdej strony sala biblioteki wyglądała inaczej, być może każda z osób się tam znajdujących widziała inny obraz.
Tak to już jest w przypadku zbierania zeznań na temat tego co się stało od grupy ludzi. Im liczniejsza jest ta grupa tym różnice w opisie sytuacji są większe. Zazwyczaj trzeba wyciągając wnioski uśredniać informacje, zakładać, że informacje uzyskane od ludzi są co najwyżej przybliżone, a nie precyzyjne. Tak działa pamięć, że jedno pamięta, a inne zapomina. Badacze historii znają ten mechanizm doskonale.
Nie mam zielonego pojęcia o tym co zobaczyli inni ludzie zgromadzeni w bibliotece. Sądzę też, że nikt z nich nie potrafiłby w żaden sposób chociaż w przybliżeniu potwierdzić moją wersję. Ja jednak zapamiętałem doskonale to co zobaczyłem. Ów obraz utkwił w mojej pamięci jak cierń już na zawsze. Przez to krótkie mgnienie widziałem w bibliotece twarz Boga. Nie bożka jakiegoś, ale stwórcy, wszechmogącego, niewidzialnego ale istniejącego.
- Wystarczy popatrzeć na pszczoły. Królowa matka jest dla roju bogiem, który panuje nad każdym elementem roju, nad każdym jego ruchem, nad zasadami tworzącymi ze zbiorowości owadów jedno środowisko, jedno społeczeństwo, jeden organizm, jedną wspólną osobowość. Każdy element zbiorowości jest oddzielny, niezależny, samodzielny, jak każdy zmysł, lecz wszystkie razem tworzą jedno ciało. Na tym polega cud stworzenia. Na tym polega tajemnica stwórcy.
- Dokona się w mojej świadomości cudowna przemiana. Plotkara wciąż mówiła o tych wszystkich dziwnych rzeczach, a ja doznawałem epifanii, katharsis, objawienia. Już po chwili wszystko wróciło do swojego normalnego wyglądu, reflektory samochodu zniknęły, ludzie przestali zasłaniać oczy, pan Piotr wrócił do czytania wiersza, a ja miałem przed oczami wciąż ten wspaniały widok.
- Skoro pszczoły mogą stworzyć boga, bo nie ulega wątpliwości, że jest to akt stworzenia zespołowego, - trajkotała wciąż plotkara - to oczywiste jest, iż społeczność ludzka, społeczeństwo człowieka, o tyleż bardziej rozwinięte, o tyleż bardziej zaawansowane, o tyleż mądrzejsze, potrafi stworzyć sobie boga znacznie większego, mocniejszego, potężniejszego.
- Żyrandol znowu zaczął się kołysać, bo duch wrócił na swoje miejsce. Ludzie spokojnie opierali się na krzesłach, zakładali nogę na nogę. Jakaś młoda kobieta z dzieckiem na ręku wstał i wyszła z biblioteki na ulicę. Kierowniczka rozpięła górny guzik u bluzki. Jakiś mężczyzna w garniturze, który przez cały czas coś notował zamknął swój notes, włożył go do kieszeni i wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie znajdowała się cześć przeznaczona dla dzieci.
Ktoś rozstawił spory, metalowy stojak za rzędami krzeseł, na których siedzieli ludzie, a na stojaku zamontował sporą, prawdopodobnie profesjonalną kamerę filmową. Przebieg spotkania zaczęto rejestrować. Obok kamery stanęła kobieta w garsonce, jeszcze dość młoda, zgrabna, o długich nogach i butach na wysokim obcasie.
- Tylko mądre osoby mogą brać udział w tworzeniu nowej cywilizacji, w powoływaniu nowej społeczności, w konstytuowaniu nowego boga. Tak już bywało w długiej historii ziemskiej planety.
- Co ty gadasz, kobieto, ucisz się bo nas stąd wyrzucą.
- Wcale nie.
- Jak to nie?
- Naturalnie.
- Przecież to nie ty masz tu dzisiaj występować.
- Przecież nikt poza tobą nie zwraca na mnie uwagę. Oni mnie wcale nie słyszą. Mówię wystarczająco cicho by zachowywać się dyskretnie, czyli tak jak to jest przyjęte na publicznych spotkaniach.
- Nie zwracają na ciebie uwagi, bo są delikatni, dobrze wychowani, kulturalni, nie chcą ci robić przykrości, bo doskonale rozumieją, że to przecież nie twoja wina, tylko twojego wychowania.
- Chcesz powiedzieć, że jestem źle wychowana! - powiedziała nieco głośniej niż do tej pory. Kilka osób odwróciło się w naszą stronę. Przyłożenie palca do ust i pokręcenie głową, dało im znak, że to nic ważnego.
- Ciszej!
- No już dobrze.
- No.
- Przecież ja się cały czas zachowuję cicho.
- Właśnie było słychać.
- Ależ naturalnie.
- No już dobrze.
- Oczywiście, że dobrze.
- Znowu pokręcenie głową ze zdegustowania.
- Nie kręć tak głową, bo to ci dodaje lat.
- Co!
- Tak.
- Zabrakło mi już słów i argumentów do dalszej dyskusji. Swój wiersz czytała pani Gabriela. Był bardzo intymny, taki realny, niemal dotykalny. Przypominał mi poezję Wisławy Szymborskiej. Naturalnie nie moją było rolą recenzować poezję, ale mogła mi się podobać, mogła na mnie działać, mogła mnie wzruszać.
Rozdział 5
Krasnoludki były zadowolone ze skoszenia trawy, bo dzięki temu mogły spacerować po ogrodzie bez wysiłku. Domek z okazałego grzyba wymagał już drobnego remontu, ale nadal prezentował się bajecznie kolorowo. Czerwony dach w białe kropki już z daleka rzucał się w oczy. W zasadzie taki zestaw kolorów, zwłaszcza w tym zestawie białych kropek na czerwonym tle powinien odsyłać każdego do trującego muchomora, a one, chyba raczej z przekory, wszystkich natychmiast radują, przyciągają, wywołują uśmiechy, zapraszają wręcz do podejścia i skosztowania, choćby tylko odrobinkę, wystarczy nadgryźć, polizać i już.
Owe magiczne już zapowiada niesamowitą przygodę, wpadnięcie do króliczej nory, nagłe urośnięcie, lub przeciwnie, zmniejszenie rozmiarów. W każdym razie wszystko to zapowiada doskonałą zabawę. Całymi dniami dzieciaki, ba, czasami nawet gromady dzieciaków, biegają po ogrodzie w poszukiwaniu tajemnicy zaklętego ogrodu, tajemniczego ogródka, magicznego podwórka, bajecznego placu zabaw, śmiesznego miejsca.
Krasnalom to w zasadzie nie przeszkadza, pod warunkiem jednakowoż, że pieski nie próbują ich posikać. Mocz jest mocno cuchnący, a do tego źle się go zmywa. No a rośliny usychają natychmiast. Dlatego w zasadzie zabrania się wprowadzania zwierząt, co dzieci doskonale rozumieją. Co najwyżej niektórzy nadęci dorośli nie mogą zrozumieć dlaczego piesek nie może swobodnie spacerować po ogrodzie i nazywają to haniebną dyskryminacją.
Mały Kazio powiedział swojej babci:
- Ja muszę znaleźć w tej wiosce krasnali tego który ma garniec ze złotem ukryty pod krzakiem i go pilnuje przez cały dzień, a w nocy wykopuje garniec, przeciąga pod inny krzaczek i tam zakopuje. Odnalezienie krasnala ze skarbem będzie bardzo proste, bo wystarczy zapamiętać gdzie stał każdy z nich i zauważyć zmianę miejsca następnego dnia. Wtedy, babciu, przyniosę swoją łopatkę i wiaderko, walnę krasnala w czapkę kamieniem, a potem wykopię garnek ze złotem i zawsze już będziemy bogaci.
- Ja zabiorę ten garnek ze złotem od razu jak tylko krasnal go wykopie, - wtrącił się pyzaty Michał - bo po co się męczyć z wykopywaniem, skoro krasnal to codziennie robi. Nie jestem taki głupi, żeby bez potrzeby pracować. Mój tata też nie pracuje, a każdego miesiąca idzie do biura po wypłatę dla bezrobotnych. Czasami tylko pomaga kolegom z pośredniaka osuszyć kilka butelek piwa pod sklepem spożywczym, ale tata twierdzi, że to nie jest żadna robota i tak to on może pracować.
Ja też, jak ukończę przedszkole, pójdę zapisać się do pośredniaka. Mój tata wie gdzie to jest i mnie zaprowadzi. Zrobi dla mnie wyjątek, bo zawsze mówi, że nikt nie będzie go zaprowadzał do pośredniaka, no bo on nie jest już małym dzieckiem. Ja też już nie będę mały jak skończę przedszkole, ale chociaż ten pierwszy raz tata będzie musiał mnie zaprowadzić, żebym poznał drogę.
- Wcale nie trzeba czekać do nocy, - zauważył Maciek w krótkich spodenkach - bo przecież po ciemku niczego nie będzie widać, a jak zacznie się kopać w ciemnościach to zamiast skarbu można wykopać gniazdo os wściekłych jak diabli z powodu niszczenia ich domostwa i gotowych do wbijania żądeł w każde odkryte miejsce na ciele. Zresztą nawet długi rękaw koszuli nie jest w stanie ochronić przed ostrym żądłem wściekłej osy. Moja mama kiedyś powiedziała: "Jeziu, osa." - jak jedna wleciała przez okno do kuchni i bzyczała jak nakręcona.
- Ja wolę lalki do zabawy, - stwierdziła Wanda, taco Niemca nie chciała, bo tak jej babka powiedziała - które można ubierać w kolorowe sukienki, zmieniać im buciki, zakładać kapelusze, bereciki, czapki, a nawet na szyje wkładać naszyjniki z korali, wisiorki z serduszkiem, chustkę zawiązywać na szyi lub szalik, a nie jak te krasnale chodzić ciągle w tych samych kamizelkach, tych samych kubraczkach, tych samych ciągle czapkach na głowie. Kto by to wytrzymał? Nikt.
- A ja wolę niebieskie spodnie, albo niebieską spódniczkę, - stwierdziła Maryla w ogrodniczkach - bo wtedy do wszystkiego pasuje. Do niebieskich spodenek każde buty można założyć, a do niebieskiej spódniczki każda bluzka pasuje jak malowana. Przecież marszczone rękawy, zaszywki, wstążeczki i błyszczące guziki to tylko do niebieskiej spódniczki pasują. Jak niebieska chmurka na niebieskim niebie, a tam pod spodem niebieska zatoka promyki słońca odbija na niebiesko. Tylko niebieskie chóry anielskie noszą białe sukienki.
- Ja chcę taki domek dla lalki, - powiedziała Aldonka z lalką, którą trzymała za jedną nogę - bo moja Alicja już się całkiem znudziła mieszkaniem w szufladzie. Jak ona ma leżeć razem ze skarpetami to płacze przez całą noc, a potem ma zapuchnięte oczy, nos i policzki, że ludziom normalnie jej pokazywać nie można.
- Jak będzie leżała w domku dla lalek to nie będzie płakała? - zapytała Martynka stojąca przed latarnią morską z parasolką w dłoni. - Taki dom dla lalek jest bardzo ponury i jest w nim bardzo smutno. Jak się lalkę zamknie samą w takim domku, to będzie jej bardzo, bardzo niewygodnie, bardzo, bardzo będzie samotna, i jeszcze bardzo, bardzo będzie tęsknić.
Niedaleko studni sterczały z ziemi przewody elektryczne oraz kabel antenowy od telewizji kablowej. Krasnalom te sterczące z ziemi przewody bardzo przeszkadzały, ponieważ podczas spaceru można było zahaczyć o nie nogą i upaść, rozbić sobie nos, nabić sobie guza, albo nawet zwichnąć rękę. W rejonowej przychodni zdrowia ostatnio stanowczo stwierdzili, że do obrażeń krasnali nie będą przychodzić z wizytą domową. Jak się krasnal źle czuje, to może się do przychodni osobiście pofatygować? Tak powiedziano i przestano nawet telefony odbierać. Za takie traktowanie pacjenta można by skargę do NFZ-etu napisać.
Dlatego ogrodnik przesunął nieco studnię, a w jej środku ukrył przewód antenowy. Natomiast kabel elektryczny został poprowadzony pod ziemią, dla bezpieczeństwa, a puszka łączeniowa została zamontowana w środku latarni morskiej, gdzie była bardzo dobrze zamaskowana i ukryta przed nazbyt ciekawskimi paluchami dzieciaków.
- Moi rodzice zwiedzili już wszystkie latarnie morskie. - poinformowała Ula z małym pieskiem na smyczy. - Pan latarnik obiecał, że jeśli zwiedzą jeszcze jedną zagraniczną latarnię morską to otrzymają złotą odznakę i będą mogli wylosować rower, albo telewizor.
- Ta latarnia morska nie liczy się do zwiedzania. - powiedziała Zosia z lodem na patyku.
- Ale dlaczego się nie liczy?
- Bo to nie jest zagraniczna latarnia morska. - odpowiedziała Zosia i zabrała się do lizania loda.
- Dasz polizać? - zapytała Ula.
- Nie dam, bo przez lizanie przenosi się zarazki.
- A ja tam wolę oranżadę. - stwierdził kategorycznie Bartek z butelką oranżady w dłoni.
- Mi się chce pić. - powiedział donośnym głosem Wojtek po przełknięciu pierwszego kęsa kanapki.
- Już ci podaję. - zapewniła go Asia i poczęła szukać butelki z soczkiem w piknikowym koszyku, który stał obok niej na trawie.
- Mamusiu, ten piesek zrobił kupkę przy krasnoludku. - wołała zapłakana Gosia ze łzami cieknącymi jej po policzkach.
- Ja tam wolę wąchać kwiatki zamiast psie kupki. - powiedziała stanowczo mała Benia z różą w dłoni.
Worki ze skoszoną trawą zostały ułożone niedaleko bramy wjazdowej, żeby w dniu wywozu śmieci można je było łatwo zapakować na przyczepę i usunąć z terenu ogrodu. Skoszona trawa jest raczej lekkim towarem, więc worki nie były ciężkie. Wszystkie dzieci były zszokowane widokiem chłopców rozrzucających worki na boki, jakby czegoś szukali co by było ukryte pod workami. Gdy jednak dotarli do dna sterty i niczego interesującego nie znaleźli zabrali się do rozrywania worków i rozrzucania wkoło uschniętej trawy.
Inne dzieci rozglądały się wkoło, jakby czekając na reakcję kogoś dorosłego, a gdy ta nie następowała, bo kilka mamusiek i babć było zajętych wyłącznie swoimi pupilami, to dzieciaki najpierw powoli, a potem nawet w podskokach pobiegły by pomóc rozrabiakom w kontynuowaniu ich zajęcia. Sucha trawa fruwała w powietrzu. Zaiste, widok był to niezwykły.
Jedno z rozbrykanych dzieci poczęło, ni stąd, ni zowąd, kasłać. Zabawa pozostałych jednak trwała w najlepsze.
- Kochanie, bądź ostrożny, bo się spocisz! - poprosiła mamusia. - Jeszcze musimy iść do babci na herbatkę.
Staś i Stasia podeszli do furtki trzymając się za ręce i zaglądając z zainteresowaniem do ogrodu.
- Mama mówiła, żeby tam nie wchodzić, bo nas psy pogryzą. - powiedziała Stasia.
- Tu nie ma żadnych psów, - odparł brat - bo gdyby były to już by gryzły te wszystkie dzieci.
- Chyba masz rację. - powiedziała Stasia i puściwszy dłoń brata szybciutko pobiegła w kierunku baraszkującej gromady dzieci.
- No i teraz muszę tam iść, żeby pilnować siostry. - powiedział rezolutnie Staś zanim dołączył do wspólnej zabawy.
- Kasłające dziecko usiłowało najwyraźniej wrócić na chodnik do stojących tam dorosłych, ale nie dało rady zrobić więcej niż cztery kroki, po których upadło na trawę. Przez chwilę nic się nie działo, poza dalszym rozrabianiem dzieciaków. Mamy zadowolone i dumne ze swoich pociech rozmawiały pomiędzy sobą zajęte bardzo istotnymi problemami wychowawczymi, lub może jakimiś drobiazgami. Źdźbła trawy latały nad całym ogrodem. Czarno-szara stara wrona, która całymi dniami przesiadywała na gałęzi wielkiego orzecha zdegustowana zamachała skrzydłami i poleciała w kierunku lasu.
Powoli zaczął zapanowywać spokój. Wszystkie worki po trawie zostały już porwane na strzępy, a trawa bardzo dokładnie rozniesiona po ogrodzie, tak jakby dzieci były złe za jej skoszenie i postanowiły ją zwrócić naturalnemu środowisku. Niektóre dzieci zdyszane zaczęły wracać do opiekunów, gdzie rozpoczęły barwne opowieści o rozrzucania siana.
- Róża! - zawołała jedna z mam, a wołana dziewczynka odwróciła się tyłem do krasnala i pomachała mamię ręką.
- Co za nuda! - powiedział Franek.
Boguś usłyszał te słowa, rozejrzał się dookoła, po czym zaczął iść w kierunku dorosłych. Na jego drodze znalazł się leżący na ziemi chłopiec.
- Tu ktoś leży! - zawołał.
Chyba nikt go nie usłyszał, bo nadal nic się nie działo.
- Tu ktoś leży! - powtórzył głośniej Boguś.
Kasia zaczęła płakać. Po krótkiej chwili dołączyła do płaczu Klementyna. Adelka popatrzyła z przestrachem na koleżanki i bez słowa pobiegła ku swojej mamie.
- Mamo, mamo. - zaczęła wołać Basia i biec w kierunku grupki rodziców.
Wtedy Alek podszedł do leżącego kolegi i szarpał go za rękę.
- On nie chce wstać! - krzyknął w kierunku dorosłych.
Rodzice jakby obudzili się z letargu. Jedni poczęli krzyczeć, inni podbiegli do chłopca i podnieśli go z ziemi.
- Trzeba zadzwonić po karetkę pogotowia! - powiedziały ze trzy osoby.
Wreszcie ktoś zadzwonił z telefonu komórkowego. Trochę to było dziwne, że tylko jedna osoba chwyciła za telefon i wezwała pomoc, no ale w końcu jeden telefon przecież wystarczy. Chłopca wyniesiono z ogrodu na chodnik. Ktoś polewał go wodą z butelki, ktoś szarpał za ubrania usiłując rozpiąć guziki u koszulki.
- Więcej powietrza! Rozsuńcie się! Zrobić miejsce! - było słychać głosy pośród krzyków i płaczu dzieci.
Bardzo szybko pojawiła się karetka Pogotowia Ratunkowego. Chłopiec został ułożony na noszach, wstawiony do karetki, po czym ratunkowy pojazd na sygnale odjechał w kierunku szpitala.
- A ja widziałem jak on upadł na ziemię. - przyznał się Czarek.
- To czemu nic nie powiedziałeś prędzej? - zapytał Franek.
- Cicho dzieci, cicho, wracamy do domu. - zarządziła jedna z mam.
- Tak, tak, pora wracać do domu. - potwierdziła druga mama.
- Słuszna uwaga. - przyznała inna.
Już po chwili zarówno w ogrodzie jak i przed nim zrobiło się pusto. Krasnale stały jak przedtem. To znaczy nie wszystkie, bo niektóre zmieniły miejsce. Wszędzie walała się uschnięta trawa, aż niektórym wierciło w nosie i skłaniało do kichania.
- Oj, ile tu znowu będzie grabienia. - zamruczał kot, który cały czas siedział na gałęzi orzecha i wszystkiemu się przyglądał spod przymrużonych powiek.