1
Jest niedziela wielkanocna 1994 roku i czekam z długopisem w ręku, jak mi nakazano. Mam się spotkać z Bogiem.
Obiecał, że przybędzie - jak to uczyniła Ona w poprzednie dwie niedziele
świąt Wielkiej Nocy - aby rozpocząć kolejny etap naszych rozmów. Trzeci
i ostatni - na razie.
Proces ten - niezwykły przepływ informacji - trwa od roku 1992. W Wielkanoc 1995 ma dobiec końca. Trzy lata i trzy księgi. Pierwsza
dotyczyła głównie problematyki osobistej - miłosnych związków,
odnalezienia życiowego powołania, potężnych energii pieniędzy, seksu,
miłości i Boga; oraz tego, jak to wszystko ze sobą powiązać w codziennym
życiu. Druga rozwinęła te zagadnienia, przechodząc do szerszych rozważań
geopolitycznych - istoty rządu, zbudowania świata bez wojen, podstaw
zjednoczonej społeczności ponadnarodowej. Trzecia i ostatnia część
trylogii, jak się dowiedziałem, skupiać się będzie na kwestiach
najdonioślejszych, przed jakimi staje człowiek. Koncepcjach innych
światów, innych wymiarów, oraz tym, jak cała ta zawiła kompozycja splata
się w jedno.
Kolejne szczeble przedstawiają się więc następująco:
PRAWDY INDYWIDUALNE.
PRAWDY GLOBALNE.
PRAWDY UNIWERSALNE.
Tak jak w przypadku dwóch poprzednich ksiąg, nie mam pojęcia, dokąd ta
obecna zmierza. Mechanizm jest prosty. Przystawiam długopis do kartki,
zadaję pytanie - i śledzę myśli przychodzące mi do głowy. Jeśli mam w głowie pustkę, jeśli nie docierają do mnie żadne słowa, odkładam
wszystko do następnego dnia. Proces powstawania pierwszej części trwał
około roku, nieco dłużej w przypadku drugiej. (Praca nad niniejszą wciąż
jest w toku).
Sądzę, że będzie to najważniejsza książka całego cyklu.
Po raz pierwszy, odkąd przystąpiłem do tego dzieła, ogarnia mnie
dokuczliwa samoświadomość. Od napisania pierwszych czterech czy pięciu
akapitów minęły całe dwa miesiące. Dwa miesiące upłynęły od Wielkiej
Nocy i nic - nic oprócz samoświadomości.
Tygodniami przeglądałem i poprawiałem tekst pierwszej części złożonej do
druku - i nie dalej jak kilka dni temu otrzymałem ostateczną poprawioną
wersję księgi pierwszej po to tylko, aby odesłać ją znów do poprawy z 43 pojedynczymi błędami. Jednocześnie zamknąłem księgę drugą, nadal w rękopisie, z dwumiesięcznym "poślizgiem". (Miała zostać ukończona na
Wielkanoc 1994). Rozpocząłem pracę nad obecną książką, mimo że jej
poprzedniczka jeszcze nie została zapięta na ostatni guzik. Teraz, gdy
księga druga jest gotowa, nic nie stoi na przeszkodzie, aby znów
zabrać się do trzeciej.
Mimo to po raz pierwszy od 1992 roku wzbraniam się przed tym, czuję
niemal coś na kształt niechęci. Mam wrażenie, jakbym znalazł się w pułapce - nigdy nie lubiłem robić czegoś dlatego, że muszę. Co
więcej, po zapoznaniu się z reakcjami osób, którym wysłałem
niepoprawione kopie rękopisu pierwszej części, wiem już, że cała
trylogia spotka się z szerokim oddźwiękiem, będzie badana i analizowana
od strony teologicznej, gorąco dyskutowana przez wiele lat.
Utrudnia to zadanie, jakie mam do wykonania; pióro ciąży mi w ręku. Mam
świadomość, że rzecz trzeba doprowadzić do końca, lecz z drugiej strony
zdaję sobie sprawę, że stanę się przedmiotem zaciekłych ataków, drwin, a może nawet nienawiści za to, że ośmielam się przedstawić ten materiał i głosić, że otrzymałem go prosto od Boga.
Najbardziej boję się chyba tego, że okażę się niegodnym, nieodpowiednim
"rzecznikiem" Boga, zważywszy na pasmo błędów i wykroczeń, jakim
naznaczone jest moje życie.
Osoby znające mnie z przeszłości - zwłaszcza moje byłe żony oraz dzieci
- miałyby prawo wystąpić i podważyć zawarte tu treści z racji mego tak
kiepskiego występu w roli ojca i męża. Nie sprostałem wymaganiom tej
oraz innych dziedzin życia, w których liczą się przyjaźń i uczciwość,
przedsiębiorczość i odpowiedzialność.
Jednym słowem, mam dotkliwą świadomość, że nie nadaję się na posłańca
Boga i orędownika prawdy. Powinienem być ostatnim do podjęcia się tej
roli, a nawet do roszczenia sobie jej w myślach. Wyświadczam
"niedźwiedzią przysługę" prawdzie, ośmielając się ją głosić, podczas gdy
całe moje życie świadczy o mej słabości.
Z tego powodu, Boże, zwracam się do Ciebie, abyś zwolnił mnie z obowiązku zapisywania Twoich słów i poszukał godniejszego następcy na
moje miejsce.
Chciałbym doprowadzić do końca to, cośmy wspólnie zaczęli - ale nie czuj
się do niczego zmuszony. Nie masz żadnych "zobowiązań" wobec Mnie czy
kogokolwiek, dostrzegam jednak poczucie winy, jakie wywołało w tobie
przekonanie, że masz.
Wielu ludzi zawiodłem, nawet własne dzieci.
Wszystko, co zdarzyło się w twoim życiu, doskonale służyło twojemu
rozwojowi - oraz wszystkich dusz, jakie z tobą się zetknęły - nadając mu
dokładnie taki kierunek, jaki był tobie potrzebny i jaki wybrałeś.
To świetna wymówka dla kogoś, kto chce się wymigać od odpowiedzialności
za swoje postępki, uniknąć przykrych konsekwencji.
Widzę, że byłem samolubny - niesłychanie samolubny - oddając się temu,
na co miałem ochotę, bez względu na to, jak odbijało się to na innych.
Nie ma nic złego w robieniu tego, co się lubi.
Ale tyle osób ucierpiało, doznało rozczarowań.
Wszystko sprowadza się do tego, co sprawia ci przyjemność. Tobie zapewne
chodzi o to, że obecnie największą przyjemność znajdujesz w postępowaniu
tak, aby innym nie działa się krzywda.
Oględnie powiedziane.
Celowo. Naucz się traktować siebie łagodniej. I skończ z tym ciągłym
osądzaniem siebie.
To trudne - zwłaszcza kiedy inni są tacy skorzy do wydawania wyroków.
Czuję, że przyniosę wstyd Tobie, naprawdę; że jeśli będę obstawał przy
dokończeniu i publikacji tej trylogii, okażę się kiepskim wysłannikiem
Twojej prawdy, zniesławię ją.
Prawdy nie można zniesławić. Prawda to prawda. Nie można jej dowieść ani
obalić. Ona po prostu jest.
Piękno Mego przesłania nie dozna uszczerbku od tego, co ludzie myślą o tobie.
W gruncie rzeczy nadajesz się znakomicie na Mego przedstawiciela,
ponieważ wiodłeś życie dalekie od ideału.
Ludzie mogą się z tobą utożsamić - nawet kiedy cię potępiają.
A gdy zobaczą, że stawiasz sprawę uczciwie, kto wie, może przebaczą ci
"grzechy" przeszłości.
Lecz powiadam ci: Tak długo, jak będziesz przejmował się tym, co sądzą o tobie inni, mają cię w ręku.
Dopiero kiedy przestaniesz wypatrywać uznania z zewnątrz, będziesz panem
samego siebie.
Martwiłem się bardziej o przekaz niż o siebie. Bałem się, że go
sprofanuję swoją osobą.
Jeśli leży ci na sercu to przesłanie, to ponieś je w świat. Nie martw
się tym, czy zostanie zbrukane. Ono samo się obroni.
Pamiętaj, czego cię nauczyłem: Daleko ważniejsze jest to, jak dobrze
przesłanie jest przekazane, niż jak dobrze zostanie przyjęte.
Wiedz także to: Uczysz tego, co sam musisz opanować.
Nie trzeba najpierw osiągnąć doskonałości, aby głosić doskonałość.
Nie trzeba najpierw dostąpić duchowego mistrzostwa, aby głosić duchowe
mistrzostwo.
Nie trzeba najpierw wznieść się na najwyższy szczebel ewolucji, aby
głosić najwyższy poziom ewolucji.
Staraj się tylko być szczery, autentyczny. Jeśli pragniesz naprawić
rzekome "krzywdy", podejmij stosowne działania. Zrób, co w twojej mocy.
I nie wracaj do tego więcej.
Łatwo powiedzieć. Czasem nachodzi mnie takie poczucie winy.
Wina i strach to jedyni wrogowie człowieka.
Poczucie winy jest ważne. Mówi nam, że źle postąpiliśmy.
Nie ma czegoś takiego jak "zło". Są tylko rzeczy, które tobie nie służą;
nie przystają do tego, Kim Jesteś i Kim Decydujesz się Być.
Wina sprawia, że grzęźniesz w tym, czym nie jesteś.
Dzięki niej wiemy przynajmniej, że zbłądziliśmy.
Masz na myśli świadomość - to co innego.
Powiadam ci: Wina to zaraza tej ziemi, zatruwa roślinność.
Nie urośniesz od niej, tylko zwiędniesz i skurczysz się.
Trzeba dążyć do świadomości. Świadomość to nie poczucie winy, a miłość
to nie strach.
Powtarzam raz jeszcze: Wina i strach to twoi jedyni wrogowie. Miłość zaś
i świadomość są twymi prawdziwymi przyjaciółmi. Nie należy mylić jednych
z drugimi, gdyż pierwsi niosą śmierć, a drudzy są życiodajni.
Zatem nie powinienem czuć się "winnym" z żadnego powodu?
Nigdy, przenigdy. Jaki z tego pożytek? Przez to stajesz się jedynie
niezdolny do pokochania siebie, a to uniemożliwia pokochanie innych.
I niczego nie powinienem się bać?
Strach i ostrożność to dwie różne rzeczy. Zachowaj czujność, lecz
wyzbądź się lęku. Gdyż strach paraliżuje, a świadomość mobilizuje.
Bądź przytomny, nie porażony.
Ale mnie uczono bojaźni Bożej.
Wiem. I to zamroziło nasze stosunki.
Dopiero kiedy przełamałeś swą bojaźń wobec Mnie, mogłeś ustanowić
sensowny związek ze Mną.
Gdybym miał przekazać ci dar, jakąś szczególną łaskę, dzięki której
mógłbyś do Mnie trafić, byłby to dar nieustraszoności.
Błogosławieni nieznający trwogi, albowiem dane im będzie poznać Boga.
Oznacza to również, że musisz zdobyć się na odwagę i odrzucić wszystko,
co, jak ci się zdaje, wiesz o Bogu.
Musisz mieć śmiałość przekreślić wszystko, co inni naopowiadali ci o Bogu.
Wreszcie musisz być dzielny na tyle, aby zapuścić się w swoje własne
doświadczenie Boga.
I nie wolno ci się z tego powodu obwiniać. Kiedy twe osobiste
doświadczenie kłóci się z tym, co, jak ci się zdawało, wiesz o Bogu, i z tym, co naopowiadali ci inni, nie wolno ci obwiniać siebie.
Wina i strach to jedyni wrogowie człowieka.
Są jednak tacy, co nazwaliby Twoje rady podszeptem samego diabła; tylko
diabeł mógłby coś takiego podsunąć człowiekowi.
Nie ma diabła.
Tak właśnie powiedziałby bies.
Bies wyraziłby się tak samo jak Bóg, czy nie tak?
Tyle że sprytniej.
Diabeł jest sprytniejszy od Boga?
Powiedzmy, że przebieglejszy.
Zatem diabeł "knuje", przemawiając słowami Boga?
Lekko je wypacza - na tyle, aby zwieść na manowce.
Chyba musimy sobie coś wyjaśnić na temat "diabła".
Przerabialiśmy to w księdze pierwszej.
Najwyraźniej niezbyt skutecznie. Poza tym wśród czytelników mogą być
osoby, które nie przeczytały księgi pierwszej. Czy drugiej, jeśli już o tym mowa. Warto byłoby w tym miejscu przytoczyć kilka prawd tam
zawartych. Będzie to dobra odskocznia do wyższych, uniwersalnych praw,
jakie przedstawimy w dalszej części. I powrócimy do tematu "diabła".
Chcę, abyś dowiedział się, w jaki sposób i po co powstał taki "twór".
W porządku. Zgoda. Niech będzie po Twojemu. Może jednak coś z tego
dialogu wyjdzie. Ale czytelnicy muszą wiedzieć, że od napisania przeze
mnie pierwszych słów tutaj minęło już pół roku. Jest teraz 25 listopada
1994, dzień po święcie Dziękczynienia. Dwadzieścia pięć tygodni dzieli
ten akapit od Twej wypowiedzi. Wiele w tym czasie się wydarzyło, ale ta
książka nie posunęła się do przodu ani o centymetr. Dlaczego to trwa tak długo?
Czy nie widzisz, jak potrafisz sam sobie zaszkodzić? Zablokować się? Czy
nie widzisz, jak sam siebie powstrzymujesz, gdy jesteś o krok od czegoś
obiecującego? Postępujesz tak całe życie.
Zaraz, chwileczkę. To nie ja z tym zwlekałem. Sam z siebie nic nie
zdziałam - nie napiszę ani słowa, dopóki nie poczuję podniety, dopóki
mnie coś nie... bronię się przed użyciem tego słowa, ale chyba nie mam
wyjścia... natchnie, aby zasiąść przed tym żółtym notatnikiem.
A natchnienie to przecież Twoja działka, nie moja!
Aha. Więc uważasz, że to Ja się ociągałem.
Coś w tym stylu.
Mój drogi przyjacielu, to takie typowe dla ciebie - i innych ludzi.
Przez pół roku nie kiwniecie palcem, nie zrobicie nic dla własnego
najwyższego dobra, wręcz odsuwacie je od siebie, a potem winicie
wszystko lub wszystkich, z wyjątkiem siebie, za to, że stoicie w miejscu. Czy nie dostrzegasz w tym jakiejś prawidłowości?
No, cóż...
Zapewniam ciebie: Nigdy nie zdarza się, aby Mnie przy tobie nie było;
nie ma takiej chwili, abym nie był "gotowy".
Czyż nie mówiłem ci tego?
Tak, owszem, ale...
Nigdy cię nie opuszczę, aż po kres czasu.
Lecz nie będę ci narzucał Mojej woli - nigdy.
Wybieram dla ciebie najwyższe dobro, ale przede wszystkim wybieram twoją
wolę. To stanowi niezawodną miarę miłości.
Kiedy pragnę dla ciebie tego, co ty pragniesz, wtedy naprawdę miłuję
ciebie. Kiedy zaś pragnę dla ciebie tego, co Ja pragnę, wówczas
miłuję siebie za twoim pośrednictwem.
Taką samą miarą można określić, czy inni kochają ciebie i czy ty
prawdziwie kochasz innych. Albowiem miłość nie chce niczego dla siebie,
stara się jedynie ziszczać wybory dokonywane przez partnera.
To chyba kłóci się z tym, co stwierdziłeś w księdze pierwszej - że
miłość nie przejmuje się ukochaną osobą - czym jest, co robi, co posiada
- tylko własną Jaźnią, tym, co Jaźń tworzy i objawia, czego poszukuje.
Nasuwa się w związku z tym pytanie, jak należy rozumieć zachowanie
rodzica, który krzyczy na dziecko: "Zejdź z jezdni!"? Albo jeszcze
lepiej, który z narażeniem własnego życia ratuje swoje dziecko spod kół
samochodu? Czy taki rodzic nie kocha swego dziecka? Przecież narzucił mu
swoją wolę. Pamiętajmy, dziecko znalazło się na ulicy z własnego
wyboru.
Jak wytłumaczysz tę sprzeczność?
Nie ma w tym sprzeczności. Mimo to nie potrafisz dostrzec tej harmonii.
I nie zrozumiesz boskiej nauki miłości, dopóki nie pojmiesz, że Mój
najwyższy wybór dla siebie pokrywa się z twoim najwyższym wyborem dla
siebie. A to dlatego, że ty i Ja to jedno.
Widzisz, Boska Nauka stanowi zarazem Boską Dychotomię, a to dlatego, że
dychotomią jest samo życie. To doświadczenie, w obrębie którego mogą
współistnieć dwie pozornie sprzeczne prawdy.
W tym przypadku te pozornie sprzeczne prawdy to to, że ty i Ja jesteśmy
odrębni i jednocześnie ty i Ja to jedno. Podtrzymuję to, co oświadczyłem
w księdze pierwszej: Główną przyczyną nieudanych związków jest skupienie
uwagi na partnerze, martwienie się tym, czego pragnie, jaki jest, co
robi. Troszcz się wyłącznie o swoją Jaźń. Czym twoja Jaźń jest, co ma?
Czego potrzebuje, do czego dąży, co wybiera? Co stanowi najwyższy wybór
dla Jaźni?
Przypomnę, co jeszcze powiedziałem:
Najwyższy wybór dla Jaźni staje się najwyższym wyborem dla drugiego, gdy
Jaźń uświadamia sobie, że nikogo innego nie ma.
Błąd polega więc na nieznajomości tego, co dla ciebie najlepsze. To
wynika z niewiedzy dotyczącej Twojej Prawdziwej Istoty, a tym bardziej
tego, kim starasz się być.
Nie rozumiem.
Posłużę się ilustracją. Jeśli masz zamiar wygrać wyścig Indianapolis
500, jazda z prędkością 250 kilometrów na godzinę może być dla ciebie
najlepszym rozwiązaniem.
Lecz jeśli chcesz bezpiecznie dotrzeć do sklepu spożywczego, może nim
nie być.
Twierdzisz, że wszystko zależy od kontekstu.
Tak. Wszystko w życiu zależy od kontekstu. O tym, co dla ciebie
"najlepsze", przesądza to, kim jesteś i kim pragniesz być. Nie możesz
dokonać rozumnego wyboru tego, co dla ciebie najlepsze, dopóki rozumnie
nie postanowisz, kim i czym jesteś. Ja, jako Bóg, wiem, czym pragnę
być. Dlatego wiem, co dla Mnie "najlepsze".
Co mianowicie? Proszę, powiedz mi, co jest "najlepsze" dla Boga? To na
pewno ciekawe...
Najlepsze dla Mnie jest dawanie tobie, co sam uznasz za najlepsze
dla siebie. Ponieważ Ja dążę do wyrażenia siebie. Za twoim
pośrednictwem.
Nadążasz?
Owszem, wierz lub nie, ale nadążam.
Dobrze. Teraz powiem ci coś, co niełatwo będzie ci przełknąć.
Zawsze daję ci to, co dla ciebie najlepsze... choć przyznaję, że ty
czasami możesz tego nie wiedzieć.
Zagadka wyjaśnia się teraz, kiedy zacząłeś pojmować, o co mi chodzi.
Ja jestem Bogiem.
Jestem Boginią.
Najwyższą Istotą. Wszystkim, Co Jest. Początkiem i Kresem. Alfą i Omegą.
Jestem Treścią i Osnową. Pytaniem i Odpowiedzią. Dołem i Górą. Prawym i Lewym. Teraz, Przedtem i Potem.
Jam jest Światłość i Jam jest Mrok, z którego wyłania się Światłość i dzięki któremu może zaistnieć. Jestem Nieskończoną Dobrocią i "Złem",
bez którego "Dobroć" nie byłaby dobra. Jestem tym wszystkim - Całością -
i nie mogę doświadczyć cząstki siebie, nie doświadczając siebie w pełni.
I tego właśnie nie rozumiecie. Chcecie widzieć we mnie jedno, a nie
drugie. Wysokie, a nie niskie. Dobre, a nie złe. Lecz zaprzeczając
połowie Mnie, odmawiacie istnienia połowie samych siebie. I w ten sposób
nie możecie być tym, Kim Jesteście W Istocie.
Ja obejmuję Wspaniałą Całość - i dążę do tego, aby poznać siebie na
drodze doświadczenia. Czynię to za pośrednictwem ciebie - i wszystkiego,
co istnieje. I doświadczam Mojej wspaniałości przez wybory, jakich
dokonuję. Albowiem każdy wybór to samotworzenie. Każdy wybór to
samookreślenie. Każdy oddaje Mnie - przedstawia to, Kim Postanawiam Być
w Tej Chwili.
Lecz nie mogę postanowić być wspaniałym, jeśli nie ma z czego
wybierać. Jakaś część Mnie musi być daleka od doskonałości, abym mógł
opowiedzieć się za tą, która jest doskonałością we Mnie.
I podobnie jest z tobą.
Ja jestem Bogiem, w trakcie stwarzania siebie.
I ty również.
Za tym tęskni twoja dusza. Tego łaknie twój duch.
Gdybym miał odmówić ci tego, co wybierasz, tym samym odebrałbym sobie
to, co wybieram dla siebie. Gdyż Moim największym pragnieniem jest
doświadczyć siebie takim, Jakim Jestem. I jak szczegółowo wyłożyłem to w księdze pierwszej, mogę tego dokonać tylko w obrębie tego, Czym Nie
Jestem.
I dlatego pieczołowicie wytworzyłem to, Czym Nie Jestem, abym mógł
doświadczyć, Czym Jestem.
Lecz jestem zarazem wszystkim, co tworzę - toteż w jakiś sposób
Jestem Tym, Czym Nie Jestem.
Jak można być czymś, czym się nie jest?
Tobie to wychodzi bez przerwy. Przyjrzyj się swoim zachowaniom.
Postaraj się to zrozumieć. Nie ma rzeczy, którą bym nie był. Dlatego
Jestem, Czym Jestem, i Jestem, Czym Nie Jestem.
NA TYM POLEGA BOSKA DYCHOTOMIA.
To Boska Tajemnica, którą do tej pory zgłębić mogły jedynie najbardziej
wysublimowane umysły. Ja przedstawiłem ci ją w sposób bardziej
przystępny.
Takie było przesłanie księgi pierwszej i tę podstawową prawdę musisz
sobie przyswoić - dogłębnie - jeśli masz pojąć wyższe prawdy, jakie
zostaną objawione w obecnej księdze.
Zatrzymajmy się na jednej z tych wyższych prawd, gdyż zawiera ona w sobie odpowiedź na drugą część twego pytania.
Miałem nadzieję, że do tego wrócimy. Jak rodzic może miłować dziecko,
jeśli kieruje się tym, co dla niego najlepsze, nawet gdy w grę wchodzi
udaremnienie woli samego dziecka? Czy też rodzic okazuje najprawdziwszą
miłość, pozwalając dziecku bawić się na ulicy?
To znakomite pytanie. I zadaje je w tej lub innej postaci każdy rodzic
od początków rodzicielstwa. Odpowiedź zaś jest taka sama dla ciebie jako
rodzica i dla Mnie jako Boga.
Lecz jak brzmi odpowiedź?
Cierpliwości, Mój synu, cierpliwości. "Co nagle, to po diable". Nie
znasz tego powiedzenia?
Owszem, mój ojciec mi to powtarzał. Nienawidziłem tego.
Rozumiem to. Ale miej dla siebie więcej cierpliwości, zwłaszcza jeśli
twoje wybory nie przynoszą ci tego, co chcesz. Dotyczy to, na przykład,
odpowiedzi na drugą część twego pytania.
Domagasz się odpowiedzi, ale jej nie wybierasz. Wiesz, że jej nie
wybierasz, bo jej nie doświadczasz. W rzeczywistości odpowiedź nosisz w sobie, i nosiłeś przez cały czas. Po prostu jej nie wybierasz.
Postanawiasz wierzyć, że nie znasz odpowiedzi - więc jej nie znasz.
Tak, przerabialiśmy to w pierwszej części. Mam już wszystko, co
postanawiam mieć - w tym pełne zrozumienie Boga - ale nie doświadczę
tego, dopóki nie będę wiedział, że mam.
Dokładnie. Świetnie to ująłeś.
Ale jak mogę wiedzieć, że mam, jeśli tego nie doświadczę?
Jak mogę wiedzieć coś, czego nie doświadczyłem? Czyż pewien mądry
człowiek nie powiedział: "Wszelka wiedza płynie z doświadczenia"?
Mylił się.
Wiedza nie płynie z doświadczenia - lecz je poprzedza. Połowa świata
pojmuje to na opak.
Zatem chcesz powiedzieć, że znam odpowiedź na to pytanie, tylko o tym
nie wiem?
Właśnie.
Lecz jeśli nie wiem o tym, to znaczy, że jej nie znam.
To paradoksalne, lecz prawdziwe.
Nie rozumiem... ale pojmuję.
Otóż to.
Jak zatem dostać się do obszaru "wiedzy o tym, że znam" coś, jeśli nie
"wiem, że to coś znam"?
Aby "poznać to, co znasz, postępuj, jakbyś wiedział".
Wspominałeś o tym w księdze pierwszej.
Zgadza się. Warto by było zrekapitulować pokrótce nauki zawarte w poprzednich księgach. Tak "się składa", że stawiasz właściwe pytania, co
pozwala mi na wstępie tej części streścić omawiany wcześniej materiał.
W księdze pierwszej mowa była o wzorcu Być-Robić-Mieć i o tym, jak
większość ludzi rozumie to na odwrót.
Uważają bowiem, że jeśli będą "mieli" coś (więcej czasu, pieniędzy,
miłości - czegokolwiek), to wreszcie będą mogli coś "zrobić" (napisać
książkę, oddać się swej pasji, wyjechać na wakacje, kupić dom, związać
się z kimś), co z kolei pozwoli im "być" (na przykład szczęśliwym,
zakochanym, zadowolonym).
W rzeczywistości jednak pojmują to na opak. We wszechświecie, jakim jest
naprawdę (w przeciwieństwie do wszechświata twoich wyobrażeń), z "mieć"
nie wynika "być", lecz na odwrót.
Najpierw "jesteś" - "szczęśliwy", "mądry", "miłosierny" czy inny -
następnie zaczynasz "robić" rzeczy, kierując się tym poczuciem - i wkrótce przekonujesz się, że twoje postępowanie przynosi ci to, co
zawsze chciałeś "mieć".
Aby wprawić w ruch ten proces tworzenia (bo tym właśnie jest), zastanów
się, co chcesz "mieć", zadaj sobie pytanie, jaki byś "był", gdybyś to
"miał": i od razu przejdź do "bycia" takim.
W ten sposób odwracasz zwyczajową kolejność, a właściwie ją prostujesz -
i zamiast iść pod prąd, współdziałasz z twórczą potęgą wszechświata.
Oto w skrócie ta zasada:
W życiu nie musisz robić niczego.
Chodzi tylko o to, jakim być.
Kwestią tą zajmę się na koniec naszego dialogu. Zamkniemy nią tę
książkę.
Na razie wyobraź sobie po prostu kogoś, kto wie, że gdyby miał choć
odrobinę więcej czasu, odrobinę więcej pieniędzy czy odrobinę więcej
miłości w życiu, wtedy byłby naprawdę szczęśliwy.
Nie rozumie on związku między swym obecnym stanem, "niezbyt
szczęśliwym", i brakiem czasu, pieniędzy czy miłości, jakiej pragnie.
Zgadza się. Z drugiej strony zaś osoba, która "jest" szczęśliwa, ma czas
na wszystko, co jest naprawdę ważne, tyle pieniędzy, ile potrzeba, oraz
miłości na całe życie.
Znajduje wszystko, co potrzebne jej do "szczęścia"... przede wszystkim
"będąc szczęśliwą".
Właśnie. Postanowienie z góry, czym pragniesz być, urzeczywistnia
to w twoim doświadczeniu.
"Być albo nie być? Oto jest pytanie".
Dokładnie. Szczęśliwość to stan umysłu. Jak wszystkie stany umysłu,
powiela się w postaci fizycznej. Oto sentencja do przyczepienia na
lodówce: "Wszystkie stany umysłu powielają się".
Ale jak można "od razu być szczęśliwym" lub jakimkolwiek - bogatszym
czy bardziej kochanym - jeśli nie ma się tego, czego się potrzebuje, aby
tym "być"?
Postępuj, jak byś był, i przyciągniesz to do siebie. Jak postępujesz,
takim się stajesz.
Innymi słowy: "Graj, aż gra stanie się prawdą".
Coś w tym rodzaju.Tylko że nie można "grać". Twoje czyny muszą być
szczere.
We wszystkim, co robisz, miej szczere intencje, bo wszelkie dobro
zostanie zaprzepaszczone.
Nie dlatego, że Ja cię nie "wynagrodzę". Jak wiesz, Bóg nie "nagradza"
ani nie "karze". Ale Powszechne Prawo wymaga zjednoczenia się ciała,
umysłu i ducha w jedności myśli, słowa i czynu, aby mógł dopełnić się
proces tworzenia.
Umysłu nie da się zwieść. Jeśli nie jesteś szczery, twój umysł to wie i koniec. Nie pomoże ci w twórczym procesie.
Można, oczywiście, pominąć umysł - ale tak będzie o wiele trudniej.
Można zażądać od ciała, aby robiło coś, w co umysł nie wierzy, i jeśli
ciało będzie dostatecznie wytrwałe, umysł wyzbędzie się uprzedniej myśli
i zacznie tworzyć Nową Myśl. Kiedy masz już na jakiś temat Nową Myśl,
jesteś bliski urzeczywistnienia tego jako trwałego składnika twej istoty
i przestaje to być tylko gra.
Lecz to ciężkie zadanie i nawet wtedy czyny muszą być szczere.
Wszechświatem nie da się manipulować, inaczej niż ludźmi.
Trzeba zachować delikatną równowagę. Ciało robi coś, w co umysł nie
wierzy, mimo to umysł musi dodać niezbędnej szczerości, bez której czyny
ciała się nie powiodą.
Jak umysł może zdobyć się na szczerość, skoro "nie wierzy" w to, co
robi ciało?
Usuwając egoistyczny czynnik osobistej korzyści.
To znaczy?
Umysł może nie zgodzić się z tym, że czyny ciała przyniosą ci to, o co
zabiegasz, niemniej raczej nie będzie wzbraniał się przed uznaniem, że
przez ciebie Bóg obdarzy dobrem innych ludzi.
Dlatego to, co wybierasz dla siebie, daj drugiemu.
Mógłbyś to powtórzyć?
Naturalnie.
To, co wybierasz dla siebie, daj drugiemu.
Jeśli postanawiasz być szczęśliwy, spraw, aby drugi był szczęśliwy.
Jeśli wybierasz zamożność dla siebie, spraw, aby drugi był zamożny.
Jeśli pragniesz więcej miłości w swoim życiu, spraw, aby drugi zaznał
więcej miłości.
Postępuj szczerze - nie dla własnej korzyści, lecz dlatego, że naprawdę
życzysz tego drugiemu, a wszystko, co dasz, wróci ci się.
Dlaczego? Jak to się dzieje?
Sam akt oddania czegoś sprawia, że doświadczasz posiadania tego w pierwszej kolejności. Ponieważ nie możesz obdarzyć drugiego tym, czego
sam nie masz, umysł dochodzi do nowego wniosku, tworzy Nową Myśl -
mianowicie, że musisz to mieć, gdyż inaczej nie mógłbyś tego oddać.
Staje się to zalążkiem nowego doświadczenia. Zaczynasz takim "być". A kiedy zaczynasz "być" takim, uruchamiasz najpotężniejszą machinę twórczą
we wszechświecie - swoją Jaźń.
Czym jesteś, to tworzysz.
Okrąg się zamyka, a ty możesz coraz więcej urzeczywistniać tego w swoim
życiu. Objawi się to w twoim doświadczeniu.
Oto wielki sekret życia. Aby go wyjawić, powstały dwie wcześniejsze
księgi.
Wyjaśnij mi, proszę, dlaczego taka ważna jest szczerość w dawaniu innym
tego, co wybieram dla siebie?
Jeśli to wybieg, chęć manipulacji, aby pozyskać coś dla siebie, twój
umysł o tym wie. Właśnie przekazałeś mu sygnał, że tego nie masz. A ponieważ wszechświat to nic innego jak wielka kopiarka, powielająca twe
myśli w postaci fizycznej, takie będzie twoje doświadczenie. To
znaczy, że będziesz wciąż doświadczał "braku tego" - cokolwiek uczynisz!
Co więcej, stanie się to również doświadczeniem osoby, której próbujesz
to dać. Zobaczy ona, że chcesz tylko coś uzyskać, że tak naprawdę nie
masz nic do ofiarowania, a sam akt okaże się płytkim i czczym gestem,
obliczonym na własną korzyść.
Zatem to, co starałeś się przyciągnąć, od siebie odsuniesz. Lecz
kiedy obdarowujesz z czystym sercem - ponieważ widzisz, że tego
potrzebuje, pragnie - wówczas odkryjesz to w sobie. To cudowne odkrycie.
To prawda. To naprawdę działa! Pamiętam, jak kiedyś przechodziłem ciężki
okres w życiu, łapałem się za głowę i rozmyślałem o tym, że nie mam
pieniędzy, kończy mi się jedzenie i nie wiem, skąd wezmę na czynsz. Tego
wieczoru spotkałem na dworcu autobusowym parę młodych ludzi. Poszedłem
odebrać paczkę i patrzę, siedzą wtuleni w siebie na ławce, okryci
płaszczem.
Wzruszyłem się, gdy ich zobaczyłem. Przypomniałem sobie swoje młode
lata, jak byłem wciąż w ruchu, przenosiłem się z miejsca na miejsce.
Zapytałem, czy mieliby ochotę pójść do mnie, ogrzać się, napić gorącej
czekolady, może trochę się przespać.
Otworzyli oczy szeroko, niczym dzieci na widok świętego Mikołaja.
Cóż, poszliśmy do domu i przygotowałem posiłek. Dawno tak dobrze nie
jedliśmy, i ja, i oni. Lodówka wyładowana była jedzeniem. Wystarczyło
tylko sięgnąć ręką po zapasy, jakie tam zgromadziłem. Zrobiłem danie "z wszystkiego" i było wyśmienite! Pamiętam, jak dziwiłem się, skąd wzięło
się tyle jedzenia.
Następnego ranka zrobiłem im śniadanie i odstawiłem ich na dworzec.
Znalazłem nawet dwadzieścia dolarów w kieszeni, które wręczyłem im,
mówiąc: "Przyda się wam". Uściskałem ich oboje i ruszyli w swoją drogę.
Miałem świetne samopoczucie cały dzień. Co tam, cały tydzień.
Doświadczenie to, które głęboko zapadło mi w pamięć, odmieniło
gruntownie moje spojrzenie na życie.
Wszystko zmieniło się na lepsze. A gdy tamtego dnia spojrzałem w lustro, dostrzegłem ważną rzecz: Wciąż tu
jestem.
To piękna historia. I masz rację. To działa dokładnie w taki sposób.
Więc jeśli chcesz czegoś, oddaj to. Wtedy nie będziesz dłużej tego
"chciał". Natychmiast doświadczysz, że to "masz". A dalej to tylko
kwestia stopnia. Przekonasz się, że z psychologicznego punktu widzenia o wiele łatwiej jest "dodawać do", niż tworzyć z powietrza.
Czuję, że właśnie usłyszałem coś szalenie istotnego. Czy mógłbyś to
jakoś odnieść do mojego pytania? Czy jest jakiś związek?
Chodzi mi o to, że ty już znasz tę odpowiedź. Obecnie jednak
działasz, kierując się myślą, że jej nie znasz; że gdybyś ją znał,
zyskałbyś mądrość. Więc przychodzisz po mądrość do Mnie. Lecz Ja
powiadam, bądź mądrością, a ją posiądziesz.
A jaka najkrótsza jest do tego droga? Spraw, aby drugi był mądry.
Pragniesz odpowiedzi na swoje pytanie. Udziel jej drugiemu.
Więc teraz Ja zadam to pytanie tobie. Będę udawał, że "nie znam"
odpowiedzi, a ty Mi jej udzielisz.
Jak rodzic, który ratuje dziecko spod kół samochodu, może naprawdę je
kochać, jeśli miłość oznacza, że chcemy dla kogoś tego, co sami pragną
dla siebie?
Nie wiem.
Ale gdybyś byt przekonany, że znasz odpowiedź, jak by ona brzmiała?
Cóż, powiedziałbym, że rodzic ten naprawdę chciał tego samego co
dziecko - to znaczy aby przeżyło. Powiedziałbym, że dziecko nie miało
zamiaru umierać, lecz po prostu nie zdawało sobie sprawy z tego, czym
grozi bieganie po ulicy. Tak więc wybiegając po dziecko, rodzic wcale
nie pozbawił je możliwości stanowienia swojej woli - tylko dostroił się
do jego prawdziwego wyboru, jego najgłębszego pragnienia.
Doskonała odpowiedź.
Lecz jeśli to prawda, wówczas Ty, Boże, nie powinieneś robić nic innego
przez cały czas, jak bronić nas przed
wyrządzeniem sobie samym krzywdy, gdyż nie może być naszym najgłębszym
pragnieniem robienie sobie krzywdy. Mimo to bez przerwy sobie szkodzimy,
a Ty siedzisz z założonymi rękami.
Zawsze jestem wyczulony na wasze najgłębsze pragnienie i nigdy wam go
nie odmawiam.
Nawet jeśli jego wynikiem, waszym ukrytym życzeniem jest doświadczenie
"umierania".
Nigdy, przenigdy nie sprzeciwiam się waszemu najgłębszemu pragnieniu.
Chcesz powiedzieć, że gdy wyrządzamy sobie samym krzywdę, stanowi to
nasze ukryte życzenie? Nasze najgłębsze
pragnienie?
Nie możecie siebie tak naprawdę "skrzywdzić". To niemożliwe. "Krzywda"
to reakcja subiektywna, a nie zjawisko obiektywne. Możecie wybrać
doświadczenie "krzywdy", ale to wyłącznie wasza decyzja.
Biorąc to pod uwagę, odpowiedź brzmi: "Tak"; kiedy sobie samym
"zaszkodziliście", to z własnego wyboru. Mowa tu o płaszczyźnie
ezoterycznej, duchowej, ale twoje pytanie dotyczy innego obszaru.
W takim znaczeniu, o jakie ci chodzi, to znaczy świadomego wyboru,
odpowiadam, że nie - kiedy robicie coś, co obraca się przeciwko wam, to
nie dlatego, że tak "chcieliście".
Dziecko przejechane przez samochód, ponieważ zapędziło się na ulicę, nie
"chciało" (pragnęło, postanowiło) zostać potrącone.
Mężczyzna ciągle żeniący się z tą samą kobietą - całkowicie dla niego
nieodpowiednią - w różnym "opakowaniu", nie "chce" (pragnie, postanawia)
tworzyć nieudanego małżeństwa.
Nie można powiedzieć o osobie, która uderzyła się w palec młotkiem, że
"chciała" tego doświadczyć. Nie zabiegała o to, nie dążyła do tego
świadomie.
Lecz wszelkie zjawiska obiektywne przywoływane są podświadomie;
nieświadomie stwarzasz wszystkie zdarzenia. Osoby, miejsca, rzeczy sam
do siebie przyciągnąłeś - zapewniła ci je twoja Jaźń jako doskonałe
warunki i sposobności do doświadczenia tego, czego doświadczanie kolejno
na drodze ewolucji jest twoim życzeniem.
W twoim życiu nie może zaistnieć nic - dosłownie nic nie może się stać -
co nie stanowi dla ciebie idealnej okazji do uleczenia, stworzenia czy
doświadczenia czegoś, co pragniesz uleczyć, stworzyć lub doświadczyć,
aby być, Kim Jesteś W Istocie.
A kim właściwie jestem?
Kimkolwiek postanowisz być. Dowolnym aspektem Boskości, jaki zapragniesz
urzeczywistnić - oto Kim Jesteś.
To w każdej chwili może ulec zmianie. I często zmienia się z minuty na
minutę. Lecz jeśli chcesz trochę wyhamować, przestać sprowadzać na
siebie tak różnorodne doświadczenia, jest na to sposób. Po prostu nie
zmieniaj ciągle zdania na swój temat - Kim Jesteś i Kim Pragniesz Być.
Łatwiej powiedzieć, niż wykonać!
Widzę tylko, że podejmujecie decyzje na wielu różnych poziomach.
Dziecko, które postanawia bawić się na ulicy, nie wybiera śmierci. Mogą
w grę wchodzić inne rzeczy, ale nie umieranie. Matka o tym wie.
Problem nie polega na tym, że dziecko postanowiło zginąć, ale na tym, że
dokonało wyborów, które mogą przynieść więcej niż jeden wynik, w tym
śmierć pod kołami samochodu. Lecz ono nie zdaje sobie z tego sprawy, ten
fakt jemu umyka. To właśnie brak dostatecznych danych uniemożliwia
dziecku podjęcie lepszej decyzji, bardziej przemyślanej.
Zatem twoja analiza sytuacji jest bezbłędna.
Ja, jako Bóg, nigdy nie pokrzyżuję twoich zamiarów - ale zawsze będą mi
one znane.
Dlatego możesz przyjąć, że skoro coś ci się przytrafia, to doskonale się
składa, ponieważ w Boskim świecie nie ma miejsca na "fuszerkę".
Całe twoje życie - osoby, miejsca, zdarzenia - zostało idealnie
urządzone przez ciebie, doskonałego twórcę doskonałości. Oraz Mnie... w tobie i za twoim pośrednictwem.
Możemy współpracować ze sobą w tym wspólnym dziele świadomie lub
nieświadomie. Możesz przejść przez życie obudzony lub w uśpieniu.
Wybieraj.
Chwileczkę, wróćmy do tego, co powiedziałeś o podejmowaniu decyzji na
wielu różnych poziomach. Powiedziałeś, że jeśli chcę trochę wyhamować,
powinienem przestać ciągle zmieniać zdanie na temat tego, kim jestem i kim pragnę być. Kiedy zauważyłem, że to trudne, stwierdziłeś, że my
wszyscy dokonujemy wyborów na wielu różnych płaszczyznach. Czy mógłbyś
rozwinąć tę myśl? Co to oznacza? Jakie to niesie ze sobą następstwa?
Gdyby wszystkie twoje pragnienia były pragnieniami duszy, sprawa byłaby
prosta. Gdybyś słuchał głosu swego ducha, wszelkie decyzje byłyby łatwe,
a wyniki pomyślne. A to dlatego, że...
...wybory duszy są. Wyborami najszlachetniejszymi.
Nie trzeba ich zgadywać po fakcie. Nie trzeba ich rozbierać na czynniki
pierwsze, wartościować. Trzeba po prostu obracać je w czyn, zastosować
się do nich.
Lecz wy nie składacie się wyłącznie z duszy. Jesteście istotami
troistymi - ciałem, umysłem i duchem. W tym tkwi cały wasz urok, w tym
wasza chwała. Często jednak dzieje się tak, że podejmujecie decyzje na
tych trzech płaszczyznach jednocześnie - i są one całkowicie
rozbieżne.
Nierzadko ciało chce jednego, umysł drugiego, a dusza jeszcze czegoś
innego. Dotyczy to zwłaszcza dzieci, które nie są jeszcze na tyle
dojrzałe, aby odróżnić to, co jest "uciechą" dla ciała, od tego, co
wydaje się rozsądne umysłowi - a tym bardziej od tego, co współgra z duszą. Dlatego dziecko pakuje się na ulicę.
Ja, Bóg, znam wszystkie wasze wybory - nawet te nieświadome. Nie
przeciwstawiam im się, lecz im sprzyjam. Na tym polega Moje zadanie -
dopilnować, aby wasze wybory się spełniały. (W rzeczywistości sprawia to
wasza Jaźń. Ja tylko wprowadziłem mechanizm, dzięki któremu jest to
możliwe. Ten mechanizm to proces tworzenia, który omówiony został w szczegółach w księdze pierwszej).
Kiedy wybory się ze sobą kłócą - kiedy ciało, umysł i dusza nie działają
zgodnie - proces twórczy zachodzi na wszystkich poziomach i daje różne
wyniki. Jeśli jednak twoja istota jest zestrojona, a wybory
ujednolicone, mogą zdarzyć się zadziwiające rzeczy.
Istnieją też różne szczeble w obrębie poszczególnych poziomów, co
szczególnie odnosi się do umysłu.
Umysł może dokonywać wyborów, opierając się na logice, intuicji albo
uczuciach, nierzadko kierując się wszystkimi trzema naraz, co grozi
pogłębieniem wewnętrznego rozdźwięku.
W obrębie emocji wyróżnić można pięć dalszych stopni. Stanowią one
pięć naturalnych uczuć: smutku, złości, zawiści, strachu oraz
miłości.
A tych pięć uczuć można sprowadzić do dwóch: miłości i strachu.
Pięć naturalnych uczuć zawiera w sobie strach i miłość, lecz miłość i strach stanowią podstawę wszelkich uczuć. Pozostałe trzy wyrastają z tych dwóch podstawowych.
Za wszelkimi myślami na samym dnie kryje się zawsze miłość lub strach.
To właśnie jest wielka biegunowość. Pierwotna dwoistość. Wszystko da się
w końcowym rozrachunku odnieść do jednego lub do drugiego. Wszelkie
myśli, idee, pojęcia, decyzje, wybory i czyny mają oparcie w strachu lub
w miłości.
Lecz ostatecznie jest tylko jedno.
Miłość.
Tak naprawdę miłość jest wszystkim, co istnieje. Nawet strach wyrasta z miłości i, odpowiednio użyty, może być wyrazem miłości.
Strach może wyrażać miłość?
W swej najwyższej postaci, owszem. Wszystko staje się wyrazem miłości, o ile wyrażone jest w najwyższej postaci.
Rodzic, który ratuje dziecko spod kół samochodu, kieruje się strachem
czy miłością?
Chyba jednym i drugim. Boi się o życie dziecka i kocha je - tak bardzo,
że gotów jest narazić swoje życie.
Dokładnie. Widzimy więc, że strach w swej najwyższej postaci staje się
miłością... jest miłością... wyrażoną przez strach.
Podobnie gdy przyjrzymy się pozostałym naturalnym emocjom, zobaczymy, że
smutek, złość i zawiść stanowią przejawy lęku, a ten stanowi formę
miłości.
Jedno prowadzi do drugiego. Rozumiesz?
Problem występuje wtedy, gdy któraś z tych naturalnych emocji zostaje
wypaczona. Nabierają wówczas groteskowych rysów, trudno w nich rozpoznać
miłość, a tym bardziej Boga, który jest Miłością Absolutną.
Słyszałem już o pięciu naturalnych uczuciach - dowiedziałem się o nich
od Elisabeth Kübler-Ross.
Właśnie. To Ja jej to podsunąłem.
Czyli, jak rozumiem, kiedy dokonuję wyboru, wiele zależy od tego, co
mną powoduje, a to może być ukryte gdzieś głęboko we mnie.
I tak właśnie jest.
Opowiedz mi, proszę - chciałbym to sobie odświeżyć, gdyż niewiele
zostało mi w pamięci z nauki Elisabeth - o pięciu naturalnych
uczuciach.
Smutek jest naturalny. To ta cząstka w tobie, która pozwala ci rozstać
się z czymś, z czym nie chcesz się rozstawać; wyrazić, wyrzucić z siebie
żal, jaki rodzi się w tobie pod wpływem doznanej straty. Może to być
utrata ukochanej osoby albo zwykłe zgubienie okularów.
Kiedy wolno ci wyrażać smutek, pozbywasz się go. Dzieci, którym
pozwalano być smutnym, mają do tego zdrowy stosunek w dorosłym życiu i w związku z tym szybko go przezwyciężają.
Dzieci, którym mówi się: "No, już nie płacz", jako dorośli nie umieją
płakać. Przecież uczono ich, że tak nie wypada. Więc tłumią w sobie
smutek.
Nieustannie tłumiony smutek przeradza się w przewlekłą depresję, uczucie
bardzo nienaturalne.
Pod wpływem przewlekłej depresji zabijano. Wybuchały wojny, ginęły
narody.
Złość jest naturalna. To narzędzie, dzięki któremu potrafisz odmówić.
Nie musi być obraźliwa ani służyć krzywdzeniu innych.
Kiedy dzieciom wolno wyrażać złość, wnoszą w swe dorosłe życie zdrową
wobec niej postawę, przez co szybko ją przezwyciężają.
Dzieci, którym daje się odczuć, że nieładnie jest się złościć - że nie
powinno się uzewnętrzniać ani nawet odczuwać złości - nie będą umiały
jako dorośli radzić sobie z tym uczuciem.
Złość bez przerwy tłumiona przeradza się we wściekłość, uczucie bardzo
nienaturalne.
Pod wpływem wściekłości zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.
Zawiść jest naturalna. To ona sprawia, że pięciolatek chce dorównać
starszej siostrze i dosięgnąć tej klamki - albo pojechać na tym rowerze.
Zawiść skłania cię do podjęcia jeszcze jednej próby, wytężenia całych
swoich sił, aż ci się powiedzie. Zdrowo jest czuć zawiść, to naturalna
rzecz. Kiedy dzieciom wolno wyrażać zawiść, nabierają do niej właściwego
podejścia i dlatego w dorosłym życiu szybko ją przezwyciężają.
Dzieci, którym daje się odczuć, że nieładnie jest być zawistnym - że nie
powinno jej się okazywać ani nawet odczuwać - nie będą umiały uporać się
z zawiścią jako dorośli.
Tłumiona zawiść przeradza się w zazdrość, uczucie bardzo nienaturalne.
Z zazdrości zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.
Strach jest naturalny. Wszystkie dzieci przychodzą na świat, bojąc się
tylko dwóch rzeczy: spadania i hałasu. Pozostałe lęki są reakcjami
nabytymi, wyuczonymi pod wpływem otoczenia, przekazanymi przez rodziców.
Celem naturalnego strachu jest zaszczepienie ostrożności. Ostrożność
pozwala utrzymać się przy życiu. Wyrasta z miłości. Miłości Jaźni.
Dzieci, którym wpaja się, że nie wypada się bać - że nie powinno się
lęku uzewnętrzniać ani nawet odczuwać - będą miały trudności z opanowaniem swego strachu w dorosłym życiu.
Nieustannie tłumiony lęk przeradza się w panikę, uczucie bardzo
nienaturalne.
W panice zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.
Miłość jest naturalna. Kiedy dziecku pozwala się ją swobodnie wyrażać i przyjmować bez wstydu, zahamowań, ograniczeń, niczego więcej nie
potrzeba. Albowiem radość obdarowywania i chłonięcia miłości całkowicie
wystarcza. Lecz miłość obwarowana warunkami, wypaczana nakazami i zakazami, kontrolowana, manipulowana, chowana, staje się wynaturzona.
Dzieci, którym daje się do zrozumienia, że ich naturalna miłość jest
niewłaściwa - że nie powinno się jej okazywać ani nawet doświadczać -
czeka ciężkie zadanie w przyszłości.
Miłość duszona w sobie przeradza się w zaborczość, uczucie bardzo
nienaturalne.
Wskutek zaborczości zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.
I w ten oto sposób naturalne uczucia, tłumione, wynaturzają się i wywołują reakcje zaburzone. A naturalne uczucia dusi w sobie większość
ludzi. Lecz one są waszymi sprzymierzeńcami. To wasze dary. Boskie
narzędzia, za pomocą których wykuwacie swoje doświadczenie.
Otrzymujecie je przy narodzinach. Mają za zadanie pomóc wam przejść
przez życie.
Dlaczego większość ludzi tłumi w sobie te uczucia?
Tak ich nauczono. Tak im kazano.
Kto im to wpoił?
Rodzice. Wychowawcy.
Ale dlaczego? Po co mieliby to robić?
Bo tak ich nauczyli rodzice, a tych z kolei ich rodzice.
Tak, zgoda. Lecz dlaczego? Co jest grane?
Sęk w tym, że wychowaniem dzieci zajmują się u was nieodpowiednie osoby.
Jak to "nieodpowiednie"? Kogo masz na myśli?
Ojca i matkę dzieci.
Ojciec i matka nie nadają się do wychowywania swoich dzieci?
Nie, kiedy oboje są młodzi. W większości przypadków. To cud, że tak
wielu osiąga zupełnie niezłe wyniki.
Nikt nie jest mniej powołany do rodzicielskiego zadania od młodych
rodziców. I tak przy okazji, nikt nie zdaje sobie z tego sprawy bardziej
niż oni sami.
Większość przystępuje do wychowywania dzieci z nikłym zasobem życiowych
doświadczeń. Ledwo sami zdążyli się usamodzielnić. Wciąż szukają
odpowiedzi, wypatrują wskazówek.
Jeszcze siebie nie odnaleźli tak naprawdę, a próbują pokierować rozwojem
istot jeszcze bardziej bezradnych od nich.
Nie określili siebie, a muszą określać innych. Sami jeszcze nie uporali
się z narzuconym im przez rodziców wypaczonym obrazem samych siebie.
Nie poznali siebie naprawdę, a próbują powiedzieć tobie, kim jesteś.
Spoczywa na nich ciężar prawidłowego ukształtowania swoich dzieci, a nie
potrafią uporządkować własnego życia. Odbija się to na ich życiu i życiu
dzieci.
Przy odrobinie szczęścia krzywda wyrządzona dzieciom okaże się niezbyt
groźna. Potomstwo sobie z nią poradzi - ale zdąży zapewne przekazać
część szkodliwego dziedzictwa własnym potomkom.
Ludzie na ogół zyskują mądrość, cierpliwość, zrozumienie oraz miłość
niezbędne do tego, aby być świetnymi rodzicami dopiero wtedy, gdy sami
przestają być zdolni do rozrodu.
Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak jest. Wiem, że twoje spostrzeżenia
przeważnie są trafne, ale dlaczego tak się dzieje?
Ponieważ osiągnięcie zdolności rozrodczych znacznie wyprzedza
wykształcenie zdolności rodzicielskich. Wychowywaniem potomstwa
powinniście zająć się wtedy, gdy przestajecie być zdolni do jego
płodzenia.
To wciąż dla mnie trochę niejasne.
Ludzie zdolni są do płodzenia dzieci, kiedy sami są jeszcze dziećmi,
czyli, co może cię zaskoczyć, przez czterdzieści czy nawet pięćdziesiąt
lat.
Ludzie pozostają "dziećmi" przez czterdzieści
do pięćdziesięciu lat?
Gdy spojrzeć na to pod pewnym kątem, tak. Wiem, że trudno ci się z tym
pogodzić, ale spójrz dookoła siebie. Może wyczyny twojej rasy przekonają
cię, że mam rację.
Wszystko bierze się stąd, że w waszym społeczeństwie przyjmuje się
ukończenie dwudziestu jeden lat za oznakę "dorosłości". Dodajmy do tego
fakt, że rodzice wielu z was nie mieli dużo więcej niż dwadzieścia jeden
lat, gdy zaczęli was wychowywać, a problem ukaże się w całej swej
rozciągłości.
Gdyby osobom zdolnym do rozrodu było przeznaczone rodzicielstwo,
płodzenie potomstwa byłoby niemożliwe przed skończeniem pięćdziesięciu
lat! Płodzeniem dzieci mieli zajmować się młodzi, o tęgich i dobrze
rozwiniętych ciałach. Od ich wychowywania zaś mieli być starsi, o tęgich i dobrze rozwiniętych umysłach.
Ale wy uparliście się, że wyłączna odpowiedzialność za dzieci spoczywa
na ich rodzicach. Skutkiem tego jest nie tylko niesłychane utrudnienie
zadania wychowania dzieci, ale również wypaczenie energii otaczających
samo seksualne zbliżenie.
Aa... mógłbyś to wyjaśnić?
Chętnie.
Do tego samego wniosku doszło też wielu ludzi. Zasadniczo chodzi o to,
że przeważająca większość Ziemian tak naprawdę nie jest zdolna do
wychowywania dzieci, kiedy zdolna jest do ich poczęcia. Jednak
dokonawszy tego spostrzeżenia, ludzie wymyślili całkowicie chybione
rozwiązanie.
Zamiast pozwolić młodym rozkoszować się seksem, nawet jeśli prowadzi to
do powstania potomstwa, wy przestrzegacie ich przed oddawaniem się mu,
dopóki nie będą gotowi wziąć na siebie odpowiedzialności za wychowanie
dzieci. Potępiacie podejmowanie przez nich współżycia "przedwcześnie"
i obłożyliście tabu dziedzinę, która z założenia jest radosną celebracją
życia.
Oczywiście, młodzi nie zważają na takie tabu - i słusznie:
przestrzeganie go jest całkowicie wbrew naturze.
Ludzie pragną się łączyć i obcować intymnie, jak tylko usłyszą
wewnętrzny głos mówiący, że są już do tego gotowi. Taka jest ludzka
natura.
Lecz to, jak ją widzą, w większej mierze jest dziełem rodziców; to oni
podpowiadają im, co czują w środku. Dzieci w was upatrują wyroczni,
która oznajmi im, co sądzić o życiu.
Więc kiedy odzywa się w nich pociąg do odmiennej płci, do przyglądania
się, do niewinnej zabawy we dwoje, do poznawania wzajemnych "różnic",
będą wypatrywali waszego osądu. Czy ta część ich ludzkiej natury jest
"dobra"? "Zła"? Czy znajduje aprobatę? Czy należy to zdusić w zarodku?
Chować w sobie? Zniechęcać?
Z obserwacji wynika, że to, co rodzice na ogół przekazują swoim dzieciom
o tym obszarze ludzkiej natury, ma swoje źródło w tym, co im samym
wpojono, w tym, co głosi ich religia, w tym, co sądzi na ten temat
społeczeństwo - słowem, we wszystkim, tylko nie w naturalnym
porządku rzeczy.
W przypadku waszego gatunku seksualność budzi się miedzy 9. a 14. rokiem
życia. Od 15. roku życia u większości ludzi zaczyna się już przejawiać.
I wtedy rusza wyścig z czasem - dzieci dążą do wyładowania rozpierającej
ich radosnej energii seksualnej, a rodzice za wszelką cenę próbują je
powstrzymać.
W tej rozgrywce rodzice szukają sojuszników na lewo i na prawo,
albowiem, jak już powiedzieliśmy, wymagają od swego potomstwa
zaniechania czegoś, co jak najbardziej leży w ludzkiej naturze.
W tym celu dorośli wymyślili wszelkiego rodzaju rodzinne, kulturowe,
społeczne i ekonomiczne nakazy, ograniczenia i obwarowania, aby
uzasadnić swe nienaturalne żądania w stosunku do potomstwa. Dzieci zaś
wzrastają w przekonaniu, że ich seksualność jest wbrew naturze. Czy
coś "zgodnego z naturą" byłoby tak piętnowane, utrącane, kontrolowane,
powściągane i wypierane?
Chyba trochę przesadzasz. Nie sądzisz, że to za mocno powiedziane?
Czyżby? A jaki, twoim zdaniem, ma to wpływ na cztero- czy pięciolatka,
kiedy rodzice nie posługują się nawet poprawnymi nazwami pewnych
części ciała? Jaki komunikat przekazujesz dziecku o własnym stopniu
swobody w tej dziedzinie i jaki w twej opinii powinien być jego stopień
swobody w odniesieniu do tych anatomicznych obszarów?
Hmm...
No właśnie... "hmm".
Cóż, "tych nazw się po prostu nie wymienia", jak mawiała moja babcia.
Po prostu "ptaszek" czy "pupa" brzmi
lepiej.
Tylko dlatego, że narosło wokół tych właściwych nazw tyle negatywnych
skojarzeń, nie jesteście w stanie użyć ich w normalnej rozmowie.
Małe dzieci nie znają, rzecz jasna, nastawienia rodziców, pozostaje
tylko w nich wrażenie, często niezatarte, że pewne części ciała są
"brzydkie" i że wszystko, co się z nimi wiąże, jest co najmniej
wstydliwe, krępujące - jeśli nie "złe".
W miarę dorastania, jako nastolatki, dzieci przekonują się, że to
nieprawda, ale wtedy już uświadamia im się dobitnie związek miedzy
seksem a ciążą; tłumaczy, że będą musiały wziąć na siebie trud
wychowania potomstwa, które spłodzą, i mają kolejny powód, aby sądzić,
że wyrażanie swojej seksualności jest złe. I w ten sposób koło się
zamyka.
Skutkiem tego jest panujący w waszym społeczeństwie zamęt -
nieunikniona konsekwencja zakłócania naturalnego porządku.
Waszym dziełem jest okrycie erotyki wstydem, stłumienie jej - co
wywołuje seksualne zahamowania, zaburzenia oraz przemoc.
Jako społeczeństwo zawsze będziecie odczuwać zahamowania na tle tego,
czego się wstydzicie; zawsze będziecie przejawiać zaburzenia w zachowaniach, które zostały stłumione; i zawsze będziecie gwałtownie
występować przeciwko piętnowaniu czegoś, co jak w sercu czujecie,
nigdy nie powinno być naznaczone hańbą.
Więc Freud w zasadzie się nie mylił, twierdząc, że występująca tak
powszechnie wśród ludzi napastliwość może mieć związek z seksualnością -
głęboko zakorzeniona wściekłość z powodu konieczności zagłuszania
podstawowych i naturalnych skłonności, instynktów, pasji.
Niejeden psychiatra ośmielił się to zauważyć. Człowiek się burzy
wewnętrznie, ponieważ wie, że nie powinien się wstydzić czegoś, co daje
mu taką przyjemność, a mimo to czuje winę, wstyd.
Przede wszystkim złości się na siebie za to, że czuje się tak dobrze,
robiąc coś, co przecież jest "złe".
Dalej, kiedy połapie się, że został wyprowadzony w pole - że seks z założenia jest chwalebnym, czcigodnym i cudownym składnikiem ludzkiego
doświadczenia - oburza się na innych: na represyjnych rodziców, na
bigoteryjną religię, na wyzywającą "płeć odmienną", na nadzorujące
społeczeństwo.
Na koniec obraca swą złość przeciwko sobie za to, że pozwolił w ten
sposób się zahamować.
Wiele tej tajonej złości legło u podstaw zniekształconych i niefortunnych zasad moralnych przyjętych w waszym społeczeństwie - gdzie
upamiętnia się i czci ohydne akty zbrojnej przemocy, ale skrzętnie
ukrywa się - czy, co gorsza, poniża - piękne przejawy miłości.
Wszystko to - wszystko - bierze się z przekonania, że ci, co płodzą
dzieci, biorą zarazem na siebie trud ich wychowania.
Ale skoro rodzice nie są odpowiedzialni za wychowanie dzieci, to kto
jest?
Cała społeczność. Szczególnie osoby starsze.
Starsi?
W wysoko rozwiniętych społeczeństwach właśnie starszyzna niańczy i kształci potomstwo, przekazuje mądrość, nauki i tradycje swojej rasy.
Później powrócimy jeszcze do tego tematu.
Tam, gdzie nie potępia się płodzenia dzieci w młodym wieku - ponieważ
zajmuje się nimi starszyzna plemienna i rodzicielstwo nie stanowi
takiego ciężaru - nie słyszy się o hamowaniu ekspresji seksualnej,
podobnie jak o gwałcie, zboczeniach i zaburzeniach na tle seksualnym.
Czy istnieją takie społeczeństwa na naszej planecie?
Owszem, ale zanikają. Od dawna je prześladujecie, zwalczacie,
przerabiacie na swoją modłę, ponieważ uznaliście je za barbarzyńskie. W waszym, jak to określacie, postępowym społeczeństwie, dzieci (żony,
mężowie) stanowią własność rodziców, jak mienie osobiste, i ci, co
płodzą potomstwo, muszą je wychować, gdyż muszą zająć się tym, co
"należy" do nich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki