Rozmowy pokojowe. Seria Akta Dresdena. Tom 16 - Jim Butcher

-
Proszę czekać

1

Mój brat popsuł ide­alną prze­bieżkę, oznaj­mia­jąc: "Justine jest w ciąży".

To cał­ko­wi­cie wybiło mnie z transu i nagle zda­łem sobie sprawę z pie­cze­nia w nogach i swo­jego cięż­kiego odde­chu. Zgu­bi­łem rytm i stop­niowo zwol­ni­łem do mar­szu. W błę­kit­nym świe­tle lip­co­wego przed­świtu plaża Mon­trose świe­ciła pust­kami. Jesz­cze nie było gorąco. Wła­śnie dla­tego wsta­łem o wpół do nie­ludz­kiej godziny.

Tho­mas także zwol­nił i teraz szli­śmy ramię w ramię. Ciemne włosy zwią­zał w kucyk. Tak samo jak ja miał na sobie stary T-shirt, spodnie od dresu i spor­towe buty. Był tak przy­stojny, że w jego towa­rzy­stwie ludzie roz­glą­dali się nie­spo­koj­nie, spraw­dza­jąc, czy nie padli ofiarą żartu.

Poza tym był wam­pi­rem.

- Nie wiem, czy dobrze zro­zu­mia­łem - ode­zwa­łem się. - Zabra­łeś mnie z domu z samego rana, przy­je­cha­li­śmy aż tutaj i prze­bie­gli­śmy dzie­sięć kilo­me­trów po pia­sku, a wszystko to bez choćby jed­nego słowa. Całe mia­sto jest pogrą­żone w ciszy i spo­koju. Nie widzie­li­śmy pra­wie żad­nych samo­cho­dów.

- Tak? - odrzekł Tho­mas.

Skrzy­wi­łem się.

- Dla­czego musia­łeś to wszystko popsuć?

Kącik jego ust drgnął.

- Wybacz, że zakłó­cam twoją cele­bra­cję męsko­ści, Hemin­gwayu.

- Nnngh - mruk­ną­łem.

Już pra­wie skoń­czy­li­śmy ostat­nie kółko i powoli wra­ca­li­śmy do samo­cho­dów. Zatrzy­ma­łem się, odwró­ci­łem w stronę jeziora i ode­tchną­łem. Obcią­żona kami­zelka, którą mia­łem na sobie, uwie­rała mnie w ramię i ogra­ni­czała ruchy, więc z iry­ta­cją poru­szy­łem ręką.

Daleko ponad jezio­rem błę­kit zaczął się roz­ja­śniać. Zbli­żał się wschód słońca.

- Jesteś pewien? - spy­ta­łem.

- Bar­dzo - odpo­wie­dział.

Zer­k­ną­łem na niego z ukosa. Na jego ide­al­nie syme­trycz­nej twa­rzy malo­wało się napię­cie. Jego oczy, cza­sami nie­bie­skie, a zazwy­czaj szare, przy­brały sre­brzy­sty, poły­skliwy odcień. Wie­dzia­łem, co się z nim dzieje. Był Głodny.

- Jak to się stało? - spy­ta­łem.

Popa­trzył na mnie, nie obra­ca­jąc głowy i uniósł brwi.

- Nikt ni­gdy nie roz­ma­wiał z tobą o tych spra­wach?

Skrzy­wi­łem się.

- Nie uwa­ża­li­ście?

- Ow­szem - odrzekł Tho­mas. - Poza tym mój lud zazwy­czaj jest bez­płodny. A jed­nak się stało.

- Co teraz będzie?

- To, co zazwy­czaj. Tylko że Głód dziecka będzie odbie­rał Justine ener­gię życiową i na następne sie­dem i pół mie­siąca zmieni ją w źró­dło pokarmu.

Przyj­rza­łem mu się uważ­nie.

- To nie­bez­pieczne?

Prze­łknął ślinę.

- Zgod­nie z rodzinną kar­to­teką nieco ponad połowa kobiet nie prze­żywa porodu albo umiera wkrótce potem.

- Na dzwony pie­kieł. - Wbi­łem wzrok w wodę. Błę­kit poja­śniał, a następ­nie ustą­pił przed pierw­szą falą zło­ci­stego bla­sku. Chi­cago budziło się wokół nas. Szmer samo­cho­dów na auto­stra­dach powoli przy­bie­rał na sile. W rezer­wa­cie na końcu plaży roz­śpie­wały się ptaki.

- Nie wiem, co mam robić - rzekł Tho­mas. - Jeśli ją stracę...

Nie dokoń­czył. Nie musiał. W tym urwa­nym zda­niu krył się cały wszech­świat cier­pie­nia.

- Pora­dzi­cie sobie - odpo­wie­dzia­łem. - Pomogę wam.

- Ty? - zdzi­wił się Tho­mas. Nie­wy­raźny uśmiech na chwilę roz­ja­śnił jego pro­fil.

- Musisz wie­dzieć, że od ponad mie­siąca jestem peł­no­eta­to­wym tatą, a Mag­gie wciąż żyje. To dowo­dzi, że mam obłędny talent rodzi­ciel­ski.

Uśmiech zgasł.

- Jasne. Ale... Harry...

Poło­ży­łem dłoń na jego ramie­niu.

- Nie szu­kaj pro­ble­mów na siłę, już i tak jest ich wystar­cza­jąco dużo. Ona potrze­buje opieki. Cokol­wiek będzie trzeba zro­bić, zaj­miemy się tym.

Przez chwilę przy­glą­dał mi się w mil­cze­niu, a potem ski­nął głową.

- A tym­cza­sem powi­nie­neś zadbać o sie­bie, żeby mogła na cie­bie liczyć - doda­łem.

- Nic mi nie jest - odparł, lek­ce­wa­żąco macha­jąc ręką.

- Nie wyglą­dasz dobrze.

Gwał­tow­nie się na mnie obej­rzał. Wyraz jego twa­rzy uległ zmia­nie. Nagle prze­stał przy­po­mi­nać czło­wieka, a upodob­nił się do mar­mu­ro­wego posągu. Bar­dzo wście­kłego posągu. Moje ciało odru­chowo się napięło, wyczu­wa­jąc bli­skość nie­zwy­kle groź­nej istoty.

Posłał mi surowe spoj­rze­nie, ale w tym celu musiał pod­nieść wzrok. Mój star­szy brat ma ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, ale ja prze­kra­czam dwa metry. Zazwy­czaj mam nad nim więk­szą prze­wagę pod­czas takich kon­fron­ta­cji, ale w tej chwili sta­łem w zagłę­bie­niu w pia­sku.

- Odpuść, Harry - ode­zwał się lodo­wa­tym tonem.

- Jeśli tego nie zro­bię, ude­rzysz mnie? - spy­ta­łem.

Skrzy­wił się.

- Ponie­waż teraz jestem Kapi­ta­nem Zimą, może nie pójść ci tak dobrze, jak podej­rze­wasz.

Uśmiech­nął się kpiąco.

- Nie żar­tuj. Zwią­zał­bym cię two­imi wła­snymi fla­kami.

Zmru­ży­łem oczy. Potem ode­zwa­łem się powoli, sta­ran­nie dobie­ra­jąc słowa.

- Jeśli o sie­bie nie zadbasz i nie prze­sta­niesz się zacho­wy­wać jak nie­spełna rozumu, być może się o tym prze­ko­namy.

Jego obli­cze spo­chmur­niało i otwo­rzył usta, żeby coś powie­dzieć.

- Nie - prze­rwa­łem mu. - Nie zro­bisz tego. Nie pogrą­żysz się teraz w egzy­sten­cjal­nych lękach jak jakiś emo wam­pir. To samo­lubne i nie możesz sobie pozwo­lić na takie myśle­nie. Już nie.

Wpa­try­wał się we mnie przez chwilę, naj­pierw z wście­kło­ścią, potem z zadumą, wresz­cie z nie­po­ko­jem.

Fale roz­bi­jały się o brzeg.

- Muszę o nich myśleć - ode­zwał się.

- Jak przy­stało na dobrego czło­wieka - odrze­kłem.

Jego szare oczy skie­ro­wały się w stronę jeziora.

- Wszystko się zmieni - stwier­dził.

- Tak.

- Boję się - dodał.

- Tak.

Jego ciało się roz­luź­niło i nagle znów stał się po pro­stu moim bra­tem.

- Prze­pra­szam, że się zde­ner­wo­wa­łem. Nie lubię... roz­ma­wiać z tobą o spra­wach wam­pi­rów.

- Wolał­byś, żeby­śmy byli nor­mal­nymi braćmi i mieli nor­malne pro­blemy - odrze­kłem.

- A ty nie? - spy­tał.

Przez chwilę wpa­try­wa­łem się w swoje stopy.

- Być może. Ale nie można igno­ro­wać prawdy tylko dla­tego, że jest nie­wy­godna. Jeśli będzie trzeba, przy­pil­nuję cię, żebyś o sie­bie zadbał, ale chyba będzie lepiej dla nich, jeżeli sam to zro­bisz.

Poki­wał głową.

- Zapewne. Mam w gło­wie pewne roz­wią­za­nie - dodał. - Popra­cuję nad nim. To wystar­czy?

Unio­słem obie dło­nie.

- Nie jestem twoim tatą - odrze­kłem, a następ­nie zmarsz­czy­łem czoło. - A skoro o tym mowa, czy rodzina two­jego taty będzie spra­wiała kło­poty?

- A kiedy ich nie spra­wia?

- Ha. - Zapa­dła długa cisza. Na niebo nad jezio­rem wypły­nęła pierw­sza fala poma­rań­czo­wego bla­sku. Dotarła już do dra­pa­czy chmur za naszymi ple­cami. Świa­tło mia­rowo sunęło w dół ścian budyn­ków.

- Cza­sami nie­na­wi­dzę tego, czym jestem - rzekł Tho­mas. - Nie­na­wi­dzę być sobą.

- Może czas nad tym popra­co­wać - odpar­łem. - Cze­goś takiego nie warto wpa­jać małemu dziecku.

Popa­trzył na mnie surowo.

- Od kiedy jesteś takim mędr­cem?

- Poprzez doświad­cze­nie mądrość zdo­by­łem - odrze­kłem gło­sem Yody, ale zała­sko­tało mnie od tego w gar­dle i zanio­słem się kasz­lem. Zma­ga­łem się z nim dłu­żej, niż to było konieczne, a kiedy znów się wypro­sto­wa­łem, Tho­mas nagle ode­zwał się napię­tym gło­sem:

- Harry.

Pod­nio­słem wzrok i zoba­czy­łem, że zbliża się do nas młody męż­czy­zna.

Carlo Rami­rez był śred­niego wzro­stu i miał wyspor­to­wane ciało. Wyraź­nie zmęż­niał i wydo­ro­ślał, ale z jakie­goś powodu wciąż widzia­łem w nim daw­nego paty­ko­wa­tego dwu­dzie­sto­latka. Zapu­ścił ciemne włosy, a jego skóra zbrą­zo­wiała, po czę­ści natu­ral­nie, a po czę­ści od słońca. Cho­dził z tru­dem, kule­jąc i pod­pie­ra­jąc się grubą laską pokrytą wyrzeź­bio­nymi sym­bo­lami - swoją laską maga. Miał na sobie jeansy, pod­ko­szu­lek bez ręka­wów i lekką kurtkę. Jako zapra­wio­nego w boju wojow­nika warto było mieć go u boku, a poza tym był jedną z nie­wielu osób w Bia­łej Radzie, którą uzna­wa­łem za przy­ja­ciela.

- Harry - ode­zwał się, a następ­nie ostroż­nie ski­nął głową do Tho­masa. - Raithu.

Mój brat odwza­jem­nił gest.

- Daw­no­śmy się nie widzieli.

- Od cza­sów Cze­lu­ści - przy­znał Rami­rez.

- Car­lo­sie, jak twoje plecy? - spy­ta­łem.

- Teraz potra­fię prze­wi­dzieć, kiedy będzie padać - odrzekł, posy­ła­jąc mi uśmiech. - Na jakiś czas muszę zre­zy­gno­wać z tańca, ale nie będę tęsk­nił za tym cho­ler­nym wóz­kiem.

Uniósł dłoń i zde­rzy­li­śmy się pię­ściami.

- Co cię spro­wa­dza z wybrzeża?

- Sprawy Rady - odpo­wie­dział.

Tho­mas poki­wał głową.

- Pójdę już.

- Nie ma takiej potrzeby - odrzekł Rami­rez. - Dzi­siaj rano zosta­nie to podane do publicz­nej wia­do­mo­ści. McCoy uznał, że lepiej będzie, jeśli powia­domi cię ktoś, kogo znasz, Harry.

Mruk­ną­łem pod nosem i roz­pią­łem obcią­żaną kami­zelkę. Sprawy Bia­łej Rady zazwy­czaj przy­pra­wiały mnie o ból głowy.

- O co cho­dzi tym razem?

- O roz­mowy poko­jowe - wyja­śnił Rami­rez.

Unio­słem brew.

- Poważ­nie? Z Fomo­rami?

Nad­przy­ro­dzony świat ostat­nio stał się nieco nie­sta­bilny. Jakie­muś sza­leń­cowi udało się zmieść z powierzchni ziemi Czer­wony Dwór Wam­pi­rów, a powstała w ten spo­sób próż­nia zabu­rzyła odwieczną rów­no­wagę wła­dzy. Naj­po­waż­niej­szym skut­kiem powsta­łego cha­osu było poja­wie­nie się Fomo­rów, pod­mor­skich istot, o któ­rych prak­tycz­nie nie wspo­mi­nano za mojego życia, a które zaczęły przej­mo­wać tery­to­rium innych potęg i siać znisz­cze­nie w świe­cie śmier­tel­ni­ków, obie­ra­jąc za cel głów­nie ludzi ubo­gich i imi­gran­tów, w któ­rych obro­nie nie miał kto sta­nąć.

- Odbę­dzie się zgro­ma­dze­nie sygna­ta­riu­szy Przy­mie­rza - potwier­dził Rami­rez. - Poja­wią się tam wszyst­kie naj­waż­niej­sze potęgi. Wygląda na to, że pro­po­zy­cja wyszła od Fomo­rów. Chcą zaże­gnać kon­flikt. Wszy­scy wysy­łają swo­ich przed­sta­wi­cieli.

Zagwiz­da­łem. To by było coś. Zgro­ma­dze­nie wpły­wo­wych człon­ków naj­więk­szych potęg nad­przy­ro­dzo­nego świata w cza­sach wiel­kich napięć i roz­pa­lo­nych tem­pe­ra­men­tów. Współ­czu­łem bied­nemu mia­stu, w któ­rym ta mała impreza doj­dzie do skutku. Cho­ciaż...

Poczu­łem, że opada mi szczęka.

- Chwi­leczkę. Zro­bią to tutaj? Tutaj? W Chi­cago?

Rami­rez wzru­szył ramio­nami.

- Tak, wła­śnie dla­tego McCoy posłał mnie do cie­bie.

- Kto wpadł na ten idio­tyczny pomysł? - spy­ta­łem.

- To drugi powód mojej wizyty - odrzekł Rami­rez z uśmie­chem. - Miej­scowy baron zapro­po­no­wał im gościnę.

- Mar­cone? - spy­ta­łem ostro.

Gen­tle­man John­nie Mar­cone, były przy­wódca zło­dziej­skiej ekipy z Chi­cago, był teraz Baro­nem Mar­cone'em, jedy­nym śmier­tel­ni­kiem, który pod­pi­sał Przy­mie­rze. Udało mu się to osią­gnąć kilka lat temu i od tam­tej pory roz­bu­do­wy­wał swoje impe­rium.

- Tam­ten numer, który wywi­nął razem z Mab wio­sną - ode­zwa­łem się z wście­kłym gry­ma­sem.

Rami­rez wzru­szył ramio­nami i roz­ło­żył ręce.

- Mar­cone zapę­dził Nico­de­musa Archle­one w kozi róg i wszystko mu ode­brał, nie łamiąc przy tym żad­nego z zapi­sów Przy­mie­rza. Cokol­wiek o nim myślisz, facet zna się na rze­czy. Zro­bił wra­że­nie na wielu oso­bach.

- Tak - przy­zna­łem ponuro. - To wszystko jego sprawka. Powiedz, że Rada nie chce, żebym to ja był naszym wysłan­ni­kiem.

Rami­rez zamru­gał.

- Co takiego? Och... mój Boże, ależ nie, Harry. To zna­czy... po pro­stu nie.

Mój brat zakrył usta dło­nią i zakasz­lał. Posta­no­wi­łem zigno­ro­wać zmarszczki w kąci­kach jego oczu.

Rami­rez odchrząk­nął.

- Ale spo­dzie­wają się, że w razie potrzeby będziesz pośred­ni­czył w roz­mo­wach Rady z Zimo­wym Dwo­rem i zapew­nisz bez­pie­czeń­stwo Radzie Star­szych. Wszy­scy będą korzy­stali ze sta­tusu gości, ale mimo wszystko zabie­rają ze sobą wła­sną ochronę.

- Ufaj, ale kon­tro­luj - odrze­kłem. Z obrzy­dze­niem zdją­łem obcią­żaną kami­zelkę i rzu­ci­łem ją na plażę. Upa­dła z cięż­kim łup­nię­ciem.

Rami­rez uniósł brew.

- Jezu, Harry. Ile to waży?

- Sto kilo­gra­mów.

Pokrę­cił głową. Na chwilę pogrą­żył się w myślach. Już wcze­śniej widzia­łem ten wyraz twa­rzy u ludzi, któ­rzy zasta­na­wiali się: "Cie­kawe, czy Harry Dres­den wciąż jest Har­rym Dres­denem, czy może Kró­lowa Powie­trza i Ciem­no­ści zmie­niła go w swo­jego oso­bi­stego potwora".

Ostat­nio czę­sto się z nim spo­ty­kam. Cza­sami widzę go w lustrze.

Ponow­nie wbi­łem wzrok w swoje stopy i w zie­mię. Widzia­łem je wyraź­niej, skoro słońce zbli­żyło się do hory­zontu.

- Jesteś pewien, że Rada Star­szych chce, żebym zapew­niał im ochronę? - spy­ta­łem.

Rami­rez zde­cy­do­wa­nie poki­wał głową.

- Decy­zja należy do mnie. Powie­dzieli, że mogę zwer­bo­wać wła­sną dru­żynę, więc wybie­ram cie­bie. Przy­dasz mi się.

- Będziesz mógł go mieć na oku - mruk­nął Tho­mas.

Rami­rez uśmiech­nął się i skło­nił głowę.

- Być może. A może po pro­stu mam ochotę zoba­czyć, jak płoną kolejne budynki. - Ski­nął do mnie głową. - Harry. Będę w kon­tak­cie.

Odwza­jem­ni­łem gest.

- Miło było cię zoba­czyć, 'Los.

- Raithu - rzekł Rami­rez.

- Straż­niku Rami­rez - odpo­wie­dział mój brat.

Carlo odszedł, pod­pie­ra­jąc się laską, poru­sza­jąc się bez gra­cji, ale dość ener­gicz­nie.

- No dobrze - ode­zwał się Tho­mas, ze zmru­żo­nymi oczami patrząc na odda­la­ją­cego się Rami­reza. - Chyba już pójdę. Sprawy wkrótce się skom­pli­kują.

- Nie możesz być tego pewien - odpar­łem. - Być może to będzie sym­pa­tyczna kola­cyjka, wszy­scy chwycą się za ręce i razem zaśpie­wają.

Zer­k­nął na mnie z ukosa.

Ponow­nie popa­trzy­łem na swoje stopy.

- A może nie.

Par­sk­nął, klep­nął mnie w ramię i bez słowa ruszył w stronę samo­chodu. Wie­dzia­łem, że na mnie zaczeka.

Kiedy odje­chał, pod­nio­słem swoją obcią­żoną kami­zelkę, a potem odwró­ci­łem się i w pro­mie­niach słońca, które wresz­cie wyło­niło się zza hory­zontu, uważ­nie przyj­rza­łem się zagłę­bie­niu, w któ­rym sta­łem.

To był odcisk stopy.

Miał ponad metr dłu­go­ści.

Dostrze­głem trzy takie ślady odda­lone o kilka metrów. Trop pro­wa­dził do wody. Przy­bie­ra­jący na sile wiatr znad jeziora już zaczy­nał zacie­rać kra­wę­dzie śla­dów.

Może ich poja­wie­nie się było cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.

Albo i nie.

Zarzu­ci­łem sobie kami­zelkę na ramię i cięż­kim kro­kiem ruszy­łem w stronę auta. Mia­łem doj­mu­jące prze­czu­cie, że moje życie nie­długo znów się skom­pli­kuje.

2

Tho­mas wró­cił ze mną do domu na potre­nin­gowe śnia­da­nie.

Tak naprawdę to był dom Molly, ale ona rzadko się poja­wiała, a ja tam pomiesz­ki­wa­łem.

Amba­sada Ciem­nych Elfów w Chi­cago mie­ściła się w nie­wiel­kim ele­ganc­kim budynku w dziel­nicy biz­ne­so­wej i dys­po­no­wała ogrom­nym traw­ni­kiem, zwłasz­cza gdy weź­mie się pod uwagę cenę nie­ru­cho­mo­ści w mie­ście. Taki budy­nek powi­nien być pełen ludzi w suro­wych biz­ne­so­wych stro­jach, zaj­mu­ją­cych się pie­niędzmi oraz licz­bami, które są zbyt skom­pli­ko­wane, kło­po­tliwe i nudne, by kto­kol­wiek inny je zro­zu­miał.

Tak się składa, że nie było to dale­kie od prawdy.

Na pod­jeź­dzie od nie­dawna stała budka straż­nika, a sie­dzący w niej nijaki męż­czy­zna ubrany w rów­nie nijaki drogi, dosko­nale dopa­so­wany gar­ni­tur i ciemne oku­lary pod­niósł wzrok znad swo­jej książki. Zatrzy­ma­li­śmy się przy okienku.

- Fio­le­towy mustang wzbija się do lotu - ode­zwa­łem się.

Straż­nik wbił we mnie wzrok.

- Eee... chwi­leczkę - powie­dzia­łem i zamy­śli­łem się. - Smutny wto­rek to nie pro­blem dla lokal­nych władz?

Wciąż się we mnie wpa­try­wał.

- Nazwi­ska.

- Och, daj spo­kój, Austri - żach­ną­łem się. - Musimy bawić się w to od nowa każ­dego ranka? Wiesz, kim jestem. Psia­krew, wczo­raj wie­czo­rem przez godzinę patrzy­li­śmy, jak dzie­ciaki się ze sobą bawią.

- Wtedy nie byłem na służ­bie - odrzekł Austri cał­ko­wi­cie neu­tral­nym tonem, patrząc na mnie bez emo­cji. - Popro­szę o nazwi­ska.

- Naprawdę padł­byś tru­pem, gdy­byś cho­ciaż raz dał sobie spo­kój z pro­to­ko­łem bez­pie­czeń­stwa?

Znów popa­trzył na mnie obo­jęt­nie, a potem powoli zamru­gał.

- Nie­wy­klu­czone. Wła­śnie dla­tego sto­su­jemy pro­to­koły bez­pie­czeń­stwa.

Posła­łem mu surowe spoj­rze­nie maga, ale bez­sku­tecz­nie. W końcu zamru­cza­łem pod nosem jak Yose­mite Sam i zaczą­łem grze­bać w swo­jej tor­bie spor­to­wej.

- Nazy­wam się Harry Dres­den, jestem Ryce­rzem Zimy, wasa­lem Molly Car­pen­ter, Zimo­wej Panny Dworu Sidhe, i prze­by­wam tutaj jako jej gość. To jest Tho­mas Raith, rów­nież jej gość, przy­ja­ciel Lady Evanny.

- Jest jed­nym z kochan­ków Evanny - uści­ślił Austri i ski­nął głową do Tho­masa.

- Jak leci, Austri? - rzu­cił mój brat.

- Jestem na służ­bie - odpo­wie­dział Austri poważ­nie, otwo­rzył jakąś teczkę i zaczął prze­rzu­cać kartki ze zdję­ciami w gór­nym naroż­niku. Zatrzy­mał się na moim pro­filu, sta­ran­nie porów­nał mnie z wize­run­kiem na foto­gra­fii, potem zro­bił to samo z Tho­ma­sem i poki­wał głową. - Popro­szę hasło.

- Chwi­leczkę. - W końcu na dnie torby zna­la­złem zło­żoną kartkę z tygo­dnio­wymi hasłami. Roz­ło­ży­łem ją, otrze­pa­łem z pia­sku i odczy­ta­łem: - "Tort jest kłam­stwem". Co to w ogóle zna­czy?

Austri przez chwilę wpa­try­wał się we mnie z fru­stra­cją, a potem wes­tchnął. Prze­niósł wzrok na Tho­masa.

- A ty?

- "Żeby kózka nie ska­kała, toby nóżki nie zła­mała" - bły­ska­wicz­nie opo­wie­dział Tho­mas, bez patrze­nia na kartkę. Widocz­nie nie miał nic lep­szego do roboty, tylko uczyć się na pamięć przy­pad­ko­wych haseł.

Austri poki­wał głową z uzna­niem, zamknął teczkę i ją scho­wał.

- Zacze­kaj­cie chwilę. - Wci­snął guzik i nie­mal bez­gło­śnie wypo­wie­dział jakieś słowo, by roz­broić dwa tysiące zabój­czych magicz­nych osłon, które oddzie­lały mnie od drzwi wej­ścio­wych. W końcu ski­nął głową. - Może­cie wejść.

- Dzię­kuję - odrze­kłem.

Roz­parł się na krze­śle i odprę­żył, a wtedy maska nija­kiego czło­wieka, która prze­sła­niała ciem­nego elfa, stała się płynna i przej­rzy­sta. Austri miał szarą skórę, mię­śnie gim­na­styka, głowę nieco za dużą wzglę­dem reszty ciała i olbrzy­mie czarne oczy, jak tam­ten obcy na nagra­niu z sek­cji zwłok. Pod powierz­chowną ilu­zją kryło się spo­kojne i sym­pa­tyczne obli­cze.

- Moja Ingri chęt­nie znów by się poba­wiła z Mag­gie i Sir Mysz­kiem.

- Mag­gie rów­nież mia­łaby na to ochotę. Może ode­zwę się do pani Austri?

Poki­wał głową.

- To leży w zakre­sie jej obo­wiąz­ków. Może wie­czo­rem pogramy w karty?

- Chciał­bym, ale nie mogę niczego obie­cać.

Lekko zmarsz­czył czoło.

- Lubię mieć kon­kretne plany na wie­czór.

- Służba - wytłu­ma­czy­łem.

Roz­po­go­dził się i wziął do ręki książkę.

- Ależ oczy­wi­ście, to zmie­nia postać rze­czy. Pro­szę, daj znać, kiedy obo­wiązki znów pozwolą ci na poświę­ce­nie nam czasu.

Ski­ną­łem głową i ruszy­łem dalej.

Austri był typo­wym ciem­nym elfem. Cho­ro­bli­wie skru­pu­lat­nym, wście­kle pedan­tycz­nym, nie­ludzko zdy­scy­pli­no­wa­nym, nie­ugię­cie odda­nym ideom honoru i obo­wiązku - ale po bliż­szym pozna­niu oka­zy­wał się porząd­nym gościem. Na świe­cie jest miej­sce dla każ­dego, co nie?

Prze­szli­śmy przez kolejne dwa punkty kon­tro­lne, jeden w holu budynku, a drugi w win­dzie, która zwio­zła nas do obszer­nego pod­ziem­nego kom­pleksu amba­sady. Kolejny ciemny elf obej­rzał moje prawo jazdy, potem mi się przyj­rzał i uparł się, żeby zmie­rzyć mój wzrost i wziąć ode mnie odci­ski pal­ców, by zwe­ry­fi­ko­wać, że jestem sobą, a nie oszu­stem ubra­nym w płaszcz Harry'ego.

Pew­nie nie powi­nie­nem krę­cić na to nosem. Wię­cej kon­troli to więk­sze bez­pie­czeń­stwo, nawet jeśli cza­sami zaj­mo­wali się tym tacy zło­śliwcy jak Gedwig. Cha­rak­te­ry­styczna dla ciem­nych elfów mie­szanka para­noi i dro­bia­zgo­wo­ści ozna­czała, że moja córka była bez­piecz­niej­sza pod ich dachem, ale cza­sami mi doskwie­rała i to był jeden z tych dni.

Wśli­zgnę­li­śmy się do miesz­ka­nia, które wciąż było ciemne i chłodne. Przez chwilę zachwy­ca­łem się cudem kli­ma­ty­za­cji w lecie. Magia i tech­no­lo­gia nie idą w parze, a aura ener­gii ota­cza­jąca maga takiego jak ja roz­straja każde urzą­dze­nie wypro­du­ko­wane po II woj­nie świa­to­wej. W żad­nym z miejsc, w któ­rych miesz­ka­łem, kli­ma­ty­za­cja nie prze­trwała dłu­żej niż kilka dni, ale ciemne elfy zbu­do­wały miesz­ka­nie spe­cjal­nie dla Molly. Miało dzia­ła­jące świa­tła, radio, gorącą wodę oraz kli­ma­ty­za­cję, a ja nie mia­łem poję­cia, jak ten sprytny lud tego doko­nał. Ciemne elfy były słyn­nymi rze­mieśl­ni­kami. Powia­dano, że potra­fią zbu­do­wać wszystko, czego sobie zaży­czysz.

Może powi­nie­nem skło­nić Molly, żeby popro­siła o tele­wi­zor. Albo to inter­ne­towe... coś. Urzą­dze­nie. Jeden z tych inter­ne­to­wych dynk­sów. Skoro wszy­scy sza­leją na punk­cie sieci, musi być w niej coś faj­nego.

Kiedy wresz­cie weszli­śmy do salonu, Mister, mój wielki szary kocur, jak zwy­kle dopadł do moich pisz­czeli, sta­wia­jąc powi­talną bary­kadę. Nachy­li­łem się, żeby podra­pać go za uszami, jak lubił naj­bar­dziej, a on z wiel­ko­dusz­no­ścią przy­jął piesz­czotę, a następ­nie pozwo­lił mi wró­cić do moich spraw. Minął Tho­masa, ocie­ra­jąc się pyszcz­kiem o jego nogę, by ozna­czyć go jako swoją wła­sność, a następ­nie odda­lił się z kró­lew­ską obo­jęt­no­ścią. Mister nie był już pierw­szej mło­do­ści kotem, ale wciąż wie­dział, kto rzą­dzi w miesz­ka­niu.

Moja córka wciąż spała na kana­pie, okryta gru­bym kocem. Obok niej spo­czy­wał kudłaty szary olbrzym wiel­ko­ści konia, mój świą­tynny pies, Myszek. Nawet nie pod­niósł łba ani nie otwo­rzył oczu, gdy weszli­śmy. Tylko ziew­nął i uło­żył się nieco wygod­niej, a następ­nie sap­nął ciężko i spał dalej. Oddech Mag­gie na chwilę zgu­bił rytm; potem zanu­rzyła dłoń w futrze psa. Oboje wes­tchnęli przez sen i znie­ru­cho­mieli.

Przez chwilę sta­łem nie­ru­chomo, tylko się im przy­glą­da­jąc.

Tho­mas w takich chwi­lach zazwy­czaj krzą­tał się w kuchni i parzył kawę, ale dzi­siaj sta­nął obok mnie i popa­trzył na dziew­czynkę i psa.

- A niech mnie - mruk­nął.

Poki­wa­łem głową.

- Wielka odpo­wie­dzial­ność.

- Tak.

- Pora­dzisz sobie.

Popa­trzy­łem na niego. Nie byłem w sta­nie zde­fi­nio­wać emo­cji, które malo­wały się na jego twa­rzy. Była to mie­szanka tęsk­noty i łagod­nego, ale dotkli­wego cier­pie­nia.

- Nie sądzę, Harry - odrzekł.

- Nie bądź głupi - odpar­łem. - Kochasz ją. Poko­chasz też dzie­ciaka. Oczy­wi­ście, że dasz sobie radę.

Smutny uśmiech dołą­czył do wcze­śniej­szych emo­cji na jego twa­rzy.

Obaj ponow­nie popa­trzy­li­śmy na śpiące dziecko.

W jej bez­ru­chu kryło się coś, czego nie zna­łem, dopóki nie zaczą­łem się nią opie­ko­wać. Wra­że­nie... dogłęb­nego zado­wo­le­nia, które było mi obce. Mag­gie spała szczę­śliwa i zdrowa - bez­pieczna.

Ode­tchną­łem, żeby odzy­skać rów­no­wagę. Zmę­cze­nie ustą­piło, nie z mojego ciała, ale z jakie­goś głęb­szego, o wiele istot­niej­szego miej­sca. Mój brat wypu­ścił powie­trze w tej samej chwili i trą­cił mnie pię­ścią w ramię. Potem poszedł do kuchni, a ja ruszy­łem w stronę prysz­nica.

Długo wygrze­wa­łem się pod stru­mie­niem wody, a kiedy w końcu zaczą­łem się ubie­rać, usły­sza­łem głosy dobie­ga­jące z kuchni.

- Mleko nie ma uczuć - mówiła Mag­gie.

- Dla­czego nie? - ode­zwał się ktoś jesz­cze młod­szy.

- Ponie­waż mleko jest nie­oży­wione - odrze­kła Mag­gie wesoło.

- Aha. - Przez chwilę pano­wała cisza. - Prze­cież się rusza.

- Ja je poru­szy­łam - wyja­śniła Mag­gie. - Potem jesz­cze przez chwilę chlu­po­cze.

- Dla­czego?

- Chyba z powodu gra­wi­ta­cji - odpo­wie­działa Mag­gie. - A może napędu.

- Chyba roz­pędu? - Ta druga osoba miała cień­szy głos.

- Moż­liwe.

- A skąd o tym wiesz?

- Kiedy będziesz miała dzie­sięć lat, też będziesz dużo wie­dzieć - odrze­kła Mag­gie.

- Dla­czego?

Wsze­dłem do nie­wiel­kiej kuchni i zasta­łem tam Mag­gie w piża­mie, zajętą robie­niem bała­ganu z pomocą Myszka i wyrzeź­bio­nej z drewna czaszki. W oczo­do­łach czaszki lśniły zie­lone punk­ciki świa­tła, jak roz­pa­lone węgle w jakimś dzi­wacz­nym ogni­sku. Na bla­cie pię­trzyła się połowa zawar­to­ści spi­żarni.

Zer­k­ną­łem na Tho­masa, który sie­dział przy kuchen­nym stole z kub­kiem kawy. Napeł­nił też mój kubek. Pod­sze­dłem i wzią­łem go do ręki.

- Nie zamie­rza­łeś zain­ter­we­nio­wać? - szep­ną­łem.

- Tak długo byłeś pod prysz­ni­cem, że już nie pamię­tam, co sobie wtedy myśla­łem - odparł.

- Jak ona sobie radzi? - spy­ta­łem nieco ciszej.

- Cał­kiem dobrze - odpo­wie­dział rów­nież przy­ci­szo­nym gło­sem. - Przy­wi­ta­li­śmy się, popa­trzy­li­śmy sobie w oczy i naj­wy­raź­niej spra­wiło jej to przy­jem­ność. Spy­tała, czy mam ochotę na nale­śniki.

- A ty się zgo­dzi­łeś?

- Harry, bądź poważny. Wszy­scy pra­gniemy, żeby ktoś usma­żył dla nas nale­śniki, po pro­stu jeste­śmy zbyt doro­śli, żeby się do tego przy­znać.

Upi­łem łyk kawy, ponie­waż nie spo­sób dys­ku­to­wać z takim argu­men­tem.

On rów­nież się napił.

- Powstrzy­masz ją? - spy­tał.

Roz­ko­szo­wa­łem się cudem kawy, więc odpo­wie­dzia­łem dopiero po prze­łknię­ciu pierw­szego łyku.

- Lepiej wyba­dam sytu­ację.

Zabra­łem swój kubek do kuchni i usły­sza­łem, że Tho­mas wstał, by mi towa­rzy­szyć. Kiedy sta­ną­łem w progu, drew­niana czaszka zwró­ciła na mnie wzrok i oznaj­miła z dumą:

- Nale­śniki są nie­oży­wione!

- Zga­dza się - ode­zwa­łem się do ducha wewnątrz czaszki. Zde­cy­do­wa­nie wola­łem, żeby prze­by­wał tam, a nie w mojej gło­wie. Duch inte­lektu, który powstał w moim umy­śle, cały czas rósł i już wkrótce miał się w nim nie pomie­ścić. Udało nam się sku­tecz­nie wydo­być go z mojej głowy i prze­pro­wa­dzić do drew­nia­nej czaszki, którą wyrzeź­bi­łem. Od tam­tej pory musie­li­śmy sobie radzić z nie­prze­rwaną rzeką pytań. - Jak się mie­wasz tego ranka, Bonea?

- Ranek to czas po wscho­dzie słońca! - odpo­wie­działa nie­wielka czaszka. - Koń­czy się w połu­dnie!

Bonea znała mnó­stwo nie­po­łą­czo­nych ze sobą fak­tów. Potra­fiła wyja­śnić mnó­stwo zaga­dek wszech­świata, ale nie miała poję­cia, jaki one mają wpływ na praw­dziwe życie. Dla­tego kon­takty z nią... wyma­gały wyczu­cia.

- Brawo, znów poprawna odpo­wiedź - odrze­kłem. - Dzień dobry, Mag­gie.

- Cześć, tato. Smażę dla nas nale­śniki na śnia­da­nie.

- To wspa­niale - ode­zwał się Tho­mas, dźga­jąc mnie pal­cem w kark.

Mag­gie zer­k­nęła na niego i posłała mu ukrad­kowy uśmiech. Nie musia­łem się oglą­dać, żeby wie­dzieć, że do niej mru­gnął. Unio­słem brwi.

- No tak. Nale­śniki. To coś nowego.

- Molly mówi, że trzeba być odważ­nym i pró­bo­wać nowych rze­czy, by się roz­wi­jać - odpo­wie­działa moja córka z powagą. - A Tho­mas mówi, że wszy­scy lubią nale­śniki.

- Wszy­scy lubią nale­śniki - powie­dział Tho­mas.

Obej­rza­łem się przez ramię, dając mu do zro­zu­mie­nia, żeby prze­stał mi poma­gać. Uśmiech­nął się do mnie nie­win­nie.

- No cóż, mają rację - odrze­kłem poważ­nie. - Potrze­bu­jesz pomocy?

- Pora­dzę sobie sama. Umiem obsłu­gi­wać kuchenkę, a Bon­nie zna prze­pis.

- Znam dwie­ście dwa­dzie­ścia sie­dem prze­pi­sów na nale­śniki! - oznaj­miła Bon­nie. - Pro­dukty obec­nie zgro­ma­dzone w kuchni pozwa­lają na zre­ali­zo­wa­nie szes­na­stu z nich!

- Zde­cy­do­wa­ły­śmy się na numer sie­dem - dodała Mag­gie. - Naj­le­piej zaczy­nać od zera.

Zapo­wia­dał się nie lada bała­gan. Myszek obli­zał pysk - mógł­bym przy­siąc, że wyglą­dał na zado­wo­lo­nego z sie­bie. Cze­kało nas wiel­kie sprzą­ta­nie, ale Mag­gie powinna pró­bo­wać nowych rze­czy, dla­tego nachy­li­łem się i poca­ło­wa­łem ją w głowę.

- Tylko ostroż­nie z kuchenką. No i daj mi znać, jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wała, skar­bie.

- Widzisz, panno Mag­gie? - ode­zwał się Tho­mas. - A nie mówi­łem?

Zmie­rzy­łem go wzro­kiem.

- Zapla­no­wa­łeś to wszystko, żeby dostać nale­śniki?

Tho­mas zro­bił poważną minę i popa­trzył na Mag­gie sze­roko otwar­tymi oczami.

- Nie zaprze­czam.

Prze­wró­ci­łem oczami.

Moja córka zachi­cho­tała.

- Pan Tho­mas jest w porządku, tato.

- Jesteś jesz­cze bar­dzo młoda. Pozwól, że ja się nim zajmę - odrze­kłem. - Skup się na tym, co robisz, dobrze? Uwa­żaj na sie­bie.

- W porządku.

Wró­ciła do swo­ich zajęć i cho­ciaż wciąż miała zaspane oczy, skon­cen­tro­wała się na swo­jej pracy z sza­lo­nym zapa­łem, do jakiego o poranku jest zdolny tylko ktoś, kto jesz­cze nie odkrył nie­po­wstrzy­ma­nego zewu kawy.

Usia­dłem na pobli­skiej kana­pie. Miesz­ka­nie skła­dało się z poje­dyn­czego dużego pomiesz­cze­nia łączą­cego w sobie kuch­nię, jadal­nię i salon, któ­rych nie oddzie­lały ściany. Dwie pary drzwi pro­wa­dziły do dwóch sypialni, Molly i mojej. Tak naprawdę mój pokój rów­nież nale­żał do niej, ale prak­tycz­nie nie wcho­dziła do niego od chwili, gdy się wpro­wa­dzi­łem, nie licząc kilku przy­pad­ków, gdy zaj­rzała na chwilę, by pogła­skać Myszka, poła­sko­tać Mag­gie i przez chwilę miło ze mną poga­wę­dzić.

Minęło sporo czasu, odkąd naprawdę ze sobą roz­ma­wia­li­śmy.

Miesz­ka­nie przy­po­mi­nało mi moje dawne lokum w piw­nicy pen­sjo­natu pani Spun­kel­crief. Bra­ko­wało w nim tylko zatę­chłego smrodu sta­rej piw­nicy. No i było więk­sze. A także jaśniej­sze. Oraz now­sze. I znacz­nie czyst­sze. Poza tym nie czu­łem się w nim kom­for­towo.

Cho­ciaż przy­po­mi­nała norę, tamta stara klitka była moim domem. Niech szlag trafi wam­piry, które ją spa­liły. Niech szlag trafi Mar­cone'a, który kupił całą nie­ru­cho­mość i urzą­dził w moim daw­nym domu swoją nową bazę główną.

Tęsk­ni­łem za tam­tym miej­scem.

No cóż. Nie ma sensu pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem. Życie stale się zmie­nia. Raz za razem nie­przy­jem­nie nas czymś zaska­kuje. Trzeba sta­wiać mu czoło.

Tho­mas oparł się o ścianę w miej­scu, z któ­rego widział kuch­nię, i popi­jał kawę, sku­pia­jąc wzrok na Mag­gie.

- Żyjesz na kra­wę­dzi, co?

- Myszek da mi znać, jeśli pojawi się jakiś pro­blem - odrze­kłem.

- To dobry pies - zauwa­żył Tho­mas.

- Jeśli chcesz, mogę napi­sać do brata Wanga i powie­dzieć, że chcesz szcze­niaka.

- Jed­nego już mu ukra­dłeś - par­sk­nął Tho­mas.

- Przy­pad­kowo - odpar­łem. - Poza tym sądzę, że futrzak celowo się odda­lił. Cho­ciaż bratu Wan­gowi to się nie podoba, raczej nie będzie rościł sobie do niego praw.

- No cóż, to pierw­szo­rzędny pies - przy­znał Tho­mas.

- Jesz­cze jak - zgo­dzi­łem się.

- Zasta­no­wię się - odrzekł Tho­mas. - Ostat­nio wiele się dzieje.

Wciąż nie odry­wał wzroku od Mag­gie.

- Hej, stary, wszystko w porządku? - spy­ta­łem.

Zer­k­nął na mnie z ukosa i uśmiech­nął się słabo.

- Po pro­stu... bar­dzo poważ­nie zasta­na­wiam się nad przy­szło­ścią.

- No cóż, to zro­zu­miałe. - Zamkną­łem oczy i poczu­łem, że moje koń­czyny pul­sują tępym bólem w ryt­mie bicia serca. Nagle gło­śno kich­ną­łem.

- Na zdro­wie! - zawo­łała Mag­gie z kuchni.

- Nnngh - odpo­wie­dzia­łem. - Dzię­kuję. - Pod wpły­wem kich­nię­cia poczu­łem we wszyst­kich człon­kach ból, który osłabł dopiero po kilku sekun­dach. Otwo­rzy­łem jedno oko. Coś było nie w porządku.

Moc Ryce­rza Zimy pozwa­lała mi dotrzy­mać kroku mojemu bratu wam­pi­rowi, gdy bie­ga­łem po pia­sku ze stu­ki­lo­gra­mo­wym obcią­że­niem. Mię­dzy innymi tłu­miła ból, tak że odczu­wa­łem go jedy­nie jako deli­katne napię­cie. Zła­mane kości powo­do­wały lekki dys­kom­fort. Krwa­wiąca rana już zwra­cała na sie­bie uwagę, ale ni­gdy, przeni­gdy nie czu­łem zwy­kłego bólu.

Do tej chwili.

Głu­pia moc Zimy. Bez­u­stan­nie pod­sy­cała we mnie pier­wotne, dzi­kie emo­cje i żądze, które były jak pod­ra­so­wane wer­sje moich wła­snych instynk­tów. Nie odda­wa­łem się poran­nym tre­nin­gom dla przy­jem­no­ści. Robi­łem to, ponie­waż dys­cy­plina i ruty­nowa aktyw­ność poma­gały mi hamo­wać pier­wotne instynkty. Codzienne inten­sywne ćwi­cze­nia zmu­szały moc Zimy do zuży­wa­nia ener­gii na pod­trzy­my­wa­nie mojego ciała - zgod­nie z moją wolą i w wybra­nym przeze mnie cza­sie - co zmniej­szało pre­sję na moje myśli. I cho­ciaż byłem w sta­nie igno­ro­wać ból i dys­po­no­wa­łem nad­ludzką wytrzy­ma­ło­ścią, zacho­wa­nie kon­troli wyma­gało bez­u­stan­nego wysiłku.

- Ojej, nic ci nie jest, kujo­nie?

- To było dziwne - odrze­kłem.

Mister wsko­czył na kanapę i umo­ścił się na moich kola­nach, wci­ska­jąc głowę pod moją dłoń. Pogła­ska­łem go machi­nal­nie, a z jego ciała wydo­było się mru­cze­nie, które przy­po­mi­nało odgłos czaj­nika z gotu­jącą się wodą.

Kilka sekund póź­niej ponow­nie kich­ną­łem, jesz­cze moc­niej, a tym razem prze­szyła mnie fala wyczer­pa­nia tak silna, że pra­wie prze­wró­ci­łem się na bok.

Roz­legł się jakiś brzęk i chlu­pot. Mister zesko­czył mi z kolan i czmych­nął. Dopiero po kilku pró­bach zdo­ła­łem sku­pić wzrok, a wtedy zoba­czy­łem, że przede mną leży na boku meta­lowy dzba­nek z czarną pla­sti­kową rączką. Z mokrego dywanu obok dzbanka uno­siły się smugi pary.

Zamru­ga­łem i pod­nio­słem wzrok na Tho­masa. Wyraz jego twa­rzy świad­czył o tym, że nie ma poję­cia, co się stało. Obaj popa­trzy­li­śmy na dzba­nek.

Zmarsz­czy­łem czoło i nachy­li­łem się, żeby dotknąć naczy­nia. Nie było aż tak gorące, by mnie opa­rzyć, ale pra­wie. Zamru­ga­łem i się­gną­łem w stronę rączki. Pod­nio­słem dzba­nek. Rączka przez kilka sekund spra­wiała wra­że­nie oso­bli­wie mięk­kiej, a potem pla­stik, metal i woda nagle zadrżały i zmie­niły się w prze­zro­czy­sty gala­re­to­waty płyn, który prze­lał mi się przez palce na dywan. Ekto­pla­zma, surowa mate­ria ducho­wego świata.

Co, u dia­bła?

Ekto­pla­zma jest dziwną sub­stan­cją. Można ją ukształ­to­wać za pomocą magii i nała­do­wać ener­gią, a dopóki nie prze­rwiemy dopływu tej ener­gii, ekto­pla­zma zachowa swoją formę. Duchy z Nig­dy­nigdy potra­fią two­rzyć ciała, a następ­nie wyko­rzy­stać je w mate­rial­nym świe­cie, po któ­rym wędrują jak astro­nauci w prze­strzeni kosmicz­nej. Ale kiedy dopływ ener­gii ustaje, ciało powraca do pier­wot­nej postaci - ślu­zo­wa­tej ekto­pla­zmy, która następ­nie w ciągu kilku chwil znika z mate­rial­nego świata i powraca do Nig­dy­nigdy.

Więc skąd się wziął ten dzba­nek, u licha?

Może to sprawka Straż­nika? Małe elfy krę­cące się po moim domu z pew­no­ścią były skłonne do zło­śli­wo­ści. Czy któ­ryś z nich mógł mi zro­bić kawał?

Moż­liwe. Ale w takim razie, skąd żar­tow­niś wie­dział, o czym myśla­łem?

Cho­ler­nie dziwna sprawa.

- Harry? - ode­zwał się Tho­mas.

- Cho­ler­nie dziwna sprawa - powie­dzia­łem i otar­łem nos, z któ­rego nagle zaczęło mi ciek­nąć. - Nawet dla mnie.

- Tato?! - zawo­łała Mag­gie.

- Hmmm?

- Bon­nie mówi, że nie powin­nam obra­cać nale­śnika, dopóki nie będzie zło­ci­sto-brą­zowy. Ale prze­cież nie widzę przy­sma­żo­nej strony. Skąd mam wie­dzieć, jak wygląda?

Wsta­łem z kanapy, zabra­łem garść chu­s­te­czek i ruszy­łem do kuchni.

- To nieco pod­chwy­tliwe - przy­zna­łem. - Ale możesz się zorien­to­wać po tym, jak wygląda cia­sto po nie­usma­żo­nej stro­nie. Pokażę ci.

- W porządku.

Zaczą­łem wpro­wa­dzać swoją córkę w taj­niki szla­chet­nej sztuki odwra­ca­nia nale­śni­ków. Wła­śnie zabra­li­śmy się za dru­giego, gdy w jed­nej ze ścian miesz­ka­nia roz­dzwo­nił się cichy dzwo­nek alar­mowy.

Myszek gwał­tow­nie obej­rzał się w stronę źró­dła dźwięku i nisko wark­nął. Mag­gie zamru­gała, a potem popa­trzyła na mnie nie­pew­nie.

Tho­mas szyb­kim ruchem ode­pchnął się od ściany. Zer­k­nął na mnie, a następ­nie wszedł do kuchni i wziął jeden z dużych noży ze sto­jaka.

- Ktoś się zbliża - powie­dzia­łem. - Naj­pierw sprawdźmy, co się dzieje. Zróbmy tak, jak ćwi­czy­li­śmy. Zabierz Bon­nie do mojego pokoju i włóż ją do jej pudełka. Zostań tam z nią, nie pod­noś się z pod­łogi i nie rób hałasu. Dobrze?

Mag­gie spra­wiała wra­że­nie nie­pew­nej, ale poki­wała głową.

- Dobrze.

- Idź.

Zamkną­łem za nią drzwi sypialni i zabra­łem laskę maga sto­jącą obok kominka.

Nagle poża­ło­wa­łem, że nie poświę­ci­łem wię­cej czasu na roz­bu­do­wy­wa­nie swo­jego magicz­nego arse­nału. Nie zro­bi­łem tego, ponie­waż byłem zajęty rolą ojca, co zaj­mo­wało mi wię­cej czasu, niż się spo­dzie­wa­łem. Nie mia­łem zbyt wielu oka­zji, by czyn­nie pra­co­wać nad swoim wypo­sa­że­niem, co rów­nież było nie­zwy­kle cza­so­chłonne.

Dys­po­no­wa­łem jedy­nie laską, którą wyrzeź­bi­łem na zagu­bio­nej wyspie Demon­re­ach na środku jeziora Michi­gan, bojową różdżką oraz pro­wi­zo­ryczną wer­sją swo­ich sta­rych bran­so­le­tek z tar­czami. Musiało mi to wystar­czyć.

Cokol­wiek uru­cho­miło alarm, raczej nie mogło prze­drzeć się przez zabez­pie­cze­nia ciem­nych elfów - ale skoro tego nie zro­biło, to dla­czego alarm dzwo­nił?

- Co o tym myślisz? - spy­tał Tho­mas.

- Myślę, że coś, co potrafi poko­nać zabez­pie­cze­nia ciem­nych elfów i dotrzeć aż tutaj, nieco mnie nie­po­koi - odrze­kłem.

- Aha, więc nie jestem sam. Miło wie­dzieć.

Kilka sekund póź­niej czy­jaś ciężka dłoń mocno zapu­kała w drzwi miesz­ka­nia.

Upew­ni­łem się, że drzwi do pokoju, w któ­rym scho­wała się moja córka, są szczel­nie zamknięte. Potem chwy­ci­łem laskę jak kara­bin i bez­gło­śnie pod­sze­dłem do drzwi, a mój brat kro­czył tuż za mną.

3

Przy­wo­ła­łem siłę woli i prze­kie­ro­wa­łem moc do swo­jej laski. Pokry­wa­jące ją spi­rale run zapło­nęły szma­rag­do­wym ogniem i unio­sły się z nich malut­kie kosmyki dymu. W powie­trzu poja­wiła się czy­sta, dymna woń przy­pa­lo­nego drewna. Runy i sym­bole z zie­lo­nego świa­tła upstrzyły ściany.

Laska maga to wszech­stronne narzę­dzie. Mogłem za jej pomocą korzy­stać z roz­ma­itych sił oraz efek­tów, zależ­nie od potrzeb, i dba­łem o to, by zawsze była gotowa siać znisz­cze­nie lub odbi­jać ener­gię. Tho­mas pod­szedł do ściany obok drzwi, skąd mógł bez trudu dosię­gnąć każ­dego, kto wszedłby do środka. Wzdłuż nogi trzy­mał nóż i ski­nął do mnie głową, że jest gotowy.

Wtedy spo­koj­nie otwo­rzy­łem drzwi miesz­ka­nia.

Za pro­giem stał sta­ru­szek. Był nieco niż­szy od prze­cięt­nego czło­wieka i tęgi. Tak samo jak ja trzy­mał w dłoni laskę, która była znacz­nie krót­sza i grub­sza od mojej. Jego lśniącą łysinę ota­czały poje­dyn­cze kosmyki bia­łych i srebr­nych wło­sów, a na skó­rze miał wię­cej plam wątro­bo­wych niż ostat­nio, gdy się widzie­li­śmy. Jego ciemne oczy lśniły za szkłami oku­la­rów. Był ubrany w pro­sty baweł­niany T-shirt, nie­bie­ski kom­bi­ne­zon oraz robo­cze obu­wie ze sta­lo­wymi czub­kami. To był mój men­tor, Ebe­ne­zar McCoy, star­szy czło­nek Bia­łej Rady Magii.

A zara­zem mój dzia­dek.

Sta­ru­szek przyj­rzał mi się spod zmarsz­czo­nych brwi, a potem popa­trzył na moją laskę, która lśniła na zie­lono.

- Nowy wzór - zauwa­żył. - Tro­chę gęsty. Może nieco surowy.

- Mia­łem do dys­po­zy­cji tylko scy­zo­ryk - odpo­wie­dzia­łem. - No i żad­nego papieru ścier­nego. Musia­łem użyć kamieni.

- No tak - rzekł. - Mogę wejść?

Popa­trzy­łem ponad ramie­niem Ebe­ne­zara na Austriego, który stał na kory­ta­rzu z jedną dło­nią pod mary­narką i dwoma pal­cami przy­ci­śnię­tymi do ucha. Jego usta się poru­szały, ale nie sły­sza­łem, co mówi.

- Austri? Skąd ten alarm?

Austri naj­wy­raź­niej wysłu­chał cze­goś, co było prze­zna­czone tylko dla jego uszu, i ski­nął głową. Wciąż nie wyj­mo­wał dłoni zza pazu­chy.

- Ten czło­wiek jest znany ciem­nym elfom - wyja­śnił. - Pra­cuje dla Bia­łej Rady Magii i jest uzna­wany za nie­zwy­kle nie­bez­piecz­nego. Nie zasto­so­wał się do pro­to­ko­łów bez­pie­czeń­stwa.

- Nie mam czter­dzie­stu ośmiu godzin, żeby cze­kać na wyniki bada­nia DNA, nawet gdy­bym zde­cy­do­wał się na prze­ka­za­nie wam próbki - wark­nął Ebe­ne­zar. - Mówi­łem, że Etri mnie zna. On za mnie porę­czy.

Roz­legł się oso­bliwy falu­jący dźwięk i nagle kil­ka­na­ście ciem­nych elfów po pro­stu wysu­nęło się z pod­łogi, jakby ta była zro­biona z wody. Trzy­mały roz­ma­ite bro­nie, zarówno współ­cze­sne, jak i dawne, ale nie rzu­ciły się do ataku. Nie miały impul­syw­nej natury. Trudno było roz­szy­fro­wać wyraz ich twa­rzy, ale z pew­no­ścią nie były przy­ja­ciel­sko nasta­wione.

Austri zer­k­nął na Ebe­ne­zara, a potem prze­niósł wzrok na mnie.

- Magu Dres­den? Czy tego czło­wieka należy uznać za gościa panny Car­pen­ter?

- Tak byłoby naj­pro­ściej dla wszyst­kich zaan­ga­żo­wa­nych - odrze­kłem.

- Jak to naj­pro­ściej? - zdzi­wił się Austri. - Pro­stota nie ma tutaj nic do rze­czy. Jest gościem panny Car­pen­ter czy nie?

- Jest - potwier­dzi­łem. - Niech wej­dzie. Biorę odpo­wie­dzial­ność za jego zacho­wa­nie.

Austri zmarsz­czył brwi i przez chwilę wyraź­nie się wahał. W końcu wyjął dłoń zza pazu­chy i ski­nął głową. Wtedy pozo­stali ochro­nia­rze odda­lili się kory­ta­rzem i znik­nęli nam z oczu.

- Ale służ­bi­ści, prawda? - ode­zwa­łem się.

- To znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane - odrzekł Ebe­ne­zar.

- Spe­cjal­nie ich spro­wo­ko­wa­łeś.

- Nie od razu. Ale jeden z nich był wyjąt­kowo zaro­zu­miały.

- Więc po pro­stu ich zigno­ro­wa­łeś?

W jego oczach poja­wił się łobu­zer­ski błysk.

- Warto, żeby cza­sami ktoś im przy­po­mniał, że nie mogą mieć nad wszyst­kim kon­troli, a czło­nek Rady Star­szych może pójść wszę­dzie, gdzie zapra­gnie. - W kąci­kach jego oczu poja­wiły się zmarszczki. - Ten ostatni gość naprawdę zalazł mi za skórę.

- Gedwig - odrze­kłem. - Strasz­nie marudny. Do tego para­noik. - Pozwo­li­łem, żeby moc opu­ściła moją laskę, a wtedy runy zga­sły. Ski­ną­łem ręką na Tho­masa i ten odsu­nął się od fra­mugi. Wtedy sze­rzej otwo­rzy­łem drzwi przed moim dziad­kiem. - Wejdź.

Sta­ru­szek wciąż był czujny. Wszedł ze spo­kojną i ostrożną miną czło­wieka, który nie sku­pia się na niczym kon­kret­nym, ponie­waż obser­wuje wszystko, i natych­miast wyce­lo­wał swoją laskę w Tho­masa.

- Co to coś tutaj robi? - spy­tał ostro.

Tho­mas uniósł brwi.

- To coś? Nie­zwy­kły pokaz świę­tego obu­rze­nia jak na rębajłę Bia­łej Rady.

Z tego, co się orien­to­wa­łem, mój dzia­dek nie wie­dział, że Tho­mas i ja mamy tę samą matkę, jego córkę. Nie zda­wał sobie sprawy, że ma dru­giego wnuka. Ebe­ne­zar był... wyjąt­kowo cięty na wam­piry z Bia­łego Dworu.

(W Para­ne­cie nazy­wano je "biał­pi­rami", ale sta­ra­łem się uni­kać powta­rza­nia takich głu­pot, chyba że było to wyjąt­kowo wygodne).

- Wam­pi­rze, do tej pory byłeś uży­tecz­nym sojusz­ni­kiem mło­dego Dres­dena - wark­nął mój dzia­dek. - Nie popsuj tego, zwra­ca­jąc na sie­bie moją uwagę.

Oczy Tho­masa roz­bły­sły nieco jaśniej, a na jego ustach poja­wił się uśmiech, który zazwy­czaj ozna­czał furię.

- Dużo gadasz jak na faceta, który pod­szedł tak bli­sko do mnie bez posta­wio­nej tar­czy.

- Ty mały cwa­niaczku - zaczął mój dzia­dek.

Ostry smród wypeł­nił powie­trze, a ja czym prę­dzej dosko­czy­łem do kuchenki i prze­wró­ci­łem nale­śnika, który przy­pa­lił się pod­czas naszej wymiany zdań. Potem odło­ży­łem łopatkę na blat z nie­po­trzeb­nym impe­tem i ode­zwa­łem się jado­wi­tym gło­sem.

- Pano­wie, chyba nie muszę wam przy­po­mi­nać, że w moim domu prze­by­wają goście.

To podzia­łało na nich jak kubeł lodo­wa­tej wody.

W naszym świe­cie sta­ro­żytne tra­dy­cje doty­czące ról gościa i gospo­da­rza sta­no­wią naj­bliż­szy odpo­wied­nik nie­na­ru­szal­nych praw. Zgod­nie z nimi goście powinni być sza­no­wani i trak­to­wani jak człon­ko­wie rodziny gospo­da­rza. Oni sami z kolei muszą zacho­wy­wać się jak domow­nicy.

W tym przy­padku wszy­scy rze­czy­wi­ście byli­śmy rodziną, cho­ciaż mój dzia­dek o tym nie wie­dział.

Tho­mas nieco się cof­nął i zre­zy­gno­wał z pozy dra­pież­nika, a mój dzia­dek opu­ścił laskę i czę­ściowo odwró­cił się od wam­pira.

- Wybacz, Harry - rzekł Tho­mas. - To się wię­cej nie powtó­rzy.

Ski­ną­łem głową i zer­k­ną­łem na sta­ruszka.

- Jestem ci winien prze­pro­siny - ode­zwał się dzia­dek z namasz­cze­niem. - Nie powi­nie­nem zacho­wy­wać się w taki spo­sób w twoim domu. Prze­pra­szam.

No cóż, ten pora­nek z pew­no­ścią nie nada­wał się do rodzin­nego albumu. Ale wyglą­dało na to, że nie zakoń­czy się pogrze­bem. Dobre i to.

- Dzię­kuję - powie­dzia­łem do obu. Wycią­gną­łem rękę, a Tho­mas podał mi kuchenny nóż.

Odło­ży­łem go i odchrząk­ną­łem, zer­ka­jąc na dziadka.

Popa­trzył groź­nie na Tho­masa, a następ­nie szybko się roz­luź­nił i ode­zwał swo­bod­nym tonem.

- Czy to nale­śniki? - spy­tał, sta­wia­jąc laskę w kącie obok drzwi.

Odsta­wi­łem swoją tuż obok.

- Tak. Wła­śnie robię śnia­da­nie.

- Harry, pójdę już - ode­zwał się Tho­mas.

- Nie musisz - odrze­kłem.

Z mocno zaci­śnię­tymi ustami zer­k­nął na Ebe­ne­zara.

- Ow­szem, muszę.

- Tho­ma­sie - zaczą­łem.

Mój brat uniósł dłoń, żeby mnie uci­szyć, a potem odda­lił się z nachmu­rzoną miną.

Dzia­dek odpro­wa­dził go wzro­kiem. Kiedy za Tho­ma­sem zamknęły się drzwi, popa­trzył na mnie spod krza­cza­stych brwi.

- Wiel­kie dzięki - powie­dzia­łem.

- Powi­nie­neś mi podzię­ko­wać - odparł spo­koj­nie. - Mówię ci, że nie znasz ich tak dobrze, jak ci się wydaje.

- Biały Dwór być może jest bez­na­dziejny, ale aku­rat ten gość jest w porządku - odpar­łem.

- To samo powie ci każdy, kogo kie­dy­kol­wiek uwie­dli - odrzekł dzia­dek, krzy­wiąc usta, ale po chwili pod­niósł dłoń i ode­zwał się prze­pra­sza­ją­cym tonem. - Posłu­chaj, Hoss. Sam kie­ru­jesz swoim życiem. Nie pró­buję mówić ci, co masz robić. Nie powi­nie­nem też psuć two­ich rela­cji z tym wam­pi­rem. Ale jesteś młody, a ja mam dużo więk­sze doświad­cze­nie w kon­tak­tach z nimi i dzięki temu widzę wię­cej. Po pro­stu nie chcę, żebyś uczył się na bole­snych błę­dach.

Zmarsz­czy­łem czoło.

Sta­ru­szek musiał być naprawdę zmar­twiony, skoro tłu­ma­czył swoje postę­po­wa­nie, zamiast pozo­sta­wić to mnie.

- A oto i on! - ode­zwał się Ebe­ne­zar z uśmie­chem, kiedy Myszek pod­biegł, by się z nim przy­wi­tać. Z uczu­ciem podra­pał psa za uszami. - Nie mam dużo czasu, więc przejdę do rze­czy. Masz kło­poty.

- Aha. - Prze­sze­dłem do kuchni i wla­łem cia­sto na bla­chę. - To nasza pierw­sza roz­mowa twa­rzą w twarz od wyda­rzeń w Chiché Itzá. Widzę, że nie tra­cisz czasu na czczą gadkę.

Przez chwilę zasta­na­wiał się nad tym, lekko mru­żąc oczy.

- Wszy­scy mie­li­śmy pełne ręce roboty od tam­tego dnia - odrzekł. - Ludzie umie­rali. Nie wiesz, jak tam jest.

- Ja też za tobą tęsk­ni­łem - odpar­łem. - Rów­nież cie­szę się, że jesteś cały i zdrowy.

- Nie mamy na to czasu.

- Nale­śnika? - spy­ta­łem. - Zawsze robię się głodny po poran­nej prze­bieżce.

Głos sta­ruszka stał się surow­szy.

- Ja nie żar­tuję, wnuczku. Do Bia­łej Rady wpły­nął wnio­sek o pozba­wie­nie cię człon­ko­stwa.

Unio­słem brew.

- Co takiego? Naj­pierw zmu­szają mnie do nosze­nia tej prze­klę­tej sza­rej pele­ryny, a teraz chcą mnie wyko­pać? Głowa mnie od tego roz­boli.

- Czeka cię coś znacz­nie poważ­niej­szego, jeśli ten wnio­sek przej­dzie - odrzekł z zapal­czy­wo­ścią w gło­sie. Potem zmu­sił się do odzy­ska­nia spo­koju. - Harry, ja też chcę nad­ro­bić zale­gło­ści. Chcę poroz­ma­wiać. Oczy­ścić atmos­ferę. Kie­dyś to zro­bimy, ale teraz nie możemy sobie pozwo­lić na ule­ga­nie emo­cjom.

Skrzy­wi­łem się, patrząc na nale­śnika. Ostat­nio nabra­łem wprawy w powstrzy­my­wa­niu emo­cji.

- Dobrze - odpar­łem. - Zawrzyjmy rozejm. Przy­naj­mniej na razie. Jaki powód podaje Rada?

- Jest ich kilka - odpo­wie­dział. - Na przy­kład nie­stan­dar­dowe oko­licz­no­ści, w jakich mia­no­wano cię na maga. Czę­sto­tli­wość two­jego anga­żo­wa­nia się w sprawy naj­wyż­szej wagi. Twój upór, by od ponad dzie­się­ciu lat otwar­cie dzia­łać jako mag. A także kon­flikt inte­re­sów, jaki według nich wiąże się z twoją służbą dla kró­lo­wej Mab. Służbą, która podobno dopro­wa­dziła do zna­le­zie­nia się pod kon­trolą Mab uzna­nego czar­no­księż­nika.

- To prawda - przy­zna­łem. - Przed nikim tego nie ukry­wa­łem. Wszystko jest w aktach. Więc w czym pro­blem?

- Pro­blem polega na tym, że w Bia­łej Radzie coraz trud­niej o zaufa­nie - odrzekł Ebe­ne­zar. - Twoje wybory dopro­wa­dziły do tego, że odsta­jesz od reszty człon­ków, a w trud­nych cza­sach takie osoby wzbu­dzają podejrz­li­wość.

Odwró­ci­łem nale­śnika. Dobrze wyczu­łem moment. Cia­sto było zło­ci­sto-brą­zowe.

- Jeśli mnie wyrzucą, nie będę mógł dłu­żej korzy­stać z ochrony Rady - ode­zwa­łem się, gło­śno myśląc. - Ofi­cjal­nie prze­stanę być magiem.

- Przez lata doro­bi­łeś się wielu wro­gów - zauwa­żył Ebe­ne­zar. - Podob­nie jak ja. Gdy­byś został usu­nięty z Rady, twoi - oraz moi - wro­go­wie zwró­ci­liby uwagę na twoją słab­szą pozy­cję. Na pewno by to wyko­rzy­stali. Jaką ochronę zapew­nia ci Mab?

- Mab nie przy­wią­zuje dużej wagi do ochrony - odrze­kłem. - Wręcz prze­ciw­nie. Uważa, że jedy­nym spo­so­bem zapew­nie­nia mi bez­pie­czeń­stwa byłoby pode­rżnię­cie mi gar­dła i zato­pie­nie mnie w bursz­ty­nie.

Mój żart wcale nie roz­ba­wił sta­ruszka. Wpa­try­wał się we mnie z surową powagą.

Wes­tchną­łem.

- Mab nie ma w obo­wiązku ochra­niać swo­jego Ryce­rza. Powinno być odwrot­nie. Jeśli coś mnie zabije, naj­wy­raź­niej byłem zbyt słaby, by peł­nić tę rolę.

- Nie pod­cho­dzisz do tego poważ­nie - stwier­dził.

Rzu­ci­łem nale­śnika na stertę i wyla­łem kolejną por­cję cia­sta na bla­chę.

- Jeśli zrobi się kiep­sko, zawsze mogę wró­cić na Demon­re­ach.

- Boże, gdyby tylko znali całą prawdę o tym miej­scu - wyszep­tał Ebe­ne­zar. - A co dalej? Spę­dzisz resztę życia uwię­ziony na wyspie, bojąc się ją opu­ścić?

- Nie pozwól więc, żeby wnio­sek pod­dano pod gło­so­wa­nie - odpar­łem. - Jesteś w Radzie Star­szych. Wyko­rzy­staj swoją pozy­cję. Przej­mij kon­trolę nad sytu­acją.

- Nie mogę - odrzekł Ebe­ne­zar. - Przy braku kwo­rum musi odbyć się powszechne gło­so­wa­nie, a czwórka człon­ków Rady Star­szych w cza­sie gło­so­wa­nia będzie uczest­ni­czyła w roz­mo­wach poko­jo­wych.

Poczu­łem lekki ucisk w żołądku.

- Która czwórka?

- Ja, Cri­stos, Słu­cha­jący Wia­tru i Mar­tha Liberty.

- Aha - mruk­ną­łem.

Mój dzia­dek był cwa­nym lisem i dys­po­no­wał potężną sie­cią sojusz­ni­ków w Bia­łej Radzie, ale miał nie­mal rów­nie wielu wro­gów. Sam Mer­lin nie zno­sił Ebe­ne­zara, a spo­śród trzech człon­ków Rady Star­szych, któ­rzy mieli prze­wo­dzić kolej­nemu zebra­niu, tylko Odźwierny kie­dy­kol­wiek oka­zy­wał mi sym­pa­tię. Nawet gdyby wnio­sek miał zostać prze­gło­so­wany, i tak prze­grał­bym jeden do dwóch.

Oczy­wi­ście nie mia­łem pew­no­ści, z jaką reak­cją spo­tkał­bym się pośród zwy­kłych człon­ków Bia­łej Rady. Mago­wie długo żyją, mię­dzy innymi dzięki uni­ka­niu nie­po­trzeb­nego ryzyka. A jeśli spraw­dzi­cie hasło "nie­po­trzebne ryzyko" w słow­niku Rady, znaj­dzie­cie tam moje zdję­cie. Oraz adres. A także dane kon­tak­towe. No i papiery ze szkoły śred­niej.

- Musisz poroz­ma­wiać z nie­któ­rymi z nich oso­bi­ście - stwier­dził Ebe­ne­zar. - Uści­snąć kilka dłoni. Posta­rać się, żeby cię poznali. Uspo­koić ich. Masz tylko kilka dni, ale jeśli się pośpie­szysz, powi­nie­neś zapew­nić sobie popar­cie wyma­gane do odrzu­ce­nia wnio­sku.

- Nie mogę tego zro­bić - odpar­łem. - Musiał­bym zanie­dbać obo­wiązki Straż­nika oraz Ryce­rza Zimy.

- Co takiego? - zdzi­wił się.

Opo­wie­dzia­łem mu o swoim poran­nym spo­tka­niu z Rami­re­zem.

- Mam dbać o twoje bez­pie­czeń­stwo pod­czas spo­tka­nia i pośred­ni­czyć w roz­mo­wach z Zimą.

Sta­ru­szek zaklął pod nosem.

Więk­szość moich sojusz­ni­ków w Radzie Star­szych miała zostać ode­słana w tym samym momen­cie, gdy będę zajęty ochra­nia­niem roz­mów poko­jo­wych. Spo­śród magów, któ­rzy mnie znali, Rami­rez i jego ludzie zapewne sta­nę­liby po mojej stro­nie, ale oni także wybie­rali się na spo­tka­nie.

- Ktoś mnie wra­bia.

Ebe­ne­zar mruk­nął pota­ku­jąco.

- Czy to Mer­lin? - spy­ta­łem. - To w jego stylu.

- Być może - odrzekł dzia­dek. - Z dru­giej strony Cri­stos ostat­nio bar­dzo się rzą­dzi. Trudno powie­dzieć, od kogo wyszedł ten pomysł.

Odwró­ci­łem nale­śnika. Gdy­bym nie spę­dził wielu lat w towa­rzy­stwie sta­ruszka, nie zauwa­żył­bym niczego dziw­nego w tonie jego głosu, ale wypo­wie­dział te słowa w taki spo­sób, że pod­nio­słem wzrok. Powie­dział "Cri­stos", lecz tak naprawdę miał na myśli...

- Czarna Rada - zga­dłem.

Skrzy­wił się i rozej­rzał po pomiesz­cze­niu.

Czarna Rada dzia­łała w tajem­nicy. Jacyś nie­znani mi bli­żej goście w śro­do­wi­sku magów od co naj­mniej dzie­się­ciu lat poważ­nie bruź­dzili w moim życiu. Nie zna­łem ich moty­wów ani toż­sa­mo­ści, ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że są cho­ler­nie groźni. Mag Cri­stos został człon­kiem Rady Star­szych w podej­rza­nych oko­licz­no­ściach, które wska­zy­wały na to, że Czarna Rada miała w niej swoje wpływy. Nie­kom­pe­tentna, roz­ka­pry­szona i zain­te­re­so­wana wyłącz­nie wła­sną poli­tyką Biała Rada, była czymś fatal­nym, lecz cał­ko­wi­cie nor­mal­nym, ale pod kie­row­nic­twem ludzi, któ­rzy sta­wali na mojej dro­dze w ostat­nich latach, mogła się zmie­nić w nie­wy­obra­żalny kosz­mar.

Kil­koro z nas posta­no­wiło wspól­nie do tego nie dopu­ścić. Jako że tajne sto­wa­rzy­sze­nia dzia­ła­jące w ramach Bia­łej Rady uzna­wano za zarze­wia spi­sków mają­cych na celu jej oba­le­nie, musie­li­śmy być wyjąt­kowo ostrożni. Zwłasz­cza że rze­czy­wi­ście spi­sko­wa­li­śmy prze­ciwko Bia­łej Radzie, oczy­wi­ście dla jej dobra.

- Spraw­dzam miesz­ka­nie trzy razy dzien­nie, a elfy stale wypa­trują szpie­gów - zapew­ni­łem. - Nikt nas nie pod­słu­chuje.

- Dobrze - odrzekł Ebe­ne­zar. - Masz rację. Nie­za­leż­nie od tego, czy Cri­stos jest sługą Czar­nej Rady, czy tylko ich mario­netką, raczej nie ulega wąt­pli­wo­ści, że chcą się cie­bie pozbyć.

- Nic nowego - stwier­dzi­łem.

- Nie lek­ce­waż ich - ostrzegł Ebe­ne­zar. - Cza­sami krzy­żo­wa­łeś im plany, ale jesz­cze ni­gdy otwar­cie cię nie zaata­ko­wali.

- Wygląda na to, że sta­ną­łem im kością w gar­dle o jeden raz za dużo.

- Chcę powie­dzieć, że cokol­wiek się tutaj dzieje... twoje znik­nię­cie stało się dla nich prio­ry­te­tem.

Prze­wró­ci­łem kolej­nego nale­śnika. Tak nie­udol­nie, że część cia­sta roz­bry­zgnęła się i roz­ma­zała po bla­sze. Nie bałem się... ale Czarna Rada miała na kon­cie kilka prze­ra­ża­ją­cych wyczy­nów.

- Co o tym sądzisz? - spy­ta­łem.

- Myślę, że ci ludzie nie zamie­rzają ujaw­niać swo­ich pla­nów - odrzekł. - Nie zdo­będą się na bez­po­średni atak, nie będą dzia­łali otwar­cie, ale na pewno nie odpusz­czą. - Zmru­żył oczy. - To gło­so­wa­nie jest burzą, która ma na celu odwró­cić twoją uwagę.

- Więc mamy je zigno­ro­wać?

- Burza może cię zabić, nie­za­leż­nie od tego, czy zwra­casz na nią uwagę - odpo­wie­dział. - Musimy jakoś zare­ago­wać. Wła­śnie dla­tego to tak sku­teczna tak­tyka.

- Co powin­ni­śmy zro­bić?

- Nie sku­piaj się nad­mier­nie na sytu­acji, którą spro­wo­ko­wali. Chcą, żebyś się na niej zafik­so­wał i prze­ga­pił praw­dziwy pro­blem.

Skoń­czy­łem sma­żyć kolej­nego nale­śnika i prze­nio­słem pełny talerz na stół. Roz­dzie­li­łem jedze­nie i przez chwilę obaj posi­la­li­śmy się w mil­cze­niu.

- Smaczne - pochwa­lił.

- Dzięki.

Kiedy skoń­czy­li­śmy śnia­da­nie, mój men­tor pokrę­cił głową.

- Zoba­czę, co da się zro­bić w spra­wie gło­so­wa­nia. Tym­cza­sem ty też rób wszystko, co konieczne.

- W jakim celu? - spy­ta­łem.

- Żeby prze­trwać. - Ponow­nie zmru­żył oczy. - Jak dotąd pod wie­loma wzglę­dami łatwo ci szło.

- Łatwo?

- Mia­łeś pewne pro­blemy, ale zawsze odgry­wa­łeś rolę Lan­ce­lota. Rusza­łeś do walki z otwartą przy­łbicą i odno­si­łeś zwy­cię­stwo.

- Nie zawsze - sprze­ci­wi­łem się.

- Czę­ściej niż inni byliby w sta­nie - odparł. - Też kie­dyś taki byłem. Jak ty dzi­siaj.

Cisza się prze­dłu­żała, ale nie pró­bo­wa­łem jej prze­rwać.

- Ale teraz wypły­wasz na głęb­sze wody, chłop­cze. Stawka idzie w górę.

- To zna­czy?

- Ostat­nie kilka lat poka­zało im, że nie są w sta­nie usu­nąć cię z drogi w bez­po­średni spo­sób. Dla­tego spró­bują innych metod.

- Jakich? - spy­ta­łem.

- Sta­ro­świec­kich - odrzekł znu­żo­nym tonem. - Zna­nych od wie­ków. Podej­rze­wam, że ktoś, kogo nie podej­rze­wasz, wbije ci nóż w plecy, Hoss.

4

Z głębi miesz­ka­nia dobiegł bar­dzo cichy odgłos, a sta­ru­szek zerwał się na nogi z szyb­ko­ścią kota. Zanim ruszył z miej­sca, syk­nął coś pod nosem, a jego laska prze­le­ciała przez cały pokój i wpa­dła mu do ręki.

- Hej, hej, hej! - zawo­ła­łem, wsta­jąc i roz­kła­da­jąc ręce. - Tylko spo­koj­nie.

- Kto to? - spy­tał ostro i posłał mi surowe spoj­rze­nie. - No kto?

- Wła­śnie nakar­mi­łem cię nale­śni­kami - mruk­ną­łem. Jak bar­dzo spięty musiał być dzia­dek, skoro tak reago­wał? - Na gwiazdy i kamie­nie.

- Nie mów tak - odrzekł bar­dziej zna­jo­mym, gder­li­wym tonem. - Nawet nie wiesz, co to zna­czy.

- Facet, od któ­rego nauczy­łem się tego powie­dze­nia, nie chciał mi powie­dzieć - odpar­łem. - Czy mógł­byś wylu­zo­wać cho­ciaż na pięć sekund? Pro­szę?

Popa­trzył na mnie z nie­chę­cią i lekko opu­ścił laskę.

- Niby dla­czego?

- Ponie­waż wolał­bym, żeby moja córka nie umarła ze stra­chu pod­czas pierw­szego spo­tka­nia ze swoim pra­dziad­kiem - odpar­łem.

Sta­ru­szek zamru­gał. Dwu­krot­nie. Potem gwał­tow­nie opu­ścił laskę.

- Co takiego? Ona tu jest? Była tutaj? Przez cały ten czas?

- Jest nie­śmiała wobec nowych ludzi - wyja­śni­łem cicho. - To dla niej trudne.

Spu­ści­łem wzrok na Myszka i ruchem pod­bródka wska­za­łem drzwi sypialni. Potężny pies posłusz­nie wstał i pod­szedł do drzwi, by zapew­nić dziew­czynce wspar­cie.

- Pozwo­li­łeś, żeby krę­cił się przy niej wam­pir? - wyszep­tał dzia­dek z oszo­ło­mioną miną.

- Mag­gie? - zawo­ła­łem cicho. - Wyjdź, pro­szę. Jest tutaj ktoś, kogo powin­naś poznać.

Drzwi lekko się uchy­liły.

Zoba­czy­łem kawa­łek twa­rzy i jedno brą­zowe oko, które ostroż­nie wyglą­dało przez szparę.

- Przed­sta­wiam ci two­jego pra­dziadka - powie­dzia­łem cicho. - Nie tak to sobie wyobra­ża­łem, ale jest jak jest - doda­łem, zer­ka­jąc na sta­ruszka. - Wyjdź, skar­bie.

Drzwi otwo­rzyły się nieco sze­rzej. Mała wycią­gnęła jedną rękę i odna­la­zła pal­cami futro Myszka. Wplą­tała dłoń w jego grzywę, a potem bar­dzo powoli pchnęła drzwi. Bez słowa i bez ruchu sta­nęła naprze­ciwko Ebe­ne­zara.

- Mag­gie - ode­zwał się chra­pli­wym gło­sem. - Witaj, młoda damo.

Lekko ski­nęła głową.

Ebe­ne­zar odwza­jem­nił gest. Potem odwró­cił się w moją stronę, a w jego oczach zapło­nął gniew, jakiego jesz­cze ni­gdy u niego nie widzia­łem. Otwo­rzył usta, by coś powie­dzieć, ale zanim zdą­żył to zro­bić, posła­łem mu ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

- Może wyj­dziemy do ogrodu, żeby Myszek mógł roz­pro­sto­wać nogi - zapro­po­no­wa­łem.

- Dobrze - zgo­dziła się Mag­gie.

Sta­ru­szek wciąż tor­pe­do­wał mnie wzro­kiem. Po chwili opa­no­wał się i zwró­cił w stronę mojej córki z łagod­nym uśmie­chem.

- Brzmi wspa­niale.

***

Sta­łem obok Ebe­ne­zara i patrzy­łem, jak Mag­gie i Myszek bawią się z dziećmi ciem­nych elfów.

Cen­trum olśnie­wa­ją­cego ogrodu sta­no­wiło kilka drzew rosną­cych na dzie­dzińcu amba­sady. Wokół zasa­dzono trawę i kwiaty w ele­ganc­kich pro­por­cjach, pozo­sta­wia­jąc wystar­cza­jąco dużo wol­nego miej­sca, by dzieci mogły bie­gać i bawić się w cho­wa­nego. Dzieci ciem­nych elfów to oso­bliwe istoty, któ­rym szara skóra i ogromne oczy nadają uro­czy wygląd. W amba­sa­dzie miesz­kała szóstka dzie­cia­ków w wieku zbli­żo­nym do Mag­gie i wszyst­kie uwiel­biały Myszka, który bawił się z nimi w berka, lekko uska­ku­jąc, obra­ca­jąc się i robiąc uniki, pomimo swo­jej masy.

W ogro­dzie prze­by­wało kilka ciem­nych elfów. Trzy­mały od nas grzeczny dystans, fizyczny i psy­cho­lo­giczny, naj­wy­raź­niej wyczu­wa­jąc napię­cie pomię­dzy mną a sta­rusz­kiem.

- Osza­la­łeś? - spy­tał mnie Ebe­ne­zar.

- Doko­nuję wyboru - odpar­łem.

- Rów­nie dobrze mógł­byś jej poda­ro­wać koszulkę z tar­czą strzel­ni­czą. - Sta­rał się mówić na tyle cicho, by nie usły­szały go dzieci. - Wycho­wu­jąc to dziecko bli­sko sie­bie, zmie­niasz je w cel. Mój Boże, wam­piry już o niej wie­dzą.

- Długo prze­by­wała w kry­jówce daleko ode mnie - odrze­kłem. - Nie wyszło jej to na dobre.

- Co było nie tak z domem Car­pen­te­rów? - spy­tał. - Nie licząc kwa­tery głów­nej w Edyn­burgu, trudno o lepiej chro­nione miej­sce. Dla­czego jej tam nie zosta­wisz?

- Ponie­waż jej ojciec tam nie mieszka.

Sta­ru­szek pod­niósł wzrok ku niebu, jakby pro­sił Naj­wyż­szego o cier­pli­wość.

- Głu­piec z cie­bie.

Zazgrzy­ta­łem zębami.

- Masz lep­szy pomysł?

- Ona powinna być w bez­piecz­nym miej­scu. Z dala od cie­bie. Przy­naj­mniej do czasu, aż ujawni się w niej talent magiczny i będziesz mógł ją nauczyć, jak się bro­nić.

- Zakła­da­jąc, że to się kie­dy­kol­wiek wyda­rzy.

- Jeśli nie, zgi­nie w naszym świe­cie.

Poczu­łem, że wzbiera we mnie złość.

- Rozu­miem, że ty postą­pił­byś ina­czej.

- Postą­pi­łem ina­czej - odburk­nął. - Zadba­łem o to, by twoja matka wycho­wała się z dala od zagro­żeń zwią­za­nych z moim życiem.

- I jak na tym wyszła? - spy­ta­łem. - Zapy­tajmy mamę. Och, chwi­leczkę, nie możemy. Prze­cież nie żyje.

Zapa­dła cisza. Mia­łem wra­że­nie, że świa­tło słońca na chwilę przy­ga­sło. Ciemne elfy jesz­cze bar­dziej się od nas odda­liły.

Głos sta­ruszka przy­po­mi­nał cichy grzmot.

- Coś ty powie­dział, chłop­cze?

- Ona nie żyje - powtó­rzy­łem z naci­skiem. - Twoja córka, którą gdzieś ukry­łeś, aby ją chro­nić, już nie żyje. Nie masz prawa rzu­cać we mnie kamie­niem.

Ebe­ne­zar wyglą­dał jak posąg wyrzeź­biony ze sta­rej kości sło­nio­wej. Mil­czał.

- Potwory już pró­bo­wały zabić Mag­gie. A ja je powstrzy­ma­łem - oznaj­mi­łem. - Jeśli spró­bują ponow­nie, także je powstrzy­mam. Ona nie potrze­buje bez­piecz­nej kry­jówki. Ale potrze­buje swo­jego taty.

- Jak śmiesz? - szep­nął sta­ru­szek.

- Może nie jestem naj­lep­szym rodzi­cem na świe­cie - odpar­łem. - Ale jestem tutaj. Jestem obecny w jej życiu. Tego nie da się zastą­pić. Niczym. Tak było i będzie, zawsze.

- Ty idioto - rzu­cił Ebe­ne­zar przez zaci­śnięte zęby. - Czy wiesz, do czego są zdolni twoi gospo­da­rze?

- Potra­fią dotrzy­mać słowa - odburk­ną­łem.

- Chłop­cze, nie pro­wo­kuj mnie.

- Dla­czego? Co zro­bisz? Oddasz mnie do opieki spo­łecz­nej? Oczy­wi­ście dla mojego dobra.

Głowa sta­ruszka odsko­czyła, zupeł­nie jak­bym go spo­licz­ko­wał.

- Mama umarła, kiedy przy­sze­dłem na świat - cią­gną­łem bez­barw­nym gło­sem. - Tatę stra­ci­łem, kiedy sze­dłem do przed­szkola. A ty zosta­wi­łeś mnie samego.

Ebe­ne­zar odwró­cił się ode mnie i przy­gar­bił.

- Może wyda­wało ci się, że mnie chro­nisz - mówi­łem dalej mono­ton­nym tonem. - Ale jed­no­cze­śnie mnie porzu­ci­łeś. A to bolało. Pozo­sta­wiło bli­zny. Nawet nie wie­dzia­łem o twoim ist­nie­niu, a i tak byłem na cie­bie wście­kły. - Patrzy­łem, jak dzieci gonią Myszka. Potra­fił bie­gać godzi­nami bez zmę­cze­nia. Wszy­scy pysz­nie się bawili. - Ona już wystar­cza­jąco dużo prze­szła. Nie skażę jej na taki los.

Kark i łysina dziadka poczer­wie­niały. Usły­sza­łem trzask jego knykci, gdy zaci­snął silne dło­nie w pię­ści.

- Chłop­cze - wark­nął. - Coś ci się pomie­szało. Nie wiesz, o czym mówisz.

- Jeden z nas z pew­no­ścią nie wie.

- Twoja matka nie żyje - odrzekł Ebe­ne­zar. - Twój ojciec też. Podob­nie jak kobieta, która uro­dziła twoje dziecko. A ty jesteś wspól­nym mia­now­ni­kiem. Nie dostrze­gasz tego? Nie widzisz, że trzeba odło­żyć na bok wła­sne uczu­cia?

Poczu­łem przy­pływ wście­kło­ści i bólu, tak inten­sywny, że przez chwilę bałem się, że stracę nad sobą pano­wa­nie - i nie miało to nic wspól­nego z mocą Zimy.

- Widzę małą dziew­czynkę, która potrze­buje miło­ści ojca. Nie będę mógł jej tego dać, jeśli mnie przy niej nie będzie.

- Mylisz się.

- Być może - odpar­łem. - Ale to moje dziecko i moja decy­zja.

Pokrę­cił głową.

- A skoro zauwa­ży­łem, że moje życie cza­sami przy­po­mina kiep­ską mek­sy­kań­ską operę mydlaną, chciał­bym, żebyś o czymś wie­dział - doda­łem.

- O czym?

- Myślę, że w tej chwili roz­wa­żasz porwa­nie jej i ukry­cie w bez­piecz­nym miej­scu. Jeśli to zro­bisz, odbiorę ją. Nawet gdy­bym musiał cię w tym celu zabić.

Sta­ru­szek popa­trzył na mnie z zasę­pioną miną.

Wytrzy­ma­łem jego spoj­rze­nie. Nawet nie mru­gną­łem.

- Dzie­ciaku - ode­zwał się z deli­kat­nym szkoc­kim akcen­tem. - Idziesz w stronę, w którą nie powi­nie­neś.

- Nie pierw­szy raz. I nie ostatni.

Wyzy­wa­jąco uniósł brodę i zaczerp­nął powie­trza.

- Pano­wie - ode­zwał się ktoś głę­bo­kim, dźwięcz­nym gło­sem. - Prze­pra­szam bar­dzo.

Obaj odwró­ci­li­śmy się w stronę intruza.

Stał przed nami ciemny elf ubrany w gra­na­towy jedwabny gar­ni­tur. Był wyż­szy niż Austri i bar­dziej umię­śniony. Miał spo­kojny i zde­cy­do­wany wyraz twa­rzy.

- Pano­wie, jeste­ście gośćmi w moim domu. Takie zacho­wa­nie jest co naj­mniej nie­od­po­wied­nie.

Zamru­ga­łem i powoli się rozej­rza­łem. Zabawa w ogro­dzie ustała. Dzieci ukryły się za ple­cami rodzi­ców. Mag­gie stała w poło­wie drogi mię­dzy innymi dziećmi a swoją rodziną. Opie­rała się na jed­nej nodze, jakby szy­ko­wała się do ucieczki i obiema rękami kur­czowo ści­skała grzywę Myszka. Wielki pies odgra­dzał nas od dzieci i patrzył na mnie z wyraź­nym wyrzu­tem.

Chyba nie roz­ma­wia­li­śmy tak cicho, jak nam się wyda­wało.

- Etri - ode­zwał się dzia­dek i ski­nął głową. - To... oso­bi­sta roz­mowa.

Etri, szef amba­sady ciem­nych elfów, posłał Ebe­ne­za­rowi spoj­rze­nie wyzbyte ze współ­czu­cia i zro­zu­mie­nia.

- Poroz­ma­wiaj­cie w jakimś innym miej­scu. Stra­szy­cie nasze dzieci. Dopóki jesteś w moim domu, McCoy, będziesz zacho­wy­wał się grzecz­nie i god­nie.

To było stwier­dze­nie nie­pod­le­ga­jące dys­ku­sji, które nie dawało nawet naj­mniej­szej nadziei na ustęp­stwo. Unio­słem brew, patrząc na ciem­nego elfa. Wie­dzia­łem, że jest bar­dzo sza­no­wany w nad­przy­ro­dzo­nej spo­łecz­no­ści, co zazwy­czaj wiąże się ze znaczną siłą, ale tylko głu­piec szu­kałby kon­fron­ta­cji z Ebe­ne­za­rem McCoyem.

(Tak, zdaję sobie sprawę, co to ozna­cza; sam robi­łem to przez ostat­nie dzie­sięć minut).

Sta­ru­szek zaczerp­nął powie­trza, a potem się rozej­rzał. Zatrzy­mał wzrok na Mag­gie i nagle uszło z niego powie­trze. Zupeł­nie jakby za sprawą tych kilku zdań posta­rzał się o dzie­sięć albo dwa­dzie­ścia lat.

Zasta­no­wi­łem się nad tym, co powie­dzia­łem w zło­ści, i poczu­łem wstyd.

- Oczy­wi­ście - odrzekł dzia­dek. - Ofi­cjal­nie prze­pra­szam, że nasza dys­ku­sja wymknęła się spod kon­troli i zakłó­ciła zabawę waszym dzie­ciom. Na tak nie­godne zacho­wa­nie nie ma żad­nego wytłu­ma­cze­nia, dla­tego pro­szę o wyba­cze­nie.

- Tak - wtrą­ci­łem się. - Zga­dzam się. Ja rów­nież.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki