Rozmowy pokojowe. Seria Akta Dresdena. Tom 16 - Jim Butcher

Reflow text when sidebars are open.
Mój brat popsuł idealną przebieżkę, oznajmiając: "Justine jest w ciąży".
To całkowicie wybiło mnie z transu i nagle zdałem sobie sprawę z pieczenia w nogach i swojego ciężkiego oddechu. Zgubiłem rytm i stopniowo zwolniłem do marszu. W błękitnym świetle lipcowego przedświtu plaża Montrose świeciła pustkami. Jeszcze nie było gorąco. Właśnie dlatego wstałem o wpół do nieludzkiej godziny.
Thomas także zwolnił i teraz szliśmy ramię w ramię. Ciemne włosy związał w kucyk. Tak samo jak ja miał na sobie stary T-shirt, spodnie od dresu i sportowe buty. Był tak przystojny, że w jego towarzystwie ludzie rozglądali się niespokojnie, sprawdzając, czy nie padli ofiarą żartu.
Poza tym był wampirem.
- Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem - odezwałem się. - Zabrałeś mnie z domu z samego rana, przyjechaliśmy aż tutaj i przebiegliśmy dziesięć kilometrów po piasku, a wszystko to bez choćby jednego słowa. Całe miasto jest pogrążone w ciszy i spokoju. Nie widzieliśmy prawie żadnych samochodów.
- Tak? - odrzekł Thomas.
Skrzywiłem się.
- Dlaczego musiałeś to wszystko popsuć?
Kącik jego ust drgnął.
- Wybacz, że zakłócam twoją celebrację męskości, Hemingwayu.
- Nnngh - mruknąłem.
Już prawie skończyliśmy ostatnie kółko i powoli wracaliśmy do samochodów. Zatrzymałem się, odwróciłem w stronę jeziora i odetchnąłem. Obciążona kamizelka, którą miałem na sobie, uwierała mnie w ramię i ograniczała ruchy, więc z irytacją poruszyłem ręką.
Daleko ponad jeziorem błękit zaczął się rozjaśniać. Zbliżał się wschód słońca.
- Jesteś pewien? - spytałem.
- Bardzo - odpowiedział.
Zerknąłem na niego z ukosa. Na jego idealnie symetrycznej twarzy malowało się napięcie. Jego oczy, czasami niebieskie, a zazwyczaj szare, przybrały srebrzysty, połyskliwy odcień. Wiedziałem, co się z nim dzieje. Był Głodny.
- Jak to się stało? - spytałem.
Popatrzył na mnie, nie obracając głowy i uniósł brwi.
- Nikt nigdy nie rozmawiał z tobą o tych sprawach?
Skrzywiłem się.
- Nie uważaliście?
- Owszem - odrzekł Thomas. - Poza tym mój lud zazwyczaj jest bezpłodny. A jednak się stało.
- Co teraz będzie?
- To, co zazwyczaj. Tylko że Głód dziecka będzie odbierał Justine energię życiową i na następne siedem i pół miesiąca zmieni ją w źródło pokarmu.
Przyjrzałem mu się uważnie.
- To niebezpieczne?
Przełknął ślinę.
- Zgodnie z rodzinną kartoteką nieco ponad połowa kobiet nie przeżywa porodu albo umiera wkrótce potem.
- Na dzwony piekieł. - Wbiłem wzrok w wodę. Błękit pojaśniał, a następnie ustąpił przed pierwszą falą złocistego blasku. Chicago budziło się wokół nas. Szmer samochodów na autostradach powoli przybierał na sile. W rezerwacie na końcu plaży rozśpiewały się ptaki.
- Nie wiem, co mam robić - rzekł Thomas. - Jeśli ją stracę...
Nie dokończył. Nie musiał. W tym urwanym zdaniu krył się cały wszechświat cierpienia.
- Poradzicie sobie - odpowiedziałem. - Pomogę wam.
- Ty? - zdziwił się Thomas. Niewyraźny uśmiech na chwilę rozjaśnił jego profil.
- Musisz wiedzieć, że od ponad miesiąca jestem pełnoetatowym tatą, a Maggie wciąż żyje. To dowodzi, że mam obłędny talent rodzicielski.
Uśmiech zgasł.
- Jasne. Ale... Harry...
Położyłem dłoń na jego ramieniu.
- Nie szukaj problemów na siłę, już i tak jest ich wystarczająco dużo. Ona potrzebuje opieki. Cokolwiek będzie trzeba zrobić, zajmiemy się tym.
Przez chwilę przyglądał mi się w milczeniu, a potem skinął głową.
- A tymczasem powinieneś zadbać o siebie, żeby mogła na ciebie liczyć - dodałem.
- Nic mi nie jest - odparł, lekceważąco machając ręką.
- Nie wyglądasz dobrze.
Gwałtownie się na mnie obejrzał. Wyraz jego twarzy uległ zmianie. Nagle przestał przypominać człowieka, a upodobnił się do marmurowego posągu. Bardzo wściekłego posągu. Moje ciało odruchowo się napięło, wyczuwając bliskość niezwykle groźnej istoty.
Posłał mi surowe spojrzenie, ale w tym celu musiał podnieść wzrok. Mój starszy brat ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ale ja przekraczam dwa metry. Zazwyczaj mam nad nim większą przewagę podczas takich konfrontacji, ale w tej chwili stałem w zagłębieniu w piasku.
- Odpuść, Harry - odezwał się lodowatym tonem.
- Jeśli tego nie zrobię, uderzysz mnie? - spytałem.
Skrzywił się.
- Ponieważ teraz jestem Kapitanem Zimą, może nie pójść ci tak dobrze, jak podejrzewasz.
Uśmiechnął się kpiąco.
- Nie żartuj. Związałbym cię twoimi własnymi flakami.
Zmrużyłem oczy. Potem odezwałem się powoli, starannie dobierając słowa.
- Jeśli o siebie nie zadbasz i nie przestaniesz się zachowywać jak niespełna rozumu, być może się o tym przekonamy.
Jego oblicze spochmurniało i otworzył usta, żeby coś powiedzieć.
- Nie - przerwałem mu. - Nie zrobisz tego. Nie pogrążysz się teraz w egzystencjalnych lękach jak jakiś emo wampir. To samolubne i nie możesz sobie pozwolić na takie myślenie. Już nie.
Wpatrywał się we mnie przez chwilę, najpierw z wściekłością, potem z zadumą, wreszcie z niepokojem.
Fale rozbijały się o brzeg.
- Muszę o nich myśleć - odezwał się.
- Jak przystało na dobrego człowieka - odrzekłem.
Jego szare oczy skierowały się w stronę jeziora.
- Wszystko się zmieni - stwierdził.
- Tak.
- Boję się - dodał.
- Tak.
Jego ciało się rozluźniło i nagle znów stał się po prostu moim bratem.
- Przepraszam, że się zdenerwowałem. Nie lubię... rozmawiać z tobą o sprawach wampirów.
- Wolałbyś, żebyśmy byli normalnymi braćmi i mieli normalne problemy - odrzekłem.
- A ty nie? - spytał.
Przez chwilę wpatrywałem się w swoje stopy.
- Być może. Ale nie można ignorować prawdy tylko dlatego, że jest niewygodna. Jeśli będzie trzeba, przypilnuję cię, żebyś o siebie zadbał, ale chyba będzie lepiej dla nich, jeżeli sam to zrobisz.
Pokiwał głową.
- Zapewne. Mam w głowie pewne rozwiązanie - dodał. - Popracuję nad nim. To wystarczy?
Uniosłem obie dłonie.
- Nie jestem twoim tatą - odrzekłem, a następnie zmarszczyłem czoło. - A skoro o tym mowa, czy rodzina twojego taty będzie sprawiała kłopoty?
- A kiedy ich nie sprawia?
- Ha. - Zapadła długa cisza. Na niebo nad jeziorem wypłynęła pierwsza fala pomarańczowego blasku. Dotarła już do drapaczy chmur za naszymi plecami. Światło miarowo sunęło w dół ścian budynków.
- Czasami nienawidzę tego, czym jestem - rzekł Thomas. - Nienawidzę być sobą.
- Może czas nad tym popracować - odparłem. - Czegoś takiego nie warto wpajać małemu dziecku.
Popatrzył na mnie surowo.
- Od kiedy jesteś takim mędrcem?
- Poprzez doświadczenie mądrość zdobyłem - odrzekłem głosem Yody, ale załaskotało mnie od tego w gardle i zaniosłem się kaszlem. Zmagałem się z nim dłużej, niż to było konieczne, a kiedy znów się wyprostowałem, Thomas nagle odezwał się napiętym głosem:
- Harry.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że zbliża się do nas młody mężczyzna.
Carlo Ramirez był średniego wzrostu i miał wysportowane ciało. Wyraźnie zmężniał i wydoroślał, ale z jakiegoś powodu wciąż widziałem w nim dawnego patykowatego dwudziestolatka. Zapuścił ciemne włosy, a jego skóra zbrązowiała, po części naturalnie, a po części od słońca. Chodził z trudem, kulejąc i podpierając się grubą laską pokrytą wyrzeźbionymi symbolami - swoją laską maga. Miał na sobie jeansy, podkoszulek bez rękawów i lekką kurtkę. Jako zaprawionego w boju wojownika warto było mieć go u boku, a poza tym był jedną z niewielu osób w Białej Radzie, którą uznawałem za przyjaciela.
- Harry - odezwał się, a następnie ostrożnie skinął głową do Thomasa. - Raithu.
Mój brat odwzajemnił gest.
- Dawnośmy się nie widzieli.
- Od czasów Czeluści - przyznał Ramirez.
- Carlosie, jak twoje plecy? - spytałem.
- Teraz potrafię przewidzieć, kiedy będzie padać - odrzekł, posyłając mi uśmiech. - Na jakiś czas muszę zrezygnować z tańca, ale nie będę tęsknił za tym cholernym wózkiem.
Uniósł dłoń i zderzyliśmy się pięściami.
- Co cię sprowadza z wybrzeża?
- Sprawy Rady - odpowiedział.
Thomas pokiwał głową.
- Pójdę już.
- Nie ma takiej potrzeby - odrzekł Ramirez. - Dzisiaj rano zostanie to podane do publicznej wiadomości. McCoy uznał, że lepiej będzie, jeśli powiadomi cię ktoś, kogo znasz, Harry.
Mruknąłem pod nosem i rozpiąłem obciążaną kamizelkę. Sprawy Białej Rady zazwyczaj przyprawiały mnie o ból głowy.
- O co chodzi tym razem?
- O rozmowy pokojowe - wyjaśnił Ramirez.
Uniosłem brew.
- Poważnie? Z Fomorami?
Nadprzyrodzony świat ostatnio stał się nieco niestabilny. Jakiemuś szaleńcowi udało się zmieść z powierzchni ziemi Czerwony Dwór Wampirów, a powstała w ten sposób próżnia zaburzyła odwieczną równowagę władzy. Najpoważniejszym skutkiem powstałego chaosu było pojawienie się Fomorów, podmorskich istot, o których praktycznie nie wspominano za mojego życia, a które zaczęły przejmować terytorium innych potęg i siać zniszczenie w świecie śmiertelników, obierając za cel głównie ludzi ubogich i imigrantów, w których obronie nie miał kto stanąć.
- Odbędzie się zgromadzenie sygnatariuszy Przymierza - potwierdził Ramirez. - Pojawią się tam wszystkie najważniejsze potęgi. Wygląda na to, że propozycja wyszła od Fomorów. Chcą zażegnać konflikt. Wszyscy wysyłają swoich przedstawicieli.
Zagwizdałem. To by było coś. Zgromadzenie wpływowych członków największych potęg nadprzyrodzonego świata w czasach wielkich napięć i rozpalonych temperamentów. Współczułem biednemu miastu, w którym ta mała impreza dojdzie do skutku. Chociaż...
Poczułem, że opada mi szczęka.
- Chwileczkę. Zrobią to tutaj? Tutaj? W Chicago?
Ramirez wzruszył ramionami.
- Tak, właśnie dlatego McCoy posłał mnie do ciebie.
- Kto wpadł na ten idiotyczny pomysł? - spytałem.
- To drugi powód mojej wizyty - odrzekł Ramirez z uśmiechem. - Miejscowy baron zaproponował im gościnę.
- Marcone? - spytałem ostro.
Gentleman Johnnie Marcone, były przywódca złodziejskiej ekipy z Chicago, był teraz Baronem Marcone'em, jedynym śmiertelnikiem, który podpisał Przymierze. Udało mu się to osiągnąć kilka lat temu i od tamtej pory rozbudowywał swoje imperium.
- Tamten numer, który wywinął razem z Mab wiosną - odezwałem się z wściekłym grymasem.
Ramirez wzruszył ramionami i rozłożył ręce.
- Marcone zapędził Nicodemusa Archleone w kozi róg i wszystko mu odebrał, nie łamiąc przy tym żadnego z zapisów Przymierza. Cokolwiek o nim myślisz, facet zna się na rzeczy. Zrobił wrażenie na wielu osobach.
- Tak - przyznałem ponuro. - To wszystko jego sprawka. Powiedz, że Rada nie chce, żebym to ja był naszym wysłannikiem.
Ramirez zamrugał.
- Co takiego? Och... mój Boże, ależ nie, Harry. To znaczy... po prostu nie.
Mój brat zakrył usta dłonią i zakaszlał. Postanowiłem zignorować zmarszczki w kącikach jego oczu.
Ramirez odchrząknął.
- Ale spodziewają się, że w razie potrzeby będziesz pośredniczył w rozmowach Rady z Zimowym Dworem i zapewnisz bezpieczeństwo Radzie Starszych. Wszyscy będą korzystali ze statusu gości, ale mimo wszystko zabierają ze sobą własną ochronę.
- Ufaj, ale kontroluj - odrzekłem. Z obrzydzeniem zdjąłem obciążaną kamizelkę i rzuciłem ją na plażę. Upadła z ciężkim łupnięciem.
Ramirez uniósł brew.
- Jezu, Harry. Ile to waży?
- Sto kilogramów.
Pokręcił głową. Na chwilę pogrążył się w myślach. Już wcześniej widziałem ten wyraz twarzy u ludzi, którzy zastanawiali się: "Ciekawe, czy Harry Dresden wciąż jest Harrym Dresdenem, czy może Królowa Powietrza i Ciemności zmieniła go w swojego osobistego potwora".
Ostatnio często się z nim spotykam. Czasami widzę go w lustrze.
Ponownie wbiłem wzrok w swoje stopy i w ziemię. Widziałem je wyraźniej, skoro słońce zbliżyło się do horyzontu.
- Jesteś pewien, że Rada Starszych chce, żebym zapewniał im ochronę? - spytałem.
Ramirez zdecydowanie pokiwał głową.
- Decyzja należy do mnie. Powiedzieli, że mogę zwerbować własną drużynę, więc wybieram ciebie. Przydasz mi się.
- Będziesz mógł go mieć na oku - mruknął Thomas.
Ramirez uśmiechnął się i skłonił głowę.
- Być może. A może po prostu mam ochotę zobaczyć, jak płoną kolejne budynki. - Skinął do mnie głową. - Harry. Będę w kontakcie.
Odwzajemniłem gest.
- Miło było cię zobaczyć, 'Los.
- Raithu - rzekł Ramirez.
- Strażniku Ramirez - odpowiedział mój brat.
Carlo odszedł, podpierając się laską, poruszając się bez gracji, ale dość energicznie.
- No dobrze - odezwał się Thomas, ze zmrużonymi oczami patrząc na oddalającego się Ramireza. - Chyba już pójdę. Sprawy wkrótce się skomplikują.
- Nie możesz być tego pewien - odparłem. - Być może to będzie sympatyczna kolacyjka, wszyscy chwycą się za ręce i razem zaśpiewają.
Zerknął na mnie z ukosa.
Ponownie popatrzyłem na swoje stopy.
- A może nie.
Parsknął, klepnął mnie w ramię i bez słowa ruszył w stronę samochodu. Wiedziałem, że na mnie zaczeka.
Kiedy odjechał, podniosłem swoją obciążoną kamizelkę, a potem odwróciłem się i w promieniach słońca, które wreszcie wyłoniło się zza horyzontu, uważnie przyjrzałem się zagłębieniu, w którym stałem.
To był odcisk stopy.
Miał ponad metr długości.
Dostrzegłem trzy takie ślady oddalone o kilka metrów. Trop prowadził do wody. Przybierający na sile wiatr znad jeziora już zaczynał zacierać krawędzie śladów.
Może ich pojawienie się było całkowicie przypadkowe.
Albo i nie.
Zarzuciłem sobie kamizelkę na ramię i ciężkim krokiem ruszyłem w stronę auta. Miałem dojmujące przeczucie, że moje życie niedługo znów się skomplikuje.
Thomas wrócił ze mną do domu na potreningowe śniadanie.
Tak naprawdę to był dom Molly, ale ona rzadko się pojawiała, a ja tam pomieszkiwałem.
Ambasada Ciemnych Elfów w Chicago mieściła się w niewielkim eleganckim budynku w dzielnicy biznesowej i dysponowała ogromnym trawnikiem, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę cenę nieruchomości w mieście. Taki budynek powinien być pełen ludzi w surowych biznesowych strojach, zajmujących się pieniędzmi oraz liczbami, które są zbyt skomplikowane, kłopotliwe i nudne, by ktokolwiek inny je zrozumiał.
Tak się składa, że nie było to dalekie od prawdy.
Na podjeździe od niedawna stała budka strażnika, a siedzący w niej nijaki mężczyzna ubrany w równie nijaki drogi, doskonale dopasowany garnitur i ciemne okulary podniósł wzrok znad swojej książki. Zatrzymaliśmy się przy okienku.
- Fioletowy mustang wzbija się do lotu - odezwałem się.
Strażnik wbił we mnie wzrok.
- Eee... chwileczkę - powiedziałem i zamyśliłem się. - Smutny wtorek to nie problem dla lokalnych władz?
Wciąż się we mnie wpatrywał.
- Nazwiska.
- Och, daj spokój, Austri - żachnąłem się. - Musimy bawić się w to od nowa każdego ranka? Wiesz, kim jestem. Psiakrew, wczoraj wieczorem przez godzinę patrzyliśmy, jak dzieciaki się ze sobą bawią.
- Wtedy nie byłem na służbie - odrzekł Austri całkowicie neutralnym tonem, patrząc na mnie bez emocji. - Poproszę o nazwiska.
- Naprawdę padłbyś trupem, gdybyś chociaż raz dał sobie spokój z protokołem bezpieczeństwa?
Znów popatrzył na mnie obojętnie, a potem powoli zamrugał.
- Niewykluczone. Właśnie dlatego stosujemy protokoły bezpieczeństwa.
Posłałem mu surowe spojrzenie maga, ale bezskutecznie. W końcu zamruczałem pod nosem jak Yosemite Sam i zacząłem grzebać w swojej torbie sportowej.
- Nazywam się Harry Dresden, jestem Rycerzem Zimy, wasalem Molly Carpenter, Zimowej Panny Dworu Sidhe, i przebywam tutaj jako jej gość. To jest Thomas Raith, również jej gość, przyjaciel Lady Evanny.
- Jest jednym z kochanków Evanny - uściślił Austri i skinął głową do Thomasa.
- Jak leci, Austri? - rzucił mój brat.
- Jestem na służbie - odpowiedział Austri poważnie, otworzył jakąś teczkę i zaczął przerzucać kartki ze zdjęciami w górnym narożniku. Zatrzymał się na moim profilu, starannie porównał mnie z wizerunkiem na fotografii, potem zrobił to samo z Thomasem i pokiwał głową. - Poproszę hasło.
- Chwileczkę. - W końcu na dnie torby znalazłem złożoną kartkę z tygodniowymi hasłami. Rozłożyłem ją, otrzepałem z piasku i odczytałem: - "Tort jest kłamstwem". Co to w ogóle znaczy?
Austri przez chwilę wpatrywał się we mnie z frustracją, a potem westchnął. Przeniósł wzrok na Thomasa.
- A ty?
- "Żeby kózka nie skakała, toby nóżki nie złamała" - błyskawicznie opowiedział Thomas, bez patrzenia na kartkę. Widocznie nie miał nic lepszego do roboty, tylko uczyć się na pamięć przypadkowych haseł.
Austri pokiwał głową z uznaniem, zamknął teczkę i ją schował.
- Zaczekajcie chwilę. - Wcisnął guzik i niemal bezgłośnie wypowiedział jakieś słowo, by rozbroić dwa tysiące zabójczych magicznych osłon, które oddzielały mnie od drzwi wejściowych. W końcu skinął głową. - Możecie wejść.
- Dziękuję - odrzekłem.
Rozparł się na krześle i odprężył, a wtedy maska nijakiego człowieka, która przesłaniała ciemnego elfa, stała się płynna i przejrzysta. Austri miał szarą skórę, mięśnie gimnastyka, głowę nieco za dużą względem reszty ciała i olbrzymie czarne oczy, jak tamten obcy na nagraniu z sekcji zwłok. Pod powierzchowną iluzją kryło się spokojne i sympatyczne oblicze.
- Moja Ingri chętnie znów by się pobawiła z Maggie i Sir Myszkiem.
- Maggie również miałaby na to ochotę. Może odezwę się do pani Austri?
Pokiwał głową.
- To leży w zakresie jej obowiązków. Może wieczorem pogramy w karty?
- Chciałbym, ale nie mogę niczego obiecać.
Lekko zmarszczył czoło.
- Lubię mieć konkretne plany na wieczór.
- Służba - wytłumaczyłem.
Rozpogodził się i wziął do ręki książkę.
- Ależ oczywiście, to zmienia postać rzeczy. Proszę, daj znać, kiedy obowiązki znów pozwolą ci na poświęcenie nam czasu.
Skinąłem głową i ruszyłem dalej.
Austri był typowym ciemnym elfem. Chorobliwie skrupulatnym, wściekle pedantycznym, nieludzko zdyscyplinowanym, nieugięcie oddanym ideom honoru i obowiązku - ale po bliższym poznaniu okazywał się porządnym gościem. Na świecie jest miejsce dla każdego, co nie?
Przeszliśmy przez kolejne dwa punkty kontrolne, jeden w holu budynku, a drugi w windzie, która zwiozła nas do obszernego podziemnego kompleksu ambasady. Kolejny ciemny elf obejrzał moje prawo jazdy, potem mi się przyjrzał i uparł się, żeby zmierzyć mój wzrost i wziąć ode mnie odciski palców, by zweryfikować, że jestem sobą, a nie oszustem ubranym w płaszcz Harry'ego.
Pewnie nie powinienem kręcić na to nosem. Więcej kontroli to większe bezpieczeństwo, nawet jeśli czasami zajmowali się tym tacy złośliwcy jak Gedwig. Charakterystyczna dla ciemnych elfów mieszanka paranoi i drobiazgowości oznaczała, że moja córka była bezpieczniejsza pod ich dachem, ale czasami mi doskwierała i to był jeden z tych dni.
Wślizgnęliśmy się do mieszkania, które wciąż było ciemne i chłodne. Przez chwilę zachwycałem się cudem klimatyzacji w lecie. Magia i technologia nie idą w parze, a aura energii otaczająca maga takiego jak ja rozstraja każde urządzenie wyprodukowane po II wojnie światowej. W żadnym z miejsc, w których mieszkałem, klimatyzacja nie przetrwała dłużej niż kilka dni, ale ciemne elfy zbudowały mieszkanie specjalnie dla Molly. Miało działające światła, radio, gorącą wodę oraz klimatyzację, a ja nie miałem pojęcia, jak ten sprytny lud tego dokonał. Ciemne elfy były słynnymi rzemieślnikami. Powiadano, że potrafią zbudować wszystko, czego sobie zażyczysz.
Może powinienem skłonić Molly, żeby poprosiła o telewizor. Albo to internetowe... coś. Urządzenie. Jeden z tych internetowych dynksów. Skoro wszyscy szaleją na punkcie sieci, musi być w niej coś fajnego.
Kiedy wreszcie weszliśmy do salonu, Mister, mój wielki szary kocur, jak zwykle dopadł do moich piszczeli, stawiając powitalną barykadę. Nachyliłem się, żeby podrapać go za uszami, jak lubił najbardziej, a on z wielkodusznością przyjął pieszczotę, a następnie pozwolił mi wrócić do moich spraw. Minął Thomasa, ocierając się pyszczkiem o jego nogę, by oznaczyć go jako swoją własność, a następnie oddalił się z królewską obojętnością. Mister nie był już pierwszej młodości kotem, ale wciąż wiedział, kto rządzi w mieszkaniu.
Moja córka wciąż spała na kanapie, okryta grubym kocem. Obok niej spoczywał kudłaty szary olbrzym wielkości konia, mój świątynny pies, Myszek. Nawet nie podniósł łba ani nie otworzył oczu, gdy weszliśmy. Tylko ziewnął i ułożył się nieco wygodniej, a następnie sapnął ciężko i spał dalej. Oddech Maggie na chwilę zgubił rytm; potem zanurzyła dłoń w futrze psa. Oboje westchnęli przez sen i znieruchomieli.
Przez chwilę stałem nieruchomo, tylko się im przyglądając.
Thomas w takich chwilach zazwyczaj krzątał się w kuchni i parzył kawę, ale dzisiaj stanął obok mnie i popatrzył na dziewczynkę i psa.
- A niech mnie - mruknął.
Pokiwałem głową.
- Wielka odpowiedzialność.
- Tak.
- Poradzisz sobie.
Popatrzyłem na niego. Nie byłem w stanie zdefiniować emocji, które malowały się na jego twarzy. Była to mieszanka tęsknoty i łagodnego, ale dotkliwego cierpienia.
- Nie sądzę, Harry - odrzekł.
- Nie bądź głupi - odparłem. - Kochasz ją. Pokochasz też dzieciaka. Oczywiście, że dasz sobie radę.
Smutny uśmiech dołączył do wcześniejszych emocji na jego twarzy.
Obaj ponownie popatrzyliśmy na śpiące dziecko.
W jej bezruchu kryło się coś, czego nie znałem, dopóki nie zacząłem się nią opiekować. Wrażenie... dogłębnego zadowolenia, które było mi obce. Maggie spała szczęśliwa i zdrowa - bezpieczna.
Odetchnąłem, żeby odzyskać równowagę. Zmęczenie ustąpiło, nie z mojego ciała, ale z jakiegoś głębszego, o wiele istotniejszego miejsca. Mój brat wypuścił powietrze w tej samej chwili i trącił mnie pięścią w ramię. Potem poszedł do kuchni, a ja ruszyłem w stronę prysznica.
Długo wygrzewałem się pod strumieniem wody, a kiedy w końcu zacząłem się ubierać, usłyszałem głosy dobiegające z kuchni.
- Mleko nie ma uczuć - mówiła Maggie.
- Dlaczego nie? - odezwał się ktoś jeszcze młodszy.
- Ponieważ mleko jest nieożywione - odrzekła Maggie wesoło.
- Aha. - Przez chwilę panowała cisza. - Przecież się rusza.
- Ja je poruszyłam - wyjaśniła Maggie. - Potem jeszcze przez chwilę chlupocze.
- Dlaczego?
- Chyba z powodu grawitacji - odpowiedziała Maggie. - A może napędu.
- Chyba rozpędu? - Ta druga osoba miała cieńszy głos.
- Możliwe.
- A skąd o tym wiesz?
- Kiedy będziesz miała dziesięć lat, też będziesz dużo wiedzieć - odrzekła Maggie.
- Dlaczego?
Wszedłem do niewielkiej kuchni i zastałem tam Maggie w piżamie, zajętą robieniem bałaganu z pomocą Myszka i wyrzeźbionej z drewna czaszki. W oczodołach czaszki lśniły zielone punkciki światła, jak rozpalone węgle w jakimś dziwacznym ognisku. Na blacie piętrzyła się połowa zawartości spiżarni.
Zerknąłem na Thomasa, który siedział przy kuchennym stole z kubkiem kawy. Napełnił też mój kubek. Podszedłem i wziąłem go do ręki.
- Nie zamierzałeś zainterweniować? - szepnąłem.
- Tak długo byłeś pod prysznicem, że już nie pamiętam, co sobie wtedy myślałem - odparł.
- Jak ona sobie radzi? - spytałem nieco ciszej.
- Całkiem dobrze - odpowiedział również przyciszonym głosem. - Przywitaliśmy się, popatrzyliśmy sobie w oczy i najwyraźniej sprawiło jej to przyjemność. Spytała, czy mam ochotę na naleśniki.
- A ty się zgodziłeś?
- Harry, bądź poważny. Wszyscy pragniemy, żeby ktoś usmażył dla nas naleśniki, po prostu jesteśmy zbyt dorośli, żeby się do tego przyznać.
Upiłem łyk kawy, ponieważ nie sposób dyskutować z takim argumentem.
On również się napił.
- Powstrzymasz ją? - spytał.
Rozkoszowałem się cudem kawy, więc odpowiedziałem dopiero po przełknięciu pierwszego łyku.
- Lepiej wybadam sytuację.
Zabrałem swój kubek do kuchni i usłyszałem, że Thomas wstał, by mi towarzyszyć. Kiedy stanąłem w progu, drewniana czaszka zwróciła na mnie wzrok i oznajmiła z dumą:
- Naleśniki są nieożywione!
- Zgadza się - odezwałem się do ducha wewnątrz czaszki. Zdecydowanie wolałem, żeby przebywał tam, a nie w mojej głowie. Duch intelektu, który powstał w moim umyśle, cały czas rósł i już wkrótce miał się w nim nie pomieścić. Udało nam się skutecznie wydobyć go z mojej głowy i przeprowadzić do drewnianej czaszki, którą wyrzeźbiłem. Od tamtej pory musieliśmy sobie radzić z nieprzerwaną rzeką pytań. - Jak się miewasz tego ranka, Bonea?
- Ranek to czas po wschodzie słońca! - odpowiedziała niewielka czaszka. - Kończy się w południe!
Bonea znała mnóstwo niepołączonych ze sobą faktów. Potrafiła wyjaśnić mnóstwo zagadek wszechświata, ale nie miała pojęcia, jaki one mają wpływ na prawdziwe życie. Dlatego kontakty z nią... wymagały wyczucia.
- Brawo, znów poprawna odpowiedź - odrzekłem. - Dzień dobry, Maggie.
- Cześć, tato. Smażę dla nas naleśniki na śniadanie.
- To wspaniale - odezwał się Thomas, dźgając mnie palcem w kark.
Maggie zerknęła na niego i posłała mu ukradkowy uśmiech. Nie musiałem się oglądać, żeby wiedzieć, że do niej mrugnął. Uniosłem brwi.
- No tak. Naleśniki. To coś nowego.
- Molly mówi, że trzeba być odważnym i próbować nowych rzeczy, by się rozwijać - odpowiedziała moja córka z powagą. - A Thomas mówi, że wszyscy lubią naleśniki.
- Wszyscy lubią naleśniki - powiedział Thomas.
Obejrzałem się przez ramię, dając mu do zrozumienia, żeby przestał mi pomagać. Uśmiechnął się do mnie niewinnie.
- No cóż, mają rację - odrzekłem poważnie. - Potrzebujesz pomocy?
- Poradzę sobie sama. Umiem obsługiwać kuchenkę, a Bonnie zna przepis.
- Znam dwieście dwadzieścia siedem przepisów na naleśniki! - oznajmiła Bonnie. - Produkty obecnie zgromadzone w kuchni pozwalają na zrealizowanie szesnastu z nich!
- Zdecydowałyśmy się na numer siedem - dodała Maggie. - Najlepiej zaczynać od zera.
Zapowiadał się nie lada bałagan. Myszek oblizał pysk - mógłbym przysiąc, że wyglądał na zadowolonego z siebie. Czekało nas wielkie sprzątanie, ale Maggie powinna próbować nowych rzeczy, dlatego nachyliłem się i pocałowałem ją w głowę.
- Tylko ostrożnie z kuchenką. No i daj mi znać, jeśli będziesz czegoś potrzebowała, skarbie.
- Widzisz, panno Maggie? - odezwał się Thomas. - A nie mówiłem?
Zmierzyłem go wzrokiem.
- Zaplanowałeś to wszystko, żeby dostać naleśniki?
Thomas zrobił poważną minę i popatrzył na Maggie szeroko otwartymi oczami.
- Nie zaprzeczam.
Przewróciłem oczami.
Moja córka zachichotała.
- Pan Thomas jest w porządku, tato.
- Jesteś jeszcze bardzo młoda. Pozwól, że ja się nim zajmę - odrzekłem. - Skup się na tym, co robisz, dobrze? Uważaj na siebie.
- W porządku.
Wróciła do swoich zajęć i chociaż wciąż miała zaspane oczy, skoncentrowała się na swojej pracy z szalonym zapałem, do jakiego o poranku jest zdolny tylko ktoś, kto jeszcze nie odkrył niepowstrzymanego zewu kawy.
Usiadłem na pobliskiej kanapie. Mieszkanie składało się z pojedynczego dużego pomieszczenia łączącego w sobie kuchnię, jadalnię i salon, których nie oddzielały ściany. Dwie pary drzwi prowadziły do dwóch sypialni, Molly i mojej. Tak naprawdę mój pokój również należał do niej, ale praktycznie nie wchodziła do niego od chwili, gdy się wprowadziłem, nie licząc kilku przypadków, gdy zajrzała na chwilę, by pogłaskać Myszka, połaskotać Maggie i przez chwilę miło ze mną pogawędzić.
Minęło sporo czasu, odkąd naprawdę ze sobą rozmawialiśmy.
Mieszkanie przypominało mi moje dawne lokum w piwnicy pensjonatu pani Spunkelcrief. Brakowało w nim tylko zatęchłego smrodu starej piwnicy. No i było większe. A także jaśniejsze. Oraz nowsze. I znacznie czystsze. Poza tym nie czułem się w nim komfortowo.
Chociaż przypominała norę, tamta stara klitka była moim domem. Niech szlag trafi wampiry, które ją spaliły. Niech szlag trafi Marcone'a, który kupił całą nieruchomość i urządził w moim dawnym domu swoją nową bazę główną.
Tęskniłem za tamtym miejscem.
No cóż. Nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Życie stale się zmienia. Raz za razem nieprzyjemnie nas czymś zaskakuje. Trzeba stawiać mu czoło.
Thomas oparł się o ścianę w miejscu, z którego widział kuchnię, i popijał kawę, skupiając wzrok na Maggie.
- Żyjesz na krawędzi, co?
- Myszek da mi znać, jeśli pojawi się jakiś problem - odrzekłem.
- To dobry pies - zauważył Thomas.
- Jeśli chcesz, mogę napisać do brata Wanga i powiedzieć, że chcesz szczeniaka.
- Jednego już mu ukradłeś - parsknął Thomas.
- Przypadkowo - odparłem. - Poza tym sądzę, że futrzak celowo się oddalił. Chociaż bratu Wangowi to się nie podoba, raczej nie będzie rościł sobie do niego praw.
- No cóż, to pierwszorzędny pies - przyznał Thomas.
- Jeszcze jak - zgodziłem się.
- Zastanowię się - odrzekł Thomas. - Ostatnio wiele się dzieje.
Wciąż nie odrywał wzroku od Maggie.
- Hej, stary, wszystko w porządku? - spytałem.
Zerknął na mnie z ukosa i uśmiechnął się słabo.
- Po prostu... bardzo poważnie zastanawiam się nad przyszłością.
- No cóż, to zrozumiałe. - Zamknąłem oczy i poczułem, że moje kończyny pulsują tępym bólem w rytmie bicia serca. Nagle głośno kichnąłem.
- Na zdrowie! - zawołała Maggie z kuchni.
- Nnngh - odpowiedziałem. - Dziękuję. - Pod wpływem kichnięcia poczułem we wszystkich członkach ból, który osłabł dopiero po kilku sekundach. Otworzyłem jedno oko. Coś było nie w porządku.
Moc Rycerza Zimy pozwalała mi dotrzymać kroku mojemu bratu wampirowi, gdy biegałem po piasku ze stukilogramowym obciążeniem. Między innymi tłumiła ból, tak że odczuwałem go jedynie jako delikatne napięcie. Złamane kości powodowały lekki dyskomfort. Krwawiąca rana już zwracała na siebie uwagę, ale nigdy, przenigdy nie czułem zwykłego bólu.
Do tej chwili.
Głupia moc Zimy. Bezustannie podsycała we mnie pierwotne, dzikie emocje i żądze, które były jak podrasowane wersje moich własnych instynktów. Nie oddawałem się porannym treningom dla przyjemności. Robiłem to, ponieważ dyscyplina i rutynowa aktywność pomagały mi hamować pierwotne instynkty. Codzienne intensywne ćwiczenia zmuszały moc Zimy do zużywania energii na podtrzymywanie mojego ciała - zgodnie z moją wolą i w wybranym przeze mnie czasie - co zmniejszało presję na moje myśli. I chociaż byłem w stanie ignorować ból i dysponowałem nadludzką wytrzymałością, zachowanie kontroli wymagało bezustannego wysiłku.
- Ojej, nic ci nie jest, kujonie?
- To było dziwne - odrzekłem.
Mister wskoczył na kanapę i umościł się na moich kolanach, wciskając głowę pod moją dłoń. Pogłaskałem go machinalnie, a z jego ciała wydobyło się mruczenie, które przypominało odgłos czajnika z gotującą się wodą.
Kilka sekund później ponownie kichnąłem, jeszcze mocniej, a tym razem przeszyła mnie fala wyczerpania tak silna, że prawie przewróciłem się na bok.
Rozległ się jakiś brzęk i chlupot. Mister zeskoczył mi z kolan i czmychnął. Dopiero po kilku próbach zdołałem skupić wzrok, a wtedy zobaczyłem, że przede mną leży na boku metalowy dzbanek z czarną plastikową rączką. Z mokrego dywanu obok dzbanka unosiły się smugi pary.
Zamrugałem i podniosłem wzrok na Thomasa. Wyraz jego twarzy świadczył o tym, że nie ma pojęcia, co się stało. Obaj popatrzyliśmy na dzbanek.
Zmarszczyłem czoło i nachyliłem się, żeby dotknąć naczynia. Nie było aż tak gorące, by mnie oparzyć, ale prawie. Zamrugałem i sięgnąłem w stronę rączki. Podniosłem dzbanek. Rączka przez kilka sekund sprawiała wrażenie osobliwie miękkiej, a potem plastik, metal i woda nagle zadrżały i zmieniły się w przezroczysty galaretowaty płyn, który przelał mi się przez palce na dywan. Ektoplazma, surowa materia duchowego świata.
Co, u diabła?
Ektoplazma jest dziwną substancją. Można ją ukształtować za pomocą magii i naładować energią, a dopóki nie przerwiemy dopływu tej energii, ektoplazma zachowa swoją formę. Duchy z Nigdynigdy potrafią tworzyć ciała, a następnie wykorzystać je w materialnym świecie, po którym wędrują jak astronauci w przestrzeni kosmicznej. Ale kiedy dopływ energii ustaje, ciało powraca do pierwotnej postaci - śluzowatej ektoplazmy, która następnie w ciągu kilku chwil znika z materialnego świata i powraca do Nigdynigdy.
Więc skąd się wziął ten dzbanek, u licha?
Może to sprawka Strażnika? Małe elfy kręcące się po moim domu z pewnością były skłonne do złośliwości. Czy któryś z nich mógł mi zrobić kawał?
Możliwe. Ale w takim razie, skąd żartowniś wiedział, o czym myślałem?
Cholernie dziwna sprawa.
- Harry? - odezwał się Thomas.
- Cholernie dziwna sprawa - powiedziałem i otarłem nos, z którego nagle zaczęło mi cieknąć. - Nawet dla mnie.
- Tato?! - zawołała Maggie.
- Hmmm?
- Bonnie mówi, że nie powinnam obracać naleśnika, dopóki nie będzie złocisto-brązowy. Ale przecież nie widzę przysmażonej strony. Skąd mam wiedzieć, jak wygląda?
Wstałem z kanapy, zabrałem garść chusteczek i ruszyłem do kuchni.
- To nieco podchwytliwe - przyznałem. - Ale możesz się zorientować po tym, jak wygląda ciasto po nieusmażonej stronie. Pokażę ci.
- W porządku.
Zacząłem wprowadzać swoją córkę w tajniki szlachetnej sztuki odwracania naleśników. Właśnie zabraliśmy się za drugiego, gdy w jednej ze ścian mieszkania rozdzwonił się cichy dzwonek alarmowy.
Myszek gwałtownie obejrzał się w stronę źródła dźwięku i nisko warknął. Maggie zamrugała, a potem popatrzyła na mnie niepewnie.
Thomas szybkim ruchem odepchnął się od ściany. Zerknął na mnie, a następnie wszedł do kuchni i wziął jeden z dużych noży ze stojaka.
- Ktoś się zbliża - powiedziałem. - Najpierw sprawdźmy, co się dzieje. Zróbmy tak, jak ćwiczyliśmy. Zabierz Bonnie do mojego pokoju i włóż ją do jej pudełka. Zostań tam z nią, nie podnoś się z podłogi i nie rób hałasu. Dobrze?
Maggie sprawiała wrażenie niepewnej, ale pokiwała głową.
- Dobrze.
- Idź.
Zamknąłem za nią drzwi sypialni i zabrałem laskę maga stojącą obok kominka.
Nagle pożałowałem, że nie poświęciłem więcej czasu na rozbudowywanie swojego magicznego arsenału. Nie zrobiłem tego, ponieważ byłem zajęty rolą ojca, co zajmowało mi więcej czasu, niż się spodziewałem. Nie miałem zbyt wielu okazji, by czynnie pracować nad swoim wyposażeniem, co również było niezwykle czasochłonne.
Dysponowałem jedynie laską, którą wyrzeźbiłem na zagubionej wyspie Demonreach na środku jeziora Michigan, bojową różdżką oraz prowizoryczną wersją swoich starych bransoletek z tarczami. Musiało mi to wystarczyć.
Cokolwiek uruchomiło alarm, raczej nie mogło przedrzeć się przez zabezpieczenia ciemnych elfów - ale skoro tego nie zrobiło, to dlaczego alarm dzwonił?
- Co o tym myślisz? - spytał Thomas.
- Myślę, że coś, co potrafi pokonać zabezpieczenia ciemnych elfów i dotrzeć aż tutaj, nieco mnie niepokoi - odrzekłem.
- Aha, więc nie jestem sam. Miło wiedzieć.
Kilka sekund później czyjaś ciężka dłoń mocno zapukała w drzwi mieszkania.
Upewniłem się, że drzwi do pokoju, w którym schowała się moja córka, są szczelnie zamknięte. Potem chwyciłem laskę jak karabin i bezgłośnie podszedłem do drzwi, a mój brat kroczył tuż za mną.
Przywołałem siłę woli i przekierowałem moc do swojej laski. Pokrywające ją spirale run zapłonęły szmaragdowym ogniem i uniosły się z nich malutkie kosmyki dymu. W powietrzu pojawiła się czysta, dymna woń przypalonego drewna. Runy i symbole z zielonego światła upstrzyły ściany.
Laska maga to wszechstronne narzędzie. Mogłem za jej pomocą korzystać z rozmaitych sił oraz efektów, zależnie od potrzeb, i dbałem o to, by zawsze była gotowa siać zniszczenie lub odbijać energię. Thomas podszedł do ściany obok drzwi, skąd mógł bez trudu dosięgnąć każdego, kto wszedłby do środka. Wzdłuż nogi trzymał nóż i skinął do mnie głową, że jest gotowy.
Wtedy spokojnie otworzyłem drzwi mieszkania.
Za progiem stał staruszek. Był nieco niższy od przeciętnego człowieka i tęgi. Tak samo jak ja trzymał w dłoni laskę, która była znacznie krótsza i grubsza od mojej. Jego lśniącą łysinę otaczały pojedyncze kosmyki białych i srebrnych włosów, a na skórze miał więcej plam wątrobowych niż ostatnio, gdy się widzieliśmy. Jego ciemne oczy lśniły za szkłami okularów. Był ubrany w prosty bawełniany T-shirt, niebieski kombinezon oraz robocze obuwie ze stalowymi czubkami. To był mój mentor, Ebenezar McCoy, starszy członek Białej Rady Magii.
A zarazem mój dziadek.
Staruszek przyjrzał mi się spod zmarszczonych brwi, a potem popatrzył na moją laskę, która lśniła na zielono.
- Nowy wzór - zauważył. - Trochę gęsty. Może nieco surowy.
- Miałem do dyspozycji tylko scyzoryk - odpowiedziałem. - No i żadnego papieru ściernego. Musiałem użyć kamieni.
- No tak - rzekł. - Mogę wejść?
Popatrzyłem ponad ramieniem Ebenezara na Austriego, który stał na korytarzu z jedną dłonią pod marynarką i dwoma palcami przyciśniętymi do ucha. Jego usta się poruszały, ale nie słyszałem, co mówi.
- Austri? Skąd ten alarm?
Austri najwyraźniej wysłuchał czegoś, co było przeznaczone tylko dla jego uszu, i skinął głową. Wciąż nie wyjmował dłoni zza pazuchy.
- Ten człowiek jest znany ciemnym elfom - wyjaśnił. - Pracuje dla Białej Rady Magii i jest uznawany za niezwykle niebezpiecznego. Nie zastosował się do protokołów bezpieczeństwa.
- Nie mam czterdziestu ośmiu godzin, żeby czekać na wyniki badania DNA, nawet gdybym zdecydował się na przekazanie wam próbki - warknął Ebenezar. - Mówiłem, że Etri mnie zna. On za mnie poręczy.
Rozległ się osobliwy falujący dźwięk i nagle kilkanaście ciemnych elfów po prostu wysunęło się z podłogi, jakby ta była zrobiona z wody. Trzymały rozmaite bronie, zarówno współczesne, jak i dawne, ale nie rzuciły się do ataku. Nie miały impulsywnej natury. Trudno było rozszyfrować wyraz ich twarzy, ale z pewnością nie były przyjacielsko nastawione.
Austri zerknął na Ebenezara, a potem przeniósł wzrok na mnie.
- Magu Dresden? Czy tego człowieka należy uznać za gościa panny Carpenter?
- Tak byłoby najprościej dla wszystkich zaangażowanych - odrzekłem.
- Jak to najprościej? - zdziwił się Austri. - Prostota nie ma tutaj nic do rzeczy. Jest gościem panny Carpenter czy nie?
- Jest - potwierdziłem. - Niech wejdzie. Biorę odpowiedzialność za jego zachowanie.
Austri zmarszczył brwi i przez chwilę wyraźnie się wahał. W końcu wyjął dłoń zza pazuchy i skinął głową. Wtedy pozostali ochroniarze oddalili się korytarzem i zniknęli nam z oczu.
- Ale służbiści, prawda? - odezwałem się.
- To znacznie bardziej skomplikowane - odrzekł Ebenezar.
- Specjalnie ich sprowokowałeś.
- Nie od razu. Ale jeden z nich był wyjątkowo zarozumiały.
- Więc po prostu ich zignorowałeś?
W jego oczach pojawił się łobuzerski błysk.
- Warto, żeby czasami ktoś im przypomniał, że nie mogą mieć nad wszystkim kontroli, a członek Rady Starszych może pójść wszędzie, gdzie zapragnie. - W kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki. - Ten ostatni gość naprawdę zalazł mi za skórę.
- Gedwig - odrzekłem. - Strasznie marudny. Do tego paranoik. - Pozwoliłem, żeby moc opuściła moją laskę, a wtedy runy zgasły. Skinąłem ręką na Thomasa i ten odsunął się od framugi. Wtedy szerzej otworzyłem drzwi przed moim dziadkiem. - Wejdź.
Staruszek wciąż był czujny. Wszedł ze spokojną i ostrożną miną człowieka, który nie skupia się na niczym konkretnym, ponieważ obserwuje wszystko, i natychmiast wycelował swoją laskę w Thomasa.
- Co to coś tutaj robi? - spytał ostro.
Thomas uniósł brwi.
- To coś? Niezwykły pokaz świętego oburzenia jak na rębajłę Białej Rady.
Z tego, co się orientowałem, mój dziadek nie wiedział, że Thomas i ja mamy tę samą matkę, jego córkę. Nie zdawał sobie sprawy, że ma drugiego wnuka. Ebenezar był... wyjątkowo cięty na wampiry z Białego Dworu.
(W Paranecie nazywano je "białpirami", ale starałem się unikać powtarzania takich głupot, chyba że było to wyjątkowo wygodne).
- Wampirze, do tej pory byłeś użytecznym sojusznikiem młodego Dresdena - warknął mój dziadek. - Nie popsuj tego, zwracając na siebie moją uwagę.
Oczy Thomasa rozbłysły nieco jaśniej, a na jego ustach pojawił się uśmiech, który zazwyczaj oznaczał furię.
- Dużo gadasz jak na faceta, który podszedł tak blisko do mnie bez postawionej tarczy.
- Ty mały cwaniaczku - zaczął mój dziadek.
Ostry smród wypełnił powietrze, a ja czym prędzej doskoczyłem do kuchenki i przewróciłem naleśnika, który przypalił się podczas naszej wymiany zdań. Potem odłożyłem łopatkę na blat z niepotrzebnym impetem i odezwałem się jadowitym głosem.
- Panowie, chyba nie muszę wam przypominać, że w moim domu przebywają goście.
To podziałało na nich jak kubeł lodowatej wody.
W naszym świecie starożytne tradycje dotyczące ról gościa i gospodarza stanowią najbliższy odpowiednik nienaruszalnych praw. Zgodnie z nimi goście powinni być szanowani i traktowani jak członkowie rodziny gospodarza. Oni sami z kolei muszą zachowywać się jak domownicy.
W tym przypadku wszyscy rzeczywiście byliśmy rodziną, chociaż mój dziadek o tym nie wiedział.
Thomas nieco się cofnął i zrezygnował z pozy drapieżnika, a mój dziadek opuścił laskę i częściowo odwrócił się od wampira.
- Wybacz, Harry - rzekł Thomas. - To się więcej nie powtórzy.
Skinąłem głową i zerknąłem na staruszka.
- Jestem ci winien przeprosiny - odezwał się dziadek z namaszczeniem. - Nie powinienem zachowywać się w taki sposób w twoim domu. Przepraszam.
No cóż, ten poranek z pewnością nie nadawał się do rodzinnego albumu. Ale wyglądało na to, że nie zakończy się pogrzebem. Dobre i to.
- Dziękuję - powiedziałem do obu. Wyciągnąłem rękę, a Thomas podał mi kuchenny nóż.
Odłożyłem go i odchrząknąłem, zerkając na dziadka.
Popatrzył groźnie na Thomasa, a następnie szybko się rozluźnił i odezwał swobodnym tonem.
- Czy to naleśniki? - spytał, stawiając laskę w kącie obok drzwi.
Odstawiłem swoją tuż obok.
- Tak. Właśnie robię śniadanie.
- Harry, pójdę już - odezwał się Thomas.
- Nie musisz - odrzekłem.
Z mocno zaciśniętymi ustami zerknął na Ebenezara.
- Owszem, muszę.
- Thomasie - zacząłem.
Mój brat uniósł dłoń, żeby mnie uciszyć, a potem oddalił się z nachmurzoną miną.
Dziadek odprowadził go wzrokiem. Kiedy za Thomasem zamknęły się drzwi, popatrzył na mnie spod krzaczastych brwi.
- Wielkie dzięki - powiedziałem.
- Powinieneś mi podziękować - odparł spokojnie. - Mówię ci, że nie znasz ich tak dobrze, jak ci się wydaje.
- Biały Dwór być może jest beznadziejny, ale akurat ten gość jest w porządku - odparłem.
- To samo powie ci każdy, kogo kiedykolwiek uwiedli - odrzekł dziadek, krzywiąc usta, ale po chwili podniósł dłoń i odezwał się przepraszającym tonem. - Posłuchaj, Hoss. Sam kierujesz swoim życiem. Nie próbuję mówić ci, co masz robić. Nie powinienem też psuć twoich relacji z tym wampirem. Ale jesteś młody, a ja mam dużo większe doświadczenie w kontaktach z nimi i dzięki temu widzę więcej. Po prostu nie chcę, żebyś uczył się na bolesnych błędach.
Zmarszczyłem czoło.
Staruszek musiał być naprawdę zmartwiony, skoro tłumaczył swoje postępowanie, zamiast pozostawić to mnie.
- A oto i on! - odezwał się Ebenezar z uśmiechem, kiedy Myszek podbiegł, by się z nim przywitać. Z uczuciem podrapał psa za uszami. - Nie mam dużo czasu, więc przejdę do rzeczy. Masz kłopoty.
- Aha. - Przeszedłem do kuchni i wlałem ciasto na blachę. - To nasza pierwsza rozmowa twarzą w twarz od wydarzeń w Chiché Itzá. Widzę, że nie tracisz czasu na czczą gadkę.
Przez chwilę zastanawiał się nad tym, lekko mrużąc oczy.
- Wszyscy mieliśmy pełne ręce roboty od tamtego dnia - odrzekł. - Ludzie umierali. Nie wiesz, jak tam jest.
- Ja też za tobą tęskniłem - odparłem. - Również cieszę się, że jesteś cały i zdrowy.
- Nie mamy na to czasu.
- Naleśnika? - spytałem. - Zawsze robię się głodny po porannej przebieżce.
Głos staruszka stał się surowszy.
- Ja nie żartuję, wnuczku. Do Białej Rady wpłynął wniosek o pozbawienie cię członkostwa.
Uniosłem brew.
- Co takiego? Najpierw zmuszają mnie do noszenia tej przeklętej szarej peleryny, a teraz chcą mnie wykopać? Głowa mnie od tego rozboli.
- Czeka cię coś znacznie poważniejszego, jeśli ten wniosek przejdzie - odrzekł z zapalczywością w głosie. Potem zmusił się do odzyskania spokoju. - Harry, ja też chcę nadrobić zaległości. Chcę porozmawiać. Oczyścić atmosferę. Kiedyś to zrobimy, ale teraz nie możemy sobie pozwolić na uleganie emocjom.
Skrzywiłem się, patrząc na naleśnika. Ostatnio nabrałem wprawy w powstrzymywaniu emocji.
- Dobrze - odparłem. - Zawrzyjmy rozejm. Przynajmniej na razie. Jaki powód podaje Rada?
- Jest ich kilka - odpowiedział. - Na przykład niestandardowe okoliczności, w jakich mianowano cię na maga. Częstotliwość twojego angażowania się w sprawy najwyższej wagi. Twój upór, by od ponad dziesięciu lat otwarcie działać jako mag. A także konflikt interesów, jaki według nich wiąże się z twoją służbą dla królowej Mab. Służbą, która podobno doprowadziła do znalezienia się pod kontrolą Mab uznanego czarnoksiężnika.
- To prawda - przyznałem. - Przed nikim tego nie ukrywałem. Wszystko jest w aktach. Więc w czym problem?
- Problem polega na tym, że w Białej Radzie coraz trudniej o zaufanie - odrzekł Ebenezar. - Twoje wybory doprowadziły do tego, że odstajesz od reszty członków, a w trudnych czasach takie osoby wzbudzają podejrzliwość.
Odwróciłem naleśnika. Dobrze wyczułem moment. Ciasto było złocisto-brązowe.
- Jeśli mnie wyrzucą, nie będę mógł dłużej korzystać z ochrony Rady - odezwałem się, głośno myśląc. - Oficjalnie przestanę być magiem.
- Przez lata dorobiłeś się wielu wrogów - zauważył Ebenezar. - Podobnie jak ja. Gdybyś został usunięty z Rady, twoi - oraz moi - wrogowie zwróciliby uwagę na twoją słabszą pozycję. Na pewno by to wykorzystali. Jaką ochronę zapewnia ci Mab?
- Mab nie przywiązuje dużej wagi do ochrony - odrzekłem. - Wręcz przeciwnie. Uważa, że jedynym sposobem zapewnienia mi bezpieczeństwa byłoby poderżnięcie mi gardła i zatopienie mnie w bursztynie.
Mój żart wcale nie rozbawił staruszka. Wpatrywał się we mnie z surową powagą.
Westchnąłem.
- Mab nie ma w obowiązku ochraniać swojego Rycerza. Powinno być odwrotnie. Jeśli coś mnie zabije, najwyraźniej byłem zbyt słaby, by pełnić tę rolę.
- Nie podchodzisz do tego poważnie - stwierdził.
Rzuciłem naleśnika na stertę i wylałem kolejną porcję ciasta na blachę.
- Jeśli zrobi się kiepsko, zawsze mogę wrócić na Demonreach.
- Boże, gdyby tylko znali całą prawdę o tym miejscu - wyszeptał Ebenezar. - A co dalej? Spędzisz resztę życia uwięziony na wyspie, bojąc się ją opuścić?
- Nie pozwól więc, żeby wniosek poddano pod głosowanie - odparłem. - Jesteś w Radzie Starszych. Wykorzystaj swoją pozycję. Przejmij kontrolę nad sytuacją.
- Nie mogę - odrzekł Ebenezar. - Przy braku kworum musi odbyć się powszechne głosowanie, a czwórka członków Rady Starszych w czasie głosowania będzie uczestniczyła w rozmowach pokojowych.
Poczułem lekki ucisk w żołądku.
- Która czwórka?
- Ja, Cristos, Słuchający Wiatru i Martha Liberty.
- Aha - mruknąłem.
Mój dziadek był cwanym lisem i dysponował potężną siecią sojuszników w Białej Radzie, ale miał niemal równie wielu wrogów. Sam Merlin nie znosił Ebenezara, a spośród trzech członków Rady Starszych, którzy mieli przewodzić kolejnemu zebraniu, tylko Odźwierny kiedykolwiek okazywał mi sympatię. Nawet gdyby wniosek miał zostać przegłosowany, i tak przegrałbym jeden do dwóch.
Oczywiście nie miałem pewności, z jaką reakcją spotkałbym się pośród zwykłych członków Białej Rady. Magowie długo żyją, między innymi dzięki unikaniu niepotrzebnego ryzyka. A jeśli sprawdzicie hasło "niepotrzebne ryzyko" w słowniku Rady, znajdziecie tam moje zdjęcie. Oraz adres. A także dane kontaktowe. No i papiery ze szkoły średniej.
- Musisz porozmawiać z niektórymi z nich osobiście - stwierdził Ebenezar. - Uścisnąć kilka dłoni. Postarać się, żeby cię poznali. Uspokoić ich. Masz tylko kilka dni, ale jeśli się pośpieszysz, powinieneś zapewnić sobie poparcie wymagane do odrzucenia wniosku.
- Nie mogę tego zrobić - odparłem. - Musiałbym zaniedbać obowiązki Strażnika oraz Rycerza Zimy.
- Co takiego? - zdziwił się.
Opowiedziałem mu o swoim porannym spotkaniu z Ramirezem.
- Mam dbać o twoje bezpieczeństwo podczas spotkania i pośredniczyć w rozmowach z Zimą.
Staruszek zaklął pod nosem.
Większość moich sojuszników w Radzie Starszych miała zostać odesłana w tym samym momencie, gdy będę zajęty ochranianiem rozmów pokojowych. Spośród magów, którzy mnie znali, Ramirez i jego ludzie zapewne stanęliby po mojej stronie, ale oni także wybierali się na spotkanie.
- Ktoś mnie wrabia.
Ebenezar mruknął potakująco.
- Czy to Merlin? - spytałem. - To w jego stylu.
- Być może - odrzekł dziadek. - Z drugiej strony Cristos ostatnio bardzo się rządzi. Trudno powiedzieć, od kogo wyszedł ten pomysł.
Odwróciłem naleśnika. Gdybym nie spędził wielu lat w towarzystwie staruszka, nie zauważyłbym niczego dziwnego w tonie jego głosu, ale wypowiedział te słowa w taki sposób, że podniosłem wzrok. Powiedział "Cristos", lecz tak naprawdę miał na myśli...
- Czarna Rada - zgadłem.
Skrzywił się i rozejrzał po pomieszczeniu.
Czarna Rada działała w tajemnicy. Jacyś nieznani mi bliżej goście w środowisku magów od co najmniej dziesięciu lat poważnie bruździli w moim życiu. Nie znałem ich motywów ani tożsamości, ale nie ulegało wątpliwości, że są cholernie groźni. Mag Cristos został członkiem Rady Starszych w podejrzanych okolicznościach, które wskazywały na to, że Czarna Rada miała w niej swoje wpływy. Niekompetentna, rozkapryszona i zainteresowana wyłącznie własną polityką Biała Rada, była czymś fatalnym, lecz całkowicie normalnym, ale pod kierownictwem ludzi, którzy stawali na mojej drodze w ostatnich latach, mogła się zmienić w niewyobrażalny koszmar.
Kilkoro z nas postanowiło wspólnie do tego nie dopuścić. Jako że tajne stowarzyszenia działające w ramach Białej Rady uznawano za zarzewia spisków mających na celu jej obalenie, musieliśmy być wyjątkowo ostrożni. Zwłaszcza że rzeczywiście spiskowaliśmy przeciwko Białej Radzie, oczywiście dla jej dobra.
- Sprawdzam mieszkanie trzy razy dziennie, a elfy stale wypatrują szpiegów - zapewniłem. - Nikt nas nie podsłuchuje.
- Dobrze - odrzekł Ebenezar. - Masz rację. Niezależnie od tego, czy Cristos jest sługą Czarnej Rady, czy tylko ich marionetką, raczej nie ulega wątpliwości, że chcą się ciebie pozbyć.
- Nic nowego - stwierdziłem.
- Nie lekceważ ich - ostrzegł Ebenezar. - Czasami krzyżowałeś im plany, ale jeszcze nigdy otwarcie cię nie zaatakowali.
- Wygląda na to, że stanąłem im kością w gardle o jeden raz za dużo.
- Chcę powiedzieć, że cokolwiek się tutaj dzieje... twoje zniknięcie stało się dla nich priorytetem.
Przewróciłem kolejnego naleśnika. Tak nieudolnie, że część ciasta rozbryzgnęła się i rozmazała po blasze. Nie bałem się... ale Czarna Rada miała na koncie kilka przerażających wyczynów.
- Co o tym sądzisz? - spytałem.
- Myślę, że ci ludzie nie zamierzają ujawniać swoich planów - odrzekł. - Nie zdobędą się na bezpośredni atak, nie będą działali otwarcie, ale na pewno nie odpuszczą. - Zmrużył oczy. - To głosowanie jest burzą, która ma na celu odwrócić twoją uwagę.
- Więc mamy je zignorować?
- Burza może cię zabić, niezależnie od tego, czy zwracasz na nią uwagę - odpowiedział. - Musimy jakoś zareagować. Właśnie dlatego to tak skuteczna taktyka.
- Co powinniśmy zrobić?
- Nie skupiaj się nadmiernie na sytuacji, którą sprowokowali. Chcą, żebyś się na niej zafiksował i przegapił prawdziwy problem.
Skończyłem smażyć kolejnego naleśnika i przeniosłem pełny talerz na stół. Rozdzieliłem jedzenie i przez chwilę obaj posilaliśmy się w milczeniu.
- Smaczne - pochwalił.
- Dzięki.
Kiedy skończyliśmy śniadanie, mój mentor pokręcił głową.
- Zobaczę, co da się zrobić w sprawie głosowania. Tymczasem ty też rób wszystko, co konieczne.
- W jakim celu? - spytałem.
- Żeby przetrwać. - Ponownie zmrużył oczy. - Jak dotąd pod wieloma względami łatwo ci szło.
- Łatwo?
- Miałeś pewne problemy, ale zawsze odgrywałeś rolę Lancelota. Ruszałeś do walki z otwartą przyłbicą i odnosiłeś zwycięstwo.
- Nie zawsze - sprzeciwiłem się.
- Częściej niż inni byliby w stanie - odparł. - Też kiedyś taki byłem. Jak ty dzisiaj.
Cisza się przedłużała, ale nie próbowałem jej przerwać.
- Ale teraz wypływasz na głębsze wody, chłopcze. Stawka idzie w górę.
- To znaczy?
- Ostatnie kilka lat pokazało im, że nie są w stanie usunąć cię z drogi w bezpośredni sposób. Dlatego spróbują innych metod.
- Jakich? - spytałem.
- Staroświeckich - odrzekł znużonym tonem. - Znanych od wieków. Podejrzewam, że ktoś, kogo nie podejrzewasz, wbije ci nóż w plecy, Hoss.
Z głębi mieszkania dobiegł bardzo cichy odgłos, a staruszek zerwał się na nogi z szybkością kota. Zanim ruszył z miejsca, syknął coś pod nosem, a jego laska przeleciała przez cały pokój i wpadła mu do ręki.
- Hej, hej, hej! - zawołałem, wstając i rozkładając ręce. - Tylko spokojnie.
- Kto to? - spytał ostro i posłał mi surowe spojrzenie. - No kto?
- Właśnie nakarmiłem cię naleśnikami - mruknąłem. Jak bardzo spięty musiał być dziadek, skoro tak reagował? - Na gwiazdy i kamienie.
- Nie mów tak - odrzekł bardziej znajomym, gderliwym tonem. - Nawet nie wiesz, co to znaczy.
- Facet, od którego nauczyłem się tego powiedzenia, nie chciał mi powiedzieć - odparłem. - Czy mógłbyś wyluzować chociaż na pięć sekund? Proszę?
Popatrzył na mnie z niechęcią i lekko opuścił laskę.
- Niby dlaczego?
- Ponieważ wolałbym, żeby moja córka nie umarła ze strachu podczas pierwszego spotkania ze swoim pradziadkiem - odparłem.
Staruszek zamrugał. Dwukrotnie. Potem gwałtownie opuścił laskę.
- Co takiego? Ona tu jest? Była tutaj? Przez cały ten czas?
- Jest nieśmiała wobec nowych ludzi - wyjaśniłem cicho. - To dla niej trudne.
Spuściłem wzrok na Myszka i ruchem podbródka wskazałem drzwi sypialni. Potężny pies posłusznie wstał i podszedł do drzwi, by zapewnić dziewczynce wsparcie.
- Pozwoliłeś, żeby kręcił się przy niej wampir? - wyszeptał dziadek z oszołomioną miną.
- Maggie? - zawołałem cicho. - Wyjdź, proszę. Jest tutaj ktoś, kogo powinnaś poznać.
Drzwi lekko się uchyliły.
Zobaczyłem kawałek twarzy i jedno brązowe oko, które ostrożnie wyglądało przez szparę.
- Przedstawiam ci twojego pradziadka - powiedziałem cicho. - Nie tak to sobie wyobrażałem, ale jest jak jest - dodałem, zerkając na staruszka. - Wyjdź, skarbie.
Drzwi otworzyły się nieco szerzej. Mała wyciągnęła jedną rękę i odnalazła palcami futro Myszka. Wplątała dłoń w jego grzywę, a potem bardzo powoli pchnęła drzwi. Bez słowa i bez ruchu stanęła naprzeciwko Ebenezara.
- Maggie - odezwał się chrapliwym głosem. - Witaj, młoda damo.
Lekko skinęła głową.
Ebenezar odwzajemnił gest. Potem odwrócił się w moją stronę, a w jego oczach zapłonął gniew, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałem. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zanim zdążył to zrobić, posłałem mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Może wyjdziemy do ogrodu, żeby Myszek mógł rozprostować nogi - zaproponowałem.
- Dobrze - zgodziła się Maggie.
Staruszek wciąż torpedował mnie wzrokiem. Po chwili opanował się i zwrócił w stronę mojej córki z łagodnym uśmiechem.
- Brzmi wspaniale.
***
Stałem obok Ebenezara i patrzyłem, jak Maggie i Myszek bawią się z dziećmi ciemnych elfów.
Centrum olśniewającego ogrodu stanowiło kilka drzew rosnących na dziedzińcu ambasady. Wokół zasadzono trawę i kwiaty w eleganckich proporcjach, pozostawiając wystarczająco dużo wolnego miejsca, by dzieci mogły biegać i bawić się w chowanego. Dzieci ciemnych elfów to osobliwe istoty, którym szara skóra i ogromne oczy nadają uroczy wygląd. W ambasadzie mieszkała szóstka dzieciaków w wieku zbliżonym do Maggie i wszystkie uwielbiały Myszka, który bawił się z nimi w berka, lekko uskakując, obracając się i robiąc uniki, pomimo swojej masy.
W ogrodzie przebywało kilka ciemnych elfów. Trzymały od nas grzeczny dystans, fizyczny i psychologiczny, najwyraźniej wyczuwając napięcie pomiędzy mną a staruszkiem.
- Oszalałeś? - spytał mnie Ebenezar.
- Dokonuję wyboru - odparłem.
- Równie dobrze mógłbyś jej podarować koszulkę z tarczą strzelniczą. - Starał się mówić na tyle cicho, by nie usłyszały go dzieci. - Wychowując to dziecko blisko siebie, zmieniasz je w cel. Mój Boże, wampiry już o niej wiedzą.
- Długo przebywała w kryjówce daleko ode mnie - odrzekłem. - Nie wyszło jej to na dobre.
- Co było nie tak z domem Carpenterów? - spytał. - Nie licząc kwatery głównej w Edynburgu, trudno o lepiej chronione miejsce. Dlaczego jej tam nie zostawisz?
- Ponieważ jej ojciec tam nie mieszka.
Staruszek podniósł wzrok ku niebu, jakby prosił Najwyższego o cierpliwość.
- Głupiec z ciebie.
Zazgrzytałem zębami.
- Masz lepszy pomysł?
- Ona powinna być w bezpiecznym miejscu. Z dala od ciebie. Przynajmniej do czasu, aż ujawni się w niej talent magiczny i będziesz mógł ją nauczyć, jak się bronić.
- Zakładając, że to się kiedykolwiek wydarzy.
- Jeśli nie, zginie w naszym świecie.
Poczułem, że wzbiera we mnie złość.
- Rozumiem, że ty postąpiłbyś inaczej.
- Postąpiłem inaczej - odburknął. - Zadbałem o to, by twoja matka wychowała się z dala od zagrożeń związanych z moim życiem.
- I jak na tym wyszła? - spytałem. - Zapytajmy mamę. Och, chwileczkę, nie możemy. Przecież nie żyje.
Zapadła cisza. Miałem wrażenie, że światło słońca na chwilę przygasło. Ciemne elfy jeszcze bardziej się od nas oddaliły.
Głos staruszka przypominał cichy grzmot.
- Coś ty powiedział, chłopcze?
- Ona nie żyje - powtórzyłem z naciskiem. - Twoja córka, którą gdzieś ukryłeś, aby ją chronić, już nie żyje. Nie masz prawa rzucać we mnie kamieniem.
Ebenezar wyglądał jak posąg wyrzeźbiony ze starej kości słoniowej. Milczał.
- Potwory już próbowały zabić Maggie. A ja je powstrzymałem - oznajmiłem. - Jeśli spróbują ponownie, także je powstrzymam. Ona nie potrzebuje bezpiecznej kryjówki. Ale potrzebuje swojego taty.
- Jak śmiesz? - szepnął staruszek.
- Może nie jestem najlepszym rodzicem na świecie - odparłem. - Ale jestem tutaj. Jestem obecny w jej życiu. Tego nie da się zastąpić. Niczym. Tak było i będzie, zawsze.
- Ty idioto - rzucił Ebenezar przez zaciśnięte zęby. - Czy wiesz, do czego są zdolni twoi gospodarze?
- Potrafią dotrzymać słowa - odburknąłem.
- Chłopcze, nie prowokuj mnie.
- Dlaczego? Co zrobisz? Oddasz mnie do opieki społecznej? Oczywiście dla mojego dobra.
Głowa staruszka odskoczyła, zupełnie jakbym go spoliczkował.
- Mama umarła, kiedy przyszedłem na świat - ciągnąłem bezbarwnym głosem. - Tatę straciłem, kiedy szedłem do przedszkola. A ty zostawiłeś mnie samego.
Ebenezar odwrócił się ode mnie i przygarbił.
- Może wydawało ci się, że mnie chronisz - mówiłem dalej monotonnym tonem. - Ale jednocześnie mnie porzuciłeś. A to bolało. Pozostawiło blizny. Nawet nie wiedziałem o twoim istnieniu, a i tak byłem na ciebie wściekły. - Patrzyłem, jak dzieci gonią Myszka. Potrafił biegać godzinami bez zmęczenia. Wszyscy pysznie się bawili. - Ona już wystarczająco dużo przeszła. Nie skażę jej na taki los.
Kark i łysina dziadka poczerwieniały. Usłyszałem trzask jego knykci, gdy zacisnął silne dłonie w pięści.
- Chłopcze - warknął. - Coś ci się pomieszało. Nie wiesz, o czym mówisz.
- Jeden z nas z pewnością nie wie.
- Twoja matka nie żyje - odrzekł Ebenezar. - Twój ojciec też. Podobnie jak kobieta, która urodziła twoje dziecko. A ty jesteś wspólnym mianownikiem. Nie dostrzegasz tego? Nie widzisz, że trzeba odłożyć na bok własne uczucia?
Poczułem przypływ wściekłości i bólu, tak intensywny, że przez chwilę bałem się, że stracę nad sobą panowanie - i nie miało to nic wspólnego z mocą Zimy.
- Widzę małą dziewczynkę, która potrzebuje miłości ojca. Nie będę mógł jej tego dać, jeśli mnie przy niej nie będzie.
- Mylisz się.
- Być może - odparłem. - Ale to moje dziecko i moja decyzja.
Pokręcił głową.
- A skoro zauważyłem, że moje życie czasami przypomina kiepską meksykańską operę mydlaną, chciałbym, żebyś o czymś wiedział - dodałem.
- O czym?
- Myślę, że w tej chwili rozważasz porwanie jej i ukrycie w bezpiecznym miejscu. Jeśli to zrobisz, odbiorę ją. Nawet gdybym musiał cię w tym celu zabić.
Staruszek popatrzył na mnie z zasępioną miną.
Wytrzymałem jego spojrzenie. Nawet nie mrugnąłem.
- Dzieciaku - odezwał się z delikatnym szkockim akcentem. - Idziesz w stronę, w którą nie powinieneś.
- Nie pierwszy raz. I nie ostatni.
Wyzywająco uniósł brodę i zaczerpnął powietrza.
- Panowie - odezwał się ktoś głębokim, dźwięcznym głosem. - Przepraszam bardzo.
Obaj odwróciliśmy się w stronę intruza.
Stał przed nami ciemny elf ubrany w granatowy jedwabny garnitur. Był wyższy niż Austri i bardziej umięśniony. Miał spokojny i zdecydowany wyraz twarzy.
- Panowie, jesteście gośćmi w moim domu. Takie zachowanie jest co najmniej nieodpowiednie.
Zamrugałem i powoli się rozejrzałem. Zabawa w ogrodzie ustała. Dzieci ukryły się za plecami rodziców. Maggie stała w połowie drogi między innymi dziećmi a swoją rodziną. Opierała się na jednej nodze, jakby szykowała się do ucieczki i obiema rękami kurczowo ściskała grzywę Myszka. Wielki pies odgradzał nas od dzieci i patrzył na mnie z wyraźnym wyrzutem.
Chyba nie rozmawialiśmy tak cicho, jak nam się wydawało.
- Etri - odezwał się dziadek i skinął głową. - To... osobista rozmowa.
Etri, szef ambasady ciemnych elfów, posłał Ebenezarowi spojrzenie wyzbyte ze współczucia i zrozumienia.
- Porozmawiajcie w jakimś innym miejscu. Straszycie nasze dzieci. Dopóki jesteś w moim domu, McCoy, będziesz zachowywał się grzecznie i godnie.
To było stwierdzenie niepodlegające dyskusji, które nie dawało nawet najmniejszej nadziei na ustępstwo. Uniosłem brew, patrząc na ciemnego elfa. Wiedziałem, że jest bardzo szanowany w nadprzyrodzonej społeczności, co zazwyczaj wiąże się ze znaczną siłą, ale tylko głupiec szukałby konfrontacji z Ebenezarem McCoyem.
(Tak, zdaję sobie sprawę, co to oznacza; sam robiłem to przez ostatnie dziesięć minut).
Staruszek zaczerpnął powietrza, a potem się rozejrzał. Zatrzymał wzrok na Maggie i nagle uszło z niego powietrze. Zupełnie jakby za sprawą tych kilku zdań postarzał się o dziesięć albo dwadzieścia lat.
Zastanowiłem się nad tym, co powiedziałem w złości, i poczułem wstyd.
- Oczywiście - odrzekł dziadek. - Oficjalnie przepraszam, że nasza dyskusja wymknęła się spod kontroli i zakłóciła zabawę waszym dzieciom. Na tak niegodne zachowanie nie ma żadnego wytłumaczenia, dlatego proszę o wybaczenie.
- Tak - wtrąciłem się. - Zgadzam się. Ja również.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki