Rozdział I
Przekonanie
Właśnie się przekonuję, że mam dość swojego życia, faceta, zobowiązań, standardów i miłości.
Chcę od życia czegoś więcej.
I zagwarantuję to sobie z pewnością. Aż się wszyscy zdziwią.
Mam trzydzieści lat. Mam dom, pracę, którą kocham, wspaniałą córkę i... kogoś, kto nie daje mi tego, czego potrzebuję od życia. Kogoś, kto od lat nie zaspokaja moich potrzeb fizycznych, duchowych, mentalnych, łóżkowych - żadnych.
Oczywiście, po dwunastu latach razem można popaść w rutynę, ale to już jest coś więcej niż rutyna. To jest po prostu koniec miłości.
Każdego dnia przekonuję się o tym coraz bardziej, patrząc, jak leży na kanapie, z piwem w dłoni oglądając mecz.
Myślicie, że to banał?
Nie.
A jeśli nie wierzycie, zapraszam do mnie.
Jak widać, po dwunastu latach związku każde z nas ma swoją drogę i po swojemu przestaje się starać.
Choć ja nie przestałam. Ciągle jeszcze widzę w nim tego faceta sprzed lat - tego, którego pokochałam od pierwszego wejrzenia, tego, który mnie pochłonął, a któremu teraz... nawet nie staje na mój widok.
Też się zmieniłam, oczywiście, ale przecież mówi, że mnie kocha, że mu się podobam, że zdarłby ze mnie pończochy, które wkładam, ale jakoś nie zdziera.
Spoglądam na niego coraz mniej przychylnie. Miłość między nami dawno się skończyła, łączą nas dziecko, wspólne rachunki i jakieś chore przyzwyczajenie. A może lęk przed tym, co nieznane? Może ja się boję, że trafię gorzej? Może on też się tego boi?
Nie rozmawiamy ze sobą w ogóle. Tylko na powszednie tematy jak zakupy czy obiad. Nie planujemy już nawet wspólnych wakacji - on woli jechać na wieś, a ja zabieram córkę w góry albo nad morze.
Nie mam już dla niego czułości ani cierpliwości, nie mam ochoty się starać. I on ewidentnie też.
Kiedy ten dzban tak długo tę wodę nosi, miarka się przebiera i ucho się urywa. Woda się wylewa.
Koniec, kurwa, tego.
- Pakuj się. Albo ja się spakuję, bo mam tego dość.
- To chyba jedyne rozsądne wyjście. Ja też mam dość twoich pretensji o nic - odpowiada, robiąc ruch, jakby chciał otworzyć szafę i zaraz zacząć się pakować, ale w ostatniej chwili zabiera dłoń i obraca się w moją stronę.
Jestem nastawiona bojowo. Po tym, co się stało poprzedniego wieczora, mam ochotę go wyrzucić przez balkon.
- Co my robimy?
- Jak to co? Koniec już tego, mam tego dosyć, twojego ciągłego braku zainteresowania mną. Czy jestem nago, czy w pończochach, czy w dresie, wszystko ci jedno. Ale ja mam dopiero trzydzieści lat, nie zamierzam żyć jak mnich.
- Ciągle o tym samym. Najważniejszy jest seks. Reszta się nie liczy? - dopytuje się, ale znam tę gadkę na pamięć, jakbym była wróżką. - Zajmuję się naszym dzieckiem, jest ugotowane i posprzątane, zakupy są zrobione. Zamykasz się w tym swoim biurze i masz to gdzieś!
- Ja pierdolę, jaśnie panie, jakie poświęcenie! To tak samo twoje dziecko i twój dom! A to biuro, ten zakątek, pozwala nam żyć na poziomie, bo tam powstają moje dzieła.
- Jedno... kasa i seks. Masz rację, tego się nie da uratować. Wychodzę - mówi i naprawdę opuszcza sypialnię.
Wkłada buty, zabiera klucze, portfel i już go nie ma. I dobrze. Tyle razy już tak było, tyle razy płakałam, prosiłam... Ale teraz dość. Mam dość.
Po trzynastej odbieram córkę z przedszkola, pakuję ją do auta i jadę do mamy na wieś. Jest weekend, a ja mam do skończenia ważny rozdział, ale przez idiotę nie mogę się skupić. Myślę tylko o tym, czy naprawdę się wyniesie.
W moim rodzinnym domu mieszkają moja mama i brat, który właśnie rozstał się z żoną. Rozumiem ją - nikt by takiego olewania nie wytrzymał, ale nie odzywam się, widząc jego ciągle zbolałą minę. Może moja córka poprawi mu humor.
Przy kawie opowiadam mamie, co się stało, ale... kurwa. Mama się śmieje, bo mnie w ogóle nie rozumie.
- Ile razy już to przerabiałaś? I ciągle nie możesz się od niego uwolnić, choć masz wszystko, a inne kobiety nie mają nic. Masz mieszkanie, zarabiasz superpieniądze, masz rodzinę, która ci pomoże, dziecko w przedszkolu. Jesteś inteligenta, młoda i śliczna. Czego ty ciągle nie rozumiesz? Czego ciągle od niego chcesz? On się nigdy nie zmieni, doskonale o tym wiesz.
Tak, moja mama ma rację. Ona miała podobną sytuację z tatą - i nie miała jak się uwolnić. Chociaż... kiedy zmarł tak nagle, zdała sobie sprawę, że mimo wszystko go kochała. A ja Marcina nie kocham. Już nie.
Mój brat zabiera moją córkę na przejażdżkę do sklepu.
Mówi, że zabierze też swojego syna po drodze - moja bratowa mieszka kilka wsi dalej, u swojej mamy - i przywiezie go na noc, to będzie im raźniej.
Zabieram laptop na werandę, podpinam słuchawki i siadam do pracy.
Jestem pisarką.
Piszę powieści dla dorosłych, z nutą erotyki, kryminału i thrillera. Mój debiut okazał się sukcesem rok przed moją trzydziestką i teraz muszę pracować jak szalona, bo czytelnicy domagają się ciągle czegoś nowego, zaskakującego, lepszego.
Trochę ostatnio popadłam w kryzys i moja najnowsza powieść nie zapowiada się tak wspaniale, jak cztery poprzednie. Nie jestem zadowolona z takiego obrotu spraw, moja redaktorka i przyjaciółka też nie, ale muszę dokończyć tę książkę, inaczej Iwona mnie udusi, a może kiedy historia połączy się w całość, będzie bardziej... będzie po prostu lepiej wyglądać.
Moja redaktorka mówi, że potrzebuję nowych bodźców, żeby pisać powieść erotyczną. Czegoś świeżego, najlepiej zakazanego.
Może ma rację. Ale od dwunastu lat jestem z jednym facetem, który interesuje się mną góra raz na miesiąc, bez gry wstępnej, bez przygotowania, bez orgazmu. To jakie ja mam mieć bodźce?
W końcu jednak nadchodzi dzień, kiedy jej słucham. Mojej mentorki.
Wybieram się wieczorem do klubu, by poobserwować, jak napaleni faceci zaczepiają laski, mnie też zaczepiają, choć nie daję żadnych znaków - w tym klubie to raczej zbędne. Nawet to mi niewiele pomaga. Nie piszę erotyku dla samego erotyku - żadne tam wyuzdane porno, a raczej wyuzdana miłość, która połączy dwoje ludzi. A tego raczej nie spodziewałam się znaleźć w jakimkolwiek klubie go-go.
Przez cały wieczór z trudem udaje mi się cokolwiek napisać i nawet tego nie przeczytawszy, odsyłam do Iwony - niech ona dalej się z tym szarpie.
Mój narzeczony nie dzwoni przez weekend. Dobrze wie, gdzie jestem.
I mam nadzieję, że już się spakował. Dosyć, kurwa, tego.
Ale kiedy wracam do domu w niedzielę wieczorem, widzę, że ciągle tu jest, i wygląda na to, że nigdzie się nie wybiera. Nie odzywam się do niego. Idę się wykąpać, a potem córkę, robię nam kolację, szykuję ją do przedszkola, usypiam i idę do sypialni.
Marcin się nawet nie stara - nie zna słowa "przepraszam", nie umie obiecać, że się zmieni. A ja mam tego po dziurki w nosie.
Z nudów przeglądam Internet. Wszystkie portale społecznościowe, media, wiadomości, nowości wydawnicze i moje recenzje. A tam... pojawia się reklama. I jest to reklama aplikacji randkowej - poznajmy się, pokochajmy się, sra ta, ta, ta.
Po raz pierwszy od jakiegoś czasu moje serce drży. To jest to, czego potrzebuję. To jest mój bodziec. Poznam kogoś, polubię, pogadam, poflirtuję, pożartuję.
Wchodzę na stronę aplikacji i najpierw czytam instrukcję, bo nie jestem pewna, czy taki zacofaniec w kwestii technologii jak ja poradzi sobie z obsługą, ale wychodzi na to, że to nic trudnego.
Rejestracja trwa pięć minut.
Imię, wiek, płeć, zodiak, zainteresowania, po co tu jesteś. Jakby to były najważniejsze pytania świata. Jakby miało znaczenie, ile masz lat i co robisz w życiu.
I pewnie dla innych ma.
Lena, trzydzieści, kobieta, Skorpion, dobra książka, poznać nowych ludzi. Taki algorytm wpisuję w formularzu, po którym będą ocieniać mnie inni.
Przechodzę dalej. A dalej już pytania o różne inne sprawy.
Co lubię robić w wolnych chwilach, czym się interesuję - wszystko tak skonstruowane, żeby odpowiedzieć jednym słowem, które ewentualnie dopasuje mnie do mojej bratniej duszy.
Nie mogę powstrzymać śmiechu. Zajebiste dopasowanie, nie ma co.
Kolejny etap. Jedno zdanie o sobie. Myślę, co napisać. Znam różne mądre sentencje, ale czymś takim raczej nie przyciągnę mężczyzn.
A więc. Może...
Tylko seks.
Enter.
Okej, zobaczymy, co dalej. Trzeba zawęzić obszar poszukiwań. Wpisuję zatem Lublin, duże miasto wojewódzkie, tak na wszelki wypadek, żeby jacyś znajomi mnie nie rozpoznali. Potem określam przedział wiekowy. Mmm... może od dwudziestu dziewięciu do trzydziestu dziewięciu. Na pewno wystarczy. Enter. Jest. Moje pierwsze konto na portalu randkowym.
Jeśli myślę, że to koniec, jestem w błędzie.
Dodaj zdjęcie.
Mhm, właśnie się zastanawiałam, czemu tego nie ma.
Szukam czegoś naprawdę ekstra w mojej galerii i znajduję zdjęcie, które zostało wydrukowane rok wcześniej w mojej debiutanckiej książce. Jest sexy. Gdy patrzę w te obce oczy, mój wzrok przewierca na wylot. Jest zachłanny i przyciągający. Kuszący. To wystarczy.
Dodaję zdjęcie, czekam, aż się załaduje, i moje konto jest już gotowe. Korzystam jeszcze z drugiej zakładki, mojej instrukcji obsługi, która wyjaśnia mi, gdzie mam szukać; kogo i jak podejrzeć; jak wysłać serduszko, kiedy ktoś mi się spodoba, i tak dalej.
Nie wchodzę w żaden profil. Jestem tchórzem. Mimo wszystko zachowuję jeszcze resztki lojalności wobec mojego narzeczonego, którego chrapanie słyszę z salonu.
Muszę to jeszcze raz przemyśleć. Jeśli wejdę, zacznę pisać, może flirtować, nie będzie odwrotu. Może kogoś poznam, może ten ktoś będzie mi prawdziwie bliski. Właśnie dlatego muszę jeszcze raz pomyśleć.
Ale ta aplikacja nie daje mi spokoju. Próbuję zasnąć i nie mogę. Ciągle widzę, jak coś mi mruga w telefonie, jakieś zielone światełko, aż się wkurzam i wyłączam komórkę.
Śni mi się coś. Zazwyczaj nic mi się nie śni albo tego nie pamiętam. Ale mój dzisiejszy sen to... nowa książka... nowy sukces. Mam, kurwa, koncepcję.
To wszystko teraz będzie moje. Przekonanie staje się wyraźniejsze. Z każdym ułamkiem sekundy.