Rozliczenie z imperium. Przemilczana historia brytyjskich obozów w Kenii - Caroline Elkins


Reflow text when sidebars are open.
Ukończenie tej książki zajęło mi niemal dziesięć lat; lista osób, które wsparły mnie intelektualnie, praktycznie i osobiście, rozrosła się w tym czasie do pokaźnych rozmiarów.
Projekt ten rozpoczął się w 1995 roku, moja miłość do historii Afryki pojawiła się jednak znacznie wcześniej, podczas studiów licencjackich w Princeton. Tam właśnie po raz pierwszy spotkałam Boba Tignora, który zainspirował mnie, by pójść jego ścieżką zawodową, i nigdy tej decyzji nie żałowałam. Przez wiele lat Bob był dla mnie kierunkowskazem, służąc zachętą, życzliwą krytyką i zawsze dobrym przykładem. Podczas badań, jakie prowadziłam na potrzeby tej książki, miałam przyjemność spędzić wraz z nim niemal rok w Archiwum Akt Publicznych w Londynie, gdzie pracował nad własnym projektem. Razem spędziliśmy wiele godzin przy lunchach i w komunikacji miejskiej, rozmawiając o historii afrykańskiej i imperialnej, ale też o rodzinie, polityce i wynikach sportowych w naszym kraju. Bob czytał kolejne wersje robocze tej książki, służąc swoją mądrością i pomocą. Zawsze będę jego dłużniczką.
Całość badań i pracy nad książką została wykonana w czasie, gdy byłam na Uniwersytecie Harvarda, najpierw jako studentka, a potem pracownik Wydziału Historii. Rekonstrukcja okresu historycznego, który w dużej mierze został usunięty z oficjalnych archiwów, wymaga dużo czasu i środków. Harvard hojnie podarował mi jedno i drugie. Przyjechałam do Cambridge w roku 1994, głównie po to, żeby pracować pod kierunkiem Leroya Vaila, którego badania dotyczące historii i tradycji oralnej, a także ruchu oporu, były przełomowe. Podobnie jak Bob, Leroy inspirował mnie swoim przykładem, starając się jednocześnie poskromić nieortodoksyjny intelekt swojej magistrantki. To Leroy był przekonany o wadze tego projektu i to on uważał, że muszę być w swych badaniach niezwykle uważna i dokładna. Nalegał, abym doskonaliła znajomość języków, jechała w teren i rozmawiała z ocalałymi. Mówił mi, że to jedyny sposób, abym zrozumiała historię z perspektywy Afrykanów. Niestety, Leroy nie dożył końca moich badań. Podczas pracy w terenie pewnego ranka w Nairobi odebrałam telefon i dowiedziałam się, że przegrał bohaterską walkę z chłoniakiem. Gdy jednak pisałam tę książkę, jego ręka wielokrotnie wskazywała mi kierunek, zostawiając ślady na wielu stronach.
Jestem głęboko wdzięczna wielu innym osobom z Uniwersytetu Harvarda. Emmanuel Akyeampong był od początku prawdziwym przyjacielem i wiernym sympatykiem tej książki, najpierw jako nauczyciel, teraz jako kolega. Susan Pedersen służyła rozsądną radą, surową krytyką i wielką przyjaźnią. Jestem też wdzięczna Liz Cohen, która na kilku etapach mojej pracy dostarczyła mi bezcennych rad i wsparcia. Muszę też przyznać, że osoby zajmujące się studiami afrykańskimi na Uniwersytecie Harvarda to najbardziej dopingująca grupa ludzi, jaką młody naukowiec może sobie wymarzyć. Wszyscy byli niezwykle wyrozumiali dla moich nieobecności związanych z pracą nad książką, a nawet, co jeszcze bardziej niezwykłe, uważali, że powinnam być zwolniona z obowiązków dydaktycznych i administracyjnych, aby historia obozów w Kenii trafiła wreszcie do druku. Bob Bates, Suzanne Blier, Skip Gates, Ulla Larsen, Suzanne Grant Lewis, John Mugane, Pauline Peters, Kay Shelemay, Lucy White i oczywiście Emmanuel - "dziękuję" to za mało.
Jestem również wdzięczna licznym przyjaciołom i kolegom spoza uniwersytetu, którzy wspomogli moje badania i pracę nad książką. Pierwszy na tej liście jest John Lonsdale, którego wkład w tę publikację, nie mówiąc o moim rozwoju umysłowym, jest trudny do opisania. Jest on najzdolniejszym uczonym, jakiego znam, łączącym błyskotliwość z nieprawdopodobną życzliwością. Bez niego ta książka nie byłaby tym, czym jest. Pragnę również podziękować kilku innym afrykanistom, którzy służyli mi radą, czytali wersje robocze i, co najważniejsze, wypili ze mną sporo drinków przez te wszystkie lata. Są to: Jocelyn Alexander, Dave Anderson, Zayde Antrim, Kelly Askew, E.S. Atieno Odhiambo, Bruce Berman, Chloe Campbell, Marshall Clough, Jean Hay, Kennell Jackson, Joanna Lewis, Julie Livingstone, Meredith McKittrick, Joe Miller, Kenda Mutongi, Jeanne Penvenne, Derek Peterson, Bill Rich, Sara Rich, Parker Shipton, Megan Vaughan, Richard Waller i Diana Wylie. Ogromną wdzięczność chcę wyrazić Terence'owi Rangerowi, który pomógł mi podczas moich badań w Oksfordzie i podobnie jak Leroy nalegał, by w pracy tej znalazło się jak najwięcej miejsca dla głosów Afrykanów. Jestem zobowiązana Johnowi McGhie, Giselle Portenier i całej ekipie produkcyjnej BBC, która przeniosła wynik moich badań na ekran, realizując w 2002 roku film Kenya: White Terror. Przez cały czas produkcji i montażu John i Giselle dokładali wszelkich starań, aby przekazać prawdę, a ja zyskałam nowe rozumienie siebie i swoich badań. Chciałabym także podziękować Anne Perkins, która pod koniec mojej pracy przybliżyła mi powojenną politykę Partii Pracy. Szczere podziękowania pragnę wyrazić Sharon Sundue, mojej najbardziej lojalnej i zaufanej przyjaciółce, przy tym znakomitej historyczce.
Moja asystentka podczas badań, Terry Wairimu była nieustannym źródłem pomocy, wiedzy i przyjaźni. Spotkałyśmy się jesienią 1998 roku i rozpoczęłyśmy naszą odyseję w poszukiwaniu ocalałych w całym kraju. Podczas naszych długich podróży samochodem Terry ani razu nie skarżyła się na moje jeżące włos na głowie umiejętności kierowcy. Ze stoickim spokojem siedziała na miejscu dla pasażera i rozmawiała ze mną o historii Kikuju, polityce i kulturze, podczas gdy ja omijałam dziury na drodze i wyprzedzałam samochody na zakrętach. Razem spędziłyśmy długie dni w terenie, często nie wiedząc, gdzie będziemy spać czy jeść, napędzane naszą wspólną chęcią odzyskania przeszłości kraju Kikuju. Po pierwszym roku prowadzenia wywiadów Terry i ja pracowałyśmy dalej wspólnie nad tym projektem i kilkoma innymi, rozmawiając nie tylko o pracy, ale też o naszych dzieciach i życiu. Nasza przyjaźń jest jednym z najważniejszych produktów ubocznych badań, które stanowią podstawę tej książki, i - mam nadzieję - przetrwa do końca życia.
W ciągu tych kilku lat spotkałam w Kenii wiele innych osób, które mnie wspierały, dodawały mi otuchy, poprawiały humor i pomogły wytrwać. Za każdym razem, gdy jestem w Nairobi, mam tam prawdziwy dom dzięki Alice, Jonathanowi, Sylvie i Nico Campaigne. Zawsze witają mnie z otwartymi ramionami, pomimo że pracuję po nocach, a po dniach spędzonych poza miastem zostawiam na podłodze odciski czerwonego pyłu. Njoroge Mungai, Christina Cole oraz Petal i David Allen także zaoferowali mi wielką przyjaźń, a także bogactwo informacji o Kenii, obecnej i przeszłej. Wreszcie rodzina Notingham - John, Christopher, Muthoni, Fiona, Mjambi i świętej pamięci Richard służyli przyjaźnią, mądrością i niekończącym się wsparciem logistycznym, zwłaszcza podczas moich licznych kolejnych podróży badawczych w ostatnich latach. Im wszystkim pragnę wyrazić największą wdzięczność i szacunek.
W trakcie moich badań pozyskałam finansowanie od kilku instytucji, między innymi stypendium im. Franka Knota, stypendium Europejskich Fundacji Kruppa, stypendium J. Williama Fulbrighta, Rady Badań Nauk Społecznych, stypendium badawcze dla autorów międzynarodowych prac badawczych, stypendium dla badaczy języków obcych i obszarów zagranicznych, Funduszu Cooke'a Uniwersytetu Harvarda, Centrum Spraw Międzynarodowych Weatherhead i Komitetu Badań Afrykańskich Uniwersytetu Harvarda. Ponadto chciałabym podziękować mojemu wydziałowi za to, że zgodził się na moją tak długą nieobecność związaną z badaniami i pisaniem książki.
Pracownicy kilku archiwów i bibliotek byli bardzo pomocni na różnych etapach mojej pracy. Dziękuję szczególnie Musili Musembiemu i całemu personelowi Kenijskiego Archiwum Państwowego w Nairobi. Niezwykle pomogli mi bibliotekarze i archiwiści w Rhodes House Library w Oksfordzie; Archiwum Akt Państwowych w Londynie; w British Museum w Colindale; w Seeley Historical Library w Cambridge; w Szkole Studiów Orientalnych i Afrykańskich w Londynie; w Kościele prezbiteriańskim Afryki Wschodniej w Nairobi; w Imani House w Nairobi; w Bibliotece Uniwersyteckiej w Nairobi; w Macmillans Library w Nairobi i Widener Library w Cambridge, Massachusetts.
Nie skończyłabym tej książki, gdyby nie rok spędzony w Radcliffe Institute for Advanced Study. Tam właśnie Drew Faust, Judy Vichniac i ich pracownicy stworzyli mi warunki do pracy rodem z utopii. Wschodząc do swojego biura w Radcliffe we wrześniu 2003 roku, po raz pierwszy zyskałam własne miejsce pracy poza domem i swoim wydziałem. Fenomen Radcliffe to jednak coś znacznie więcej niż spokój, jaki oferuje swoim stypendystom. To prawdziwa społeczność badaczy, pisarzy, naukowców i artystów, którzy wspierają się w swoich przedsięwzięciach, delikatnie popychając się nawzajem na drodze do wyznaczonego celu i ciesząc z sukcesów. Pozostali stypendyści wiedzieli w jakiś niezwykły sposób, kiedy trzeba zostawić mnie samą z moją pracą, a kiedy należy mnie nachodzić i oferować dobre rady. Choć jestem wdzięczna wszystkim, chciałabym szczególnie serdecznie wyrazić podziękowanie i podziw dla tych, którzy czytali różne wersje tej książki, wnosząc swoje wnikliwe przemyślenia, a co najważniejsze, dając mi oparcie podczas owych długich, trudnych dni, kiedy ją pisałam. Są wśród nich Amy Bach, Susanna Blumenthal, Jennifer Cole, Jean Comaroff, John Comaroff, Susan Eckstein, Anne Fessler, Jane Gaines, Jacquelyn Dowd Hall, Jennifer Harbury, Darlene Clark Hine, Chris Jones-Pauly, Jennifer Knust, Soledad Loaeza, Susan Moller Okin, Katy Park i Irene Winter. Chciałabym także podziękować mojej współbadaczce z Radcliffe, Jennifer Kinloch, oraz Liz Thornberry za pomoc w badaniach i rady redakcyjne. Specjalną wdzięczność chciałabym wyrazić Lindzie Hess, która wielokrotnie służyła mi czasem i wiedzą.
Kilka osób miało okazję zapoznać się z tą książką jeszcze przed publikacją, ale już w formie j zbliżonej do ostatecznej. Moja agentka Jill Kneerim wierzyła we mnie i w moje zamierzenie od chwili, gdy się poznałyśmy. Każdy autor powinien mieć takiego rzecznika jak Jill, która posuwała do przodu ten projekt z wielką gracją i entuzjazmem. Pragnę jak najszczerzej podziękować jej i wszystkim jej pracownikom w agencji Kneerim and Williams. Vanessa Mobley, moja redaktorka z wydawnictwa Henry Holt, była ze mną przez cały czas powstawania tej pracy, wnikliwie krytykując, a zarazem nieustannie podtrzymując na duchu. Jej przywiązywanie wagi do szczegółów i dążenie do doskonałości wniosły bardzo wiele do tej książki. Dziękuję także zespołowi wydawnictwa, który doprowadził do tego, że książka odniosła sukces, a więctakim osobom, jak: John Sterling, Maggie Richards, Elisabeth Shreve, Denise Cronin i Daniel Reid. Redaktor Will Sulkin z wydawnictwa Jonathan Cape wniósł bezcenne uwagi i wsparcie - za co jestem mu bardzo wdzięczna. Mój najsurowszy krytyk, wujek Jake, przeczytał każdą stronę tej książki i bez ogródek mówił mi, co należy poprawić, a co wyrzucić. Z całą pewnością dzięki jego wielokrotnym interwencjom za pomocą czerwonego długopisu, książka ta stała się znacznie lepsza.
Są jeszcze dwie grupy ludzi, którym jestem winna coś więcej niż wdzięczność. Pierwsza z nich to setki kobiet i mężczyzn, którzy przeżyli w obozach i wsiach i tak wspaniałomyślnie wpuścili mnie do swojego życia, domów i dzielili się ze mną niezliczonymi posiłkami. Chciałam wyrazić swój najgłębszy podziw i podziękować za odwagę, z jaką zgodzili się powrócić do okresu z przeszłości, który, jak wielu z nich mówi, dziś jest równie bolesny jak pięćdziesiąt lat temu.
Wreszcie - moja rodzina. Cokolwiek bym powiedziała czy zrobiła, nie będzie to w stanie oddać mojej wdzięczności za ich zrozumienie, wsparcie i miłość, jaką dawali mi przez te wszystkie lata. Ostatni etap pisania był szczególnie trudny dla wszystkich wokół mnie. Nie było mnie całymi dniami, a niekiedy tygodniami. Mój mąż Brent nie tylko przejął obowiązki domowe, ale też dopingował, mówiąc, żebym napisała tak dobrą książkę, jak tylko jestem w stanie. Pod jego dobrą opieką nasi dwaj mali synowie Andy i Jake świetnie dawali sobie radę mimo mojej nieobecności, a cała trójka dokładnie wiedziała, kiedy należy odciągnąć mnie od pracy, abym mogła się pośmiać i odpocząć w ich radosnym towarzystwie. W najtrudniejszych momentach wkraczała moja mama, znana jako Mimi, i ratowała nas domowymi posiłkami i godzinami opieki nad dziećmi. Mary Lalli (Dos Mimi) nie pozostawała z tyłu, oferując swoje smakowite dania i wesołe towarzystwo. Nie jestem pewna, kto z nich był najbardziej szczęśliwy, gdy wreszcie ukończyłam tę książkę. Wiem jednak, że z nich wszystkich to Brent uniósł lwią część naszego prywatnego życia, jednocześnie z własnymi obowiązkami zawodowymi, i nigdy nie usłyszałam od niego słowa skargi. Oprócz tego, że jest moim mężem, jest po prostu najwspanialszym człowiekiem na świecie.
Gdy zaczynałam badania latem 1995 roku, nie spodziewałam się, że niemal dziesięć lat później będę pisała książkę o zagładzie w kolonialnej Kenii i energicznych próbach zatajenia tego faktu przez Wielką Brytanię. Byłam wówczas absolwentką Uniwersytetu Harvarda, zafascynowaną historią powstania Mau Mau, wywołanego przez największą grupę etniczną w Kenii, plemię Kikuju, które wskutek kolonizacji zostało pozbawione części swoich ziem. Od początku wojny, która wybuchła w październiku 1952 roku, wśród białych osadników w kolonii i w ich rodzinnej Anglii szerzyły się opowieści o brutalności powstańców. Przedstawiano ich jako barbarzyńską, antyeuropejską i antychrześcijańską sektę, która posługuje się taktyką prymitywnego terroru, aby przeszkodzić w brytyjskiej misji cywilizowania Kenii.
Mau Mau pozyskali na początku lat pięćdziesiątych uwagę nie tylko Wielkiej Brytanii i Wspólnoty Narodów, ale też Stanów Zjednoczonych, Europy Zachodniej i bloku sowieckiego. "Life" i inne czasopisma zamieszczały rozkładówki z fotografiami dowodzącymi ich bestialstwa, drastycznie kontrastujące ze zdjęciami brytyjskich kolonistów. Chociaż powstańcy twierdzili, że walczą o ithaka na wiyathi, czyli ziemię i wolność, niewielu ludzi w świecie zachodnim brało na poważnie żądania "dzikusów". Byli traktowani bynajmniej nie jak bojownicy słusznej sprawy, tylko jak pospolici przestępcy, których jedynym celem było terroryzowanie miejscowych Europejczyków.
Brytyjczycy przygotowali dwie jednoczesne odpowiedzi na tę rewoltę. W ustronnych górskich lasach trwała ofensywa sił bezpieczeństwa przeciw prawie dwudziestu tysiącom partyzantów Mau Mau. Na tym trudnym terenie potrzeba było ponad dwóch lat i dwudziestu tysięcy brytyjskich żołnierzy, żeby przejąć kontrolę nad powstańcami, uzbrojonymi w broń domowej produkcji i niemającymi żadnej zewnętrznej pomocy.
Druga, dłuższa kampania prowadzona była przeciwko znacznie liczebniejszemu wrogowi cywilnemu. Brytyjczycy i wspierający ich afrykańscy lojaliści zwrócili się przeciw półtoramilionowej grupie Kikuju, których podejrzewano o złożenie przysięgi Mau Mau i zobowiązanie się do walki o ich idee. Polem bitwy był potężny system obozów koncentracyjnych, gdzie urzędnicy kolonialni przetrzymywali podobno prawie osiemdziesiąt tysięcy powstańców z plemienia Kikuju.
Siłą rzeczy obozy te wydały mi się kuszącym tematem dysertacji, zwłaszcza że nikt wcześniej nie napisał o nich żadnej książki. Przystąpiłam zatem w 1995 roku z wielkim zapałem do badań. Rozpoczęłam od wstępnego przejrzenia oficjalnych archiwów w Londynie; teczki pełne zakurzonych żółtych fiszek i sprawozdań opowiadały atrakcyjną historię brytyjskiej misji cywilizacyjnej podczas ostatnich lat kolonialnych rządów w Kenii. W świetle tych dokumentów celem obozów koncentracyjnych było nie represjonowanie zbuntowanych Kikuju, lecz edukowanie ich. Za drutem kolczastym urzędnicy kolonialni udzielać mieli więźniom lekcji edukacji obywatelskiej i rękodzieła; przygotowywali powstańców do objęcia w przyszłości rządów w Kenii. Władze kolonii donosiły o jednostkowych przypadkach - czy też, jak je nazywano, "incydentach" - brutalności wobec więźniów, ale zapewniały, że były to odosobnione zdarzenia. Na tym wczesnym etapie badań nie miałam zbyt wielu zastrzeżeń co do prawdziwości historii, jaka powoli wyłaniała się z oficjalnych archiwów brytyjskich. Kiedy zimą 1997 roku przedstawiałam na swoim wydziale plan dysertacji, zamierzałam napisać historię sukcesu brytyjskiej misji edukowania Kenijczyków w obozach koncentracyjnych.
Wróciłam do Wielkiej Brytanii, a potem ruszyłam do Kenii, by wyczerpująco zbadać oficjalne dokumenty kolonii. Wkrótce zaczęłam kwestionować swój pierwotny pogląd na obozy i brytyjski rząd kolonialny. Odkryłam, że w Public Record Office (Archiwum Akt Publicznych) w Londynie i w kenijskim Archiwum Państwowym brakuje bardzo wielu akt dotyczących obozów koncentracyjnych lub że nadal są utajnione, chociaż od wojny Mau Mau minęło niemal pół wieku. Brytyjczycy niezwykle skrupulatnie przechowywali dokumenty w Kenii i w innych krajach imperium, braki w archiwaliach wydawały się zatem podejrzane. Dowiedziałam się, że władze kolonii celowo niszczyły papiery w ogromnych ogniskach w przeddzień swojej ewakuacji z Kenii w roku 1963.
Aby zrozumieć skalę tej czystki, wystarczy zdać sobie sprawę, że aż trzy różne departamenty prowadziły indywidualne teczki dla każdego z osiemdziesięciu tysięcy więźniów w obozach. Oznacza to, że w oficjalnych archiwach powinno znajdować się co najmniej dwieście czterdzieści tysięcy teczek. Spędziłam wiele dni, szukając ich w katalogach profesjonalnie oziębłego Public Record Office i na zakurzonych, ale uporządkowanych półkach kenijskiego Archiwum Państwowego. Udało mi się wygrzebać jedynie kilkaset dokumentów w Nairobi, w Londynie zaś zostałam z pustymi rękami.
Po latach przeczesywania tego, co zachowało się w publicznych archiwach, odkryłam, że Brytyjczycy czyścili teczki według pewnego schematu. Dokumenty ministerstw i departamentów, które miały do czynienia z ciemną stroną obozów, były dość starannie przetrzebione, natomiast te, które odwoływały się do edukacji więźniów czy brytyjskiej misji cywilizacyjnej, przetrwały w lepszym stanie. Trudno było uznać to za przypadek i zrozumiałam, dlaczego pierwsze pobieżne czytanie oficjalnych dokumentów w Londynie wytworzyło w mojej wyobraźni obraz stosunkowo łagodnego systemu przetrzymywania więźniów w kolonialnej Kenii.
Nawet w najbardziej skrupulatnych czystkach często nie udaje się jednak zniszczyć wszystkich obciążających dowodów. Spędziłam kilka lat, przeglądając dokument za dokumentem i szukając jakichkolwiek wzmianek o obozach. Czasami nie udawało mi się nic znaleźć; kiedy indziej trafiałam na strzępy informacji, które dodawałam do rosnącego stosu dowodów. Była to nudna i niekiedy frustrująca praca, z trudem udało mi się chociażby zidentyfikować istniejące obozy - nie zachował się ani jeden dokument wymieniający je wszystkie - i zrekonstruować strukturę władz odpowiedzialnych za ich bieżące funkcjonowanie. Często byłam już znużona swymi nielicznymi znaleziskami, ale wtedy nagle wpadało mi w ręce coś, co stanowiło kolejny mały fragment układanki. Szczęśliwie parę razy napotkałam na całe teczki z bogatą dokumentacją, na przykład pękające od listów pisanych przez więźniów do wysokiej rangi urzędników. W listach tych zatrzymani żywo opisywali, jak wygląda ich życie za drutem kolczastym, co podważało tezę, że brytyjskie obozy służyły edukacji.
Pozostałe odkrycia nie pochodziły z jakiegoś jednego świadectwa czy teczki archiwalnej, były raczej wynikiem kumulacji kolejnych znalezisk. Z czasem posiadłam dodatkowy zmysł, który włączał się, kiedy coś wydawało mi się nie w porządku. Na przykład już sama liczba więźniów wspomnianych w dokumentach spowodowała, że oficjalne osiemdziesiąt tysięcy wyglądało coraz bardziej podejrzanie. Przy bliższym przestudiowaniu okazało się, że Brytyjczycy przedstawiali mylące liczby zatrzymanych, podając "średnie dzienne" czy też "netto" zamiast "brutto". Innymi słowy, oficjalne statystyki nie uwzględniały tych więźniów, którzy zostali uwięzieni wcześniej i już wypuszczeni. Przeglądając ponownie dokumenty i porównując dane o przyjęciu i wypuszczeniu z obozu, stwierdziłam, że liczba zatrzymanych była co najmniej dwa albo - co bardziej prawdopodobne - cztery razy większa niż podawana, czyli zawierała się między sto sześćdziesiąt a trzysta dwadzieścia tysięcy. Coś innego mnie jednak niepokoiło. Większość populacji obozów koncentracyjnych stanowili mężczyźni, kobiet było tam zaledwie kilka tysięcy, chociaż wiele dokumentów wskazywało na ich zaangażowanie w ruch Mau Mau i istotną rolę w jego wspieraniu. Zorientowałam się wkrótce, że Brytyjczycy więzili kobiety i dzieci nie w oficjalnych obozach, tylko w prawie ośmiu tysiącach zamkniętych wsi rozproszonych na całym terenie zamieszkanym przez Kikuju. Wsie te były otoczone rowem z wbitymi palami, drutem kolczastym i wieżami strażniczymi. Oprócz nazwy były w stu procentach obozami koncentracyjnymi. Gdy dodałam wszystkich Kikuju przetrzymywanych w tych wsiach do przybliżonej liczby więzionych w obozach, doszłam do wniosku, że Brytyjczycy pozbawili wolności jakieś półtora miliona ludzi, czyli prawie całą ludność Kikuju.
Samo to odkrycie nie wystarczyło, by zrekonstruować pełną historię brytyjskich obozów w kolonialnej Kenii. Fragmentaryczne dokumenty z oficjalnych archiwów trzeba było obudować innymi materiałami - tekstami i obrazami z prywatnych zbiorów, a także z archiwów misji i gazet. Musiałam też odnaleźć jak najwięcej osób, które osobiście doświadczyły rzeczywistości obozów koncentracyjnych. Będąc w Kenii w 1998 roku, kupiłam stare subaru kombi i wraz z moją asystentką Terry Wairimu wyruszyłam do samego serca kraju Kikuju w Prowincji Centralnej w poszukiwaniu osób, które przeżyły i chciałyby opowiedzieć nam o swoim pobycie w obozach i wsiach za drutem kolczastym.
Rozmowy ze starszymi kobietami i mężczyznami z plemienia Kikuju były początkowo trudne. Często przedstawiali im mnie młodzi - dzieci, siostrzeńcy czy bratankowie, których spotkałam w Nairobi i prosiłam o zabranie na prowincję, abym mogła zobaczyć się z matką, ojcem, ciotką lub wujem, którzy przeżyli obóz lub więzienie w strzeżonej wsi. Z początku dawni więźniowie byli nieufni. Niektórzy myśleli, że jestem katolicką zakonnicą i chcieli, żebym pobłogosławiła im bydło. Inni podejrzewali, że jestem Brytyjką, i milczeli, dopóki nie przekonałam ich, że przyjechałam z Ameryki. Było to moje pierwsze zetknięcie z wyraźną wrogością - skutkiem brytyjskich rządów kolonialnych na tych ziemiach - wrogością, która utrzymuje się do dziś.
Wraz z Terry mieszkałyśmy całymi dniami, a czasem tygodniami na wsi wśród ocalonych z obozów, w domach z gliny i słomy. Jadłyśmy ugali i sukuma wiki, pomagałyśmy przy gospodarstwie (shamba), bawiłyśmy się z wnukami gospodarzy, a późno w nocy rozmawiałyśmy wokół kuchennego paleniska, pijąc mleczną, słodką herbatę. Szybko odkryłam, że dla moich gospodarzy jestem tak samo interesująca, jak oni dla mnie, i często musiałam tłumaczyć, dlaczego znalazłam się tutaj w kraju Kikuju, zamiast siedzieć w domu u boku męża i rodzić dzieci.
Z czasem wielu starszych przedstawicieli plemienia uznało, że może podzielić się z nami opowieścią o przeszłości, pojawił się jednak nowy problem. Po niemal każdym wywiadzie byli więźniowie pytali mnie, czy chcę spotkać innych ocalałych, na przykład najbliższych sąsiadów, rodzeństwo lub kuzynów mieszkających w okolicy. Gdy już społeczność Kikuju uznała mnie za swoją, poczułam się wręcz przytłoczona liczbą osób obojga płci, które chciały się ze mną podzielić nierzadko bolesnymi szczegółami swojej obozowej przeszłości. W sumie w 1998, 1999 i kilku następnych latach nagrałyśmy niemal sześćset godzin wywiadów z około trzystoma byłymi więźniami. Włożyłyśmy też dużo trudu w znalezienie lojalistów, którzy opowiedzieliby nam swoją historię, wywiady te było jednak dużo trudniej przeprowadzić. W wielu rejonach Kikuju, którzy wspierali brytyjskich okupantów podczas wojny Mau Mau, nie przyznawali się do tego, a jeśli nawet ujawnili swą przeszłość, wypowiadali się bardzo powściągliwie. W końcu kilku opowiedziało szczerze o swym udziale w wojnie po stronie brytyjskiej, ale pod warunkiem, że pozostaną anonimowi.
Zebrałyśmy także relacje urzędników kolonialnych, misjonarzy i osadników z Europy. Zgodzili się ze mną porozmawiać, jeśli nie zdradzę ich nazwisk. Jeździłam swoim starym subaru na eleganckie przedmieścia Nairobi albo do klubu Muthaiga, najbardziej ekskluzywnego country clubu w Kenii i śladu jej kolonialnej przeszłości, gdzie gawędziliśmy o obozach przy popołudniowej herbacie albo dżinie z tonikiem podawanym przez czarnoskórych służących czy kelnerów. Spotykałam się z byłymi brytyjskimi osadnikami w ich wspaniałych posiadłościach niedaleko jeziora Naivasha w Wielkim Rowie. Opowiadali mi o swojej roli w tłumieniu postania Mau Mau i zdawkowo przyznawali się do przerażająco brutalnych zachowań.
Blisko dziesięć lat po rozpoczęciu badań moje poglądy na temat obozów koncentracyjnych i, ogólnie rzecz biorąc, polityki kolonialnej Brytyjczyków w Kenii uległy dramatycznej zmianie. Gdy zestawi się wszystkie źródła - pisane, ustne i wizualne - jawi się niezwykle destrukcyjny obraz. Doszłam do wniosku, że podczas wojny Mau Mau siły brytyjskie wprowadzały swoje rządy z okrucieństwem zdradzającym przewrotną kolonialną logikę: jedynie więżąc niemal całą populację Kikuju, czyli około półtora miliona osób, i dręcząc fizycznie i psychicznie mężczyzn, kobiety i dzieci, można było przywrócić władzę w kolonii i ponownie podjąć "misję cywilizacyjną".
Z całą pewnością powstanie Mau Mau było okrutną walką, która pozostawiła krew na rękach wszystkich zaangażowanych. Ale rozważając jego historię, musimy także uwzględnić zakres i skalę. Straszliwy bilans tej wojny wykazuje, że mordy popełnione przez zwolenników powstania były stosunkowo nieliczne, jeśli porównać je z tymi dokonanymi przez siły brytyjskich kolonialistów. Według oficjalnych źródeł z rąk Mau Mau zginęło mniej niż stu Europejczyków, w tym osadników, oraz prawie tysiąc ośmiuset lojalistów. Dla porównania, Brytyjczycy odnotowali śmierć w akcji ponad jedenastu tysięcy Mau Mau, chociaż empiryczne i demograficzne dowody, które udało mi się odnaleźć, pozwalają w znacznym stopniu kwestionować tę liczbę. Dziś jestem przekonana, że w późnej fazie kolonializmu w Kenii prowadzona była mordercza kampania służąca wyeliminowaniu plemienia Kikuju, która uśmierciła dziesiątki, a może setki tysięcy z nich. Mau Mau było przedstawiane jako jedno z najbardziej okrutnych i barbarzyńskich powstań XX wieku. W niniejszej książce zachęcam jednak do ponownego przemyślenia tej prawdy objawionej i przyjrzenia się zbrodniom popełnionym przez władze kolonii przeciwko Mau Mau oraz staraniom władz brytyjskich, by te fakty ukryć.
ROZDZIAŁ I
Pax Britannica
Ekspansja Europy w ostatnim wieku to historia zbrodni i przemocy wobec zacofanych ludów pod pozorem opiekuńczego cywilizowania.
kapitan RICHARD MEINERTZHAGEN1
Jak wiele innych terenów Imperium Brytyjskiego, tak i Afryka Wschodnia otwierała się na kolonialną dominację w miarę budowy linii kolejowych, symbolu imperialnego sukcesu. Na początku XX wieku tysiące kilometrów torów zdążyło już pokryć Afrykę i Azję, umożliwiając siłom Pax Britannica wejście na te terytoria. W sierpniu 1896 roku rząd brytyjski rozpoczął finansowanie i kładzenie ponad dziewięciuset kilometrów torów, począwszy od portu morskiego w Mombasie w kierunku Jeziora Wiktorii i dalej. Linia biegła przez bujny egzotyczny krajobraz wybrzeża Oceanu Indyjskiego, następnie poprzez jałowe, zamieszkane przez lwy równiny Tsavo, a wreszcie w głąb kraju, ku rajskim wyżynom centralnym. Ukończona w grudniu 1901 roku, została nazwana Koleją Ugandyjską, łączyła bowiem środkową Ugandę ze światem zewnętrznym. Uchodziła w swoim czasie za wyjątkowe osiągnięcie inżynierii.
Budowa pochłonęła jednak masę kapitału i istnień ludzkich. Brytyjczycy wydali ponad sześć i pół miliona funtów na tę inwestycję i sprowadzili z Indii trzydzieści kilka tysięcy kulisów, z których prawie jedna trzecia zmarła lub została okaleczona podczas katorżniczej pracy, wskutek chorób i ataków lwów. Rząd torysów pod wodzą lorda Salisbury dowodził, że kolej pomoże ucywilizować Afrykę, ułatwiając krzewienie chrześcijaństwa i położenie kresu handlowi niewolników. Usprawni także obronę Ugandy, z jej ważnym górnym biegiem Nilu, przed ewentualną inwazją z zewnątrz. W jednym ze swoich głupszych, paranoidalnych scenariuszy Brytyjczycy obawiali się, że rywale, zwłaszcza Niemcy, przejmą Ugandę i spiętrzą wody Nilu, doprowadzając do wysuszenia Egiptu. Ekologiczna katastrofa zmusiłaby Brytyjczyków do wycofania się z okolic Suezu, a bez kontroli nad cennym kanałem straciliby także władzę nad Indiami. Taki scenariusz wymagałby od dokonującego inwazji obcego rządu niespotykanej mobilizacji, sprowadzenia olbrzymiego sprzętu i tłumu ludzi niezbędnych do spiętrzenia nie tylko Białego Nilu, ale i wszystkich jego dopływów. Kolej miała umożliwić brytyjskim siłom zbrojnym szybki dostęp do interioru, w celu zapobieżenia takiej inwazji. Brytyjska opinia publiczna nie rozumiała tej pokrętnej logiki. Gdy informacje o przekroczeniu budżetu i lwach ludojadach zaczęły ukazywać się w brytyjskiej prasie, Kolej Ugandyjska zyskała nową nazwę "Lunatic Express"2.
Sama budowa kolei była niewielkim problemem w porównaniu z koniecznością spłaty długu zaciągniętego w związku z tą inwestycją u brytyjskich podatników. W 1902 roku sir Charles Eliot - pierwszy komisarz Brytyjskiego Protektoratu Afryki Wschodniej, jak nazywano Kenię do lat dwudziestych XX wieku - dokonał inspekcji terytorium i jego ludności pod kątem potencjału ekonomicznego i uznał, że Afrykanie są upośledzeni niemal pod każdym względem3. W oczach Eliota byli nie tylko czarni i niecywilizowani, lecz także stosunkowo nieliczni, co uniemożliwiało branie ich pod uwagę jako obiecujących producentów rolnych i przyszłych klientów kolei.
Działania podjęte przez rząd i wojsko pogłębiły jeszcze problemy, które spowodowały negatywną ocenę Eliota. Liczba Afrykanów mieszkających w pobliżu kolei zmalała znacznie w okresie między pojawieniem się Brytyjczyków w latach osiemdziesiątych XIX wieku a zakończeniem budowy obłąkanej linii. Dotknęło to w dużej mierze plemię Kikuju, gdyż to ono tradycyjnie zamieszkiwało wzgórza interioru, teraz przecięte przez tory. Tysiące Afrykanów zginęło z rąk Brytyjczyków, którzy pacyfikowali miejscową ludność, przygotowując się do skutecznej okupacji, jak oficjalnie nazywano rządy kolonialne w Afryce pod koniec XIX wieku. Brytyjscy wojskowi organizowali karne ekspedycje, utrwalając społeczne przyzwolenie na rasizm i okrucieństwo na terenie kolonii. Francis Hall, urzędnik Brytyjskiej Imperialnej Kompanii Wschodnioafrykańskiej, zainicjował serię ataków na Kikuju i był tak rozwścieczony ich nieustającym oporem, że pisał do swego ojca, brytyjskiego pułkownika: "Jest tylko jeden sposób, żeby poprawić sytuację z Kikuju - pozbyć się ich. Z rozkoszą bym to zrobił, ale od nich zależą nasze dostawy żywności"4. Kilka lat później kapitan Richard Meinertzhagen, oficer brytyjski wykształcony w Harrow, szczycił się tym, że zgładził Kikuju, którzy odmówili kapitulacji wobec władzy brytyjskiej; używając bagnetów, karabinów, broni maszynowej i ognia, przeprowadził kilka ataków, które zmiotły z powierzchni ziemi całe wsie - mężczyzn, kobiety i starców (dzieci oszczędzono). Część populacji Kikuju - około pięciuset tysięcy - przeniosła się jeszcze bardziej w głąb lądu i dalej od pochodu Brytyjczyków. Uciekali nie tylko przed zbrojną inwazją, ale także przed chorobami, takimi jak ospa, przyniesionymi przez obcych imperialistów. Tragicznym zbiegiem okoliczności w roku brytyjskiej pacyfikacji ziemie te nawiedziła seria naturalnych kataklizmów, między innymi plaga szarańczy, przedłużająca się susza i epidemia księgosuszu (choroby wirusowej bydła). Kiedy Eliot pojawił się na scenie, by dokonać swoich ekonomicznych ewaluacji, straty wśród ludzi i bydła, w połączeniu z migracją, spowodowały, że terytorium Kikuju wydawało się jeszcze bardziej opustoszałe, niż było w istocie5.
W Londynie pilną sprawą stało się znalezienie odpowiedzialnych ludzi, którzy rozwinęliby w kolonii produkcję, wykorzystali kolej do eksportu i doprowadzili do spłacenia bezprecedensowego długu publicznego, jak się zdawało - wyjątkowo nierozsądnie zainwestowanego. Rozważano różne opcje. Najpoważniejszy był pomysł stworzenia w Afryce Wschodniej syjonistycznego państwa dla prześladowanych europejskich Żydów. W końcu brytyjski rząd kolonialny zdecydował się rozpocząć kampanię zachęcającą do osiedlania się w kolonii, skierowaną do ludzi, którzy wykorzystaliby rolniczy potencjał tego terytorium i rozpoczęli produkcję rolną na światowy rynek. Kolonistów namawiano do przybycia do Afryki Wschodniej, gdzie znajdą pełno taniej ziemi, siły roboczej i nadzieję na pokaźne profity. W brytyjskiej prasie publikowano ogłoszenia, kusząc przyszłych osadników, by zebrali manatki i wyruszyli do kolonii.
Osiedl się w Kenii, najnowszej i najbardziej atrakcyjnej kolonii brytyjskiej. Na razie - niskie ceny żyznych terenów. W całym Imperium Brytyjskim nie ma lepszej ziemi. Kolonia w Kenii to przyszłość dla ludzi mających nieco kapitału. Ziemia przynosi tam wysokie plony, dzięki swojej żyzności, odpowiedniej liczbie opadów i dużemu nasłonecznieniu. Miejscowa siła robocza wesprze Twój własny nakład pracy8.
W końcu tysiące osadników odpowiedziały na to wezwanie, migrując do Kenii z wizją przyszłych fortun. Przyjechali zdeterminowani, by stworzyć "Kraj Białego Człowieka"9.
*
Pod wieloma względami historia pacyfikacji i skutecznej okupacji Kenii nie różni się od tego, co działo się w całym Imperium Brytyjskim pod koniec XIX wieku. W Afryce i w Azji całe grupy etniczne były pozbawiane ziemi metodą podejrzanych, ale użytecznych przymierzy z nieprawowitymi władcami, fałszywych traktatów i luf karabinów. Na całym świecie opór, tak jak w Afryce Wschodniej, trwał aż do nieubłaganego końca. Sama odwaga nie wystarczyła przeciwko brytyjskim cekaemom, a wojna imperialna przypominała bardziej polowanie na grubego zwierza niż walkę.
Działania zmierzające do kumulacji kolonii afrykańskich pod koniec XIX wieku były wyrazem nowej polityki zagranicznej Wielkiej Brytanii i odzwierciedlały zmianę taktyki geopolitycznej spowodowaną pierwszymi oznakami upadku gospodarczego. Przez dziesiątki lat Brytyjczycy byli w stanie dominować nad europejskimi konkurentami, trzymając otwarte drzwi do wymiany międzynarodowej przez "imperializm wolnego handlu"10. Nie potrzebowali oficjalnych kolonii w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej, ponieważ ich światowa dominacja ekonomiczna czyniła z tych regionów terytoria de facto brytyjskie; inne mocarstwa europejskie nie były w stanie konkurować z Wielką Brytanią na wolnym rynku. Brytyjczycy mieli oczywiście także oficjalne kolonie, takie jak Indie czy Hongkong, jednak znaczna część świata pozostawała pod ich tańszą i ekonomicznie wygodną nieformalną kontrolą. Jako że kryzys ekonomiczny końca XIX wieku uderzył Wielką Brytanię w czasie, gdy inne mocarstwa zachodnie - zwłaszcza Niemcy i Stany Zjednoczone - przechodziły pomyślnie industrializację, brytyjska przewaga ekonomiczna była zagrożona. Rozwój gospodarczy państw europejskich i zawiązanie nowych przymierzy geopolitycznych spowodowały, że postęp industrializacji obudził apetyt na nowe kolonie raczej w Afryce niż na Środkowym Wschodzie i w Azji.
Wyścig o Afrykę, europejski ruch dążący do podziału tego kontynentu, jest jednym z najlepiej opisanych procesów w historii imperializmu11. Do tego czasu mapa kolonialna Afryki - z wyraźnym wyjątkiem strategicznych portów morskich na wybrzeżach wschodnim i zachodnim oraz kolonii w Afryce Południowej i Egipcie - była pusta. Jednak w ciągu zaledwie kilku dziesięcioleci mocarstwa europejskie - Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Portugalia, Włochy i Belgia niesławnego króla Leopolda II - pocięły kontynent na kawałki i podzieliły się łupami. Europejskie targi imperialne podczas kongresu berlińskiego w latach 1884-1885 okazały się pierwszym krokiem do stworzenia bezsensownych terytoriów, dzielących jednolite grupy etniczne i sieci handlowe, a zarazem zmuszających do połączenia inne grupy Afrykanów, które chciały pozostać odrębne. Terytoria te - w sumie około czterdziestu kolonii i protektoratów - stały się później podstawą afrykańskich państw narodowych.
W czasie gdy dzielono większość Afryki, na tronie brytyjskim zasiadała królowa Wiktoria i u schyłku XIX wieku rządziła najbardziej rozległym imperium w historii swojego kraju. Obok nowych terytoriów afrykańskich pojawiły się także inne, które jej imperialni negocjatorzy przechwycili podczas wyścigu o Azję Wschodnią - Malaje, część Borneo i Nowej Gwinei oraz liczne wyspy na Pacyfiku, z Fidżi i Wyspami Salomona. Dodano je do i tak imponującej listy oficjalnych kolonii, na której znajdowały się Indie i liczne wyspy karaibskie oraz terytoria mające status dominium, jak Australia, Nowa Zelandia i Kanada. Imperium Brytyjskie obejmowało niemal dwadzieścia milionów kilometrów kwadratowych, czyli z grubsza jakieś dwadzieścia pięć procent ziemskiego lądu. Królowa Wiktoria miała około czterystu czterdziestu pięciu milionów poddanych na całym świecie. Niewliczone są tu dane z terytoriów, które pozostawały koloniami nieoficjalnymi, jak Argentyna czy Brazylia. Biorąc pod uwagę brytyjski kapitał zainwestowany w tych państwach i ich handlowe powiązania z Wielką Brytanią - nie były one brytyjskimi koloniami jedynie z nazwy12.
Brytyjskie rozległe imperium, choć niejednolite, jednoczył wspólny etos "misji cywilizacyjnej". Według Brytyjczyków nie chodziło tylko o eksploatację; jeśli wierzyć oficjalnej retoryce tamtych czasów, wyzysk wcale nie był czynnikiem motywującym ich do światowego podboju. Wręcz przeciwnie, jako wyższa rasa, bogata w wartości chrześcijańskie i wiedzę ekonomiczną, mieli moralny obowiązek zbawienia "zacofanych pogan" na całym świecie. Na Czarny Ląd nieśli kaganek oświaty, dokonując przemiany "tubylców" w światłych obywateli, gotowych do zajęcia właściwego im miejsca w nowoczesnym świecie. Zgodnie z prezentowaną przez Brytyjczyków linią rozumowania, nie kradli oni ziemi Afrykanom ani nie wykorzystywali miejscowej siły roboczej, wyznaczyli się jedynie na opiekunów nieszczęsnych tubylców, którzy nie osiągnęli jeszcze dostatecznego stopnia ewolucji, by móc samodzielnie się rozwijać i podejmować odpowiedzialne decyzje. Dzięki właściwemu pokierowaniu przez Brytyjczyków i ich twardej paternalistycznej miłości Afrykanie mieli szansę zostać nowoczesnymi ludźmi, chociaż przeprowadzenie radykalnej transformacji mogło potrwać dziesiątki lat, a nawet całe stulecia. Z początku postawę tę nazywano "wiktoriańskimi aspiracjami", chociaż brytyjska obłuda w kwestii tubylców pozostała w zasadzie niezmieniona przez prawie cały XX wiek. To był właśnie kulturowy imperializm w najczystszej postaci. "Brzemię białego człowieka".
Administrowanie imperium było dużo większym wyzwaniem niż retoryczne uzasadnianie jego istnienia, chociaż tu także obowiązywało jedno credo. W Londynie i w całym imperium na wszelkich szczeblach rząd kolonii zawsze "polegał na miejscowych". Miało to sens, jeśli weźmiemy pod uwagę ogrom brytyjskich posiadłości; wszelkie formy zdalnego zarządzania z Londynu byłyby finansowo i technicznie niemożliwe, zwłaszcza wobec skąpego budżetu, jaki Wielka Brytania przeznaczała na administrację. Oczekiwano, że imperium nie stanie się ciężarem dla brytyjskich podatników - a każda kolonia będzie się sama finansowała. Było to wielkie brzemię zarówno dla miejscowej ludności, jak i dla kolonizatorów, którzy musieli wytworzyć dochód wystarczający na opłacenie brytyjskiej infrastruktury w koloniach - kolei, dróg, telegrafu i administracji14. Oznaczało to, że pozostanie niewiele środków na szkoły, szpitale i inne instytucje społeczne, które - zdawałoby się - powinny stanowić trzon brytyjskiej misji cywilizacyjnej. Kolonialna polityka fiskalna przekładała się także na ogromną odpowiedzialność i obowiązki nałożone na miejscowych urzędników, od których wymagało się rządzenia setkami tysięcy poddanych, z niewielką pomocą merytoryczną i jeszcze mniejszym budżetem. O ile była powszechna zgoda na brytyjską misję cywilizacyjną, o tyle nigdy nie powstały twarde zasady sprawowania jej na miejscu. Częściowo da się to znów wytłumaczyć ograniczeniami finansowymi. Jednakże miejscowym dano tak dużo swobody z innego powodu: byli to jedyni urzędnicy, którzy mieli wystarczające doświadczenie i znajomość lokalnej sytuacji, niezbędne do podejmowania decyzji w koloniach.
Kenia, rezerwaty Kikuju i Białe Wzgórza
Niewielka kontrola rządu centralnego była charakterystyczna dla brytyjskiego zarządzania koloniami w Afryce i w większości imperium. Miało ono głównie administrację typu prefekturalnego, uwzględniającą cechy i uwarunkowania każdej kolonii15. W praktyce administracyjna odpowiedzialność spoczywała głównie na trzech instytucjach, które razem tworzyły brytyjski rząd kolonialny. Dla większości imperialnej Afryki najwyższą instancją było Ministerstwo Kolonii w Londynie16. Na jego czele stał sekretarz stanu ds. kolonii, odpowiedzialny przed premierem i mający status ministra. Ministerstwo Kolonii miało bardzo mały personel. W roku 1929 zatrudniało trzydziestu pięciu urzędników, a dziesięć lat później niespełna pięćdziesięciu. Z tego powodu w rozlicznych podległych koloniach nie było w stanie nadzorować niczego oprócz najbardziej ogólnej polityki. Jednak nawet w tej sferze Londyn rzadko wydawał odgórne polecenia. Interwencje Ministerstwa Kolonii były najbardziej widoczne na początku i u schyłku imperium czy też w sprawach tworzenia lub rozwiązywania lokalnego rządu. Stworzono w ogólnym zarysie kilka programów rozwoju Kenii i innych państw afrykańskich, ale realizacja spoczywała na lokalnych urzędnikach.
W całym Imperium Brytyjskim terenowi przedstawiciele Ministerstwa Kolonii stanowili elitarną kadrę urzędników. To oni każdego dnia angażowali się w wojnę pozycyjną rządów kolonialnych. Byli odpowiedzialni za codzienne sprawowanie władzy i za adaptowanie ogólnej koncepcji brytyjskiego imperializmu do lokalnych i jednostkowych okoliczności. W Kenii urzędnicy ci byli członkami tak zwanej administracji. Administracja Kenii znajdowała się na samym dole kolonialnej hierarchii władzy i składała się z komisarzy prowincji i okręgów, a także ich podwładnych, rozrzuconych po całym terytorium. "Miejscowi" ci nie byli przypadkowymi ludźmi. Wybierało ich starannie Ministerstwo Kolonii podczas kampanii rekrutacyjnych adresowanych do określonych grup odbiorców - przyszłych zarządców wykazujących cechy właściwe brytyjskiej klasie rządzącej. Uważano to za sprawę najistotniejszą dla funkcjonowania imperium. Panowało przekonanie, że władza w koloniach, choć rozproszona i zdecentralizowana, może być silna, jeśli zatrudni się ludzi instynktownie dostosowujących się do imperialnych reguł, takich jak wprowadzenie i utrzymanie kontroli nad miejscową ludnością, promowanie samowystarczalności finansowej oraz paternalistyczne cywilizowanie Afrykanów i innych grup tubylczych. Ludzie tacy nie potrzebowali codziennego nadzoru, gdyż podzielali przekonanie londyńskich przełożonych o wyższości arystokracji; mieli zatem wszelkie cechy potrzebne do rządzenia. Rekrutowali się zazwyczaj spośród młodszych synów rodów arystokratycznych, ewentualnie osób o podobnym pochodzeniu, z uprzywilejowanych grup, wyznających zasadę noblesse oblige. Kończyli prywatne szkoły i zazwyczaj kontynuowali edukację w Oksfordzie lub Cambridge, gdzie wbijano im do głowy najważniejsze pojęcia: honor, obowiązek i dyskrecja. Następnie wyprawiano ich na odległe placówki, takie jak Kenia, gdzie często jedna chata odgrywała rolę biura, sądu i kwatery. Byli zadziwiająco młodzi - czasem mieli zaledwie po dwadzieścia lat - i otrzymywali bardzo pobieżne szkolenie w sprawach, które ich na miejscu czekały. Niektórzy byli zarządcy w Kenii określali potem swoje przybycie do "buszu" jako "rzucenie na głęboką wodę", w której tonęli lub starali się płynąć18. Ten "rytuał przejścia" zwiększał jedynie ich solidarność i poczucie grupowej misji. Administracja w Kenii była pod każdym względem "braterstwem", z niepisanym kodeksem postępowania, opartym na najważniejszej zasadzie: lojalności - wzajemnej i wobec Korony19. Między administracją w terenie a Ministerstwem Kolonii w Londynie był szczebel pośredni - gubernator i rząd kolonii. Z londyńskiej perspektywy gubernator był osobą najważniejszą. W Kenii odpowiadał za obmyślanie i prowadzenie kolonialnej polityki; był przełożonym wszystkich członków rządu i ministrów, którzy zarządzali departamentami, między innymi do spraw tubylców, zdrowia i mieszkalnictwa czy finansów. Musiał radzić sobie także z Radą Ustawodawczą kolonii (Legislative Council, LegCo) i licznymi ukrytymi interesami europejskimi dochodzącymi do głosu w tym ciele. Musiał też pilnować, by młodzi urzędnicy administracji wykonywali to, co do nich należy. Była to rola nie do pozazdroszczenia. Gubernator i jego rząd centralny podlegali różnym naciskom, starając się utrzymać równowagę, a zarazem zaspokajać często sprzeczne potrzeby administracji terenowej i Londynu.
Gubernator był przedstawicielem Ministerstwa Kolonii i miał całkowitą swobodę w rządzeniu Kenią. Kiepska komunikacja między Londynem a imperium zmusiła Ministerstwo do przekazania większości decyzji swoim namiestnikom. Nawet wtedy, gdy komunikacja znacznie się poprawiła, minister nadal działał za pośrednictwem gubernatorów, nie starając się kontrolować ich codziennych decyzji. Sukces współpracy między Kenią a Ministerstwem zależał niemal wyłącznie od osobistych relacji między ministrem a gubernatorem, łączącego ich etosu imperialnej dominacji i ich umiejętności osiągania porozumienia w trakcie targowania się i negocjacji. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Londyn nie będzie bezpośrednio interweniować w Kenii ani nigdzie indziej na terenie imperium, poza ambarasującymi sytuacjami, które mogłyby zagrozić reputacji i słuszności brytyjskiej misji. Nawet gdy pojawiały się takie problemy, lokalnym przedstawicielom w zasadzie dawano wolną rękę w kwestii ich rozwiązania.
Kenia wraz z Południową Rodezją (dzisiejsze Zimbabwe) i Afryką Południową miały w brytyjskiej Afryce wyjątkowy status, ponieważ osiedlali się tam biali kolonizatorzy, od których oczekiwano, że stworzą szkielet kolonii. Osadników brytyjskich w Kenii z grubsza można było przypisać do dwóch grup społeczno-ekonomicznych: drobnych rolników i wielkich arystokratów. Mniej zamożni biali imigranci, głównie z Afryki Południowej, pojawili się jako pierwsi, a wraz z nimi rasistowskie postawy społeczne i poglądy na "prawa tubylcze", krystalizujące się w brytyjskich koloniach na południe od rzeki Zambezi. Często dysponowali niewielkim kapitałem i trudno było uznać ich wkład w kiełkującą gospodarkę Kenii za istotny. Każdy z nich osiadł na kawałku taniej ziemi, wielkości co najwyżej czterystu hektarów. Jako grupa stali się wkrótce beczką bez dna, drenując ograniczone zasoby kolonii, domagając się infrastruktury: szkół, dróg i szpitali, niewiele oferując w zamian. Osadnicy przybywający z Wielkiej Brytanii byli tymczasem najbardziej arystokratycznymi imigrantami, jacy kiedykolwiek zamieszkiwali imperium. Wielu z nich, choć szlachetnego pochodzenia, w Anglii cierpiało z powodu pogarszającej się pozycji ekonomicznej związanej z podziałem majątków rodzinnych między nowymi pokoleniami na coraz mniejsze części. Młodsi synowie - którymi wielu z tych młodych ludzi było - przegrywali ze starszymi, korzystającymi z prawa pierworództwa.
Do 1905 roku niemal trzy tysiące osadników zdążyło przybyć statkami do Mombasy, aby na wyżynach Kenii odtworzyć pański tryb życia, który coraz trudniej było im prowadzić w kraju. Na nabrzeżu Afrykanie pakowali tych lordów i damy do wagonów kolejowych - z niezliczonymi torbami, skrzyniami pełnymi porcelany, gramofonami na korbę, wannami i innymi rzeczami niezbędnymi do życia - i wysyłali w całodobową podróż do nowych domów w głębi lądu. Kiedy pociąg zatrzymywał się w Nairobi, centrum kapitału oraz działalności gospodarczej i społecznej kolonii, osadników czekała jeszcze wyprawa przez wiele, wiele kilometrów bezdroży - zwanych często "milami cholernej Afryki" (miles and miles of bloody Africa, w skrócie MMBA) - wozami ciągniętymi przez woły20. Nabywali ogromne posiadłości. Lord Delamere, popularny przywódca osadników we wczesnych latach kolonii, był właścicielem największej z nich, zdobywając prawo do około czterdziestu tysięcy hektarów w roku 1903 i dokupując kolejne dwadzieścia cztery tysiące parę lat później. Inne majątki ziemskie, choć mniejsze, również imponowały wielkością. Wszystkie były ulokowane na żyznych wyżynach, w umiarkowanym klimacie Kenii środkowej, rejonie, który miał się stać sercem "Kraju Białego Człowieka". Owe bogate rodziny przyjeżdżały do Kenii nie do pracy, ale by korzystać z oferty brytyjskiego rządu: ziemi, siły roboczej i kapitału; oferty, którą interpretowano dość swobodnie. Nowi kenijscy arystokraci podzielali ambicję lorda Delamere, aby stworzyć rządy właścicieli plantacji, korzystając z doświadczeń w Ameryce Południowej. Podobnie jak urzędników kolonialnych, ich także jednoczyły wspólne wartości kulturowe i społeczne. Wielu z nich ukończyło Eton lub podobne szkoły dla arystokracji i przyzwyczajeni byli nie do pracy, ale do nadzorowania pracy innych. Oczekiwali, że brytyjski rząd kolonialny wszelkich szczebli będzie podzielał tę wizję21.
Wielmożni panowie w Kenii szybko przyjęli tryb życia, do jakiego aspirowali wszyscy Europejczycy w koloniach. W swoich majątkach, gospodarstwach czy też europejskich dzielnicach Nairobi każdy biały osadnik był właściwie panem, zwłaszcza w stosunku do ludności afrykańskiej. Wszyscy mieli służących, a bogatsze rodziny zatrudniały ich dziesiątki. Niektórzy służący wykonywali obowiązki tylko jednego rodzaju, na przykład dbali o ogród różany albo, jak na farmie Karen Blixen, nosili ulubiony szal i strzelbę pani22. "Państwo" polowali ochoczo na grubego zwierza i korzystali z obiektów sportowych, a tor wyścigowy i pole golfowe w Nairobi należały do najbardziej popularnych miejsc spotkań towarzyskich. Oprócz oddawania się takim wytwornym rozrywkom owi uprzywilejowani mężczyźni i kobiety wypełniali sobie czas nader hedonistycznie - niemal na okrągło - seksem, narkotykami, alkoholem i tańcem. W Nairobi, gdzie część osadników mieszkała i pracowała na stałe, zbierali się w klubie Muthaiga, afrykańskim Moulin Rouge. Zaczynali dzień od szampana i różowego dżinu, potem grali w karty, tańczyli przez całą noc i najczęściej budzili się następnego ranka w ramionach czyjegoś męża lub nie swojej żony. Z hotelu Norfolk, zwanego "Izbą Lordów", panowie jechali konno do baru lorda Delamere, gdzie pili ostro i korzystali z usług japońskich prostytutek z miejscowego burdelu. Poza Nairobi część wyżyny zyskała sławę jako Happy Valley (Wesoła Dolina), gdzie od weekendowych gości często oczekiwano wymiany partnerów, od progu rozprowadzano kokainę i morfinę, a po zakończeniu rozpusty porównywano swoje seksualne osiągnięcia. Mieszkańcy kolonii byli znani na całym świecie ze swoich seksualnych ekscesów, a w Wielkiej Brytanii krążył popularny dowcip: "pan żonaty czy z Kenii?"23.
Osadnicy posiadający duże majątki stanowili też siłę polityczną, z którą należało się liczyć, nawet we wczesnych latach istnienia kolonii. Wpływali na decyzje podejmowane w sprawie Kenii, wykorzystując swoje polityczne powiązania w Londynie - wielu ojców, braci i wujków zasiadało w Izbie Lordów - a także dlatego, że stanowili ekonomiczną szansę dla krajów zamorskich. Od samego początku osadnicy stawiali wysokie wymagania brytyjskiemu rządowi kolonialnemu i odnosili spore sukcesy, jeśli chodzi o zdobywanie przywilejów, które przedkładały ich interes nad potrzeby afrykańskiej ludności. Żądali pożyczek na niższy procent i niższych opłat za fracht, i to otrzymywali, a rząd subsydiował ich uprawy; naciskali na przedłużenie dzierżawy terenu z 99 do 999 lat - i dostali je. Co najważniejsze, zdobyli dostęp do centralnych instytucji rządu kolonialnego w Nairobi, gdy ich przedstawiciele - Delamere, a później inni notable: Ferdinand Cavendish-Bentinck i Michael Blundell - zostali członkami Kenijskiej Rady Ustawodawczej. Tam brali bezpośredni udział w tworzeniu kolonijnego prawa i przepisów. Gdy brytyjski rząd kolonialny zdecydował się oprzeć gospodarkę Kenii na produkcji dóbr eksportowych w posiadłościach osadników, zgodził się w zasadzie zapewniać im tyle terenu i siły roboczej, by wystarczało do stworzenia stabilnej produkcji - terenu i siły roboczej, rzecz jasna, od Afrykanów.
Interesowność osadników wynikała nie tylko z tego, że wielu brytyjskich imigrantów miało podobne arystokratyczne pochodzenie, ale także z głębokiego poczucia wyższości rasowej na każdym szczeblu białej drabiny społeczno-ekonomicznej w kolonii24. Dzięki kolorowi skóry biali wszystkich klas stanowili rasę panującą, czyli zasługującą na przywileje. Zdaniem osadników, w afrykańskim "dzikusie" nie było nic szlachetnego. Wielu z nich wierzyło, że Afrykanie stoją niżej pod względem biologicznym, mają mniejsze mózgi, ograniczoną zdolność do odczuwania bólu czy emocji, a nawet inne potrzeby żywieniowe, sprowadzające się do miski posiłku z kukurydzy dziennie, by zachować pełnię zdrowia. Afrykanów trzeba było kontrolować; byli nieprzewidywalni i agresywni seksualnie, stanowiąc zagrożenie dla białych kobiet i ich wyidealizowanej cnoty, a także dla czystości rasy europejskiej społeczności25. Szerząca się ideologia rasistowska radykalizowała się z czasem i tak zwani "tubylcy", z początku określani jako "głupi, gorsi, leniwi i dziecinni", stali się "dzicy, barbarzyńscy, atawistyczni i podobni do zwierząt". Ta zmiana charakterystyki miała bezpośredni związek z tym, że Afrykanie coraz mniej chętnie dawali się eksploatować i rosła ich chęć odzyskania ziemi, której czuli się prawowitymi właścicielami.
*
Chociaż wszyscy tubylcy odczuwali skutki brytyjskich rządów kolonialnych, nikt nie doświadczał transformacji tak intensywnie jak Kikuju. Ta właśnie grupa etniczna najwięcej ucierpiała w wyniku polityki wysiedleńczej rządu kolonialnego i osiedlania się Europejczyków26. Kikuju byli rolnikami i stracili na rzecz osadników prawie 25 tysięcy hektarów, zwłaszcza w południowym Kiambu, bardzo żyznym regionie tuż obok Nairobi, który miał stać się jednym z najbardziej wydajnych terenów rolniczych w posiadaniu kolonizatorów. Po brytyjskim ataku i kataklizmach naturalnych pod koniec XIX wieku, wielu Kikuju powróciło do wyżynnych ziem swoich przodków i odkryło, że na ich terenie też żyją teraz Europejczycy. Co gorsza, nie tylko tam - przez wieki Kikuju dokonywali ekspansji na sąsiadujące obszary, aby zmniejszyć zaludnienie albo zakończyć walki plemienne. Zwłaszcza młodzi mężczyźni udawali się do lasów, aby kolonizować nowe tereny, budować domostwa i zakładać rodziny. Ale po nastaniu rządów kolonialnych Kikuju zostali otoczeni ze wszystkich stron: od południa, wschodu i północy mieli farmy osadników, na zachód - rezerwaty leśne gór Aberdare, kontrolowane przez rząd, a na południowy wschód rozrastające się Nairobi.
Owa utrata ziemi była dla Kikuju tragiczna w skutkach. Coraz trudniej było im się utrzymać, zwłaszcza gdy populacja zaczęła odrabiać wcześniejsze straty dzięki zachodniej medycynie, a co za tym idzie - zmniejszającej się śmiertelności. W latach trzydziestych plony zaczęły maleć, gdyż zagęszczenie Kikuju stało się zbyt duże. Ale dla plemienia szczególnie dotkliwe były społeczne konsekwencje zagarnięcia terenu przez Brytyjczyków. Każdy członek plemienia, aby stać się mężczyzną lub kobietą - wstąpić w wiek dorosły - musiał mieć dostęp do ziemi. Mężczyzna potrzebował ziemi, aby zebrać środki niezbędne do wniesienia wiana za żonę lub żony, które urodziłyby mu dzieci. Posiadanie ziemi i rodziny uprawniało go do pewnych przywilejów w ramach obowiązującego patriarchatu; mężczyzna bez ziemi postrzegany był w hierarchii społecznej jako chłopiec. Kobieta z kolei potrzebowała ziemi do uprawy, aby wykarmić i utrzymać rodzinę; bez tego w oczach plemienia nie była dorosła. Krótko mówiąc, bez ziemi - Kikuju nie mógł być Kikuju.
Imperium Brytyjskie na początku XX wieku
Od samego początku wokół sprawy ziemi wytworzyła się gęsta, pełna goryczy atmosfera. Kikuju reagowali gniewem na utratę "skradzionej ziemi" i żadne zapewnienia brytyjskiego rządu kolonialnego, że pozostała część lądu jest bezpieczna, nie były dla nich przekonujące. Plemię miało powody do niepokoju, gdyż przejęcie na własność afrykańskich ziem leżało u podstaw powstania społeczności osadników. Ci ostatni byli zdeterminowani, by stworzyć Kraj Białego Człowieka, i po przejęciu terenów od miejscowej ludności koncentrowali się na chronieniu swoich dóbr ziemskich. W wyniku uporczywego lobbingu zdobyli od rządu kolonialnego gwarancje wyłączności rasowej i stabilności posiadłości na wyżynach, nazywanych odtąd Białymi Wzgórzami. Aby zwiększyć liczebność i spowodować wzrost wartości ziemi, równie skutecznie naciskali na dalszą imigrację z Anglii do kolonii. Po I wojnie światowej imperium stało się naturalnym miejscem osiedlania się zdemobilizowanych żołnierzy. Generałowie, brygadierzy, pułkownicy, majorowie, kapitanowie i ich podwładni - wszyscy zjeżdżali do Kenii. Na początku lat dwudziestych w kolonii żyło już ponad pięć tysięcy dawnych oficerów i żołnierzy z rodzinami, część z nich na terenach świeżo odebranych Afrykanom.
Oferta darmowej, lub niemal darmowej, ziemi dla osadników była tylko częścią obietnicy Kraju Białego Człowieka. Pozostawała jeszcze kwestia rąk do pracy, a dokładnie - tanich rąk do pracy. Wydaje się, że niezależnie od tego, czy osadnicy byli stosunkowo majętnymi arystokratami, biednymi białymi z Afryki Południowej, czy byłymi brytyjskimi żołnierzami - wydajność ich produkcji rolnej była żałośnie niska, przynajmniej do czasu ekonomicznego boomu, jaki spowodowała II wojna światowa. Co ciekawe, polityka kolonizowania Kenii była, jak się zdaje, bardziej skoncentrowana na liczbie imigrantów niż na potencjalnej produkcji rolnej. Wielu Brytyjczyków przed przyjazdem do kolonii miało małe lub żadne doświadczenie w uprawie ziemi, a duża część tych, którzy przybyli z Afryki Południowej, zdecydowała się ją opuścić, bo nie mogła związać końca z końcem, mimo niezwykłego faworyzowania ekonomicznego białej populacji w porównaniu z afrykańską większością. W Kenii zauważalny był kontrast między nikłą efektywnością farm osadników a ich wielkim pragnieniem, aby uczynić z kolonii enklawę białych. To nie siła wynikająca z wydajności produkcji rolnej uprawniała przybyszów do domagania się rasowych przywilejów, tylko wysoce interwencjonistyczny rząd robił, co mógł, by promować sukces gospodarczy osadników i, co za tym idzie, finansową opłacalność kolonii.
Stawało się coraz bardziej oczywiste, że miejscowa ludność stanie się ofiarą subsydiów rolnych i wydajności produkcji Brytyjczyków. Siła robocza stanowiła jedyny czynnik, którym osadnicy pospołu z rządem kolonialnym mogli manipulować i robili to bez żadnych skrupułów. Zamiast oferować zachęcające płace, europejscy pracodawcy korzystali z tego, że rząd przymusowo pozyskuje afrykańskich robotników, którzy najczęściej pochodzili z plemienia Kikuju żyjącego na obrzeżach Białych Wzgórz. Rządowa gwarancja zapewnienia taniej i licznej siły roboczej spośród Kikuju bazowała na zestawie aktów prawnych, których celem była kontrola nad niemal każdym aspektem życia plemienia. W końcu cztery rozporządzenia, wprowadzone w krótkim czasie, doprowadziły do wypchnięcia Kikuju z resztek ziem i wprzęgnięcia ich w gospodarkę opartą na wyzysku.
Po pierwsze, rząd kolonialny stworzył rezerwaty dla Afrykanów - wyodrębnione tereny wiejskie, po pewnym czasie nawet z oficjalnymi granicami (podobnie jak bantustany w Południowej Afryce czy rezerwaty rdzennych Amerykanów w Stanach Zjednoczonych), w których każda afrykańska grupa etniczna miała żyć w odosobnieniu. Kikuju mieli swoje rezerwaty w dystrykcie Kiambu Prowincji Centralnej, w Fort Hall i Nyeri, Masajowie rezydowali przede wszystkim w Prowincji Południowej, Luo mieszkali w Nyanza - i tak dalej. Zasada "dziel i rządź" była także kamieniem węgielnym kolonijnej polityki pracy najemnej. Wobec niedostatku ziemi w rezerwatach wielu Afrykanów nie miało wyboru, jak tylko migrować na europejskie farmy w poszukiwaniu pracy i środków do życia.
Jednak uwięzienie Afrykanów nie wystarczyło, aby zmusić ich do pracy. Miejscowy rząd wprowadził zatem dodatkowy sposób kontroli, w postaci podatku. Drugie rozporządzenie kolonialne ustanawiało podatek pogłówny i od chaty - w sumie prawie dwadzieścia pięć szylingów w miejscowej walucie, co stanowiło ekwiwalent niemal dwumiesięcznej pensji Afrykańczyka. Gdy tysiące Kikuju zaczęły migrować w poszukiwaniu pracy, urzędnicy kolonialni postanowili wprowadzić trzecie rozporządzenie, na mocy którego można było kontrolować przemieszczanie się afrykańskich robotników i odnotowywać historię ich zatrudnienia. Do 1920 roku wszyscy afrykańscy mężczyźni opuszczający rezerwaty mieli prawny obowiązek legitymowania się dokumentem tożsamości, kipande, zawierającym imię, odcisk palca, informację o grupie etnicznej, historię dotychczasowego zatrudnienia i podpis obecnego pracodawcy. Kikuju nosili dokument w małym metalowym pudełeczku zawieszanym na szyi. Nazywali je często mbugi, czyli kozi dzwonek. Jak opowiedział mi jeden starszy człowiek: "nie byłem już pasterzem, ale członkiem stada, idącym do pracy na farmie białego człowieka, z mbugi na szyi". Kipande stało się jednym z najbardziej znienawidzonych symboli brytyjskiej władzy kolonialnej, jednak Afrykanie nie mieli wyboru: musieli cały czas nosić je przy sobie; niemożność wylegitymowania się karana była solidną grzywną lub więzieniem, albo jednym i drugim.
Od początku Afrykanie, którzy byli bardzo zaradni i o wiele bardziej doświadczeni w produkcji rolnej niż osadnicy, robili co mogli, by wynegocjować swoje miejsce w nowej kolonialnej gospodarce i uniknąć przymusowej, opartej na wyzysku pracy najemnej w posiadłościach Europejczyków. W Prowincji Centralnej Kikuju, którzy mieli dość ziemi, dostosowali się do nowego typu gospodarki, zwiększając własną produkcję kukurydzy i sprzedając nadwyżki na rozwijającym się rynku wewnętrznym. Niektórzy z nich byli tak wydajni, że mogli nieprzerwanie sprzedawać kukurydzę po cenie konkurencyjnej wobec cen towaru osadników. Już w pierwszych latach większość Europejczyków dostrzegła, że produkcja rolna afrykańskich chłopów wzrasta. Szybko docenili wagę tego zagrożenia i starając się je powstrzymać, zaczęli naciskać na rząd, by podjął interwencję. Chociaż urzędnicy mieli wątpliwości co do efektywności przybyszy, zobowiązali się wspierać ich produkcję rolną, przyczyniając się do umocnienia dochodzącej swych praw, potężnej białej mniejszości. Nie było odwrotu. Czwarty strategiczny czynnik mający zmusić Afrykanów do najemnictwa polegał na ograniczeniu ich produkcji rolnej przeznaczonej na sprzedaż. Zabroniono im uprawy najbardziej dochodowych roślin - herbaty, kawy i agawy sizalowej, mogli jednak produkować i sprzedawać bez ograniczeń kukurydzę. Dopiero po II wojnie światowej powstały zrzeszenia producentów wymagające od afrykańskich rolników sprzedaży ziarna po ustalonej cenie. Owe zrzeszenia niszczyły afrykańskie rolnictwo, zmuszając rdzenną ludność do najemnictwa.
Owe cztery przepisy zostały stworzone wyraźnie po to, aby podporządkować afrykańskich chłopów kolonizatorom; podporządkowanie to nie pojawiło się jednak z dnia na dzień, nie zawsze też przyjmowało formę oczekiwaną przez rząd kolonii i społeczność osadników. Wykształcił się także inny, bardziej feudalny stosunek pracy, który przyjął się na Białych Wzgórzach, właśnie dlatego, że przybysze nie umieli efektywnie wykorzystać nadmiaru ziemi. Afrykanie nieprzerwanie i często subtelnie starali się wynegocjować lepszą sytuację dla siebie i oszukać system, który przyznawał Europejczykom więcej gruntu, niż byli w stanie uprawiać. Na zubożałych europejskich farmach w całej kolonii powstała forma dzierżawy w zamian za plony - squatting - i szybko umożliwiła Kikuju dostęp do dodatkowych ziem ornych poza rezerwatami. Wkrótce po pojawieniu się osadników tysiące Kikuju ruszyło z rodzinami i żywym inwentarzem w stronę Białych Wzgórz, gdzie za pracę dla europejskiego właściciela przez mniej więcej jedną trzecią roku mogli uprawiać własną działkę, paść bydło i kozy oraz wychowywać dzieci. Ci Kikuju nie byli najemnikami wędrującymi tam i z powrotem między rezerwatem a Białymi Wzgórzami; opuścili rezerwaty na dobre i poszli stworzyć sobie warunki do życia na europejskich farmach. Squattersi, przynajmniej tymczasowo, zmniejszali problem przeludnienia rezerwatów i podtrzymywali mit, że migracja na dalsze tereny jest wciąż możliwa, choć w kolonializmie przybrała nową formę. Osadnicy lękali się, że squattersi z plemienia Kikuju, zwłaszcza ci żyjący na ziemiach najbiedniejszych przybyszy, zaczną domagać się praw wynikających z dzierżawy. Niemniej bez tych, jak ich nazywano, kafirów gospodarka osadników upadłaby jeszcze przed II wojną światową.
Squattersi i kolonizatorzy pozostawali jednak w niesprawiedliwym układzie ekonomicznym i politycznym, ci drudzy mogli bowiem polegać na wsparciu brytyjskiego rządu, który bronił ich interesów kosztem dzierżawiących ziemię tubylców. Squattersi, tak jak i osadnicy, wierzyli, że są pionierami długofalowego procesu; w rzeczywistości jednak ich lata w europejskich majątkach ziemskich były policzone, a jeśli się w nich utrzymali, stawali się coraz bardziej podporządkowani i tworzyli coraz mniejszy dochód. Przeżywali swój złoty wiek względnej wolności i wielkiego urodzaju do zakończenia I wojny światowej. W 1918 roku brytyjski rząd kolonialny wprowadził jednak pierwsze z kilku "rozporządzeń w sprawie stałych tubylczych robotników". Rozporządzenia te drastycznie zredukowały dochody Afrykanów, ograniczając liczbę bydła, jaką mogli posiadać, oraz rozmiar ich działek na europejskich terenach, zwiększając jednocześnie limit dni, które zmuszeni byli przepracować na rzecz właścicieli ziemi. W miarę jak osadnicy zdobywali doświadczenie w uprawie roli, squattersi stawali się w coraz większym stopniu gospodarczym przeżytkiem. Ponadto powstawanie niezależnych wspólnot, w których Afrykanie tworzyli organizacje samopomocowe i rady starszych, postrzegane były jako zagrożenie dla politycznej stabilności Białych Wzgórz. Osadnicy uparcie wymuszali dalszą legislację, która umożliwiałaby kontrolę nad squattersami, czyniąc z nich w końcu de facto najemników. Kikuju żyjący na europejskich farmach odpłacali się z kolei nielegalną uprawą i hodowlą bydła, organizując strajki włoskie, sabotując maszyny i żywy inwentarz osadników czy wręcz otwarcie strajkując. Chociaż strajki takie były z łatwością tłumione, niekiedy udawało im się wymusić na właścicielach ziemskich drobne ustępstwa.
Squattersi nie mieli jednak wyboru. Nie mogli wrócić do rezerwatu, gdyż wyruszając na Białe Wzgórza, zrzekli się prawa do ziemi. Wielu z nich migrowało przede wszystkim dlatego, że nie mieli dostępu do ziemi w rezerwacie bądź z tej, którą posiadali, nie byli w stanie utrzymać rodziny. Kiedy w 1937 roku wprowadzono szczególnie drakońskie prawa dotyczące squattersów, przekazując w zasadzie całą odpowiedzialność za nich rejonowym radom kontrolowanym przez osadników, musieli poszukać nowych, bardziej radykalnych metod przeciwdziałania dotkliwym ograniczeniom swego sposobu życia.
Do czasów II wojny światowej w kenijskiej administracji pracowało co najwyżej osiemdziesięciu ludzi; byli odpowiedzialni za blisko pięć milionów Afrykanów żyjących w kolonii. W praktyce oznaczało to, że administratorzy potrzebowali afrykańskich podwładnych chętnych do sprawowania powierzonej im władzy; stawali się nimi wodzowie powoływani przez kolonizatorów. Na całym obszarze brytyjskiego imperium afrykańskiego rządzący poszukiwali współpracowników, którzy przyjęliby rolę zarządców w imieniu rządu kolonialnego, podporządkowanych rzecz jasna administratorom prowincji czy dystryktów, jednak z całą pewnością ustawionych wyżej w hierarchii społecznej niż pozostali afrykańscy poddani. Stanowiło to podstawę pośredniego systemu sprawowania władzy w imperium: posługiwano się lokalnymi afrykańskimi przywódcami, hojnie ich wynagradzając, by wzmocnić dyscyplinę i kontrolę nad miejscową ludnością. System ten oparty był na europejskim stereotypowym obrazie tradycyjnej afrykańskiej hierarchii, w której wódz był zawsze na szczycie, odgrywał też fundamentalną rolę "utrzymującego plemienny porządek".
Tymczasem Kikuju nie mieli wodzów. Przed nastaniem kolonializmu stanowili bezpaństwowe społeczeństwo rządzone przez rady starszych i głowy rodów. W dystryktach zamieszkanych przez Kikuju nowi wodzowie byli zjawiskiem kojarzonym bezpośrednio z władzą kolonialną. Powoływani przez rząd kolonii, w oczach przeciętnego członka plemienia nie mieli żadnego mandatu do pełnienia swej funkcji. Podporządkowując się Brytyjczykom, otrzymywali monopol władzy w dystryktach i dużą niezależność w jej sprawowaniu. Ich najważniejszym zadaniem było zatrudnianie najemników - czy też zachęcanie ich do zatrudniania się, jak to nazywał rząd kolonialny - i pobieranie podatków. Obu tych wymogów zwykli Kikuju starali się uniknąć, a przynajmniej je negocjować. Wodzowie mieli jednak wystarczającą motywację, aby bezkarnie wymuszać uległość. Gdyby nie dali rady, czekała ich utrata stanowiska, czyli pozbawienie pseudotytułu oraz wszelkiej władzy politycznej i towarzyszących jej przywilejów społeczno-ekonomicznych. Wodzowie rządzili więc żelazną ręka, zdobywając reputację skorumpowanych ciemięzców. Podróżowali w otoczeniu półoficjalnej świty, "służby plemiennej", która wykonywała brudną robotę - ściągała podatki i szukała najemników. Ci ostatni byli potrzebni nie tylko po to, by wspierać osadników w uprawie roli, lecz także do pracy dla rządu kolonialnego. W początkowych latach to właśnie rząd był największym - i jak głosiła wieść, najgorszym - afrykańskim pracodawcą, zatrudniając ludzi przy budowie infrastruktury dla kolonii: dróg czy lokalnych linii kolejowych.
Wprowadzenie instytucji wodza spowodowało ostry konflikt wewnętrzny w społeczności Kikuju, konflikt, który z czasem jeszcze się wzmagał. Nie oznacza to, że nim nastały rządy kolonialne, wśród Kikuju nie było różnic. Z całą pewnością nie żyli oni w przedkolonialnej socjalistycznej utopii bez podziału klasowego. Atmosfera konkurencji towarzysząca powoływaniu wodzów była bezpośrednim skutkiem silnego wewnętrznego współzawodnictwa o zasoby i bogactwa, które swoją szczytową fazę osiągnęło właśnie w okresie kolonializmu. Wodzowie wykorzystali jedynie możliwości, jakie dawała władza powierzona im przez kolonizatorów. Znaleźli się w nowej hierarchii powodowani własnym interesem i postanowili pozbyć się lokalnej konkurencji innych Kikuju siłą, przekierowując przedsiębiorcze masy z gospodarstw rolnych na rynek siły najemnej. Aby jeszcze zaognić problem, wodzowie nagradzani byli za lojalność wobec kolonii i Korony większymi i bardziej żyznymi działkami ziemi w rezerwatach, lepszym ziarnem, licencjami na prowadzenie handlu wewnętrznego i tanią siłą roboczą, czyli czynnikami gwarantującymi sukces w produkcji rolnej. Rząd kolonialny starał się za pomocą manipulacji zwiększyć różnice społeczno-ekonomiczne w społeczności Kikuju. O ile plemię to można uznać z łatwością za najbardziej wyzyskiwaną grupę Afrykanów w Kenii, o tyle w tym samym czasie mikroskopijna jego mniejszość znalazła się wśród największych beneficjentów kolonializmu.
Hipokryzja Brytyjczyków nie uszła uwagi Kikuju. Już na początku lat dwudziestych mała grupa postępowych i wykształconych młodych ludzi stworzyła polityczną organizację - Główne Stowarzyszenie Kikuju (Kikuyu Central Association), KCA, by zwalczać kolonialną strukturę. Zorientowani w polityce i znający zawiłości funkcjonowania brytyjskiego rządu kolonialnego, kierowali swoje zażalenia nielicznymi dostępnymi kanałami oficjalnymi, pisząc petycje i odwołując się do konstytucji. Ich żądania dotyczące ziemi i najemnictwa dotarły z lokalnego poziomu administracji kenijskiej do rządu centralnego w Nairobi, a wreszcie do ostatecznej instancji, czyli Ministerstwa Kolonii w Londynie. KCA, choć działało oficjalnie przez parę lat, zostało zauważone dopiero wtedy, gdy wypowiedziało kulturową wojnę brytyjskiemu rządowi o kwestię obrzezania kobiet.
Liderem KCA i jego sekretarzem generalnym pod koniec lat dwudziestych był młody Kikuju Johnstone Kenyatta. Raczej konserwatywny, podobnie zresztą jak pozostali członkowie tej organizacji, dążył do awansu społecznego, jednak korzyści, jakie dawał nowy system kolonialny, były dla niego niedostępne, gdyż nie dostał stanowiska wodza. Co ważne, Kenyatta i jego towarzysze z KCA byli produktami edukacji misjonarskiej. Misjonarze odgrywali istotną rolę w brytyjskiej misji cywilizacyjnej w Kenii i w większości imperium. Byli zdeterminowani, aby nawrócić Afrykanów nie tylko na chrześcijaństwo, ale i na cały zachodni styl życia. Współzawodniczyli o afrykańskie dusze, a każdy odłam wiary tworzył własne strefy wpływów. W rezerwatach Kikuju scenę zdominowali prezbiterianie, anglikanie, metodyści i katolicy, zakładający misje - z kościołami, szkołami i klinikami - potępiający pogaństwo miejscowych praktyk religijnych i kulturowych oraz propagujący wartości chrześcijańskie, handel i cywilizację. Z punktu widzenia rządu kolonii, misjonarze oferowali cywilizowanie za półdarmo. Dzięki temu stopniowo przejęli całą edukację i usługi socjalne. Afrykanie oczywiście płacili czesne i ponosili koszty opieki zdrowotnej; de facto, aby zyskać prawo nabywania tych usług, Kikuju, podobnie jak inni poddani w koloniach, musieli wyprzeć się własnej religii i nawrócić na chrześcijaństwo.
Kiedy misje protestanckie przypuściły atak na zwyczaj obrzezania kobiet, KCA odpowiedziało żywiołowo, broniąc kulturowej tradycji Kikuju. Kwestia wybuchła z całą siłą w latach dwudziestych, gdy kilku misjonarzy zabroniło swoim wiernym takich praktyk. Pod presją misjonarzy urzędnicy kolonialni w Nairobi, którzy dotychczas nie mieszali się w afrykańskie obyczaje, zalecili lokalnym radom tubylców w dystryktach zamieszkanych przez plemię ograniczenie i regulowanie obrzezania kobiet. W roku 1929 protestowały już przeciwko temu tysiące Kikuju, opuszczając istniejące kościoły i zakładając własne, połączone ze szkołami. I tak pojedynczy problem kulturowy zmobilizował rolników z plemienia Kikuju po raz pierwszy do wspólnej akcji i stworzył dla KCA masową bazę polityczną.
Powtarzające się i umotywowane żądania polityków z plemienia Kikuju dotyczące obrzezania ujawniły rzeczywiste oblicze brytyjskiej misji cywilizacyjnej w Kenii. Rząd kolonialny odpowiedział KCA z niedwuznaczną wrogością, nazywając je niebezpieczną i wywrotową organizacją, niereprezentatywną dla większości plemienia. Reakcja ta wynikała zarówno z brytyjskiego interesu imperialnego, jak i ze spaczonego poczucia kolonialnego paternalizmu, zwłaszcza w administracji rezerwatów Kikuju. Pomimo że owi "ludzie w terenie", młodzi członkowie brytyjskiej elity rządzącej, uważający się za obrońców "swoich tubylców", widzieli, jak kraj Kikuju wokół nich coraz bardziej podupada, wielu nadal wierzyło, że przybyli do Afryki, aby nadzorować powolną organiczną przemianę kraju barbarzyńskiego w cywilizowany. Sądzili, że działają w najlepszym interesie Afrykanów, którzy przede wszystkim potrzebowali obrony przed sobą. Chociaż owo paternalistyczne przekonanie pokutowało na wszystkich szczeblach kolonialnego rządu, szczególnie widoczne było w afrykańskich rezerwatach, gdzie urzędnicy odtwarzali historię zapamiętaną z własnych szkół średnich, występując jako twardzi, lecz kochający dyrektorzy, a Afrykanów obsadzając w rolach prostodusznych niewiniątek.
Przywódcy polityczni plemienia Kikuju nie mieli w tym spektaklu do odegrania żadnej roli. Byli liderami przeciwnej drużyny, poza kolonialną hierarchią i, w opinii urzędników, ich pojawienie się dowodziło niebezpieczeństw związanych ze zbyt szybką edukacją Afrykanów. Stawiane przez nich żądanie przejęcia obowiązków, do czego, jak uważano, nie są przygotowani, czyniło z nich w oczach władz kolonialnych członków plemienia, którzy utracili tożsamość, lub na wpół wyedukowanych agitatorów. Gdy pojawiła się kontrowersja związana z obrzezaniem kobiet, działaczom KCA dodano kilka epitetów: "atawistyczni, antyzachodni i antychrześcijańscy". Obowiązkiem brytyjskiego rządu kolonialnego stała się obrona nieszczęsnych Afrykanów przed tymi wichrzycielami.
Post factum trudno ocenić, ilu brytyjskich urzędników rzeczywiście wierzyło w swoją retorykę. Z całą pewnością widzieli destrukcyjny wpływ kolonialnej polityki na społeczność Kikuju, jednak imperialna logika zawsze potrafiła znaleźć winę raczej w rzekomej afrykańskiej nieudolności, obyczajach czy przyrodzonej niższości rasowej niż we własnych niesprawiedliwych rządach. Owa krótkowzroczność zwalniała administrację z odpowiedzialności za upadającą społeczność Kikuju. Na początku II wojny światowej rząd kolonii zdelegalizował KCA pod pretekstem, że przywódcy polityczni plemienia potajemnie kontaktowali się z faszystami w pobliskiej włoskiej kolonii, Etiopii, przygotowując zbrojną inwazję. Gdy Kenia szykowała się do wojny, władze kolonii wierzyły, że dzięki eliminacji dbających o własne interesy polityków Kikuju i brytyjskiemu paternalizmowi plemię któregoś dnia będzie miało szansę osiągnąć standardy brytyjskiej cywilizacji.
Wojna przyniosła w Kenii spore zmiany - zmiany, które wydobyły na światło dzienne niesprawiedliwość brytyjskich rządów, rozbudziły niezadowolenie Kikuju i skanalizowały je w masowy ruch chłopski, znany potem jako Mau Mau. Osadnicy stali się potężną siłą ekonomiczną. Boom gospodarczy wynikający z wojennego popytu uczynił wreszcie z ich produkcji rolnej opłacalne przedsięwzięcie, a zyski miały się utrzymywać przez następne dwadzieścia lat. Rząd nadal prowadził politykę interwencyjną, powołując Afrykanów do pracy na farmach, aby zaspokoić zwiększone zapotrzebowanie osadników na siłę roboczą. Tymczasem administracja w afrykańskich dystryktach, a zwłaszcza w rezerwatach Kikuju, wdrażała dyrektywy przełożonych z Nairobi i Londynu, naciskając na afrykańskich rolników, by produkowali jak najwięcej, co było zwrotem o 180 stopni w stosunku do polityki w poprzednich dekadach, kiedy to wyraźnie ich do tego zniechęcano. Kikuju, wobec rosnącej presji, zarzucali tradycyjny model uprawy ziemi oparty na trójpolówce i ugorowaniu i zamiast tego intensywnie uprawiali każdą dostępną działkę na terenie rezerwatów.
Osadnicy byli gotowi wykorzystać znaczną zmianę w stosunkach Kenii z brytyjskim rządem. Silniejsze więzi ekonomiczne między kolonią a Londynem utrzymywały się także po wojnie, Wielka Brytania bowiem spodziewała się, że imperium pomoże jej w okresie odbudowy. Przegłosowano serię ustaw o rozwoju i dobrobycie kolonii, zapewniając im bezprecedensowe wsparcie kapitałowe. Nazwa była myląca, gdyż owe zastrzyki kapitału miały na celu nie tyle wzmocnienie administracji afrykańskiej, ile podniesienie Wielkiej Brytanii z powojennego kryzysu. Inwestycje dotyczyły głównie gospodarki osadników w Kenii, w odpowiedzi na jej niedawny wzrost i zwiększoną dochodowość. Pobudzając produkcję rolną osadników, metropolia planowała nabywać produkowane przez nich towary - kawę, herbatę i piretrum - za pośrednictwem izb handlowych kontrolowanych przez rząd kolonii, a następnie sprzedawać po wyższych cenach na rynku światowym. Ponieważ wiele z owych dóbr jechało do Stanów Zjednoczonych, rząd brytyjski dostawał w zamian dolary niezbędne do spłacenia wojennego długu wobec Amerykanów. Osadnicy z kolei korzystali z bezprecedensowej pomocy rządu i interwencji finansowej, które miały zapewnić rozwój terytorialny i zwiększoną dochodowość ich majątków ziemskich.
Pomimo ciężkiej pracy Kikuju, po 1945 roku poziom ich życia znacznie się obniżył, zwłaszcza w porównaniu z sytuacją osadników. Po dekadach intensywnej uprawy roli rezerwaty były na granicy kryzysu, a Kikuju rozwarstwili się na nielicznych bogatych wodzów i większość, która pod brytyjskim panowaniem musiała znosić nie tylko wyzysk, ale i utratę ziemi oraz statusu. Na domiar złego rząd kolonii był przekonany, że prawdziwymi powodami spadku żyzności i przyspieszonej erozji gleby były "tradycyjne i prymitywne praktyki rolnicze" Kikuju - niszcząca ziemię ciągła uprawa czy nadmiar bydła i kóz. Aby zapobiec negatywnym skutkom owych praktyk, władze kolonii wprowadzały po wojnie liczne projekty rozwoju, mające powstrzymać domniemaną katastrofę ekologiczną.
W praktyce oznaczało to powstrzymywanie produkcji Kikuju na lokalne rynki. Odcięci od możliwości zarabiania na rozwoju gospodarki kolonii, mogli produkować tylko tyle, by się utrzymać w rezerwatach, zmuszani do darmowej pracy w ramach różnych programów rekultywacji gleby. Był to, jak się okazało, najbardziej skandaliczny ze wszystkich kolonialnych projektów pracy przymusowej, a gros tej najcięższej i najbardziej niewdzięcznej wykonywały kobiety - na przykład budowę kilometrów komunalnych tarasów zapobiegających erozji ziemi - ponieważ większość mężczyzn stawała się coraz bardziej zależna od pracy najemnej. Źródłem problemu w rezerwatach było oczywiście to, że zbyt wielu Kikuju mieszkało na zbyt małym obszarze. Rozwiązaniem było wyjście poza granice rezerwatów lub umożliwienie Afrykanom posiadania ziemi na ekskluzywnych Białych Wzgórzach. W tym czasie nie brano jednak pod uwagę żadnej z tych możliwości.
Żołnierze Kikuju, powracający z wojny, pobudzali jeszcze rosnące powszechne niezadowolenie. Rząd brytyjski zasilał wojska alianckie, zbierając ludzi z całego imperium. Kikuju, tak jak pozostali poddani brytyjscy, wstąpili do armii i zostali skierowani do walk na Środkowym Wschodzie i w Indiach-Birmie. Po zwycięstwie aliantów wrócili do domu ze świadomością narodowych ruchów na świecie, na przykład w Indiach, oraz ze szczerym przekonaniem, że walczyli z faszyzmem w imię przyszłego samostanowienia. W Kenii weterani z plemienia Kikuju odkryli, że wielu z ich brytyjskich odpowiedników otrzymało po demobilizacji wsparcie od rządu kolonii w postaci ziemi, niskoprocentowych pożyczek i programów tworzenia miejsc pracy. Brytyjscy weterani stanowili kolejną falę imigracji do Kenii, przybywającą do kolonii w ramach programu osiedlania żołnierzy, zbliżonego do tych, które prowadzono po I wojnie światowej. Żołnierze Kikuju spodziewali się innego powrotu do domu niż ten w rzeczywistości; być może nawet oczekiwali poprawy warunków życia w uznaniu zasług na polu bitwy. Ku swemu rozczarowaniu odkryli, że ich los, podobnie jak los innych członków plemienia, nie tylko nie zmienia się na lepsze, ale wręcz stale się pogarsza.
Potrzeba powstania powszechnego ruchu Kikuju odczuwana była także poza granicami rezerwatów. Na Białych Wzgórzach postępująca mechanizacja rolnictwa wprowadzana przez Europejczyków zmusiła tysiące squattersów do opuszczenia farm, a ci, którzy pozostali, musieli pracować ciężej i dłużej. Zamknięcie terenów dla squattersów doprowadziło do powstania wzburzonej grupy bezdomnych, tracących własność na ziemiach, które uważali za swoje. Niektórzy wrócili do rezerwatów, chociaż zostali tam raczej chłodno powitani przez dalszych krewnych, którym było trudno i bez nich. Powszechne niezadowolenie zapanowało także w zacofanych dzielnicach miast, zwłaszcza w Nairobi, dokąd wielu pozbawionych ziemi squattersów migrowało w poszukiwaniu pracy. Afrykańskie dzielnice mieszkaniowe szybko się przeludniły, wzrosło bezrobocie, a inflacja strzeliła w górę. Wielu mieszkańcom miast jedyną szansę na przetrwanie dawała tak zwana gospodarka nieoficjalna - handel domokrążny, piwowarstwo i prostytucja. Nie dziwi zatem, że ubodzy Kikuju, doświadczeni przez utratę ziemi i skazani na egzystencję w miastach jako "obcy", pragnęli skierować swoje żale ku zarówno europejskim kolonizatorom, jak i ich afrykańskim przedstawicielom.
Mimo frustracji, Kikuju nadal nie byli zdolni do powszechnego poruszenia. Politycy z KCA, podobnie jak rodzący się ruch związków zawodowych, musieli zejść w czasie wojny do podziemia, aby w 1944 roku objawić się w postaci nowej formacji - Afrykańskiego Związku Kenii (Kenya African Union), KAU. Trzy lata później Kenyatta - już jako Jomo Kenyatta - powrócił do Kenii po szesnastoletnim pobycie w Wielkiej Brytanii, gdzie studiował w London School of Economics, współfinansował wraz z Kwame Nkrumahem panafrykański kongres i napisał kontrowersyjną książkę Facing Mount Kenya [Stojąc przed górą Kenia], polemiczną obronę praktyk kulturowych Kikuju i ich zdolności do przemawiania we własnym imieniu. Powrót Kenyatty zelektryzował kolonię, co świadczyło o tym, że był on nie tylko wybranym przywódcą Kikuju, ale też popularnym protagonistą całej tubylczej społeczności Kenii.
Niemniej to nie Kenyatta ani KAU odkryli sposób zmobilizowania mas, tylko grupa kilku tysięcy squattersów, których zmuszono do opuszczenia Białych Wzgórz i osiedlenia się w regionie zwanym Olenguruone. Obawiając się kolejnej rządowej eksmisji, w roku 1943 mieszkańcy Olenguruone zradykalizowali tradycyjną praktykę składania przysięgi. Dotychczas mężczyźni z plemienia Kikuju składali ją, aby przypieczętować solidarność podczas wojny lub kryzysu wewnętrznego; przysięga ta moralnie wiązała ich wobec wielkiego zagrożenia. Jednak w Olenguruone, w nowych okolicznościach politycznych, została zmodyfikowana i lokalni przywódcy Kikuju objęli nią też kobiety i dzieci. Zjednoczyła Kikuju w Olenguruone we wspólnym celu, jakim była walka z niesprawiedliwymi rządami brytyjskimi.
Masowe składanie przysięgi rozpowszechniło się szybko, gdy tylko afrykańscy politycy zorientowali się, jak wielki tkwi w niej potencjał, jeśli chodzi o samoorganizację; była ona jednak ograniczona do społeczności Kikuju. Początkowe wsparcie przyszło od niezależnych szkół i kościołów, które powstały podczas kryzysu w kwestii obrzezania kobiet. Do roku 1950 skala zjawiska spowodowała jego ujawnienie i Departament Spraw Afrykańskich w kolonii odnotował, że "odbywają się tajne spotkania, podczas których składana jest nielegalna przysięga, z towarzyszącym jej przerażającym rytuałem, zobowiązująca uczestników do traktowania wszystkich urzędników imperium jako wrogów, do lekceważenia rozkazów rządu i - w dalszej perspektywie - do wygnania wszystkich Europejczyków z kraju"43.
Urzędnicy szybko ocenili, że ruch, spopularyzowany jako Mau Mau, stanowi zjednoczoną siłę. W rzeczywistości jednak jego dowództwo, wywodzące się z KAU i innych grup, miało podzielone opinie co do kilku zagadnień, zwłaszcza metod, jakimi należy domagać się zadośćuczynienia krzywd. Około roku 1950 z umiarkowanej elity politycznej KAU zaczęli wyodrębniać się młodzi liderzy, bojowo nastawieni, często z przeszłością wojenną. Radykałowie ci przejęli kontrolę nad składaniem przysięgi, do której zmuszali teraz siłą. Wprowadzili wiele innych przysiąg - każda wiązała się z głębszym poziomem lojalności wobec ruchu i większym zaangażowaniem w walkę. Owo radykalne skrzydło zdołało zjednoczyć niezadowolone masy miejskie z wiejskimi. Preferując przemoc, zaczęli zastępować dotychczasowe konstytucyjne metody postępowania, proponowane przez Kenyattę i jego umiarkowanych pobratymców, nawoływaniem do czynnego, zbrojnego oporu. Pomimo delegalizacji Mau Mau przez rząd w sierpniu 1950 roku, wzrost przemocy obserwowano nie tylko na Białych Wzgórzach, gdzie squattersi, sfrustrowani każdym kolejnym obrotem rzeczy, widzieli nadzieję dla siebie w głoszonych przez wojowników żądaniach ziemi i wolności, ale także w Nairobi, gdzie warunki życia biedoty bardzo się pogorszyły, i w rezerwatach Kikuju, w których zwolennicy Mau Mau mordowali już wodzów.
Ceremonie składania przysięgi, tak kluczowe dla solidarności przeciętnych Kikuju, często miały nawet stu uczestników. Świeżo wtajemniczeni Kikuju w rytuale inicjacyjnym przechodzili przez łuk z liści bananowca, rozebrani do naga, "zrzucając" dotychczasowy status społeczny i przygotowując się do symbolicznego odrodzenia jako zwolennicy Mau Mau. Zazwyczaj osoba nadzorująca przysięgę organizowała zabicie kozła, a następnie przeprowadzała nowicjuszy przez cały rytuał. Niekiedy zaczynała od pytania: "[Czy] zgadzasz się stać Kikuju, prawdziwym Kikuju, wolnym od skazy?"46. Nowicjusze odpowiadali twierdząco, po czym odgryzali kawałek mięsa kozła. Celebrans pytał dalej, czy kandydaci chcą poznać "tajemnicę" ludu Kikuju, na co ci znowu odpowiadali twierdząco i mogli już wysłuchać opowieści o historii plemienia i celach Mau Mau - ziemi i wolności. Potem składano różne przyrzeczenia, powtarzając refren "niech ta przysięga zabije mnie". Najczęstsze zobowiązania brzmiały bowiem następująco: "jeśli będę znać jakiegoś wroga naszej organizacji i go nie zabiję, niech ta przysięga zabije mnie" i "jeśli zdradzę tę przysięgę jakiemuś Europejczykowi, niech ta przysięga zabije mnie"48. Po każdym przyrzeczeniu nowicjusze zjadali kawałek zabitego zwierzęcia.
Przysięga zmieniała status Kikuju jako odrodzonych członków ruchu Mau Mau, ale też stanowiła moralny kontrakt. Większość uczestników przepełniał szczery lęk przed represjami, niezależnie od tego, czy uczestniczyli w ceremonii z własnej woli, czy z przymusu. Przymusowa przysięga nie była mniej zobowiązująca i często powstrzymywała uczestników ruchu - nawet poddanych torturom czy zagrożonych śmiercią - od wydania współtowarzyszy. Jak sto lat wcześniej każdy Kikuju był przekonany, że nie da się wyzwolić spod mocy przysięgi, tak samo wielu zwolenników Mau Mau wierzyło w konsekwencje jej złamania. Jeden z byłych członków Mau Mau dowodził podczas rozmowy: "To była bardzo ważna przysięga w przekonaniu Kikuju, tak jak za dawnych lat, gdy starszyzna, po zabiciu kozła, uderzała laskami w ziemię, wypowiadając słowa: "Ten, kto rozpowie informacje o kiama [radzie], niech tak upadnie!""49. Złamanie przysięgi oznaczało brak lojalności wobec ruchu. Kikuju wyjawiający tajemnicę po złożeniu przysięgi narażał się na gniew boga stworzyciela Ngai i powinien oczekiwać kary: kalectwa lub - co bardziej prawdopodobne - śmierci.
Wierzenia te utrudniają badaczowi dotarcie do prawdy o składaniu przysięgi. Do dziś większość dawnych zwolenników Mau Mau wierzy w jej moc. Na przykład w rejonie Mathira u stóp góry Kenia spytałam Lucy Mugwe, starszą kobietę z plemienia Kikuju, z którą prowadziłam od pewnego czasu rozmowę, co stało się z jedną z jej nieobecnych sąsiadek. "Och, szła pod górę, niosąc wodę [co oznaczało, że miała czterolitrowy pojemnik zarzucony na plecy i przypięty pasem do czoła], gdy w drogę weszła jej krowa i ją przewróciła. Wkrótce potem zmarła". Lucy nachyliła się i szeptem przypomniała mi, że "należało się tego spodziewać, wiesz... ona zdradziła przysięgę wiele lat temu"50. Dopiero po dłuższym pobycie wśród Kikuju zaczęłam się czegoś od byłych Mau Mau dowiadywać, ale nawet wtedy udało mi się zaledwie powierzchownie dotknąć historii i znaczenia przysięgi.
Brytyjski rząd kolonialny oszacował, że pierwszą przysięgę Mau Mau, przysięgę jedności, złożyło niemal dziewięćdziesiąt procent półtoramilionowego plemienia51. W miarę rozprzestrzeniania się ruchu jego przywódcy stworzyli siedem różnych przysiąg, a każda z nich wyrażała większe oddanie ruchowi. Każdej towarzyszył nowy rytuał, którego elementem było picie krwi zwierząt, a nawet ludzkiej oraz zjadanie różnych części zwierzęcia. Według jednej z opowieści o czwartej przysiędze, Kikuju związani byli ze swoimi towarzyszami jelitem kozła, celebrans robił im nacięcia na ramionach, a następnie musieli zlizywać krew ze świeżych ran innych uczestników. Opowiadający wspominał: "po spożyciu krwi czuliśmy się, jak kobieta w stosunku do swojej uprawy kukurydzy albo fasoli [tzn. pełni troski]. To samo ktoś, kto złożył [tę] przysięgę, odczuwał wobec swojej ziemi. Zrobiłby wszystko, by jej bronić, nawet gdyby miało to oznaczać śmierć"52. Siódma, ostatnia przysięga, batuni, czyli "zabijająca", stała się bardziej powszechna, gdy gubernator Kenii ogłosił stan wyjątkowy w kolonii i składali ją tylko ci, którzy byli gotowi walczyć w lasach.
Wtajemniczanie w Mau Mau opierało się na przystosowaniu tradycyjnej przysięgi Kikuju do nowych, zapalnych okoliczności. Chociaż rząd kolonii, a zwłaszcza osadnicy uważali składanie przysięgi za barbarzyńskie czary-mary i kolejny dowód zacofania i dzikości Kikuju, praktyka miała swoją logikę i celowość. Była racjonalną reakcją wiejskiego ludu starającego się zrozumieć olbrzymie zmiany społeczno-ekonomiczne i polityczne, które zachodziły wokół, i próbą wspólnej odpowiedzi na nowe i niesprawiedliwe warunki.
W przededniu wojny Mau Mau przysięgę jedności złożyły już setki tysięcy Kikuju, zobowiązując się do oddania życia za ruch i jego żądanie ziemi i wolności. Europejscy osadnicy i rząd kolonii, gdy dowiedzieli się o Mau Mau, uznali, że hasło "ziemia i wolność" oznacza domaganie się zwrotu spornych ziem i położenie kresu brytyjskiemu kolonializmowi. Jednak Kikuju składający przysięgę pojmowali te pojęcia mniej precyzyjnie i szerzej niż tylko jako zrzucenie brytyjskiego jarzma i odzyskanie terenów przodków. Interpretacja zależała od wieku, płci i miejsca urodzenia danej osoby. Dla części z nich "ziemia i wolność" oznaczały obalenie wodzów obranych przez kolonizatorów i dbających wyłącznie o własne korzyści53. Dla wielu mężczyzn z młodszego pokolenia wiązały się z szansą powrotu na tereny pogranicza, gdzie mogliby wreszcie, w oczach starszych Kikuju, stać się dorośli54. Kobietom kojarzyły się z zakończeniem przymusowej darmowej pracy, na przykład morderczej budowy terasów55. Innym jeszcze hasło to dawało nadzieję znalezienia w przeludnionych rezerwatach gospodarstw dostatecznie dużych, aby wyżywić rodzinę56. Ów wyrazisty, a zarazem wieloznaczny charakter hasła "ziemia i wolność" głoszonego przez Mau Mau przemawiał tak mocno do mas Kikuju, że powstał ruch wyjątkowo silny i trudny do opanowania przez Brytyjczyków.
W roku 1950 Kenia była w przededniu najkrwawszej w XX wieku i najbardziej przewlekłej wojny dekolonizacyjnej brytyjskiego imperium. Mau Mau mieli ogromne oddolne poparcie, a ich działania skierowane były wyraźnie przeciwko zarówno białym, jak i czarnoskórym reprezentantom kolonialnej władzy, zwłaszcza osadnikom i narzuconym przez kolonizatorów wodzom. Chociaż osadnicy nie byli z całą pewnością siłą jednolitą pod względem ideologicznym - w kolonii można było znaleźć całe spektrum poglądów Europejczyków na dowolny temat - szybko zjednoczyli się przeciwko Mau Mau. O ile przez lata w kenijskiej polityce - jak to się mówiło - "konserwatywny ogon machał umiarkowanym psem", o tyle z nastaniem Mau Mau konserwatyzm i otwarty rasizm osadników się wzmocniły, a ich światopogląd przesunął zdecydowanie na prawo.
Ramię w ramię z osadnikami stanęli wodzowie z nadania kolonizatorów i ich poplecznicy, którzy w czasie nadchodzącej wojny mieli być nazywani lojalistami - drugi cel nienawiści Mau Mau. Zgromadzili ogromne majątki i władzę kosztem swoich pobratymców. Niektórzy zdobyli nawet pozycję starszego wodza, nadzorującego znaczne połacie rezerwatów Kikuju, wykorzystując związane z tym możliwości zabiegania o własne korzyści. Dla mas Kikuju starsi wodzowie, tacy jak Waruhiu, który wkrótce miał się stać sławny, reprezentowali wszystko co najgorsze w brytyjskiej misji cywilizacyjnej. Wraz z pomniejszymi wodzami, naczelnikami wsi i ich koteriami podczas powstania stanowili trzon lojalistycznej współpracy. Co ważne, słowo "lojalista" nabrało szczególnego znaczenia dla rządu kolonialnego i dla tych, którzy uważali się właśnie za lojalistów, a takich było w sumie kilka tysięcy. Terminem tym określano każdego Kikuju, który czynnie walczył po stronie brytyjskiego rządu przeciwko ruchowi Mau Mau, w zamian otrzymując przywileje, o wiele większe niż te przyznawane wodzom przed wojną.
Według zwolenników Mau Mau, ci, którzy zdradzili ruch, musieli zostać wyeliminowani. Dotyczyło to nie tylko lojalistów, lecz także niewielkiej mniejszości gorliwych chrześcijan z plemienia Kikuju, którzy nie byli ani powstańcami, ani kolaborantami i w związku z tym spotykali się z prześladowaniami z obu stron. Miejscowi misjonarze chrześcijańscy bez końca walczyli z rządem kolonialnym o rozszerzenie definicji "lojalizmu", twierdząc, że ich wierni stanowią najbardziej lojalny i prozachodni odłam Kikuju w całej kolonii. Nie odnieśli jednak większego sukcesu. Przez cały okres wojny odgrywali istotną rolę, gdyż wielu z nich było świadkami okrucieństwa w obozach koncentracyjnych i wsiach za drutem kolczastym. Ich interwencja przeciw kolonialnej przemocy (a czasem na jej rzecz) była wypadkową ich własnych interesów i lojalności wobec rządu kolonii.
Osobami, które miały nadzorować rozwijający się dramat Mau Mau, byli gubernator Kenii sir Philip Mitchell i minister kolonii w Londynie Oliver Lyttelton. Mitchell był niewysokim, otyłym i ze wszech miar niesympatycznym człowiekiem, który - na papierze - wydawał się pod koniec 1944 roku idealną osobą na stanowisko gubernatora Kenii. Długa i wybitna kariera w brytyjskich służbach kolonialnych przypuszczalnie uczyniła go najlepszym kandydatem. Bardzo chciał odejść na emeryturę z życiorysem zawodowym bez skazy. Cel ten nabrał nowego znaczenia, gdy po utracie Indii w 1947 roku, Kenia stała się klejnotem w brytyjskiej Koronie. Gdy w 1950 roku Mau Mau zaczęli ujawniać swoją prawdziwą siłę, Mitchell próbował umniejszyć przed Ministerstwem Kolonii ich znaczenie i zasięg, podkreślając jednocześnie rozmiar okrucieństwa i niepokojów, jakie powodowali. W przeciwnym razie musiałby się przyznać do porażki w zarządzaniu krajem. Aż do emerytury, na którą przeszedł w czerwcu 1952 roku, słał do Londynu kłamliwe notatki, donosząc o pokoju i postępie w kolonii. W rzeczywistości spirala przemocy już się nakręcała, Mau Mau podcinali ścięgna bydłu osadników, palili uprawy i zabijali Kikuju trzymających z Brytyjczykami. Gdyby gubernator zaalarmował ministra kolonii Olivera Lytteltona, Londyn z pewnością by zainterweniował, kilku wyższych urzędników znajdujących się na miejscu zostałoby pociągniętych do odpowiedzialności, a ich kariery byłyby nadszarpnięte. Tymczasem, o dziwo, Mitchell zdołał odejść na emeryturę w chwale, choć jego gra pozorów została wkrótce zdemaskowana. Latem 1952 roku, gdy Kenia czekała na nowego gubernatora, sytuacja nadal się pogarszała. Dla tych, którzy byli na miejscu, było już jasne, że Mau Mau szykują się do rewolty antykolonialnej i wojny domowej, chociaż niewielu mogło wówczas przewidzieć skalę zniszczenia, jakie czaiło się za horyzontem.