Rozdział 4
- Klops, pychota!
Kiedy weszliśmy do kuchni, wzrok Matta padł na danie pozostawione na blacie.
- Uwielbiam klops - zadeklarował. - Ty go zrobiłaś?
Postawiłam butelkę na blacie i pokręciłam głową z cierpkim uśmiechem.
- Ja i gotowanie? Jeśli dlatego się ze mną umawiasz, to od razu się przyznam. Niestety nie gotuję. Myślałam, że to już wiesz.
- Wygląda smacznie. Dlaczego nie zjemy klopsa zamiast pizzy?
Znalazłam korkociąg i otworzyłam wino. Nalałam sobie kieliszek, spojrzałam na Matta znacząco, a on pokiwał głową.
- Ach, rozumiem. To dzieło twojej mamy, tak?
- Tak.
- I nie ma w nim ani grama mięsa?
- Ani odrobiny. Żadnego mięsa, nabiału, glutenu. Tylko składniki pochodzenia roślinnego. Upiekła go dla nas wcześniej, bo umówiła się w Winter Garden na karty z przyjaciółkami.
Matt westchnął z rozczarowaniem.
- A tak ładnie wygląda.
- Częstuj się - zachęciłam go. - Ale powiem ci, że jem to wegańskie żarcie od tygodnia, mam w sobie już tyle dań opartych o składniki pochodzenia roślinnego, że lada chwila palmy wyrosną mi z uszu. Dlatego też zamawiam pizzę z toną mięsa i zamierzam cieszyć się, że nie będzie przy tym mojej mamy, więc nie będzie wyrażać dezaprobaty ani cierpieć z powodu tego, że nie znoszę jej kuchni.
Matt wzruszył ramionami i sięgnął po talerz.
- A ja spróbuję. To zdrowe.
Popijałam wino i obserwowałam go, kiedy nakładał sobie porcję, po czym znalazłam telefon i zamówiłam wielką pizzę, by na pewno wystarczyło dla dzieci i dla Matta, gdyby zmienił zdanie. Kiedy już skończyłam, odłożyłam telefon i spojrzałam na mojego faceta, któremu wegański klops chyba smakował.
- Niezłe - oświadczył. - Nie wiem, dlaczego narzekasz na gotowanie swojej mamy. Moim zdaniem to naprawdę smaczne.
Usiadłam na krześle. Matt nałożył sobie jeszcze jedną porcję i dojadł ją, kiedy popijałam wino.
- A gdzie Elijah? - zapytałam.
Matt też usiadł. Przestał jeść, na jego twarzy odmalowało się zmęczenie. Był samotnym ojcem, odkąd matka jego dziecka została jesienią zamordowana. Nie nawiązał bliskiej relacji z synem, dowiedział się o jego istnieniu, kiedy chłopiec miał trzy lata, a jego matka w końcu zdecydowała się wyznać prawdę. Przespała się z Mattem dziewięć lat temu, Matt był przekonany, że nigdy więcej się nie zobaczą. A tymczasem musiał zająć się swoim ośmioletnim synem, co całkowicie zmieniło jego życie.
- Z moją mamą - odparł. - Zabrała go do kina, żebym miał wolny wieczór.
Pochyliłam się nad blatem i sięgnęłam po widelec, żeby spróbować wegańskiego klopsa. Kilka razy poruszyłam szczęką, po czym się skrzywiłam. Nie. Okropne jak cała jej kuchnia. Upiłam łyk wina, aby pozbyć się tego smaku. Bardzo chciałam, żeby gotowanie mamy mi posmakowało, naprawdę. Na takim żarciu dałoby się też zapewne zrzucić parę kilo, ale po prostu nie mogłam tego przełknąć. A do tego wszystkie te zdrowe potrawy sprawiały, że podjadałam między posiłkami, więc zaczęłam tyć, odkąd mama się wprowadziła, zamiast zrzucić wagę.
- A jak się między wami układa? - zapytałam. - Lepiej?
Matt wbił wzrok w swój talerz i pokręcił głową.
- Nienawidzi mnie.
- Nie mów tak. Jesteś jego tatą.
- Poważnie, nienawidzi mnie. Nie pozwala sobie w niczym pomóc, nie chce ze mną rozmawiać. Nie pozwala nawet, żebym go położył wieczorem do łóżka. Po szkole idzie do mojej mamy, bo ja pracuję, codziennie. kiedy wracam do domu, mam nadzieję, że będzie lepiej, że nabierze do mnie cieplejszych uczuć, ale nic takiego na razie nie nastąpiło. Chyba wini mnie za śmierć Lisy.
Położyłam dłoń na jego dłoni.
- Stracił matkę, jedynego rodzica, jakiego tak naprawdę znał, bo rzadko się spotykaliście.
- A czyja to była wina? Na pewno nie moja. Błagałem ją, żeby pozwoliła mi częściej go zabierać, ale zawsze wyskoczyła z jakąś głupią wymówką. Jakby rozkoszowała się tym, że może sprawić mi zawód... Jakby powiedziała mi o nim tylko bo to, by mnie ranić.
- Ale ci powiedziała, co oznacza, że musiała chcieć, byś się zaangażował - odparłam. - Może było jej trudno.
Matt zjadł jeszcze kilka kęsów i pokręcił głową.
- Cóż...
- Nie poddawaj się. Jesteś wszystkim, co on ma. Daj mu czas. Jego życie bardzo się zmieniło przez ostatnie pół roku, nie wie, na czym stoi. Pewnie potwornie tęskni za mamą i tylko na tobie może się wyładować. Trochę cierpliwości. Jestem pewna, że wszystko się ułoży.
- No wiem, tylko... Nie tak to miało wyglądać, prawda? To rodzicielstwo na pełny etat jest naprawdę... trudne.
- Witaj w klubie.
Roześmiałam się lekko i upiłam łyk wina, po czym uniosłam pełen miłości wzrok do sufitu. Moje dzieci radziły sobie całkiem nieźle. Alex odnalazł się w nowym otoczeniu. W ramach programu dla uczniów wybitnie uzdolnionych otrzymywał w szkole trudniejsze zadania, co znacznie go uspokoiło. Nadal często krzyczał, kiedy się wypowiadał, nadal trudno było mu usiedzieć w miejscu dłużej niż kilka minut, ale wydawał się szczęśliwszy. Dziewczynki też radziły sobie lepiej niż zaraz po przeprowadzce. Przestały tyle mówić o ojcu, a ja nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle. Na początku jeździły do Waszyngtonu z odwiedzinami przynajmniej raz w miesiącu, ale przez ostatnie dwa miesiące nie było żadnych wizyt. Zwłaszcza najstarsza, Olivia, sprawiała wrażenie, jakby coraz mniej zależało jej na ojcu, co nie leżało w jej charakterze. Zastanawiałam się, czy coś się stało podczas ich ostatniej wizyty u Chada i Kimmie. Przykro mi było z powodu Alexa, który tęsknił za ojcem, ale nie mogłam wysłać go tam samego samolotem. Może inne sześciolatki były na tyle samodzielne, ale nie mój Alex. Nie skończyłoby się to dobrze dla współpasażerów.
- Widziałam w wiadomościach, że znaleźli drugi but, który mógł należeć do Cariny Martin? - powiedziałam, pragnąć zmienić temat. - Tym razem aż na wschodnim krańcu pola golfowego w krzakach?
Matt podszedł do lodówki, żeby wziąć sobie piwo.
- Tak, to był drugi but. Obcas i resztki pierwszego buta znaleźliśmy tej nocy, kiedy zniknęła.
- Czyli weszła na pole golfowe znacznie dalej, niż zakładaliście?
Przytaknął, otworzył piwo i usiadł.
- Tak. Znaleziono go niedaleko zarośli, w których gracze często tracą piłki. To taki mały lasek, niemal nieprzebyty. Myślałem, że wszystko przeczesaliśmy, ale teren jest taki... duży.
Pokiwałam głową.
- Myślisz, że się tam ukrywała?
- Nie wiem. Mogła też pójść tam z jakimś chłopakiem. To bal maturalny, przecież wiesz. Ludzie w taką noc robią różne głupie rzeczy.
- Ale koronę znaleźliście przy wejściu do country clubu? - dopytywałam.
Potwierdził i upił łyk piwa.
- Poniszczone buty znaleźliśmy w wielu różnych miejscach rozrzuconych po całym polu golfowym. Znaleźliśmy też torebkę Tary Owens z telefonem w środku, a fragment sukni Avy Morales pływał sobie w jednym z jeziorek.
- Jak ślad z okruchów u Jasia i Małgosi - wymamrotałam.
Podniósł wzrok.
- Co mówiłaś?
Pokręciłam głową.
- Nic. A pozostałe telefony? Udało wam się je namierzyć?
Matt zaprzeczył.
- Konta w mediach społecznościowych? Coś, co mogłoby podsunąć jakiś ślad? Korespondowały z kimś?
- Nadal nad tym pracujemy. Technicy się tym zajmują. Analizują zawartość komputerów i historię połączeń. Młodzi ludzie mają dzisiaj tyle kont w mediach społecznościowych, że trwa to całą wieczność, ale na razie nie znaleźli nic przydatnego.
- Czy zaginione były w konflikcie z innymi osobami w szkole? Otrzymywały groźby? Miały kłopoty w domu z rodzicami lub krewnymi? Jakaś historia chorób psychicznych?
- Nie, nie i nie. Wszystkie trzy miały wzorową obecność, zbierały same piątki i szóstki. Były lubiane i popularne, zwłaszcza Carina Martin.
- Miały chłopaków? - zapytałam, podnosząc kieliszek do ust.
- Ava Morales umawiała się z kolegą ze szkoły, nie było go na balu, musiał jechać do Orlando, zmarła mu babcia. Pozostałe nie miały chłopaków. Chodzą słuchy, że Carina była tamtego wieczoru z Kevinem Bassem i że ukradła go najlepszej przyjaciółce.
- A ten Kevin Bass, rozmawiałeś z nim?
- Rozmawialiśmy już chyba ze wszystkimi, którzy byli na balu. Kevin został oddelegowany do sprzątania i wyszedł o wiele później niż zaginione. Sprzątał z grupą nauczycieli jeszcze godzinę po zakończeniu imprezy.
- Wygląda na to, że uciekały - rozmyślałam na głos. - Buty były rozrzucone po całej okolicy. Niełatwo biega się po polu golfowym w szpilkach, więc nic dziwnego, że je zdjęły, by biec szybciej.
Matt przełknął ślinę. Wyraz jego oczu zdradzał, że jego zdaniem mam rację, ale wolał o tym nie myśleć.
- A jeśli uciekały, to dokąd? - zastanawiałam się dalej. - Tam nie ma dokąd uciec. Pole golfowe jest otoczone wodą.
- Płetwonurkowie przeszukują rzekę od wielu dni, przeszukują też kanały prowadzące do terenów mieszkalnych, przecież wiesz o tym, Evo Rae. Nic nie znaleźli.
- Wiem, wiem. Zastanawiam się po prostu, po co biegać po polu golfowym w środku nocy w bardzo drogich butach i sukienkach, jeśli się przed kimś nie ucieka.
- Mogły być pijane. Albo naćpane i się wygłupiały. Według znajomych wszystkie trzy piły przed balem. Carina Martin paliła marihuanę ze swoją przyjaciółką Molly Carson przed budynkiem tuż przed swoją koronacją na królową balu.
- Typowe rozrywki w taki wieczór. Pokłóciły się, prawda? - zapytałam. - Carina i Molly? O Kevina? Pamiętam, że mi mówiłeś... czy może gdzieś o tym czytałam? A może Melissa mi mówiła. Molly jest jej córką, jak wiesz.
- Tak. To prawda. Pokłóciły się. Przyglądamy się jej.
- Molly? - zdumiałam się. - Córce Melissy? Dlaczego?
- Z powodu tej kłótni. Może był ciąg dalszy. Może to Molly goniła Carinę, może Carina przewróciła się, zrobiła sobie krzywdę, a Molly ukryła ciało? Ojciec Molly ma pozwolenie na broń. Mogła wziąć jego broń i z niej strzelić, może zdarzył się wypadek.
Pokręciłam głową.
- Chyba żartujesz? Nie Molly. Nie córka Melissy.
Matt wziął głęboki oddech, przeczesał dłonią gęste brązowe włosy. Rzadko ostatnio surfował, miał za dużo pracy, więc kosmyki ściemniały.
- Miała alibi? - zapytałam.
- Tak, ale niestety dość słabe. Poszła do domu, kiedy królowa balu jeszcze tańczyła z królem. Wiele osób widziało, jak wychodziła. Zadzwoniła po matkę, która po nią przyjechała i odwiozła ją do domu, a ona od razu się położyła. Melissa to potwierdza. Po rozmowach z jej znajomymi i nauczycielami muszę przyznać, że zrobienie komuś krzywdy nie leży w jej charakterze. Wszyscy opisują ją jako osobę, która troszczy się o innych, wspiera ich. Kiedy ją przesłuchiwałem, odniosłem wrażenie, że nie skrzywdziłaby nawet muchy.
Upiłam łyk wina.
- Ale to żadne alibi. Przecież mogła wyjść przez okno.
Matt spojrzał na mnie znacząco.
- Wiem. I to mnie martwi. Oczywiście nie tylko to jest dziwne w tej sprawie. Bardzo chciałbym wykluczyć Molly z grona podejrzanych, ale to niemożliwe.
- Chyba nie myślisz, że siedemnastolatka zamordowała trzy przyjaciółki z powodu jakiegoś chłopaka?
Matt upił piwa i wzruszył ramionami.
- Widziałem dziwniejsze rzeczy, ale oczywiście nie myślę tak. Dopóki nie ma ciał, jest nadzieja. Z drugiej strony mamy do czynienia z potencjalnym porwaniem. A co to oznacza? Nie rozumiem tylko, dlaczego nikt jeszcze nie upomniał się o okup.
- Chyba że to przestępstwo na tle seksualnym - podsunęłam. - Sprawdziłeś rejestr przestępców seksualnych pod kątem tego, kto mieszka w okolicy?
Matt kiwnął głową, dopijając piwo. Odstawił pustą butelkę.
- Tak. Poza tym wielokrotnie rozmawialiśmy z rodzicami. Żadnych konfliktów, żadnego powodu, by wszystkie trzy chciały uciec.
Westchnęłam. Była to prawdziwa zagadka z takich, które intrygują, lecz zarazem przerażają. Sama miałam dwie córki. Bardzo chciałam się dowiedzieć, co spotkało te trzy dziewczyny, nawet jeśli Matt nie lubił rozmawiać o pracy po służbie.
Spojrzał na teczkę, która leżała na blacie obok mnie.
- Jak się udało twoje spotkanie z Rhondą?
Przełknęłam ślinę i odwróciłam wzrok.
- O nie. Coś znalazła? To dlatego masz tę teczkę?
Wzruszyłam ramionami.
- Może.
- Znalazła Sydney?
Podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Przytaknęłam.
- Serio? To wspaniale, prawda? Prawda, Evo Rae? No to skąd ta mina?
- Jaka mina?
- Wyglądasz na zdenerwowaną i niezadowoloną. Przez całe życie chciałaś odnaleźć siostrę, a teraz w końcu to możliwe. Dlaczego nie jesteś zachwycona?
Zerknęłam na leżącą na blacie teczkę. Zastanawiałam się, co mu powiedzieć... Czy mogę powiedzieć mu prawdę. Najpierw musiałam sama się z tym oswoić.
- Bez powodu - odparłam. - Chyba jestem po prostu zmęczona.
- Ta, jasne. Myślisz, że mnie oszukasz? Faceta, który zna cię, odkąd miałaś trzy lata? Coś się stało. Wyrzuć to z siebie, Evo Rae.
Westchnęłam, sięgnęłam po teczkę i wzięłam ją w obie dłonie. Wpatrywałam się w nią przez kilka sekund, po czym ją otworzyłam i pokazałam mu pierwszą stronę i nazwisko na środku. Spojrzał na nie, a potem na mnie, jego oczy zogromniały.
- Jaja sobie robisz?
Pokręciłam głową.
- Nie. Tak się teraz nazywa. I podobno mieszka tutaj, na Florydzie.