Rozliczenia - Willow Rose

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Co­coa Be­ach, Flo­ryda

Trudno się ucieka w stroju wie­czo­ro­wym. Ca­rina unio­sła brzeg pięk­nej sy­re­niej sukni w od­cie­niu mor­skiego błę­kitu. To tę kre­ację jesz­cze kilka go­dzin temu po­dzi­wiały setki ko­le­gów i ko­le­ża­nek, kiedy wcho­dziła na scenę, by ode­brać ty­tuł kró­lo­wej balu ma­tu­ral­nego. Je­den z pięk­nych pan­to­fli od Ma­nolo Blah­nika, jej pierw­szych w ży­ciu, stra­cił ob­cas w as­fal­cie, za­nim wbie­gła na pole gol­fowe. Pę­dziła po tra­wie, a drugi ob­cas za­pa­dał się w wil­got­nej, ba­gni­stej ziemi Flo­rydy, ze­rwała więc oba buty, dy­sząc ciężko, kiedy usły­szała w ciem­no­ściach kroki swo­jego prze­śla­dowcy. Ko­ronę stra­ciła nie­da­leko wej­ścia do co­un­try clubu, kiedy pod­bie­gła do bu­dynku i za­częła szar­pać klamkę w na­dziei, że ktoś bę­dzie w środku i jej po­może. Wszyst­kie drzwi były jed­nak za­mknięte i dla­tego po­bie­gła na pole gol­fowe, czu­jąc od­dech po­ścigu na karku.

Bie­gała wy­czy­nowo, więc szybko zgu­biła męż­czy­znę. Kiedy do­tarła do ma­łego je­ziorka skry­wa­ją­cego się wśród drzew, na chwilę zwol­niła. Przy­sta­nęła i za­częła na­słu­chi­wać, po­my­ślała, że mo­głaby ukryć się w za­ro­ślach, do­póki nie zła­pie tchu. Miała wra­że­nie, że jej płuca płoną, od­dy­chała chra­pli­wie.

Głu­pie aler­gie!

Bała się, że męż­czy­zna usły­szy jej sa­pa­nie, w jej uszach wy­da­wało się ta­kie do­no­śne. Nie wi­dząc żad­nego ru­chu na otwar­tej prze­strzeni za swo­imi ple­cami, wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów, pró­bu­jąc się uspo­koić. Od­dy­chało się jej co­raz ła­twiej, lecz mu­siała wal­czyć z na­ra­sta­jącą pa­niką. Serce obi­jało się o jej że­bra.

A co z resztą? Gdzie się po­działy?

We trzy wy­szły ze szkoły, by wró­cić do domu. Miesz­kały nie­da­leko, po­sta­no­wiły więc zro­bić so­bie pię­cio­mi­nu­towy spa­cer. Prze­cież były w trójkę, a oko­licę znały jako bar­dzo bez­pieczną. W Co­coa Be­ach ni­gdy nie działo się nic złego. Do­póki trzy­mały się ra­zem, nic im nie gro­ziło.

Dla­czego się roz­dzie­liły?

Męż­czy­zna po­ja­wił się na­gle. Nie od razu go za­uwa­żyły. Roz­ma­wiały o tym wie­czo­rze. Ava i Tara mó­wiły Ca­ri­nie, że pięk­nie wy­glą­dała, kiedy wy­ko­ny­wała obo­wiąz­kowy wolny ta­niec z Ke­vi­nem, kró­lem balu. Ca­rina z ra­do­ścią słu­chała ich za­zdro­snych gło­sów, kiedy o niej roz­ma­wiały, choć prawda była taka, że był to naj­bar­dziej nie­zręczny mo­ment w ca­łym jej sie­dem­na­sto­let­nim ży­ciu. Ke­vin był chło­pa­kiem jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki Molly, więc przez całą pio­senkę zer­kała na nią, uwa­ża­jąc, by nie po­ka­zać po so­bie, że do­brze się bawi. Molly wy­szła w trak­cie pio­senki, Ca­rina wię­cej jej nie wi­działa. Na­pi­sała do niej, kiedy tylko ta­niec się skoń­czył, pró­bo­wała wy­ja­śnić, że za­tań­czyła z Ke­vi­nem je­dy­nie dla­tego, że mu­siała, że taka jest tra­dy­cja. Molly nie od­pi­sała, a Ca­rina mar­twiła się co­raz bar­dziej, za­sta­na­wiała się, czy Molly jest na nią zła. Wi­działa to w jej oczach, za­nim znik­nęła. Gniew i urazę. Znała to spoj­rze­nie do­sko­nale, po­nie­waż przy­jaź­niły się od cza­sów przed­szkola.

"Prze­pra­szam, Molly. Nie chcia­łam cię zra­nić. Mu­sisz mi uwie­rzyć, wcale się do­brze nie ba­wi­łam".

Dziew­czyny za­częły krzy­czeć, kiedy za­ma­sko­wany męż­czy­zna po­rwał Avę i przy­ło­żył jej nóż do gar­dła. Ca­rina spa­ni­ko­wała. Krzy­czała z Tarą, pod­czas gdy Ava szlo­chała ci­cho z no­żem na szyi. Po­tem Ca­rina go kop­nęła. Nie wie­działa, skąd wzięły się w niej siła i od­waga, ale unio­sła ma­nola i wy­mie­rzyła kop­niaka do­kład­nie tam, gdzie naj­bar­dziej boli, a męż­czy­zna aż zgiął się wpół.

Wtedy ucie­kły. Męż­czy­zna rzu­cił się na Tarę, ale udało jej się uwol­nić z jego uści­sku, krzy­czała bez­rad­nie. Ca­rina zo­ba­czyła to, za­nim przy­ja­ciółki znik­nęły jej z oczu. Nie wie­działa na­wet, w któ­rym mo­men­cie się roz­dzie­liły. Wie­działa tylko, że trzeba ucie­kać, z po­czątku my­ślała, że dziew­czyny są tuż za nią, ale kiedy wy­bie­gła na pole gol­fowe, uświa­do­miła so­bie, że ni­g­dzie ich nie wi­dać ani nie sły­chać.

Te­raz wpa­try­wała się w ciem­ność i za­sta­na­wiała, czy udało się jej uciec.

Może na­past­nik zre­zy­gno­wał?

Pot spły­wał po jej ple­cach, włosy miała mo­kre. Ko­lana się jej trzę­sły, kiedy pró­bo­wała zde­cy­do­wać, co da­lej. Nie mo­gła tu zo­stać. Je­śli na­past­nik na­dal tu był, mógł ją w każ­dej chwili zna­leźć.

Doj­rzaw­szy ruch w za­ro­ślach, wy­dała niemy okrzyk. Cień prze­mknął po tra­wie w bla­sku księ­życa, uno­sił suk­nię tak samo jak ona wcze­śniej.

Tara!

Ca­rina wy­nu­rzyła się ze swo­jej kry­jówki, za­sta­na­wiała się, czy po­winna za­wo­łać przy­ja­ciółkę po imie­niu, ale kiedy tylko otwo­rzyła usta, zza drzewa wy­ło­nił się inny cień i schwy­tał Tarę. Pod­rzu­cił ją w po­wie­trze, a gdy za­częła krzy­czeć, wy­mie­rzył jej cios pię­ścią w twarz. Ca­rina od­dy­chała ciężko, kiedy przy­ja­ciółka osu­nęła się na zie­mię, nie było już sły­chać jej krzy­ków.

Cała się trzę­sła, wie­działa, że po­winna ucie­kać. Wszystko w niej krzy­czało, że musi się ru­szyć, wy­no­sić się jak naj­da­lej stąd, ale jej nogi się nie po­ru­szały. Jakby coś je spa­ra­li­żo­wało.

Czy Tara żyła?

Męż­czy­zna po­chy­lił się nad nie­ru­chomą Tarą na kilka se­kund, po czym uniósł głowę, a Ca­rina po­czuła na so­bie jego spoj­rze­nie. Nie po­tra­fiła po­wie­dzieć, czy na­prawdę ją za­uwa­żył, ale czuła, że jego zły wzrok wwierca się ni­czym nóż w jej skórę.

Spraw­nie pod­niósł się z ziemi i rzu­cił się w jej stronę. Od razu po­jęła, że nie zdoła mu uciec. Mimo to mu­siała spró­bo­wać. Od­wró­ciła się i wy­star­to­wała, lecz tak jak w kosz­ma­rach miała wra­że­nie, że pra­wie się nie ru­sza. Czy­jaś ręka chwy­ciła ją za kitkę i po­cią­gnęła mocno do tyłu, pro­sto w ob­ję­cia na­past­nika. Kiedy po­czuła jego dło­nie na szyi i cie­pły od­dech na skó­rze, za­mknęła oczy i za­częła się mo­dlić, żeby nie bo­lało.

Roz­dział 1

Dwa ty­go­dnie póź­niej

- Wspa­niała wia­do­mość. Zna­la­złam ją.

Moje oczy zo­grom­niały. Wpa­try­wa­łam się w ko­bietę sie­dzącą za za­gra­co­nym biur­kiem. Miała na imię Rhonda, była pry­watną de­tek­tywką, którą za­trud­ni­łam do na­mie­rze­nia mo­jej za­gi­nio­nej przed laty sio­stry.

Syd­ney zo­stała po­rwana z Wal-Martu, kiedy mia­łam za­le­d­wie pięć lat, a ona sie­dem. Nie­dawno do­wie­dzia­łam się, że być może da­lej żyje, po­nie­waż po­rwał ją nasz bio­lo­giczny oj­ciec i po­do­bno wy­wiózł z kraju. Przez kilka ty­go­dni zbie­ra­łam się na od­wagę, by roz­po­cząć do­cho­dze­nie i za­trud­nić ko­goś. Rhonda pra­co­wała nad tą sprawą od sze­ściu mie­sięcy, szu­kała za­równo mo­jego taty, jak i sio­stry. Do tej pory rzadko się od­zy­wała, za­ło­ży­łam więc, że nic nie zna­la­zła. Jej słowa i pod­eks­cy­to­wa­nie w oczach spo­glą­da­ją­cych na mnie spod zmarsz­czo­nych brwi na­prawdę mnie za­sko­czyły.

- Se­rio?

Rhonda przy­tak­nęła. Się­gnęła po teczkę le­żącą na sto­sie i po­ło­żyła ją przede mną. Prze­su­nęła ją bli­żej mnie, a ja po­czu­łam, że wali mi serce. Nie by­łam pewna, jak na to wszystko za­re­ago­wać.

- Sama zo­bacz.

Co­raz trud­niej mi się od­dy­chało. Spoj­rza­łam na teczkę, palce mi się trzę­sły. Przy­gry­złam wargę i pod­nio­słam wzrok na Rhondę.

- Je­steś pewna, że to ona?

Rhonda po­ki­wała głową.

- Nie była to ła­twa sprawa. Ale z nie­wielką po­mocą ko­legi z Eu­ropy na­mie­rzy­łam two­jego ojca w Lon­dy­nie.

- A Syd­ney?

Rhonda od­chrząk­nęła.

- Zmie­nił jej imię. Ona na­zy­wała się Mal­lory Ste­vens, a on Ja­mes Ste­vens.

- Mal­lory? Tak ma na imię? - Zmarsz­czy­łam nos. Uwiel­bia­łam imię Syd­ney. Wie­dzia­łam, że nie­ła­two bę­dzie się przy­zwy­czaić do no­wego, ale z dru­giej strony w tej spra­wie nic nie było ła­twe. I znów wszystko w moim ży­ciu miało się zmie­nić.

Rhonda po­krę­ciła głową.

- Zmie­niła dane raz jesz­cze... kiedy prze­pro­wa­dziła się na Flo­rydę.

Pra­wie się za­krztu­si­łam.

- Na Flo­rydę? Chcesz po­wie­dzieć, że... że... ona jest tu­taj?!

Rhonda przy­tak­nęła i za­częła ba­wić się dłu­go­pi­sem.

- Wszystko masz w teczce.

- Zmie­niła imię... Po­now­nie? No to jak się te­raz na­zywa? - Nie by­łam w sta­nie przy­swoić tych wszyst­kich in­for­ma­cji. Moje ży­cie sta­nęło na gło­wie, kiedy mój były i oj­ciec mo­ich dzieci Chad po­sta­no­wił zo­sta­wić mnie dla młod­szej i bar­dziej blond wer­sji mnie o imie­niu Kim­mie. Po roz­wo­dzie prze­pro­wa­dzi­łam się z dziećmi z po­wro­tem do ro­dzin­nego mia­sta, Co­coa Be­ach, aby od­no­wić więź z ro­dzi­cami, lecz oka­zało się, że męż­czy­zna, któ­rego uwa­ża­łam za ojca, nim nie był, a męż­czy­zna, któ­rego ko­cha­łam jak ojca, był bru­tal­nym mor­dercą i miał na su­mie­niu wiele ofiar. Już nie żył, a moja mama na­dal miesz­kała ze mną, nie chciała wra­cać do domu, który z nim dzie­liła. Nie dzi­wiło mnie to. Sama mia­łam ochotę spa­lić ten dom do go­łej ziemi w na­dziei, że scze­zną przy tym wszyst­kie kłam­stwa.

- No to jak się te­raz na­zywa? - po­wtó­rzy­łam.

Rhonda po­chy­liła się nad biur­kiem, by otwo­rzyć le­żącą przede mną teczkę. Wska­zała pal­cem aka­pit na pierw­szej stro­nie, po­stu­kała w sam śro­dek dłu­gim fio­le­to­wym pa­znok­ciem.

Spoj­rza­łam na na­zwi­sko, po czym pod­nio­słam wzrok na Rhondę, która przy­glą­dała mi się ba­daw­czo.

Czy to był ja­kiś żart?

- Ale... jak... to...

Rhonda po­ki­wała głową.

- Wiem. Zwe­ry­fi­ko­wa­łam in­for­ma­cję na różne spo­soby, żeby mieć pew­ność. Nie ma wąt­pli­wo­ści. To ona. Ta ko­bieta jest twoją sio­strą.

Roz­dział 2

Wcze­śniej

- Mów, Ar­tie. Co mamy?

Gary Pierce pod­szedł do miej­sco­wego sze­ryfa, który stał przy swoim sa­mo­cho­dzie. Ota­cza­jący go za­stępcy zer­kali na Gary'ego ner­wowo. Za­trzy­mali się przy dro­dze grun­to­wej pro­wa­dzą­cej na starą farmę w Ri­ver­dale, w sta­nie Ma­ry­land.

- Tony Vel­leda, lat czter­dzie­ści osiem, jest prze­trzy­my­wany jako za­kład­nik. Po­ry­wa­cze wdarli się do jego domu wczo­raj, kiedy prze­by­wał w nim z ośmio­let­nim sy­nem. Dzie­cia­kowi zwią­zano ręce i nogi, po czym po­zo­sta­wiono go w domu, a po­ry­wa­cze za­brali jego ojca. Chło­pak zdo­łał się uwol­nić i za­alar­mo­wał są­sia­dów, któ­rzy we­zwali po­li­cję. Do­wie­dzie­li­śmy się, że po­ry­wa­cze wy­wieźli ojca poza gra­nicę stanu i prze­trzy­mują go na tej far­mie. Wiemy, że w środku są czte­rej uzbro­jeni męż­czyźni i za­kład­nik. Wiemy, że co naj­mniej je­den z po­ry­wa­czy ma po­wią­za­nia z gan­gami, inny jest na zwol­nie­niu wa­run­ko­wym, zo­stał ska­zany za na­pad z bro­nią. Ci ko­le­sie nie żar­tują.

- My też nie.

Gary do­tknął broni w ka­bu­rze i ka­mi­ze­lki na ciele, jak za­wsze tuż przed ak­cją. Było to dzi­wac­two, zda­wał so­bie sprawę, ale nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać. Jakby mu­siał się upew­nić, że ka­mi­ze­lka jest dość gruba, aby na­prawdę po­wstrzy­mać wy­mie­rzoną w niego kulę... Jakby nie do końca wie­rzył, że to zrobi.

- Wcho­dzimy. - Po­ki­wał głową na sze­ryfa. - Niech twoi lu­dzie będą go­towi.

Kilka mi­nut póź­niej kro­czyli po dro­dze, Gary szedł na czele. Przed sobą trzy­mał ka­ra­bi­nek au­to­ma­tyczny M4, przy­go­to­wu­jąc się na to, co cze­kało w tym ma­łym domku, a jed­no­cze­śnie my­ślał o swo­jej żo­nie Iris i nowo na­ro­dzo­nym synu Oli­ve­rze. Dzie­ciak miał nie wię­cej niż trzy ty­go­dnie, Gary ni­gdy jesz­cze nie wi­dział nic słod­szego. Tego ranka, za­nim wy­szedł do pracy, mały uśmiech­nął się po raz pierw­szy, a Gary aż za­klął na myśl, że musi iść do pracy w tak ważny dzień.

- Pro­szę, niech nie bę­dzie pro­ble­mów - mo­dlił się pod no­sem. - Pro­szę, po­zwól, bym znów zo­ba­czył ten uśmiech.

Za­kradł się za dom, zna­lazł nie­oświe­tlone okno i wy­bił szybę ka­ra­bin­kiem. Usu­nął szkło i wszedł do środka, mie­rząc w ciem­ność. Agentka Wil­son, jego part­nerka, we­szła za­raz za nim. Zna­leźli drzwi, spod któ­rych są­czyło się świa­tło, po­de­szli bli­żej i zaj­rzeli do środka przez szparę.

Gary za­uwa­żył trzech męż­czyzn, uzbro­jo­nych po zęby. Czwarty sie­dział na środku po­koju z prze­pa­ską na oczach, przy­wią­zany do krze­sła.

Gary dał sy­gnał Wil­son, pchnął drzwi i oboje wpa­dli do środka, krzy­cząc:

- FBI! Na zie­mię!

Trzej męż­czyźni od­rzu­cili broń, po­ło­żyli się na pod­ło­dze i unie­śli ręce.

Gary od­wró­cił się, by po­szu­kać ostat­niego po­ry­wa­cza, który na­gle po­ja­wił się w drzwiach pro­wa­dzą­cych do sy­pialni, a w rę­kach trzy­mał ka­ra­bin.

- Rzuć­cie broń. Na­tych­miast.

Gary prze­łknął ślinę, czu­jąc przy­pływ pa­niki, i zro­bił, co mu ka­zano. Wil­son po­szła w jego ślady, ale kiedy broń wy­lą­do­wała na pod­ło­dze, się­gnęła po pi­sto­let, wy­ce­lo­wała w po­ry­wa­cza i strze­liła. Je­den czy­sty strzał, kula prze­szyła czaszkę. Ban­dyta osu­nął się na pod­łogę ni­czym szma­ciana lalka.

Roz­dział 3

- Wła­śnie tak, Greg. Jest to wielka za­gadka dla miesz­kań­ców Co­coa Be­ach. Co spo­tkało kró­lową balu Ca­rinę Mar­tin i jej dwie przy­ja­ciółki, Tarę Owens i Avę Mo­ra­les w noc balu, kiedy opu­ściły bu­dy­nek li­ceum? Może od­kryte dzi­siaj nowe do­wody po­mogą de­tek­ty­wom zna­leźć roz­wią­za­nie.

Wy­łą­czy­łam te­le­wi­zor i rzu­ci­łam pi­lota na ka­napę. Te­le­wi­zor był włą­czony, kiedy wró­ci­łam do domu z teczką pod pa­chą po wi­zy­cie u Rhondy, ale nikt go nie oglą­dał. Za­nim go wy­łą­czy­łam, przez chwilę słu­cha­łam, czy są ja­kieś po­stępy w spra­wie trzech na­sto­la­tek, które za­gi­nęły po balu ma­tu­ral­nym dwa ty­go­dnie temu. Ostat­nio tylko o tym roz­ma­wiało się w oko­licy, a re­por­ter New­s13 miał ra­cję: była to dziwna za­gadka. Dziew­czyny prze­pa­dły bez śladu. Roz­wa­żano wer­sję z po­rwa­niem, jak i za­pla­no­waną ucieczką przed pre­sją ostat­niego roku na­uki i eg­za­mi­nów. Ta druga opcja była zbyt wy­du­mana jak na mój gust, więc po­zo­sta­wała pierw­sza, tyle że ona rów­nież mi się nie po­do­bała. Sprawę przy­dzie­lono Mat­towi już tej pierw­szej nocy, a ro­dzice na­sto­la­tek ner­wowo wy­dzwa­niali na po­ste­ru­nek, do­ma­ga­jąc się sze­roko za­kro­jo­nych po­szu­ki­wań.

Uma­wia­li­śmy się z Mat­tem już od po­nad sze­ściu mie­sięcy i na­prawdę nie­źle nam się ukła­dało. Lu­bi­li­śmy spę­dzać ra­zem czas, nie zno­si­li­śmy się roz­sta­wać - było to dla mnie coś no­wego, nie mia­łam ta­kich do­świad­czeń z Cha­dem. Z Mat­tem łą­czyła mnie więź o wiele głęb­sza, co wy­da­wało się na­tu­ralne, bio­rąc pod uwagę, że zna­li­śmy się od przed­szkola i że do jego domu ucie­ka­łam jako na­sto­latka, kiedy u mnie ro­biło się trudno. Od tam­tej pory się przy­jaź­ni­li­śmy, aż w końcu po­sta­no­wi­li­śmy spró­bo­wać cze­goś wię­cej. Naj­wy­raź­niej po­trze­bo­wa­li­śmy dwu­dzie­sto­let­niej roz­łąki, aby po­ukła­dało się nam w gło­wach.

Pi­sa­nie rów­nież szło cał­kiem nie­źle. Cho­ciaż mu­sia­łam się roz­pa­ko­wać i urzą­dzić, nie­mal udało mi się skoń­czyć książkę, nie mo­głam się już do­cze­kać końca. Pi­sa­łam o moim - przy­bra­nym - ojcu, se­ryj­nym za­bójcy, któ­remu uda­wało się zwo­dzić uko­chane osoby, a wszyst­kie po­twor­no­ści po­peł­niał tuż pod no­sem mo­jej matki. W opi­sa­nie tej hi­sto­rii za­an­ga­żo­wa­ły­śmy się obie, po­nie­waż czę­sto wy­py­ty­wa­łam ją o jego dzie­ciń­stwo i ich wspólne ży­cie. Dla mamy roz­mowa o nim i o tym, co się wy­da­rzyło, była formą te­ra­pii, ale czu­łam też, że wy­czer­puje ją to emo­cjo­nal­nie.

Naj­pierw mia­łam pi­sać o naj­gor­szych se­ryj­nych za­bój­cach w kraju z per­spek­tywy pro­fi­lerki FBI, ale kiedy wy­dawca po­znał mój nowy po­mysł na­pi­sa­nia opar­tej na fak­tach hi­sto­rii opo­wie­dzia­nej z punktu wi­dze­nia osoby za­mie­sza­nej w sprawę, wy­rzu­cił umowę na pierw­szą książkę i za­raz pod­pi­sał nową. Do­sta­łam też ogromną za­liczkę oprócz tego, co już mi za­pła­cono. Tak go za­chwy­cił ten po­mysł. Po­do­bno ta wer­sja była bar­dziej ko­mer­cyjna i miała be­st­sel­le­rowy po­ten­cjał. Nie mia­łam nic prze­ciwko stwo­rze­niu be­st­sel­lera. Za­mie­rza­łam za te pie­nią­dze utrzy­my­wać sie­bie i dzieci. Chad w za­sa­dzie prze­padł, o ali­men­tach przy­po­mi­nał so­bie od czasu do czasu, a wy­star­czały one na le­d­wie po­łowę czyn­szu za dom. Ży­cie sa­mot­nej matki z trójką dzieci nie było ta­nie.

- Puk, puk.

W drzwiach po­ja­wił się Matt z bu­telką wina. Uśmiech­nę­łam się na jego wi­dok. Sły­sza­łam kroki dzieci na pię­trze, Alex krzyk­nął coś do jed­nej z sióstr. Oli­via mu od­krzyk­nęła, po czym trza­snęła drzwiami. Miała już pięt­na­ście lat i bra­ko­wało jej cier­pli­wo­ści do sze­ścio­let­niego brata i dwu­na­sto­let­niej sio­stry Chri­stine. W su­mie do mnie rów­nież.

Matt aż pod­sko­czył, kiedy roz­le­gło się trza­śnię­cie drzwiami. Ja by­łam już do tego tak przy­zwy­cza­jona, że nic nie za­uwa­ży­łam. Uśmiech­nę­łam się do niego i prze­ję­łam wino.

- Co to za oka­zja?

Wzru­szył ra­mio­nami, po­chy­lił się i mnie po­ca­ło­wał.

- Pią­tek, a ja mam wolny week­end.

Spoj­rza­łam na niego zna­cząco. Wie­dzia­łam, że wino jest dla mnie, nie dla niego.

- Za­ma­wiam pizzę. W lo­dówce jest piwo - mruk­nę­łam.

Roz­pro­mie­nił się.

- Mia­łem na­dzieję, że to po­wiesz.

Roz­dział 4

- Klops, py­chota!

Kiedy we­szli­śmy do kuchni, wzrok Matta padł na da­nie po­zo­sta­wione na bla­cie.

- Uwiel­biam klops - za­de­kla­ro­wał. - Ty go zro­bi­łaś?

Po­sta­wi­łam bu­telkę na bla­cie i po­krę­ci­łam głową z cierp­kim uśmie­chem.

- Ja i go­to­wa­nie? Je­śli dla­tego się ze mną uma­wiasz, to od razu się przy­znam. Nie­stety nie go­tuję. My­śla­łam, że to już wiesz.

- Wy­gląda smacz­nie. Dla­czego nie zjemy klopsa za­miast pizzy?

Zna­la­złam kor­ko­ciąg i otwo­rzy­łam wino. Na­la­łam so­bie kie­li­szek, spoj­rza­łam na Matta zna­cząco, a on po­ki­wał głową.

- Ach, ro­zu­miem. To dzieło two­jej mamy, tak?

- Tak.

- I nie ma w nim ani grama mięsa?

- Ani odro­biny. Żad­nego mięsa, na­biału, glu­tenu. Tylko skład­niki po­cho­dze­nia ro­ślin­nego. Upie­kła go dla nas wcze­śniej, bo umó­wiła się w Win­ter Gar­den na karty z przy­ja­ciół­kami.

Matt wes­tchnął z roz­cza­ro­wa­niem.

- A tak ład­nie wy­gląda.

- Czę­stuj się - za­chę­ci­łam go. - Ale po­wiem ci, że jem to we­gań­skie żar­cie od ty­go­dnia, mam w so­bie już tyle dań opar­tych o skład­niki po­cho­dze­nia ro­ślin­nego, że lada chwila palmy wy­ro­sną mi z uszu. Dla­tego też za­ma­wiam pizzę z toną mięsa i za­mie­rzam cie­szyć się, że nie bę­dzie przy tym mo­jej mamy, więc nie bę­dzie wy­ra­żać dez­apro­baty ani cier­pieć z po­wodu tego, że nie zno­szę jej kuchni.

Matt wzru­szył ra­mio­nami i się­gnął po ta­lerz.

- A ja spró­buję. To zdrowe.

Po­pi­ja­łam wino i ob­ser­wo­wa­łam go, kiedy na­kła­dał so­bie por­cję, po czym zna­la­złam te­le­fon i za­mó­wi­łam wielką pizzę, by na pewno wy­star­czyło dla dzieci i dla Matta, gdyby zmie­nił zda­nie. Kiedy już skoń­czy­łam, odło­ży­łam te­le­fon i spoj­rza­łam na mo­jego fa­ceta, któ­remu we­gań­ski klops chyba sma­ko­wał.

- Nie­złe - oświad­czył. - Nie wiem, dla­czego na­rze­kasz na go­to­wa­nie swo­jej mamy. Moim zda­niem to na­prawdę smaczne.

Usia­dłam na krze­śle. Matt na­ło­żył so­bie jesz­cze jedną por­cję i do­jadł ją, kiedy po­pi­ja­łam wino.

- A gdzie Eli­jah? - za­py­ta­łam.

Matt też usiadł. Prze­stał jeść, na jego twa­rzy od­ma­lo­wało się zmę­cze­nie. Był sa­mot­nym oj­cem, od­kąd matka jego dziecka zo­stała je­sie­nią za­mor­do­wana. Nie na­wią­zał bli­skiej re­la­cji z sy­nem, do­wie­dział się o jego ist­nie­niu, kiedy chło­piec miał trzy lata, a jego matka w końcu zde­cy­do­wała się wy­znać prawdę. Prze­spała się z Mat­tem dzie­więć lat temu, Matt był prze­ko­nany, że ni­gdy wię­cej się nie zo­ba­czą. A tym­cza­sem mu­siał za­jąć się swoim ośmio­let­nim sy­nem, co cał­ko­wi­cie zmie­niło jego ży­cie.

- Z moją mamą - od­parł. - Za­brała go do kina, że­bym miał wolny wie­czór.

Po­chy­li­łam się nad bla­tem i się­gnę­łam po wi­de­lec, żeby spró­bo­wać we­gań­skiego klopsa. Kilka razy po­ru­szy­łam szczęką, po czym się skrzy­wi­łam. Nie. Okropne jak cała jej kuch­nia. Upi­łam łyk wina, aby po­zbyć się tego smaku. Bar­dzo chcia­łam, żeby go­to­wa­nie mamy mi po­sma­ko­wało, na­prawdę. Na ta­kim żar­ciu da­łoby się też za­pewne zrzu­cić parę kilo, ale po pro­stu nie mo­głam tego prze­łknąć. A do tego wszyst­kie te zdrowe po­trawy spra­wiały, że pod­ja­da­łam mię­dzy po­sił­kami, więc za­czę­łam tyć, od­kąd mama się wpro­wa­dziła, za­miast zrzu­cić wagę.

- A jak się mię­dzy wami układa? - za­py­ta­łam. - Le­piej?

Matt wbił wzrok w swój ta­lerz i po­krę­cił głową.

- Nie­na­wi­dzi mnie.

- Nie mów tak. Je­steś jego tatą.

- Po­waż­nie, nie­na­wi­dzi mnie. Nie po­zwala so­bie w ni­czym po­móc, nie chce ze mną roz­ma­wiać. Nie po­zwala na­wet, że­bym go po­ło­żył wie­czo­rem do łóżka. Po szkole idzie do mo­jej mamy, bo ja pra­cuję, co­dzien­nie. kiedy wra­cam do domu, mam na­dzieję, że bę­dzie le­piej, że na­bie­rze do mnie cie­plej­szych uczuć, ale nic ta­kiego na ra­zie nie na­stą­piło. Chyba wini mnie za śmierć Lisy.

Po­ło­ży­łam dłoń na jego dłoni.

- Stra­cił matkę, je­dy­nego ro­dzica, ja­kiego tak na­prawdę znał, bo rzadko się spo­ty­ka­li­ście.

- A czyja to była wina? Na pewno nie moja. Bła­ga­łem ją, żeby po­zwo­liła mi czę­ściej go za­bie­rać, ale za­wsze wy­sko­czyła z ja­kąś głu­pią wy­mówką. Jakby roz­ko­szo­wała się tym, że może spra­wić mi za­wód... Jakby po­wie­działa mi o nim tylko bo to, by mnie ra­nić.

- Ale ci po­wie­działa, co ozna­cza, że mu­siała chcieć, byś się za­an­ga­żo­wał - od­par­łam. - Może było jej trudno.

Matt zjadł jesz­cze kilka kę­sów i po­krę­cił głową.

- Cóż...

- Nie pod­da­waj się. Je­steś wszyst­kim, co on ma. Daj mu czas. Jego ży­cie bar­dzo się zmie­niło przez ostat­nie pół roku, nie wie, na czym stoi. Pew­nie po­twor­nie tę­skni za mamą i tylko na to­bie może się wy­ła­do­wać. Tro­chę cier­pli­wo­ści. Je­stem pewna, że wszystko się ułoży.

- No wiem, tylko... Nie tak to miało wy­glą­dać, prawda? To ro­dzi­ciel­stwo na pełny etat jest na­prawdę... trudne.

- Wi­taj w klu­bie.

Ro­ze­śmia­łam się lekko i upi­łam łyk wina, po czym unio­słam pe­łen mi­ło­ści wzrok do su­fitu. Moje dzieci ra­dziły so­bie cał­kiem nie­źle. Alex od­na­lazł się w no­wym oto­cze­niu. W ra­mach pro­gramu dla uczniów wy­bit­nie uzdol­nio­nych otrzy­my­wał w szkole trud­niej­sze za­da­nia, co znacz­nie go uspo­ko­iło. Na­dal czę­sto krzy­czał, kiedy się wy­po­wia­dał, na­dal trudno było mu usie­dzieć w miej­scu dłu­żej niż kilka mi­nut, ale wy­da­wał się szczę­śliw­szy. Dziew­czynki też ra­dziły so­bie le­piej niż za­raz po prze­pro­wadzce. Prze­stały tyle mó­wić o ojcu, a ja nie wie­dzia­łam, czy to do­brze, czy źle. Na po­czątku jeź­dziły do Wa­szyng­tonu z od­wie­dzi­nami przy­naj­mniej raz w mie­siącu, ale przez ostat­nie dwa mie­siące nie było żad­nych wi­zyt. Zwłasz­cza naj­star­sza, Oli­via, spra­wiała wra­że­nie, jakby co­raz mniej za­le­żało jej na ojcu, co nie le­żało w jej cha­rak­te­rze. Za­sta­na­wia­łam się, czy coś się stało pod­czas ich ostat­niej wi­zyty u Chada i Kim­mie. Przy­kro mi było z po­wodu Alexa, który tę­sk­nił za oj­cem, ale nie mo­głam wy­słać go tam sa­mego sa­mo­lo­tem. Może inne sze­ścio­latki były na tyle sa­mo­dzielne, ale nie mój Alex. Nie skoń­czy­łoby się to do­brze dla współ­pa­sa­że­rów.

- Wi­dzia­łam w wia­do­mo­ściach, że zna­leźli drugi but, który mógł na­le­żeć do Ca­riny Mar­tin? - po­wie­dzia­łam, pra­gnąć zmie­nić te­mat. - Tym ra­zem aż na wschod­nim krańcu pola gol­fo­wego w krza­kach?

Matt pod­szedł do lo­dówki, żeby wziąć so­bie piwo.

- Tak, to był drugi but. Ob­cas i resztki pierw­szego buta zna­leź­li­śmy tej nocy, kiedy znik­nęła.

- Czyli we­szła na pole gol­fowe znacz­nie da­lej, niż za­kła­da­li­ście?

Przy­tak­nął, otwo­rzył piwo i usiadł.

- Tak. Zna­le­ziono go nie­da­leko za­ro­śli, w któ­rych gra­cze czę­sto tracą piłki. To taki mały la­sek, nie­mal nie­prze­byty. My­śla­łem, że wszystko prze­cze­sa­li­śmy, ale te­ren jest taki... duży.

Po­ki­wa­łam głową.

- My­ślisz, że się tam ukry­wała?

- Nie wiem. Mo­gła też pójść tam z ja­kimś chło­pa­kiem. To bal ma­tu­ralny, prze­cież wiesz. Lu­dzie w taką noc ro­bią różne głu­pie rze­czy.

- Ale ko­ronę zna­leź­li­ście przy wej­ściu do co­un­try clubu? - do­py­ty­wa­łam.

Po­twier­dził i upił łyk piwa.

- Po­nisz­czone buty zna­leź­li­śmy w wielu róż­nych miej­scach roz­rzu­co­nych po ca­łym polu gol­fo­wym. Zna­leź­li­śmy też to­rebkę Tary Owens z te­le­fo­nem w środku, a frag­ment sukni Avy Mo­ra­les pły­wał so­bie w jed­nym z je­zio­rek.

- Jak ślad z okru­chów u Ja­sia i Mał­gosi - wy­mam­ro­ta­łam.

Pod­niósł wzrok.

- Co mó­wi­łaś?

Po­krę­ci­łam głową.

- Nic. A po­zo­stałe te­le­fony? Udało wam się je na­mie­rzyć?

Matt za­prze­czył.

- Konta w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych? Coś, co mo­głoby pod­su­nąć ja­kiś ślad? Ko­re­spon­do­wały z kimś?

- Na­dal nad tym pra­cu­jemy. Tech­nicy się tym zaj­mują. Ana­li­zują za­war­tość kom­pu­te­rów i hi­sto­rię po­łą­czeń. Mło­dzi lu­dzie mają dzi­siaj tyle kont w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, że trwa to całą wiecz­ność, ale na ra­zie nie zna­leźli nic przy­dat­nego.

- Czy za­gi­nione były w kon­flik­cie z in­nymi oso­bami w szkole? Otrzy­my­wały groźby? Miały kło­poty w domu z ro­dzi­cami lub krew­nymi? Ja­kaś hi­sto­ria cho­rób psy­chicz­nych?

- Nie, nie i nie. Wszyst­kie trzy miały wzo­rową obec­ność, zbie­rały same piątki i szóstki. Były lu­biane i po­pu­larne, zwłasz­cza Ca­rina Mar­tin.

- Miały chło­pa­ków? - za­py­ta­łam, pod­no­sząc kie­li­szek do ust.

- Ava Mo­ra­les uma­wiała się z ko­legą ze szkoły, nie było go na balu, mu­siał je­chać do Or­lando, zmarła mu bab­cia. Po­zo­stałe nie miały chło­pa­ków. Cho­dzą słu­chy, że Ca­rina była tam­tego wie­czoru z Ke­vi­nem Bas­sem i że ukra­dła go naj­lep­szej przy­ja­ciółce.

- A ten Ke­vin Bass, roz­ma­wia­łeś z nim?

- Roz­ma­wia­li­śmy już chyba ze wszyst­kimi, któ­rzy byli na balu. Ke­vin zo­stał od­de­le­go­wany do sprzą­ta­nia i wy­szedł o wiele póź­niej niż za­gi­nione. Sprzą­tał z grupą na­uczy­cieli jesz­cze go­dzinę po za­koń­cze­niu im­prezy.

- Wy­gląda na to, że ucie­kały - roz­my­śla­łam na głos. - Buty były roz­rzu­cone po ca­łej oko­licy. Nie­ła­two biega się po polu gol­fo­wym w szpil­kach, więc nic dziw­nego, że je zdjęły, by biec szyb­ciej.

Matt prze­łknął ślinę. Wy­raz jego oczu zdra­dzał, że jego zda­niem mam ra­cję, ale wo­lał o tym nie my­śleć.

- A je­śli ucie­kały, to do­kąd? - za­sta­na­wia­łam się da­lej. - Tam nie ma do­kąd uciec. Pole gol­fowe jest oto­czone wodą.

- Płe­two­nur­ko­wie prze­szu­kują rzekę od wielu dni, prze­szu­kują też ka­nały pro­wa­dzące do te­re­nów miesz­kal­nych, prze­cież wiesz o tym, Evo Rae. Nic nie zna­leźli.

- Wiem, wiem. Za­sta­na­wiam się po pro­stu, po co bie­gać po polu gol­fo­wym w środku nocy w bar­dzo dro­gich bu­tach i su­kien­kach, je­śli się przed kimś nie ucieka.

- Mo­gły być pi­jane. Albo na­ćpane i się wy­głu­piały. We­dług zna­jo­mych wszyst­kie trzy piły przed ba­lem. Ca­rina Mar­tin pa­liła ma­ri­hu­anę ze swoją przy­ja­ciółką Molly Car­son przed bu­dyn­kiem tuż przed swoją ko­ro­na­cją na kró­lową balu.

- Ty­powe roz­rywki w taki wie­czór. Po­kłó­ciły się, prawda? - za­py­ta­łam. - Ca­rina i Molly? O Ke­vina? Pa­mię­tam, że mi mó­wi­łeś... czy może gdzieś o tym czy­ta­łam? A może Me­lissa mi mó­wiła. Molly jest jej córką, jak wiesz.

- Tak. To prawda. Po­kłó­ciły się. Przy­glą­damy się jej.

- Molly? - zdu­mia­łam się. - Córce Me­lissy? Dla­czego?

- Z po­wodu tej kłótni. Może był ciąg dal­szy. Może to Molly go­niła Ca­rinę, może Ca­rina prze­wró­ciła się, zro­biła so­bie krzywdę, a Molly ukryła ciało? Oj­ciec Molly ma po­zwo­le­nie na broń. Mo­gła wziąć jego broń i z niej strze­lić, może zda­rzył się wy­pa­dek.

Po­krę­ci­łam głową.

- Chyba żar­tu­jesz? Nie Molly. Nie córka Me­lissy.

Matt wziął głę­boki od­dech, prze­cze­sał dło­nią gę­ste brą­zowe włosy. Rzadko ostat­nio sur­fo­wał, miał za dużo pracy, więc ko­smyki ściem­niały.

- Miała alibi? - za­py­ta­łam.

- Tak, ale nie­stety dość słabe. Po­szła do domu, kiedy kró­lowa balu jesz­cze tań­czyła z kró­lem. Wiele osób wi­działo, jak wy­cho­dziła. Za­dzwo­niła po matkę, która po nią przy­je­chała i od­wio­zła ją do domu, a ona od razu się po­ło­żyła. Me­lissa to po­twier­dza. Po roz­mo­wach z jej zna­jo­mymi i na­uczy­cie­lami mu­szę przy­znać, że zro­bie­nie ko­muś krzywdy nie leży w jej cha­rak­te­rze. Wszy­scy opi­sują ją jako osobę, która trosz­czy się o in­nych, wspiera ich. Kiedy ją prze­słu­chi­wa­łem, od­nio­słem wra­że­nie, że nie skrzyw­dzi­łaby na­wet mu­chy.

Upi­łam łyk wina.

- Ale to żadne alibi. Prze­cież mo­gła wyjść przez okno.

Matt spoj­rzał na mnie zna­cząco.

- Wiem. I to mnie mar­twi. Oczy­wi­ście nie tylko to jest dziwne w tej spra­wie. Bar­dzo chciał­bym wy­klu­czyć Molly z grona po­dej­rza­nych, ale to nie­moż­liwe.

- Chyba nie my­ślisz, że sie­dem­na­sto­latka za­mor­do­wała trzy przy­ja­ciółki z po­wodu ja­kie­goś chło­paka?

Matt upił piwa i wzru­szył ra­mio­nami.

- Wi­dzia­łem dziw­niej­sze rze­czy, ale oczy­wi­ście nie my­ślę tak. Do­póki nie ma ciał, jest na­dzieja. Z dru­giej strony mamy do czy­nie­nia z po­ten­cjal­nym po­rwa­niem. A co to ozna­cza? Nie ro­zu­miem tylko, dla­czego nikt jesz­cze nie upo­mniał się o okup.

- Chyba że to prze­stęp­stwo na tle sek­su­al­nym - pod­su­nę­łam. - Spraw­dzi­łeś re­jestr prze­stęp­ców sek­su­al­nych pod ką­tem tego, kto mieszka w oko­licy?

Matt kiw­nął głową, do­pi­ja­jąc piwo. Od­sta­wił pu­stą bu­telkę.

- Tak. Poza tym wie­lo­krot­nie roz­ma­wia­li­śmy z ro­dzi­cami. Żad­nych kon­flik­tów, żad­nego po­wodu, by wszyst­kie trzy chciały uciec.

Wes­tchnę­łam. Była to praw­dziwa za­gadka z ta­kich, które in­try­gują, lecz za­ra­zem prze­ra­żają. Sama mia­łam dwie córki. Bar­dzo chcia­łam się do­wie­dzieć, co spo­tkało te trzy dziew­czyny, na­wet je­śli Matt nie lu­bił roz­ma­wiać o pracy po służ­bie.

Spoj­rzał na teczkę, która le­żała na bla­cie obok mnie.

- Jak się udało twoje spo­tka­nie z Rhondą?

Prze­łknę­łam ślinę i od­wró­ci­łam wzrok.

- O nie. Coś zna­la­zła? To dla­tego masz tę teczkę?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Może.

- Zna­la­zła Syd­ney?

Pod­nio­słam głowę i spoj­rza­łam mu w oczy. Przy­tak­nę­łam.

- Se­rio? To wspa­niale, prawda? Prawda, Evo Rae? No to skąd ta mina?

- Jaka mina?

- Wy­glą­dasz na zde­ner­wo­waną i nie­za­do­wo­loną. Przez całe ży­cie chcia­łaś od­na­leźć sio­strę, a te­raz w końcu to moż­liwe. Dla­czego nie je­steś za­chwy­cona?

Zer­k­nę­łam na le­żącą na bla­cie teczkę. Za­sta­na­wia­łam się, co mu po­wie­dzieć... Czy mogę po­wie­dzieć mu prawdę. Naj­pierw mu­sia­łam sama się z tym oswoić.

- Bez po­wodu - od­par­łam. - Chyba je­stem po pro­stu zmę­czona.

- Ta, ja­sne. My­ślisz, że mnie oszu­kasz? Fa­ceta, który zna cię, od­kąd mia­łaś trzy lata? Coś się stało. Wy­rzuć to z sie­bie, Evo Rae.

Wes­tchnę­łam, się­gnę­łam po teczkę i wzię­łam ją w obie dło­nie. Wpa­try­wa­łam się w nią przez kilka se­kund, po czym ją otwo­rzy­łam i po­ka­za­łam mu pierw­szą stronę i na­zwi­sko na środku. Spoj­rzał na nie, a po­tem na mnie, jego oczy zo­grom­niały.

- Jaja so­bie ro­bisz?

Po­krę­ci­łam głową.

- Nie. Tak się te­raz na­zywa. I po­do­bno mieszka tu­taj, na Flo­ry­dzie.

Roz­dział 5

Po­miesz­cze­nie, w któ­rym je prze­trzy­my­wano, było cia­sne i duszne. Po­wie­trze wy­da­wało się wil­gotne i cięż­kie. Ca­rina od­dy­chała z tru­dem, pró­bu­jąc zwal­czyć przy­pływ pa­niki. Ava i Tara jesz­cze spały na ma­te­ra­cach na pod­ło­dze. Ca­rina czuła za­wroty głowy za każ­dym ra­zem, kiedy bu­dziła się w tej celi o gru­bych be­to­no­wych ścia­nach.

Stra­ciła po­czu­cie czasu, po­nie­waż nie było tu okien. Pa­mię­tała jed­nak chwilę, kiedy obu­dziła się po balu, a wspo­mnie­nie to na­dal bu­dziło w niej pa­nikę. Le­żała na wy­kła­dzi­nie, be­żo­wej wy­kła­dzi­nie. Pę­kała jej głowa, czuła się zdez­o­rien­to­wana. Za­wo­łała matkę, a po chwili za­uwa­żyła Avę, która rów­nież się obu­dziła, le­żała obok niej. Z prze­ra­że­niem uświa­do­miła so­bie, że ma coś na szyi, łań­cuch. Przez chwilę pró­bo­wała go ze­rwać, a po­tem za­częła krzy­czeć.

Po­de­szła do niej za­ma­sko­wana osoba i ude­rzyła ją pię­ścią w twarz, by ją uci­szyć. Po­skut­ko­wało. Upa­dła na plecy, a wzroku nie od­zy­skała na­wet, kiedy po­czuła szar­pa­nie łań­cu­cha tak mocne, że mu­siała pójść za nim na czwo­ra­kach. Był tam ja­kiś ko­ry­tarz, i co jesz­cze? A tak, półka z książ­kami. Półka, którą męż­czy­zna od­krę­cił i prze­su­nął. Po­tem zwi­nął dy­wan, pod któ­rym skry­wała się be­to­nowa płyta, czymś ob­ra­mo­wana. Męż­czy­zna za­mo­co­wał do płyty pręt z ha­kiem i za­czął ją pod­no­sić. Ca­rina wi­działa przez łzy, że w pod­ło­dze po­ja­wiła się dziura, a za­ma­sko­wana po­stać prze­mó­wiła:

- Do środka.

Ca­rina pró­bo­wała sku­pić się na dziu­rze i nie pa­ni­ko­wać, ale było to co­raz trud­niej­sze. Znów krzyk­nęła i znów otrzy­mała cios, po­tem jesz­cze kop­niaka w brzuch.

- DO ŚRODKA!

Za­wo­dząc ci­cho, we­szła do dziury, a męż­czy­zna po­dą­żył za nią w mrok. Szli wą­skim tu­ne­lem pro­wa­dzą­cym do ma­łych drzwi od po­koju wiel­ko­ści szafy z trzema ma­te­ra­cami na pod­ło­dze.

Męż­czy­zna szarp­nął za łań­cuch, który przy­mo­co­wał do me­ta­lo­wego pręta. Ca­rina nie zdo­ła­łaby do­się­gnąć drzwi, na­wet gdyby pró­bo­wała. Mo­gła wstać i po­dejść do kąta, gdzie stało wia­dro na mocz. Na­prze­ciwko był też ku­beł z po­ży­wie­niem i mi­ska na wodę jak dla zwie­rząt. Przez pierw­sze dni Ca­rina nie ja­dła i nie piła, ale szybko zro­zu­miała, że je­śli chce prze­żyć, musi to ro­bić. Musi się stać zwie­rzę­ciem, za które uwa­żał ją po­ry­wacz. Na­dal miała na so­bie po­rwaną suk­nię w od­cie­niu mor­skiego błę­kitu, kiedy pod­czoł­gała się na czwo­ra­kach do mi­ski z wodą i za­częła pić łap­czy­wie, za­nim obu­dzą się przy­ja­ciółki. Kiedy się po­ru­szała, łań­cuch ude­rzał w me­ta­lowy pręt. Wodę zmie­niano im raz dzien­nie, więc tylko pierw­sza osoba mo­gła ją pić czy­stą i chłodną. Avie raz po­my­liły się wia­dra i na­si­kała do je­dze­nia. Zo­stała za to po­bita przez za­ma­sko­wa­nego męż­czy­znę tak, że na dwie go­dziny stra­ciła przy­tom­ność.

Ca­rina ob­ser­wo­wała śpiące przy­ja­ciółki, pró­bu­jąc zjeść, ile tylko zdoła, za­nim się obu­dzą, i za­sta­na­wia­jąc się, od jak dawna tu prze­by­wają. Pa­znok­cie miała co­raz dłuż­sze, a zęby tak okle­jone osa­dem, że mo­gła w nich rzeź­bić wzory. Pró­bo­wała igno­ro­wać też odór bi­jący z nie­my­tych ciał. O ile jed­nak chciała wie­dzieć, jak długo są już uwię­zione, na­su­wało się inne py­ta­nie, na­wet waż­niej­sze niż pierw­sze.

Jak długo męż­czy­zna za­mie­rza je tu trzy­mać i co zrobi, kiedy się już nimi znu­dzi?

Roz­dział 6

Przy­je­chała pizza. Ode­bra­łam ją, po czym krzyk­nę­łam na dzieci, żeby ze­szły na dół zjeść. Kiedy wró­ci­łam do kuchni, oka­zało się, że Matt nie za­mie­rza zmie­niać te­matu.

- To nie­sa­mo­wite, Evo Rae. Na­prawdę wiel­kie od­kry­cie, nie uwa­żasz?

- Nie wiem - od­par­łam wy­mi­ja­jąco, kła­dąc pizzę na bla­cie. Pach­niała bo­sko, od razu wzię­łam ka­wa­łek. Matt zaj­rzał do teczki, po­krę­cił głową i wska­zał pal­cem zdję­cie mo­jej sio­stry.

- Nie­wia­ry­godne. Kelly Stone to twoja sio­stra? Kelly Stone, ta ak­torka? Jest sławna, na­prawdę sławna, to hol­ly­wo­od­zka gwiazda.

- Chyba za­wsze wy­da­wała mi się tro­chę zna­joma - przy­zna­łam. - Wi­dzia­łam ją w Au­to­stra­dzie i w tym fil­mie o po­dróż­niku w cza­sie.

Matt pod­niósł na mnie wzrok.

- No to o co cho­dzi? Dla­czego się nie cie­szysz?

- Bo... - Odło­ży­łam pizzę. - Po pierw­sze, jesz­cze to do mnie wszystko nie do­tarło. A po dru­gie, je­stem roz­cza­ro­wana, i tyle. Bo ni­gdy jej nie po­znam.

- Dla­czego?

- Nie można tak po pro­stu po­dejść do zna­nej hol­ly­wo­odz­kiej ak­torki i po­wie­dzieć: cześć, wiesz, że je­ste­śmy sio­strami? Pa­mię­tasz, że kie­dyś po­rwano cię z Wal-Marta?

- Ja­sne, że można. To byłby szok dla każ­dego, dla­czego to ma być trud­niej­sze tylko dla­tego, że ko­bieta jest sławna?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, a kiedy usły­sza­łam kroki dzieci na scho­dach, da­łam Mat­towi sy­gnał, że to ko­niec roz­mowy.

- PIZZA! - za­wo­łał gło­śno Alex.

- Z toną mięsa. - Uśmiech­nę­łam się i po­da­łam mu ka­wa­łek.

Jego oczy roz­bły­sły, kiedy na mnie spoj­rzał.

- Nie po­wiem babci, nie martw się - za­de­kla­ro­wał, po czym po­pę­dził do stołu i usiadł na krze­śle.

- Se­rio, mamo? Te­raz uczysz go kła­mać? - za­py­tała Chri­stine, kiedy po­da­łam jej ka­wa­łek.

Uśmiech­nę­łam się do niej cierpko.

- Smacz­nego.

- Mięso, mamo? - za­py­tała Oli­via ze słu­chaw­kami w uszach. Buch­nęła mu­zyka, kiedy jedną z nich wy­jęła. - Se­rio? Już się oswa­ja­łam z by­ciem we­ganką.

Wbi­łam w nią wzrok.

- Żar­tu­jesz chyba? Prze­cież nie zno­sisz go­to­wa­nia babci.

- Kto nie znosi go­to­wa­nia babci? - roz­legł się głos od progu. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam w drzwiach matkę z klu­czy­kami w dłoni i to­rebką na ra­mie­niu.

Kurde!

Jej twarz stę­żała, kiedy jej wzrok padł na pizzę, a po­tem na umo­ru­saną bu­zię Alexa, któ­remu z pod­bródka zwi­sały nitki sera.

- Hm... Wi­dzę, że urzą­dzi­łaś im­prezę? Przy­kro mi, że moje go­to­wa­nie jest tak straszne, że aż czu­jesz po­trzebę, by świę­to­wać, kiedy wyjdę z domu.

Mia­łam ochotę scho­wać się w my­siej dziu­rze. Zra­ni­łam ją.

- Mamo, to...

- Da­ruj so­bie, Evo Rae. Mia­łam długi dzień. Idę spać.

Od­wró­ciła się i już miała wyjść, kiedy Matt za­wo­łał przez kuch­nię:

- Pró­bo­wa­łem tego we­gań­skiego klopsa, pani Tho­mas, był na­prawdę smaczny.

Zer­k­nę­łam na niego z ukosa. Pod­li­zy­wał się mo­jej matce?

Wzru­szył ra­mio­nami.

- No co? To prawda.

Mama ob­jęła nas zmę­czo­nym wzro­kiem.

- To wspa­niale, Matt. Idę się po­ło­żyć.

- Mamo...

Za późno. Wy­szła. Czu­łam się okrop­nie. To było bar­dzo miłe, że go­to­wała dla nas co­dzien­nie i cóż, część była zja­dliwa, część wręcz smaczna. Chyba nie oka­za­łam jej dość wdzięcz­no­ści. Na­prawdę cie­szy­łam się, że z nami mieszka, przy­naj­mniej kiedy mnie nie kry­ty­ko­wała. Było to też do­bre dla dzieci. My dwie w końcu mo­gły­śmy się znów zbli­żyć i nad­ro­bić wszyst­kie stra­cone lata. Nie chcia­łam jej zro­bić przy­kro­ści. Tak wiele już prze­szła. Jak my wszy­scy. A ja mia­łam wra­że­nie, że bez­u­stan­nie ra­nię jej uczu­cia.

Czyż­bym ro­biła to ce­lowo? Ka­ra­łam ją za to, że igno­ro­wała mnie przez całe dzie­ciń­stwo? Po­nie­waż wciąż było po­mię­dzy nami tak wiele nie­wy­po­wie­dzia­nych słów?

Ta re­flek­sja mnie za­wsty­dziła.

Kiedy do­pi­łam wino, pod­szedł do mnie Matt z żółtą teczką od Rhondy w dłoni.

- Może to po­pra­wi­łoby jej hu­mor? Pro­jekt w sam raz dla matki i córki.

Spoj­rza­łam mu w oczy, po czym go po­ca­ło­wa­łam.

- Żar­tu­jesz, prawda?

- Nie. Moim zda­niem to by wam do­brze zro­biło.

- Ale... Nie wy­daje mi się, żeby to była wła­ściwa chwila. Nie wiem, czy je­stem go­towa.

- Na coś ta­kiego ni­gdy nie bę­dziesz go­towa. Prze­myśl to. - Też mnie po­ca­ło­wał, a dzie­ciaki za na­szymi ple­cami za­częły wy­da­wać dźwięki wy­ra­ża­jące skrajne obrzy­dze­nie.

- Nie przy lu­dziach! - Oli­via udała, że ma tor­sje.

- I nie przy dzie­ciach! - do­dał Alex, też sy­mu­lu­jąc tor­sje.

Wy­buch­nę­łam śmie­chem. Chwilę to trwało, za­nim po­go­dzili się z my­ślą, że mama się z kimś spo­tyka, ale po­wi­tali Matta z otwar­tymi ra­mio­nami. Wie­dzia­łam, że go lu­bią, zwłasz­cza Alex, który za­wsze pro­sił, by Matt po­ba­wił się z nim wo­zami stra­żac­kimi. Alex uwiel­biał wszystko, co było wy­po­sa­żone w sy­reny i mru­ga­jące świa­tła. Za­częło się to w dniu, kiedy Matt za­brał go na prze­jażdżkę ra­dio­wo­zem. To przy­pie­czę­to­wało mę­ski pakt. Cza­sami od­no­si­łam wra­że­nie, że Matt wo­lałby, by jego syn Eli­jah był bar­dziej jak Alex, który uwiel­biał spę­dzać z nim czas. To było nie­wia­ry­god­nie smutne. Chcia­łam, by Matt na­wią­zał z sy­nem taki kon­takt, jaki mia­łam ja ze swo­imi dziećmi, choć bar­dzo czę­sto nie było mnie w domu, kiedy były małe. Ich za­ufa­nie do mnie po­woli się od­ra­dzało, a ża­ło­wa­łam je­dy­nie tego, ile czasu z nimi stra­ci­łam. Mia­łam jed­nak na­dzieję, że po­łą­czą nas nowe wspo­mnie­nia, które bę­dziemy pie­lę­gno­wać już do końca ży­cia.

Zer­k­nę­łam na teczkę i uświa­do­mi­łam so­bie, że moje prio­ry­tety ra­dy­kal­nie się zmie­niły. Te­raz naj­waż­niej­sza była ro­dzina, a moja sio­stra do niej na­le­żała, czy była sławna, czy nie.

Roz­dział 7

- Do­kąd je­dziemy, Evo Rae? Nie mo­żesz mi po pro­stu po­wie­dzieć?

Zer­k­nę­łam na mamę i po­krę­ci­łam głową. Sie­dzia­ły­śmy w moim mi­ni­va­nie, słońce pa­liło szyby, kli­ma­ty­za­cja była pod­krę­cona na maksa, w ra­diu le­ciał Bruno Mars. Był cu­do­wny dzień, ty­powy dla Flo­rydy, sur­fe­rzy prze­cho­dzili przez ulicę i je­chali na de­sko­rol­kach z de­skami do sur­fingu pod pa­chą. Pla­żo­wi­cze i tu­ry­ści ob­ju­czeni sprzę­tem pro­mie­nieli na myśl o spę­dze­niu ca­łego dnia na bia­łym pia­sku.

- Nie po­wiem ci - od­par­łam. - To ma być nie­spo­dzianka. - Głos mi nieco drżał ze znie­cier­pli­wie­nia i zde­ner­wo­wa­nia, ale mia­łam na­dzieję, że tego nie sły­chać.

Par­sk­nęła drwiąco i po­pra­wiła spód­nicę.

- Wiesz, że nie lu­bię nie­spo­dzia­nek, Evo Rae.

Nie spa­łam przez całą noc, my­śla­łam, a kiedy słońce wze­szło nad do­mem są­siada po dru­giej stro­nie ka­nału, pod­ję­łam de­cy­zję. Była so­bota, więc mia­łam na to cały dzień. Matt miał ra­cję, wła­ściwa pora ni­gdy nie na­dej­dzie, je­śli będę o tym tyle my­śleć. Za­wsze znajdę wy­mówkę, aby to od­su­nąć w cza­sie, i ni­gdy się nie do­wiem. Je­śli chcia­łam spoj­rzeć w twarz ko­bie­cie, która po­do­bno była moją sio­strą, mu­sia­łam to zro­bić. Mu­sia­łam sko­czyć na główkę bez ase­ku­ra­cji.

- Dla­czego nie po­wiesz mi, do­kąd je­dziemy? - za­py­tała mama po chwili mil­cze­nia z głę­bo­kim wes­tchnie­niu po­iry­to­wa­nia. Wy­je­cha­ły­śmy z Co­coa Be­ach i mi­nę­ły­śmy bazę Pa­trick w dro­dze do Mel­bo­urne Be­ach, gdzie miesz­kała Kelly Stone. Matt po­wie­dział, że wszyst­kie ga­zety opi­sy­wały kupno przez nią tego domu dwa lata temu, dom był bo­wiem po­ło­żony nie­da­leko miej­sca, które wcze­śniej ku­pił ra­per Va­nilla Ice, a na­stęp­nie wy­re­mon­to­wał je w swoim pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym, The Va­nilla Ice Pro­ject.

- Bo nie chcę po­psuć nie­spo­dzianki - od­par­łam. - A poza tym gdy­bym ci po­wie­działa, nie zgo­dzi­ła­byś ze mną po­je­chać.

Mama znów par­sk­nęła.

- To mnie nie uspo­ko­iło, Evo Rae. Chyba wcale nie chcesz mnie prze­ko­nać.

Ode­tchnę­łam, pró­bu­jąc wy­ci­szyć zner­wi­co­wany żo­łą­dek. Ba­łam się, że ro­bię błąd, przez chwilę roz­wa­ża­łam na­wet, czy nie za­wró­cić. To mo­gło się skoń­czyć ka­ta­stro­fal­nie, ja­sne, ale nie­ko­niecz­nie. Mo­gło też skoń­czyć się do­brze.

Zer­k­nę­łam ner­wowo na matkę i po­czu­łam, że tracę de­ter­mi­na­cję. Przez moją głowę prze­mknął cały ta­bun my­śli. Mi­nęło trzy­dzie­ści sześć lat. Czy ją roz­po­znamy? Czy ona roz­po­zna nas? Jaka się okaże?

Mama spoj­rzała na ze­ga­rek.

- Da­leko jesz­cze? Pa­mię­ta­łaś o wo­dzie? Jest go­rąco. Nie chcę się od­wod­nić. O kre­mie z fil­trem? I spreju na owady, wzię­łaś sprej? Je­śli mamy gdzieś cho­dzić, bę­dzie mi po­trzebny. Wiesz, jak szybko puchnę.

- Nic z tych rze­czy nie bę­dzie ci po­trzebne, mamo. Tak, mam w to­rebce dwie bu­telki wody. Nie od­wod­nisz się. Już pra­wie je­ste­śmy na miej­scu.

- Gdzie? Prze­cież tu nic nie ma.

GPS po­wie­dział mi, że je­ste­śmy u celu. Pod­je­cha­łam do bramy.

- Co to za miej­sce, Evo Rae? Co my tu ro­bimy? Co za­pla­no­wa­łaś? Mam prze­czu­cie, że mi się to nie spodoba.

Wes­tchnę­łam i spoj­rza­łam na nią, po czym wzię­łam ją za rękę. Wy­krzy­wiła twarz w ner­wo­wym gry­ma­sie.

- O co cho­dzi, Evo Rae? Prze­ra­żasz mnie.

- Mamo. Ko­chana, naj­mil­sza mamo. Za­py­ta­łaś, jaki mam plan. Szcze­rze mó­wiąc, żad­nego. Chyba tego nie prze­my­śla­łam.

Po­krę­ciła głową, przy­glą­dała mi się ba­daw­czo.

- O czym ty mó­wisz? Dla­czego się tak za­cho­wu­jesz? Co my tu ro­bimy, Evo Rae? Co się dzieje? Dla­czego... na li­tość bo­ską... po pro­stu mi nie po­wiesz?

Prze­łknę­łam ślinę. Nie zde­cy­do­wa­łam, kiedy jej po­wiem, uzna­łam, że zdam się na los, ale te­raz, przed do­mem gwiazdy, tuż przed na­ci­śnię­ciem do­mo­fonu, stra­ci­łam pew­ność, czy to do­bry po­mysł. Jak za­re­aguje?

- Mamo, to...

- Co to za miej­sce? - za­py­tała, wy­glą­da­jąc przez szybę. Za mu­rem, ko­ro­nami drzew i ka­mien­nymi lwami le­żała po­sia­dłość. - Czyj to dom?

- Na­leży do Kelly Stone, wiesz, tej ak­torki...

- Wiem, kim jest Kelly Stone. Ale co my tu ro­bimy?

- Cóż, cho­dzi o to... Dzwo­ni­łam dziś rano do jej asy­stentki, po­wie­dzia­łam, że szu­kamy spon­so­rów skłon­nych do współ­pracy przy or­ga­ni­za­cji wy­da­rze­nia na rzecz sie­rot i że wszyst­kie zgro­ma­dzone środki zo­staną prze­ka­zane na walkę z han­dlem dziećmi. Zgo­dziła się z nami spo­tkać i o tym po­roz­ma­wiać.

Mama po­słała mi za­gu­bione spoj­rze­nie.

- Dla­czego? Dla­czego zro­bi­łaś coś ta­kiego? Nic z tego nie ro­zu­miem. Czyś ty cał­kiem po­stra­dała ro­zum, Evo Rae Tho­mas?

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Być może, ale nie wy­my­śli­łam nic lep­szego, by ją na­kło­nić do spo­tka­nia z nami. Nie lubi dzien­ni­ka­rzy, od lat nie udzie­liła żad­nego wy­wiadu. Jest osobą skrytą i nie­ła­two się z nią umó­wić.

- Ale dla­czego? Po co w ogóle chcia­łaś się z nią spo­tkać?

Się­gnę­łam po teczkę, która le­żała na tyl­nym sie­dze­niu. Przez kilka mi­nut trzy­ma­łam ją w dło­niach. Co by się stało, gdy­bym po­wie­działa matce prawdę?

- Do­bro po­rwa­nych dzieci leży jej na sercu - od­par­łam. - Prze­ka­zała mi­liony do­la­rów na walkę z han­dlem ludźmi, po­maga bu­do­wać schro­ni­ska dla bez­dom­nych dzieci, żeby nie sy­piały na uli­cach, skąd ła­twiej je po­rwać.

- Ofiary po­rwań, ale... co... dla­czego, dla­czego tak... kła­miesz?

Znów wzię­łam głę­boki od­dech i po­sta­no­wi­łam zdać się na ko­lejne kłam­stwo.

- Bo na­prawdę my­ślę o or­ga­ni­za­cji ta­kiego wy­da­rze­nia i po­my­śla­łam, że chcia­ła­byś mi po­móc. Chcia­ła­byś?

Prze­łknę­łam ślinę i spoj­rza­łam na mamę, przy­gry­za­jąc wargę. Uwie­rzyła?

- Hm... No cóż... Dla­czego po pro­stu nie za­py­ta­łaś? Wiesz, że uwiel­biam or­ga­ni­zo­wać ta­kie rze­czy. Dla­czego mu­sia­łaś mnie po­rwać i trzy­mać wszystko w ta­jem­nicy?

Uśmiech­nę­łam się i odło­ży­łam teczkę na tylne sie­dze­nie.

- Chyba ba­łam się, że od­mó­wisz.

- Dla­czego mia­ła­bym od­mó­wić po­mocy dzie­ciom? Prze­cież i tak nie mam nic lep­szego do ro­boty. Taki pro­jekt mógłby się oka­zać zba­wienny dla mnie i dla nas. I dla dzieci, oczy­wi­ście.

- Czyli się zga­dzasz? - Opu­ści­łam szybę, by na­ci­snąć gu­zik do­mo­fonu.

Mama po­ki­wała głową.

- Tak, zga­dzam się. O ile obie­casz, że wię­cej mnie już tak nie pod­pu­ścisz.

Zmu­si­łam się do uśmie­chu, po czym od­wró­ci­łam głowę i wci­snę­łam gu­zik, pod­czas gdy coś krzy­czało we mnie na cały głos: "Co ty wy­pra­wiasz, ko­bieto?".

Roz­dział 8

Dom Kelly Stone oka­zał się osza­ła­mia­jący, tak jak się spo­dzie­wa­łam. Do­prawdy godny hol­ly­wo­odz­kiej gwiazdy. We­szły­śmy po scho­dach, pod drew­niane dwu­skrzy­dłowe drzwi, gdzie po­wi­tała nas asy­stentka. Dom stał na plaży, kiedy we­szły­śmy do holu, ze wszyst­kich stron oto­czyły nas wspa­niałe wi­doki. Atlan­tyk mie­nił się w słońcu, wy­glą­dał bar­dzo ku­sząco przez łu­ko­wate okna w stylu hisz­pań­skim.

- Pani Stone za­raz zej­dzie - po­wie­działa asy­stentka, pro­wa­dząc nas do sa­lonu tak wiel­kiego, że po­mie­ściłby cały mój dom. Był pięk­nie urzą­dzony, nie­wąt­pli­wie pro­fe­sjo­nal­nie, w stylu pla­żo­wym. Po­czu­łam ukłu­cie za­zdro­ści w sto­sunku do tej ko­biety, która mo­gła być moją sio­strą. Ni­gdy nie by­łam do­bra w urzą­dza­niu wnętrz, moje domy wy­glą­dały za­zwy­czaj jak ko­cioł pe­łen za­ba­wek i brud­nego pra­nia. W ży­ciu nie zdo­ła­ła­bym się tak urzą­dzić.

- Ład­nie tu, prawda? - po­wie­działa mama, roz­glą­da­jąc się. - Bar­dzo sty­lowo.

- No cóż, jak się ma tyle kasy, to pew­nie ła­two pięk­nie miesz­kać - od­par­łam nieco po­iry­to­wa­nym to­nem. Wie­dzia­łam, że ma­mie nie po­doba się, jak miesz­kam, wiecz­nie po nas sprzą­tała, od­kąd się wpro­wa­dziła, a mimo to wo­kół wciąż pa­no­wał ba­ła­gan. Ten dom bar­dziej pa­so­wał do niej. Wią­zało się to też z tym, że wy­cho­wy­wa­łam się w domu, gdzie w za­sa­dzie nie wolno było do­ty­kać me­bli. Obie­cy­wa­łam so­bie, że moje dzieci nie będą tak do­ra­stać. A to z ko­lei wią­zało się z ko­niecz­no­ścią miesz­ka­nia w roz­gar­dia­szu. Z na­tury nie by­łam schludna. Ni­gdy nie było to dla mnie prio­ry­te­tem. Wo­la­łam zaj­mo­wać się dziećmi. Zwłasz­cza kiedy jesz­cze słu­ży­łam w FBI i tak dużo pra­co­wa­łam, że rzadko by­wa­łam w domu. Kiedy tylko więc do niego we­szłam, kon­cen­tro­wa­łam się na dzie­ciach. Nie było czasu na sprzą­ta­nie i my­śle­nie o wy­stroju. Mama ni­gdy nie mo­gła tego zro­zu­mieć. Uwa­żała, że za­nie­dbuję ro­dzinę, pra­cu­jąc i nie dba­jąc o dom.

- To ta­kie eks­cy­tu­jące. - Mamę prze­szedł dreszcz. - Po­znamy praw­dziwą gwiazdę fil­mową.

Ostat­nie słowa wy­szep­tała, jakby to była ta­jem­nica. Po­czu­łam cię­żar w żo­łądku, kiedy za­czę­łam się za­sta­na­wiać, dla­czego mi się wy­da­wało, że to się do­brze skoń­czy. Jak mia­łam za­re­ago­wać na jej wi­dok? Czy ona mo­gła się do­my­ślić, kim je­ste­śmy?

- Dzień do­bry - za­wo­łał ktoś z dru­giego końca po­miesz­cze­nia. Piękna ko­bieta w lek­kiej zwiew­nej su­kience nie­mal pły­nęła w na­szą stronę po mar­mu­ro­wej po­sadzce. Ga­pi­łam się na nią z otwar­tymi ustami, oszo­ło­miona jej urodą. Kiedy na­sze oczy się spo­tkały, po­czu­łam ukłu­cie w żo­łądku. Nie wie­dzia­łam, czy ona rów­nież to po­czuła, ale coś mu­siało się stać, bo jej uśmiech na uła­mek se­kundy za­marł. Prze­nio­sła wzrok na moją mamę, na­szą mamę, po czym po­krę­ciła głową i znów uśmiech­nęła się ni­czym gwiazda fil­mowa.

Wró­ciła do roli.

- Wi­tam, wi­tam, prze­pra­szam, że mu­siały pa­nie cze­kać.

Uści­snęła na­sze dło­nie, a my się przed­sta­wi­ły­śmy. Kiedy mama po­dała swoje na­zwi­sko, za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy ta ko­bieta coś o nas wie, czy zna na­sze na­zwi­ska, ale jej re­ak­cja ni­czego ta­kiego nie zdra­dziła. Do­piero kiedy na­sze oczy znów się spo­tkały, wy­czu­łam, że na­sza go­spo­dyni nie­ru­cho­mieje od czasu do czasu, jakby pró­bo­wała coś so­bie przy­po­mnieć, lecz na próżno.

- Pro­szę sia­dać. Je­stem z Lon­dynu, więc dla mnie o tej po­rze dnia na ze­wnątrz jest za go­rąco. Może zaj­miemy ka­napy przy tam­tym oknie?

Kiw­nę­ły­śmy gło­wami z uśmie­chem. Zer­k­nę­łam na mamę, kiedy usia­dły­śmy na mięk­kich ka­na­pach o wiel­kich po­du­chach. Coś zo­ba­czy­łam w jej oczach, ale szybko znik­nęło.

- Do­brze więc. Co mogę dla was zro­bić? - za­py­tała Kelly Stone, łą­cząc wy­ma­ni­kiu­ro­wane dło­nie. - Moja asy­stentka mó­wiła coś o im­pre­zie cha­ry­ta­tyw­nej, dla któ­rej szu­ka­cie spon­sora?

Roz­dział 9

Wpa­try­wa­łam się w sie­dzącą przede mną ko­bietę, kiedy opo­wia­dała nam, jak ważna jest dla niej kwe­stia po­rwań dzieci na ca­łym świe­cie. Jej nad­garstki zdo­biła kosz­towna bi­żu­te­ria.

- Ta sprawa za­wsze była bli­ska mo­jemu sercu, nie tylko pro­blem strę­czy­ciel­stwa, ale też po­rwa­nia dzieci przez ro­dzi­ców i bli­skich krew­nych. Wiele z nich na za­wsze traci kon­takt z ro­dziną. Do­ra­stają w po­czu­ciu po­rzu­ce­nia i przez całe ży­cie szu­kają tej bra­ku­ją­cej czę­ści sie­bie. Na tym aspek­cie rów­nież warto się sku­pić.

- Jest to straszne rów­nież dla ro­dzin, które zo­stały po­zba­wione tych dzieci - wtrą­ciła moja matka ła­mią­cym się nieco gło­sem. - Nie wie­dzą na­wet, czy te dzieci żyją.

Kelly Stone nie od­po­wie­działa. Przez chwilę pa­trzyła ma­mie w oczy, a ja za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy wie. Po­krę­ciła jed­nak lekko głową i od­chy­liła się na opar­cie ka­napy.

- Gdzie się po­działy moje ma­niery? Są tu pa­nie już od dłuż­szej chwili, a ja nie za­pro­po­no­wa­łam do­tąd nic do pi­cia. To oznaka braku wy­cho­wa­nia tam, skąd po­cho­dzę, więc bar­dzo prze­pra­szam. Czego się pa­nie na­piją? Kawy? Wody? Le­mo­niady?

Mama wpa­try­wała się w nią, śle­dziła każdy jej ruch. Mój puls przy­spie­szył.

- Chęt­nie na­piję się le­mo­niady - za­de­kla­ro­wa­łam. - Mama rów­nież. Je­śli to nie kło­pot.

Kelly Stone zwró­ciła się w moją stronę.

- Ża­den kło­pot.

Na­sze oczy znów się spo­tkały, a serce pra­wie wy­sko­czyło mi z piersi. Nie po­zo­stał na­wet cień wąt­pli­wo­ści. To była ona. Syd­ney. Wy­glą­dała cał­kiem ina­czej, niż kiedy by­ły­śmy dziećmi, po­dej­rze­wa­łam in­ter­wen­cję chi­rurga pla­stycz­nego, ale kiedy pa­trzy­łam jej w oczy, wie­dzia­łam, że to na pewno ona. Prze­peł­niły mnie emo­cje, trudno było je opa­no­wać. Tę­sk­ni­łam za nią przez wiele lat, by­łam prze­ko­nana, że umarła, prze­pa­dła, a te­raz sie­działa przede mną jako ko­bieta suk­cesu, żywa, zdrowa i pięk­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek. Chcia­łam wy­rzu­cić z sie­bie wszystko, po­dać praw­dziwy po­wód na­szej wi­zyty, ale tego nie zro­bi­łam. Za bar­dzo się ba­łam, że mo­gła­bym ją znów stra­cić, że roz­gnie­wa­łaby się na nas.

We­zwała asy­stentkę, któ­rej po­le­ciła przy­nieść nam le­mo­niadę, po czym na po­wrót usia­dła.

- To ta­kie cu­do­wne. - Wes­tchnęła. - Matka i córka wspól­nie or­ga­ni­zują ta­kie wy­da­rze­nie.

- Tak, cóż, my też pró­bu­jemy od­no­wić więź po la­tach prze­rwy - od­par­łam. - Do­piero nie­dawno się tu prze­pro­wa­dzi­łam.

- To miłe - po­wtó­rzyła Kelly z uśmie­chem. - Ma pani dzieci?

Przy­tak­nę­łam, czu­jąc co­raz więk­szy ucisk w gar­dle. Mia­łam kło­pot nie tylko z prze­ły­ka­niem, ale też od­dy­cha­niem.

- Troje. - Po­czu­łam łzy pod po­wie­kami. Pró­bo­wa­łam je po­wstrzy­mać, ale prze­gry­wa­łam tę walkę. - Dwie dziew­czynki i chłopca.

- Cu­dow­nie. Na pewno cie­szą się, że mają bab­cię w po­bliżu. Wy­da­je­cie się sym­pa­tyczną ro­dziną.

- Tak... Cóż... Sta­ramy się, jak mo­żemy.

- Nie za­wsze jest ła­two, prawda? W ro­dzi­nie.

- Nie za­wsze. Ale warto się sta­rać.

Kelly Stone za­ci­snęła dłoń w pięść i na chwilę za­mknęła oczy. Wzięła się w garść, kiedy po­ja­wiła się asy­stentka z le­mo­niadą. Mama chwy­ciła za szklankę i opróż­niła ją jed­nym hau­stem. Utkwi­łam w niej zdu­mione spoj­rze­nie. Za­zwy­czaj nie piła na­po­jów za­wie­ra­ją­cych cu­kier.

- Ojej, mu­sia­łam być bar­dzo spra­gniona. - Ze zdzi­wie­niem spoj­rzała na pu­stą szklankę w dłoni. - W moim wieku trzeba uwa­żać, żeby się nie od­wod­nić.

Oczy Kelly Stone za­szły mgłą, kiedy pa­trzyła, jak mama od­sta­wia szklankę tak, by na pewno tra­fiła na pod­stawkę, którą zna­la­zła.

- Robi się co­raz go­rę­cej - od­parła. - Każdy z nas po­wi­nien dużo pić, żeby się na­wad­niać. Zwłasz­cza ta­kie osoby jak ja, które nie przy­wy­kły jesz­cze do upa­łów Flo­rydy.

Ja rów­nież po­pi­ja­łam le­mo­niadę, nie bar­dzo wie­dząc, co po­win­nam zro­bić lub po­wie­dzieć. Chcia­łam zo­stać jak naj­dłu­żej, aby po­roz­ma­wiać z sio­strą, chcia­łam do­wie­dzieć się o niej wszyst­kiego, skoro już ją od­na­la­złam, i chcia­łam, by ona do­wie­działa się wszyst­kiego o mnie. Jed­no­cze­śnie jed­nak mia­łam wra­że­nie, że za­raz zwy­mio­tuję. Emo­cji było co­raz wię­cej, nie by­łam pewna, jak długo jesz­cze zdo­łam utrzy­mać je na wo­dzy.

- Hm... Chyba mu­simy... Czy mo­gła­bym sko­rzy­stać z ła­zienki? - za­py­ta­łam.

Kelly Stone z uśmie­chem po­ki­wała głową.

- Oczy­wi­ście. Na końcu ko­ry­ta­rza w lewo.

Wsta­łam i wy­bie­głam z po­koju, zna­la­złam drzwi pro­wa­dzące do ła­zienki. Za­mknę­łam je za sobą, opar­łam się o nie ple­cami, osu­nę­łam się na pod­łogę i w końcu prze­sta­łam po­wstrzy­my­wać łzy.

Roz­dział 10

Kiedy wró­ci­łam, mama piła drugą le­mo­niadę, tym ra­zem wol­niej, mniej­szymi łycz­kami. Za­sta­na­wia­łam się, czy za­mie­niły choć słowo pod moją nie­obec­ność, ta­kie były ci­che, kiedy we­szłam do po­koju. Wie­dzia­łam z in­ter­netu, że Kelly Stone nie ma dzieci, ale i tak roz­glą­da­łam się za zdję­ciami dro­gich jej osób. Żad­nego nie zna­la­złam.

- Mieszka tu pani sama? - za­py­ta­łam, kiedy usia­dłam.

Kelly po­krę­ciła głową.

- Nie, z na­rze­czo­nym.

A więc był ktoś jesz­cze w jej ży­ciu. To mnie nieco uspo­ko­iło. Nie po­do­bała mi się myśl, że jest tu­taj cał­kiem sama.

- Po­woli przy­zwy­cza­jam się do jego obec­no­ści. Za­wsze miesz­ka­łam sama. Czę­sto by­łam sama, kiedy do­ra­sta­łam. - Znów ze­brało się jej na płacz, ale ukryła to za sze­ro­kim uśmie­chem. - Nie mia­łam du­żej ro­dziny ani żad­nego... ro­dzeń­stwa. Tylko tatę. - Po­cią­gnęła no­sem, po czym spoj­rzała naj­pierw na mamę, a po­tem na mnie. - Nie wiem, dla­czego wam to wszystko mó­wię. Pew­nie uzna­cie mnie za wa­riatkę. Za­zwy­czaj je­stem bar­dzo skryta, a was na pewno nie in­te­re­sują wszyst­kie moje...

- Ależ in­te­re­sują - wtrą­ci­łam i od razu tego po­ża­ło­wa­łam. Opu­ści­łam wzrok. - To zna­czy, w ogóle nam to nie prze­szka­dza. Do­brze wie­dzieć, że w ak­torce kryje się czło­wiek, je­śli wie pani, co mam na my­śli?

Kelly przy­tak­nęła.

- Po­nio­sło mnie. Prze­pra­szam. Na pewno chce pani wra­cać do dzieci. Prze­cież jest so­bota. Może więc przej­dziemy do szcze­gó­łów pla­no­wa­nego wy­da­rze­nia, do­brze? Ile trzeba, by udało się je zor­ga­ni­zo­wać?

Nie wiem, skąd się wzięły, ale rzu­ci­łam kilka liczb. Na­kre­śli­łam po­bieżny plan tuż przed wyj­ściem z domu i te­raz jej go po­ka­za­łam, cho­ciaż nie mia­łam po­ję­cia, czy wy­gląda wia­ry­god­nie jako im­preza cha­ry­ta­tywna. Nie wie­dzia­łam, czy Kelly Stone tylko pró­buje być miła, ale włą­czyła się do roz­mowy i za­nim się obej­rza­ły­śmy, za­de­kla­ro­wała, że sfi­nan­suje ca­łość, o ile utrzy­mamy jej udział w ta­jem­nicy. Nie chciała, by me­dia się do­wie­działy. Nie ro­biła tego dla roz­głosu.

Po­że­gna­ły­śmy się w końcu, wró­ci­ły­śmy z mamą do sa­mo­chodu, a ja włą­czy­łam sil­nik. Mama mil­czała, kiedy wy­jeż­dża­ły­śmy z pod­jazdu i kiedy brama za­mknęła się za nami. Ło­mo­ta­nie serca od­bi­jało się echem w mo­ich uszach, za­sta­na­wia­łam się, co naj­lep­szego zro­bi­łam. Czego się spo­dzie­wa­łam po tym dniu? Wie­dzia­łam, że chcę ją zo­ba­czyć na wła­sne oczy, za­nim co­kol­wiek po­sta­no­wię. Chcia­łam się upew­nić, że to na­prawdę ona. Chyba uzna­łam, że kiedy ją zo­ba­czę, zy­skam pew­ność, i nie my­li­łam się. Wie­dzia­łam, że to ona, ale nie wszystko prze­my­śla­łam. Bo co da­lej? Czy po­win­nam zor­ga­ni­zo­wać tę galę? Czy po­win­nam wró­cić i wy­znać prawdę? Jak by na to za­re­ago­wała?

Wy­je­cha­łam na A1A i po­pę­dzi­łam w kie­runku Co­coa Be­ach. Mama sie­działa obok w mil­cze­niu.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej za­par­ko­wa­łam przed do­mem i zga­si­łam sil­nik, a mama w końcu na mnie spoj­rzała. Już mia­łam wy­siąść, kiedy po­ło­żyła mi dłoń na ra­mie­niu. Spoj­rzała na mnie ze łzami w oczach.

- Dzię­kuję - po­wie­działa. - Że mnie w to włą­czy­łaś.

- Mamo...

Po­ki­wała głową.

- Wiem, skar­bie, wiem. Nie mu­sisz nic mó­wić. Po­win­ny­śmy się z tym prze­spać, a po­tem zde­cy­do­wać, jak się z tym upo­ramy.

Wy­sia­dła z sa­mo­chodu, zo­sta­wiła mnie onie­miałą w środku. Co miała na my­śli? Wie­działa i nie chciała mi po­wie­dzieć? Czy cho­dziło jej tylko o im­prezę?

Z nią ni­gdy nie było pew­no­ści.

Roz­dział 11

Wcze­śniej

Po po­wro­cie do domu ze strze­la­niny na far­mie Gary Pierce przy­tu­lił synka nieco moc­niej niż zwy­kle. Iris sta­nęła za nim, kiedy trzy­mał w ra­mio­nach małe za­wi­niątko, ro­niąc łzy.

Z tro­ską po­ło­żyła mu dłoń na ra­mie­niu.

- Coś się dzi­siaj stało?

Gary prze­łknął ślinę i po­ca­ło­wał ją w czoło. Nie chciał jej o tym mó­wić, nie chciał jej mar­twić.

- To tylko praca, skar­bie. Tylko praca.

Wes­tchnął i wziął żonę w ra­miona, przy­tu­lił do sie­bie dwie uko­chane istoty tak mocno, jak się tylko dało, a lęk i nie­po­kój po­woli bla­dły. Było bli­sko. Nie­mal wszystko stra­cił, kiedy spoj­rzał w wy­lot lufy. Był pe­wien, że ni­gdy wię­cej nie zo­ba­czy syna i żony. Zdu­mie­wa­jące, ile my­śli może prze­mknąć czło­wie­kowi przez głowę, kiedy za­gląda śmierci w oczy. My­ślał głów­nie o Oli­ve­rze i o tym, że prze­oczy wszyst­kie naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nia jego ży­cia. Ni­gdy nie zo­ba­czy jego pierw­szych kro­ków, pierw­szego dnia szkoły i wrę­cze­nia dy­plo­mów. Nie zo­ba­czy, na ja­kiego przy­stoj­nego, mą­drego męż­czy­znę Oli­ver wy­ro­śnie, nie bę­dzie mógł bez­u­stan­nie zdu­mie­wać się tym, jaki jest in­te­li­gentny i tro­skliwy wo­bec in­nych. Bał się prze­oczyć to wszystko. Strach to­wa­rzy­szył mu każ­dego dnia, kiedy wy­cho­dził do pracy, nie wie­dząc, co go spo­tka.

Ta­kie same my­śli drę­czyły Iris, kiedy każ­dego ranka wrę­czała mu kawę i że­gnała go po­ca­łun­kiem. Dla niej było to rów­nie trudne.

Gary i Wil­son usły­szeli, że są bo­ha­te­rami. Oca­lili ży­cie czło­wie­kowi, który mógł dzięki nim wró­cić do swo­jego syna. Po­rwano go dla pie­nię­dzy, które rze­komo był wi­nien po­ry­wa­czom. Po­ry­wa­cze mieli po­wią­za­nia z gan­gami, sprawa nie za­koń­czy­łaby się po­myśl­nie ani dla męż­czy­zny, ani dla chłopca, gdyby Gary i Wil­son nie in­ter­we­nio­wali. Po­kle­py­wano ich po ple­cach, zbi­jano z nimi piątki i ob­sy­py­wano ich kom­ple­men­tami, ale Gary mógł my­śleć tylko o tym, jak nie­wiele bra­ko­wało. Po raz pierw­szy w trak­cie służby tak bar­dzo prze­stra­szył się śmierci i to go prze­ra­ziło. Ni­gdy ni­czego się nie bał, zwłasz­cza w ro­bo­cie. Jako agent FBI nie mógł so­bie po­zwo­lić na strach. Ry­zyko było nie­od­łączną czę­ścią tego za­wodu, wszy­scy to wie­dzieli. Ni­gdy wcze­śniej się tym nie przej­mo­wał. W za­sa­dzie na­wet o tym nie my­ślał. Co się więc zmie­niło?

Spoj­rzał na żonę i syna z bi­ją­cym ser­cem.

Te­raz miał zbyt wiele do stra­ce­nia.

Iris wspięła się na palce, by go po­ca­ło­wać, po czym po­gła­skała go lekko po po­liczku. Oli­ver za­czął ma­ru­dzić, pew­nie zgłod­niał, kiedy wy­czuł obec­ność matki. Wy­da­wał się taki kru­chy w ra­mio­nach Gary'ego, nie mie­ściło się w gło­wie, że po­ra­dzi so­bie na tym okrut­nym świe­cie. Wła­śnie dla­tego Gary ro­bił to, co ro­bił. Na­prawdę wie­rzył, że przy­kłada rękę do tego, by świat stał się bez­piecz­niej­szym miej­scem dla Oli­vera, kiedy wsa­dzał za kratki ban­dy­tów.

No chyba że oni do­padną go pierwsi.

- We­zmę go - po­wie­działa Iris, kiedy Oli­ver pi­snął, co ozna­czało, że wkrótce za­cznie pła­kać. Po trzech ty­go­dniach co­raz le­piej roz­po­zna­wali sy­gnały pły­nące ze strony synka i od­ga­dy­wali jego po­trzeby. Zwy­kle naj­pierw pró­bo­wali go na­kar­mić, po­tem spraw­dzali czy­stość pie­lu­chy, a je­śli to nie za­dzia­łało, za­kła­dali, że jest zmę­czony i trzeba prze­ko­nać go do drzemki. Gary prze­ka­zał chłopca żo­nie, pod­trzy­mu­jąc mu główkę. Iris usia­dła, by po­dać mu pierś. Oli­ver stęk­nął za­do­wo­lony. Matka gła­skała go po rzad­kich wło­sach pod­czas kar­mie­nia i śpie­wała. Gary przy­glą­dał im się, czu­jąc co­raz więk­szy ucisk w gar­dle. Miał świa­do­mość, że to naj­szczę­śliw­sza chwila jego ży­cia. Nie chciał nic po­nad to, co miał te­raz.

Ja­kim cu­dem tak mu się po­szczę­ściło?

Roz­dział 12

- Czego on może od nas chcieć?

Ci­chy ochry­pły głos Avy od­bił się echem od ścian nie­wiel­kiego po­miesz­cze­nia. Ca­rina pod­nio­sła głowę, aby spoj­rzeć na przy­ja­ciółkę. Wszyst­kie o tym my­ślały, ale ona pierw­sza za­dała py­ta­nie na głos. Kiedy tu tra­fiły, krzy­czały go­dzi­nami, wa­liły pię­ściami w ściany w na­dziei, że ktoś je usły­szy i ura­tuje. Szybko jed­nak stra­ciły siły, a wraz z nimi na­dzieję. Miały wra­że­nie, że prze­by­wają tu od za­wsze, za­częły się za­sta­na­wiać, czy to się kie­dy­kol­wiek skoń­czy. Czy może po pro­stu po­umie­rają w tej dziu­rze?

- My­śli­cie, że chce nas zgwał­cić?

Na te słowa Tara za­częła gło­śno szlo­chać, ukryła twarz w dło­niach i zwi­nęła się w kłę­bek na ma­te­racu.

Znów Ava tylko wy­po­wie­działa na głos to, o czym wszyst­kie my­ślały, a mimo to wzbu­dziło to w Ca­ri­nie nie­po­kój. Nie chciała o tym my­śleć, lecz my­ślała - i to bez­u­stan­nie. Uwa­żała, że to tylko kwe­stia czasu.

- Oglą­da­łam nie­dawno na Net­flik­sie se­rial o dziew­czy­nach, które zo­stały upro­wa­dzone. Po­ry­wacz prze­trzy­my­wał je przez je­de­na­ście lat.

Ca­rina za­mknęła oczy, pró­bu­jąc się uspo­koić. Sama myśl była prze­ra­ża­jąca.

- Gwał­cił je, na­wet ro­dziły mu dzieci. Je­de­na­ście lat - do­dała Ava. - Będę mieć dwa­dzie­ścia osiem lat. Cała mło­dość zmar­no­wana.

- Prze­stań - wtrą­ciła Tara. - Pro­szę, prze­stań.

Ava spoj­rzała na nią i przy­gry­zła wargę.

- Są też tacy, któ­rzy po­ry­wają dziew­czyny, a po­tem mor­dują je, kiedy zajdą w ciążę.

- Prze­stań już, do­bra? - ode­zwała się Ca­rina. - Prze­stań opo­wia­dać o ta­kich rze­czach.

Ava prze­nio­sła na nią wzrok, łań­cuch na jej szyi za­brzę­czał, kiedy prze­chy­liła głowę. To wtedy Ca­rina za­uwa­żyła stru­mie­nie łez na jej po­licz­kach. Słaba ża­rówka pod su­fi­tem da­wała tylko tyle świa­tła, by wi­działy, gdzie jeść, a gdzie si­kać, lecz nic po­nad to.

- Po­win­ny­śmy pod­no­sić się na du­chu - do­dała Ca­rina i po­ło­żyła drżącą dłoń na ra­mie­niu przy­ja­ciółki. - Jesz­cze nas nie tknął, może więc nie po to tu je­ste­śmy.

Tara usia­dła, łań­cuch za­dzwo­nił o pręt, do któ­rego był przy­mo­co­wany.

- Ja­sne, że po to. W ja­kim in­nym celu po­rwałby trzy dziew­czyny w na­szym wieku? Bę­dzie nas gwał­cić, aż bę­dziemy krzy­czeć, a po­tem nas po­za­bija. Na­prawdę nie ro­zu­miesz?

Ro­zu­miała i wie­działa, że przy­ja­ciółki pew­nie mają ra­cję. Wie­działa też jed­nak, że roz­my­śla­nie o tych wszyst­kich strasz­nych rze­czach, które mogą je spo­tkać, ani tro­chę im nie po­może. Tylko je to osła­biało, pa­ra­li­żo­wało lę­kiem, a pew­nie wła­śnie tego chciał ten czło­wiek. Zo­ba­czyła to w jego oczach, kiedy po­py­chał ją do piw­nicy. Chciał, by się go bały, by wie­działy, że on tu rzą­dzi. Miał w oczach tę samą żą­dzę wła­dzy co po­li­cjant, który kie­dyś za­trzy­mał na po­bo­czu tatę Avy. Tata Avy był czarny, gliny za­wsze trak­to­wały go w taki spo­sób, za­ło­żyli na­wet, że Ava nie może być jego, po­nie­waż miała ja­sną cerę i nie była do niego po­do­bna. Bar­dziej przy­po­mi­nała matkę.

- W ogóle się nie bo­isz? - za­py­tała te­raz.

- Oczy­wi­ście, że się boję - od­parła Ca­rina. - Mó­wię tylko, że po­win­ny­śmy za­cho­wać spo­kój. Pa­ni­ko­wa­nie nic nam nie da, prawda? Chcę, że­by­śmy wy­szły stąd żywe, i my­ślę, że je­śli bę­dziemy trzy­mać się ra­zem, może uda nam się ja­koś prze­chy­trzyć tego fa­ceta.

Tara wbiła w nią wzrok i otwo­rzyła usta ze zdu­mie­nia. Cała się trzę­sła, choć w po­miesz­cze­niu było bar­dzo go­rąco, bra­ko­wało po­wie­trza. Ca­rina po­twor­nie cier­piała z po­wodu klau­stro­fo­bii, mu­siała bar­dzo się sta­rać, aby nie wpaść w pa­nikę.

- Ale jak? - za­py­tała Tara.

- Jesz­cze nie wiem. Ale chcę, że­by­śmy się miały na bacz­no­ści. Scho­dzi tu raz dzien­nie, tak mi się wy­daje, bo prze­cież za­brał nam te­le­fony i ze­garki. Ale wy­daje mi się, że ja­koś tak raz dzien­nie. Kiedy przyj­dzie, mamy oczy i uszy otwarte, okej? Na ra­zie tylko tyle mo­żemy zro­bić. A naj­waż­niej­sze: nie pa­ni­ku­jemy.

Roz­dział 13

W nie­dzielny po­ra­nek moją twarz ob­lało słońce wpa­da­jące przez za­słony. Prze­wró­ci­łam się na drugi bok i ob­ję­łam Matta ra­mie­niem. Osta­tecz­nie po­je­chał na po­ste­ru­nek i pra­co­wał do późna. Wró­cił, kiedy już mia­łam się po­ło­żyć. Jesz­cze przez go­dzinę roz­ma­wia­li­śmy w sa­lo­nie - opo­wie­dzia­łam mu o spo­tka­niu z sio­strą - a po­tem za­czę­li­śmy się ca­ło­wać i po dwóch kie­lisz­kach wina rzu­ci­li­śmy się na sie­bie. Wy­lą­do­wa­li­śmy na gó­rze w moim łóżku, gdzie w końcu za­snę­li­śmy.

Po­woli do­tarło do mnie, co się wy­da­rzyło i że Matt na­dal u mnie jest. Otwo­rzy­łam oczy.

- Kurde - mruk­nę­łam.

Obu­dził się z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach.

- Cie­bie też miło wi­dzieć w ten piękny po­ra­nek.

Po­chy­lił się, by mnie po­ca­ło­wać, ale się od­su­nę­łam.

- Na­dal tu je­steś - po­wie­dzia­łam.

Usiadł i prze­cze­sał włosy pal­cami. Mu­sia­łam przy­znać, że ran­kiem wy­gląda nie mniej sek­sow­nie. Wbi­łam wzrok w jego brzuch. Chad ni­gdy nie miał ta­kich mię­śni. Nie był gruby, ale nie był też na­pa­ko­wany ani na­wet tak wy­spor­to­wany. Na­gle sta­łam się bar­dziej świa­doma wła­snych gru­bych ud i oponki na brzu­chu na­dal no­szą­cej bar­dzo wi­do­czne ślady trzech ciąż.

- Nie spo­sób się z tym nie zgo­dzić - przy­tak­nął Matt z uśmie­chem.

- Nie, nie, nie ro­zu­miesz. Dzieci. Nie mogą wie­dzieć, że tu je­steś... że zo­sta­łeś na noc.

Matt wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc i po­dra­pał się po gło­wie.

- Wy­bacz, ale za­snę­li­śmy po...

- Nie tak gło­śno, jesz­cze usły­szą. Nie mogą się do­wie­dzieć.

Spoj­rzał na mnie.

- Na­prawdę my­ślisz, że nie wie­dzą? Spo­ty­kamy się od sze­ściu mie­sięcy, Evo Rae. Wiecz­nie się tu kręcę. Tyle że do­tąd nie zo­sta­łem na noc.

Spoj­rza­łam na niego, po czym za­kry­łam się koł­drą. Ob­jął mnie ra­mie­niem i przy­cią­gnął do sie­bie, żeby mnie mocno po­ca­ło­wać.

- Lu­bię bu­dzić się obok cie­bie - szep­nął. - Chcę czę­ściej to ro­bić.

- A Eli­jah?

- Co z nim? Noc spę­dził u mo­jej mamy.

- Je­steś go­tów mu o nas po­wie­dzieć?

Zmarsz­czył czoło.

- To zna­czy? Prze­cież wie, że się spo­ty­kamy. Lubi cię. Chyba na­wet lubi cie­bie bar­dziej niż mnie, je­śli mam być szczery. Ale w su­mie wszyst­kich lubi bar­dziej ode mnie ostat­nimi czasy.

- Ale czy chcesz, żeby wie­dział, że tu no­cu­jesz? - do­py­ty­wa­łam. - Nie je­stem pewna, czy je­stem go­towa na to, by po­wie­dzieć dzie­ciom, że... że my dwoje...

Ro­ze­śmiał się.

- Upra­wiamy seks. Po­wiedz to, Evo Rae. Nic się nie sta­nie.

- Cii. Mama też jest w domu. Jesz­cze nas usły­szy.

- Czyli twoja mama też nie może wie­dzieć? Jak długo za­mie­rzasz trzy­mać to w ta­jem­nicy?

Prze­łknę­łam ślinę.

- Nie za­sta­na­wia­łam się. Moja ro­dzina jest... hm, sta­ro­świecka.

- Czyli nie upra­wia seksu? Twoja mama mu­siała to kie­dyś ro­bić, skoro uro­dziła cie­bie i twoją sio­strę.

- Cii!

Wy­buch­nął śmie­chem.

- Nie mo­żesz na­wet po­wie­dzieć tego na głos? Seks. No da­lej, po­wiedz to. Seks, seks...

Po­chy­li­łam się i po­ło­ży­łam dłoń na jego ustach, aby go uci­szyć.

- Przy­się­gam - po­wie­dzia­łam ze śmie­chem - je­śli nie prze­sta­niesz, za­kleję ci usta ta­śmą.

Jego oczy śmiały się do mnie. Uwol­nił się, chwy­cił mnie za nad­garstki i po­pchnął na po­duszkę. Spoj­rzał mi w oczy, a ja po­czu­łam, że się czer­wie­nię. Wbi­łam wzrok w jego wargi, pra­gnę­łam ich, moje ciało obez­wład­niło in­ten­sywne po­żą­da­nie. Unie­ru­cho­mił mnie, po­chy­lił się nade mną i mocno mnie po­ca­ło­wał. Cała się roz­pły­nę­łam i znów mu się pod­da­łam.

Roz­dział 14

Po­wie­dzie­li­śmy dzie­ciom - i mo­jej ma­mie - że Matt wpadł za­pro­sić mnie na wspólne bie­ga­nie i to dla­tego był w na­szym domu w nie­dzielę z sa­mego rana. W sa­mo­cho­dzie wo­ził torbę z ciu­chami spor­to­wymi, żeby po pracy je­chać na si­łow­nię. Przy­niósł ją i oboje się prze­bra­li­śmy. Ja głów­nie dla­tego, by to małe kłam­stewko wy­pa­dło wia­ry­god­nie, choć już wi­dzia­łam, że mama nas przej­rzała. Była jed­nak na tyle do­brze wy­cho­wana, by nic nie po­wie­dzieć, spoj­rzała tylko na mnie tak, że zro­biło mi się wstyd. Nie by­łam też pewna, czy Oli­via to ku­piła, ale Alex już tak i może Chri­stine.

Nie ob­cho­dzi mnie to, my­śla­łam, kiedy się prze­bie­ra­łam do bie­ga­nia. To ja po­trze­bo­wa­łam tego kłam­stwa. Na­wet nie tyle dla nich, ile dla sie­bie. Nie by­łam pewna, czy je­stem go­towa na na­stępny krok, czy je­stem go­towa, by gło­śno to przy­znać, choć w su­mie nie wie­dzia­łam dla­czego. Chad upra­wiał prze­cież seks z Kim­mie, ro­bił to na­wet przed na­szą se­pa­ra­cją. Ja tym­cza­sem na­dal pró­bo­wa­łam dojść z tym wszyst­kim do ładu, a ukry­wa­nie tego, że po­łą­czyło mnie z Mat­tem... coś bar­dziej in­tym­nego... było z ja­kie­goś po­wodu ła­twiej­sze. Spra­wiało też, że ten zwią­zek wy­da­wał się mniej po­ważny, a tego chyba wła­śnie po­trze­bo­wa­łam.

- Go­towa? - za­py­tał Matt. Ro­bił pa­ja­cyki w kuchni. Wy­glą­dał jak ktoś, kto prze­bie­gnie ma­ra­ton bez cie­nia za­dy­szki.

Uśmiech­nę­łam się słabo, przy­po­mniaw­szy so­bie, że ostatni raz bie­ga­łam tuż po prze­pro­wadzce tu­taj. Po­tem przez ty­dzień wszystko mnie bo­lało, ko­lana mia­łam sztywne. Kie­dyś uwiel­bia­łam bie­gać, ale przez do­dat­kowe ki­lo­gramy stało się to o wiele trud­niej­sze, niż kiedy by­łam młod­sza. Kiedy za­czy­na­łam pracę w Wy­dziale Ana­lizy Be­ha­wio­ral­nej FBI, by­łam naj­szyb­sza w ze­spole. To było jed­nak po pierw­szej ciąży, a przed dwiema ko­lej­nymi, za­nim ży­cie na­brało ta­kiego tempa, że nie mia­łam czasu za­dbać o formę. Za­wsze wy­da­wało mi się, że ła­two mi bę­dzie do niej wró­cić, skoro z taką ła­two­ścią trzy­ma­łam ją, kiedy by­łam młod­sza.

- Chyba tak. - Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

Zer­k­nę­łam na mamę, która ro­biła bez­glu­te­nowe na­le­śniki dla Alexa. Pra­wie się do mnie nie od­zy­wała od po­wrotu z wi­zyty u Syd­ney - czy też Kelly - i uni­kała mo­jego wzroku. Za­sta­na­wia­łam się, co so­bie my­śli.

Z dru­giej strony za­sta­na­wia­łam się nad tym przez całe swoje ży­cie.

Wy­szli­śmy z Mat­tem z domu i ru­szy­li­śmy ulicą. Mi­nę­li­śmy za­le­d­wie cztery domy, kiedy za­czę­łam ciężko sa­pać. Po­wie­trze było ta­kie wil­gotne, że utrud­niało od­dy­cha­nie. Za­po­mnia­łam, jak kiep­sko biega się na Flo­ry­dzie, zwłasz­cza kiedy czło­wiek nie jest do tego przy­zwy­cza­jony.

Matt, który biegł kilka kro­ków przede mną, zwol­nił, że­bym mo­gła go do­go­nić, a po­tem skrę­ci­li­śmy w Mi­nu­te­men Cau­se­way. Nie mia­łam szans za nim na­dą­żyć.

- Po­sta­raj się, Evo Rae. Prze­cież chcia­łaś, żeby to wy­glą­dało wia­ry­god­nie, prawda? - za­wo­łał z uśmie­chem, od­wró­ciw­szy się, żeby biec ty­łem i mnie wi­dzieć. Wy­raz jego twa­rzy przy­po­mniał mi czasy, kiedy by­li­śmy młodsi i ści­ga­li­śmy się na szkol­nej bieżni. Wtedy by­łam szyb­sza. Co naj­mniej do cza­sów li­ceum. Po­tem to on stał się sil­niej­szy i za­czął o włos wy­gry­wać.

- Mu­sisz się tro­chę spo­cić, je­śli chcesz wy­glą­dać tak, jak­byś na­prawdę bie­gała.

Po­ka­za­łam mu ję­zyk, po czym wzię­łam się w garść i przy­spie­szy­łam. Prze­mknę­łam obok niego, a on za­gwiz­dał z wra­że­nia.

- Wi­dzę, że jesz­cze coś w so­bie masz.

- Złap mnie, je­śli po­tra­fisz - od­par­łam i na­bra­łam tempa, aż za­bo­lały mnie ko­lana.

Ro­ze­śmiał się, po czym też przy­spie­szył, za­czę­li­śmy się ści­gać po chod­niku, mi­nę­li­śmy li­ceum i bie­gli­śmy da­lej w kie­runku pola gol­fo­wego na końcu drogi. Udało mi się utrzy­mać pro­wa­dze­nie nie­mal do końca, wy­prze­dził mnie do­piero na gra­nicy traw­nika. Mu­sia­łam się za­trzy­mać. Sa­piąc ciężko, rzu­ci­łam się na trawę, z tru­dem chwy­ta­łam od­dech, krę­ciło mi się w gło­wie, serce wa­liło mi w piersi.

Matt pod­szedł do mnie, też tro­chę sa­pał, i usiadł.

- Nie­źle, Evo Rae. Jak na dziew­czynę.

Ro­ze­śmia­łam się, bo przy­po­mnia­łam so­bie, że za­wsze tak mó­wił, kiedy by­li­śmy młodsi, a ja tego nie cier­pia­łam. Kiedy do­ra­sta­łam, wku­rza­łam się po tych tek­stach, a on to wie­dział i w ten spo­sób mnie pro­wo­ko­wał.

- Wy­daj na świat trójkę dzieci i po­tem po­ga­damy, do­bra?

Ryk­nął śmie­chem.

- Bingo.

Po­ło­żył się na tra­wie obok mnie, przez kilka mi­nut wpa­try­wa­li­śmy się w czy­ste błę­kitne niebo, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. Matt szybko do­szedł do sie­bie, ale ja mia­łam dość. Wszystko mnie bo­lało, po­liczki mia­łam tak czer­wone, że mu­siały wy­glą­dać, jakby pło­nęły ży­wym ogniem.

- Re­wanż? - za­py­tał po kilku mi­nu­tach.

- Nie ma ta­kiej opcji - od­par­łam. - Chcę wody, po­tem kawę i coś do je­dze­nia.

Znów się ro­ze­śmiał, po czym wstał. Wy­cią­gnął do mnie rękę, kiedy za­uwa­ży­łam grupę dzie­cia­ków ba­wią­cych się za krza­kiem nie­da­leko nas. Czworo dzieci, nie­wiele star­szych od Alexa, ba­wiło się czymś, co spra­wiło, że na mo­ment sta­nęło mi serce, kiedy do­strze­głam, co to jest.

- O Boże.

Matt uniósł brwi.

- Co się stało?

Nie było czasu na wy­ja­śnie­nia. Po­bie­głam w kie­runku dzieci. Jedno z nich scho­wało trzy­maną rzecz za ple­cami, kiedy tylko mnie zo­ba­czyło. Jego wargi za­częły drżeć, kiedy prze­mó­wi­łam.

- Ej, ty. Tak, ty, mały. Co masz w ręce? Tak, mó­wię o tym, co pró­bu­jesz ukryć za ple­cami. Pro­szę mi to po­ka­zać.

Chło­piec uniósł na mnie wiel­kie brą­zowe oczy. Inne dzie­ciaki spoj­rzały naj­pierw na niego, a po­tem na mnie.

Wy­cią­gnę­łam rękę.

- Pro­szę mi to od­dać. Nie po­win­ni­ście się tym ba­wić. To nie­bez­pieczne.

Chło­piec prze­łknął ślinę, ale w końcu wy­cią­gnął do mnie rękę i na mo­jej otwar­tej dłoni po­ło­żył strzy­kawkę. Matt sta­nął za mną i spoj­rzał na moją rękę.

- A to co?

- Ba­wi­li­śmy się w le­ka­rza - oświad­czyła sto­jąca obok dziew­czynka.

- To nie jest za­bawka, dzie­ciaki. To może być bar­dzo nie­bez­pieczne. Gdzie to zna­leź­li­ście? - za­py­ta­łam.

Chło­piec spoj­rzał na mnie, po czym wy­cią­gnął pa­lec.

- Na polu gol­fo­wym?

- Szu­kamy tam pi­łek - od­parł. - W tam­tych krza­kach na końcu pola.

- Pew­nie ja­kiś ćpun ją tam zo­sta­wił - mruk­nął Matt.

Przy­gry­złam wargę i spoj­rza­łam na strzy­kawkę. Była pra­wie pu­sta, na czubku igły za­schła kro­pla krwi.

- Kiedy ją zna­leź­li­ście? - za­py­ta­łam.

- Dwa ty­go­dnie temu - od­parł ma­lec, po czym po­ka­zał mi małe drew­niane pu­dełko. - Trzy­ma­łem ją w tym pu­dełku. Cho­wam w nim wszyst­kie moje skarby.

- Zna­lazł też te­le­fon - wtrą­ciła dziew­czynka.

Chło­piec zer­k­nął na nią po­iry­to­wany.

- Po­każ im, Eva­nie. On jest z po­li­cji. - Dziew­czynka ski­nęła głową na Matta.

Evan wcią­gnął po­wie­trze przez zęby, po czym otwo­rzył swoją skrzy­nię skar­bów i wy­jął z niej te­le­fon. Ręce mu drżały, kiedy prze­ka­zy­wał go Mat­towi, który wziął apa­rat i obej­rzał go do­kład­nie w słońcu. Kiedy jego wzrok padł na plecki, oczy mu po­ciem­niały. Spoj­rzał na mnie, po czym po­chy­lił się do mo­jego ucha i szep­nął:

- Moim zda­niem na­le­żał do Ca­riny Mar­tin. Jej mama opi­sała bar­dzo po­do­bne plecki z ta­kimi kwia­tami.

Spoj­rza­łam na niego, a po­tem na strzy­kawkę.

- My­ślę, że po­win­ni­śmy jak naj­szyb­ciej za­wieźć obie te rze­czy na po­ste­ru­nek i prze­słać je do ana­lizy. Pew­nie bę­dzie po­trzebny więk­szy ze­spół, aby prze­cze­sać za­ro­śla, chło­piec po­każe wam, gdzie do­kład­nie to wszystko zna­lazł. Mam wra­że­nie, że to ko­lejne okru­chy w two­jej spra­wie.

Roz­dział 15

Matt zo­stał, aby wy­ko­nać swoją pracę, a ja po­bie­głam do domu, kiedy tylko prze­ka­za­łam strzy­kawkę tech­ni­kom, któ­rzy zja­wili się na miej­scu zda­rze­nia.

Dzie­ciaki już zja­dły śnia­da­nie i wró­ciły do swo­ich po­ko­jów, na dole zo­stał tylko Alex, ba­wił się wo­zem stra­żac­kim w sa­lo­nie. Na­wet nie za­uwa­żył, że we­szłam, tak bar­dzo po­chło­nęła go za­bawa.

- Gdzieś ty była? - za­py­tała mama, kiedy wkro­czy­łam do kuchni. - Mi­nęło pół­to­rej go­dziny. I nie wma­wiaj mi, że przez cały ten czas bie­ga­łaś.

Zer­k­nę­łam na Alexa, by się upew­nić, że nie usły­szy, po czym zbli­ży­łam się do mamy.

- Na­tknę­li­śmy się z Mat­tem na coś, co chyba jest do­wo­dem w jego spra­wie.

Mama sze­roko otwo­rzyła oczy ze zdu­mie­nia.

- Spra­wie znik­nię­cia tych li­ce­ali­stek?

Po­ki­wa­łam głową i się­gnę­łam po bez­glu­te­nowy na­le­śnik po­zo­sta­wiony na bla­cie. Sma­ko­wał okrop­nie, ale i tak go zja­dłam, po­law­szy go mnó­stwem sy­ropu. W oczach mo­jej mamy od­ma­lo­wało się zmę­cze­nie.

- Straszna hi­sto­ria. Biedni ro­dzice.

- Spo­koj­nie, wciąż nie wia­domo, czy zo­stały po­rwane, czy może jed­nak ucie­kły - od­par­łam, po­le­wa­jąc ko­lejny na­le­śnik war­stwą sy­ropu. - Zna­leźli na In­sta­gra­mie Avy wia­do­mość od fo­to­grafa, który chciał na­mó­wić ją na po­zo­wa­nie, ale ro­dzice się nie zgo­dzili, by się z nim spo­tkała. Wia­do­mość była sprzed paru mie­sięcy. Po­li­cja ma teo­rię, że mo­gły we trzy do­kądś wy­je­chać. Matt wy­ja­wił mi to wczo­raj wie­czo­rem, ale nie wolno ci ni­komu po­wie­dzieć, bo to tylko teo­ria.

- Evo Rae.

Spoj­rza­łam na mamę.

- Co?

Ski­nęła głową na mój ta­lerz. Może nieco prze­sa­dzi­łam z tym sy­ro­pem.

- Na­prawdę za­mie­rzasz to zjeść?

- Oczy­wi­ście, że za­mie­rzam to zjeść. - Uda­łam, że nie wiem, o co jej cho­dzi.

- To sam cu­kier, Evo Rae. To nie jest... zdrowe. Od­ży­wiasz się ostat­nio jak dziecko.

Wes­tchnę­łam i prze­kro­iłam na­le­śnik.

- Przy­naj­mniej po­szłam rano po­bie­gać. Tro­chę tych ka­lo­rii już spa­li­łam.

Spoj­rzała na mnie zna­cząco, a ja od­po­wie­dzia­łam spoj­rze­niem su­ge­ru­ją­cym, by się od­cze­piła. Mia­łam już dość wła­snych wy­rzu­tów su­mie­nia w kwe­stii swo­jej wagi, nie po­trze­bo­wa­łam do tego jesz­cze jej zna­czą­cych spoj­rzeń ani uwag.

- Rób, jak uwa­żasz - oświad­czyła, po czym wy­szła. Od­gry­złam kęs na­le­śnika i od­su­nę­łam go od sie­bie, bo wcale nie sma­ko­wał do­brze w ta­kiej ilo­ści sy­ropu. Resztę wy­rzu­ci­łam, już mia­łam iść na górę wziąć prysz­nic, kiedy na­gle coś mnie po­wstrzy­mało. Pra­wie sta­nę­łam na pierw­szym stop­niu, ale obej­rza­łam się jesz­cze na wi­do­czne w szpa­rze po­mię­dzy za­cią­gnię­tymi za­sło­nami okno z wi­do­kiem na po­dwórko i wtedy to zo­ba­czy­łam.

Nie żar­tuję, moje serce do­słow­nie się za­trzy­mało.