Rozłąka - Dinah Jefferies

Reflow text when sidebars are open.
1931, Weston-super-Mare, Anglia
Mężczyzna przetarł łapy lwa gąbką zanurzoną uprzednio w kuble z wodą, po czym z przytroczonego do pasa skórzanego futerału wyciągnął nóż. Spojrzał na zamarły w oczekiwaniu tłum, a następnie pochylił głowę i zaczął starannie ostrzyć pazury zwierzęcia.
Jakaś dziewczynka zrobiła krok do przodu i wyciągnęła rękę, chcąc koniuszkiem palca dotknąć lwiej grzywy.
- Nie! - krzyknął człowiek, odpychając ją. - Nie teraz.
Zwiesiła na moment głowę, ale zaraz spojrzała przez ramię i zawstydzona uśmiechnęła się do stojącej z tyłu i przyglądającej się jej kobiety. Wróciła na miejsce i nadal nie spuszczała oczu ze zwierzęcia.
Wskutek nagłego podmuchu wiatru w powietrzu zaczęły wirować ziarenka piasku. Mężczyzna błyskawicznie zdmuchnął je z wilgotnego grzbietu dzikiej bestii.
Kobieta zadrżała. Miała krótko obcięte i starannie zaondulowane rudozłote włosy. Nosiła jasnoniebieską sukienkę przyzwoitej długości, obszytą u dołu szlaczkiem przedstawiającym o ton ciemniejsze od całości chabry. Od nagłego chłodu chronił ją jedynie cienki rozpinany sweterek z białej bawełny.
Zadowolony z ukończonego dzieła rzeźbiarz ukłonił się i zaczął przedzierać przez tłum, nadstawiając odwrócony denkiem do dołu kapelusz. Kobieta przysłuchiwała się brzękowi wpadających do niego monet i sięgnęła do swojej torebki.
Z tyłu, na wybrukowanej kocimi łbami promenadzie zabębniły końskie kopyta, ale to nie ich dźwięk przykuwał uwagę kobiety. Wpatrywała się w dziewczynkę, która teraz klęczała na srebrzącym się w promieniach bladego słońca piasku i nabierała go garściami.
Gdy tłum zaczął się rozchodzić, szmer rozmów zmieszany z krzykami mew i szumem oceanicznych fal ustąpił odgłosom młotka uderzającego o metal. Kobieta obejrzała się na coś, co niegdyś było okazałym, eleganckim molem, a z czego po pożarze został tylko powyginany metalowy szkielet. Poczuła zapach marynowanych małż sercówek.
- Nie chce ci się jeść? - zapytała małą.
Dziewczynka pokręciła głową. Lekki rumieniec na jej policzkach wskazywał jednak, że nie do końca jest przekonana o słuszności takiej odpowiedzi.
- A co powiesz na kandyzowaną lukrecję?
Kobieta uklękła tuż za dzieckiem. Na tyle blisko, żeby poczuć słodki zapach włosów dziewczynki. Powoli i głęboko wciągała go w nozdrza i wydychała lekko drżącymi ustami. Wstała, strzepnęła piasek z kwiecistego rąbka sukni i wzięła małą za rękę.
- Chodź, pobiegamy, dobrze?
Wymieniły porozumiewawcze spojrzenia i już po chwili ścigały się po plaży, rozkopując piach i muszelki, potykając się i ślizgając, aż w końcu dobiegły do czekającej na nie zakonnicy.
Mniszka w głębi serca była czułą osobą. Z troską w oczach delikatnie dotknęła ramienia kobiety. Ot, taki przelotny dotyk, który ma zapewnić, że wymiana odbędzie się bez przeszkód, łez i zbędnych emocji. Dziecko odchyliło główkę i przeniosło baczne spojrzenie orzechowych oczu z jednej kobiety na drugą, po czym utkwiło wzrok w szeregu czerwonych i niebieskich flag okalających piaszczysty brzeg zatoki.
Dla kobiety ten dzień rozpoczął się ekscytacją i euforią. A teraz właśnie się kończył. Nie mogła oderwać oczu od szczupłej, wręcz kanciastej i patykowatej sylwetki dziecka. Pogłaskała je po kasztanowych włosach, chcąc zachować ten moment w pamięci.
Miała świadomość, że dziewczynka może go jednak odczuwać inaczej. Sięgając po latach pamięcią wstecz, nie będzie pewna, czy ten dzień, lew z piasku i ta kobieta nie stanowiły jedynie wytworu jej wyobraźni. Będzie się starała przypomnieć sobie szczegóły, ale być może zostanie tylko mglisty ich odbłysk - jakaś sukienka, uśmiech. I nic więcej. A kobieta będzie nadal skazana na dławiący żal.
- Chodź - powiedziała zakonnica, biorąc małą za rękę. - Musimy zdążyć na najbliższy tramwaj, bo inaczej ucieknie nam pociąg.
Kobieta w niebieskiej sukience cofnęła się o krok, po czym obejrzała się na wyrzeźbionego w złotym piasku lwa, który - zdawała sobie z tego sprawę - padnie ofiarą najbliższego przypływu.
1955, Malaje
Zza domu na palach nie było mnie widać. Ja natomiast mogłam je śledzić. Naszą amah - pomoc domową i Fleur, moją młodszą siostrę. Słyszałam stukot sandałów na patio - klip-klap, klip-klap - i szloch biegnącej Fleur. A potem odgłos, jaki wydawał ciągnięty za uszy po wysypanej kamykami ścieżce jej stary królik z różowego pluszu.
Amah trajkotała z chińskim akcentem:
- Wracać tu natychmiast, panienko. Zepsujesz ten królik. Jak go tak będziesz ciągać.
- Mam to gdzieś! Nie chcę wyjeżdżać! - odkrzyknęła jej Fleur. - Mnie się tu podoba.
- Mnie też - szepnęłam, czując mieszaninę zapachu jaszczurczych zwłok i padłych owadów. Woń ta wcale mi nie przeszkadzała.
Za moją ziemną kryjówką, gdzie kończył się ogród, rozciągał się łan wysokich traw; nikt nie lubił się tutaj zapuszczać. Ale mnie to miejsce nie przerażało.
Przerażała mnie natomiast myśl o wyjeździe.
Trochę później, gdy niebo zaczęło przybierać barwę lawendy, tata znów mi o nim przypomniał. Stał na balkonie na piętrze z butelką piwa Tiger w dłoni i patrzył gdzieś hen ponad trawami i pagórkami. W kierunku Anglii.
- Tam w styczniu jest zawsze zimno - mówił do siebie, pocierając szczękę. - Wietrzysko takie, że bolą kości. Nie jak tu. Zupełnie inaczej.
- Tato?
Patrzyłam na jego kościstą twarz, wydatne jabłko Adama i usta przypominające prostą kreskę. Przełknął ślinę, jabłko uniosło się i opadło, a on znów spojrzał na mnie i na Fleur, jakby przypomniał sobie o naszym istnieniu. Na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu i uścisnął nas obie.
- No już, przestańcie. Nie róbcie takich żałosnych minek. W Anglii to dopiero będzie życie. Ty, Em, lubisz się huśtać na gałęziach, tak czy nie?
- No tak, ale... - przytaknęłam, kiwając głową.
- A ty, Fleur? - przerwał mi. - Tam jest mnóstwo strumieni, gdzie można wiosłować.
Fleur ciągle wyginała usta w podkówkę. Popatrzyłyśmy na siebie i ja również się skrzywiłam. Czy ta cała Anglia to jakaś cholerna dżungla?
- Daj spokój, Emmo - powiedział tata. - Jesteś już dużą dziewczynką. Masz prawie dwanaście lat. Daj siostrze dobry przykład.
- Ale, tato... - zaczęłam.
On jednak podszedł do drzwi.
- Emmo, to już postanowione. Wybierz książki, które chcesz ze sobą zabrać. Przynajmniej czymś się zajmiesz. A ty, Fleur, chodź ze mną.
- Ale, tato...
Gdy zobaczył, że płaczę, zatrzymał się.
- Nie ma się czego bać. Spodoba ci się tam. Obiecuję.
Zrobiło mi się gorąco. Na myśl o matce wstrzymałam oddech.
Otworzył drzwi.
- Ale, tato! - krzyknęłam za nim, gdy zaczął się oddalać wraz z Fleur. - Nie zaczekamy na mamusię?
Lydia odstawiła swoją zakurzoną walizkę. Rowery jej córek leżały porzucone na patio pod jakarandą.
- Emmo, Fleur! - zawołała. - Mamusia wróciła.
Zeszła z patio i spojrzała na żwirową ścieżkę prowadzącą w stronę wysokich traw. Zapadał zmierzch i ogromna ćma, która nadleciała zapewne znad skraju dżungli, plasnęła o jej policzek. Kobieta strzepnęła z niego ciemny pył i weszła do domu, chroniąc się przed nadciągającym deszczem.
- Alec?! - zawołała znowu. - Jestem w domu.
Stanęła jej w oczach postać męża, schludnego mężczyzny o skórze pachnącej mocno mydłem z chińskiego targowiska i krótko obciętych włosach. Nikt jej nie odpowiedział.
Z trudem stłumiła rozczarowanie śmiertelną ciszą, jaka panowała w jej domu. Przecież uprzedziła telegraficznie o swoim powrocie, tak jak sobie życzył. Gdzie się więc podziewa jej rodzina? Na spacerze? Jest za gorąco. A może są na basenie albo Alec zabrał dziewczynki do klubu na popołudniową herbatę?
Wdrapała się po schodach do sypialni, spojrzała na stojące na nocnym stoliku zdjęcie Emmy i Fleur i poczuła nagły przypływ miłości. Stęskniła się za nimi.
Rozebrała się i przeczesała palcami długie do ramion kasztanowe włosy. Włączyła wentylator. Zmęczona podróżą i miesięczną opieką nad chorą przyjaciółką, zapragnęła kąpieli. Otworzyła drzwi szafy i zamarła. Wstrzymała oddech - w szafie nie było ani jednej rzeczy Aleca. Narzuciła na siebie luźne kimono i na bosaka pobiegła do pokoju dziewczynek.
Tam szafa była otwarta na oścież i też prawie pusta. Na górnej półce leżało kilka par byle jak poskładanych spodenek, a poniżej trochę zmiętego papieru. Gdzie są ich ubranka?
A co jeśli..., pomyślała, ale niedokończone zdanie uwięzło jej w gardle. Starała się zapanować nad oddechem. Przecież ci z dżungli właśnie tego chcą. Chcą, żebyśmy się bali. Alec powiedziałby, że trzeba wysoko trzymać głowę i nie dawać się. Ale jak się nie dawać, gdy tamci są w stanie wrzucić odbezpieczony granat w tłum ludzi na targowisku?
Na odgłos krzyku dochodzącego z zewnątrz okręciła się na pięcie i podbiegła do okna. Uff, to tylko nietoperze, latające lisy zwieszające się z drzewa.
Położyła dłoń na sercu. Drugą ręką sięgnęła pod zmięty papier w szafie i wyciągnęła spod niego jeden z notesów Em. Może tu znajdzie jakiś trop. Przysiadła na skrzyni z drewna kamforowego, wciągnęła w nozdrza znajomy kojący zapach, przycisnęła notes do piersi, wzięła głęboki wdech i zaczęła czytać:
Matka rodu to gruba dama z obwisłą szyją. Nazywa się Harriet Parrott. Ma oczy jak rodzynki i tłusty świecący nos, co stara się ukryć pod warstwą pudru. Porusza się posuwistymi ruchami drobnych stóp obutych w chińskie kapcie, ale nosi spódnice do ziemi, więc widać tylko ich brzegi.
Harriet. Poszli do Harriet?
Przerwała lekturę, chwyciła się dłonią za gardło. Zakręciło się jej w głowie i nagle zrobiło gorąco. Poczuła paniczny strach. Za dużo tu niewiadomych. Kartka. Jasne. Przecież powinien był zostawić jakąś informację. Albo przesłać wiadomość za pośrednictwem służących.
Przeskakując po dwa schodki, na bosaka zbiegła na dół. Przeszukała pomieszczenia na parterze: pokoje dzienne, kuchnię, komórkę kuchenną ze zlewem, zadaszony korytarz prowadzący do służbówek i pomieszczeń gospodarczych. Nie znalazła nic oprócz kilku porzuconych gratów, wszędzie było ciemno i pusto, ani śladu służących. Zniknął ulubiony fotel bujany amah, leżanka kucharza, wszystkie narzędzia ogrodnika. Rozejrzała się po salonie - ani śladu jakiejkolwiek kartki z wiadomością.
Wsłuchiwała się w bębnienie deszczu o dach, nerwowo gryzła paznokcie, wytężała umysł, ale powietrze było tak przytłaczająco ciężkie, że nie dawało się myśleć. Wyobraziła sobie siebie samą, jak jedzie zatłoczonym pociągiem do domu, całymi godzinami tkwi przy oknie, zatykając nos. I ten odór wymiocin małego Hindusa. Odgłos odległego wystrzału.
Ich nieobecność spotęgowała te wrażenia w dwójnasób. Z trudem łapała oddech. To nie może być prawda. Była zmęczona, niezdolna do jasnego myślenia. Przecież musi być jakieś racjonalne wytłumaczenie. Musi. Gdyby byli zmuszeni nagle opuścić dom, Alec na pewno znalazłby jakiś sposób, żeby ją o tym zawiadomić. Czyż nie tak?
Zaczęła biegać w kółko, wykrzykując ich imiona. "Emma, Fleur!". Stłumiła szloch, przed oczami stanęła jej Fleur z dołeczkiem w brodzie, niebieskimi oczami i jasnymi, zwieńczonymi kokardą włosami. A potem, gdy sobie przypomniała, że w otchłaniach dżungli ukrywają się rzesze zrozpaczonych i bezwzględnych mężczyzn, lęk wziął górę nad opartą na racjonalnych podstawach nadzieją. Pot spływał jej po skórze, oczy piekły, przykryła usta dłonią.
Drżącą ręką podniosła słuchawkę telefonu, żeby zadzwonić do szefa Aleca. On będzie wiedział, co się stało. On jej powie, co ma robić.
Nagle usiadła z telefonem na kolanach. Oblewający ją pot stawał się coraz bardziej zimny, nad głową brzęczały muchy, wentylator kręcił się z miarowym klik, klik, klik, ćmy trzepotały skrzydłami. Linia telefoniczna była odcięta.
W taksówce, która wiozła nas do portu, zastanawiałam się, dlaczego mama nie wróciła do domu na czas, chociaż tata zapewniał, że tak będzie. Nie mogłam tego zrozumieć. Ostatniego dnia w naszym domu w Malakce cały czas wyglądałam przez okno. Do końca wierzyłam, że ona się pojawi.
Tata był beznadziejny, jeśli chodzi o sprawy domowe, a skoro zabrakło mamy, która sprawnie zorganizowałaby nasze pakowanie, to ja pomagałam w nim naszej gosposi. Fleur miała zaledwie osiem lat i nie na wiele mogła się przydać.
W pierwszej kolejności wzięłam bawełnianą różową sukienkę w kratkę, którą mama uszyła dla mnie na wyjściowe okazje i niepostrzeżenie wsunęłam ją do kufra. Miała marszczoną spódniczkę za kolana i bufiaste rękawki. Tylko tę sukienkę naprawdę kochałam. Płakałam, gdy z niej wyrosłam i zaczęła nosić ją Fleur.
Do pokoju wszedł tato.
- Wizytowe sukienki nie będą ci potrzebne.
- W Anglii nie urządza się przyjęć?
Westchnął.
- Chciałem tylko powiedzieć, żebyś nie zaprzątała sobie głowy malajskimi ubraniami. Musimy się pośpieszyć.
- A co z rzeczami, które tu zostawiamy? Mam je włożyć z powrotem do szafy?
- Nie musisz. Amah się nimi zajmie.
- To na jak długo wyjeżdżamy?
Ojciec odchrząknął, ale nic nie powiedział.
Zaniosłam sukienkę naszej amah Mei-Lien, która położyła ją na wierzchu sterty niepotrzebnych rzeczy.
- A co z naszymi ubrankami koronacyjnymi?
Trzymałam w ręku sukienkę Fleur, białą z czerwonymi i niebieskimi szamerunkami, teraz oczywiście o wiele na nią za małą.
Pokręcił głową, ja jednak postanowiłam przemycić specjalne - z okazji koronacji - wydanie pisma "Dandy", które kiedyś dostałam w nagrodę. Na okładce była złota kareta i szóstka białych rumaków. Zbyt cenne, żeby zostawić.
- Gdzie jest Fleur? - spytała amah.
- Przypuszczam, że gdzieś tam sobie fika na dworze - odparł tata. - We dwie dacie sobie chyba radę?
Przytaknęłam ruchem głowy.
Już miał wyjść, gdy spojrzał na moje łóżko.
- A tam co masz?
- Napisałam do mamy. - Pokazałam mu kopertę.
- Och - powiedział, unosząc brwi. - A o czym?
- Tylko że bardzo za nią tęsknię i mam nadzieję, że zobaczymy się w Anglii.
- Okej. Daj mi to.
- Chciałam zostawić na stoliku w holu.
Wyciągnął rękę.
- Nie ma takiej potrzeby. Ja się tym zajmę.
- Chciałam sama położyć.
- Emmo, powiedziałem, że się tym zajmę.
Nie miałam wyboru.
- Grzeczna dziewczynka - powiedział i odwrócił się, żeby wyjść.
- Tato, zanim wyjdziesz. - Pokazałam mu królika Fleur. - Co z tym? Zapakować czy Fleur ma go mieć przy sobie na statku?
- Na miłość boską - odparł. - Nie mam czasu na takie drobnostki. W naszym życiu zajdą teraz wielkie zmiany, Emmo. Wielkie.
Zmarszczyłam brwi. Nie byłam tego taka pewna. Jak dla mnie te "wielkie zmiany" już zaszły. Zaczęły się - na ile mogłam to ocenić - ponad trzy tygodnie temu.
Wracaliśmy do domu z czyjegoś ślubu. Był ciemny, deszczowy wieczór. Na przyjęciu weselnym mama tańczyła w jaskrawożółtej sukience i szpilkach z krokodylej skóry. Mama, młodsza od taty, jest prawdziwą pięknością. Ma cudownie jasną cerę i orzechowe oczy. Tata nie tańczył. W czasie wojny był ranny, co jednak nie przeszkadzało mu grać w tenisa. Gdy już byliśmy w samochodzie, mama otarła czoło opuszkami palców, a ja od razu wiedziałam, że on się gniewa.
- Wolniej, Alec! - krzyknęła matka. - Rozumiem, że jesteś zły, ale jedziesz za szybko. Jest mokro. Zobacz, ile tu wody, na miłość boską.
Wyjrzałam przez okno. Teren był pagórkowaty, a droga prawie kompletnie zalana.
Siedząc z tyłu, widziałam na jego szyi nabrzmiałe żyły. Zauważyłam też, że gdy mama wyciągnęła rękę, żeby złapać za kierownicę, urwał się jeden z jej kolczyków w kształcie jaszczurki. Usiłowałam jej to powiedzieć, ale nagle zniosło nasz samochód na przeciwny pas szosy. Nie zdejmując nogi z gazu, tata próbował wrócić na właściwy tor, ale ponieważ zbliżał się zakręt, musiał nacisnąć hamulec.
Samochód z hukiem minął krawędź szosy, po czym zaklinował się, tkwiąc do połowy w przydrożnym rowie obok wielkiej kępy bambusów.
- Na rany Chrystusa, Alec! - krzyczała matka łamiącym się głosem. - Straciłeś ten swój cholerny rozum? Zobacz, psiakrew, co narobiłeś.
Wiedziałam, że nasza sytuacja jest naprawdę kłopotliwa, bo mama nigdy nie wyrażała się przy nas tak brzydko. Chociaż czasem udawało mi się usłyszeć, jak klnie, zwłaszcza gdy oboje trochę za dużo wypili. Dzieliłam sobie wtedy te słowa na sylaby, powtarzałam je pod nosem, coraz to głośniej i głośniej, i szukałam do nich rymów.
Teraz słyszałam, jak mama błaga tatę:
- Nie zostawiaj nas tu. Co zrobimy, jeśli oni zablokują drogę? - Była przerażona, ale to nie powstrzymało ojca.
- Masz. Możesz tego użyć w razie potrzeby - powiedział, rzucając pistolet na siedzenie kierowcy. - Emmo. Zaopiekuj się Fleur.
Gdy tylko oddalił się, żeby sprowadzić pomoc, dżungla zaczęła się wydawać coraz bliższa, jakby do nas podpełzała. Liście były wielkości patelni, a spośród gałęzi łypały w naszą stronę jakieś oczy. Mama przestała chlipać i odwróciła się, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że siedzimy tu, z gołymi nogami na rozgrzanej skórzanej tapicerce.
- Emmo, Fleur. Wszystko w porządku?
- Tak, mamo - odpowiedziałyśmy jednocześnie. Fleur głosem trochę bardziej płaczliwym od mojego.
- To dobrze, moje kochane. Tata właśnie poszedł po pomoc. - Rzuciła nam krótkie spojrzenie. Starała się brzmieć tak, jakby się dzielnie trzymała, ale ja podejrzewałam, że jest inaczej. Wiedziałam o czających się w dżungli terrorystach. Przywiązują cię do drzewa i natychmiast ucinają głowę. A potem nabijają ją na patyk. Zacisnęłam powieki. Nie chciałabym zobaczyć szczerzącej się do mnie głowy na kiju.
Mama zaczęła coś nucić.
Zaraz zapadnie ciemność, ale jak będzie widać gwiazdy, zrobi się raźniej. A skoro już mowa o terrorze, to mama nie wie, że nie takie rzeczy widziałam w muzeum figur woskowych. Za salą ze spreparowanymi, pokurczonymi głowami znajdował się dział "Dzieciom wstęp wzbroniony". Nie zwiedzałam go, ale zdążyłam zauważyć woskowe modele białych kobiet i dzieci, rozpostartych i żywcem przygwożdżonych do ziemi. Ich pomalowane na czerwono usta były szeroko otwarte w niemym krzyku. Zbliżał się do nich prowadzony przez Japońca ogromny walec parowy, używany zazwyczaj do wyrównywania asfaltu na drogach, żeby były bardziej płaskie. Tyle że tym razem miał za zadanie spłaszczyć tych ludzi. Gdy wyszłam, zwymiotowałam do kosza na śmieci.
Japońcy są źli. Tak mówili nasi rodzice. Chociaż ci ludzie, którzy teraz są w dżungli i których nazywa się terrorystami, to Chińczycy. Nie mogłam tego pojąć. Nasza amah, Mei-Lien, to też Chinka, a ja ją uwielbiałam. Dlaczego dawniej to Japońcy byli źli, a teraz Chińczycy, nawet jeśli tylko niektórzy? To bez sensu.
Nasz samochód utknął z dala od głównych dróg, właśnie prawie tam, gdzie żyją bandyci. A jeszcze głębiej w dżungli mieszkają duchy, które pożerają dzieci. Powiedział nam o tym nasz ogrodnik, któremu od żucia betelu sczerwieniały dziąsła.
- Jeśli kiedykolwiek znajdziecie się w dżungli, strzeżcie się hantu hantuan - mawiał. Mrużył wtedy oczy w przerażający sposób. Niewiele z tego wynikało, bo nigdy nie powiedział nam, jak te duchy wyglądają.
- Emmo, możesz poruszać rękami i nogami? - spytała mama.
Powykręcałam kończyny na wszystkie strony, żeby pokazać jej, że mogę.
- A ty, Fleur?
Fleur spróbowała. Rękami i lewą nogą ruszała bez problemów, ale gdy starała się to zrobić drugą nogą, krzyknęła z bólu.
- Pewnie jest stłuczona. Zdejmij jej but, Emmo, zanim noga napuchnie.
Zrobiłam to mimo oporu Fleur.
- Ja nie chcę! Gdzie jest tata?
Powiedziałam jej, żeby siedziała cicho i że tata poszedł sprowadzić pomoc. Pociągnęła nosem, wydała kilka jęków i uspokoiła się.
Ciszę wieczoru przerwał odgłos odległego wybuchu.
- Mamo! - rozdarłyśmy się chórem.
- Pssst. To gdzieś daleko.
Niebo brązowiało, a z gór zeszła mleczna mgła. Dobrze przynajmniej, że nie znajdowałyśmy się w samych górach. Bo "Ada bukit, ada paya" - tam, gdzie góry, tam i bagna. A te potrafią wciągnąć człowieka żywcem, w całości.
Tata w końcu przyjechał w opancerzonym transporterze, który udało mu się zawrócić z drogi do Malakki. Musiałyśmy wysiąść, a żołnierze wyciągnęli nasz samochód z rowu. Do łóżek położono nas tak późno, jak jeszcze nigdy w życiu.
Następnego dnia ze szkoły odebrał nas zamiast mamy tata. Z miną świadczącą, że nie jest w nastroju do udzielania odpowiedzi, zignorował nasze pytania, gdzie jest mama. Powiedział tylko, że wyjeżdżamy do Anglii.
W domu pobiegłyśmy na górę, żeby sprawdzić, czy jest tam mama. Ale jej nie było. Powąchałam trawę cytrynową za oknem naszego pokoju i pomyślałam o szerokim uśmiechu mamy i włosach ułożonych w fale. Zaczesywała je sobie do góry, spinała pomarańczowym kwiatem strelicji, zwanej też rajskim ptakiem, ale już w okolicach lunchu cała ta konstrukcja ulegała ruinie i włosy spływały na ramiona. No i przede wszystkim zawsze śpiewała.
- Daj spokój, Em - powiedziała Fleur. - Jej tu nie ma. Chodź, pobawimy się na dworze.
Pokręciłam odmownie głową.
Fleur pobiegła hasać na swoich szczuplutkich nogach. Zawsze robiła dużo zamieszania.
Wyszczotkowałam włosy. Są bardziej kręcone niż włosy mamy. I bardziej rude. Mama nazywa je "dzikimi". Potem sięgnęłam pod poduszkę po notes. Wtedy wyleciała z niego koperta zaadresowana do mnie i do Fleur. Otwierając ją, pomyślałam, że mama znalazła dla niej śmieszne miejsce. Zaczęłam czytać.
Moje kochane,
dziś zadzwoniła do mnie Suzanne. Strasznie mi przykro, ale muszę wyjechać, żeby jej pomóc. Zdiagnozowano u niej okropną chorobę i sama nie da sobie rady. Jej mąż Eric powinien wrócić z Borneo za jakieś dwa tygodnie, więc pewnie wkrótce potem będę w domu. Uważajcie na siebie. Bądźcie grzeczne. Tata i Mei-Lien są poinformowani co do waszej szkoły. Będziecie mogły tam jeździć autobusem. Wiem, że zawsze bardzo tego chciałyście. Jeśli będzie wam potrzebna pomoc w jeszcze jakiejś innej sprawie, niech amah zadzwoni do Cicely albo do Harriet Parrott. Kontakt do nich znajdzie w czerwonej książce.
Kocham was
mamusia
Włożyłam list z powrotem pod poduszkę i poszłam na dwór schować się za domem.
To był nasz ostatni dzień. Od wyjazdu mamy minęło ponad trzy tygodnie. Amah wkładała nam najpotrzebniejsze rzeczy do kufra dosłownie do ostatniej minuty przed udaniem się na statek. Spodenki, bieliznę, jeden czy dwa swetry. Moja różowa kraciasta sukienka wizytowa wylądowała na stosie niepotrzebnych rzeczy, a ja siedziałam na łóżku, myśląc o koledżu Dzieciątka Jezus, mojej szkole. Była otoczona szpalerem palm, pomalowana na biało, miała mnóstwo przybudówek, gdzie w oknach nie było szyb. Jedynie bambusowe okiennice, które zamykano, gdy udawaliśmy się do domów.
Było mi smutno. Już nigdy nie pójdziemy do tej szkoły. Ale mój największy smutek wynikał z faktu, że wyglądało na to, iż wyjedziemy, zanim wróci mama. A jeśli tak się stanie, ona wróci do pustego domu. Dobrze, że chociaż będzie na nią czekał mój list.
Mei-Lien pokazała mi mój szkolny fartuszek.
- Chcesz zachować?
Spojrzałam na niego i pokręciłam głową.
- Nie trzeba.
- Tata każe kończyć pakować. Nie ma już co fantazjować. Rusz się.
Wzięłam fartuszek, złożyłam go starannie i umieściłam na szczycie sterty. Włożyłam do kufra list od mamy, a także - ukradkiem - jej oprawione zdjęcie, na którym mruży orzechowe oczy. Na sam koniec wrzuciłam tam jeszcze różowego królika Fleur. Bo gdyby miała go przy sobie, mógłby się zgubić, czy nawet wypaść za burtę.
Pół godziny później byliśmy już w drodze. Bez mamy. Po kufry podjechała ciężarówka, a tata, Fleur i ja pojechaliśmy taksówką. Gdy minęliśmy Malakkę, patrzyłam przez okno na morze i nawet opuściłam szybę, żeby poczuć zapach dzikich orchidei. Są piękne, ale w mojej głowie roiło się tyle pytań, że musiałam się porządnie uszczypnąć, żeby się nie rozpłakać.
W obszernej kolonialnej rezydencji malajski służący prowadził Lydię przez okazały hol ze szklanym dachem i wielkim kryształowym żyrandolem. Naprzeciwko wejścia wisiała oprawna w ramy fotografia królowej, a stąpało się po czarno-srebrzystej szachownicy z marmurowych płyt. Pod jasnozielonymi ścianami stały ciężkie, solidne meble. Wszystko było takie oficjalne i miało pewnie robić wrażenie, a było przerażające i przytłaczające.
Mąż Harriet Parrott, George, był naczelnikiem okręgu. Było to drugie co do ważności - po wysokim komisarzu - stanowisko w administracji brytyjskiej na Malajach. Do jego zadań należało wspieranie brytyjskich sił zbrojnych. Kto ma wiedzieć, co się stało, jeśli nie on? - pomyślała Lydia.
Hol prowadził do wyjścia na taras, gdzie poproszono ją, aby poczekała w cieniu starego drzewa angsana. Szczęśliwa, że może się ukryć przed porannym słońcem, rozejrzała się wokół, usiłując wyrównać oddech. Nad kwitnącymi na złoto dwoma krzewami wonnego hibiskusa przeleciał nektarnik, ptaszek z purpurowym brzuszkiem. Na końcu rozległej łąki palmy kokosowe wznosiły w niebo swoje wysokie pnie.
Nie wyglądało to wszystko dobrze. O tej porze normalnie odwoziła dzieci do szkoły. Zamknęła oczy i ujrzała siebie za kierownicą. W głowie miała jednak zamęt. Coś ją zatrzymywało, jak w złym śnie. Jakiś głos powtarzający coś w kółko. Gdzie są jej córki? Gdzie one są? Oczyma wyobraźni widziała główny budynek szkoły i machające tornistrami dziewczynki, biegnące po żwirze do wejścia.
Z kuchni dochodził aromat papryczek chili. Poczuła, jak zaciska się jej gardło. Czy to dziś piątek? Udało się jej przełknąć ślinę. Jakikolwiek byłby to dzień, nie pojedzie do szkoły. A potem zrobi się jeszcze goręcej i przemieszczanie się dokądkolwiek bez samochodu będzie w ogóle niemożliwe. Spojrzała na błękitne niebo. Samochód. Nie sprawdziła, czy jest w garażu. A może szofer Aleca zabrał ich dokądś autem służbowym?
Na dźwięk kroków odwróciła się i ujrzała nadchodzącą wysoką, mocno zbudowaną kobietę - opanowaną i pewną siebie Harriet. Pomarańczowa szminka, okrągła twarz pokryta mocno przypudrowanymi zmarszczkami, szpakowate włosy upięte na czubku głowy w luźny kok. Znana z zamiłowania do jedwabiu i cytrusowych kolorów kobieta miała na sobie dziś coś zielonożółtego. I choć sposób, w jaki ją opisała Em, trudno było nazwać pochlebnym, Lydia natychmiast zrozumiała, dlaczego jej córka określiła Harriet mianem matki rodu.
- Lydio, moja droga - odezwała się pani Parrott, wyciągając swoją mięsistą dłoń; jej paznokcie pociągnięte były lakierem w odcieniu chińskiej pomarańczy. W bystrych czarnych oczach czaiło się coś w rodzaju półuśmiechu.
Zdając sobie sprawę, że składa bardzo wczesną wizytę, Lydia zaczerwieniła się i nerwowo przełknęła ślinę.
- Przepraszam, ale mój telefon nie działa - powiedziała.
Pani Parrott skłoniła głowę i usadowiła się w szerokim rattanowym fotelu. Lydia przycupnęła na brzeżku swojego fotela i wzięła głęboki wdech.
- Aleca i dzieci nie ma w domu. Wszystko zniknęło - mówiła coraz wyższym głosem. Ręce musiała trzymać złożone razem, bo inaczej by jej się trzęsły. - Przyjechałam tu taksówką. Przepraszam, że tak wcześnie. Nie wiem, co robić. Myślisz, że George jako szef Aleca, mógłby coś...?
Harriet uniosła w górę pociągnięte ołówkiem brwi.
- Moja droga. Nie masz żadnego pomysłu? A byłaś już na policji?
Powstrzymując łzy, Lydia pokręciła głową.
- Powinnam była pójść tam już wczoraj wieczorem, ale nie chciałam opuszczać domu. Łudziłam się, głupia, że oni zaraz wrócą.
- Ale może nie będzie takiej potrzeby. George na pewno coś wie. Znają się przecież z Alekiem jak łyse konie. - Wzięła do ręki dzwonek. - Dobrze trafiłaś. Dziś pracuje w domu.
Już po kilku chwilach jej wąski w biodrach posługacz Noor otrzymał polecenie, by sprowadzić pana. I to natychmiast.
Lydia wyglądała przez okno i modliła się w duchu, żeby Harriet miała rację. Usłyszała głęboki bas George'a, odbijający się echem od ścian korytarza wiodącego z jego gabinetu. Już z daleka dawało się wyczuć rozdrażnienie w jego głosie.
- Co jest, Harriet? Jestem zajęty - zaczął, gdy jego zwalista sylwetka wypełniła drzwi.
Harriet bezzwłocznie wskazała siedzącą z boku Lydię.
- Lydia chce się dowiedzieć, gdzie jest Alec i dzieci.
Ubrany w strój z lnianego płótna George ściągnął brwi i odwrócił się twarzą do Lydii. Odkaszlnął, przesunął ręką po szpakowatych włosach i podrapał się po podbródku.
- Przepraszam, nie zauważyłem cię.
Lydia wpatrywała się w kropelki potu lśniące nad jego górną wargą.
Nastąpiła chwila milczenia.
- Myślałem, że zostawił wiadomość - powiedział, nadymając czerwone policzki. - Został oddelegowany na północ, do Ipoh. W trybie pilnym. Facet, który prowadził tam finanse, niespodziewanie kopnął w kalendarz. Serce czy coś takiego.
Odetchnęła i poczuła, jak pokój wokół niej wiruje. Przycisnęła dłoń do piersi.
- O mój Boże. Dziękuję. To wszystko wyjaśnia. Jestem ci bardzo wdzięczna, George. Wiedziałam, że musi istnieć jakieś wytłumaczenie. Pewnie wiadomość od niego gdzieś się zapodziała.
- To się stało już kilka dni temu. Może wysłał jakieś instrukcje do banku, na wypadek gdyby dom przydzielono komuś innemu przed twoim powrotem.
Harriet przytaknęła ruchem głowy.
- To brzmi logicznie.
- Do Ipoh jest kiepski dojazd - dodał George.
- Jak długo się jedzie?
- Samochodem jakieś dwa dni, zależy, na ile teren jest zaminowany i w ogóle. Autobusem oczywiście dłużej. Najlepiej chyba pociągiem. W Ipoh jest przepiękny dworzec w stylu mauretańskim.
- Zadzwonię do Aleca. Poproszę, żeby po mnie wyjechał.
- Niestety w tamtym rejonie nie działają telefony ani poczta. Wszystkie linie są odcięte. Straszny chaos. Może nie aż taki jak w stanie Penang, ale zawsze.
Oddalił się pośpiesznie. Przechodząc obok Harriet, wymruczał do niej pod nosem kilka słów.
- Możesz mi dać adres?! - zawołała za nim Lydia.
Obejrzał się na nią przez ramię.
- Tamtejszy dom gościnny. Duży, ma z pięćdziesiąt pokoi. To na razie, dopóki nie przydzieli im się własnego domu, ale powinnaś jeszcze ich tam zastać. Uważaj na siebie, jeśli chcesz jechać sama. Mamy w końcu stan wyjątkowy.
W milczeniu skierował się ku drzwiom.
Harriet przyglądała się Lydii.
- Nie zamierzam cię o nic wypytywać, ale nie wyglądasz najlepiej. Nie przypominasz Rity Hayworth tak bardzo, jak zazwyczaj.
Lydia otarła pot z czoła i odgoniła namolne muchy. Jak na trzydziestojednolatkę była zgrabna i pełna życia, wiedziała, jak zrobić furorę, ale jej podobieństwo do słynnej aktorki sprowadzało się do tego, że miały prawie identyczną fryzurę.
- Moja przyjaciółka z dawnych lat zachorowała na polio. Suzanne Fleetwood. Właśnie od niej wróciłam. Nie znoszę zostawiać dzieci samych, do tego na dłużej, niż mi się wydawało, że będę musiała. To był prawie miesiąc, ale jej mąż jest na Borneo i nie mogła się z nim skontaktować. Wiesz, pracuje w służbach wywiadowczych.
Harriet omiotła spojrzeniem znikające za drzwiami plecy George'a.
Lydia westchnęła.
- Wiem, powinnam to zachować dla siebie. Najgorsze, że ona teraz będzie odesłana do Anglii w żelaznym płucu[1].
- To straszne. Na pewno bardzo jej pomogłaś. Ale teraz, gdy już wiesz, gdzie jest twoja rodzina, musisz czuć się lepiej?
Oczy Lydii rozbłysły.
- O tak. Bardzo chciałabym ich znów zobaczyć.
- Jadłaś śniadanie?
Lydia przecząco pokręciła głową.
Harriet ściągnęła wargi.
- Jasne. Poproszę, żeby przynieśli nam coś co jedzenia. Wiesz równie dobrze jak ja, że w tym obrzydliwym klimacie albo musisz dbać, żeby nie opaść z sił, albo koniec z tobą. Powinnam się była domyślić.
Lydia pytająco uniosła brwi.
- Nie, nie bierz tego do siebie, ale wiedz, że jeśli się o siebie nie zatroszczysz, cholernie szybko znajdziesz się na samym dnie. No, to teraz co powiesz na naleśnika?
W powietrzu nie dawało się wyczuć najmniejszego powiewu. Lydia była cała mokra. Szła szybko, spoglądając w górę w nadziei na oznaki zbliżającego się deszczu. Niestety, nie licząc kilku małych chmurek na horyzoncie, niebo było całkowicie czyste. Wskoczyła do autobusu do Malakki, który przedzierał się przez wąskie, hałaśliwe ulice. W powietrzu unosił się zapach smażonych solonych ryb i latryn. Zaczęła się krztusić.
W banku dwa sufitowe wentylatory bezsensownie wprawiały w ruch gorące powietrze. Stała w kolejce, po skórze przechodziły jej ciarki. U Parrottów nie do końca zdawała sobie sprawę, co ją czeka, ale teraz zaczęła się denerwować przed podróżą. Powtarzała sobie w myśli, co ma zrobić. Zdobyć rozkład jazdy autobusów, a także - na wszelki wypadek - pociągów. Sprawdzić garaż. Spakować się. Jak daleko jest do tego Ipoh? Kojarzyła tę nazwę z okolicami Kinta Valley. Sto sześćdziesiąt kilometrów? Nie. Chyba raczej sporo ponad trzysta. Trzysta kilometrów potencjalnie zaminowanych dróg do przebycia. Jeśli zdecyduje się na autobus, może to potrwać nawet kilka dni.
W porannym pośpiechu zapomniała upiąć sobie włosy. Sięgnęła rękami za głowę i uniosła je znad szyi. Odsunęła też pasemka, które kleiły się jej do twarzy. Większość Angielek strzygła się na krótko, ale nie ona. Długie włosy to symbol kobiecości - tak mówiła siostra Patricia. Jednak to te inne kobiety miały rację. Włosy trzeba obciąć. Powoli posuwała się do przodu, poruszając mięśniami ramion, żeby złagodzić powstające w nich napięcie.
Myślała o dziewczynkach, wyobrażała sobie, jak siedzi w samochodzie, czekając, aż wyjdą ze szkoły i machając rękami, popędzą w jej kierunku po obramowanej kwiatkami ścieżce, wijącej się między niskimi zabudowaniami. Na prowizorycznym straganie tuż obok można było za parę centów kupować kolorowe lizaki. Ona pozwalała na to dzieciom tylko w piątki. Nie tyle w obawie przed niezdrowym cukrem, co z niechęci do hazardu, z którym połączono sprzedaż słodyczy - pod papierkiem co któregoś z lizaków ukryty był bonus w postaci jednodolarowego banknotu.
Pokręciła głową. Nie chciała, żeby w młodym wieku córki przyzwyczajały się do takich zagrywek. To niebezpieczne.
Wreszcie dotarła na początek kolejki. Młody Malaj o lekko falujących włosach i śniadej cerze uśmiechnął się do niej.
- Chciałabym wypłacić trochę pieniędzy - powiedziała Lydia.
- Oczywiście, proszę pani. - Chłopak uprzejmie skłonił głowę.
- Cartwright. Moje nazwisko Cartwright.
Odwrócił się w stronę szeregu szafek z dokumentami i wyjął odpowiedni skoroszyt.
- Sądzę, że wystarczy mi pięćdziesiąt dolarów.
Rzucił na nią okiem, po czym schylił się i uważnie przeglądał papiery.
- Jakiś problem? - spytała, marszcząc brwi.
- Zgodnie z naszym zestawieniem na koncie pozostało jedynie piętnaście dolarów.
- To jakiś żart? - Policzki jej płonęły. - Zawsze byliśmy grubo ponad kreską.
- Pan Cartwright przyszedł tu kilka dni temu i wypłacił znaczną sumę. - Młodzieniec zacisnął wargi.
- Jakoś to tłumaczył?
- Mówił coś o podróży.
- Nie prosił o przekazanie mi jakiejś wiadomości?
- Przykro mi. Powiedział tylko, że od tej pory będzie korzystać z usług innego banku. Zostawił te piętnaście dolarów i polecił zlikwidować konto, jak już zostaną wypłacone.
Lydia zaczerpnęła powietrza, po czym długo wypuszczała je z siebie.
- Więc nie zostawił żadnych innych wskazówek?
Mężczyzna pokręcił głową.
Powoli i z trudem odzyskiwała równowagę. Teraz najważniejsze jest, aby dotrzeć do dziewczynek. Ale dojechać do Ipoh za piętnaście dolarów? To oczywiście nie jest wina kasjera, ale co tu się dzieje?
Tata kazał nam nie ruszać się z miejsca i czekać przy metalowych schodkach na pokładzie, a on zejdzie na dół i porozmawia z jednym z okrętowych stewardów na temat naszych kabin. Stałam nieruchomo i nasłuchiwałam.
- Ciii... - szepnęłam do siostry, gdy oparte o mokry reling wpatrywałyśmy się w głąb schodów. - Słyszysz?
Fleur skrzywiła się.
- Nie.
Zdziwiłam się. Przecież nietrudno było usłyszeć kroki. Ktoś wchodził po trapie.
- Ten statek jest nawiedzony - wyszeptałam i zrobiłam straszną minę. Siostra spojrzała zniechęcona i odwróciła głowę.
- Przepraszam cię. Chodź, Mączniaczku, pobiegamy sobie.
Emma to ulubione imię mamy. Nawet jej kolczyki w kształcie jaszczurek miały wyryte na odwrocie litery E i M. To moje imię, ale i Fleur miała na drugie imię podobnie, bo Emilia. Mówiło się więc na nią czasem Floury Millie, Mączna Młynareczka. Ja wolałam ją nazywać Mączniakiem Młynarkiem lub Mączniaczkiem.
Biegałyśmy wte i wewte po pokładzie, krzycząc do utraty tchu. Potem zgięte wpół trzymałyśmy się za boki. A na koniec, zmęczone, zatrzymałyśmy się, żeby podziwiać ocean i widok wpadającej do wody czerwonej kuli zachodzącego słońca. Dzień dobiegł kresu. Różowe i żółte plamki podskakiwały na czarnej niczym lukrecja powierzchni wody. Ciągle towarzyszyły nam głosy morskich ptaków.
- Widzę handlarzy pływających w sampanach - powiedziałam.
- Co to są sampany?
- Małe chińskie łodzie, głuptasie. Nie widzisz?
Piszczałyśmy z zachwytu, gdy te łódeczki, lawirując między dużymi statkami, zbliżyły się do nas. Na wodzie kołysały się refleksy oświetlających je lampionów. Na łodziach stali mężczyźni, coś do siebie krzyczeli i ładowali towar do wielkich koszy, które nasi marynarze wciągali na pokład. Kazali nam odejść, ale zdążyłyśmy jeszcze dostrzec stosy barwnych orientalnych pantofli i sznury błyszczących paciorków.
Biegając po statku, Fleur i ja czułyśmy się jak w zaczarowanej krainie. Dopóki nie zobaczyłyśmy ojca.
- Nie chciałbym wam psuć zabawy - powiedział, podchodząc do nas. - Ale tu nie wolno tak biegać.
- Ale, tato!
- Żadnego ale, Emmo.
- Nie będziemy zbliżać się do barierek - błagała Fleur.
- Wszystko pięknie, kochanie, ale nie ma mowy. Tu możecie przebywać jedynie w towarzystwie kogoś dorosłego, szczególnie po ciemku. W żadnym wypadku same. A w ogóle to mi się wydaje, że kazałem wam czekać przy schodach.
- To nie fair - mruknęłam pod nosem.
- Ja nie żartuję, Emmo. Może się wam coś stać.
Nic już nie mówiłam, ale słyszałam głosy duchów pod pokładem i wyobrażałam sobie mroczną postać skradającą się, żeby mnie popchnąć i przewrócić. Albo woda zmyje mnie z powierzchni pokładu i znajdę się tam, gdzie Orfeusz tańczył z morskimi duszkami. Uczyłam się o tym w szkole.
- Emmo?
- Okej.
Weszłyśmy za nim do środka, ale ja na wszelki wypadek skrzyżowałam za plecami palce, obiecując mu, że będę grzeczna. Nic nie mogłam na to poradzić. Kochałam ocean i to, jak świat robi się fioletowy, a potem przybiera kolor najgłębszej atramentowej czerni.
Udawałam sama przed sobą, że to wszystko jest jedną wielką przygodą, i czekałam, aż Fleur zaśnie. Wtedy wymknęłam się z kabiny, wdrapałam po wąskich metalowych schodach na pokład i poczekałam, aż wokół mnie nie będzie nikogo. Podbiegłam do jednej z łodzi ratunkowych. Trudno byłoby mi do niej wejść, ale znalazłam jakąś skrzynkę, stanęłam na niej, podciągnęłam się i wgramoliłam do środka. Przewróciłam się na plecy i patrzyłam w niebo. Powietrze było wciąż rozgrzane i nie widziałam gwiazd. Niewielka łódka kiwała się przy najmniejszym ruchu, starałam się więc leżeć spokojnie. Morze też było nieruchome.
Przypomniało mi się, jak leżałam na trawie w naszym ogrodzie i patrzyłam na przesuwające się po niebie chmury, podobne do pianki z cytrynowego sorbetu. Starałam się zachować w pamięci jak najwięcej. W końcu nie wiadomo, kiedy wrócimy. I wtedy cichy głosik w mojej głowie dopowiedział: "jeśli wrócimy". Usiadłam i gapiłam się na niebo. Oplotłam się ramionami i głęboko wdychałam słone powietrze. Chciałam skoczyć do morza i płynąć z powrotem. Tam, gdzie jest mama. Ale spokojna woda działała na mnie kojąco i pozostałam w łodzi ratunkowej, dopóki nie zrobiło mi się zimno.
Jedliśmy posiłki przy jednym stole z panem Oliverem i jego siostrą. Ona miała na imię Veronica, a on Sidney. Veronica była wysoka i chuda, prawie wzrostu naszego taty. Nosiła miękkie, powiewne spódnice, miała przylegające do twarzy blond loczki i mówiła cichym głosem. Ręką ciągle poprawiała sobie uczesanie. Oboje mieli bardzo jasną skórę, jakby jakimś cudem udało im się całkowicie uchronić przed malajskim słońcem. Ona miała tylko z lekka zaróżowione policzki, pasujące kolorem do małych szklanych koralików, które nosiła na szyi. Chyba nas lubiła, szczególnie tatę. Jej ładne niebieskie oczy uśmiechały się, gdy chichotała z jego dowcipów.
Pan Oliver i Veronica spóźniali się na lunch i siedzieliśmy przy stole sami. Gdy czekaliśmy, tata powiedział nam, że ona ma mieszkanie w Londynie, ale zazwyczaj przebywa w miejscowości zwanej Cheltenham, blisko miejsca, do którego się udajemy. Powiedział też, że Veronica dużo przeszła i powinniśmy być dla niej mili. Nie miała dzieci, a jej mąż - dyrektor szkoły - umarł na chorobę, która nazywa się cholera.
- Co to za choroba, ta cholera? - zapytałam. - Czy od tego oczy wyłażą ci na wierzch?
- Nie, Emmo. - Westchnął ciężko. - Jest się tylko coraz bardziej zmęczonym, a w końcu twarz robi się zupełnie szara.
- I potem się umiera.
- Najczęściej. - Skinął głową.
W oddali słychać było Doris Day śpiewającą jedną z ulubionych piosenek mamy, Secret Love. Zrobiło mi się smutno. Przypomniała mi się śliczna, półokrągła buzia mamy i jej błyszczące oczy. Miały kolor orzechów, ale migotały też w nich zielone i niebieskie kropeczki, jak w pawim czy bażancim ogonie. Jedna z jej brwi znajdowała się nieco wyżej od drugiej. Lubiłam patrzeć, jak usiłuje sprawić, by wyglądały na równe. Nigdy się jej to nie udawało.
Na lunch podano danie malajskie, słodko pachnące moją ulubioną przyprawą - listkami limonki kaffir. Stolik z deserami nie był zastawiony zbyt obficie, ale i tak zjadłam za dużo brzoskwiniowej melby i zaczął mnie boleć brzuch. Zapytałam tatę, czy mogę wstać od stołu i iść do kabiny, żeby się położyć.
Veronica uśmiechnęła się do niego. Tata był opalony od częstego przebywania na dworze, skórę na twarzy miał z lekka pobrużdżoną i suchą. Nosił okulary w okrągłych szylkretowych oprawkach. Zauważyłam, że dołożył pewnych starań, żeby wyglądać bardziej elegancko niż zazwyczaj.
- Mogę zająć się Fleur, jeśli pan chce - zaproponowała Veronica ożywionym tonem. - Emma będzie się mogła spokojnie przespać i obudzi się w dobrym humorze.
W kabinie położyłam się na niebieskiej pluszowej narzucie. Szumiało mi w głowie. Zajęłam dolną, należącą do Fleur koję, bo z bolącym brzuchem nie chciało mi się wspinać po drabince. W naszej małej ciupce panował słony i zatęchły zapach. Słyszało się pracę silnika i uderzenia fal o burty statku. Zamknęłam oczy i szmer maszyny ukołysał mnie do snu.
Chwilę później usłyszałam pukanie do drzwi i do kabiny wszedł pan Oliver. Podejrzewałam, że tata wysłał go, żeby sprawdził, jak się czuję, ale i tak było dziwne, że przyszedł on, a nie jego siostra.
Usiadł na brzegu łóżka. Dyszał.
- Przesuń się trochę, kochanie - powiedział, uśmiechając się szeroko.
Jego twarz była tak blisko, że widziałam popękane czerwone żyłki na jego nosie.
- Zamknij oczy, moja droga - powiedział i zaczął mi lekko głaskać czoło.
Zapomniałam, że to on, i z początku było to nawet miłe, bo przypominało mi mamę. Pogrążyłam się w czymś w rodzaju gorączkowego majaczenia. Tak bardzo tęskniłam za mamą, a tata nawet nie powiedział, kiedy ona przyjedzie. Ale miałam też dziwne uczucie, które obejmowało mój brzuch i nogi. To było chyba nie całkiem w porządku, więc gdy pan Oliver nareszcie sobie poszedł, odetchnęłam z ulgą.
Kiedy wpłynęliśmy do Zatoki Biskajskiej, na niebie pojawiły się srebrzyste chmury i w czasie lunchu statkiem mocno kołysało. Pan Oliver nachylił się do mnie i pod stołem położył spoconą rękę na moim gołym udzie. Nie podobało mi się to. Odsunęłam się od niego i wcisnęłam w oparcie siedzenia. Puścił do mnie oko, a ja się zaczerwieniłam. Nikt tego nie zauważył, bo wszyscy rozmawiali o pogodzie.
Po lunchu stałam na pokładzie i wpatrywałam się w ciemniejące niebo. Na moje szczęście pan Oliver nie był wytrawnym żeglarzem i wolał się skryć w swojej kabinie. A potem Fleur zwymiotowała i tata z Veronicą też zabrali ją pod pokład. Tata powiedział, żebym z nimi poszła, ale ja czułam się najlepiej sam na sam ze sobą, więc zostałam. Fale sięgały coraz wyżej, pokład kołysał się i trząsł. Nawet niektórzy marynarze dostali torsji.
Ja szybko nauczyłam się chodzić po przechylającym się to na jedną, to na drugą stronę pokładzie i piszczałam z emocji, gdy targały mną przewalające się przez niego fale. Wrzask ptaków i wycie wichury pozwoliły mi zapomnieć o rozgrzanej dłoni pana Olivera, a nawet o tym, że nie wzięliśmy ze sobą mamy. Wdychałam potężne hausty słono pachnącego powietrza, a potem przejechałam dłonią po szorstkiej barierce i zaczęłam oblizywać sobie koniuszki palców. Smakowały rybą i solą, dokładnie tak samo jak pachniały.
Pozostała część podróży upłynęła nam szybko. Ostatniego dnia obudziłam się przed świtem. Wdrapałam się na krzesło, żeby wyjrzeć przez bulaj, ale w oddali majaczył tylko jakiś ciemny kształt. Moje pierwsze spojrzenie na Anglię. Gdy późnym rankiem statek zacumował, weszłam po schodach na śliski pokład. Przez minutę wpatrywałam się w blade niebo. Zamknęłam oczy, zmówiłam modlitwę za moją piękną matkę, posłałam jej ponad wodami oceanu pocałunek i poprosiłam, żeby jak najszybciej tu przyjechała.
Port w Liverpoolu był zatłoczony do granic możliwości, a w powietrzu unosił się tłusty zapach. Mężczyźni w kaszkietach owijali liny wokół grubych metalowych palików na nadbrzeżu, słychać było brzęk dzwonków, skrzypienie kół, nawoływania gazeciarzy i huk zrzucanych na ziemię pakunków. A przede wszystkim ludzkie krzyki. Trzeba było co i raz uskakiwać na boki, bo w tej mgle, którą tata nazywał smogiem, nie dało się nikogo dojrzeć.
Nagle poczułam się malutka i zaczerpnęłam tchu w oczekiwaniu na tę obiecaną przez tatę świetlaną przyszłość, która jakoby miała mnie tu spotkać. Na razie miałam inne odczucia. Smród, zimno i szarość. Dotychczas praktycznie nie znałam koloru szarego. Chciałam teraz wsunąć rękę w dłoń mamy, chciałam, żeby się do mnie uśmiechnęła i powiedziała, że "wszystko będzie dobrze, zobaczysz".
Tata spostrzegł moje rozczarowanie i powiedział dokładnie takie słowa, ale to nie było to samo.
Musieliśmy ucałować na pożegnanie Veronicę i zielonego na twarzy pana Olivera. Skrzywiłam się i jak tylko było po wszystkim, ruszyłam biegiem wzdłuż nadbrzeża. Był mroźny lutowy dzień, a szybki krok mnie rozgrzewał.
- Nie tak blisko krawędzi! - krzyknął za mną tata.
Nie odbiegłam daleko. Bolały mnie nogi. Razem z Fleur biegałyśmy zawsze w klapkach lub nawet na bosaka. Tata śmiał się i nazywał nas dzikuskami. Teraz zmuszono nas do włożenia brązowych sznurowanych i zapinanych butów. I długich, drapiących pończoch. Obie głośno się na to skarżyłyśmy, z dumą jednocześnie prezentując czerwone blezery, które mama zrobiła nam na drutach na specjalną okazję. O ile pamiętam, zdarzyła się tylko ta jedna, jedyna okazja - wyjazd do Anglii, o której miałam jedynie mgliste wyobrażenie.
Na wspomnienie mamy bolało mnie serce.
Jak dotąd tata nie wytłumaczył nam, dlaczego ona ma dojechać później, zapytałam go więc o to teraz, w porcie.
Zdjął okulary, wytarł szkła rękawem, nadął policzki, po czym powiedział tylko:
- No cóż, nie ma jej tu. Obawiam się, że na razie nie jestem ci w stanie nic więcej powiedzieć.
- Ale kiedy ona przyjedzie?
- Emmo, tego nie wiem.
- Zostawiłeś jej list, jaki do niej napisałam?
- Oczywiście.
Pomyślałam, że mamę musiało coś zatrzymać. A tata może nic nie mówi, bo nie chce nic obiecywać i rozczarować nas, gdy coś pójdzie nie tak. Ale moja wyobraźnia nie słuchała głosu rozsądku. Wszędzie widziałam mamę. Nawet w wielkiej, pełnej przeciągu poczekalni, gdzie czekaliśmy na bagażowego i gdzie w oczy szczypał smród dymu i sadzy. A ponieważ mamy tu nie było, wyobraziłam sobie cienką linię, która przecina świat na pół. Taka niewidzialna nitka, z zachodu na wschód i z powrotem. Jeden jej koniec jest przyszyty do serca mamy, a drugi do mojego. I wierzyłam, że cokolwiek się zdarzy, ta nitka nigdy nie zostanie zerwana.
Lydia obejrzała się przez ramię i ujrzała podjeżdżającego dżipa, w którym siedzieli ubrani w mundury koloru khaki i uzbrojeni w broń maszynową malajscy policjanci. Od chwili gdy w 1951 roku z rąk komunistycznych partyzantów zginął w zamachu wysoki komisarz brytyjski, sir Henry Gurney, nikt nie czuł się tu bezpiecznie. Lydia odruchowo przycisnęła dłoń do szyi, po czym zapukała do drzwi miejskiego, zbudowanego w stylu portugalsko-kolonialnym domu Cicely. Był to piękny budynek w kolorze jasnego różu, z łukowato sklepionymi oknami i krużgankiem z niewielką kolumnadą. Po chwili znalazła się na tyłach budynku, w przestronnym pokoju o jasnoniebieskich ścianach. Panujący tu chłodny przeciąg stanowił ulgę po ulicznym skwarze.
Odwróciła się gwałtownie, gdy do pomieszczenia weszła Cicely i wyciągnęła do niej ręce. Jej paznokcie połyskiwały różowym lakierem o chłodnym, pasującym do luźnej sukni odcieniu.
- Kochanie, co za miła niespodzianka - powiedziała Cicely niskim głosem, przeciągając samogłoski.
Elegancka piękność o platynowych włosach, lekkiej opaleniźnie i ustach śliwkowego koloru usiadła, podciągając pod siebie długie nogi, jakby chciała podkreślić, jak bardzo jest znudzona. Z palca u stopy zwisał jej pantofel z farbowanej cielęcej skóry na niewiarygodnie wysokim i cienkim obcasie.
- Przykro mi... ale muszę cię prosić o pomoc. To bardzo dziwna sprawa - odezwała się Lydia z wahaniem. Wyprostowała się, próbując przekazać to, co ma do powiedzenia, tak, aby nie wzbudzać litości.
Cicely spokojnie uniosła jedną, fachowo wyskubaną w wysoki łuk brew. Żadna z nich dwóch nie była typem "kolonialnej" żony zaabsorbowanej problemami trawiennymi i gospodarskimi pogaduszkami, dzięki czemu w sposób naturalny zaistniało między nimi coś w rodzaju przyjaźni.
Lydia zwalczyła w sobie odruch nerwowego przygładzenia włosów i zmusiła się do otwarcia ust.
- Przepraszam, że o to proszę, ale czy mogłabyś mi pożyczyć trochę pieniędzy?
Błysk w oczach przyjaciółki, coś między topazem a szmaragdem, świadczył, że Cicely odczuła autentyczną frajdę.
- Och, kochanie, a co takiego się stało?
Lydia postanowiła zachować ostrożność. Cicely może nie była tak do końca złośliwa, ale miewała takie skłonności. Alec miał jej to za złe. Wyszła za mąż bez miłości i musiała znosić liczne mężowskie zdrady. Zapanowało milczenie, zakłócane jedynie szumem klimatyzatora. Lydia zastanawiała się, na ile ma się w tej rozmowie odsłonić.
W starej chińskiej dzielnicy musiały torować sobie drogę łokciami wśród ludzkiej ciżby i uskakiwać na boki przed watahami rikszarzy. Cicely prowadziła Lydię przez uliczny targ, gdzie stukot kamiennych kostek na planszach do gry w madżonga zgodnym chórem współbrzmiał ze śpiewem jaskrawoniebieskich, uwięzionych w bambusowych klatkach ptaków.
Ocierając się o chińskich sklepikarzy i malajskich sprzedawców obnośnych, Cicely kiwała głową i uśmiechała się. Zatrzymała się przy kuble pełnym żywych głębinowych krabów i odeszła od niego objuczona zakupioną żywnością. Lydia patrzyła na to rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Jej unoszący się tu kwaśny zapach rynsztoka wydawał się dość dokuczliwy.
- Musisz spróbować jeszcze tego, kochanie. Niesamowicie pyszne - uśmiechała się Cicely, zapychając usta Lydii curry na liściu banana. - Daj spokój, słodziutka. Wszystko będzie dobrze. Za dużo się martwisz. Chociaż i mnie trudno zgadnąć, dlaczego Alec nie zostawił ci wystarczającej ilości pieniędzy, żebyś mogła do niego dojechać. To jakaś bzdura.
Przy końcu uliczki, gdzie straszyły upiorne reklamy lucky strike'ów, Cicely zatrzymała się przed sklepem, na którego czerwonym szyldzie wymalowano smoka. Z gibkim wdziękiem oparła się o framugę drzwi, za nic mając groźnie wyglądającego strażnika, który siedział obok ze strzelbą na kolanach.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła, rozjaśniając wąską twarz szerokim uśmiechem. Na szyi połyskiwał jej pojedynczy sznur pereł.
Po sąsiedzku "urzędował" zielarz i zaklinacz węży. Przysadzisty Hindus stał na chodniku i żuł betel. Lydia dostrzegła kosz z wężami.
- Nic się nie bój, kochana - roześmiała się Cicely i pchnęła drzwi. - Kobra nigdy nie budzi się przed zachodem słońca.
W środku Lydia złapała się za nos, ale na szczęście cuchnęło tu jedynie tanimi kadzidełkami i olejem kokosowym. Chińczyk za kontuarem miał na sobie haftowaną czerwoną szatę i rzucał raczej wrogie spojrzenia. Cicely bez mrugnięcia okiem wysypała na ladę niemal całą torbę bransoletek z wisiorkami, mnóstwo złotych kolczyków oraz przynajmniej sześć naszyjników.
Na czole Lydii perlił się pot. Poczuła, że się czerwieni.
- Ależ to są prawdziwe skarby.
Cicely wzruszyła ramionami i ścisnęła jej dłoń.
- Głównie chińska tandeta. Wierz mi. Nie martw się. Masz przy sobie zdjęcia swoich rozkosznych dziewczynek?
Lydia schyliła głowę, sięgnęła w głąb wypchanej torby i wydobyła portfelik. Nosiła w nim dwa małe zdjęcia - Emmy i Fleur - oba zrobione w zoo. Spojrzała na Fleur patrzącą gdzieś w bok poważnym, odziedziczonym po Alecu wzrokiem i na nieco koślawy uśmiech Em. Na fotografii starsza córka miała długi nos i kanciastą twarz, ale za to w jej oczach czaił się tłumiony śmiech, a w kręconych płomiennych włosach igrało słońce. Nie widać było natomiast, jak bardzo jest nad wiek wyrośnięta i jaka mądra, pomyślała z dumą Lydia.
- Jest bardzo dojrzała - powiedziała Cicely.
- Kto?
- Emma, rzecz jasna. Fleur jest może ładniejsza, ale mniej rozmowna.
Lydia pomyślała o młodszej córeczce i ścisnęło się jej serce. Od czasu kiedy Fleur przeszła zapalenie płuc, stała się jeszcze bardziej wycofana.
- Nie, czasem rozmawia. Za to Em to prawdziwa miłośniczka słów. Już gdy miała zaledwie trzy latka, udawała, że potrafi czytać.
- Wygląda na więcej niż dwanaście lat.
- Ma niecałe dwanaście - sprostowała szybko Lydia.
- Racja. - Cicely uspokajającym gestem położyła jej rękę na ramieniu. Podniosła z lady medalion na srebrnym łańcuszku. - Weź, to prezent ode mnie. W tym kraju coś kosztownego na szyi zagwarantuje ci bezpieczeństwo. Możesz tam trzymać fotografie dzieci. No i pilnuj gotówki. Nic się nie martw, wkrótce się z nimi połączysz. I z tym swoim chuderlawym mężem.
Lydia pokiwała głową. Nie bardzo wiedziała dlaczego, ale czuła się nieswojo. Nie lubiła, gdy jej dziewczynki były daleko od niej. Gdy działo się to za sprawą jakichś ważnych wydarzeń, na przykład zamieszek czy walk partyzanckich, przynajmniej wiedziała, dlaczego tak musi być. Ale teraz? Chyba kryło się za tym coś więcej.
- A potem znów zatęsknisz za odrobiną ciszy i spokoju. Nie mam pojęcia, jak ty to znosisz. To znaczy bycie mamą.
Po prostu je kocham, pomyślała Lydia. Ot co.
- A Jack? Co z nim?
Lydia poczuła falę gorąca wędrującą od jej piersi w kierunku twarzy. Wysiłkiem woli powstrzymała się od chęci uwolnienia się od ciężaru nie do końca określonych uczuć.
Cicely zmrużyła oczy.
- No cóż, ja nie mogłabym być matką. A teraz chodźmy obciąć włosy.
W końcu spadł niewielki deszcz. Woda szybko spłynęła rynsztokami. Było jej za mało, żeby schłodzić lepkie powietrze, ale Lydia poczuła się odświeżona. Mocowała się z gałęziami purpurowej bugenwilli zarastającej wejście do garażu. Wszystko tu tak szybko rośnie. Drzwi zaskrzypiały, gdy je otwierała. Ujrzała solidną sylwetkę stojącego w garażu humbera hawka. Zajrzała do środka i nieco jej ulżyło. Kluczyki ciągle tkwiły w stacyjce. Przynajmniej Alec zostawił jej samochód. Wślizgnęła się za kierownicę, żeby sprawdzić wskaźnik paliwa.
W sypialni do dwóch podręcznych toreb szybko zapakowała trochę mogących się przydać w drodze ubrań. Zdjęła z siebie prawie mokrą od potu sukienkę i nagle zdała sobie sprawę z panującej w jej domu pustki. W milczeniu wdychała powietrze. Nie czuła zapachu pasty do podłóg, do którego była przyzwyczajona. To już nie był jej dom. Dotykała swoich jedwabnych indyjskich ubrań. Jak ona je kompletowała? Róż z pomarańczowym, zieleń i pawi błękit, czerwień jak z lakieru do paznokci, a do tego czerń? Cóż, taki miała styl - nieco orientalny. Teraz jednak zdecydowała się na granatową sukienkę. Nie będzie widać, jeśli się pobrudzi. Zrezygnowała ze wszystkich hinduskich sukni, wzięła jedynie dwie wieczorowe. Za dobre, żeby je tak zostawić.
Wsunęła do torby notes Emmy. Boże, jak bardzo jej brakowało dziewczynek - ich dotyku, zapachu. Niecierpliwie oczekiwała tego spotkania, jednak powstrzymała chęć przeczytania prowadzonych przez Emmę notatek. Przecież niedługo zobaczy obie swoje córki.
Wróciła do holu i nagle usłyszała, że w domu ktoś jest. Może George się pomylił i Alec jednak po nią wrócił? Serce zaczęło bić mocniej. A może tylko pojechali nad morze i nawet jeszcze nie wyruszyli do tego Ipoh? Wyobraziła sobie głęboką zieleń wody wokół wysepek, słoną bryzę i poczuła zapach cytrynowego olejku, którym na plaży nacierała dzieciom skórę.
Z kuchni dobiegła cała seria dźwięków: kichnięcie, zduszony szloch, kilka słów szybko wypowiedzianych po chińsku. A więc ktoś ze służby. Lydia poszła tam i otworzyła drzwi, osłaniając dłonią oczy przed niskimi popołudniowymi promieniami słońca, rażącymi niczym ciosy nożem.
W kącie na podłodze siedziała po turecku drobna dziewczyna o ostrych rysach, czarnych włosach związanych w kok na czubku głowy i wystraszonych oczach w kształcie migdałów. Na kolanach trzymała dziecko o sztywnych, typowo chińskich włosach, które wtuliło twarz w jej pierś. Miało na sobie workowate niebieskie spodnie, na kostce jednej z bosych nóg ozdobny łańcuszek. Wyglądało na niedożywione. Lydia przyglądała się im, pewna, że tę dziewczynę już kiedyś widziała w pobliżu domu.
- Pani. - Dziewczyna wstała. Jej oczy były istnym oceanem smutku. - Ja Suyin. A to synek mojej siostry.
Patrząc na błyszczącą tunikę dziewczyny, Lydia pomyślała, że coś jej ona przypomina.
- Jak się nazywa to dziecko?
- Maznan Chang, pani. Był w szpitalu. Nie może do domu. Proszę, niech on będzie z wami.
Lydia spojrzała na zegarek, ale blada dziewczyna nie zaprzestała jej błagać.
- Dżungla dla niego niedobra. Niebezpieczna. Oni go krzywdzą.
Chłopiec wstał i uniósł koszulę, ukazując czerwoną pręgę przecinającą cały jego bok. Lydia zauważyła, że jest nie tylko przeraźliwie chudy, ale i brudny. Rana była niewątpliwie dość świeża.
- On wam pomagać, pani. Mówi w malajskim i w chińskim.
- Ale jest jeszcze bardzo mały.
- Skończył już siedem, jest niski jak na wiek.
Chłopiec zwrócił wilgotne spojrzenie na Lydię i uśmiechnął się nieśmiało. Poczuła się zbita z tropu. Był ładny jak dziewczynka, miał płaską twarz i typowo malajski nosek z wydatnymi nozdrzami, a przy tym jasne oczy i bursztynową, jaśniejszą niż u większości miejscowych cerę. Jedynie z włosów przypominał Chińczyka. Uśmiechnął się ponownie, prezentując rząd równych zębów.
Lydia rozważała okoliczności, nie martwiąc się przez moment uciekającym czasem. Stanęła jej przed oczyma Emma i usłyszała głos córki, jakby dochodził z pokoju obok. "Pośpiesz się, mamusiu. Jeszcze cię tu z nami nie ma?". Przymknęła powieki i czuła, jak ściska się jej serce.
- Pani? - Dziewczyna przerwała jej rozmyślania.
- A dlaczego coś mu grozi? - spytała Lydia.
- Jego matka. Uciekła. - Dziewczyna zawiesiła głos, badając reakcję, zanim przejdzie do najważniejszego. - Ona w dżungli, pani. Jeśli ci teraz po niego nie przyjdą zabrać, to drudzy złapią go innym razem.
Aha, więc to tak. Matka małego uciekła i przyłączyła się do komunistycznej partyzantki.
- Jacy drudzy?
Dziewczyna wyglądała na speszoną.
- Biali ludzie. Z czerwonymi włosami. Proszę. Zabierz go pani do jakiejś osady dla przesiedlonych, albo nawet do wioski Malajów. Oni mu dać opiekę.
Lydia nie mogła się zdecydować.
- A może na policję?
Dziewczyna skrzywiła się i splunęła.
Lydia była rozdarta. Chciała już być ze swoimi dziewczynkami, i to jeszcze przed końcem dnia. Ale też wyobrażała sobie, co by było, gdyby to one błąkały się gdzieś samotnie, zdane na łaskę i niełaskę nieznajomych.
- W porządku - zdecydowała. - Wezmę go. Podaj mi swój adres. I miejscowość, do której mam go zawieźć.
Wpatrywała się w wynędzniałą twarz dziewczyny i nagle się jej przypomniało.
- Jesteś córką naszego kierowcy, prawda?
Dziewczyna potwierdziła ruchem głowy.
- A twój ojciec nie może go wziąć do siebie?
Dziewczyna pokręciła głową przecząco i Lydia dostrzegła w jej oczach niepokój.
- Czy to twój ojciec odwiózł mojego męża do Ipoh?
Dziewczyna znów pokręciła głową.
- Mój ojciec chory.
- No dobrze, zapisz mi swój adres, żebym mogła cię zawiadomić, gdzie jest chłopiec.
Dziewczyna zrobiła krok do przodu, trzymając dziecko za rękę. Jego drugą rączkę wsunęła w dłoń Lydii. Schyliła się i szybko zaczęła coś mówić małemu do ucha po chińsku. Chłopiec potrząsnął głową, włosy zawirowały mu wokół twarzy. Dziewczyna wyprostowała się, odwróciła na pięcie i szybko wybiegła. Przyśpieszając jeszcze, pędziła po wybrukowanym podjeździe, po czym zniknęła wśród wysokich traw.
Lydia krzyknęła za nią, ale po dziewczynie nie było już śladu. Westchnęła i spojrzała na dziecko. Mały miał oczy prawie takie, jakie miewają dzieci europejskie. Czy naprawdę coś mu groziło? Przypomniał się jej sierociniec. Surowy szary budynek na obrzeżach miasta. Jeśli dziewczyna mówiła prawdę, to ten mały rzeczywiście nie ma się gdzie podziać. Myśl o jej dziewczynkach zapierała dech w piersi.
Chłopczyk spojrzał na nią, po czym po malajsku przeliczył swoje koraliki:
- Satu, dua, tiga, empat, lima.
Lydia powoli wydychała powietrze. Biedaku, pomyślała, co ja mam z tobą zrobić? Nie pasujesz ani tu, ani tam.
Jej uwagę przykuł odgłos dochodzący z garażu. Cholerne koty. Podniosła chłopca i pocałowała go w czubek głowy. Jeszcze raz spojrzała na zegarek. Było już późno, a oni oboje potrzebowali się wykąpać i coś zjeść. A potem ułoży dzieciaka w łóżku Emmy i sama spróbuje się trochę przespać. Wyruszą jutro wczesnym rankiem.
Wczesna mgła rozwiała się, gdy tylko opuścili dom. Nastał jasny poranek. Ulice były jeszcze puste, przed herbaciarniami gromadziły się na pogaduszki grupki mężczyzn w pomarańczowych i żółtych sarongach. Trochę później pojawili się Malajowie na rowerach, a na koniec, już przy wyjeździe z miasta, tamilskie robotnice o twarzach błyszczących od potu trudziły się wycinką poczerniałej roślinności, kołysząc swoimi długimi płatkami usznymi.
Lydia podśpiewywała sobie radośnie. Lubiła podróże. Miała też niezły głos. Czuła się swobodnie. Zdjęła nogę z hamulca. Słychać było stukot opon po asfalcie. Chcąc mu dorównać, natężyła głos, na co siedzący obok niej chłopiec zachichotał.
- Aż tak źle śpiewam? - spytała i spojrzała na niego.
Pokręcił głową i uśmiechnął się.
Pomyślała, że na dzień dobry zjadł obfite śniadanie z przydrożnego straganu i teraz ma dobry humor.
Mijając kołyszące się drzewa, rzucające na drogę cienie w tysiącach tonacji zieleni, zaczęła poważniej planować podróż. Do Seremban jest niecałe dziewięćdziesiąt kilometrów. Jak już je miną, a więc za jakieś trzy godziny, zatrzymają się na wczesny lunch i przeczekają najgorszy upał. A potem gaz do dechy, aż do zmroku. Będą musieli znaleźć jakiś tani nocleg. Może w Rawang albo w Tanjung Malim? Jak daleko będzie stamtąd do Ipoh? Pomyślała o Jacku. A więc raczej nie Tanjung Malim. Nie ma co prowokować losu.
Po półtorej godzinie jazdy samochód zatrząsł się i nagle stanął.
Wysiadła i popatrzyła na drogę, tak zakurzoną, że ledwie ją było widać. Uniosła wysmarowaną maskę starego humbera hawka i zerknęła na silnik, starając się przypomnieć sobie nauki Aleca, co i w jakiej kolejności należy w takiej sytuacji sprawdzić. Maznan pokazał jej, że na dłoni ma plamę z tłustego smaru. Wydęła policzki, ale prawda była taka, że nie znała się na samochodach i zupełnie niepotrzebnie tak się upaćkała.
Zatrzasnęła maskę, wytarła ręce o sukienkę, schyliła się i sięgnęła pod siedzenie w poszukiwaniu instrukcji obsługi. Nie znalazła jej tam, ale wyczuła palcami jakiś ostry kształt. Wyjęła swój zgubiony kolczyk-jaszczurkę i uśmiechnęła się. A więc tu mi się schowałaś? Niech będzie, że to szczęśliwy znak.
Skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała na dziecko. Co teraz? Wokół trwa wojna, nie można nikomu zaufać. Mogłabym poczekać na patrol brytyjskiej policji, pomyślała, ale przecież na naprawę auta wydam wszystkie pieniądze, jakie mam przy sobie. A niech cię licho, Alec, nie mogłeś opóźnić tej przeprowadzki o choćby dwa dni?
Nastawiła się, że zaczeka na autobus. Na policję zadzwoni później, niech przyjadą i zabiorą samochód. Westchnęła i niczym rdzenna mieszkanka przykucnęła w cieniu niewielkiej kępy bambusa, z dzieckiem przy boku. Na jej kolanie przysiadł jaskrawopomarańczowy motyl z głębi dżungli. Chłopiec roześmiał się i wyciągnął do niego rękę. W tym, że umiał się tak nagle z czegoś ucieszyć, przypominał Emmę.
- Lubisz motyle? - spytała.
Pokiwał głową.
Skraj dżungli pachniał dzikim imbirem, cynamonem i figami. Gdzieś wysoko, w koronach wyciągających się ku słońcu drzew darły się dzioborożce. Wszystko pięknie, ale jednak ta tętniąca życiem i rozmaitymi odgłosami dżungla budziła w niej lęk.
Wzięła do ręki notes Em i zaczęła go kartkować. Na jednej ze stron widniały słowa przeboju Doris Day Secret Love, przepisane zdecydowanym charakterem pisma jej córki. Zaczęła nucić piosenkę, ale nagle głos jej zadrżał i ucichła. Wstała. Podjęła decyzję. Dwóch walizek nie da rady nieść w takim upale, więc weźmie tę większą, a drugą zostawi w przydrożnej kępie paproci. Przypomniały się jej dobre czasy, gdy wychodzili na drinka do klubu, zostawiając dzieci w łóżkach, pod opieką. Ale w tym przeklętym kraju nie można być szczęśliwym i zadowolonym w nieskończoność. No, chyba że jest się kimś w rodzaju Aleca.
- A co będzie, jak oni odzyskają niepodległość? - spytała go kiedyś, gdy udawali się na doroczny sułtański bal.
- Zawsze będzie tu miejsce dla kogoś takiego jak ja - odparł, rozwiewając jej wątpliwości. - I z tego powodu już nigdy nie wrócę do mojego rodzinnego domu, czy w ogóle do Anglii.
Przyglądała się wysokim, ostrym trawom lalang, porastającym pobocze drogi. Nie miała powodu, żeby mu nie wierzyć. Alec nie utrzymywał kontaktu z rodzicami, w jego domu panowała fatalna atmosfera.
Przeszła wraz z chłopcem kawałek drogi.
Nie wiał najmniejszy wietrzyk i różowe pióropusze wieńczące trawy trwały w bezruchu. W obawie przed skrytymi w krzakach i pośród drzew wężami i żmijami Lydia trzymała się szosy, wsłuchana w świdrujący, irytujący i wciąż narastający ptasi krzyk.
Maznan nadal się nie odzywał, tylko od czasu do czasu liczył swoje koraliki. Dochodził do pięciu i zaczynał od początku. Satu, dua, tiga, empat, lima.
Na chwilę przymknęła powieki, pot szczypał ją w oczy. Usłyszała, zanim zobaczyła. Jaskrawo pomalowany na żółto i czerwono bedford nadjeżdżał z wyciem silnika. Krzycząc, pobiegła w jego kierunku. Dzieciak plątał się jej pod nogami i "pomagał" nieść walizkę, wrzeszcząc coś po malajsku. Kierowca zwolnił, rozłożył bezradnie ramiona i pokręcił głową. Serce Lydii niemal przestało bić, gdy zza otwartych okien ujrzała ciekawskie spojrzenia trzydziestu par oczu. Autobus był po brzegi wypchany ludźmi, bagażami, drobiem i kozami.
Z tyłu autobusu jakaś Hinduska stała i oskarżycielsko wskazywała palcem Lydię i chłopca, ale kierowca ponownie pokręcił głową. Mimo to ona chyba wygrała, bo mężczyzna w końcu wzruszył ramionami i gestem zaprosił Lydię do środka. Bus ruszył w dalszą drogę.
Kurczowo ścisnęła dziecko za rękę i - targając walizę - zaczęli się przepychać między siedzeniami do ostatniego rzędu. Hinduska w kwiecistej chuście na głowie przesunęła się, robiąc im miejsce. Lydia z westchnieniem ulgi usiadła na metalowej ławeczce. Niewygodnie, ale za to nie ma tapicerki, w której mogłyby gnieździć się insekty.
Kobieta odsłoniła w uśmiechu czerwone dziąsła, kulkę przeżutego betelu i nieliczne różowe zęby. Lydia uśmiechnęła się na myśl, że jest jedyną białą kobietą wśród tłoczących się w busie Malajów, nielicznych Chińczyków w czarnych workowatych spodniach i tamilskich robotnic w sari. Widziała, jak ją obserwują, i choć nie rozumiała, co mówią, czuła, że jej obecność jest im nie w smak. Myślała, że nieźle radzi sobie z językiem malajskim, ale teraz zdała sobie sprawę, że to dotyczy tylko sytuacji, gdy ktoś zwraca się specjalnie do niej i mówi wolno i wyraźnie. A ci rozmawiali między sobą, mówili, co chcieli. Nic ich nie obchodziło, że ona jest właścicielką ogromnego domu, gdzie zatrudnia służbę.
Uśmiechnęła się do wszystkich i ludzie zaczęli stopniowo odwracać od niej wzrok. Bus jechał zygzakiem, podrygując na drodze będącej de facto tunelem wśród zieleni, a ona patrzyła w okno.
Rejestrowała wzrokiem mijane widoki, a w sercu pojawił się ból. Objęła dziecko ramieniem i chłopiec oparł się o nią. Do czasu, zanim oddała serce swoim dzieciom, właściwie nie wiedziała, czym jest miłość. I teraz zrobiłaby wszystko, żeby być z nimi.
Po chwili usłyszała odgłos szeleszczącego papieru i spod opadających powiek zobaczyła, że Hinduska częstuje Maznana ciastkiem. Wziął jedno i zaraz nadstawił ręce po więcej. Kobieta uśmiechnęła się, wyciągnęła z torebki jeszcze dwa ciastka. Jedno dała chłopcu i trąciła lekko Lydię, podając jej drugie.
Rozkoszując się słodkim aromatem cynamonu i gałki muszkatołowej, Lydia usiłowała w kilku słowach podziękować, ale kobieta przerwała jej.
- Mów po angielsku - powiedziała, podając butelkę z herbatą o cytrusowym smaku i mały żółty placuszek. - Dobre ciastko. Trzymaj z dala od pontianaka.
- Pontianaka?
- To zły duch nieżywej kobiety. Przyjdzie i zabierze ci twoje dziecko. To ciastko go ochroni - powiedziała kobieta, wskazując palcem Maznana.
- Och, nie, to nie mój syn. Moje dzieci są na północy, z moim mężem. On jest... - Przerwała. Hinduska uśmiechnęła się i dała do zrozumienia, że zamienia się w słuch.
- To... - znowu przerwała - ... syn znajomych.
Kobieta nie wyglądała na przekonaną.
Lydia westchnęła, odwróciła ku sobie twarz chłopca i dotknęła jego gładkiego policzka.
- To dobry dzieciak.
Maznan uśmiechnął się.
Ludzie zaczęli przysypiać, a ich chrapanie i poświstywanie jakoś dziwnie uspokajało.
Tęsknota Lydii za rodziną rosła z każdą chwilą. Za dziewczynkami. I za Alekiem też. To był jej pierwszy poznany na jakimś przyjęciu mężczyzna. Zamknęła oczy i pomyślała o tamtym wieczorze.
Taka typowa impreza czasu wojny. Zobaczyła go, jak stał na zewnątrz i opierał się o mur. Wysoki starszy mężczyzna w mundurze. Podrapał się po nodze, a gdy usłyszał jej kroki, gwałtownie odwrócił się w jej kierunku. Miała na sobie dopasowaną w talii zieloną sukienkę w paski. Jako osiemnastolatce zaimponowało jej zainteresowanie mężczyzny.
- Palisz? - zapytał, otwierając paczkę woodbinesów.
Zawahała się i jednak wyciągnęła jednego.
Przyglądała się jego twarzy. Była strasznie chuda i co chwila pojawiało się na niej coś w rodzaju grymasu.
- Może gdzieś usiądziemy? - zaproponowała.
Wzruszył ramionami.
- Nie znoszę siedzieć, jeśli mam być szczery.
- RAF?
- Chyba widać - odparł, unosząc brwi.
- To dlaczego nie palisz playersów airmanów? - spytała, potrząsając lekko włosami.
Tak wiele się zmieniło od tamtego czasu. Nareszcie stała się kimś. Żoną, matką. A teraz już po raz trzeci, odkąd zamieszkali na Malajach, będzie zaczynać wszystko od nowa, w nowym miejscu.
Wyjrzała przez okno, zmrużyła oczy, chroniąc je przed jaskrawym światłem. W głowie tkwiło jej coś tępego, ciężkiego. Zielone, kołyszące koronami drzewa ustępowały miejsca następnym, jeszcze bardziej zielonym. Monotonia. Po raz kolejny zaczynają z Alekiem od początku. Nowe otwarcie. Jakby wciąż czegoś szukali.
Po raz drugi spotkali się w edynburskim barze Fiddler's Arms. Jedli sandwicze z mielonką i sałatą. Zaprosił ją do swojej kwatery na kawę. Zaciągnął zaciemniającą zasłonę i, trzymając w ręku niedopałek, zgasił lampę. Przy obowiązkowym zaciemnieniu zakazane było nawet palenie papierosów. Przypadkowo musnął w ciemności palcem jej szyję i poczuła, że się czerwieni.
- Słyszałeś o facecie, którego ukarali grzywną, bo zapalił zapałkę, żeby poszukać swojej sztucznej szczęki? - zażartowała, chcąc pokryć zmieszanie.
Nie zaśmiał się, tylko wyjął butelkę "polowej kawy". Na etykiecie hinduski lokaj obsługiwał oficera w szkockim kilcie, który rozsiadł się wygodnie i sączył rzeczony napitek.
Gdy pojawiła się perspektywa oddelegowania go na Malaje, zaczął snuć wizje rozświetlonego gwiazdami tropikalnego nieba, drinków z owocowych likierów firmy Pimm's, leniuchowania na srebrzystych, otoczonych palmami plażach. Oczywiście przedtem musieli wziąć ślub.
Westchnęła. Z jakąż radością zamieniłaby teraz to wszystko na stary, dobry, angielski klimat. Pomyślała, że bardzo brakuje jej zmieniających się pór roku, gdy nagle usłyszała głośny huk i autobusem zakołysało tak, że zaskoczeni pasażerowie zaczęli wpadać na siebie nawzajem. Rozległ się głuchy łomot i pojazd gwałtownie się zatrzymał. Na zewnątrz słychać było wydawane po chińsku rozkazy, co brzmiało jak piskliwe szczekanie. Przyciągnęła chłopca bliżej i sprawdziła, czy nic mu nie jest. Patrzył na nią wielkimi oczami, jakby badał, czy naprawdę może jej zaufać.
Poklepała go po ramieniu i szepnęła do Hinduski:
- Co się stało?
Kobieta położyła palec na ustach i zarzuciła Lydii na głowę swoją kwiecistą chustę.
- Partyzanci. Nie podnoś oczu - poleciła. - Oprzyj się o mnie.
Lydia nakryła też chustą chłopca i wtuliła w nią twarz. Przypomniał się jej błysk wybuchu granatu rzuconego w tłum na targowisku i strach - niczym piorun - przeszył ją od stóp do głów. Komuniści. Czego oni chcą? Czy przyszli wcielać ludzi do Min Yuen, wspierającej ich organizacji, czy po coś gorszego? Podniosła oczy i ujrzała chudych, obdartych bojowników, wyciągających z autobusu dwóch siedzących z przodu Chińczyków. Przypomniały się jej opowieści o okrucieństwach popełnianych przez terrorystów. Spuściła wzrok, zdając sobie sprawę, że ci wszyscy, którzy teraz sztywno siedzą z przodu, muszą być w głębokim szoku. Chłopczyk zaczął odliczać. Satu, dua.
Przez zakurzoną szybę można było dostrzec, że droga biegnie w głąb dżungli. Dwóch Chińczyków przywiązano do wysokiego drzewa, a z autobusu wyciągnięto jeszcze kilkoro ludzi. Skrępowano im ręce. Krzyczeli piskliwie niczym makaki, gdy poparzą sobie pyszczki ostrą papryczką. Ciągnięto ich kilka metrów, potem popchnięto w kierunku drogi i kazano biec. Resztę pozostawiono w busie.
Lydia i Hinduska wymieniły spojrzenia. Kobieta wzruszyła ramionami z niepewnym wyrazem twarzy. Rozległy się strzały, chłopiec zaczął się trząść; Lydia przygryzła wargę i starała się za wszelką cenę nie patrzeć za okno. Echo wystrzałów zamilkło, zapadła cisza, a w jej głowie pojawiła się mrożąca krew w żyłach myśl. Sięgnęła po medalion i ścisnęła go z całych sił.
Na zewnątrz wciąż śpiewały ptaki. Zaryzykowała i wyjrzała przez okno. W miejsce strachu pojawiła się złość. Nie o takich Malajach marzyła, życie w tym kraju miało wyglądać zupełnie inaczej. Alec ani słowem nie wspomniał o bezustannej walce z brzęczącymi moskitami, o duchocie, otaczającej cię zewsząd niczym mur nie do przebicia. Ani o wojnie powstańczej, zwanej przez Anglików kryzysem czy stanem wyjątkowym.
Z przodu pojazdu zauważyła siedzącego nieruchomo mężczyznę z ogoloną głową. Do tej pory go nie dostrzegła, ale teraz bus był w połowie pusty, więc mogła się przyjrzeć gładkiej brązowej czaszce i ramionom. Człowiek - znacznie wyróżniający się wzrostem - miał na sobie malajską tunikę w spłowiałych kolorach oraz znoszony srebrno-turkusowy sarong. Nie wyglądał na typowego Malaja, raczej na kogoś bardziej kosmopolitycznego. Jakiś Eurazjata? Kątem oka dojrzała zbliżających się do niej przejściem między siedzeniami dwóch bojowników. Spojrzała na nich i wstrzymała oddech. Jeden z nich, gdy mijał wysokiego mężczyznę, przejechał językiem po zębach, unosząc pogardliwie górną wargę. Wysoki zwrócił się w jej kierunku z poważnym wyrazem twarzy. Ciemnymi oczami uważnie śledził, jak buntownicy zbliżają się do niej. Był cały spięty, jakby czaił się do skoku. Na moment ich spojrzenia się spotkały.
Hinduska objęła Lydię i dziecko ramieniem. Ale to nie wyszło nikomu na dobre. Całej trójce kazano, pod lufami karabinów, opuścić pojazd. Lydii serce stanęło w piersi, ale chłopiec podniósł się natychmiast i wyciągnął do niej rękę. Wstała. Tyłek zdrętwiał jej od siedzenia na twardym metalu. Przez okno dostrzegła nadciągającą niską, ciemną chmurę. Z trudem opuściła autobus, nie przestając mocno ściskać ręki chłopca.