Rozłączy ich śmierć - Nora Roberts

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Nie, zabić go to za mało.

Śmierć ozna­czała kres, wyzwo­le­nie. Poszedłby do pie­kła, co do tego nie miała wąt­pli­wo­ści, a tam cier­piałby wie­czy­ste męki. Chciała, by spo­tkał go taki los -?kie­dyś. Na razie jed­nak wolała, by cier­piał na jej oczach.

Kłam­liwy, nie­wierny sukin­syn! Chciała, by ze łzami w oczach bła­gał o wyba­cze­nie i płasz­czył się przed nią, jak nędzny szczur, któ­rym był. Żeby krew pły­nęła mu z uszu, żeby pisz­czał jak panienka. Chciała zawią­zać mu tego zdra­dziec­kiego kutasa na supeł i słu­chać roz­pacz­li­wych, darem­nych wołań o litość.

Pra­gnęła dotąd tłuc pię­ściami tę jego zwod­ni­czo piękną twarz, aż zmieni się w krwawą, zaro­piałą mia­zgę.

Dopiero kiedy już nie będzie miał ani fiuta, ani twa­rzy, drań będzie mógł umrzeć. Powoli, w męczar­niach.

Nikt, ale to nikt nie będzie zdra­dzał Revy Ewing.

Zje­chała na bok i zatrzy­mała wóz na zewnętrz­nym pasie mostu Queens­boro. Musiała ochło­nąć i zebrać siły, zanim ruszy dalej. Tak się bowiem skła­dało, że Revę Ewing ktoś zdra­dził. Męż­czy­zna, któ­rego kochała, poślu­biła i któ­remu bez­gra­nicz­nie ufała, teraz, w tej chwili, był w łóżku z inną kobietą.

Doty­kał jej, sma­ko­wał tymi wpraw­nymi, kłam­li­wymi ustami, dopro­wa­dzał ją do sza­leń­stwa zręcz­nymi, oszu­kań­czymi dłońmi.

I nie była to pierw­sza lep­sza kobieta, lecz przy­ja­ciółka. Druga osoba, którą Reva kochała, któ­rej ufała i wie­rzyła, na któ­rej pole­gała.

Powie­dzieć, że na tę myśl dosta­wała furii, to za mało. Świa­do­mość, że mąż pod jej nosem zdra­dzał ją z przy­ja­ciółką, była wię­cej niż bole­sna. Naj­gor­szy oka­zał się wstyd, że dała z sie­bie zro­bić typową zdra­dzaną żonę, niczego nie­podej­rze­wa­jącą idiotkę, która ślepo wie­rzyła nie­wier­nemu mężowi, ile razy mówił, że musiał dłu­żej zostać w pracy, zjeść kola­cję biz­ne­sową z klien­tem czy wyje­chać na parę dni z mia­sta, by zała­twić bądź dostar­czyć zamó­wie­nie.

Jesz­cze gor­sze jest to, pomy­ślała Reva, pod­czas gdy obok niej śmi­gały samo­chody, że to wła­śnie ona dała się tak łatwo oszu­kać. Do licha, prze­cież była spe­cja­listką do spraw bez­pie­czeń­stwa. Prze­pra­co­wała pięć lat w Secret Service i zanim prze­szła do pry­wat­nego kon­sor­cjum, ochra­niała samą panią pre­zy­dent. Gdzie się podział jej instynkt, gdzie miała oczy i uszy?

Jak to moż­liwe, że Blair wra­cał do niej co wie­czór, świeżo po spo­tka­niu z inną kobietą, a ona niczego nie zauwa­żyła?

To przez to, że go kochała, przy­znała Reva sama przed sobą. Była szczę­śliwa, bez­gra­nicz­nie szczę­śliwa, wie­rząc, że taki męż­czy­zna, jak Blair -?wyra­fi­no­wany i piękny -?kochał ją i jej pra­gnął.

Był taki przy­stojny, taki uta­len­to­wany, taki mądry. Ele­gancki arty­sta o ciem­nych, jedwa­bi­stych wło­sach i szma­rag­do­wych oczach. Wpa­dła po uszy, przy­po­mniała sobie Reva, kiedy tylko na nią spoj­rzał i posłał jej ów zabój­czy uśmiech. Pół roku póź­niej byli już mał­żeń­stwem i miesz­kali w dużym, ustron­nym domu w Queens.

Dwa lata, pomy­ślała. Przez dwa lata dawała mu wszystko, co miała, odkry­wała przed nim duszę i kochała go całą sobą. A on w tym cza­sie robił z niej idiotkę.

Teraz za to zapłaci. Pospiesz­nie otarła łzy z policz­ków i się­gnęła do ukry­tych głę­boko w sercu pokła­dów gniewu. Wkrótce Blair Bis­sel prze­kona się, na co ją stać.

Włą­czyła się z powro­tem w sznur samo­cho­dów i peł­nym gazem poje­chała na Upper East Side, na Man­hat­tan.

* * *

Ta suka, zło­dziejka cudzych mężów, jak Reva w myślach okre­ślała swoją byłą przy­ja­ciółkę, Feli­city Kade, miesz­kała w uro­czej odre­stau­ro­wa­nej kamie­nicy nie­opo­dal pół­noc­nego krańca Cen­tral Parku. Zamiast wspo­mi­nać chwile spę­dzone tam na ofi­cjal­nych przy­ję­ciach, pry­wat­nych kola­cjach i słyn­nych nie­dziel­nych lun­chach Feli­city, Reva sku­piła myśli na zabez­pie­cze­niach domu.

A te były dobre. Feli­city była kolek­cjo­nerką sztuki i strze­gła swo­ich zbio­rów jak pies. Reva poznała ją przed trzema laty, kiedy pomo­gła zapro­jek­to­wać i zamon­to­wać sys­tem alar­mowy w apar­ta­men­cie.

Potrzeba byłoby eks­perta, by dostać się do środka, tam zaś cze­kały jesz­cze sys­temy awa­ryjne i dodat­kowe zabez­pie­cze­nia, które powstrzy­ma­łyby wszyst­kich prócz abso­lut­nej elity wła­my­wa­czy.

Kiedy jed­nak czło­wiek zara­biał na życie -?i to cał­kiem nie­źle - szu­ka­niem luk w zabez­pie­cze­niach, to takowe na ogół znaj­do­wał. Reva przy­je­chała uzbro­jona w dwa zakłó­ca­cze, pod­ra­so­wany palm­top, zdo­byty na lewo poli­cyjny kod uni­wer­salny i para­li­za­tor, któ­rym zamie­rzała potrak­to­wać tego krę­ta­cza Bla­ira.

A potem, cóż, sama jesz­cze nie wie­działa, co zrobi. Będzie impro­wi­zo­wać.

Dźwi­gnęła torbę z narzę­dziami, wci­snęła para­li­za­tor do tyl­nej kie­szeni i wyszła na cie­pły wrze­śniowy wie­czór, kie­ru­jąc się ku drzwiom wej­ścio­wym.

Idąc, włą­czyła pierw­szy zakłó­cacz, wie­działa bowiem, że po uzy­ska­niu dostępu do panelu zewnętrz­nego będzie miała tylko pół minuty. Pod­czas gdy na urzą­dze­niu migały kolejne cyfry, Reva z biją­cym ser­cem odli­czała czas.

Trzy sekundy przed uru­cho­mie­niem alarmu zakłó­cacz ścią­gnął pierw­szy kod. Reva wypu­ściła powie­trze z ust i zer­k­nęła w górę, na ciemne okna.

-?Rób­cie swoje, cho­lerne gołą­beczki -?mruk­nęła, nasta­wia­jąc drugi zakłó­cacz. -?Trzeba mi jesz­cze tylko kilku minut. Wtedy zacznie się impreza.

Usły­szała za ple­cami war­kot prze­jeż­dża­ją­cego samo­chodu i zaklęła cicho, kiedy zaha­mo­wał. Zer­k­nęła przez ramię i zoba­czyła sto­jącą przy kra­węż­niku tak­sówkę, z któ­rej wysia­dła roze­śmiana para w stro­jach wie­czo­ro­wych. Reva przy­su­nęła się do drzwi, cho­wa­jąc się głę­biej w cie­niu. Uru­cho­miła wier­tarkę, aby zdjąć boczną ściankę czyt­nika dłoni. Przy oka­zji zauwa­żyła, że domowy android Feli­city nawet śrubki wyczy­ścił na wysoki połysk.

Pod­łą­czyw­szy palm­top kablem gru­bo­ści włosa, wpro­wa­dziła kod pozwa­la­jący obejść zabez­pie­cze­nia i w napię­ciu cze­kała, aż zosta­nie zaak­cep­to­wany. Sta­ran­nie zało­żyła ściankę z powro­tem i korzy­sta­jąc z dru­giego zakłó­ca­cza, zajęła się gło­śni­kiem.

Ska­no­wa­nie tym razem trwało dłu­żej, całe dwie minuty, ale w końcu usły­szała zapis ostat­nio wypo­wie­dzia­nych słów i przez ogar­nia­jącą ją wście­kłość prze­bił się dresz­czyk pod­nie­ce­nia.

"August Rem­brandt".

Reva wykrzy­wiła pogar­dli­wie usta na dźwięk głosu fał­szy­wej przy­ja­ciółki, wypo­wia­da­ją­cego hasło. Teraz pozo­sta­wało tylko wpro­wa­dzić sko­pio­wany kod, a potem upo­rać się z ostat­nim, ręcz­nym zam­kiem.

Wśli­znęła się do środka, zamknęła drzwi i z przy­zwy­cza­je­nia ponow­nie włą­czyła sys­tem alar­mowy.

Spo­dzie­wa­jąc się, że zaraz zjawi się domowy android i spyta, w jakiej spra­wie przy­szła, trzy­mała para­li­za­tor w sta­nie goto­wo­ści. Android roz­po­zna ją, rzecz jasna, i to da jej dość czasu, by prze­pa­lić mu obwody i usu­nąć go z drogi.

W domu jed­nak pano­wała cisza, android nie wszedł do przed­po­koju. A zatem wyłą­czyli go na noc, pomy­ślała ponuro. Żeby mieć odro­binę wię­cej pry­wat­no­ści.

Poczuła zapach róż, które Feli­city zawsze trzy­mała w wazo­nie w przed­po­koju -?różo­wych, wymie­nia­nych co tydzień. Obok wazonu stała zapa­lona lampka, ale Reva jej nie potrze­bo­wała. Znała drogę na pamięć. Skie­ro­wała się pro­sto do scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro. Do sypialni.

Na pode­ście zoba­czyła coś, co spra­wiło, że znów zawrzała w niej furia. Przez poręcz, ciśnięta nie­dbale, prze­wie­szona była lekka skó­rzana kurtka Bla­ira. Ta sama, którą zeszłej wio­sny dostał od niej na uro­dziny, a którą tego ranka zarzu­cił od nie­chce­nia na ramię, kiedy cało­wał uko­chaną żonę na poże­gna­nie, wma­wiał jej, jak strasz­nie będzie za nią tęsk­nił, i muska­jąc ją nosem po szyi, narze­kał, jak bar­dzo nie chce mu się ni­gdzie jechać, nawet na tak krótko.

Reva pod­nio­sła kurtkę do oczu. Kiedy poczuła jego zapach, roz­pacz o mało nie przy­ćmiła gniewu.

Aby ją odpę­dzić, wycią­gnęła z torby wier­tarkę i po cichu pocięła kurtkę na strzępy. Rzu­ciła ją na pod­łogę i pode­ptała.

Z twa­rzą pała­jącą gnie­wem posta­wiła torbę na pod­ło­dze i wyjęła z kie­szeni para­li­za­tor. Pod­cho­dząc do sypialni, zoba­czyła migo­czące świa­tło. Świece. Poczuła ich woń, przy­po­mi­na­jącą zapach ostrych, kobie­cych per­fum. Dobie­gły ją też ciche dźwięki muzyki -?coś kla­sycz­nego, pasu­ją­cego do róż i świec zapa­cho­wych.

Cała Feli­city, pomy­ślała Reva z wście­kło­ścią. Wszystko takie kobiece, sub­telne i ide­alne. Ona sama wola­łaby, by tłem tej kon­fron­ta­cji było coś nowo­cze­snego, ostrego.

Na przy­kład cza­dowa muzyka Mavis Fre­estone.

Z dru­giej strony, w gło­wie tak jej huczało ze zło­ści i wywo­ła­nego zdradą bólu, że ledwo sły­szała muzykę. Lekko pchnęła nogą drzwi i wsu­nęła się do środka.

Zoba­czyła zarys dwóch postaci sku­lo­nych pod jedwabną koron­kową narzutą. Zasnęli, pomy­ślała z gory­czą. Wtu­leni w sie­bie, roz­grzani i odprę­żeni po sek­sie.

Ich ubra­nia leżały na krze­śle, rzu­cone nie­dbale, jakby tym dwojgu strasz­nie się spie­szyło, by wziąć się do rze­czy. Kiedy zoba­czyła bez­ładną stertę ciu­chów, serce pękło jej na setki kawał­ków.

Wzięła się w garść i pode­szła do łóżka, ści­ska­jąc para­li­za­tor w dłoni.

-?Pobudka, zasrańcy.

I zerwała z nich jedwabną koron­kową narzutę.

Krew. O mój Boże, krew. Była wszę­dzie, na cia­łach, na pościeli. Na jej widok Revie zakrę­ciło się w gło­wie. Kiedy poczuła jej zapach, zapach śmierci zmie­szany z wonią kwia­tów i świec, zakrztu­siła się i zato­czyła do tyłu.

-?Blair? Blair?

Krzyk­nęła, by opa­no­wać szok i zmu­sić się do dzia­ła­nia. Nabrała powie­trza do ust, chcąc krzyk­nąć raz jesz­cze, i rzu­ciła się naprzód.

Coś wyło­niło się z cie­nia. Zauwa­żyła ruch i poczuła inny zapach -?ostry, szpi­talny. Wypeł­nił jej gar­dło, płuca.

Odwró­ciła się, sama nie wie­dząc, czy po to, by ucie­kać, czy żeby się bro­nić, i usi­ło­wała pły­nąć w powie­trzu, ale nagle zmie­niło się ono w wodę. Nie miała jed­nak siły, nie czuła rąk ani nóg i po chwili oczy jej się zamknęły.

Runęła bez­wład­nie na pod­łogę, obok zmar­łych, któ­rzy ją zdra­dzili.

1

Porucz­nik Eve Dal­las, jedna z naj­lep­szych nowo­jor­skich poli­cjan­tek, leżała naga, krew huczała jej w uszach, a serce łomo­tało jak młot pneu­ma­tyczny. Z wysił­kiem nabrała gło­śno tchu i uznała, że to na razie wystar­czy.

Po co komu powie­trze, kiedy orga­nizm docho­dzi do sie­bie po praw­dzi­wie spek­ta­ku­lar­nym sek­sie?

Jej mąż leżał pod nią, cie­pły, twardy, mil­czący. Wszystko zda­wało się pozo­sta­wać w bez­ru­chu, oprócz ich serc, biją­cych przy sobie. Tak było aż do chwili, kiedy Roarke pod­niósł jedną z tych nie­sa­mo­wi­tych dłoni i prze­su­nął nią po jej ple­cach, od karku po pośladki.

-?Jak chcesz, żebym się ruszyła -?wymam­ro­tała -?wybij to sobie z głowy.

-?Nie o głowę się mar­twię.

Uśmiech­nęła się w ciem­no­ściach. Uwiel­biała dźwięk jego głosu, pobrzmie­wa­jącą w nim irlandzką nutę.

-?Nie­złe powi­ta­nie, zwłasz­cza że nie było cię nie­całe czter­dzie­ści osiem godzin.

-?To takie miłe zakoń­cze­nie krót­kiej wycieczki do Flo­ren­cji.

-?Nie pyta­łam cię jesz­cze, czy wpa­dłeś do Irlan­dii zoba­czyć się z... - zawa­hała się na chwilę. Wciąż dziw­nie się czuła na myśl o tym, że Roarke ma rodzinę. -?...Z rodziną?

-?A tak, ow­szem. Na kilka godzin. Było miło. -?Cią­gle gła­dził ją po ple­cach, powoli, w górę i w dół, w górę i w dół, aż jej serce uspo­ko­iło się, a powieki stały się cięż­kie. -?Bar­dzo to dziwne, nie?

-?W końcu się przy­zwy­cza­isz.

-?A jak się miewa twoja nowa part­nerka?

Eve przy­tu­liła się do niego, myśląc o swo­jej byłej asy­stentce, Peabody, i o tym, jak Delia radziła sobie po nie­daw­nym awan­sie.

-?Peabody jest dobra. Na razie łapie rytm. Wła­śnie wezwano nas do kłótni rodzin­nej, która źle się skoń­czyła. Dwaj bra­cia pożarli się o spa­dek. Zaczęli tłuc się po pyskach, jeden fik­nął ze scho­dów i skrę­cił sobie ten swój durny kark. Drugi posta­no­wił więc upo­zo­ro­wać wła­ma­nie. Zawi­nął w koc rze­czy, o które się pokłó­cili, i wrzu­cił je do bagaż­nika samo­chodu. Czyżby myślał, że tam nie zaj­rzymy?

Roarke zachi­cho­tał, sły­sząc drwinę w jej gło­sie. Eve stur­lała się na bok i prze­cią­gnęła.

-?W każ­dym razie sprawa była pro­sta jak drut, więc odda­łam ją Peabody.

Jak już odzy­skała mowę, spi­sała się na medal. Ekipa zajęła się zabez­pie­cza­niem dowo­dów, a Delia zwy­czaj­nie zabrała tego palanta do kuchni, posie­działa z nim, cała życz­liwa, i wci­snęła mu tę swoją gadkę o rodzi­nie. Po dzie­się­ciu minu­tach wszystko wyśpie­wał. Ma zarzut o nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci.

-?Tylko pogra­tu­lo­wać.

-?Dziew­czyna poczuje się tro­chę pew­niej. -?Prze­cią­gnęła się znowu. -?Po tym, co prze­szły­śmy w lecie, przyda nam się kilka takich bła­ho­stek. Tro­chę odpocz­niemy.

-?Mogła­byś wziąć kilka dni urlopu. Wtedy odpo­czę­ła­byś naprawdę.

-?Zacze­kajmy parę tygo­dni. Chcę mieć pew­ność, że Peabody da sobie radę, jeśli zosta­wię ją samą.

-?No to jeste­śmy umó­wieni. Och, przez to twoje... entu­zja­styczne powi­ta­nie, choć bar­dzo miłe, był­bym zapo­mniał. -?Wstał z łóżka i wydał pole­ce­nie, by świa­tła włą­czyły się na dzie­sięć pro­cent mocy.

W ich deli­kat­nym bla­sku mogła przy­glą­dać się, jak Roarke scho­dzi z sze­ro­kiego pod­wyż­sze­nia, na któ­rym stało łóżko, i kie­ruje się do małej torby podróż­nej. Z przy­jem­no­ścią patrzyła na jego zwinne ruchy, przy­wo­dzące na myśl smu­kłego, peł­nego gra­cji kota.

Czy była to wro­dzona zręcz­ność, zasta­na­wiała się, czy też nabył jej, kiedy w dzie­ciń­stwie ucie­kał przed poli­cją i okra­dał prze­chod­niów na uli­cach Dublina? Bez względu na to, czemu ją zawdzię­czał, dobrze mu słu­żyła i wtedy, gdy był prze­bie­głym chło­pa­kiem, i teraz, kiedy już jako prze­bie­gły męż­czy­zna zbu­do­wał impe­rium oparte na odwa­dze, prze­bie­gło­ści i dia­bel­skim wprost geniu­szu.

Kiedy odwró­cił się i zoba­czyła jego twarz w przy­ciem­nio­nym świe­tle, do głębi prze­nik­nęło ją uczu­cie nie­opi­sa­nej miło­ści, połą­czo­nej ze zdu­mie­niem, wywo­łane myślą, że ten męż­czy­zna należy do niej -?że ktoś tak piękny może do niej nale­żeć.

Wyglą­dał jak dzieło sztuki wyrzeź­bione przez genial­nego cza­ro­dzieja. Mocno zary­so­wane kości policz­kowe, duże usta ema­nu­jące zmy­słową magią. Oczy w kolo­rze dzi­kiego cel­tyc­kiego błę­kitu, pod któ­rych spoj­rze­niem zawsze czuła ucisk w gar­dle. A cały ten cudowny obraz obra­mo­wany czar­nymi, spły­wa­ją­cymi pra­wie do ramion wło­sami, do któ­rych dło­nie same jej się wycią­gały.

Byli mał­żeń­stwem już prze­szło rok i wciąż zda­rzały się chwile, nie­ocze­ki­wane chwile, kiedy na jego widok serce zamie­rało jej w piersi.

Pod­szedł, usiadł przy niej, ujął ją pod pod­bró­dek i prze­su­nął kciu­kiem po małym dołeczku.

-?Moja droga Eve, tak cicha pośród mroku. -?Musnął ustami jej czoło. - Mam dla cie­bie pre­zent.

Zamru­gała i od razu się odsu­nęła. Roarke się uśmiech­nął. Zawsze tak reago­wała na pre­zenty. Jego uśmiech stał się jesz­cze szer­szy, kiedy spoj­rzała z nie­po­ko­jem na dłu­gie, wąskie pudełko, które trzy­mał w dłoni.

-?Nie ugry­zie -?zapew­nił.

-?Nie było cię nie­całe dwa dni. To chyba za krótko na pre­zent.

-?Tęsk­ni­łem za tobą już po dwóch minu­tach.

-?Mówisz tak, żeby mnie zmięk­czyć.

-?Co nie zna­czy, że kła­mię. Otwórz pudełko, Eve, i powiedz: "dzię­kuję, Roarke".

Prze­wró­ciła oczami, ale pod­nio­sła wieczko.

Zoba­czyła bran­so­letkę z wytra­wio­nymi w zło­cie małymi, lśnią­cymi rom­bami i osa­dzo­nym na środku gład­kim w dotyku kamie­niem -?sądząc z jego krwi­sto­czer­wo­nej barwy, ani chybi był to rubin -?wiel­ko­ści jej kciuka.

Wyglą­dała na stary, bez­cenny klej­not o wiel­kim zna­cze­niu. Eve poczuła ucisk w żołądku.

-?Roarke...

-?A gdzie "dzię­kuję"?

-?Roarke -?powtó­rzyła. -?Zaraz mi powiesz, że to nale­żało do jakiejś wło­skiej hra­biny albo...

-?Księż­niczki -?uści­ślił, wyjął bran­so­letkę i wsu­nął na jej nad­gar­stek. -?Szes­na­sto­wiecz­nej. Teraz należy do kró­lo­wej.

-?Pro­szę cię.

-?No, może tro­chę prze­sa­dzi­łem. W każ­dym razie pasuje do cie­bie.

Nie była miło­śniczką bły­sko­tek, choć Roarke obsy­py­wał ją nimi przy każ­dej oka­zji. Ta bran­so­letka miała jed­nak w sobie... coś, pomy­ślała Eve i unio­sła rękę tak, żeby świa­tło padło na kamień i wytra­wiony wzór.

-?A jak ją zgu­bię albo zepsuję?

-?Byłoby szkoda. Do tego czasu będzie mi przy­jem­nie patrzeć, jak ją nosisz. Na pocie­sze­nie powiem ci, że ciotka Sinead prze­żyła taki sam wstrząs na widok naszyj­nika, który jej kupi­łem.

-?Zro­biła na mnie wra­że­nie osoby roz­sąd­nej.

Pocią­gnął ją za kosmyk wło­sów.

-?Damy mojego serca są dość roz­sądne, by pogo­dzić się z tym, że obda­ro­wy­wa­nie ich spra­wia mi tak wielką przy­jem­ność.

-?Zgrab­nie to ują­łeś. Bran­so­letka jest piękna. -?I musiała przy­znać, przy­naj­mniej w głębi ducha, że leżała na jej nad­garstku, jak ulał. -?Nie mogę nosić jej do pracy.

-?Fakt. Z dru­giej strony, teraz bar­dzo ci z nią do twa­rzy. Kiedy nie masz na sobie nic poza nią.

-?Nawet o tym nie myśl. Moja zmiana zaczyna się za... sześć godzin - obli­czyła, zer­k­nąw­szy na zegar.

Widząc zna­jomy błysk w jego oku, zmru­żyła powieki. Jed­nak zanim zdą­żyła dla for­mal­no­ści zapro­te­sto­wać, zabrzę­czało łącze przy łóżku.

-?Twój sygnał. -?Wska­zała je ruchem głowy i stur­lała się z łóżka. - Przy­naj­mniej kiedy to do cie­bie dzwo­nią o dru­giej w nocy, wia­domo że nikt nie umarł.

Poszła do łazienki. Zanim zamknęła drzwi, usły­szała, jak Roarke każe zablo­ko­wać wizję i odbiera połą­cze­nie.

Nie spie­szyła się. Po namy­śle chwy­ciła wiszący na drzwiach szla­frok, w razie gdyby mąż jed­nak włą­czył wizję z powro­tem.

Kiedy zawią­zu­jąc pasek, weszła do sypialni, Roarke stał już przy gar­de­ro­bie.

-?Kto to był?

-?Caro.

-?Musisz wyjść? O dru­giej w nocy? -?Ton, jakim wypo­wie­dział imię swo­jej asy­stentki, spra­wił, że włosy zje­żyły jej się na karku. -?Co się stało?

-?Eve. -?Pospiesz­nie wcią­gnął spodnie i wyjął pasu­jącą do nich koszulę. -?Chcę cię pro­sić o przy­sługę. Wielką przy­sługę.

Prosi mnie nie jako żonę, lecz jako poli­cjantkę, pomy­ślała.

-?O co cho­dzi?

-?Jedna z moich pra­cow­nic ma kło­poty. -?Roarke wło­żył koszulę, nie odry­wa­jąc oczu od Eve. -?Duże kło­poty. A jed­nak ktoś umarł.

-?Kogoś zabiła?

-?Nie. -?Ponie­waż Eve nie ruszała się z miej­sca, pod­szedł do jej gar­de­roby i zaczął wyj­mo­wać ubra­nie. -?Jest zdez­o­rien­to­wana i prze­ra­żona, i według Caro mówi bez ładu i składu. To do niej nie­po­dobne. Pra­cuje w dziale bez­pie­czeń­stwa. Zaj­muje się głów­nie pro­jek­to­wa­niem i insta­la­cją sys­te­mów. Jest twarda jak głaz. Przez kilka lat była w Secret Service, nie­ła­two ją wypro­wa­dzić z rów­no­wagi.

-?Nie powie­dzia­łeś, co się stało.

-?Zna­la­zła męża z przy­ja­ciółką w łóżku, w miesz­ka­niu tejże przy­ja­ciółki. Byli mar­twi. Kiedy tam przy­szła, już nie żyli, Eve.

-?I po zna­le­zie­niu dwóch tru­pów skon­tak­to­wała się z twoją asy­stentką, zamiast wezwać poli­cję.

-?Nie. -?Wci­snął jej w ręce rze­czy, które wybrał. -?Skon­tak­to­wała się z matką.

Eve wbiła w niego wzrok, zaklęła cicho i zaczęła się ubie­rać.

-?Muszę to zgło­sić.

-?Pro­szę cię tylko, żebyś wstrzy­mała się z tym, aż sama wszystko zoba­czysz i poroz­ma­wiasz z Revą. -?Poło­żył ręce na jej dło­niach i nie zabrał ich, dopóki na niego nie spoj­rzała. -?Eve, pro­szę cię, zacze­kaj. Nie musisz zgła­szać cze­goś, czego nie widzia­łaś na wła­sne oczy. Znam tę dziew­czynę. Znam też jej matkę, od kil­ku­na­stu lat, i ufam jej jak mało komu. One potrze­bują two­jej pomocy. Ja też.

Eve zapięła kaburę.

-?No to jedźmy tam. I to szybko.

* * *

Była pogodna noc. Duchota, która dawała się we znaki przez całe lato 2059 roku, ustę­po­wała przed rześ­kim powie­wem nad­cho­dzą­cej jesieni. Ruch był mały i krótka jazda nie wyma­gała od Roarke'a wiel­kiej wprawy ani kon­cen­tra­cji. Eve mil­czała, co wska­zy­wało, że zamknęła się w sobie. O nic nie pytała, nie chciała bowiem żad­nych dodat­ko­wych infor­ma­cji, które mogłyby wpły­nąć na wnio­ski, jakie wycią­gnie z tego, co zoba­czy, usły­szy i wyczuje.

Jej pocią­gła, szczu­pła twarz była napięta, podłużne, zło­to­brą­zowe oczy patrzyły z obo­jęt­no­ścią poli­cjanta. Nawet Roarke nie potra­fił niczego z nich wyczy­tać. Sze­ro­kie usta, któ­rych gorący i miękki dotyk jesz­cze nie­dawno czuł na swo­ich war­gach, były mocno zaci­śnięte.

Zapar­ko­wał na ulicy w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu i włą­czył w samo­cho­dzie pod­świe­tlaną tabliczkę "Na służ­bie", nim zro­biła to Eve.

Bez słowa wysia­dła na chod­nik i sta­nęła pro­sto, wysoka i chuda, z burzą krę­co­nych brą­zo­wych wło­sów wciąż zmierz­wio­nych po sek­sie.

Pod­szedł i deli­kat­nie prze­cze­sał pal­cami czu­prynę Eve, by dopro­wa­dzić ją do jakiego takiego porządku.

-?Dzięki, że zgo­dzi­łaś się to zro­bić.

-?Na razie nie dzię­kuj. Nie­zła chata -?skwi­to­wała, wska­zu­jąc ruchem głowy kamie­nicę z ele­wa­cją z pia­skowca. Zanim weszła na schody, drzwi się otwo­rzyły.

Sta­nęła w nich Caro. Lśniące siwe włosy oka­lały jej głowę sre­brzy­stą aure­olą. Gdyby nie one, Eve mia­łaby kło­pot, by w tej bla­dej kobie­cie w ele­ganc­kiej czer­wo­nej kurtce narzu­co­nej na nie­bie­ską baweł­nianą piżamę poznać chłodną, opa­no­waną asy­stentkę Roarke'a.

-?Dzięki Bogu. Dzięki Bogu. Dzię­kuję, że tak szybko przy­je­cha­li­ście. - Caro wycią­gnęła drżącą rękę i uści­snęła dłoń Roarke'a. -?Nie wie­dzia­łam, co robić.

-?Zro­bi­łaś, co trzeba -?powie­dział Roarke i przy­cią­gnął ją do sie­bie.

Caro sta­rała się powstrzy­mać szloch.

-?Reva... źle z nią, bar­dzo źle. Jest w salo­nie. Na górę nie wcho­dzi­łam. - Odsu­nęła się od Roarke'a i wypro­sto­wała ramiona. -?Uzna­łam, że lepiej, abym tego nie robiła. Niczego nie doty­ka­łam, pani porucz­nik, wzię­łam tylko szklankę z kuchni. Przy­nio­słam Revie wodę, ale doty­ka­łam jedy­nie szklanki i butelki. Aha, i uchwytu lodówki. Ja...

-?W porządku. Może pój­dziesz do córki? Roarke, zostań z nimi.

-?Posie­dzisz kilka minut z córką? -?spy­tał, zwra­ca­jąc się do Caro. -?Ja pójdę z panią porucz­nik. -?Uda­jąc, że nie widzi wyrazu iry­ta­cji na twa­rzy Eve, pogła­dził ramię Caro, by dodać jej otu­chy. -?To nie potrwa długo.

-?Powie­działa... Reva powie­działa, że to było okropne. A teraz sie­dzi tylko i w ogóle się nie odzywa.

-?Niech mil­czy -?pora­dziła Eve. -?Dopil­nuj, żeby została tu, na dole. - Ruszyła na górę. Zer­k­nęła na leżącą na pod­ło­dze skó­rzaną kurtkę, porwaną na strzępy. -?Powie­działa, w któ­rym są pokoju?

-?Nie. Tylko że zna­la­zła ich w łóżku.

Eve zer­k­nęła na pokój po pra­wej stro­nie, potem na ten po lewej. Wtedy poczuła zapach krwi. Ruszyła w głąb kory­ta­rza i zatrzy­mała się pod drzwiami.

Ciała leżały na boku, zwró­cone twa­rzami do sie­bie, tamci dwoje jakby szep­tali sobie jakieś tajem­nice. Pościel, poduszki i leżąca na pod­ło­dze zmięta koron­kowa narzuta były zapla­mione krwią.

Krew wid­niała też na trzonku i ostrzu noża wbi­tego z dużą siłą w mate­rac.

Eve zauwa­żyła czarną torbę przy drzwiach, drogi para­li­za­tor na pod­ło­dze po lewej stro­nie łóżka i bez­ładną stertę ubrań na krze­śle. Świece wciąż się paliły, roz­ta­cza­jąc przy­jemny zapach. Z odtwa­rza­cza pły­nęła łagodna, nastro­jowa muzyka.

-?To nie bła­hostka -?mruk­nęła. -?Podwójne zabój­stwo. Muszę to zgło­sić.

-?Popro­wa­dzisz śledz­two?

-?Tak. Ale jeśli twoja zna­joma jest winna, nie będę mogła jej pomóc.

-?Jest nie­winna.

Cof­nął się o krok, a Eve wyjęła komu­ni­ka­tor.

-?Zabierz Caro do innego pokoju -?powie­działa, kiedy skoń­czyła. -?Byle nie do kuchni -?dodała, zer­k­nąw­szy na nóż. -?Musi tam być jakiś gabi­net, biblio­teka czy coś takiego. Posta­raj się niczego nie doty­kać. Muszę prze­słu­chać tę... jak ona ma na imię? Reva?

-?Reva Ewing, tak.

-?Muszę ją prze­słu­chać i nie chcę, żebyś był przy tym ty albo jej matka. Jeśli chcesz jej pomóc -?dodała, zanim Roarke zdą­żył się ode­zwać -?od tej pory musimy jak naj­ści­ślej trzy­mać się prze­pi­sów. Mówi­łeś, że zaj­muje się spra­wami bez­pie­czeń­stwa.

-?Tak.

-?Skoro ją zatrud­ni­łeś, nie muszę pytać, czy jest dobra.

-?Bar­dzo dobra.

-?A ten tu był jej mężem?

Roarke spoj­rzał na łóżko.

-?Tak. To Blair Bis­sel, arty­sta. Co do jego talentu zda­nia są podzie­lone. Pra­cuje... to zna­czy pra­co­wał w metalu. Zdaje się, że to jego. -?Wska­zał ręką sto­jącą w kącie wysoką, na pierw­szy rzut oka cha­otyczną plą­ta­ninę meta­lo­wych rur i brył.

-?I ludzie płacą za coś takiego? -?Eve pokrę­ciła głową. -?Dziwny jest ten świat. Póź­niej powiesz mi coś wię­cej o Revie, na razie sama się nią zajmę, a potem dokład­niej obej­rzę miej­sce zbrodni. Od jak dawna mieli kło­poty mał­żeń­skie? -?spy­tała, kiedy wyszli z powro­tem na kory­tarz.

-?Nie wie­dzia­łem, że je mieli.

-?No to już nie mają. Zabierz gdzieś Caro -?zako­men­de­ro­wała i ruszyła do salonu, by po raz pierw­szy zoba­czyć Revę Ewing.

Caro obej­mo­wała ramie­niem sie­dzącą obok trzy­dzie­sto­pa­ro­let­nią kobietę o ciem­nych wło­sach, ostrzy­żo­nych krótko i nie­mal tak nie­sta­ran­nie, jak włosy Eve. Nie­zna­joma wyda­wała się drobna, ale dobrze zbu­do­wana, czarny T-shirt i dżinsy pod­kre­ślały jej wyspor­to­waną syl­wetkę.

Miała prze­raź­li­wie białą skórę i ciem­no­szare oczy, które nie­mal poczer­niały od szoku. Jej wargi były bez­barwne i dość wąskie. Kiedy Eve pode­szła, kobieta unio­sła głowę i spoj­rzała przed sie­bie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Oczy miała prze­krwione i pod­puch­nięte, pozba­wione bły­sku żywej inte­li­gen­cji, który Eve spo­dzie­wała się w nich zoba­czyć.

-?Pani Ewing, jestem porucz­nik Dal­las.

Reva wciąż patrzyła na nią tępo, ale lekko poru­szyła głową, jakby prze­szedł ją dreszcz.

-?Muszę zadać pani kilka pytań. Pani matka pój­dzie z Roar­kiem, a my poroz­ma­wiamy.

-?Nie mogła­bym zostać przy niej? -?Caro moc­niej objęła Revę. -?Nie będę prze­szka­dzać, obie­cuję, ale...

-?Caro -?Roarke sta­nął przy niej i wziął ją za rękę -?tak będzie lepiej. -?Deli­kat­nie pod­niósł ją na nogi. -?Lepiej dla Revy. Możesz zaufać Eve.

-?Tak, wiem. Tyle że...

Odwró­ciła się, kiedy wypro­wa­dzał ją z pokoju.

-?Będę w pobliżu. Reva, nie zosta­wię cię.

-?Pani Ewing. -?Eve usia­dła naprze­ciwko Revy i poło­żyła dyk­ta­fon na sto­liku. Wzrok kobiety powę­dro­wał ku niemu. -?Będę nagry­wać naszą roz­mowę. Odczy­tam pani przy­słu­gu­jące jej prawa, a potem zadam kilka pytań. Rozu­mie pani?

-?Blair nie żyje... Sama widzia­łam. Oboje nie żyją. Blair i Feli­city.

-?Pani Ewing, ma pani prawo zacho­wać mil­cze­nie. -?Eve wyre­cy­to­wała popra­wione poucze­nie podej­rza­nego o przy­słu­gu­ją­cych mu pra­wach i Reva zamknęła oczy.

-?O Boże, o Boże. To się dzieje naprawdę. To nie jakiś straszny sen. To rze­czy­wi­stość.

-?Pro­szę powie­dzieć mi, co tu dziś zaszło.

-?Nie wiem. -?Łza popły­nęła jej po policzku. -?Nie wiem, co się stało.

-?Czy pani mąż pozo­sta­wał w intym­nym związku z Feli­city?

-?Nie rozu­miem tego. Po pro­stu nie rozu­miem. Myśla­łam, że mnie kochał. - Spoj­rzała Eve w oczy. -?Począt­kowo nie mogłam w to uwie­rzyć. Bo i jak? Blair i Feli­city. Mój mąż, moja przy­ja­ciółka. Potem jed­nak wszystko stało się jasne, wszyst­kie dro­bia­zgi, które prze­oczy­łam, wszyst­kie oznaki, wszyst­kie błędy... te drobne, które oboje popeł­nili.

-?Od kiedy pani wie­działa?

-?Dopiero od dziś. Od dziś. -?Z jej ust wydo­było się ury­wane wes­tchnie­nie, otarła zaci­śniętą pię­ścią łzy z policz­ków. -?Miało go nie być do jutra. Poje­chał do klienta po nowe zamó­wie­nie. Ale był tutaj, z nią. Przy­szłam, zoba­czy­łam...

-?Przy­szła tu pani, żeby się z nimi roz­mó­wić?

-?Byłam taka wście­kła. Zro­bili ze mnie idiotkę. Zła­mali mi serce. Było mi tak smutno... a potem oboje nie żyli. Tyle krwi. Tyle krwi.

-?Zabi­łaś ich, Reva?

-?Nie! -?Aż się zatrzę­sła, sły­sząc to pyta­nie. -?Nie, nie, nie! Chcia­łam zro­bić im coś złego. Chcia­łam, żeby zapła­cili. Ale nie... nie mogła­bym. Nie wiem, co się stało.

-?Powiedz, co wiesz.

-?Przy­je­cha­łam tu. Mamy dom w Queens. Blair chciał mieć dom, ale nie na Man­hat­ta­nie, gdzie oboje pra­co­wa­li­śmy. Wolał jakieś spo­kojne, ustronne miej­sce, tak powie­dział. Tam, gdzie byli­by­śmy sami.

Jej głos się zała­mał, ukryła twarz w dło­niach.

-?Prze­pra­szam. To wszystko wydaje się nie­moż­liwe. Mam wra­że­nie, że zaraz się obu­dzę i okaże się, że to był tylko sen.

Miała krew na koszuli, ale nie na dło­niach, ramio­nach czy twa­rzy. Eve dołą­czyła to spo­strze­że­nie do pozo­sta­łych i zacze­kała, aż Reva ochło­nie na tyle, by mówić dalej.

-?Byłam wście­kła, dokład­nie wie­dzia­łam, co chcę zro­bić. Sama zapro­jek­to­wa­łam sys­tem alar­mowy w tym domu, więc potra­fię go obejść. Wła­ma­łam się. -?Pospiesz­nie otarła łzę z policzka. -?Nie chcia­łam, żeby zdą­żyli się przy­go­to­wać na moją wizytę, więc wśli­znę­łam się i poszłam na górę, do jej sypialni.

-?Mia­łaś broń?

-?Nie... no, para­li­za­tor. Przy­dzia­łowy, z cza­sów służby w Secret Service, zmo­dy­fi­ko­wany. Działa tylko z mini­malną mocą, więc można go nosić, jeśli się ma cywilne zezwo­le­nie. Chcia­łam... -?Ode­tchnęła ciężko. -?Chcia­łam go nim pora­zić. W jaja.

-?I zro­bi­łaś to?

-?Nie. -?Zasło­niła twarz dłońmi. -?Nie pamię­tam dokład­nie. Wszystko widzę jak przez mgłę.

-?To ty pocię­łaś tę skó­rzaną kurtkę?

-?Uhm. -?Wes­tchnęła. -?Zoba­czy­łam ją wiszącą na porę­czy. To ode mnie dostał ten cho­lerny łach, na jego widok dosta­łam szału. Wyję­łam mini­wier­tarkę i wzię­łam się do roboty. Wiem, że to małost­kowe, ale byłam taka wście­kła...

-?Wcale nie uwa­żam, że to małost­kowe -?powie­działa Eve łagod­nym tonem, z nutą współ­czu­cia. -?Mąż zdra­dza cię z twoją kum­pelą, nic dziw­nego, że chcesz się na nim ode­grać.

-?Tak wła­śnie pomy­śla­łam. A potem zoba­czy­łam ich w łóżku, razem. I byli... mar­twi. Krew. W życiu nie widzia­łam tyle krwi. Ona krzyk­nęła... nie, nie, to ja krzyk­nęłam. Musia­łam krzyk­nąć.

Potarła dło­nią gar­dło, jakby nadał czuła wyry­wa­jący się krzyk.

-?A potem zemdla­łam... chyba. Poczu­łam jakiś zapach. Krwi i cze­goś, cze­goś jesz­cze, i zemdla­łam. Nie wiem, na jak długo.

Się­gnęła po szklankę wody i wzięła duży łyk.

-?Ock­nę­łam się, ale mąciło mi się w gło­wie, mia­łam mdło­ści, dziw­nie się czu­łam. I zoba­czy­łam ich na łóżku. Znowu. Wyczoł­ga­łam się z pokoju. Nie mogłam się pod­nieść, więc poczoł­ga­łam się do łazienki i zwy­mio­to­wa­łam. Zadzwo­ni­łam do mamy. Nie wiem, czemu. Powin­nam była zadzwo­nić po poli­cję, ale zadzwo­ni­łam do mamy. Nie myśla­łam logicz­nie.

-?Czy przy­je­cha­łaś tu z zamia­rem zamor­do­wa­nia męża i przy­ja­ciółki?

-?Nie. Przy­je­cha­łam z zamia­rem zro­bie­nia sceny, jakiej świat nie widział. Pani porucz­nik, zaraz znowu się porzy­gam. Muszę...

Zła­pała się za brzuch, zerwała na równe nogi i wybie­gła. Eve była o krok za nią, kiedy Reva dała nura do ubi­ka­cji, padła na kolana i zaczęła gwał­tow­nie wymio­to­wać.

-?Pie­cze -?wykrztu­siła i z wdzięcz­no­ścią wzięła od Eve wil­gotną ście­reczkę. -?W gar­dle.

-?Bra­łaś dziś jakieś nar­ko­tyki, Reva?

-?Nie ćpam. -?Wytarła ście­reczką twarz. -?Pro­szę mi wie­rzyć, jeśli czło­wiek ma za matkę Caro i zostaje prze­świe­tlony przez Secret Service i Roarke'a, nie w gło­wie mu pro­chy. -?Wyczer­pana do cna, oparła się ple­cami o ścianę. -?Pani porucz­nik, ni­gdy w życiu nikogo nie zabi­łam. Nosi­łam broń, kiedy strze­głam pani pre­zy­dent; raz nawet osło­ni­łam ją wła­snym cia­łem. Jestem wybu­chowa, jak się wku­rzę, to cza­sem bywam nie­roz­sądna. Ten, kto zro­bił to Bla­irowi i Feli­city, nie był nie­roz­sądny. To musiał być sza­le­niec. Kom­pletny pojeb. Ja nie mogła­bym tego zro­bić. Nie mogła­bym.

Eve kuc­nęła, by móc spoj­rzeć jej pro­sto w oczy.

-?Dla­czego mówisz to tak, jak­byś pró­bo­wała prze­ko­nać nie tylko mnie, Reva, ale i samą sie­bie?

Jej wargi zadrżały, oczy wypeł­niły się świe­żymi łzami.

-?Bo nie pamię­tam. Nic nie pamię­tam. -?Ukryła twarz w dło­niach i roz­pła­kała się gwał­tow­nie.

Eve zosta­wiła ją samą i poszła po Caro.

-?Idź do niej -?powie­działa. -?Przy­dzielę wam obstawę. Takie są prze­pisy.

-?Aresz­tu­jesz ją?

-?Jesz­cze nie pod­ję­łam decy­zji. Wyka­zuje goto­wość do współ­pracy, a to duży plus. Naj­le­piej byłoby, gdy­byś przy­pro­wa­dziła ją do tego pokoju i zatrzy­mała, dopóki nie wrócę.

-?Dobrze. Dzię­kuję.

-?Muszę iść do samo­chodu po sprzęt.

-?Ja przy­niosę. -?Roarke wyszedł razem z nią. -?I co o tym myślisz?

-?Nic nie myślę. Naj­pierw muszę zabez­pie­czyć i obej­rzeć miej­sce zbrodni.

-?Dal­las, ty zawsze myślisz.

-?Pozwól mi robić swoje. Chcesz pomóc? Jak przy­je­dzie moja part­nerka z ekipą śled­czą, wyślij ich na górę. Do tego czasu trzy­maj się z boku, bo jesz­cze coś spie­przysz.

-?Powiedz mi jedno: mam pora­dzić Revie, żeby skon­tak­to­wała się z adwo­ka­tem?

-?Ale mnie wko­pa­łeś. -?Wyrwała mu z rąk zestaw narzę­dzi. -?Jestem gliną. Daj mi robić to, co robią gliny. Resztę zosta­wiam tobie. A niech to wszystko szlag trafi!

Poszła na górę, tupiąc gło­śno. Otwo­rzyła skrzynkę, wyjęła puszkę powłoki ochron­nej Seal-It i posma­ro­wała sobie dło­nie i buty. Przy­pięła mikro­fon do kurtki, ponow­nie weszła na miej­sce zbrodni i wzięła się do roboty.

Kiedy obej­rzała pokój i pode­szła do zwłok, usły­szała skrzyp­nię­cie deski pod­ło­go­wej. Obró­ciła się na pię­cie, gotowa ryk­nąć na intruza, ale ugry­zła się w język. To była tylko Delia Peabody.

Będzie musiała przy­zwy­czaić się do cichego stą­pa­nia swo­jej nie­daw­nej asy­stentki. Świeżo upie­czona pani detek­tyw nie nosiła już butów na twar­dej pode­szwie, jak wszy­scy mun­du­rowi, lecz mięk­kie teni­sówki, pozwa­la­jące poru­szać się pra­wie bez­sze­lest­nie. Tro­chę to było nie­po­ko­jące.

Peabody naj­wy­raź­niej zdą­żyła już zgro­ma­dzić kolek­cję teni­só­wek we wszyst­kich kolo­rach tęczy, włącz­nie z musz­tar­do­wym -?takie wło­żyła dziś, bo paso­wały do jej żakietu. Choć jed­nak oprócz nich ubrana była w wąskie czarne spodnie i top z głę­bo­kim, pół­ko­li­stym dekol­tem, wyglą­dała ele­gancko i pro­fe­sjo­nal­nie. Jak praw­dziwa poli­cjantka z wydziału zabójstw.

Kwa­dra­towa twarz dziew­czyny, teraz poważna i zasę­piona, oko­lona była równo obcię­tymi ciem­nymi wło­sami; w takiej fry­zu­rze Delia wyglą­dała naj­le­piej.

-?Nie ma nic gor­szego, niż zgi­nąć nago -?stwier­dziła.

-?I w dodatku z mężem innej kobiety albo kobietą, która nie jest twoją żoną.

-?Tak to wygląda? Dys­po­zy­tor podał mało szcze­gó­łów.

-?Bo i ja mu ich nie poda­łam. Denat to zięć asy­stentki Roarke'a i na razie to jej córka jest główną podej­rzaną.

Peabody spoj­rzała na łóżko.

-?Wygląda na to, że ta paskudna sprawa stała się jesz­cze paskud­niej­sza.

-?Zaj­mij się miej­scem zbrodni, potem powiem ci, co i jak. Para­li­za­tor. - Pod­nio­sła zabez­pie­czoną broń. -?Podej­rzana twier­dzi, że...

-?O rany!

-?Co? Co? -?Wolna dłoń Eve powę­dro­wała do ręko­je­ści pisto­letu.

-?To. -?Palce Delii deli­kat­nie pogła­dziły bran­so­letkę zdo­biącą nad­gar­stek Eve. -?Jest super. Zna­czy mega­su­per, Dal­las.

Eve wsty­dli­wie wsu­nęła bran­so­letkę pod rękaw. Zupeł­nie o niej zapo­mniała.

-?Może skon­cen­trujmy się na miej­scu zbrodni, a nie na moich dro­bia­zgach.

-?Jasne, ale takie dro­bia­zgi to każdy chciałby mieć. Ten wielki czer­wony kamień to rubin?

-?Peabody.

-?Dobrze, już dobrze. -?I tak ją dokład­nie obej­rzy w chwili nie­uwagi Eve.

-?Gdzie byłaś?

-?Bawi­łam się tu dla zabi­cia czasu. Faj­nie było.

Peabody prze­wró­ciła oczami.

-?Jezu, nie bij.

-?To nie dawaj mi oka­zji -?odpa­ro­wała Eve. -?Do rze­czy. Podej­rzana twier­dzi, że miała ze sobą zmo­dy­fi­ko­wany para­li­za­tor, speł­nia­jący wymogi konieczne do uzy­ska­nia cywil­nego pozwo­le­nia na broń. Tu mamy para­li­za­tor niezmo­dy­fi­ko­wany, uży­wany przez woj­sko, wypo­sa­żony we wszyst­kie opcje.

-?Uhm.

-?Krótko i zwięźle, jak zawsze.

-?Taki już jest nasz nie­prze­nik­niony żar­gon detek­ty­wów.

-?Na para­li­za­to­rze tym, jak stwier­dzi­łam, są tylko i wyłącz­nie odci­ski pal­ców podej­rza­nej. Podob­nie jak na narzę­dziu zbrodni. -?Eve wska­zała drugi zapie­czę­to­wany wore­czek, w któ­rym był zakrwa­wiony nóż. -?Tam stoi torba, są w niej zakłó­ca­cze elek­tro­niczne i zestaw narzę­dzi. Na nich też pełno jest odci­sków Revy Ewing.

-?Zna się na zabez­pie­cze­niach?

-?Zaj­muje się tym w Roarke Enter­pri­ses, wcze­śniej pra­co­wała w Secret Service.

-?Na pierw­szy rzut oka wygląda na to, że podej­rzana wła­mała się, przy­ła­pała męża na małym co nieco i zła­pała za nóż.

Mimo to Peabody pode­szła bli­żej łóżka i leżą­cych na nim ciał.

-?Żadna z ofiar nie ma obra­żeń ponie­sio­nych w obro­nie wła­snej, nie widać śla­dów walki. Jak ktoś łapie za nóż, ludzie na ogół pro­te­stują, przy­naj­mniej tro­chę.

-?Trudno pro­te­sto­wać, jak czło­wiek jest nie­przy­tomny.

Eve wska­zała czub­kiem palca małe czer­wone kropki mię­dzy łopat­kami Bla­ira i takie same wid­nie­jące mię­dzy pier­siami Feli­city.

-?On dostał od tyłu, ona z przodu -?zauwa­żyła Peabody.

-?Uhm. Pew­nie byli zajęci swoim małym co nieco. Mor­derca wszedł do sypialni, naj­pierw pora­ził faceta para­li­za­to­rem, ode­pchnął go na bok i pora­ził kobietę, zanim zdą­żyła pisnąć. Byli nie­przy­tomni, a co naj­mniej spa­ra­li­żo­wani, kiedy zła­pał za nóż.

-?Mocno prze­giął -?skwi­to­wała Peabody. -?Na każ­dym z ciał jest kil­ka­na­ście ran kłu­tych.

-?U niego osiem­na­ście, u niej czter­na­ście.

-?Au.

-?No wła­śnie. I, co cie­kawe, ani jed­nej rany serca. Stąd tyle krwi.

Obej­rzała plamy na pościeli i lekko pochla­pany aba­żur lampy sto­ją­cej przy łóżku. Paskudna robota, pomy­ślała. I to bar­dzo.

-?Cie­kawe jest też to, że żaden z cio­sów nie tra­fił w miej­sca, na któ­rych zostały ślady po para­li­za­to­rze. Podej­rzana ma krew na ubra­niu, co prawda nie­wiele, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, ale mimo wszystko. Jej dło­nie i ramiona nato­miast są czy­ste.

-?Po takiej jatce musia­łaby się umyć.

-?Tak by się wyda­wało. Tyle że wtedy przy oka­zji pozby­łaby się koszuli. Z dru­giej strony, czę­sto zda­rza się, że jak już czło­wiek zadźga bliź­niego, to głu­pieje.

-?Jest tu jej matka -?zauwa­żyła Peabody.

-?Uhm. Może ona ją tro­chę obmyła. Tyle że Caro pew­nie zro­bi­łaby to sta­ran­niej. Zgon nastą­pił o pierw­szej dwa­na­ście w nocy. Każemy ludziom z wydziału elek­tro­nicz­nego spraw­dzić sys­tem alar­mowy, może da się usta­lić, kiedy Reva obe­szła go i dostała się do środka. Ty rzuć okiem na kuch­nię, zobacz, czy narzę­dzie zbrodni pocho­dzi stam­tąd, czy zabójca przy­niósł je ze sobą. -?Eve zawie­siła głos. -?Widzia­łaś na dole szczątki skó­rza­nej kurtki?

-?Uhm. Dobry mate­riał.

-?Dołącz ją do dowo­dów. Ewing twier­dzi, że pocięła ją mini­wier­tarką. Zoba­czymy, czy to się zga­dza.

-?Hm. Po co uży­wać mini­wier­tarki, skoro ma się nóż? Tak byłoby łatwiej i przy­jem­niej.

-?Oto jest pyta­nie. Spraw­dzimy też obie ofiary, zoba­czymy, czy oprócz zdra­dzo­nej żony jest ktoś, komu mogłoby zale­żeć na ich śmierci.

Peabody z sykiem wypu­ściła powie­trze z ust przez zaci­śnięte zęby i spoj­rzała na zwłoki.

-?Jeśli było tak, jak się wydaje, skoń­czy się stwier­dze­niem ogra­ni­czo­nej poczy­tal­no­ści.

-?Ustalmy, jak było, a nie jak się wydaje.

2

-?Nie. Nie. Nie myłam jej rąk ani twa­rzy.

Caro sie­działa, patrząc pro­sto przed sie­bie, ze spo­kojną miną. Dło­nie jed­nak trzy­mała sple­cione na udach, jakby były sznu­rem przy­twier­dza­ją­cym ją do krze­sła.

-?Sta­ra­łam się niczego nie doty­kać i uspo­ka­ja­łam ją do pani przy­jazdu.

-?Caro. -?Eve nie odry­wała wzroku od jej twa­rzy i sta­rała się nie zwa­żać na skurcz zło­ści w żołądku wywo­łany tym, że był z nimi Roarke. Na życze­nie Caro. -?Na górze, obok głów­nej sypialni, jest łazienka. Choć umy­walka została wytarta, zacho­wały się ślady wska­zu­jące na to, że spłu­ki­wano w niej krew.

-?Nie wcho­dzi­łam na górę. Przy­się­gam.

Eve wie­rzyła jej i dla­tego wie­działa, że Caro nie zdaje sobie sprawy, co wynika z tych słów. W odróż­nie­niu od Roarke'a, który drgnął lekko i czuj­nie nad­sta­wił uszu.

Ponie­waż nic nie powie­dział, skurcz zło­ści w żołądku Eve nieco zła­god­niał.

-?Ubra­nie Revy jest popla­mione krwią -?powie­działa.

-?Tak, wiem. Widzia­łam... -?I wtedy zro­zu­miała. W jej oczach poja­wił się ledwo powstrzy­my­wany strach. -?Pani porucz­nik, jeśli Reva... jeśli sko­rzy­stała z łazienki, to zro­biła to w szoku. Na pewno nie pró­bo­wała zacie­rać śla­dów. Musi pani w to uwie­rzyć. Była w szoku.

Zemdliło ją, to oczy­wi­ste, pomy­ślała Eve. Jej odci­ski pal­ców zostały na muszli klo­ze­to­wej i kra­wę­dzi sedesu. Tak, jakby trzy­mała się jej i gwał­tow­nie wymio­to­wała. Tyle że było to nie w łazience przy sypialni, lecz w dru­giej, na kory­ta­rzu.

A ślady krwi wid­niały wła­śnie w łazience sąsia­du­ją­cej z sypial­nią.

-?Jak się tu dosta­łaś, Caro?

-?Jak... aha. -?Mach­nęła ręką przed oczami, jakby odgar­niała paję­czynę. - Drzwi wej­ściowe były uchy­lone.

-?Uchy­lone?

-?Tak. Tak, w zamku paliło się zie­lone świa­tełko i zoba­czy­łam, że drzwi są nie­do­mknięte, więc pchnę­łam je i weszłam do środka.

-?I co zoba­czy­łaś?

-?Reva sie­działa na pod­ło­dze w przed­po­koju. Była sku­lona w kłę­bek, drżała. Coś mówiła, ale ciężko ją było zro­zu­mieć.

-?Ale kiedy skon­tak­to­wała się z tobą, zro­zu­mia­łaś ją na tyle, by wie­dzieć, że Blair i Feli­city nie żyją, a ona... twoja córka, ma kło­poty.

-?Tak. To zna­czy, zro­zu­mia­łam, że jestem jej potrzebna i że Blair... Blair i Feli­city nie żyją. Reva powie­działa: "Mamo, mamo, oni nie żyją, ktoś ich zabił". Pła­kała, głos miała głu­chy, dziwny. Stwier­dziła, że nie wie, co ma robić, co powinna robić. Spy­ta­łam, gdzie jest, wyja­śniła mi. Nie pamię­tam, co mówiła dokład­nie, nie pamię­tam też, co mówi­łam ja. Roz­mowę mam zapi­saną na tele­łą­czu domo­wym. Będzie ją pani mogła sama odsłu­chać. -?Jej głos nabrał nieco ostrzej­szego tonu.

-?Nie omiesz­kamy tego zro­bić.

-?Zdaję sobie sprawę, że albo Reva, albo ja powin­ny­śmy od razu wezwać poli­cję. -?Caro wygła­dziła spodnie od piżamy na kola­nach i wbiła w nie wzrok, jakby dopiero teraz uprzy­tom­niła sobie, jak jest ubrana. Jej policzki zaró­żo­wiły się lekko. Wes­tchnęła. -?Mogę tylko powie­dzieć, że obie były­śmy... że nie myśla­ły­śmy jasno i że pierw­sze, co każ­dej z nas przy­szło do głowy, to skon­tak­to­wać się z kimś zaufa­nym.

-?Wie­działa pani, że zięć jest nie­wier­nym mężem?

-?Nie. Nie, skądże. -?Wyrzu­ciła te słowa z ust z ledwo skry­waną zło­ścią. -?I uprze­dza­jąc pani następne pyta­nie, dość dobrze zna­łam Feli­city, a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało -?uści­śliła. -?Uwa­ża­łam ją za jedną z naj­lep­szych przy­ja­ció­łek Revy, były pra­wie jak sio­stry. Czę­sto bywała u mnie i ja u niej.

-?Czy Feli­city spo­ty­kała się z innymi męż­czy­znami?

-?Pro­wa­dziła bar­dzo bujne życie towa­rzy­skie, miała sła­bość do arty­stów. -?Caro zaci­snęła usta. Naj­wy­raź­niej przy­po­mniał jej się zięć. - Żar­to­wała, że nie jest gotowa skon­cen­tro­wać się na jed­nym stylu czy epoce, tak samo w kwe­stii męż­czyzn, jak w swo­jej kolek­cji sztuki. Uwa­ża­łam ją za kobietę inte­li­gentną, z dużą klasą i poczu­ciem humoru. Reva czę­sto jest taka poważna i sku­piona na pracy. Myśla­łam... byłam prze­ko­nana, że Feli­city miała na nią dobry wpływ, że poma­gała jej się roz­luź­nić.

-?Z kim Feli­city spo­ty­kała się ostat­nio?

-?Nie jestem pewna. Kilka tygo­dni temu był taki jeden... któ­re­goś dnia pozna­li­śmy się tu na tra­dy­cyj­nym nie­dziel­nym lun­chu. Był mala­rzem. Tak mi się zdaje. -?Zamknęła oczy, jakby usi­ło­wała się sku­pić. -?Tak, mala­rzem. Na imię miał Fredo. Przy­naj­mniej tak go przed­sta­wiła. Wydał mi się nie­zwy­kle egzal­to­wany i poważny, robił wra­że­nie cudzo­ziemca. Kilka tygo­dni wcze­śniej był ktoś inny. Wysoki, blady i melan­cho­lijny. A przed nim... -?Wzru­szyła ramie­niem. -?Lubiła męż­czyzn i zdaje się, że z żad­nym nie łączyło jej nic głęb­szego.

-?Czy jest jesz­cze ktoś, kto mógłby mieć kody dostępu do tego domu?

-?O ile wiem, to nie. Feli­city przy­wią­zy­wała dużą wagę do bez­pie­czeń­stwa. Nie zatrud­niała służby, do sprzą­ta­nia były andro­idy. Mówiła, że ludziom nie można ufać, bo wszy­scy bez wyjątku mają nie­od­po­wied­nich zna­jo­mych. Pamię­tam, że kie­dyś zauwa­ży­łam, że to bar­dzo smutne, a ona wtedy zaśmiała się i przy­po­mniała mi, że gdyby nie było to prawdą, moja córka nie mia­łaby pracy.

Kiedy w drzwiach sta­nęła Peabody, Eve wstała.

-?Dzię­kuję, Caro. Będę musiała jesz­cze z tobą poroz­ma­wiać, potrzebna mi też będzie ofi­cjalna zgoda na zabra­nie two­ich domo­wych łączy.

-?Zga­dzam się na to i na wszystko, czego wam potrzeba, by wyja­śnić tę sprawę. Ogrom­nie się cie­szę, że oso­bi­ście popro­wa­dzi pani docho­dze­nie. Wiem, że odkryje pani prawdę. Mogę już iść do Revy?

-?Byłoby lepiej, gdy­byś tu jesz­cze pocze­kała. -?Zer­k­nęła na Roarke'a, dając mu do zro­zu­mie­nia, że jego też to doty­czy.

Wyszła na kory­tarz i ski­nęła głową na Peabody.

-?Ekipa zna­la­zła w łazience na górze krew w otwo­rze odpły­wo­wym i odcisk palca Revy Ewing na umy­walce, która poza tym została dość dokład­nie wytarta -?zamel­do­wała świeżo upie­czona pani detek­tyw. -?Narzę­dzie zbrodni nie pasuje do reszty sztuć­ców w kuchni. To drogi kom­plet i wygląda na to, że niczego w nim nie bra­kuje. -?Zaj­rzała do nota­tek. - Uru­cho­mi­li­śmy domo­wego andro­ida. Został wyłą­czony o dwu­dzie­stej pierw­szej trzy­dzie­ści. Wcze­śniej odno­to­wał, że Feli­city miała towa­rzy­stwo. Zapro­gra­mo­wała auto­mat tak, by nie poda­wał nazwisk ani szcze­gó­łów. Będziemy musieli zabrać go na komendę i w nim podłu­bać.

-?Zaj­mij się tym. Jakieś ślady krwi w dru­giej łazience na górze?

-?Żad­nych. Tylko odci­ski Revy Ewing na sede­sie.

-?No dobra. Zróbmy dru­gie podej­ście do niej.

Weszły razem do salonu, gdzie mun­du­rowy pil­no­wał Revy. Ta na widok Eve zerwała się na nogi.

-?Pani porucz­nik, chcia­ła­bym z panią poroz­ma­wiać. Na osob­no­ści.

Eve gestem odpra­wiła mun­du­ro­wego.

-?To moja part­nerka, detek­tyw Peabody -?powie­działa, nie patrząc na swoją byłą asy­stentkę. -?O czym chce pani z nami poroz­ma­wiać, pani Ewing?

Reva zawa­hała się, a kiedy Eve usia­dła, wes­tchnęła z rezy­gna­cją.

-?Cho­dzi o to, że tro­chę roz­ja­śniło mi się w gło­wie i dotarło do mnie, w jaki pasz­tet się wpa­ko­wa­łam. I jakich kło­po­tów naro­bi­łam mamie. Przy­szła tu tylko dla­tego, że wpa­dłam w histe­rię. Nie chcę, żeby przeze mnie ucier­piała.

-?Pro­szę się nie mar­twić o mamę. Nikt nie ma zamiaru jej skrzyw­dzić.

-?Dobrze. -?Reva ski­nęła głową. -?No to do rze­czy.

-?Powie­działa pani, że po odgar­nię­ciu narzuty zoba­czyła zakrwa­wione ciała.

-?Tak. Byli mar­twi. Widzia­łam to. Nie było innej moż­li­wo­ści.

-?Gdzie był nóż?

-?Nóż?

-?Narzę­dzie zbrodni. Gdzie był?

-?Nie wiem. Nie zauwa­ży­łam noża. Tylko Bla­ira i Feli­city.

-?Peabody, bądź łaskawa poka­zać pani Ewing broń, którą włą­czy­li­śmy do dowo­dów.

Peabody wyjęła scho­wany w zapie­czę­to­wa­nym woreczku nóż i pode­szła do Revy.

-?Poznaje pani ten nóż, pani Ewing?

Reva wbiła wzrok w zapla­mione ostrze i rów­nie zapla­miony trzo­nek i pod­nio­sła zdu­mione oczy na Eve.

-?To nóż Bla­ira. Pocho­dzi z kom­pletu, który kupił w zeszłym roku, kiedy uznał, że oboje powin­ni­śmy zapi­sać się na kurs goto­wa­nia. Powie­dzia­łam mu, żeby robił, co chce, ja zostanę przy auto­ku­cha­rzu i jedze­niu na wynos. O dziwo, poszedł na kurs i od czasu do czasu nawet coś pich­cił. Zdaje się, że to jeden z jego noży kuchen­nych.

-?Wzię­łaś go dziś ze sobą, Reva? Byłaś tak wście­kła, że wło­ży­łaś go do torby, może po to, by im pogro­zić, nastra­szyć ich?

-?Nie. -?Cof­nęła się o krok. -?Nie, nie bra­łam go.

Tym razem Eve poka­zała jej drugi wore­czek.

-?To twój para­li­za­tor?

-?Nie. -?Reva zaci­snęła palce. -?To nowy, woj­skowy model. Mój to prze­ro­biona broń Secret Service, ma prze­szło sześć lat. Ten tutaj nie należy do mnie, widzę go pierw­szy raz w życiu.

-?Zabójca naj­pierw posłu­żył się nim, a potem nożem. Na jed­nym i dru­gim są twoje odci­ski pal­ców.

-?To obłęd.

-?Ciosy nożem były tak silne, że krew musiała mocno try­skać. Na twoje dło­nie, ramiona, twarz i ubra­nie.

Reva tępo spoj­rzała na dło­nie i potarła je deli­kat­nie.

-?Wiem, że mam krew na koszuli. Nie wiem... może cze­goś dotknę­łam. Nie pamię­tam. Ale ich nie zabi­łam. Nie mia­łam w ręku ani tego noża, ani tego para­li­za­tora. Na dło­niach nie mam krwi.

-?Krew jest w otwo­rze odpły­wo­wym w łazience, a na umy­walce zostały twoje odci­ski pal­ców.

-?Myślisz, że umy­łam ręce? Że pró­bo­wa­łam zatrzeć ślady, a potem zadzwo­ni­łam do matki?

Eve widziała, że Reva odzy­skuje zdol­ność jasnego myśle­nia, a z nią poja­wiła się furia. Ciemne oczy kobiety pło­nęły, zęby były mocno zaci­śnięte, policzki oblał rumie­niec.

-?Za kogo ty mnie, do cho­lery, uwa­żasz? Myślisz, że pokro­iła­bym męża i przy­ja­ciółkę na kawałki, na cho­lerne kawałki, dla­tego że zro­bili ze mnie idiotkę? A gdy­bym nawet to zro­biła, co, nie mia­ła­bym dość oleju w gło­wie, żeby pozbyć się narzę­dzia zbrodni i zatrzeć ślady? Na litość boską, oni nie żyli. Byli mar­twi, kiedy przy­szłam.

Wyrzu­ca­jąc z sie­bie te słowa, zerwała się z krze­sła i z twa­rzą wykrzy­wioną gnie­wem zaczęła cho­dzić po pokoju.

-?Co tu jest grane, do cho­lery? Co to w ogóle ma być?

-?Po co tu dziś przy­je­cha­łaś, Reva?

-?Żeby sta­nąć przed nimi, nawrzesz­czeć na nich, może nawet kop­nąć Bla­ira w jaja. Rąb­nąć Feli­city w ten śliczny, zakła­many pysk. Coś roz­wa­lić i zro­bić paskudną scenę.

-?Dla­czego aku­rat dziś?

-?Bo dopiero dziś się dowie­dzia­łam, do cho­lery.

-?Jak? Jak się dowie­dzia­łaś?

Reva zatrzy­mała się i wle­piła wzrok w Eve, jakby pró­bo­wała zro­zu­mieć słowa wypo­wie­dziane w jakimś dziw­nym, na wpół zapo­mnia­nym języku.

-?Z prze­syłki. O Jezu, te zdję­cia, te rachunki... Dostar­czono mi do domu paczkę. Leża­łam już w łóżku. Było wcze­śnie, parę minut po jede­na­stej, nudziło mi się, więc poszłam spać. Usły­sza­łam dzwo­nek u bramy. Wku­rzy­łam się. Nie mia­łam poję­cia, kogo dia­bli niosą o tej porze, ale zeszłam na dół. Pod bramą leżała paczka. Wyszłam i wzię­łam ją.

-?Widzia­łaś kogoś?

-?Nie. Była tylko ta paczka. Jestem z natury podejrz­liwa, więc spraw­dzi­łam ją ska­ne­rem. Nie spo­dzie­wa­łam się bomby -?wyja­śniła z kwa­śnym uśmie­chem -?ale taki mam nawyk. Upew­ni­łam się, że wszystko gra, i zabra­łam ją do środka. Myśla­łam, że to od Bla­ira. Że przy­słał pre­zent, by poka­zać, że już zdą­żył się stę­sk­nić. Czę­sto robił takie rze­czy, głu­pie, roman­tyczne... -?Urwała i łzy zalśniły jej w oczach. -?Pomy­śla­łam, że to od niego, i otwo­rzy­łam paczkę. W środku zoba­czy­łam zdję­cia, zro­bione z ukry­cia Bla­irowi i Feli­city. Intymne, przed­sta­wia­jące ich w nie­dwu­znacz­nych sytu­acjach. A oprócz foto­gra­fii kopie rachun­ków z hoteli i restau­ra­cji. -?Poło­żyła palce na ustach.

-?Potwier­dze­nia zakupu biżu­te­rii i bie­li­zny... nie dla mnie. Za pie­nią­dze z konta, o któ­rego ist­nie­niu nie wie­dzia­łam. Były tam też dwa dyski, jeden z roz­mo­wami przez tele­łą­cze, drugi z e-mailami. Roz­mowy kochan­ków, listy miło­sne, bar­dzo intymne i obra­zowe.

-?I żad­nych infor­ma­cji o nadawcy?

-?Żad­nych. Zresztą, nawet nie pomy­śla­łam, żeby to spraw­dzić. Byłam zbyt zszo­ko­wana, wście­kła i dotknięta. W ostat­nim połą­cze­niu zapi­sa­nym na dysku mówią o tym, jak spę­dzą ze sobą całe dwa dni, tu, w jej domu, gdy ja będę prze­ko­nana, że Blair wyje­chał z mia­sta. Śmiali się ze mnie - mruk­nęła. -?Bawiło ich, że nie mam zie­lo­nego poję­cia, co dzieje się pod moim nosem. Co to za spe­cja­listka od ochrony, która nie potrafi upil­no­wać wła­snego męża! -?Opa­dła na krze­sło. -?To wszystko nie ma sensu. Zupełne wariac­two. Kto miałby ich zabić, a potem wro­bić mnie?

-?Gdzie jest ta paczka? -?spy­tała Eve.

-?W moim samo­cho­dzie. Wzię­łam ją na wypa­dek, gdy­bym w dro­dze zmię­kła, choć na to się nie zano­siło. Jest na fotelu pasa­żera, chcia­łam mieć ją na widoku.

-?Peabody.

Reva zacze­kała, aż dziew­czyna pój­dzie po paczkę.

-?To w niczym nie popra­wia mojej sytu­acji. Dostaję do ręki dowody, że mąż posuwa moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę, dowia­duję się, że mają dziś randkę, i przy­cho­dzę tu, uzbro­jona i gotowa. Wpa­dłam po uszy. Nie wiem, jak mnie w to wplą­tano, nie wiem, dla­czego. Nie widzę powodu, żebyś miała mi wie­rzyć, że ktoś mnie wro­bił, ale taka jest prawda.

-?Będę musiała cię aresz­to­wać i posta­wić ci zarzut podwój­nego mor­der­stwa z pre­me­dy­ta­cją. -?Widziała, jak Revie krew odpływa z twa­rzy. -?Nie znam cię -?cią­gnęła Eve -?ale znam twoją matkę i Roarke'a. Wiem, że nie są naiwni. Oboje w cie­bie wie­rzą, więc coś ci powiem. Nie­ofi­cjal­nie. Znajdź sobie adwo­kata. Całą armię dobrych adwo­ka­tów. I nie okła­muj mnie. O cokol­wiek cię spy­tam, mów prawdę. Jeśli ci twoi adwo­kaci będą cokol­wiek warci, rano wyj­dziesz za kau­cją. Bądź grzeczna i nie pró­buj mnie uni­kać. Jeśli zaczniesz coś ukry­wać, dowiem się o tym i będę zła.

-?Nie mam nic do ukry­cia.

-?Może coś takiego znaj­dziesz. Wtedy dobrze się zasta­nów, zanim to zro­bisz. Chcę, żebyś zgło­siła się dobro­wol­nie na test praw­do­mów­no­ści trze­ciego stop­nia. To kosz­mar, coś jak natar­czywe, może nawet bole­sne prze­słu­cha­nie, ale jeśli nie masz nic do ukry­cia i jesteś wobec mnie szczera, nie musisz się bać. Pozy­tywny wynik będzie twoim dużym atu­tem.

Reva zamknęła oczy i ode­tchnęła głę­boko.

-?Dam radę.

Eve uśmiech­nęła się blado.

-?Idąc tam, nie bądź zbyt pewna sie­bie. Zosta­niesz zgno­jona, sama to prze­szłam, więc wiem. Mogę zdo­być nakaz rewi­zji two­jego domu, biura, samo­cho­dów, wszyst­kiego. Ale jeśli wyra­zisz ofi­cjalną zgodę na prze­szu­ka­nie, to też będzie prze­ma­wiać na twoją korzyść.

-?Czyli mam powie­rzyć ci swój los, Dal­las.

-?I tak jest w moich rękach.

* * *

Zawio­zła Revę na komendę i zamknęła ją w aresz­cie. Ze względu na porę mogła, nie łamiąc prze­pi­sów, kon­ty­nu­ować prze­słu­cha­nie do rana. Zostało jej jed­nak jesz­cze tro­chę roboty, no i prze­prawa z mężem.

Prze­szła przez wydział zabójstw, w któ­rym nie­liczni detek­tywi z noc­nej zmiany umi­lali sobie ostat­nie godziny pracy zie­wa­niem. Tak, jak się spo­dzie­wała, Roarke cze­kał w jej gabi­ne­cie.

-?Muszę z tobą poga­dać -?zaczął.

-?Tak myśla­łam. Naj­pierw kawa. -?Pode­szła do auto­ku­cha­rza i zamó­wiła podwójną, mocną czarną kawę.

Roarke nie ruszył się z miej­sca, odwró­cił się tylko, by wyj­rzeć przez małe okno na ulicę i nie­liczne o tej porze samo­chody. Pijąc kawę, Eve wręcz widziała, jak powie­trze wokół wypeł­nia się biją­cym od niego znie­cier­pli­wie­niem i zło­ścią.

-?Zała­twi­łam Caro pięt­na­sto­mi­nu­towe widze­nie. Nic wię­cej nie mogłam zro­bić. Potem będziesz musiał zabrać ją do domu i uspo­koić. Pora­dzisz sobie.

-?Odcho­dzi od zmy­słów z nie­po­koju.

-?Nie dzi­wię się.

-?Nie dzi­wisz się? -?Odwró­cił się do niej powoli. Na tyle powoli, by zro­zu­miała, że z naj­wyż­szym tru­dem trzyma nerwy na wodzy. -?Wła­śnie aresz­to­wa­łaś jej jedyne dziecko za dwa mor­der­stwa z pre­me­dy­ta­cją. Zapusz­ko­wa­łaś jej córkę!

-?A ty myśla­łeś, że przez wzgląd na twoją sym­pa­tię do nich i moją do cie­bie wypusz­czę ją jakby ni­gdy nic, choć narzę­dzie zbrodni jest całe w jej odci­skach pal­ców? Choć wiem, że była na miej­scu zbrodni, a ofia­rami dziw­nym tra­fem są jej mąż i jej przy­ja­ciółka, leżący nago w łóżku? Choć sama, do cho­lery, przy­znaje, że wła­mała się do tego domu po tym, jak dowie­działa się, że mąż posuwa jej dobrą kum­pelę Feli­city?

Upiła duży łyk kawy i wycią­gnęła kubek w jego stronę.

-?A może powin­nam zacho­wać się jak dobry chrze­ści­ja­nin i wypchnąć ją za drzwi ze sło­wami: "Idź i nie grzesz wię­cej".

-?Nikogo nie zabiła. To oczy­wi­ste, że została wro­biona, zabójca wybrał ją na kozła ofiar­nego, sta­ran­nie wszystko zapla­no­wał i rzu­cił ją wam na pożar­cie.

-?Tak się składa, że się z tobą zga­dzam.

-?A zamy­ka­jąc ją, dajesz mu czas i oka­zję, żeby... żeby co?

-?Powie­dzia­łam, że zga­dzam się z tobą co do tego, że ktoś ją wro­bił. Nie zga­dzam się za to z tym, co chcia­łeś powie­dzieć teraz.

Eve napiła się kawy, tym razem wol­niej, delek­tu­jąc się uczu­ciem cie­pła w prze­łyku.

-?Nie daję zabójcy czasu i oka­zji do ucieczki. Daję mu czas i oka­zję, by uznał, że zdoła uciec... a przy tym chro­nię Revę. I wszystko to zgod­nie z upier­dli­wymi prze­pi­sami prawa. Robię, co do mnie należy, więc odwal się.

Roarke usiadł, bo nagle ogar­nęło go zmę­cze­nie, a oprócz tego był chory z nie­po­koju o Caro i jej córkę. Czuł się za nie oso­bi­ście odpo­wie­dzialny.

-?Uwie­rzy­łaś jej.

-?Tak. I wła­snym oczom.

-?Wybacz, ale jestem dziś jakiś tępy. Co powie­działy ci twoje oczy?

-?Że to wszystko zostało zbyt sta­ran­nie zain­sce­ni­zo­wane. Miej­sce zbrodni wyglą­dało jak plan fil­mowy. Bru­tal­nie zamor­do­wani nadzy kochan­ko­wie, wbity w mate­rac nóż pocho­dzący z kuchni głów­nej podej­rza­nej. Krew w otwo­rze odpły­wo­wym, odcisk podej­rza­nej na umy­walce... w jed­nym jedy­nym miej­scu, które prze­oczyła, zacie­ra­jąc ślady. I jej odci­ski na narzę­dziach zbrodni, na wypa­dek gdyby śled­czego trzeba było pro­wa­dzić za nos.

-?Ale w twoim przy­padku takiej potrzeby nie ma. Powi­nie­nem cię prze­pro­sić za to, że w cie­bie zwąt­pi­łem?

-?Tym razem ci daruję, bo jest piąta rano i mamy za sobą długą noc. - Eve wiel­ko­dusz­nie oddała mu kawę i zamó­wiła drugą dla sie­bie. -?Jed­nak ten, kto to zaaran­żo­wał, odwa­lił kawał dobrej roboty. Znał tę twoją dziew­czynę, wie­dział, czym się zaj­muje, jak reaguje w okre­ślo­nych sytu­acjach. Musiał mieć stu­pro­cen­tową pew­ność, że poleci do domu przy­ja­ciółki z żądzą krwi w oczach. Że wyłą­czy sys­tem alar­mowy. Może uznał, że naj­pierw po pro­stu zacznie się dobi­jać do drzwi, ale nie da za wygraną, jeśli nikt nie otwo­rzy. Parę szcze­gó­łów mu jed­nak umknęło.

-?To zna­czy?

-?Gdyby weszła do domu z wiel­kim, strasz­nym nożem w ręku, nie wygrze­by­wa­łaby z torby z nie­spo­dzian­kami mini­wier­tarki, by wyżyć się na kurtce. I po co mia­łaby myć się w jed­nej łazience, a wymio­to­wać w dru­giej, w dodatku zosta­wia­jąc odci­ski pal­ców? Poza tym, czemu nie ma krwi we wło­sach? Krew try­snęła na lampkę, na ścianę, a we wło­sach Revy nie ma nawet kro­pli, choć żeby zabić tych dwoje, musiała zada­wać ciosy z bli­ska. Czy głowę też sobie umyła? To czemu w otwo­rach odpły­wo­wych nie było wło­sów?

-?Bar­dzo jesteś skru­pu­latna.

-?Dla­tego tyle mi płacą. Kto­kol­wiek to zro­bił, Roarke, zna ją i obie ofiary. Może chciał zabić całą trójkę, a może chciał tylko posłać Revę Ewing na resztę życia za kratki. Ot, zagadka.

Usia­dła na rogu biurka, sącząc kawę.

-?Będę musiała dokład­nie prze­świe­tlić i ją, i ofiary. Przy­naj­mniej jedna z tych osób ma klu­czowe zna­cze­nie dla sprawy. Zabójca obser­wo­wał kochan­ków, zdo­był zdję­cia, dyski. I to dobrej jako­ści. Dostał się do domu tak spryt­nie, jak Reva, więc zabez­pie­cze­nia nie sta­no­wią dla niego pro­blemu. Miał woj­skowy para­li­za­tor. Muszę oddać go do ana­lizy, ale założę się, że to nie byle czar­no­ryn­kowa pod­róbka. Jeśli ten ktoś myślał, że poli­cjant, który zoba­czy miej­sce zbrodni, da się zro­bić w konia, niech sam nażre się siana.

-?Mojej poli­cjantki nikt nie prze­chy­trzy.

-?I żad­nego gliny, który nie chce wyle­cieć na zbitą twarz z tego wydziału -?powie­działa Eve z prze­ko­na­niem. -?Kiedy coś z pozoru wygląda ide­al­nie, ni­gdy takie nie jest. Tego, kto to zaaran­żo­wał, ponio­sła wyobraź­nia. Może myślał, że Reva uciek­nie. Że kiedy się ock­nie, wpad­nie w panikę i weź­mie nogi za pas. Prze­li­czył się. Każę ją zba­dać, spraw­dzić, czy została ogłu­szona, czy dostała jakiś śro­dek nasenny. Nie wygląda mi na taką, co to z byle powodu mdleje.

-?I słusz­nie.

Wciąż sącząc kawę, spoj­rzała na niego znad kubka.

-?Będziesz mnie jesz­cze naga­by­wał w związku z tą sprawą?

-?Ow­szem. -?Dotknął jej ramie­nia, zsu­nął dłoń w dół i cof­nął rękę. -?I Caro, i Reva są dla mnie ważne. Pozwól, żebym ci pomógł. Jeśli się nie zgo­dzisz, zro­bię to i tak, za two­imi ple­cami. Będzie mi z tego powodu przy­kro, ale nie ustą­pię. Caro jest dla mnie kimś wię­cej niż tylko pod­władną, Eve. Popro­siła mnie o pomoc, a ni­gdy dotąd o nic nie pro­siła, przez te wszyst­kie lata, które spę­dziła u mojego boku. Nie mogę sie­dzieć z zało­żo­nymi rękami, nawet jeśli o to popro­sisz.

Zamy­ślona Eve upiła następny łyk.

-?Gdy­byś to zro­bił, nie był­byś męż­czy­zną, któ­rego poko­cha­łam.

Roarke odsta­wił kubek, pod­szedł do niej i ujął jej twarz w dło­nie.

-?Pro­szę cię, żebyś przy­po­mniała sobie tę chwilę, kiedy następ­nym razem wściek­niesz się na mnie. Ja zapa­mię­tam ją na pewno. -?Pochy­lił głowę i wyci­snął poca­łu­nek na czole żony. -?Pode­ślę ci akta per­so­nalne Caro i Revy. Są dość szcze­gó­łowe. I zdo­będę dodat­kowe infor­ma­cje.

-?To dobry począ­tek.

-?Caro sama o to pro­siła -?wyja­śnił. -?Zro­bił­bym to tak czy ina­czej, ale lepiej, że dosta­łem jej zgodę. Kiedy będziesz miała z nią do czy­nie­nia, prze­ko­nasz się, że jest uczciwa i sumienna.

-?Jak to moż­liwe, skoro pra­cuje dla cie­bie?

Uśmiech­nął się sze­roko.

-?To dopiero para­doks, co? Zwró­cisz się do Feeneya?

-?Będą mi potrzebni spece od elek­tro­niki, więc tak, włą­czę go do śledz­twa, a on ścią­gnie McNaba.

-?Z elek­tro­niką mógł­bym wam pomóc.

-?Jeśli Feeney będzie chciał, pro­szę bar­dzo. Zała­twię to z komen­dan­tem. Ale jak się domy­ślasz, przez twoje powią­za­nia z podej­rzaną sprawa jest deli­katna. Jeśli nie prze­ko­nam Whit­neya, że ktoś wro­bił Revę, nie pój­dzie na to, nawet nie­ofi­cjal­nie.

-?Wie­rzę w cie­bie.

-?Na razie zawieź Caro do domu.

-?Dobrze. Dopóki to wszystko się nie skoń­czy, ogra­ni­czę inne obo­wiązki do mini­mum.

-?Opła­casz jej adwo­ka­tów?

-?Nie zgo­dziła się. -?Po jego twa­rzy prze­mknął cień iry­ta­cji. -?Ani ona, ani jej matka nie chcą o tym sły­szeć.

-?Jesz­cze jedno. Czy ty i Reva kie­dy­kol­wiek poszli­ście na całość?

-?Czy byli­śmy kochan­kami? Nie.

-?To dobrze. Tak jest tro­chę mniej nie­zręcz­nie. A teraz wypad stąd - zako­men­de­ro­wała. -?Muszę zgar­nąć part­nerkę i poje­chać do Queens.

-?Mogę jesz­cze o coś spy­tać?

-?Tylko się stresz­czaj.

-?Gdyby sytu­acja, jaką zasta­łaś w tam­tym domu, nie miała związku z kimś, kogo znasz, czy postrze­ga­ła­byś ją tak samo?

-?Kiedy tam wcho­dzi­łam, zna­jo­mo­ści dla mnie nie ist­niały -?powie­działa. -?Dla­tego widzia­łam wszystko chłod­nym okiem. Nie mogłam zabrać cię ze sobą ani dosłow­nie, ani w myślach. Ty postą­pił­byś tak samo.

-?Mam nadzieję.

-?Na pewno. Kiedy trzeba, potra­fisz być zimny. W dobrym tego słowa zna­cze­niu.

-?Wie­rzę ci -?powie­dział i par­sk­nął śmie­chem.

-?Pomy­śla­łam o tobie, kiedy tylko stam­tąd wyszłam.

-?Tak?

-?Pomy­śla­łam: gdyby zaaran­żo­wał to mój mąż, nikt by niczego nie zauwa­żył. Ten, kto to zro­bił, powi­nien był wziąć u cie­bie kilka lek­cji.

Tym razem Roarke zaśmiał się na całe gar­dło i, ku zado­wo­le­niu Eve, jego chmurne oczy nabrały cie­plej­szego wyrazu.

-?Cóż, to nie lada kom­ple­ment.

-?Mówię, co myślę. Jeśli chcę się dowie­dzieć, jak i po co wra­biać nie­win­nego czło­wieka, czemu nie pora­dzić się eks­perta? Pomyśl, nad czym Reva pra­co­wała dla cie­bie... albo w ogóle nad czym pra­co­wała czy miała pra­co­wać.

-?Cały czas o tym myślę.

-?A widzisz? Jesz­cze jeden pre­tekst, żeby sko­rzy­stać z two­jej pomocy. Na wszelki wypa­dek załatw Caro ochronę. Woli pry­watną od poli­cyj­nej.

-?To już zała­twione.

-?Pro­szę, jakiś ty poży­teczny. Spa­daj.

-?Skoro tak ład­nie pro­sisz. -?Naj­pierw jed­nak poca­ło­wał ją deli­kat­nie w usta. -?Zjedz coś kon­kret­nego -?zawo­łał na odchod­nym.

I choć spoj­rze­nie Eve powę­dro­wało do płytki w ścia­nie, za którą cho­wała zapas sło­dy­czy, uznała, że chyba nie to miał na myśli.

3

Spo­dzie­wała się typo­wego, śred­niej klasy domu na przed­mie­ściach. Tym­cza­sem rezy­den­cja Revy Ewing i Bis­sela była kilka klas powy­żej śred­niej. Był to bar­dzo awan­gar­dowy, biały budy­nek z pre­fa­bry­ka­tów scho­wany za solid­nym ogro­dze­niem z gruzu. Dużo folio­wa­nego szkła i ostrych kan­tów.

Dzie­dzi­niec przed wej­ściem wyło­żony był kamie­niami o inten­syw­nym czer­wo­nym odcie­niu. W wiel­kich doni­cach rosły ozdobne drzewa i krzewy, obok stało kilka dziw­nych meta­lo­wych rzeźb, praw­do­po­dob­nie autor­stwa Bla­ira Bis­sela.

Mimo to dom wydał się Eve zimny i bar­dziej pre­ten­sjo­nalny niż pier­niki oblane pozłotą.

-?Reva Ewing zna się na zabez­pie­cze­niach -?skwi­to­wała Peabody, kiedy po dłu­gich wysił­kach udało im się dostać za ogro­dze­nie. -?Nie­zła chata, jeśli ktoś lubi takie kli­maty.

-?A ty nie?

-?Gdzie tam. -?Delia skrzy­wiła się, kiedy weszły na czer­wone kamienne podwó­rze. -?Taka archi­tek­tura koja­rzy mi się z wię­zie­niem, nie wiem, czy idea jest taka, by ludzie stąd nie wycho­dzili, czy żeby tu nie wcho­dzili. I jesz­cze te rzeźby.

Przy­sta­nęła, by obej­rzeć meta­lową pokrakę z ośmioma paty­ko­wa­tymi nogami i wydłu­żo­nym trój­kąt­nym łbem szcze­rzącą lśniące zęby.

-?Mam w rodzi­nie wielu arty­stów -?cią­gnęła. -?Paru z nich pra­cuje głów­nie w metalu, nie­które ich rze­czy są dziwne, ale... inte­re­su­jące. No i zwy­kle na swój spo­sób zabawne albo poru­sza­jące.

-?Poru­sza­jący metal.

-?Serio. Ale to... to jakby krzy­żówka psa podwó­rzo­wego z pają­kiem. Wygląda obrzy­dli­wie i tro­chę groź­nie. A tamto?

Wska­zała na inną rzeźbę. Pod­cho­dząc bli­żej, Eve zauwa­żyła, że two­rzą ją dwie sple­cione w uści­sku postaci, męż­czy­zna i kobieta, co sta­wało się oczy­wi­ste dopiero na widok nie­na­tu­ral­nie dłu­giego fal­lusa, poma­lo­wa­nego na pur­pu­rowo. Tylko cen­ty­me­trów bra­ko­wało, by jego zaostrzony koniec wszedł w postać kobiety.

A ta, jak zauwa­żyła Eve, wygi­nała się do tyłu z roz­ko­szy, a może stra­chu, dłu­gie lśniące pasma wło­sów opa­dały jej na plecy.

Posta­cie nie miały twa­rzy, były czy­stymi for­mami wyra­ża­ją­cymi uczu­cie. Eve skon­sta­to­wała po namy­śle, że uczu­ciem tym jest nie miłość czy choćby namięt­ność, lecz czy­sta agre­sja.

-?Jak dla mnie, praw­do­po­dob­nie miał talent, ale nawet talent może być chory.

Patrząc na tę rzeźbę, czuła się nie­swojo, odwró­ciła się więc i pode­szła do drzwi. Choć dostała od Revy wszel­kie nie­zbędne kody i zezwo­le­nia, poko­na­nie wszyst­kich zabez­pie­czeń kosz­to­wało sporo czasu i ener­gii.

Za drzwiami znaj­do­wał się wewnętrzny dzie­dzi­niec, wysoki na trzy pię­tra i nakryty dachem z przy­ciem­nia­nymi świe­tli­kami; pod­łoga wyło­żona była gład­kimi lazu­ro­wymi płyt­kami.

Na środku wzno­siła się bul­go­cząca fon­tanna oto­czona na poły ludz­kimi, na poły rybimi posta­ciami wymio­tu­ją­cymi gwał­tow­nie wodą.

W lustrza­nych ścia­nach widać było zwie­lo­krot­nione dzie­siątki razy odbi­cia Dal­las i Peabody. Od dzie­dzińca odcho­dziły pokoje, do któ­rych pro­wa­dziły sze­ro­kie, pro­sto­kątne otwory bez drzwi.

-?To nie w jej stylu -?powie­działa Eve. -?Moim zda­niem to on wybrał dom i wystrój, a ona nie pro­te­sto­wała.

Peabody pod­nio­sła głowę i obej­rzała zawie­szone wysoko w powie­trzu rzeźby przed­sta­wia­jące pta­szy­ska rodem z naj­gor­szych kosz­ma­rów. Wyglą­dały, jakby krą­żyły nad przy­szłym posił­kiem.

-?A ty byś pro­te­sto­wała?

-?Mój dom też nie jest w moim stylu.

-?Nie­prawda.

Eve wzru­szyła ramio­nami i ostroż­nie obe­szła fon­tannę wkoło.

-?Było tak, kiedy tam się wpro­wa­dzi­łam. No dobrze, może prze­sa­dzam. Jest piękny, wygodny i, no cóż, pełen cie­pła. Ale nale­żał do Roarke'a i na­dal jest bar­dziej jego domem niż moim. To mi nie prze­szka­dza.

-?Naprawdę go kochała. -?Delia czuła się tu nie­swojo i nie pró­bo­wała tego ukry­wać. -?Skoro miesz­kała tu tylko dla­tego, że on tego chciał, musiała go naprawdę kochać.

-?Też tak myślę -?przy­tak­nęła Eve.

-?Poszu­kam kuchni, żeby spraw­dzić, czy stam­tąd pocho­dzi narzę­dzie zbrodni.

Eve ski­nęła głową i z naszki­co­wa­nym przez Revę pla­nem w ręku poszła na górę.

Ktoś zadzwo­nił do bramy, pomy­ślała. Reva obu­dziła się, wstała, spoj­rzała na moni­tor sys­temu alar­mo­wego. Zoba­czyła paczkę.

Eve zatrzy­mała się przy oknie wycho­dzą­cym na kamienno-meta­lowy ogród. Nie ma tu nic żywego, pomy­ślała. Nic praw­dzi­wego.

Reva wstała, kon­ty­nu­owała swoje przy­pusz­cze­nia Eve, i zeszła na dół po paczkę. Wzięła ska­ner, spraw­dziła ją na obec­ność mate­ria­łów wybu­cho­wych. Ostrożna, prze­zorna kobieta. Potem zanio­sła prze­syłkę do domu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki