Prolog
Nie, zabić go to za mało.
Śmierć oznaczała kres, wyzwolenie. Poszedłby do piekła, co do tego nie
miała wątpliwości, a tam cierpiałby wieczyste męki. Chciała, by spotkał
go taki los -?kiedyś. Na razie jednak wolała, by cierpiał na jej oczach.
Kłamliwy, niewierny sukinsyn! Chciała, by ze łzami w oczach błagał o wybaczenie i płaszczył się przed nią, jak nędzny szczur, którym był.
Żeby krew płynęła mu z uszu, żeby piszczał jak panienka. Chciała
zawiązać mu tego zdradzieckiego kutasa na supeł i słuchać rozpaczliwych,
daremnych wołań o litość.
Pragnęła dotąd tłuc pięściami tę jego zwodniczo piękną twarz, aż zmieni
się w krwawą, zaropiałą miazgę.
Dopiero kiedy już nie będzie miał ani fiuta, ani twarzy, drań będzie
mógł umrzeć. Powoli, w męczarniach.
Nikt, ale to nikt nie będzie zdradzał Revy Ewing.
Zjechała na bok i zatrzymała wóz na zewnętrznym pasie mostu Queensboro.
Musiała ochłonąć i zebrać siły, zanim ruszy dalej. Tak się bowiem
składało, że Revę Ewing ktoś zdradził. Mężczyzna, którego kochała,
poślubiła i któremu bezgranicznie ufała, teraz, w tej chwili, był w łóżku z inną kobietą.
Dotykał jej, smakował tymi wprawnymi, kłamliwymi ustami, doprowadzał ją
do szaleństwa zręcznymi, oszukańczymi dłońmi.
I nie była to pierwsza lepsza kobieta, lecz przyjaciółka. Druga osoba,
którą Reva kochała, której ufała i wierzyła, na której polegała.
Powiedzieć, że na tę myśl dostawała furii, to za mało. Świadomość, że
mąż pod jej nosem zdradzał ją z przyjaciółką, była więcej niż bolesna.
Najgorszy okazał się wstyd, że dała z siebie zrobić typową zdradzaną
żonę, niczego niepodejrzewającą idiotkę, która ślepo wierzyła
niewiernemu mężowi, ile razy mówił, że musiał dłużej zostać w pracy,
zjeść kolację biznesową z klientem czy wyjechać na parę dni z miasta, by
załatwić bądź dostarczyć zamówienie.
Jeszcze gorsze jest to, pomyślała Reva, podczas gdy obok niej śmigały
samochody, że to właśnie ona dała się tak łatwo oszukać. Do licha,
przecież była specjalistką do spraw bezpieczeństwa. Przepracowała pięć
lat w Secret Service i zanim przeszła do prywatnego konsorcjum,
ochraniała samą panią prezydent. Gdzie się podział jej instynkt, gdzie
miała oczy i uszy?
Jak to możliwe, że Blair wracał do niej co wieczór, świeżo po spotkaniu
z inną kobietą, a ona niczego nie zauważyła?
To przez to, że go kochała, przyznała Reva sama przed sobą. Była
szczęśliwa, bezgranicznie szczęśliwa, wierząc, że taki mężczyzna, jak
Blair -?wyrafinowany i piękny -?kochał ją i jej pragnął.
Był taki przystojny, taki utalentowany, taki mądry. Elegancki artysta o ciemnych, jedwabistych włosach i szmaragdowych oczach. Wpadła po uszy,
przypomniała sobie Reva, kiedy tylko na nią spojrzał i posłał jej ów
zabójczy uśmiech. Pół roku później byli już małżeństwem i mieszkali w dużym, ustronnym domu w Queens.
Dwa lata, pomyślała. Przez dwa lata dawała mu wszystko, co miała,
odkrywała przed nim duszę i kochała go całą sobą. A on w tym czasie
robił z niej idiotkę.
Teraz za to zapłaci. Pospiesznie otarła łzy z policzków i sięgnęła do
ukrytych głęboko w sercu pokładów gniewu. Wkrótce Blair Bissel przekona
się, na co ją stać.
Włączyła się z powrotem w sznur samochodów i pełnym gazem pojechała na
Upper East Side, na Manhattan.
* * *
Ta suka, złodziejka cudzych mężów, jak Reva w myślach określała swoją
byłą przyjaciółkę, Felicity Kade, mieszkała w uroczej odrestaurowanej
kamienicy nieopodal północnego krańca Central Parku. Zamiast wspominać
chwile spędzone tam na oficjalnych przyjęciach, prywatnych kolacjach i słynnych niedzielnych lunchach Felicity, Reva skupiła myśli na
zabezpieczeniach domu.
A te były dobre. Felicity była kolekcjonerką sztuki i strzegła swoich
zbiorów jak pies. Reva poznała ją przed trzema laty, kiedy pomogła
zaprojektować i zamontować system alarmowy w apartamencie.
Potrzeba byłoby eksperta, by dostać się do środka, tam zaś czekały
jeszcze systemy awaryjne i dodatkowe zabezpieczenia, które
powstrzymałyby wszystkich prócz absolutnej elity włamywaczy.
Kiedy jednak człowiek zarabiał na życie -?i to całkiem nieźle -
szukaniem luk w zabezpieczeniach, to takowe na ogół znajdował. Reva
przyjechała uzbrojona w dwa zakłócacze, podrasowany palmtop, zdobyty na
lewo policyjny kod uniwersalny i paralizator, którym zamierzała
potraktować tego krętacza Blaira.
A potem, cóż, sama jeszcze nie wiedziała, co zrobi. Będzie improwizować.
Dźwignęła torbę z narzędziami, wcisnęła paralizator do tylnej kieszeni i wyszła na ciepły wrześniowy wieczór, kierując się ku drzwiom wejściowym.
Idąc, włączyła pierwszy zakłócacz, wiedziała bowiem, że po uzyskaniu
dostępu do panelu zewnętrznego będzie miała tylko pół minuty. Podczas
gdy na urządzeniu migały kolejne cyfry, Reva z bijącym sercem odliczała
czas.
Trzy sekundy przed uruchomieniem alarmu zakłócacz ściągnął pierwszy kod.
Reva wypuściła powietrze z ust i zerknęła w górę, na ciemne okna.
-?Róbcie swoje, cholerne gołąbeczki -?mruknęła, nastawiając drugi
zakłócacz. -?Trzeba mi jeszcze tylko kilku minut. Wtedy zacznie się
impreza.
Usłyszała za plecami warkot przejeżdżającego samochodu i zaklęła cicho,
kiedy zahamował. Zerknęła przez ramię i zobaczyła stojącą przy
krawężniku taksówkę, z której wysiadła roześmiana para w strojach
wieczorowych. Reva przysunęła się do drzwi, chowając się głębiej w cieniu. Uruchomiła wiertarkę, aby zdjąć boczną ściankę czytnika dłoni.
Przy okazji zauważyła, że domowy android Felicity nawet śrubki wyczyścił
na wysoki połysk.
Podłączywszy palmtop kablem grubości włosa, wprowadziła kod pozwalający
obejść zabezpieczenia i w napięciu czekała, aż zostanie zaakceptowany.
Starannie założyła ściankę z powrotem i korzystając z drugiego
zakłócacza, zajęła się głośnikiem.
Skanowanie tym razem trwało dłużej, całe dwie minuty, ale w końcu
usłyszała zapis ostatnio wypowiedzianych słów i przez ogarniającą ją
wściekłość przebił się dreszczyk podniecenia.
"August Rembrandt".
Reva wykrzywiła pogardliwie usta na dźwięk głosu fałszywej przyjaciółki,
wypowiadającego hasło. Teraz pozostawało tylko wprowadzić skopiowany
kod, a potem uporać się z ostatnim, ręcznym zamkiem.
Wśliznęła się do środka, zamknęła drzwi i z przyzwyczajenia ponownie
włączyła system alarmowy.
Spodziewając się, że zaraz zjawi się domowy android i spyta, w jakiej
sprawie przyszła, trzymała paralizator w stanie gotowości. Android
rozpozna ją, rzecz jasna, i to da jej dość czasu, by przepalić mu obwody
i usunąć go z drogi.
W domu jednak panowała cisza, android nie wszedł do przedpokoju. A zatem
wyłączyli go na noc, pomyślała ponuro. Żeby mieć odrobinę więcej
prywatności.
Poczuła zapach róż, które Felicity zawsze trzymała w wazonie w przedpokoju -?różowych, wymienianych co tydzień. Obok wazonu stała
zapalona lampka, ale Reva jej nie potrzebowała. Znała drogę na pamięć.
Skierowała się prosto do schodów prowadzących na piętro. Do sypialni.
Na podeście zobaczyła coś, co sprawiło, że znów zawrzała w niej furia.
Przez poręcz, ciśnięta niedbale, przewieszona była lekka skórzana kurtka
Blaira. Ta sama, którą zeszłej wiosny dostał od niej na urodziny, a którą tego ranka zarzucił od niechcenia na ramię, kiedy całował ukochaną
żonę na pożegnanie, wmawiał jej, jak strasznie będzie za nią tęsknił, i muskając ją nosem po szyi, narzekał, jak bardzo nie chce mu się nigdzie
jechać, nawet na tak krótko.
Reva podniosła kurtkę do oczu. Kiedy poczuła jego zapach, rozpacz o mało
nie przyćmiła gniewu.
Aby ją odpędzić, wyciągnęła z torby wiertarkę i po cichu pocięła kurtkę
na strzępy. Rzuciła ją na podłogę i podeptała.
Z twarzą pałającą gniewem postawiła torbę na podłodze i wyjęła z kieszeni paralizator. Podchodząc do sypialni, zobaczyła migoczące
światło. Świece. Poczuła ich woń, przypominającą zapach ostrych,
kobiecych perfum. Dobiegły ją też ciche dźwięki muzyki -?coś
klasycznego, pasującego do róż i świec zapachowych.
Cała Felicity, pomyślała Reva z wściekłością. Wszystko takie kobiece,
subtelne i idealne. Ona sama wolałaby, by tłem tej konfrontacji było coś
nowoczesnego, ostrego.
Na przykład czadowa muzyka Mavis Freestone.
Z drugiej strony, w głowie tak jej huczało ze złości i wywołanego zdradą
bólu, że ledwo słyszała muzykę. Lekko pchnęła nogą drzwi i wsunęła się
do środka.
Zobaczyła zarys dwóch postaci skulonych pod jedwabną koronkową narzutą.
Zasnęli, pomyślała z goryczą. Wtuleni w siebie, rozgrzani i odprężeni po
seksie.
Ich ubrania leżały na krześle, rzucone niedbale, jakby tym dwojgu
strasznie się spieszyło, by wziąć się do rzeczy. Kiedy zobaczyła
bezładną stertę ciuchów, serce pękło jej na setki kawałków.
Wzięła się w garść i podeszła do łóżka, ściskając paralizator w dłoni.
-?Pobudka, zasrańcy.
I zerwała z nich jedwabną koronkową narzutę.
Krew. O mój Boże, krew. Była wszędzie, na ciałach, na pościeli. Na jej
widok Revie zakręciło się w głowie. Kiedy poczuła jej zapach, zapach
śmierci zmieszany z wonią kwiatów i świec, zakrztusiła się i zatoczyła
do tyłu.
-?Blair? Blair?
Krzyknęła, by opanować szok i zmusić się do działania. Nabrała powietrza
do ust, chcąc krzyknąć raz jeszcze, i rzuciła się naprzód.
Coś wyłoniło się z cienia. Zauważyła ruch i poczuła inny zapach -?ostry,
szpitalny. Wypełnił jej gardło, płuca.
Odwróciła się, sama nie wiedząc, czy po to, by uciekać, czy żeby się
bronić, i usiłowała płynąć w powietrzu, ale nagle zmieniło się ono w wodę. Nie miała jednak siły, nie czuła rąk ani nóg i po chwili oczy jej
się zamknęły.
Runęła bezwładnie na podłogę, obok zmarłych, którzy ją zdradzili.
1
Porucznik Eve Dallas, jedna z najlepszych nowojorskich policjantek,
leżała naga, krew huczała jej w uszach, a serce łomotało jak młot
pneumatyczny. Z wysiłkiem nabrała głośno tchu i uznała, że to na razie
wystarczy.
Po co komu powietrze, kiedy organizm dochodzi do siebie po prawdziwie
spektakularnym seksie?
Jej mąż leżał pod nią, ciepły, twardy, milczący. Wszystko zdawało się
pozostawać w bezruchu, oprócz ich serc, bijących przy sobie. Tak było aż
do chwili, kiedy Roarke podniósł jedną z tych niesamowitych dłoni i przesunął nią po jej plecach, od karku po pośladki.
-?Jak chcesz, żebym się ruszyła -?wymamrotała -?wybij to sobie z głowy.
-?Nie o głowę się martwię.
Uśmiechnęła się w ciemnościach. Uwielbiała dźwięk jego głosu,
pobrzmiewającą w nim irlandzką nutę.
-?Niezłe powitanie, zwłaszcza że nie było cię niecałe czterdzieści osiem
godzin.
-?To takie miłe zakończenie krótkiej wycieczki do Florencji.
-?Nie pytałam cię jeszcze, czy wpadłeś do Irlandii zobaczyć się z... -
zawahała się na chwilę. Wciąż dziwnie się czuła na myśl o tym, że Roarke
ma rodzinę. -?...Z rodziną?
-?A tak, owszem. Na kilka godzin. Było miło. -?Ciągle gładził ją po
plecach, powoli, w górę i w dół, w górę i w dół, aż jej serce uspokoiło
się, a powieki stały się ciężkie. -?Bardzo to dziwne, nie?
-?W końcu się przyzwyczaisz.
-?A jak się miewa twoja nowa partnerka?
Eve przytuliła się do niego, myśląc o swojej byłej asystentce, Peabody,
i o tym, jak Delia radziła sobie po niedawnym awansie.
-?Peabody jest dobra. Na razie łapie rytm. Właśnie wezwano nas do kłótni
rodzinnej, która źle się skończyła. Dwaj bracia pożarli się o spadek.
Zaczęli tłuc się po pyskach, jeden fiknął ze schodów i skręcił sobie ten
swój durny kark. Drugi postanowił więc upozorować włamanie. Zawinął w koc rzeczy, o które się pokłócili, i wrzucił je do bagażnika samochodu.
Czyżby myślał, że tam nie zajrzymy?
Roarke zachichotał, słysząc drwinę w jej głosie. Eve sturlała się na bok
i przeciągnęła.
-?W każdym razie sprawa była prosta jak drut, więc oddałam ją Peabody.
Jak już odzyskała mowę, spisała się na medal. Ekipa zajęła się
zabezpieczaniem dowodów, a Delia zwyczajnie zabrała tego palanta do
kuchni, posiedziała z nim, cała życzliwa, i wcisnęła mu tę swoją gadkę o rodzinie. Po dziesięciu minutach wszystko wyśpiewał. Ma zarzut o nieumyślne spowodowanie śmierci.
-?Tylko pogratulować.
-?Dziewczyna poczuje się trochę pewniej. -?Przeciągnęła się znowu. -?Po
tym, co przeszłyśmy w lecie, przyda nam się kilka takich błahostek.
Trochę odpoczniemy.
-?Mogłabyś wziąć kilka dni urlopu. Wtedy odpoczęłabyś naprawdę.
-?Zaczekajmy parę tygodni. Chcę mieć pewność, że Peabody da sobie radę,
jeśli zostawię ją samą.
-?No to jesteśmy umówieni. Och, przez to twoje... entuzjastyczne
powitanie, choć bardzo miłe, byłbym zapomniał. -?Wstał z łóżka i wydał
polecenie, by światła włączyły się na dziesięć procent mocy.
W ich delikatnym blasku mogła przyglądać się, jak Roarke schodzi z szerokiego podwyższenia, na którym stało łóżko, i kieruje się do małej
torby podróżnej. Z przyjemnością patrzyła na jego zwinne ruchy,
przywodzące na myśl smukłego, pełnego gracji kota.
Czy była to wrodzona zręczność, zastanawiała się, czy też nabył jej,
kiedy w dzieciństwie uciekał przed policją i okradał przechodniów na
ulicach Dublina? Bez względu na to, czemu ją zawdzięczał, dobrze mu
służyła i wtedy, gdy był przebiegłym chłopakiem, i teraz, kiedy już jako
przebiegły mężczyzna zbudował imperium oparte na odwadze, przebiegłości
i diabelskim wprost geniuszu.
Kiedy odwrócił się i zobaczyła jego twarz w przyciemnionym świetle, do
głębi przeniknęło ją uczucie nieopisanej miłości, połączonej ze
zdumieniem, wywołane myślą, że ten mężczyzna należy do niej -?że ktoś
tak piękny może do niej należeć.
Wyglądał jak dzieło sztuki wyrzeźbione przez genialnego czarodzieja.
Mocno zarysowane kości policzkowe, duże usta emanujące zmysłową magią.
Oczy w kolorze dzikiego celtyckiego błękitu, pod których spojrzeniem
zawsze czuła ucisk w gardle. A cały ten cudowny obraz obramowany
czarnymi, spływającymi prawie do ramion włosami, do których dłonie same
jej się wyciągały.
Byli małżeństwem już przeszło rok i wciąż zdarzały się chwile,
nieoczekiwane chwile, kiedy na jego widok serce zamierało jej w piersi.
Podszedł, usiadł przy niej, ujął ją pod podbródek i przesunął kciukiem
po małym dołeczku.
-?Moja droga Eve, tak cicha pośród mroku. -?Musnął ustami jej czoło. -
Mam dla ciebie prezent.
Zamrugała i od razu się odsunęła. Roarke się uśmiechnął. Zawsze tak
reagowała na prezenty. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, kiedy
spojrzała z niepokojem na długie, wąskie pudełko, które trzymał w dłoni.
-?Nie ugryzie -?zapewnił.
-?Nie było cię niecałe dwa dni. To chyba za krótko na prezent.
-?Tęskniłem za tobą już po dwóch minutach.
-?Mówisz tak, żeby mnie zmiękczyć.
-?Co nie znaczy, że kłamię. Otwórz pudełko, Eve, i powiedz: "dziękuję,
Roarke".
Przewróciła oczami, ale podniosła wieczko.
Zobaczyła bransoletkę z wytrawionymi w złocie małymi, lśniącymi rombami
i osadzonym na środku gładkim w dotyku kamieniem -?sądząc z jego
krwistoczerwonej barwy, ani chybi był to rubin -?wielkości jej kciuka.
Wyglądała na stary, bezcenny klejnot o wielkim znaczeniu. Eve poczuła
ucisk w żołądku.
-?Roarke...
-?A gdzie "dziękuję"?
-?Roarke -?powtórzyła. -?Zaraz mi powiesz, że to należało do jakiejś
włoskiej hrabiny albo...
-?Księżniczki -?uściślił, wyjął bransoletkę i wsunął na jej nadgarstek.
-?Szesnastowiecznej. Teraz należy do królowej.
-?Proszę cię.
-?No, może trochę przesadziłem. W każdym razie pasuje do ciebie.
Nie była miłośniczką błyskotek, choć Roarke obsypywał ją nimi przy
każdej okazji. Ta bransoletka miała jednak w sobie... coś, pomyślała Eve i uniosła rękę tak, żeby światło padło na kamień i wytrawiony wzór.
-?A jak ją zgubię albo zepsuję?
-?Byłoby szkoda. Do tego czasu będzie mi przyjemnie patrzeć, jak ją
nosisz. Na pocieszenie powiem ci, że ciotka Sinead przeżyła taki sam
wstrząs na widok naszyjnika, który jej kupiłem.
-?Zrobiła na mnie wrażenie osoby rozsądnej.
Pociągnął ją za kosmyk włosów.
-?Damy mojego serca są dość rozsądne, by pogodzić się z tym, że
obdarowywanie ich sprawia mi tak wielką przyjemność.
-?Zgrabnie to ująłeś. Bransoletka jest piękna. -?I musiała przyznać,
przynajmniej w głębi ducha, że leżała na jej nadgarstku, jak ulał. -?Nie
mogę nosić jej do pracy.
-?Fakt. Z drugiej strony, teraz bardzo ci z nią do twarzy. Kiedy nie
masz na sobie nic poza nią.
-?Nawet o tym nie myśl. Moja zmiana zaczyna się za... sześć godzin -
obliczyła, zerknąwszy na zegar.
Widząc znajomy błysk w jego oku, zmrużyła powieki. Jednak zanim zdążyła
dla formalności zaprotestować, zabrzęczało łącze przy łóżku.
-?Twój sygnał. -?Wskazała je ruchem głowy i sturlała się z łóżka. -
Przynajmniej kiedy to do ciebie dzwonią o drugiej w nocy, wiadomo że
nikt nie umarł.
Poszła do łazienki. Zanim zamknęła drzwi, usłyszała, jak Roarke każe
zablokować wizję i odbiera połączenie.
Nie spieszyła się. Po namyśle chwyciła wiszący na drzwiach szlafrok, w razie gdyby mąż jednak włączył wizję z powrotem.
Kiedy zawiązując pasek, weszła do sypialni, Roarke stał już przy
garderobie.
-?Kto to był?
-?Caro.
-?Musisz wyjść? O drugiej w nocy? -?Ton, jakim wypowiedział imię swojej
asystentki, sprawił, że włosy zjeżyły jej się na karku. -?Co się stało?
-?Eve. -?Pospiesznie wciągnął spodnie i wyjął pasującą do nich koszulę.
-?Chcę cię prosić o przysługę. Wielką przysługę.
Prosi mnie nie jako żonę, lecz jako policjantkę, pomyślała.
-?O co chodzi?
-?Jedna z moich pracownic ma kłopoty. -?Roarke włożył koszulę, nie
odrywając oczu od Eve. -?Duże kłopoty. A jednak ktoś umarł.
-?Kogoś zabiła?
-?Nie. -?Ponieważ Eve nie ruszała się z miejsca, podszedł do jej
garderoby i zaczął wyjmować ubranie. -?Jest zdezorientowana i przerażona, i według Caro mówi bez ładu i składu. To do niej niepodobne.
Pracuje w dziale bezpieczeństwa. Zajmuje się głównie projektowaniem i instalacją systemów. Jest twarda jak głaz. Przez kilka lat była w Secret
Service, niełatwo ją wyprowadzić z równowagi.
-?Nie powiedziałeś, co się stało.
-?Znalazła męża z przyjaciółką w łóżku, w mieszkaniu tejże przyjaciółki.
Byli martwi. Kiedy tam przyszła, już nie żyli, Eve.
-?I po znalezieniu dwóch trupów skontaktowała się z twoją asystentką,
zamiast wezwać policję.
-?Nie. -?Wcisnął jej w ręce rzeczy, które wybrał. -?Skontaktowała się z matką.
Eve wbiła w niego wzrok, zaklęła cicho i zaczęła się ubierać.
-?Muszę to zgłosić.
-?Proszę cię tylko, żebyś wstrzymała się z tym, aż sama wszystko
zobaczysz i porozmawiasz z Revą. -?Położył ręce na jej dłoniach i nie
zabrał ich, dopóki na niego nie spojrzała. -?Eve, proszę cię, zaczekaj.
Nie musisz zgłaszać czegoś, czego nie widziałaś na własne oczy. Znam tę
dziewczynę. Znam też jej matkę, od kilkunastu lat, i ufam jej jak mało
komu. One potrzebują twojej pomocy. Ja też.
Eve zapięła kaburę.
-?No to jedźmy tam. I to szybko.
* * *
Była pogodna noc. Duchota, która dawała się we znaki przez całe lato
2059 roku, ustępowała przed rześkim powiewem nadchodzącej jesieni. Ruch
był mały i krótka jazda nie wymagała od Roarke'a wielkiej wprawy ani
koncentracji. Eve milczała, co wskazywało, że zamknęła się w sobie. O nic nie pytała, nie chciała bowiem żadnych dodatkowych informacji, które
mogłyby wpłynąć na wnioski, jakie wyciągnie z tego, co zobaczy, usłyszy
i wyczuje.
Jej pociągła, szczupła twarz była napięta, podłużne, złotobrązowe oczy
patrzyły z obojętnością policjanta. Nawet Roarke nie potrafił niczego z nich wyczytać. Szerokie usta, których gorący i miękki dotyk jeszcze
niedawno czuł na swoich wargach, były mocno zaciśnięte.
Zaparkował na ulicy w niedozwolonym miejscu i włączył w samochodzie
podświetlaną tabliczkę "Na służbie", nim zrobiła to Eve.
Bez słowa wysiadła na chodnik i stanęła prosto, wysoka i chuda, z burzą
kręconych brązowych włosów wciąż zmierzwionych po seksie.
Podszedł i delikatnie przeczesał palcami czuprynę Eve, by doprowadzić ją
do jakiego takiego porządku.
-?Dzięki, że zgodziłaś się to zrobić.
-?Na razie nie dziękuj. Niezła chata -?skwitowała, wskazując ruchem
głowy kamienicę z elewacją z piaskowca. Zanim weszła na schody, drzwi
się otworzyły.
Stanęła w nich Caro. Lśniące siwe włosy okalały jej głowę srebrzystą
aureolą. Gdyby nie one, Eve miałaby kłopot, by w tej bladej kobiecie w eleganckiej czerwonej kurtce narzuconej na niebieską bawełnianą piżamę
poznać chłodną, opanowaną asystentkę Roarke'a.
-?Dzięki Bogu. Dzięki Bogu. Dziękuję, że tak szybko przyjechaliście. -
Caro wyciągnęła drżącą rękę i uścisnęła dłoń Roarke'a. -?Nie wiedziałam,
co robić.
-?Zrobiłaś, co trzeba -?powiedział Roarke i przyciągnął ją do siebie.
Caro starała się powstrzymać szloch.
-?Reva... źle z nią, bardzo źle. Jest w salonie. Na górę nie wchodziłam. -
Odsunęła się od Roarke'a i wyprostowała ramiona. -?Uznałam, że lepiej,
abym tego nie robiła. Niczego nie dotykałam, pani porucznik, wzięłam
tylko szklankę z kuchni. Przyniosłam Revie wodę, ale dotykałam jedynie
szklanki i butelki. Aha, i uchwytu lodówki. Ja...
-?W porządku. Może pójdziesz do córki? Roarke, zostań z nimi.
-?Posiedzisz kilka minut z córką? -?spytał, zwracając się do Caro. -?Ja
pójdę z panią porucznik. -?Udając, że nie widzi wyrazu irytacji na
twarzy Eve, pogładził ramię Caro, by dodać jej otuchy. -?To nie potrwa
długo.
-?Powiedziała... Reva powiedziała, że to było okropne. A teraz siedzi
tylko i w ogóle się nie odzywa.
-?Niech milczy -?poradziła Eve. -?Dopilnuj, żeby została tu, na dole. -
Ruszyła na górę. Zerknęła na leżącą na podłodze skórzaną kurtkę, porwaną
na strzępy. -?Powiedziała, w którym są pokoju?
-?Nie. Tylko że znalazła ich w łóżku.
Eve zerknęła na pokój po prawej stronie, potem na ten po lewej. Wtedy
poczuła zapach krwi. Ruszyła w głąb korytarza i zatrzymała się pod
drzwiami.
Ciała leżały na boku, zwrócone twarzami do siebie, tamci dwoje jakby
szeptali sobie jakieś tajemnice. Pościel, poduszki i leżąca na podłodze
zmięta koronkowa narzuta były zaplamione krwią.
Krew widniała też na trzonku i ostrzu noża wbitego z dużą siłą w materac.
Eve zauważyła czarną torbę przy drzwiach, drogi paralizator na podłodze
po lewej stronie łóżka i bezładną stertę ubrań na krześle. Świece wciąż
się paliły, roztaczając przyjemny zapach. Z odtwarzacza płynęła łagodna,
nastrojowa muzyka.
-?To nie błahostka -?mruknęła. -?Podwójne zabójstwo. Muszę to zgłosić.
-?Poprowadzisz śledztwo?
-?Tak. Ale jeśli twoja znajoma jest winna, nie będę mogła jej pomóc.
-?Jest niewinna.
Cofnął się o krok, a Eve wyjęła komunikator.
-?Zabierz Caro do innego pokoju -?powiedziała, kiedy skończyła. -?Byle
nie do kuchni -?dodała, zerknąwszy na nóż. -?Musi tam być jakiś gabinet,
biblioteka czy coś takiego. Postaraj się niczego nie dotykać. Muszę
przesłuchać tę... jak ona ma na imię? Reva?
-?Reva Ewing, tak.
-?Muszę ją przesłuchać i nie chcę, żebyś był przy tym ty albo jej matka.
Jeśli chcesz jej pomóc -?dodała, zanim Roarke zdążył się odezwać -?od
tej pory musimy jak najściślej trzymać się przepisów. Mówiłeś, że
zajmuje się sprawami bezpieczeństwa.
-?Tak.
-?Skoro ją zatrudniłeś, nie muszę pytać, czy jest dobra.
-?Bardzo dobra.
-?A ten tu był jej mężem?
Roarke spojrzał na łóżko.
-?Tak. To Blair Bissel, artysta. Co do jego talentu zdania są
podzielone. Pracuje... to znaczy pracował w metalu. Zdaje się, że to jego.
-?Wskazał ręką stojącą w kącie wysoką, na pierwszy rzut oka chaotyczną
plątaninę metalowych rur i brył.
-?I ludzie płacą za coś takiego? -?Eve pokręciła głową. -?Dziwny jest
ten świat. Później powiesz mi coś więcej o Revie, na razie sama się nią
zajmę, a potem dokładniej obejrzę miejsce zbrodni. Od jak dawna mieli
kłopoty małżeńskie? -?spytała, kiedy wyszli z powrotem na korytarz.
-?Nie wiedziałem, że je mieli.
-?No to już nie mają. Zabierz gdzieś Caro -?zakomenderowała i ruszyła do
salonu, by po raz pierwszy zobaczyć Revę Ewing.
Caro obejmowała ramieniem siedzącą obok trzydziestoparoletnią kobietę o ciemnych włosach, ostrzyżonych krótko i niemal tak niestarannie, jak
włosy Eve. Nieznajoma wydawała się drobna, ale dobrze zbudowana, czarny
T-shirt i dżinsy podkreślały jej wysportowaną sylwetkę.
Miała przeraźliwie białą skórę i ciemnoszare oczy, które niemal
poczerniały od szoku. Jej wargi były bezbarwne i dość wąskie. Kiedy Eve
podeszła, kobieta uniosła głowę i spojrzała przed siebie niewidzącym
wzrokiem. Oczy miała przekrwione i podpuchnięte, pozbawione błysku żywej
inteligencji, który Eve spodziewała się w nich zobaczyć.
-?Pani Ewing, jestem porucznik Dallas.
Reva wciąż patrzyła na nią tępo, ale lekko poruszyła głową, jakby
przeszedł ją dreszcz.
-?Muszę zadać pani kilka pytań. Pani matka pójdzie z Roarkiem, a my
porozmawiamy.
-?Nie mogłabym zostać przy niej? -?Caro mocniej objęła Revę. -?Nie będę
przeszkadzać, obiecuję, ale...
-?Caro -?Roarke stanął przy niej i wziął ją za rękę -?tak będzie lepiej.
-?Delikatnie podniósł ją na nogi. -?Lepiej dla Revy. Możesz zaufać Eve.
-?Tak, wiem. Tyle że...
Odwróciła się, kiedy wyprowadzał ją z pokoju.
-?Będę w pobliżu. Reva, nie zostawię cię.
-?Pani Ewing. -?Eve usiadła naprzeciwko Revy i położyła dyktafon na
stoliku. Wzrok kobiety powędrował ku niemu. -?Będę nagrywać naszą
rozmowę. Odczytam pani przysługujące jej prawa, a potem zadam kilka
pytań. Rozumie pani?
-?Blair nie żyje... Sama widziałam. Oboje nie żyją. Blair i Felicity.
-?Pani Ewing, ma pani prawo zachować milczenie. -?Eve wyrecytowała
poprawione pouczenie podejrzanego o przysługujących mu prawach i Reva
zamknęła oczy.
-?O Boże, o Boże. To się dzieje naprawdę. To nie jakiś straszny sen. To
rzeczywistość.
-?Proszę powiedzieć mi, co tu dziś zaszło.
-?Nie wiem. -?Łza popłynęła jej po policzku. -?Nie wiem, co się stało.
-?Czy pani mąż pozostawał w intymnym związku z Felicity?
-?Nie rozumiem tego. Po prostu nie rozumiem. Myślałam, że mnie kochał. -
Spojrzała Eve w oczy. -?Początkowo nie mogłam w to uwierzyć. Bo i jak?
Blair i Felicity. Mój mąż, moja przyjaciółka. Potem jednak wszystko
stało się jasne, wszystkie drobiazgi, które przeoczyłam, wszystkie
oznaki, wszystkie błędy... te drobne, które oboje popełnili.
-?Od kiedy pani wiedziała?
-?Dopiero od dziś. Od dziś. -?Z jej ust wydobyło się urywane
westchnienie, otarła zaciśniętą pięścią łzy z policzków. -?Miało go nie
być do jutra. Pojechał do klienta po nowe zamówienie. Ale był tutaj, z nią. Przyszłam, zobaczyłam...
-?Przyszła tu pani, żeby się z nimi rozmówić?
-?Byłam taka wściekła. Zrobili ze mnie idiotkę. Złamali mi serce. Było
mi tak smutno... a potem oboje nie żyli. Tyle krwi. Tyle krwi.
-?Zabiłaś ich, Reva?
-?Nie! -?Aż się zatrzęsła, słysząc to pytanie. -?Nie, nie, nie! Chciałam
zrobić im coś złego. Chciałam, żeby zapłacili. Ale nie... nie mogłabym.
Nie wiem, co się stało.
-?Powiedz, co wiesz.
-?Przyjechałam tu. Mamy dom w Queens. Blair chciał mieć dom, ale nie na
Manhattanie, gdzie oboje pracowaliśmy. Wolał jakieś spokojne, ustronne
miejsce, tak powiedział. Tam, gdzie bylibyśmy sami.
Jej głos się załamał, ukryła twarz w dłoniach.
-?Przepraszam. To wszystko wydaje się niemożliwe. Mam wrażenie, że zaraz
się obudzę i okaże się, że to był tylko sen.
Miała krew na koszuli, ale nie na dłoniach, ramionach czy twarzy. Eve
dołączyła to spostrzeżenie do pozostałych i zaczekała, aż Reva ochłonie
na tyle, by mówić dalej.
-?Byłam wściekła, dokładnie wiedziałam, co chcę zrobić. Sama
zaprojektowałam system alarmowy w tym domu, więc potrafię go obejść.
Włamałam się. -?Pospiesznie otarła łzę z policzka. -?Nie chciałam, żeby
zdążyli się przygotować na moją wizytę, więc wśliznęłam się i poszłam na
górę, do jej sypialni.
-?Miałaś broń?
-?Nie... no, paralizator. Przydziałowy, z czasów służby w Secret Service,
zmodyfikowany. Działa tylko z minimalną mocą, więc można go nosić, jeśli
się ma cywilne zezwolenie. Chciałam... -?Odetchnęła ciężko. -?Chciałam go
nim porazić. W jaja.
-?I zrobiłaś to?
-?Nie. -?Zasłoniła twarz dłońmi. -?Nie pamiętam dokładnie. Wszystko
widzę jak przez mgłę.
-?To ty pocięłaś tę skórzaną kurtkę?
-?Uhm. -?Westchnęła. -?Zobaczyłam ją wiszącą na poręczy. To ode mnie
dostał ten cholerny łach, na jego widok dostałam szału. Wyjęłam
miniwiertarkę i wzięłam się do roboty. Wiem, że to małostkowe, ale byłam
taka wściekła...
-?Wcale nie uważam, że to małostkowe -?powiedziała Eve łagodnym tonem, z nutą współczucia. -?Mąż zdradza cię z twoją kumpelą, nic dziwnego, że
chcesz się na nim odegrać.
-?Tak właśnie pomyślałam. A potem zobaczyłam ich w łóżku, razem. I byli...
martwi. Krew. W życiu nie widziałam tyle krwi. Ona krzyknęła... nie, nie,
to ja krzyknęłam. Musiałam krzyknąć.
Potarła dłonią gardło, jakby nadał czuła wyrywający się krzyk.
-?A potem zemdlałam... chyba. Poczułam jakiś zapach. Krwi i czegoś, czegoś
jeszcze, i zemdlałam. Nie wiem, na jak długo.
Sięgnęła po szklankę wody i wzięła duży łyk.
-?Ocknęłam się, ale mąciło mi się w głowie, miałam mdłości, dziwnie się
czułam. I zobaczyłam ich na łóżku. Znowu. Wyczołgałam się z pokoju. Nie
mogłam się podnieść, więc poczołgałam się do łazienki i zwymiotowałam.
Zadzwoniłam do mamy. Nie wiem, czemu. Powinnam była zadzwonić po
policję, ale zadzwoniłam do mamy. Nie myślałam logicznie.
-?Czy przyjechałaś tu z zamiarem zamordowania męża i przyjaciółki?
-?Nie. Przyjechałam z zamiarem zrobienia sceny, jakiej świat nie
widział. Pani porucznik, zaraz znowu się porzygam. Muszę...
Złapała się za brzuch, zerwała na równe nogi i wybiegła. Eve była o krok
za nią, kiedy Reva dała nura do ubikacji, padła na kolana i zaczęła
gwałtownie wymiotować.
-?Piecze -?wykrztusiła i z wdzięcznością wzięła od Eve wilgotną
ściereczkę. -?W gardle.
-?Brałaś dziś jakieś narkotyki, Reva?
-?Nie ćpam. -?Wytarła ściereczką twarz. -?Proszę mi wierzyć, jeśli
człowiek ma za matkę Caro i zostaje prześwietlony przez Secret Service i Roarke'a, nie w głowie mu prochy. -?Wyczerpana do cna, oparła się
plecami o ścianę. -?Pani porucznik, nigdy w życiu nikogo nie zabiłam.
Nosiłam broń, kiedy strzegłam pani prezydent; raz nawet osłoniłam ją
własnym ciałem. Jestem wybuchowa, jak się wkurzę, to czasem bywam
nierozsądna. Ten, kto zrobił to Blairowi i Felicity, nie był
nierozsądny. To musiał być szaleniec. Kompletny pojeb. Ja nie mogłabym
tego zrobić. Nie mogłabym.
Eve kucnęła, by móc spojrzeć jej prosto w oczy.
-?Dlaczego mówisz to tak, jakbyś próbowała przekonać nie tylko mnie,
Reva, ale i samą siebie?
Jej wargi zadrżały, oczy wypełniły się świeżymi łzami.
-?Bo nie pamiętam. Nic nie pamiętam. -?Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się gwałtownie.
Eve zostawiła ją samą i poszła po Caro.
-?Idź do niej -?powiedziała. -?Przydzielę wam obstawę. Takie są
przepisy.
-?Aresztujesz ją?
-?Jeszcze nie podjęłam decyzji. Wykazuje gotowość do współpracy, a to
duży plus. Najlepiej byłoby, gdybyś przyprowadziła ją do tego pokoju i zatrzymała, dopóki nie wrócę.
-?Dobrze. Dziękuję.
-?Muszę iść do samochodu po sprzęt.
-?Ja przyniosę. -?Roarke wyszedł razem z nią. -?I co o tym myślisz?
-?Nic nie myślę. Najpierw muszę zabezpieczyć i obejrzeć miejsce zbrodni.
-?Dallas, ty zawsze myślisz.
-?Pozwól mi robić swoje. Chcesz pomóc? Jak przyjedzie moja partnerka z ekipą śledczą, wyślij ich na górę. Do tego czasu trzymaj się z boku, bo
jeszcze coś spieprzysz.
-?Powiedz mi jedno: mam poradzić Revie, żeby skontaktowała się z adwokatem?
-?Ale mnie wkopałeś. -?Wyrwała mu z rąk zestaw narzędzi. -?Jestem gliną.
Daj mi robić to, co robią gliny. Resztę zostawiam tobie. A niech to
wszystko szlag trafi!
Poszła na górę, tupiąc głośno. Otworzyła skrzynkę, wyjęła puszkę powłoki
ochronnej Seal-It i posmarowała sobie dłonie i buty. Przypięła mikrofon
do kurtki, ponownie weszła na miejsce zbrodni i wzięła się do roboty.
Kiedy obejrzała pokój i podeszła do zwłok, usłyszała skrzypnięcie deski
podłogowej. Obróciła się na pięcie, gotowa ryknąć na intruza, ale
ugryzła się w język. To była tylko Delia Peabody.
Będzie musiała przyzwyczaić się do cichego stąpania swojej niedawnej
asystentki. Świeżo upieczona pani detektyw nie nosiła już butów na
twardej podeszwie, jak wszyscy mundurowi, lecz miękkie tenisówki,
pozwalające poruszać się prawie bezszelestnie. Trochę to było
niepokojące.
Peabody najwyraźniej zdążyła już zgromadzić kolekcję tenisówek we
wszystkich kolorach tęczy, włącznie z musztardowym -?takie włożyła dziś,
bo pasowały do jej żakietu. Choć jednak oprócz nich ubrana była w wąskie
czarne spodnie i top z głębokim, półkolistym dekoltem, wyglądała
elegancko i profesjonalnie. Jak prawdziwa policjantka z wydziału
zabójstw.
Kwadratowa twarz dziewczyny, teraz poważna i zasępiona, okolona była
równo obciętymi ciemnymi włosami; w takiej fryzurze Delia wyglądała
najlepiej.
-?Nie ma nic gorszego, niż zginąć nago -?stwierdziła.
-?I w dodatku z mężem innej kobiety albo kobietą, która nie jest twoją
żoną.
-?Tak to wygląda? Dyspozytor podał mało szczegółów.
-?Bo i ja mu ich nie podałam. Denat to zięć asystentki Roarke'a i na
razie to jej córka jest główną podejrzaną.
Peabody spojrzała na łóżko.
-?Wygląda na to, że ta paskudna sprawa stała się jeszcze paskudniejsza.
-?Zajmij się miejscem zbrodni, potem powiem ci, co i jak. Paralizator. -
Podniosła zabezpieczoną broń. -?Podejrzana twierdzi, że...
-?O rany!
-?Co? Co? -?Wolna dłoń Eve powędrowała do rękojeści pistoletu.
-?To. -?Palce Delii delikatnie pogładziły bransoletkę zdobiącą
nadgarstek Eve. -?Jest super. Znaczy megasuper, Dallas.
Eve wstydliwie wsunęła bransoletkę pod rękaw. Zupełnie o niej
zapomniała.
-?Może skoncentrujmy się na miejscu zbrodni, a nie na moich drobiazgach.
-?Jasne, ale takie drobiazgi to każdy chciałby mieć. Ten wielki czerwony
kamień to rubin?
-?Peabody.
-?Dobrze, już dobrze. -?I tak ją dokładnie obejrzy w chwili nieuwagi
Eve.
-?Gdzie byłaś?
-?Bawiłam się tu dla zabicia czasu. Fajnie było.
Peabody przewróciła oczami.
-?Jezu, nie bij.
-?To nie dawaj mi okazji -?odparowała Eve. -?Do rzeczy. Podejrzana
twierdzi, że miała ze sobą zmodyfikowany paralizator, spełniający wymogi
konieczne do uzyskania cywilnego pozwolenia na broń. Tu mamy paralizator
niezmodyfikowany, używany przez wojsko, wyposażony we wszystkie opcje.
-?Uhm.
-?Krótko i zwięźle, jak zawsze.
-?Taki już jest nasz nieprzenikniony żargon detektywów.
-?Na paralizatorze tym, jak stwierdziłam, są tylko i wyłącznie odciski
palców podejrzanej. Podobnie jak na narzędziu zbrodni. -?Eve wskazała
drugi zapieczętowany woreczek, w którym był zakrwawiony nóż. -?Tam stoi
torba, są w niej zakłócacze elektroniczne i zestaw narzędzi. Na nich też
pełno jest odcisków Revy Ewing.
-?Zna się na zabezpieczeniach?
-?Zajmuje się tym w Roarke Enterprises, wcześniej pracowała w Secret
Service.
-?Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że podejrzana włamała się,
przyłapała męża na małym co nieco i złapała za nóż.
Mimo to Peabody podeszła bliżej łóżka i leżących na nim ciał.
-?Żadna z ofiar nie ma obrażeń poniesionych w obronie własnej, nie widać
śladów walki. Jak ktoś łapie za nóż, ludzie na ogół protestują,
przynajmniej trochę.
-?Trudno protestować, jak człowiek jest nieprzytomny.
Eve wskazała czubkiem palca małe czerwone kropki między łopatkami Blaira
i takie same widniejące między piersiami Felicity.
-?On dostał od tyłu, ona z przodu -?zauważyła Peabody.
-?Uhm. Pewnie byli zajęci swoim małym co nieco. Morderca wszedł do
sypialni, najpierw poraził faceta paralizatorem, odepchnął go na bok i poraził kobietę, zanim zdążyła pisnąć. Byli nieprzytomni, a co najmniej
sparaliżowani, kiedy złapał za nóż.
-?Mocno przegiął -?skwitowała Peabody. -?Na każdym z ciał jest
kilkanaście ran kłutych.
-?U niego osiemnaście, u niej czternaście.
-?Au.
-?No właśnie. I, co ciekawe, ani jednej rany serca. Stąd tyle krwi.
Obejrzała plamy na pościeli i lekko pochlapany abażur lampy stojącej
przy łóżku. Paskudna robota, pomyślała. I to bardzo.
-?Ciekawe jest też to, że żaden z ciosów nie trafił w miejsca, na
których zostały ślady po paralizatorze. Podejrzana ma krew na ubraniu,
co prawda niewiele, zważywszy na okoliczności, ale mimo wszystko. Jej
dłonie i ramiona natomiast są czyste.
-?Po takiej jatce musiałaby się umyć.
-?Tak by się wydawało. Tyle że wtedy przy okazji pozbyłaby się koszuli.
Z drugiej strony, często zdarza się, że jak już człowiek zadźga
bliźniego, to głupieje.
-?Jest tu jej matka -?zauważyła Peabody.
-?Uhm. Może ona ją trochę obmyła. Tyle że Caro pewnie zrobiłaby to
staranniej. Zgon nastąpił o pierwszej dwanaście w nocy. Każemy ludziom z wydziału elektronicznego sprawdzić system alarmowy, może da się ustalić,
kiedy Reva obeszła go i dostała się do środka. Ty rzuć okiem na kuchnię,
zobacz, czy narzędzie zbrodni pochodzi stamtąd, czy zabójca przyniósł je
ze sobą. -?Eve zawiesiła głos. -?Widziałaś na dole szczątki skórzanej
kurtki?
-?Uhm. Dobry materiał.
-?Dołącz ją do dowodów. Ewing twierdzi, że pocięła ją miniwiertarką.
Zobaczymy, czy to się zgadza.
-?Hm. Po co używać miniwiertarki, skoro ma się nóż? Tak byłoby łatwiej i przyjemniej.
-?Oto jest pytanie. Sprawdzimy też obie ofiary, zobaczymy, czy oprócz
zdradzonej żony jest ktoś, komu mogłoby zależeć na ich śmierci.
Peabody z sykiem wypuściła powietrze z ust przez zaciśnięte zęby i spojrzała na zwłoki.
-?Jeśli było tak, jak się wydaje, skończy się stwierdzeniem ograniczonej
poczytalności.
-?Ustalmy, jak było, a nie jak się wydaje.
2
-?Nie. Nie. Nie myłam jej rąk ani twarzy.
Caro siedziała, patrząc prosto przed siebie, ze spokojną miną. Dłonie
jednak trzymała splecione na udach, jakby były sznurem przytwierdzającym
ją do krzesła.
-?Starałam się niczego nie dotykać i uspokajałam ją do pani przyjazdu.
-?Caro. -?Eve nie odrywała wzroku od jej twarzy i starała się nie zważać
na skurcz złości w żołądku wywołany tym, że był z nimi Roarke. Na
życzenie Caro. -?Na górze, obok głównej sypialni, jest łazienka. Choć
umywalka została wytarta, zachowały się ślady wskazujące na to, że
spłukiwano w niej krew.
-?Nie wchodziłam na górę. Przysięgam.
Eve wierzyła jej i dlatego wiedziała, że Caro nie zdaje sobie sprawy, co
wynika z tych słów. W odróżnieniu od Roarke'a, który drgnął lekko i czujnie nadstawił uszu.
Ponieważ nic nie powiedział, skurcz złości w żołądku Eve nieco
złagodniał.
-?Ubranie Revy jest poplamione krwią -?powiedziała.
-?Tak, wiem. Widziałam... -?I wtedy zrozumiała. W jej oczach pojawił się
ledwo powstrzymywany strach. -?Pani porucznik, jeśli Reva... jeśli
skorzystała z łazienki, to zrobiła to w szoku. Na pewno nie próbowała
zacierać śladów. Musi pani w to uwierzyć. Była w szoku.
Zemdliło ją, to oczywiste, pomyślała Eve. Jej odciski palców zostały na
muszli klozetowej i krawędzi sedesu. Tak, jakby trzymała się jej i gwałtownie wymiotowała. Tyle że było to nie w łazience przy sypialni,
lecz w drugiej, na korytarzu.
A ślady krwi widniały właśnie w łazience sąsiadującej z sypialnią.
-?Jak się tu dostałaś, Caro?
-?Jak... aha. -?Machnęła ręką przed oczami, jakby odgarniała pajęczynę. -
Drzwi wejściowe były uchylone.
-?Uchylone?
-?Tak. Tak, w zamku paliło się zielone światełko i zobaczyłam, że drzwi
są niedomknięte, więc pchnęłam je i weszłam do środka.
-?I co zobaczyłaś?
-?Reva siedziała na podłodze w przedpokoju. Była skulona w kłębek,
drżała. Coś mówiła, ale ciężko ją było zrozumieć.
-?Ale kiedy skontaktowała się z tobą, zrozumiałaś ją na tyle, by
wiedzieć, że Blair i Felicity nie żyją, a ona... twoja córka, ma kłopoty.
-?Tak. To znaczy, zrozumiałam, że jestem jej potrzebna i że Blair... Blair
i Felicity nie żyją. Reva powiedziała: "Mamo, mamo, oni nie żyją, ktoś
ich zabił". Płakała, głos miała głuchy, dziwny. Stwierdziła, że nie wie,
co ma robić, co powinna robić. Spytałam, gdzie jest, wyjaśniła mi. Nie
pamiętam, co mówiła dokładnie, nie pamiętam też, co mówiłam ja. Rozmowę
mam zapisaną na telełączu domowym. Będzie ją pani mogła sama odsłuchać.
-?Jej głos nabrał nieco ostrzejszego tonu.
-?Nie omieszkamy tego zrobić.
-?Zdaję sobie sprawę, że albo Reva, albo ja powinnyśmy od razu wezwać
policję. -?Caro wygładziła spodnie od piżamy na kolanach i wbiła w nie
wzrok, jakby dopiero teraz uprzytomniła sobie, jak jest ubrana. Jej
policzki zaróżowiły się lekko. Westchnęła. -?Mogę tylko powiedzieć, że
obie byłyśmy... że nie myślałyśmy jasno i że pierwsze, co każdej z nas
przyszło do głowy, to skontaktować się z kimś zaufanym.
-?Wiedziała pani, że zięć jest niewiernym mężem?
-?Nie. Nie, skądże. -?Wyrzuciła te słowa z ust z ledwo skrywaną złością.
-?I uprzedzając pani następne pytanie, dość dobrze znałam Felicity, a przynajmniej tak mi się wydawało -?uściśliła. -?Uważałam ją za jedną z najlepszych przyjaciółek Revy, były prawie jak siostry. Często bywała u mnie i ja u niej.
-?Czy Felicity spotykała się z innymi mężczyznami?
-?Prowadziła bardzo bujne życie towarzyskie, miała słabość do artystów.
-?Caro zacisnęła usta. Najwyraźniej przypomniał jej się zięć. -
Żartowała, że nie jest gotowa skoncentrować się na jednym stylu czy
epoce, tak samo w kwestii mężczyzn, jak w swojej kolekcji sztuki.
Uważałam ją za kobietę inteligentną, z dużą klasą i poczuciem humoru.
Reva często jest taka poważna i skupiona na pracy. Myślałam... byłam
przekonana, że Felicity miała na nią dobry wpływ, że pomagała jej się
rozluźnić.
-?Z kim Felicity spotykała się ostatnio?
-?Nie jestem pewna. Kilka tygodni temu był taki jeden... któregoś dnia
poznaliśmy się tu na tradycyjnym niedzielnym lunchu. Był malarzem. Tak
mi się zdaje. -?Zamknęła oczy, jakby usiłowała się skupić. -?Tak,
malarzem. Na imię miał Fredo. Przynajmniej tak go przedstawiła. Wydał mi
się niezwykle egzaltowany i poważny, robił wrażenie cudzoziemca. Kilka
tygodni wcześniej był ktoś inny. Wysoki, blady i melancholijny. A przed
nim... -?Wzruszyła ramieniem. -?Lubiła mężczyzn i zdaje się, że z żadnym
nie łączyło jej nic głębszego.
-?Czy jest jeszcze ktoś, kto mógłby mieć kody dostępu do tego domu?
-?O ile wiem, to nie. Felicity przywiązywała dużą wagę do
bezpieczeństwa. Nie zatrudniała służby, do sprzątania były androidy.
Mówiła, że ludziom nie można ufać, bo wszyscy bez wyjątku mają
nieodpowiednich znajomych. Pamiętam, że kiedyś zauważyłam, że to bardzo
smutne, a ona wtedy zaśmiała się i przypomniała mi, że gdyby nie było to
prawdą, moja córka nie miałaby pracy.
Kiedy w drzwiach stanęła Peabody, Eve wstała.
-?Dziękuję, Caro. Będę musiała jeszcze z tobą porozmawiać, potrzebna mi
też będzie oficjalna zgoda na zabranie twoich domowych łączy.
-?Zgadzam się na to i na wszystko, czego wam potrzeba, by wyjaśnić tę
sprawę. Ogromnie się cieszę, że osobiście poprowadzi pani dochodzenie.
Wiem, że odkryje pani prawdę. Mogę już iść do Revy?
-?Byłoby lepiej, gdybyś tu jeszcze poczekała. -?Zerknęła na Roarke'a,
dając mu do zrozumienia, że jego też to dotyczy.
Wyszła na korytarz i skinęła głową na Peabody.
-?Ekipa znalazła w łazience na górze krew w otworze odpływowym i odcisk
palca Revy Ewing na umywalce, która poza tym została dość dokładnie
wytarta -?zameldowała świeżo upieczona pani detektyw. -?Narzędzie
zbrodni nie pasuje do reszty sztućców w kuchni. To drogi komplet i wygląda na to, że niczego w nim nie brakuje. -?Zajrzała do notatek. -
Uruchomiliśmy domowego androida. Został wyłączony o dwudziestej
pierwszej trzydzieści. Wcześniej odnotował, że Felicity miała
towarzystwo. Zaprogramowała automat tak, by nie podawał nazwisk ani
szczegółów. Będziemy musieli zabrać go na komendę i w nim podłubać.
-?Zajmij się tym. Jakieś ślady krwi w drugiej łazience na górze?
-?Żadnych. Tylko odciski Revy Ewing na sedesie.
-?No dobra. Zróbmy drugie podejście do niej.
Weszły razem do salonu, gdzie mundurowy pilnował Revy. Ta na widok Eve
zerwała się na nogi.
-?Pani porucznik, chciałabym z panią porozmawiać. Na osobności.
Eve gestem odprawiła mundurowego.
-?To moja partnerka, detektyw Peabody -?powiedziała, nie patrząc na
swoją byłą asystentkę. -?O czym chce pani z nami porozmawiać, pani
Ewing?
Reva zawahała się, a kiedy Eve usiadła, westchnęła z rezygnacją.
-?Chodzi o to, że trochę rozjaśniło mi się w głowie i dotarło do mnie, w jaki pasztet się wpakowałam. I jakich kłopotów narobiłam mamie. Przyszła
tu tylko dlatego, że wpadłam w histerię. Nie chcę, żeby przeze mnie
ucierpiała.
-?Proszę się nie martwić o mamę. Nikt nie ma zamiaru jej skrzywdzić.
-?Dobrze. -?Reva skinęła głową. -?No to do rzeczy.
-?Powiedziała pani, że po odgarnięciu narzuty zobaczyła zakrwawione
ciała.
-?Tak. Byli martwi. Widziałam to. Nie było innej możliwości.
-?Gdzie był nóż?
-?Nóż?
-?Narzędzie zbrodni. Gdzie był?
-?Nie wiem. Nie zauważyłam noża. Tylko Blaira i Felicity.
-?Peabody, bądź łaskawa pokazać pani Ewing broń, którą włączyliśmy do
dowodów.
Peabody wyjęła schowany w zapieczętowanym woreczku nóż i podeszła do
Revy.
-?Poznaje pani ten nóż, pani Ewing?
Reva wbiła wzrok w zaplamione ostrze i równie zaplamiony trzonek i podniosła zdumione oczy na Eve.
-?To nóż Blaira. Pochodzi z kompletu, który kupił w zeszłym roku, kiedy
uznał, że oboje powinniśmy zapisać się na kurs gotowania. Powiedziałam
mu, żeby robił, co chce, ja zostanę przy autokucharzu i jedzeniu na
wynos. O dziwo, poszedł na kurs i od czasu do czasu nawet coś pichcił.
Zdaje się, że to jeden z jego noży kuchennych.
-?Wzięłaś go dziś ze sobą, Reva? Byłaś tak wściekła, że włożyłaś go do
torby, może po to, by im pogrozić, nastraszyć ich?
-?Nie. -?Cofnęła się o krok. -?Nie, nie brałam go.
Tym razem Eve pokazała jej drugi woreczek.
-?To twój paralizator?
-?Nie. -?Reva zacisnęła palce. -?To nowy, wojskowy model. Mój to
przerobiona broń Secret Service, ma przeszło sześć lat. Ten tutaj nie
należy do mnie, widzę go pierwszy raz w życiu.
-?Zabójca najpierw posłużył się nim, a potem nożem. Na jednym i drugim
są twoje odciski palców.
-?To obłęd.
-?Ciosy nożem były tak silne, że krew musiała mocno tryskać. Na twoje
dłonie, ramiona, twarz i ubranie.
Reva tępo spojrzała na dłonie i potarła je delikatnie.
-?Wiem, że mam krew na koszuli. Nie wiem... może czegoś dotknęłam. Nie
pamiętam. Ale ich nie zabiłam. Nie miałam w ręku ani tego noża, ani tego
paralizatora. Na dłoniach nie mam krwi.
-?Krew jest w otworze odpływowym w łazience, a na umywalce zostały twoje
odciski palców.
-?Myślisz, że umyłam ręce? Że próbowałam zatrzeć ślady, a potem
zadzwoniłam do matki?
Eve widziała, że Reva odzyskuje zdolność jasnego myślenia, a z nią
pojawiła się furia. Ciemne oczy kobiety płonęły, zęby były mocno
zaciśnięte, policzki oblał rumieniec.
-?Za kogo ty mnie, do cholery, uważasz? Myślisz, że pokroiłabym męża i przyjaciółkę na kawałki, na cholerne kawałki, dlatego że zrobili ze mnie
idiotkę? A gdybym nawet to zrobiła, co, nie miałabym dość oleju w głowie, żeby pozbyć się narzędzia zbrodni i zatrzeć ślady? Na litość
boską, oni nie żyli. Byli martwi, kiedy przyszłam.
Wyrzucając z siebie te słowa, zerwała się z krzesła i z twarzą
wykrzywioną gniewem zaczęła chodzić po pokoju.
-?Co tu jest grane, do cholery? Co to w ogóle ma być?
-?Po co tu dziś przyjechałaś, Reva?
-?Żeby stanąć przed nimi, nawrzeszczeć na nich, może nawet kopnąć Blaira
w jaja. Rąbnąć Felicity w ten śliczny, zakłamany pysk. Coś rozwalić i zrobić paskudną scenę.
-?Dlaczego akurat dziś?
-?Bo dopiero dziś się dowiedziałam, do cholery.
-?Jak? Jak się dowiedziałaś?
Reva zatrzymała się i wlepiła wzrok w Eve, jakby próbowała zrozumieć
słowa wypowiedziane w jakimś dziwnym, na wpół zapomnianym języku.
-?Z przesyłki. O Jezu, te zdjęcia, te rachunki... Dostarczono mi do domu
paczkę. Leżałam już w łóżku. Było wcześnie, parę minut po jedenastej,
nudziło mi się, więc poszłam spać. Usłyszałam dzwonek u bramy. Wkurzyłam
się. Nie miałam pojęcia, kogo diabli niosą o tej porze, ale zeszłam na
dół. Pod bramą leżała paczka. Wyszłam i wzięłam ją.
-?Widziałaś kogoś?
-?Nie. Była tylko ta paczka. Jestem z natury podejrzliwa, więc
sprawdziłam ją skanerem. Nie spodziewałam się bomby -?wyjaśniła z kwaśnym uśmiechem -?ale taki mam nawyk. Upewniłam się, że wszystko gra,
i zabrałam ją do środka. Myślałam, że to od Blaira. Że przysłał prezent,
by pokazać, że już zdążył się stęsknić. Często robił takie rzeczy,
głupie, romantyczne... -?Urwała i łzy zalśniły jej w oczach. -?Pomyślałam,
że to od niego, i otworzyłam paczkę. W środku zobaczyłam zdjęcia,
zrobione z ukrycia Blairowi i Felicity. Intymne, przedstawiające ich w niedwuznacznych sytuacjach. A oprócz fotografii kopie rachunków z hoteli
i restauracji. -?Położyła palce na ustach.
-?Potwierdzenia zakupu biżuterii i bielizny... nie dla mnie. Za pieniądze
z konta, o którego istnieniu nie wiedziałam. Były tam też dwa dyski,
jeden z rozmowami przez telełącze, drugi z e-mailami. Rozmowy kochanków,
listy miłosne, bardzo intymne i obrazowe.
-?I żadnych informacji o nadawcy?
-?Żadnych. Zresztą, nawet nie pomyślałam, żeby to sprawdzić. Byłam zbyt
zszokowana, wściekła i dotknięta. W ostatnim połączeniu zapisanym na
dysku mówią o tym, jak spędzą ze sobą całe dwa dni, tu, w jej domu, gdy
ja będę przekonana, że Blair wyjechał z miasta. Śmiali się ze mnie -
mruknęła. -?Bawiło ich, że nie mam zielonego pojęcia, co dzieje się pod
moim nosem. Co to za specjalistka od ochrony, która nie potrafi
upilnować własnego męża! -?Opadła na krzesło. -?To wszystko nie ma
sensu. Zupełne wariactwo. Kto miałby ich zabić, a potem wrobić mnie?
-?Gdzie jest ta paczka? -?spytała Eve.
-?W moim samochodzie. Wzięłam ją na wypadek, gdybym w drodze zmiękła,
choć na to się nie zanosiło. Jest na fotelu pasażera, chciałam mieć ją
na widoku.
-?Peabody.
Reva zaczekała, aż dziewczyna pójdzie po paczkę.
-?To w niczym nie poprawia mojej sytuacji. Dostaję do ręki dowody, że
mąż posuwa moją najlepszą przyjaciółkę, dowiaduję się, że mają dziś
randkę, i przychodzę tu, uzbrojona i gotowa. Wpadłam po uszy. Nie wiem,
jak mnie w to wplątano, nie wiem, dlaczego. Nie widzę powodu, żebyś
miała mi wierzyć, że ktoś mnie wrobił, ale taka jest prawda.
-?Będę musiała cię aresztować i postawić ci zarzut podwójnego morderstwa
z premedytacją. -?Widziała, jak Revie krew odpływa z twarzy. -?Nie znam
cię -?ciągnęła Eve -?ale znam twoją matkę i Roarke'a. Wiem, że nie są
naiwni. Oboje w ciebie wierzą, więc coś ci powiem. Nieoficjalnie. Znajdź
sobie adwokata. Całą armię dobrych adwokatów. I nie okłamuj mnie. O cokolwiek cię spytam, mów prawdę. Jeśli ci twoi adwokaci będą cokolwiek
warci, rano wyjdziesz za kaucją. Bądź grzeczna i nie próbuj mnie unikać.
Jeśli zaczniesz coś ukrywać, dowiem się o tym i będę zła.
-?Nie mam nic do ukrycia.
-?Może coś takiego znajdziesz. Wtedy dobrze się zastanów, zanim to
zrobisz. Chcę, żebyś zgłosiła się dobrowolnie na test prawdomówności
trzeciego stopnia. To koszmar, coś jak natarczywe, może nawet bolesne
przesłuchanie, ale jeśli nie masz nic do ukrycia i jesteś wobec mnie
szczera, nie musisz się bać. Pozytywny wynik będzie twoim dużym atutem.
Reva zamknęła oczy i odetchnęła głęboko.
-?Dam radę.
Eve uśmiechnęła się blado.
-?Idąc tam, nie bądź zbyt pewna siebie. Zostaniesz zgnojona, sama to
przeszłam, więc wiem. Mogę zdobyć nakaz rewizji twojego domu, biura,
samochodów, wszystkiego. Ale jeśli wyrazisz oficjalną zgodę na
przeszukanie, to też będzie przemawiać na twoją korzyść.
-?Czyli mam powierzyć ci swój los, Dallas.
-?I tak jest w moich rękach.
* * *
Zawiozła Revę na komendę i zamknęła ją w areszcie. Ze względu na porę
mogła, nie łamiąc przepisów, kontynuować przesłuchanie do rana. Zostało
jej jednak jeszcze trochę roboty, no i przeprawa z mężem.
Przeszła przez wydział zabójstw, w którym nieliczni detektywi z nocnej
zmiany umilali sobie ostatnie godziny pracy ziewaniem. Tak, jak się
spodziewała, Roarke czekał w jej gabinecie.
-?Muszę z tobą pogadać -?zaczął.
-?Tak myślałam. Najpierw kawa. -?Podeszła do autokucharza i zamówiła
podwójną, mocną czarną kawę.
Roarke nie ruszył się z miejsca, odwrócił się tylko, by wyjrzeć przez
małe okno na ulicę i nieliczne o tej porze samochody. Pijąc kawę, Eve
wręcz widziała, jak powietrze wokół wypełnia się bijącym od niego
zniecierpliwieniem i złością.
-?Załatwiłam Caro piętnastominutowe widzenie. Nic więcej nie mogłam
zrobić. Potem będziesz musiał zabrać ją do domu i uspokoić. Poradzisz
sobie.
-?Odchodzi od zmysłów z niepokoju.
-?Nie dziwię się.
-?Nie dziwisz się? -?Odwrócił się do niej powoli. Na tyle powoli, by
zrozumiała, że z najwyższym trudem trzyma nerwy na wodzy. -?Właśnie
aresztowałaś jej jedyne dziecko za dwa morderstwa z premedytacją.
Zapuszkowałaś jej córkę!
-?A ty myślałeś, że przez wzgląd na twoją sympatię do nich i moją do
ciebie wypuszczę ją jakby nigdy nic, choć narzędzie zbrodni jest całe w jej odciskach palców? Choć wiem, że była na miejscu zbrodni, a ofiarami
dziwnym trafem są jej mąż i jej przyjaciółka, leżący nago w łóżku? Choć
sama, do cholery, przyznaje, że włamała się do tego domu po tym, jak
dowiedziała się, że mąż posuwa jej dobrą kumpelę Felicity?
Upiła duży łyk kawy i wyciągnęła kubek w jego stronę.
-?A może powinnam zachować się jak dobry chrześcijanin i wypchnąć ją za
drzwi ze słowami: "Idź i nie grzesz więcej".
-?Nikogo nie zabiła. To oczywiste, że została wrobiona, zabójca wybrał
ją na kozła ofiarnego, starannie wszystko zaplanował i rzucił ją wam na
pożarcie.
-?Tak się składa, że się z tobą zgadzam.
-?A zamykając ją, dajesz mu czas i okazję, żeby... żeby co?
-?Powiedziałam, że zgadzam się z tobą co do tego, że ktoś ją wrobił. Nie
zgadzam się za to z tym, co chciałeś powiedzieć teraz.
Eve napiła się kawy, tym razem wolniej, delektując się uczuciem ciepła w przełyku.
-?Nie daję zabójcy czasu i okazji do ucieczki. Daję mu czas i okazję, by
uznał, że zdoła uciec... a przy tym chronię Revę. I wszystko to zgodnie z upierdliwymi przepisami prawa. Robię, co do mnie należy, więc odwal się.
Roarke usiadł, bo nagle ogarnęło go zmęczenie, a oprócz tego był chory z niepokoju o Caro i jej córkę. Czuł się za nie osobiście odpowiedzialny.
-?Uwierzyłaś jej.
-?Tak. I własnym oczom.
-?Wybacz, ale jestem dziś jakiś tępy. Co powiedziały ci twoje oczy?
-?Że to wszystko zostało zbyt starannie zainscenizowane. Miejsce zbrodni
wyglądało jak plan filmowy. Brutalnie zamordowani nadzy kochankowie,
wbity w materac nóż pochodzący z kuchni głównej podejrzanej. Krew w otworze odpływowym, odcisk podejrzanej na umywalce... w jednym jedynym
miejscu, które przeoczyła, zacierając ślady. I jej odciski na
narzędziach zbrodni, na wypadek gdyby śledczego trzeba było prowadzić za
nos.
-?Ale w twoim przypadku takiej potrzeby nie ma. Powinienem cię
przeprosić za to, że w ciebie zwątpiłem?
-?Tym razem ci daruję, bo jest piąta rano i mamy za sobą długą noc. -
Eve wielkodusznie oddała mu kawę i zamówiła drugą dla siebie. -?Jednak
ten, kto to zaaranżował, odwalił kawał dobrej roboty. Znał tę twoją
dziewczynę, wiedział, czym się zajmuje, jak reaguje w określonych
sytuacjach. Musiał mieć stuprocentową pewność, że poleci do domu
przyjaciółki z żądzą krwi w oczach. Że wyłączy system alarmowy. Może
uznał, że najpierw po prostu zacznie się dobijać do drzwi, ale nie da za
wygraną, jeśli nikt nie otworzy. Parę szczegółów mu jednak umknęło.
-?To znaczy?
-?Gdyby weszła do domu z wielkim, strasznym nożem w ręku, nie
wygrzebywałaby z torby z niespodziankami miniwiertarki, by wyżyć się na
kurtce. I po co miałaby myć się w jednej łazience, a wymiotować w drugiej, w dodatku zostawiając odciski palców? Poza tym, czemu nie ma
krwi we włosach? Krew trysnęła na lampkę, na ścianę, a we włosach Revy
nie ma nawet kropli, choć żeby zabić tych dwoje, musiała zadawać ciosy z bliska. Czy głowę też sobie umyła? To czemu w otworach odpływowych nie
było włosów?
-?Bardzo jesteś skrupulatna.
-?Dlatego tyle mi płacą. Ktokolwiek to zrobił, Roarke, zna ją i obie
ofiary. Może chciał zabić całą trójkę, a może chciał tylko posłać Revę
Ewing na resztę życia za kratki. Ot, zagadka.
Usiadła na rogu biurka, sącząc kawę.
-?Będę musiała dokładnie prześwietlić i ją, i ofiary. Przynajmniej jedna
z tych osób ma kluczowe znaczenie dla sprawy. Zabójca obserwował
kochanków, zdobył zdjęcia, dyski. I to dobrej jakości. Dostał się do
domu tak sprytnie, jak Reva, więc zabezpieczenia nie stanowią dla niego
problemu. Miał wojskowy paralizator. Muszę oddać go do analizy, ale
założę się, że to nie byle czarnorynkowa podróbka. Jeśli ten ktoś
myślał, że policjant, który zobaczy miejsce zbrodni, da się zrobić w konia, niech sam nażre się siana.
-?Mojej policjantki nikt nie przechytrzy.
-?I żadnego gliny, który nie chce wylecieć na zbitą twarz z tego
wydziału -?powiedziała Eve z przekonaniem. -?Kiedy coś z pozoru wygląda
idealnie, nigdy takie nie jest. Tego, kto to zaaranżował, poniosła
wyobraźnia. Może myślał, że Reva ucieknie. Że kiedy się ocknie, wpadnie
w panikę i weźmie nogi za pas. Przeliczył się. Każę ją zbadać,
sprawdzić, czy została ogłuszona, czy dostała jakiś środek nasenny. Nie
wygląda mi na taką, co to z byle powodu mdleje.
-?I słusznie.
Wciąż sącząc kawę, spojrzała na niego znad kubka.
-?Będziesz mnie jeszcze nagabywał w związku z tą sprawą?
-?Owszem. -?Dotknął jej ramienia, zsunął dłoń w dół i cofnął rękę. -?I Caro, i Reva są dla mnie ważne. Pozwól, żebym ci pomógł. Jeśli się nie
zgodzisz, zrobię to i tak, za twoimi plecami. Będzie mi z tego powodu
przykro, ale nie ustąpię. Caro jest dla mnie kimś więcej niż tylko
podwładną, Eve. Poprosiła mnie o pomoc, a nigdy dotąd o nic nie prosiła,
przez te wszystkie lata, które spędziła u mojego boku. Nie mogę siedzieć
z założonymi rękami, nawet jeśli o to poprosisz.
Zamyślona Eve upiła następny łyk.
-?Gdybyś to zrobił, nie byłbyś mężczyzną, którego pokochałam.
Roarke odstawił kubek, podszedł do niej i ujął jej twarz w dłonie.
-?Proszę cię, żebyś przypomniała sobie tę chwilę, kiedy następnym razem
wściekniesz się na mnie. Ja zapamiętam ją na pewno. -?Pochylił głowę i wycisnął pocałunek na czole żony. -?Podeślę ci akta personalne Caro i Revy. Są dość szczegółowe. I zdobędę dodatkowe informacje.
-?To dobry początek.
-?Caro sama o to prosiła -?wyjaśnił. -?Zrobiłbym to tak czy inaczej, ale
lepiej, że dostałem jej zgodę. Kiedy będziesz miała z nią do czynienia,
przekonasz się, że jest uczciwa i sumienna.
-?Jak to możliwe, skoro pracuje dla ciebie?
Uśmiechnął się szeroko.
-?To dopiero paradoks, co? Zwrócisz się do Feeneya?
-?Będą mi potrzebni spece od elektroniki, więc tak, włączę go do
śledztwa, a on ściągnie McNaba.
-?Z elektroniką mógłbym wam pomóc.
-?Jeśli Feeney będzie chciał, proszę bardzo. Załatwię to z komendantem.
Ale jak się domyślasz, przez twoje powiązania z podejrzaną sprawa jest
delikatna. Jeśli nie przekonam Whitneya, że ktoś wrobił Revę, nie
pójdzie na to, nawet nieoficjalnie.
-?Wierzę w ciebie.
-?Na razie zawieź Caro do domu.
-?Dobrze. Dopóki to wszystko się nie skończy, ograniczę inne obowiązki
do minimum.
-?Opłacasz jej adwokatów?
-?Nie zgodziła się. -?Po jego twarzy przemknął cień irytacji. -?Ani ona,
ani jej matka nie chcą o tym słyszeć.
-?Jeszcze jedno. Czy ty i Reva kiedykolwiek poszliście na całość?
-?Czy byliśmy kochankami? Nie.
-?To dobrze. Tak jest trochę mniej niezręcznie. A teraz wypad stąd -
zakomenderowała. -?Muszę zgarnąć partnerkę i pojechać do Queens.
-?Mogę jeszcze o coś spytać?
-?Tylko się streszczaj.
-?Gdyby sytuacja, jaką zastałaś w tamtym domu, nie miała związku z kimś,
kogo znasz, czy postrzegałabyś ją tak samo?
-?Kiedy tam wchodziłam, znajomości dla mnie nie istniały -?powiedziała.
-?Dlatego widziałam wszystko chłodnym okiem. Nie mogłam zabrać cię ze
sobą ani dosłownie, ani w myślach. Ty postąpiłbyś tak samo.
-?Mam nadzieję.
-?Na pewno. Kiedy trzeba, potrafisz być zimny. W dobrym tego słowa
znaczeniu.
-?Wierzę ci -?powiedział i parsknął śmiechem.
-?Pomyślałam o tobie, kiedy tylko stamtąd wyszłam.
-?Tak?
-?Pomyślałam: gdyby zaaranżował to mój mąż, nikt by niczego nie
zauważył. Ten, kto to zrobił, powinien był wziąć u ciebie kilka lekcji.
Tym razem Roarke zaśmiał się na całe gardło i, ku zadowoleniu Eve, jego
chmurne oczy nabrały cieplejszego wyrazu.
-?Cóż, to nie lada komplement.
-?Mówię, co myślę. Jeśli chcę się dowiedzieć, jak i po co wrabiać
niewinnego człowieka, czemu nie poradzić się eksperta? Pomyśl, nad czym
Reva pracowała dla ciebie... albo w ogóle nad czym pracowała czy miała
pracować.
-?Cały czas o tym myślę.
-?A widzisz? Jeszcze jeden pretekst, żeby skorzystać z twojej pomocy. Na
wszelki wypadek załatw Caro ochronę. Woli prywatną od policyjnej.
-?To już załatwione.
-?Proszę, jakiś ty pożyteczny. Spadaj.
-?Skoro tak ładnie prosisz. -?Najpierw jednak pocałował ją delikatnie w usta. -?Zjedz coś konkretnego -?zawołał na odchodnym.
I choć spojrzenie Eve powędrowało do płytki w ścianie, za którą chowała
zapas słodyczy, uznała, że chyba nie to miał na myśli.
3
Spodziewała się typowego, średniej klasy domu na przedmieściach.
Tymczasem rezydencja Revy Ewing i Bissela była kilka klas powyżej
średniej. Był to bardzo awangardowy, biały budynek z prefabrykatów
schowany za solidnym ogrodzeniem z gruzu. Dużo foliowanego szkła i ostrych kantów.
Dziedziniec przed wejściem wyłożony był kamieniami o intensywnym
czerwonym odcieniu. W wielkich donicach rosły ozdobne drzewa i krzewy,
obok stało kilka dziwnych metalowych rzeźb, prawdopodobnie autorstwa
Blaira Bissela.
Mimo to dom wydał się Eve zimny i bardziej pretensjonalny niż pierniki
oblane pozłotą.
-?Reva Ewing zna się na zabezpieczeniach -?skwitowała Peabody, kiedy po
długich wysiłkach udało im się dostać za ogrodzenie. -?Niezła chata,
jeśli ktoś lubi takie klimaty.
-?A ty nie?
-?Gdzie tam. -?Delia skrzywiła się, kiedy weszły na czerwone kamienne
podwórze. -?Taka architektura kojarzy mi się z więzieniem, nie wiem, czy
idea jest taka, by ludzie stąd nie wychodzili, czy żeby tu nie
wchodzili. I jeszcze te rzeźby.
Przystanęła, by obejrzeć metalową pokrakę z ośmioma patykowatymi nogami
i wydłużonym trójkątnym łbem szczerzącą lśniące zęby.
-?Mam w rodzinie wielu artystów -?ciągnęła. -?Paru z nich pracuje
głównie w metalu, niektóre ich rzeczy są dziwne, ale... interesujące. No i zwykle na swój sposób zabawne albo poruszające.
-?Poruszający metal.
-?Serio. Ale to... to jakby krzyżówka psa podwórzowego z pająkiem. Wygląda
obrzydliwie i trochę groźnie. A tamto?
Wskazała na inną rzeźbę. Podchodząc bliżej, Eve zauważyła, że tworzą ją
dwie splecione w uścisku postaci, mężczyzna i kobieta, co stawało się
oczywiste dopiero na widok nienaturalnie długiego fallusa, pomalowanego
na purpurowo. Tylko centymetrów brakowało, by jego zaostrzony koniec
wszedł w postać kobiety.
A ta, jak zauważyła Eve, wyginała się do tyłu z rozkoszy, a może
strachu, długie lśniące pasma włosów opadały jej na plecy.
Postacie nie miały twarzy, były czystymi formami wyrażającymi uczucie.
Eve skonstatowała po namyśle, że uczuciem tym jest nie miłość czy choćby
namiętność, lecz czysta agresja.
-?Jak dla mnie, prawdopodobnie miał talent, ale nawet talent może być
chory.
Patrząc na tę rzeźbę, czuła się nieswojo, odwróciła się więc i podeszła
do drzwi. Choć dostała od Revy wszelkie niezbędne kody i zezwolenia,
pokonanie wszystkich zabezpieczeń kosztowało sporo czasu i energii.
Za drzwiami znajdował się wewnętrzny dziedziniec, wysoki na trzy piętra
i nakryty dachem z przyciemnianymi świetlikami; podłoga wyłożona była
gładkimi lazurowymi płytkami.
Na środku wznosiła się bulgocząca fontanna otoczona na poły ludzkimi, na
poły rybimi postaciami wymiotującymi gwałtownie wodą.
W lustrzanych ścianach widać było zwielokrotnione dziesiątki razy
odbicia Dallas i Peabody. Od dziedzińca odchodziły pokoje, do których
prowadziły szerokie, prostokątne otwory bez drzwi.
-?To nie w jej stylu -?powiedziała Eve. -?Moim zdaniem to on wybrał dom
i wystrój, a ona nie protestowała.
Peabody podniosła głowę i obejrzała zawieszone wysoko w powietrzu rzeźby
przedstawiające ptaszyska rodem z najgorszych koszmarów. Wyglądały,
jakby krążyły nad przyszłym posiłkiem.
-?A ty byś protestowała?
-?Mój dom też nie jest w moim stylu.
-?Nieprawda.
Eve wzruszyła ramionami i ostrożnie obeszła fontannę wkoło.
-?Było tak, kiedy tam się wprowadziłam. No dobrze, może przesadzam. Jest
piękny, wygodny i, no cóż, pełen ciepła. Ale należał do Roarke'a i nadal
jest bardziej jego domem niż moim. To mi nie przeszkadza.
-?Naprawdę go kochała. -?Delia czuła się tu nieswojo i nie próbowała
tego ukrywać. -?Skoro mieszkała tu tylko dlatego, że on tego chciał,
musiała go naprawdę kochać.
-?Też tak myślę -?przytaknęła Eve.
-?Poszukam kuchni, żeby sprawdzić, czy stamtąd pochodzi narzędzie
zbrodni.
Eve skinęła głową i z naszkicowanym przez Revę planem w ręku poszła na
górę.
Ktoś zadzwonił do bramy, pomyślała. Reva obudziła się, wstała, spojrzała
na monitor systemu alarmowego. Zobaczyła paczkę.
Eve zatrzymała się przy oknie wychodzącym na kamienno-metalowy ogród.
Nie ma tu nic żywego, pomyślała. Nic prawdziwego.
Reva wstała, kontynuowała swoje przypuszczenia Eve, i zeszła na dół po
paczkę. Wzięła skaner, sprawdziła ją na obecność materiałów wybuchowych.
Ostrożna, przezorna kobieta. Potem zaniosła przesyłkę do domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki