Młodzieńcze lata
Jan Sobieski urodził się 17 sierpnia 1629
roku na zamku w Olesku, gdzie Teofila Sobieska udała się pod opiekę swej
matki Zofii Daniłowiczowej. Legenda przedstawia nam piękną i proroczą
opowieść, że w noc narodzin Jana III szalała straszna burza, a czambuł
tatarski zaatakował zamek, który z trudem udało się obronić. A choć
najazd zdarzył się faktycznie trzy tygodnie później - 9 września, nie
umniejszało to grozy i niebezpieczeństwa, w jakim znaleźli się
noworodek, jego matka i babka, skoro żadnego z mężczyzn nie było wtedy w domu. To kobiety dowodziły obroną, ratując swe życie i mienie.
Matka Jana zapisała daty wszystkich swych porodów. Dzięki temu wiemy, że
w dzień po jego narodzinach nastał nów. Jan miał starszego o rok brata
Marka, z którym będą razem jeździli do szkół. Dłużej żyć będzie jedna z sióstr, młodsza od niego o pięć lat Katarzyna, którą Jan bardzo kochał i cenił.
Matka zostawiła chłopca pod opieką babki Zofii Daniłowiczowej i wyjechała do męża do Złoczowa. Pięć pierwszych lat spędził więc Jan u boku babki w Olesku. Dlaczego tam został, nie wiemy. Może matka musiała
dużo czasu poświęcać jego bratu, który był bardzo chorowity. Czytamy o tym, jak pewnego razu Marek leżał w gorączce i tracił siły, a choć
posłano po świetnego lekarza, nie było nadziei, by chłopiec przeżył.
Zbolała matka stała nad jego łóżeczkiem i mdlała po wielekroć, nie mogąc
mu pomóc ani nie umiejąc się pogodzić z najgorszym. Wreszcie, w zamieszaniu, gdy dziecko już traciło oddech, wymknęła się na dziedziniec
i kazała zaprzęgać, a potem wsiadła do powozu i pojechała bez celu przed
siebie, byle dalej od domu, gdzie zapanowało nieszczęście. Mąż dopiero
po chwili spostrzegł jej zniknięcie i nakazał odnaleźć, przesyłając
cudowną wieść, że gorączka spadła i dziecko odzyskało przytomność. To
świadectwo niewiarygodnego bólu macierzyńskiego opisał w liście do
przyjaciela sam Jakub Sobieski. Oznacza to, że Teofila nie była
pozbawiona serca i uczuć, choć już dorosły Jan będzie jej zarzucał
oschłość. Podkreślał jednak, że Marek był najukochańszym dzieckiem, jako
pierworodny. O przywiązaniu najstarszego syna do matki świadczą jego
listy, pełne czułości i synowskiego posłuszeństwa.
Jan wrócił do domu w 1634 roku po śmierci Zofii Daniłowiczowej. Wszystko
wskazuje na to, że po dłuższym pobycie u boku babki nie odnalazł się w domu rodzicielskim, ale też niewiele wiadomo o jego życiu w tym czasie.
Barw nabrało ono dopiero po wyjeździe Marka i Jana na studia do Krakowa.
Chłopcy rozpoczęli nauki poza domem w 1640 roku. Zanim to nastąpiło, ich
ojciec Jakub Sobieski napisał instrukcję wychowawczą, informującą ich
opiekuna pana Orchowskiego o celach edukacji młodzieńców i przedstawiającą bardzo jasno ojcowskie oczekiwania. Nakazywał, by
chłopcy codziennie poświęcali jakiś czas rekreacji. Powinni organizować
sobie zabawy wyrabiające tężyznę, na przykład grać w piłkę - latem w ogrodzie, a zimą w sieni. W niedziele i święta mieli spędzać więcej
czasu poza domem. Latem mogli także strzelać z łuku lub biegać, a zimą
chodzić na nabożeństwa do dalej położonych kościołów, tak by rozruszać
ciało. Powinni być odpowiednio żywieni. Raz w tygodniu mieli dostawać
mięso, i to raczej nie rybie, gdyż szkodziło ono, zdaniem ojca, Janowi.
Każdego piątku i w wigilie, czyli dni poprzedzające święta kościelne,
powinni pościć. Sobota w domu Sobieskich była dniem suchym, w którym nie
spożywano nic gotowanego, ale decyzję o zachowaniu tej zasady również w Krakowie mieli podjąć Marek i Jan. Ojciec zalecał, by nie żywiono ich
zbyt wykwintnie, i ostrzegał przed zbyt częstym i łapczywym jedzeniem
owoców. W tamtym czasie spożywanie owoców, zwłaszcza surowych, uważano
za niezdrowe i niebezpieczne, gdyż prowadzić mogło do biegunki i gorączki, dolegliwości, których ówcześni lekarze nie umieli w żaden
sposób zwalczyć. Na biegunkę wywołaną zjedzeniem owoców zmarł jedyny syn
Władysława IV królewicz Zygmunt Kazimierz. Instrukcja Sobieskiego
wyznaczała także zasady postępowania w razie choroby synów. Gdyby któryś
z nich zachorował, należało wołać "doktorów co
przedniejszych"3, ale w błahych przypadkach nie
informować o kłopotach rodziców. Jakub Sobieski wychodził z założenia,
że drobna niedyspozycja wywoła strach, zwłaszcza u matki chłopców, a zapewne minie szybko. Dopiero w razie poważnej choroby należało pisać do
domu.
Jakub hołdował zasadzie: "Ucz się w domu, jaki masz być poza
domem"4. Jego synowie mieli zachowywać się przyzwoicie i uważać
na towarzystwo, w którym będą się obracać, by nie szargali swego
nazwiska i nie nabrali złych manier. Jeżeli będą odwiedzać znajomych i spotkają tam kobiety, "niech zdrowo tańcują"5, pisał ojciec,
gdyż chowani są dla świata, a nie do sutanny. Opiekun powinien pilnować,
by zachowywali się przystojnie, nie zamyślali się przy stole i nie
stroili min, a w razie potrzeby miał dyskretnie zwrócić im uwagę.
Należało zadbać, by bracia grzecznie traktowali obcych, ale także siebie
nawzajem. Starszy miał się opiekować młodszym, a młodszy okazywać
starszemu posłuszeństwo. Jakub Sobieski pragnął, by młodzieńców
napominać w razie uchybień, ale chciał być informowany o ich
ewentualnych wykroczeniach i przypominał, że na opornych znajdzie się
rózga. Kary cielesne stosowane były wówczas bardzo często, choć należy
podkreślić, że nie czytamy ani razu w całej historii Sobieskich (we
wszystkich pokoleniach), by rózga poszła w ruch. Nie wiadomo, czy jej
nie zastosowano, czy uznano, że wypadków takich nie warto odnotowywać,
gdyż były zbyt oczywiste.
Marek i Jan mieli się uczyć według rozkładu zaplanowanego przez
zaprzyjaźnionych nauczycieli krakowskich, ale pierwszy rok powinni
spędzić w normalnej klasie wraz z innymi uczniami, gdyż zdaniem Jakuba
Sobieskiego współzawodnictwo sprzyja zdobywaniu wiedzy. Podstawą
edukacji było studiowanie historii i filozofii oraz nauka retoryki,
czyli niezmiernie ważnej w tym czasie umiejętności publicznego
przemawiania; temu też służyć miało spotkanie z innymi uczniami. Młodzi
Sobiescy mieli przezwyciężyć wstyd i obawy przed występami publicznymi.
Dla przyszłych dostojników i przywódców szlacheckich swoboda w kontaktach z ludźmi i obycie zdobyte w młodości były podstawą kariery.
Najważniejsza była, zdaniem Jakuba Sobieskiego, nauka języków obcych. Na
początku jego synowie mieli poznawać łacinę i niemiecki. Ojciec
nakazywał nająć chłopców władających tymi językami, którzy mieli
towarzyszyć Sobieskim, tak by Marek i Jan mieli okazję do konwersacji.
Takie "korepetycje", których starsi i lepiej przygotowani, a ubodzy
uczniowie udzielali bogatszym kolegom w zamian za wikt i mieszkanie,
były wówczas powszechnie stosowane. Jakub Sobieski zachęcał synów do jak
najczęstszych rozmów w obcych językach. Podkreślał, że wstyd i obawy
przed robieniem błędów nie pomogą w opanowaniu cudzoziemskiej mowy, a kto języka nie stosuje w praktyce, błędów wprawdzie nie popełnia, lecz
niczego się nie uczy. Zatem Marek i Jan mieli rozmawiać przy obiedzie i niemal cały czas w domu po łacinie. Jednak w czasie wizyt należało
posługiwać się polszczyzną i dbać o jej poprawną wymowę. Zdaniem Jakuba
to wstyd, gdy kto "po łacinie mądry, a po polsku błazen"6. Rano
i po obiedzie należało poćwiczyć niemiecki; ojciec groził synom, że w razie braku postępów wyśle ich do Niemiec na dalszą naukę tego języka,
choć zaznaczał, że to będzie wbrew jego planom. Ponadto zadbał, by
towarzyszył młodzieńcom pewien młody Francuz urodzony w Stambule, który
podczas rekreacji miał z nimi mówić po turecku. Ojciec zakładał, że
najmie dla synów wprawnego nauczyciela ze Stambułu (Carogrodu, jak
wówczas mawiano), gdy zobaczy, że czynią postępy w tureckim. Zdaniem
Jakuba Sobieskiego znajomość tureckiego była ważna z powodu sąsiedztwa
Rzeczypospolitej z państwem osmańskim i kłótni, wojen oraz wymiany
poselstw, które ono rodziło. Bardzo pięknie przekonywał synów do nauki
języków. Pokazywał, jak ważna jest dla kariery w wojsku, na dworze, w razie udziału w poselstwach - sam Jakub Sobieski, poliglota,
wielokrotnie reprezentował Polskę na różnych spotkaniach
międzynarodowych.
Wbrew zamierzeniom ojca młodzieńcy przez jakiś czas uczyli się w Krakowie samodzielnie w domu, pracując przede wszystkim nad łaciną. Kurs
klasy pierwszej przerobili samodzielnie. Później zdali egzaminy i poszli
od razu do drugiej klasy Collegium Nowodworskiego, szkoły, która miała
przygotowywać do studiów uniwersyteckich. Po dwóch latach nauki w tej
szkole wstąpili do Akademii Krakowskiej i rozpoczęli studia
filozoficzne. Prace pisane podczas studiów wyraźnie wykazały, że już
wówczas Jan Sobieski dostrzegał słabości ustroju Rzeczypospolitej.
Krytycznie wypowiadał się o funkcjonowaniu sejmu, zarzucając mu, że nie
zajmuje się ważnymi dla ojczyzny problemami, lecz dba jedynie o korzyści
posłów i ich patronów wśród magnaterii. Te dość radykalne poglądy
młodego magnata ukształtowali w dużej mierze wykładowcy uniwersyteccy,
zdecydowani zwolennicy reformy słabnącego państwa. Sobiescy spędzili w Krakowie niemal sześć lat.
W końcu 1645 roku czas ich nauki w Polsce się skończył i należało
wyruszyć na Zachód. Począwszy od XVI wieku zwyczajem synów magnackich
było kończenie nauki wyjazdem zagranicznym, który nazywano turą
kawalerską. Jej czas był różny i zwykle zależał od stanu finansów
rodzinnych. Jan Zamoyski, przyszły kanclerz, podróżował do Italii i zwykł później z dumą mawiać: "Padwa uczyniła mnie mężem". Natomiast
Stanisław Żółkiewski nie wyjechał, gdyż nie było go na to stać, ale już
jego syn podróżował na zachodnie uniwersytety. Jakub Sobieski wędrował
po Europie sześć lat, a podczas tej podróży podziwiał krajobrazy,
wspaniałe budowle, cudzoziemskie zwyczaje i wszystko skrupulatnie
zapisywał.
Przed wyjazdem Marka i Jana na Zachód ich ojciec znów przygotował
instrukcję. Obydwaj bracia dostali zeszyty, w których notować mieli
swoje spostrzeżenia z podróży. Pisywać też powinni listy do domu, do
ojca po łacinie, do matki po polsku. Ich droga wiodła przez północne
Niemcy, a zatrzymać się mieli na dłużej w Paryżu, w Dzielnicy
Łacińskiej, jako najspokojniejszej. Tam mieszkało najmniej francuskich
panów i podróżników. Unikać też mieli zarówno arystokracji francuskiej,
jak i Polaków, którzy, zdaniem Sobieskiego, chętnie plotkują i kłócą się
między sobą. Początkowo nie powinni pokazywać się na dworze, lecz z wizytą poczekać, aż lepiej opanują francuski. Na naukę i konwersację w tym języku mieli codziennie przeznaczyć godzinę i siadać do niej po
obiedzie. Ponadto powinni szukać okazji do częstych rozmów po francusku,
przy każdej okazji rozmawiać z gospodarzem domu, w którym staną, a także
z jego rodziną. Ponadto należało nająć człowieka sposobnego do rozmowy i lektury po francusku, który mógłby korygować ich wymowę. "Lada fraszek i błazeństw nie dajcie sobie czytać po francusku"7 - napominał
Jakub synów. Co rano przez godzinę mieli pisać wypracowania po łacinie i co wieczór przez godzinę czytać książki historyczne w tym języku. Na
liście lektur znaleźli się Tacyt, Liwiusz i Swetoniusz. Ponadto każdy z młodzieńców miał przeznaczyć codziennie pół godziny na osobistą lekturę.
Ojciec we wzruszający sposób zachęcał ich do jak najczęstszego czytania.
Pisał o przodkach i krewnych, którzy, świetnie wykształceni, wzbogaceni
duchowo regularną lekturą, robili karierę, służąc Rzeczypospolitej i sławie swego imienia. Wskazywał im także własny zwyczaj codziennego
zasiadania do książek.
Nie zapominał Jakub Sobieski o potrzebie rozwoju fizycznego. Nakazywał
grę w piłkę i uprzedzał, że szermierki powinni chłopcy uczyć się dopiero
w Italii, gdzie mieli się udać nieco później. Tam też mogła się trafić
okazja do nauki woltyżerki, czyli różnorakich akrobacji na koniu, w tym
na przykład dosiadania wierzchowca w biegu i skakania nań, co mogło się
przydać na polu bitwy. Natomiast we Francji należało nauczyć się tańca,
co z kolei przydać się mogło na dworze, choć Jakub dodawał: "bodajeście
na koniach da Bóg tańcowali, bijąc się z Turki, z Tatary, tego wam
życzę"8. To życzenie ojca się spełni.
Poza tym mogli Sobiescy, według własnego uznania, uczyć się gry na
instrumentach, na przykład na lutni, ale ojciec dodawał, że jemu szkoda
by było czasu na takie "błazeństwo".
Na zakończenie przestrzegał, by prowadząc dom na przyzwoitym poziomie,
nie wydawali zbyt wiele pieniędzy. Tłumaczył, że w domu czeka na nich
siostra, która potrzebuje posagu. Ponadto wskazywał, że pieniądze lepiej
wydawać w kraju, tutaj żyjąc wystawnie, a nie w cudzoziemskich krajach,
gdzie na nikim nie zrobią wrażenia. Jednak w trosce o zbawienie mieli
Sobiescy chodzić co dzień do kościoła i dawać po pół złotego każdy
(niemałą kwotę) zgromadzonym tam biednym.
Tuż przed Wielkanocą 1646 roku Sobiescy wyruszyli w podróż. Po drodze
zwiedzali Niemcy, a później Niderlandy i północną Francję. W Paryżu
spędzili niemal rok, a następnie podróżowali po Francji. Odwiedzili też
Anglię. Trafili na bardzo trudny moment, gdyż trwała tam wojna domowa, a król Karol I właśnie dostał się do niewoli, z której kilka lat później
pójdzie prosto na szafot. Po powrocie na kontynent młodzieńcy zatrzymali
się nieco dłużej w Niderlandach. W trakcie wyprawy przypatrywali się
miejscowej architekturze, studiowali kształt fortyfikacji, a przede
wszystkim nawiązywali kontakty ze znanymi osobistościami. Niestety, nie
znamy odczuć i opinii Sobieskich, ponieważ jedyny znany nam diariusz tej
podróży sporządził ich towarzysz Sebastian Gawarecki. Nie wiemy, czy
młodzieńcy spisali swe uwagi, zgodnie z wymaganiami ojca, w każdym razie
nigdy nie natrafiono na ich ślad. Można jedynie dodać, że wspomnienia
Gawareckiego nie dają się porównać z bogactwem spostrzeżeń Jakuba
Sobieskiego, wędrującego po Europie czterdzieści lat wcześniej. Synowie
Jakuba jechali czasami śladami ojca. W Lyonie zatrzymali się w tej samej
gospodzie, w której niegdyś stanął on sam, co ze wzruszeniem odkryli.
Emocje związane ze wspomnieniem podróży ojca były tym większe, że w trakcie pobytu w Paryżu młodzieńcy dowiedzieli się o zgonie rodzica.
Podniesiony do godności kasztelana krakowskiego, najwyższego świeckiego
senatora, Jakub Sobieski zmarł. Do końca wypełniał obowiązki dobrego
obywatela. Jego zgon poprzedziła ponoć kłótnia z królem Władysławem IV,
któremu Sobieski zarzucił, iż przygotowuje wojnę z Turcją, nie
uzgodniwszy tego planu z senatem, a tego wymagało prawo. Wzburzony
senator opuścił stolicę, a po przybyciu do domu dostał udaru. Synowie
wysłuchali w Paryżu mszy za duszę ojca, ale do domu nie wrócili, gdyż
tak zadecydowała, zgodnie z wolą męża, Teofila Sobieska. Podróż z Francji do Polski, a potem ewentualny powrót nad Sekwanę byłaby tak
trudna i kosztowna, że decyzję tę należy uznać za racjonalną. W tamtym
czasie często zdarzało się, że z powodu oddalenia nawet najbliżsi krewni
zmarłych nie uczestniczyli w pogrzebach. Z drugiej jednak strony nieraz
zdarzało się, że właśnie czekając na przybycie rodziny, długo zwlekano z pogrzebem. Sobiescy pozostali więc we Francji. Jednak dwa lata później
tragiczne wydarzenia zmusiły ich matkę do wezwania synów do domu. Późną
wiosną 1648 roku do Sobieskich dotarły straszliwe wieści. Zmarł król
Władysław IV, a jego zejściu towarzyszyły jeszcze gorsze zdarzenia. Na
Ukrainie rozpoczęło się powstanie kozackie. Był to, między innymi, owoc
działań monarchy, które dwa lata wcześniej napiętnował Jakub Sobieski.
Król werbował Kozaków, szykując wojnę turecką. Opór szlachty zmusił go
do rezygnacji z tych planów, ale wzbudzone poruszenie kozackie nie dało
się łatwo wytłumić. Rozżaleni złym traktowaniem przez magnaterię kresową
i brakiem wszelkich praw, a także nietolerancją religijną, postanowili
sami wywalczyć sobie lepszy los. Na ich czele stanął Bohdan Chmielnicki.
W dwóch pierwszych bitwach pod Korsuniem i Żółtymi Wodami pokonali
polską szlachtę, siejąc na ziemiach ukrainnych strach i zamęt. W tej
sytuacji Sobiescy mieli wracać do domu. Trzeba było szykować się na
elekcję i wojnę jednocześnie. Teraz mieli się przekonać, jakie
umiejętności wynieśli ze swej edukacji.
Sobiescy znaleźli się w kraju w trakcie elekcji, ale podążyli wprost do
Zamościa na spotkanie z matką. Teofila schroniła się tam, uchodząc przed
Kozakami, którzy podeszli pod Lwów i plądrowali ziemie w pobliżu
majątków Sobieskich. Matka zażądała, by obydwaj synowie wzorem przodków
wzięli udział w walkach. Tak też się stało. Bracia zaciągnęli własne
oddziały i w roli rotmistrzów rozpoczęli służbę wojskową. Marek dostał
się do oblężonego przez Kozaków i Tatarów Zbaraża, którego bronił pod
wodzą Jaremy Wiśniowieckiego, a Jan szedł im na pomoc w oddziałach
prowadzonych przez nowego władcę Jana Kazimierza. Obydwaj wzięli udział
w morderczych walkach. Przedłużająca się obrona Zbaraża, przy kończącym
się zaopatrzeniu w żywność i amunicję, kosztowała wiele ofiar i tylko z trudem twierdza została utrzymana. Idące jej na pomoc wojska królewskie
napotkały twardy opór pod Zborowem i gdyby nie waleczna postawa Jana
Kazimierza, zapewne skończyłoby się klęską Polaków. W 1651 roku obydwaj
Sobiescy wzięli udział w bitwie pod Beresteczkiem, Jan został wówczas
ciężko ranny w głowę i niemal cudem uniknął niewoli. W 1652 roku doszło
do kolejnej bitwy, pod Batohem.
Marek Sobieski pojechał pod Batoh, a tam czekała Polaków rzeź. Większość
z nich dostała się do niewoli i następnego dnia została ścięta przez
Tatarów. Zginął także Marek. Teofila Sobieska nie umiała się pogodzić z tą stratą. Z trudem odratowany w dzieciństwie, najstarszy, ukochany, jak
twierdził później Jan, syn zginął. Matka wystawiła mu wspaniały pomnik -
ufundowała piękny kościół i klasztor Dominikanów w Żółkwi. Ponoć plany
budowli kazała sobie przywieźć z Italii, a według innej wersji sama
odbyła tam pielgrzymkę, ofiarowując odpust za duszę syna i szukając
pięknego przykładu architektury. Dominikanie żółkiewscy mieli po wsze
czasy modlić się za jej syna, a matka chciała spocząć obok niego.
Jan nie brał udziału w bitwie pod Batohem. Ponoć był bardzo chory, ale
jedna z dość późnych i słabo udokumentowanych wersji mówi, że nie była
to choroba, lecz rana, którą otrzymał w pojedynku z Kazimierzem Pacem.
Jak to wśród młodych bywa, poszło o kobietę - pannę Orchowską, którą
zresztą matka Sobieskiego natychmiast wydała za mąż. Przekaz o pojedynku
budzi pewne wątpliwości, ale faktem jest, że Jan Sobieski przez całe
życie pozostanie w konflikcie z rodziną Paców. Prawdą jest również, że
Teofila Sobieska nigdy nie pogodziła się z tym, co się wówczas
wydarzyło, a jeden z Francuzów towarzyszących później Janowi III
twierdził, że do nieporozumień między matką a młodszym synem doszło, gdy
ten był już dorosły. Przyczyny tych napięć nie podał. Zatem, według tej
wersji, to nie pobyt małego Jasia w domu babki leżał u korzeni jego
złych relacji z matką.
Po śmierci brata Jan Sobieski dalej walczył z Kozakami i Tatarami. Stał
na czele własnej chorągwi, czyli oddziału wojska. Jego żołnierze
rekrutowali się spośród Kozaków. W 1654 roku Jan Kazimierz podjął
rokowania z Tatarami i Jan Sobieski trafił do ich obozu jako zakładnik.
Ponoć uczył się w tym czasie tatarskiego. W tym samym roku udał się do
Turcji jako członek poselstwa Mikołaja Bieganowskiego. Spełniły się
przepowiednie Jakuba Sobieskiego, że znajomość języków przyda się jego
synom w przyszłości. Był to początek kariery politycznej młodego
magnata. Natomiast wcześniejsze walki były doskonałą szkołą sztuki
wojennej, której znajomość doprowadzi Sobieskiego do zwycięstwa pod
Wiedniem.
Maria Kazimiera de la Grange d'Arquien urodziła się we Francji. Nie
ustalono kiedy. Wskazuje się daty pomiędzy 1638 a 1642 rokiem, choć
wnikliwy badacz jej życia Michał Komaszyński uznał, iż najpewniej stało
się to w 1641 roku. Tego, kiedy dziewczynka przyszła na świat, nie
wiedział także jej ojciec Henryk de la Grange markiz d'Arquien. Gdy
zapytała go o to, odpowiedział, że nie pamięta, gdyż nie było go wówczas
w domu, a po powrocie zastał tam niemowlę. W rodzinie Henryka i jego
żony Franciszki de la Châtre urodziło się wiele dzieci. Maria Kazimiera
miała dwie starsze siostry Joannę i Franciszkę, które wstąpiły do
klasztoru, i młodsze Marię Annę i Marię Ludwikę oraz braci Ludwika i Annę Ludwika. Młodsze rodzeństwo przybędzie później do Polski, by żyć u boku swej koronowanej siostry. Markiz d'Arquien był niebogatym, ale za
to żądnym uciech utracjuszem. Czy to w niego wdadzą się w przyszłości
młodsi synowie Marii Kazimiery?
Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy tej rodziny, gdyby matka Marii
Kazimiery pani Franciszka nie została ochmistrzynią Marii Gonzagi -
księżniczki mantuańskiej. Gdy Maria została oddana za żonę królowi
Polski Władysławowi IV, postanowiła, że zabierze ze sobą maleńką
córeczkę rodziny d'Arquien. Dlaczego chciała mieć to dziecko przy sobie?
Dlaczego zdecydowała się zabrać malutką, może czteroletnią, dziewuszkę w daleką i niebezpieczną, a na pewno męczącą podróż? Czy pragnęła
towarzystwa dziecka, ponieważ, będąc damą niemal czterdziestoletnią, nie
zaznała dotąd słodyczy macierzyństwa? Czy nie znalazła lepszego sposobu
na zabezpieczenie losu dziewczynki, a równocześnie bardzo pragnęła pomóc
jej rodzicom? Gdy Ludwika Maria zawitała do Polski, na dworze
natychmiast rozeszły się szkaradne plotki, że Maria Kazimiera jest w rzeczywistości dzieckiem królowej, owocem jej związku z Henrykiem
Coëffier d'Effiat, markizem Cinq-Mars. Tych dwoje rzeczywiście połączył
romans, a ukochany Ludwiki Marii został ścięty w 1642 roku za spisek
przeciw pierwszemu ministrowi Francji kardynałowi Richelieu. Idąc na
szafot, Cinq-Mars miał powiedzieć: "Zatem umierać". Warto dodać, że
Ludwika Maria konać będzie z tymi samymi słowami na ustach, a w tej
ostatniej chwili, przywołując wspomnienie dawnego kochanka, nie zechce
zobaczyć drugiego męża Jana Kazimierza.
W orszaku Ludwiki Marii, obok maleńkiej Marii Kazimiery, umieszczono
także inne panny. Królowa wiozła je do Polski, by tam korzystnie
powydawać za mąż. Były ładne, ale niebogate, a monarchini chciała z ich
pomocą stworzyć własne stronnictwo polityczne. Partnerów szukała im
wśród najważniejszych polskich panów, a potem zaczęła zabiegać o trwałe
związanie tych mężczyzn ze swą polityką, nazywano ich nawet "zięciami
dworu".
Małżeństwo Ludwiki Marii z Władysławem IV zostało uznane we Francji za
duży sukces. Już od dawna dwór francuski pragnął zbliżyć się politycznie
z Rzecząpospolitą. Po wielu latach starań, po śmierci pierwszej żony
Władysława IV, pochodzącej z dynastii Habsburgów Cecylii Renaty,
rządzący Francją kardynał Jules Mazarin przedstawił listę księżniczek,
które chciał wyswatać polskiemu monarsze. Wybór dworu polskiego padł na
Ludwikę Marię. Znana była z energii i ambicji politycznych. We wczesnej
młodości związała się z młodszym bratem króla Ludwika XIII, Gastonem.
Ponoć nie tylko romansowali, ale snuli marzenia o małżeństwie, a zaniepokojona tym francuska królowa wdowa Maria Medycejska skazała
niedoszłą synową na kilka lat odosobnienia, potem zaś starała się
trzymać ją z dala od dworu. Pozycja księżniczki mantuańskiej była na
tyle wysoka, że obawiano się jej wpływów. Gdy związała się z markizem
Cinq-Mars, mówiono, że razem knują spisek przeciw kardynałowi Richelieu.
Najlepszym wyjściem z sytuacji było wyswatanie Marii z cudzoziemcem i umożliwienie jej honorowego wyjazdu z Francji. W 1646 roku te marzenia
się spełniły. Księżniczka jechała do Polski uradowana, że znalazła męża
o tak wysokiej pozycji, a równocześnie zapewniała dwór francuski, że
uczyni wszystko, by Polskę skierować na tory współpracy z Paryżem. Te
obietnice okazały się trudne do wypełnienia. Władysław IV nie życzył
sobie, by żona mieszała się do polityki, i pragnął trzymać ją na uboczu.
Ich małżeństwo skończyło się po dwóch latach. Król zmarł, a Ludwika
Maria ledwo przeżyła, gdy podczas pobytu na Litwie dopadła ich oboje
choroba.
Przyszłość owdowiałej królowej nie rysowała się różowo. Ponieważ była
bezdzietna, mogła wrócić do Francji, gdzie nie oczekiwano jej z otwartymi ramionami. Mogła też pozostać w Polsce, ale tutaj nie
odgrywałaby żadnej szczególnej roli, a jej pozycja byłaby bardzo słaba.
Dla ambitnej kobiety te scenariusze wydawały się trudne do przyjęcia.
Właśnie wtedy zrodził się ciekawy plan. Ludwika Maria mogłaby oddać swą
rękę młodszemu bratu zmarłego króla Janowi Kazimierzowi i udzielić mu
pomocy w przeprowadzeniu elekcji. Ten ambitny, niemogący dotąd znaleźć
sobie miejsca człowiek miał za sobą wiele nieudanych prób uporządkowania
swego życia. Kilkakrotnie pragnął się ożenić, był bowiem bardzo
kochliwy. Teraz miał szansę zdobycia korony i żony jednocześnie, a pomoc
Ludwiki Marii wydawała się tym cenniejsza, że w szranki wyborcze razem z nim stanął jego brat Karol Ferdynand, biskup wrocławski, któremu
poparcia w elekcji udzielili Habsburgowie. Jan Kazimierz postanowił
skorzystać z oferty Ludwiki Marii, licząc na pomoc francuską.
Na czas wdowieństwa królowej mała Maria Kazimiera została odesłana do
Francji. Najpierw uczyła się w klasztorze Urszulanek w Nevers, rodzinnej
posiadłości Ludwiki Marii, a potem przeniosła się na dwór swej ciotki
hrabiny de Maligny w Prye.
Wykształcenie, jakie Maria Kazimiera odebrała pod opieką Ludwiki Marii,
a także później we Francji, sprawiło, że zainteresowała się ówczesną
literaturą francuską. Natomiast ortografia francuska, jaką stosowała,
odbiegała od zasad, ale ludzie kaleczący gramatykę i ortografię nie byli
wtedy rzadkością. Można rzec, że stosowała własną ortografię i zawsze
pisała z jednakowymi błędami, nie tyle popełniała omyłki, ile
posługiwała się własną "odmianą" francuszczyzny. Znała doskonale język
polski z jego zawiłościami, a jej polszczyzna w zapisie nie odbiegała od
błędów i zniekształceń spotykanych dość często w listach ówczesnych
Polaków; największą trudność sprawiały jej zmiękczenia. Maria Kazimiera
z upodobaniem sięgała do polskich przysłów i porzekadeł. Znała ich wiele
i zawsze potrafiła celnie używać.
Do Polski panna d'Arquien wróciła dopiero w 1652 lub 1653 roku.
Przebywała odtąd w najbliższym otoczeniu królowej, towarzysząc jej
nieustannie. Była już wówczas podlotkiem i olśniła wszystkich urodą,
choć wcześniej - jako dziecko - również bardzo się podobała. Teraz
jednak jej bujne czarne włosy i duże ciemne oczy urzekały mężczyzn
zgromadzonych na dworze. Jak pisał poeta, swą urodą i ogniem Maria
Kazimiera była zdolna "spalić w popiół oba światy"9. Właśnie
wówczas spotkała Jana Sobieskiego. Na jej widok jego serce natychmiast
zabiło żywiej, ale czasy były ciężkie i wszystko sprzysięgło się
przeciwko uczuciom młodego magnata.
W 1655 roku Polskę zalały wojska szwedzkie, a wydarzenie to przeszło do
historii jako potop. Szlachta masowo deklarowała poparcie dla króla
szwedzkiego Karola X Gustawa. Na jego stronę przeszła także Litwa z hetmanem Januszem Radziwiłłem na czele. Sytuacja w Rzeczypospolitej była
bardzo trudna. Od 1648 roku prowadzono walkę z Kozakami, którzy w 1654
roku podpisali ugodę z carem, i Ukraina leżąca na lewo od Dniepru
przeszła pod władzę Moskwy. Zapoczątkowało to konflikt polsko-rosyjski.
Dwie wojny na granicy wschodniej wydawały się straszną tragedią, ale gdy
rozpoczął się atak szwedzki i wojska Karola X Gustawa znalazły się nagle
w granicach Wielkopolski, która od niepamiętnych czasów nie zaznała
wojny, przerosło to wszelkie wyobrażenia Polaków. Większość szlachty
postanowiła poddać się szwedzkiemu władcy i korzystając z jego poparcia,
ratować kraj od pożogi na wschodzie. Karol X Gustaw wydawał się silny i dysponował wojskami zdolnymi ratować Polskę. Jan Kazimierz i jego
małżonka, zdradzeni przez obywateli swego kraju, schronili się na
Śląsku, w księstwie raciborsko-opolskim, które cesarz nadał polskim
Wazom jako zastaw za długi.
Pobyt na Śląsku nie przeszkodził parze monarszej w snuciu planów
odzyskania państwa. Zawarli porozumienie z Austrią i zabiegali o rozbicie sojuszu między Szwecją a Brandenburgią, co udało się
zrealizować w zamian za daleko idące ustępstwa polityczne. Jan Kazimierz
uznał niezależność elektora brandenburskiego jako władcy Prus
Książęcych, dotąd lennika Polski. Ludwika Maria nie zaniedbywała także
wysiłków, by pozyskać dla siebie magnatów, którzy przeszli na stronę
szwedzką. Przede wszystkim jednak zatroszczyła się o utrzymanie przy
sobie tych, którzy jej nie zdradzili. Należał do nich Jan Zamoyski.
Jan Zamoyski, zwany Sobiepanem, był wnukiem wielkiego kanclerza, również
Jana, i synem Tomasza Zamoyskiego. Ponieważ kanclerz stał się
właścicielem ogromnego majątku, a miał tylko jednego syna i później
tylko jednego wnuka, wszystkie dobra przeszły w ręce Sobiepana. Był
bajecznie bogaty. Choć zadbano o jego naukę, nie wyniósł z niej wiele, a z podróży na zachód Europy przywiózł jedynie... chorobę weneryczną.
Używanie życia, cielesne przyjemności były jego radością i im poświęcał
swój czas, chociaż w chwilach wytchnienia lubił... czytać. Z pasją
gromadził książki. Przyjął niezbyt eksponowany urząd wojewody
sandomierskiego, nie pragnął innych zaszczytów i dostojeństw, które król
gotów byłby mu powierzyć. Nie potrzebował ich, gdyż bogactwo i nazwisko
gwarantowało mu pozycję i wpływy, a nie chciał przyjmować na siebie
żadnych obowiązków. Trzeba zresztą oddać mu sprawiedliwość, że był
przynajmniej świadom własnego lenistwa. Nic bowiem gorszego niż ludzie
żądni zaszczytów i władzy, a niechętni wypełnianiu powinności z nimi
związanych. Tak jak obojętny był wobec Jana Kazimierza i służby dla
niego, tak nie był Sobiepan gotów przechodzić na stronę króla
szwedzkiego. Zamość był jednym z niewielu miast polskich, które nie
otworzyły bram przed najeźdźcą. Zdaniem Ludwiki Marii Zamoyski
opowiedział się tym samym po stronie prawowitego króla polskiego.
Należało uczynić wszystko, by zdania nie zmienił. Pragnąc utrzymać tego
utracjusza i hulakę po swej stronie, Ludwika Maria postanowiła
zaoferować mu rękę Marii Kazimiery. Dopięła swego - Zamoyski gotów był
nawet dla małżeństwa z piękną panną pozbyć się swego haremu, z którego
słynęła jego rezydencja w Zamościu.
Nawet jeżeli Jan Sobieski pałał już wówczas uczuciem do ślicznej dwórki,
nie mógł wygrać konkurencji o jej rękę z Zamoyskim. Tamten był wierny
sprawie Polski, a Sobieski przeszedł na stronę szwedzką. Henryk
Sienkiewicz wymienia go wśród zdrajców, pisząc dość enigmatycznie o staroście jaworowskim, który stanął po stronie Karola X Gustawa. Tym
starostą był właśnie Jan Sobieski. Zamoyski zasługiwał na nagrodę za
swoją wierność i był dużo przydatniejszy dla planów królowej. Ponadto
był bogatszy od Sobieskiego, a Ludwice Marii zależało na jak
najkorzystniejszym małżeństwie ukochanej wychowanki. Wreszcie, co nie
jest bez znaczenia, matka Jana Sobieskiego nawet słyszeć nie chciała o ewentualnym małżeństwie jedynego syna z francuską przybłędą. Pragnęła
raczej jego związku z jedną z Radziwiłłówien, wywodzącą się z bogatego i wpływowego rodu. Jeżeli zatem Sobieski snuł marzenia o mariażu z piękną
panną, to nie mogły się one ziścić. Na razie.
Mimo trwającej wojny na dworze rozpoczęto przygotowania do ślubu.
Zgodnie ze zwyczajem wesela dwórek odbywały się na koszt królowej, która
matkowała im podczas uroczystości, a w wypadku sierot rzeczywiście
zastępowała matkę. Choć Maria Kazimiera nie była sierotą, jej rodzice
przebywali we Francji i na uroczystość przybyć nie mogli. Ludwika Maria
wzięła więc na siebie przygotowanie ceremonii. Dla podkreślenia jej
uroczystego charakteru królowa postanowiła się wzorować na weselu Jana
Zamoyskiego, dziada pana młodego, z Gryzeldą Batorówną, bratanicą
Stefana Batorego. Przebieg tamtego wydarzenia skrupulatnie zapisano, tak
więc teraz można było czerpać z niego przykład.
W marcu 1658 roku odbyło się wesele. Według jednego z opisów
uroczystości trwały pięć dni. Pierwszego Jan Zamoyski pojawił się na
dworze królewskim i spisano umowę małżeńską. Wieczorem odbyła się uczta,
a po niej bal. Na dworze królewskim wydawano bowiem wspaniałe wieczerze,
a dopiero po posiłku wynoszono zastawę i odsuwano stoły, czyniąc miejsce
na tańce. W tany ruszał w pierwszej parze król z królową, a potem
królewscy małżonkowie prosili do tańca młodą parę. Bal kończył się około
północy. Nazajutrz odbyły się zaręczyny. Zwyczaj nakazywał, by przy tej
okazji kandydata do małżeństwa reprezentował przyjaciel, który w długiej
oracji wychwalał przymioty i pochodzenie zarówno narzeczonego, jak i jego wybranki. Na zakończenie prosił królową o oddanie panny
adoratorowi. Gdy Ludwika Maria wyraziła zgodę, Jan Zamoyski ofiarował
narzeczonej kosztowny pierścień, a jego reprezentant wręczył królowej
brylantowy diadem, który ta włożyła na głowę Marii Kazimiery. Wieczorem
znowu była wystawna kolacja i bal. Trzeciego dnia narzeczona w towarzystwie rówieśnic brała kąpiel, a po niej przyjmowała prezenty od
oblubieńca. Zamoyski ofiarował Marii Kazimierze gotowalnię, czyli
toaletkę ze wszystkimi przyborami służącymi upiększaniu urody, oraz
wyposażenie łoża - baldachim, kapę na łóżko i wszelkie konieczne ozdoby,
a także taborety obite pod kolor przybrania łoża. Wszystko haftowane
srebrem i złotem oraz przyozdobione perłami. Tego dnia gości podejmował
poczęstunkiem pan młody. Czwartego dnia miał miejsce ślub. Przyjaciele
Zamoyskiego przyjechali do jego rezydencji i zostali tam wspaniale
ugoszczeni, a potem wspólnie udano się do zamku. Narzeczoną ubierano w sypialni królowej, która przypatrywała się tej ceremonii, a potem
odprowadzała pannę do kaplicy zamkowej. Pana młodego prowadził tam król.
Ślubu udzielał Zamoyskiemu i Marii Kazimierze sam prymas Andrzej
Leszczyński. Tego dnia znowu była uczta i tańce. A później panna młoda
udawała się... do swojej komnaty, podczas gdy jej mąż wracał do...
własnego domu. Piątego dnia Maria Kazimiera wraz z królową zasiadła pod
baldachimem i przyjmowała wspaniałe podarki od wszystkich gości
weselnych, a towarzyszyły temu długie, pełne pochwał oracje. W imieniu
oblubienicy dziękował za nie kanclerz królowej. Przy okazji skrupulatnie
spisywano wszystkie dary. Dopiero później para królewska odprowadziła
Marię Kazimierę do domu męża. Ten zwyczaj nazywano przenosinami; pannom
niebędącym dwórkami towarzyszyły matki. Na nowym gospodarstwie
wyprawiano kolejną ucztę, a zwykle po niej zarządzano tańce, które
jednak nie trwały długo. Szóstego dnia nowożeńcy przyjeżdżali
podziękować królestwu za ich dobroć i wspaniałe uroczystości.
Inna wersja, zapewne bliższa prawdzie, mówi, że Zamoyski spóźnił się na
swój ślub, więc wesele trzeba było mocno skrócić.
Jakkolwiek było, pani Zamoyska nie miała chyba powodów do szalonej
radości. Noc poślubną spędziła samotnie, gdyż u małżonka nastąpił nawrót
brzydkiej choroby, na którą cierpiał od powrotu z Francji.
Po kilku dniach spędzonych w Warszawie państwo młodzi wyjechali do
Zamościa. Rozstanie Marii Kazimiery z królewską mentorką i opiekunką nie
miało jednak trwać długo. Okazało się, że Jan Zamoyski po powrocie do
domu zapragnął wrócić do dawnych zwyczajów. Miał swoje towarzystwo,
które odpowiadało mu znacznie bardziej niż małżonka. Ponadto wzorem
wielu magnatów bardzo często wyjeżdżał, pozostawiając ją samą. Te
wyjazdy związane były z nadzorem nad rozległymi posiadłościami, a także
spotkaniami z klientami, czyli szlachtą nieraz od pokoleń związaną z Zamoyskimi różnorodnymi interesami. Magnat był dla tych ludzi opiekunem,
czyli patronem. Właściwie wszystkie żony polskich panów skazane były na
taki los. Większość z nich była przygotowana nie tylko na samotne życie
w mężowskich rezydencjach, lecz przede wszystkim na przejęcie związanych
z tym obowiązków - nadzoru nad służbą i majątkiem, wychowania dzieci i zastępowania męża we wszystkich rolach, jakich funkcjonowanie rodziny i dóbr wymagało. Nie wiemy, na ile Maria Kazimiera była świadoma tego, co
ją spotka, choć skoro wychowała się w Polsce, zapewne nie była
zaskoczona obowiązkami, które na nią powinny spaść. Można nawet
przypuszczać, że to nie nadmiar obciążeń, ale raczej pewne ograniczenia
nałożone na nią przez męża i nuda doskwierały wojewodzinie
sandomierskiej. Z jej korespondencji z małżonkiem wynika, że darzyła go
czułością i tego samego oczekiwała od niego. Tymczasem on nie okazywał
jej zbyt wiele zainteresowania. Ponadto zadawał się ze swoimi zaufanymi
towarzyszami, którzy, zdaje się, nastawiali wojewodę przeciw żonie.
Mieli w tym własny interes, gdyż zabawiając swego pana, pozyskiwali od
niego pieniądze i nadania. Małżonek nie ufał Marii Kazimierze i nie
pozwalał jej działać z całym rozmachem, na jaki stać było młodą i energiczną kobietę. Służba męża, świadoma poparcia ze strony pana domu,
nie słuchała poleceń gospodyni. Maria Kazimiera nie mogła patrzeć na
straty, jakie ten proceder powodował. Majątki Zamoyskiego, mimo że
rozległe i przebogate, źle zarządzane i kiepsko nadzorowane tonęły w długach. Czasem pani Zamoyska nie potrafiła się doprosić o należyte
zaopatrzenie swego stołu, o zaspokojeniu kaprysów nie wspominając. Nic
dziwnego, że wojewodzina zamartwiała się, w końcu miały to być w przyszłości dobra jej dzieci. W pewnej chwili Maria Kazimiera
zdecydowała się na drastyczny krok: zamierzała przejąć zarząd nad całym
majątkiem, a męża uznać za niepoczytalnego, ale przeszkodzili temu
zaufani Zamoyskiego.
Maria Kazimiera chwilami okropnie nudziła się w Zamościu i z pewnością
miała dużo czasu na przeżywanie zmartwień, których dostarczał jej mąż i jego zachowanie.
Równocześnie starała się samej sobie dostarczyć rozrywki. Czasem
pocieszała się zakupami, które na jej zamówienie czynili przyjaciele w Warszawie, o pomoc w aranżacji biżuterii zwracała się nawet do królowej.
Bardzo hucznie obchodzono w Zamościu karnawały. Maski sprowadzano aż z Italii, a przebierańcy z Zamoyskimi na czele tworzyli na ulicach miasta
barwne korowody ku uciesze zgromadzonych gapiów. Wojewodzina miała też
własny dwór i swoim towarzyszkom organizowała wesela na wzór tych, jakie
w Warszawie przygotowywała królowa. Zapewne nie odbywały się one z taką
pompą, ale rozrywki jej otoczeniu dostarczały równie wiele. Ponadto
przygotowywała przedstawienia teatralne. U boku królowej brała udział w wystawianiu sztuk, bowiem dwór Wazów słynął z miłości do teatru
włoskiego i francuskiego. W warszawskim Zamku skonstruowano nawet
specjalną "operalnię", czyli komnatę pełniącą rolę sceny teatralnej.
Maria Kazimiera do końca życia będzie się pasjonowała teatrem. Cała
epoka zresztą żyje teatrem i muzyką, a zatem także operą. Artyści i ich
mecenasowie poszukują nowych tematów i form wyrazu jak najlepiej je
oddających. Próbują przezwyciężyć ograniczenia techniczne, sceny
wyposażają w przemyślną maszynerię ułatwiającą inscenizację;
eksperymentują ze scenografią i oświetleniem. Jako wojewodzina, jako
królowa Polski i jako emigrantka w Rzymie Maria Kazimiera całe życie
zajmowała się wystawianiem sztuk na swoich dworach, a z czasem zacznie
współpracować w tej dziedzinie z synem i wnuczką.
Frustracje i rozrywki pani Zamoyskiej nie przeszkodziły jej w wypełnieniu podstawowego obowiązku każdej XVII-wiecznej żony. Latem 1658
roku spodziewała się dziecka. Powiadomiona o tym Ludwika Maria
natychmiast zaprosiła ulubienicę do Warszawy. Czyniła tak zawsze, gdy
jej dawne dwórki były brzemienne. Poród i połóg w stolicy, w towarzystwie królowej, pod okiem najlepszych lekarzy, dawał tym kobietom
znacznie większe szanse na przeżycie niebezpiecznych chwil. W owym
czasie każda ciąża i poród stanowiły dla kobiety nie lada wyzwanie, ale
pierwszy raz był zawsze najgorszy i najbardziej niebezpieczny. Znaczna
część kobiet umierała w trakcie ciąży lub w wyniku powikłań poporodowych
czy gorączki połogowej. Jeżeli z powodu braku higieny lub jakichś
komplikacji wdało się zakażenie, to położnicy zwykle nie można było
uratować.
Maria Kazimiera zjawiła się na dworze jesienią, ale królowej, zajętej
organizowaniem obrony kraju, tam nie było. Zrozpaczona, osamotniona i pełna obaw wojewodzina pisała do męża, szukając u niego pociechy -
bardzo się bała, że umrze w połogu. Zamoyski nie odpowiadał na jej
listy. Ponadto okazało się, że Maria Kazimiera, żona jednego z najbogatszych ludzi w Polsce, nie ma pieniędzy na utrzymanie. Królowa
poleciła jej zamieszkać w klasztorze i zobowiązała się zapłacić za
pobyt. Ludwika Maria przybyła do stolicy u progu nowego roku. Utuliła
przerażoną ulubienicę. Po świętach wielkanocnych pojawił się tam również
wojewoda sandomierski, a zaraz potem na świat przyszła pierwsza córka
Zamoyskich - Ludwika Maria. Była jednak bardzo słaba i po miesiącu
zmarła, co bardzo zasmuciło Marię Kazimierę. Śmierć dzieci była w tych
czasach bardzo powszechnym zjawiskiem, a im dziecko było młodsze, tym
niebezpieczeństwo jego śmierci większe. Zwykle nawet nie znano przyczyn
zgonów, gdyż medycyna, która zresztą dorosłym też nie umiała pomóc, nie
badała chorób dziecięcych jako odrębnych przypadków; pediatria jako
jedna z dziedzin medycyny wyodrębniła się bardzo późno. Dość powiedzieć,
że kilka lat wcześniej córeczka Ludwiki Marii i Jana Kazimierza umarła w wyniku późnego ząbkowania. Miała niemal rok, gdy nagle zaczęło się jej
wyrzynać kilka ząbków naraz. Dziecku nie można było ulżyć w bólu i najpewniej wskutek wstrząsu zmarło. Przypadek ten jest dobrze znany,
ponieważ opisał go lekarz dworski, studiując na tym tragicznym
przykładzie właśnie kwestię ząbkowania.
Wkrótce Maria Kazimiera spodziewała się kolejnego dziecka, ale straciła
je. Udała się na kulig i sanie się przewróciły, a ona wskutek upadku
poroniła. Według przekazu samej Marii Kazimiery był to chłopczyk.
Nadszedł rok 1660, a wraz z nim pojawiła się nowa nadzieja; pani
Zamoyska była znowu w ciąży, ale czuła się fatalnie. Przebywała nadal na
dworze i mąż wzywał ją do domu. Mimo sprzeciwu królowej Maria Kazimiera
postanowiła posłuchać wezwania. Tymczasem wojewoda zdążył opuścić swoje
włości i żona nie zastała go w Zamościu, słała więc doń pełne tęsknoty
listy. Znów była zalękniona i osamotniona. Jednak mąż nie odpisywał i nie wracał. W grudniu, pod nieobecność Zamoyskiego, Maria Kazimiera
urodziła dziewczynkę, której dano na imię Katarzyna. Co prawda Kasia
była bardzo wątła, ale żyła, przynosząc matce pociechę. Znalazła też
Maria Kazimiera wsparcie z zupełnie innej strony...
Romans
Gdy Maria Kazimiera wychodziła za mąż za
wojewodę sandomierskiego i wyjeżdżała do Zamościa, a potem urodziła
pierwsze dziecko, w Polsce szalała wojna ze Szwecją. Jan Sobieski w niej
uczestniczył, i to po obu walczących stronach.
Począwszy od 1655 roku Szwedzi przemierzali niemal cały kraj, plądrując
i nękając jego ludność. Bardzo szybko szlachta, która uprzednio stanęła
po stronie najeźdźcy, spodziewając się pomocy w walce z wrogiem
zewnętrznym, zrozumiała, że popełniła błąd. Karol X Gustaw nie dbał o państwo, do którego wpuszczono go bez przeszkód, wręcz odwrotnie, on i jego armia bez skrupułów korzystali z łatwej zdobyczy. To odmieniło
sytuację. Już pod koniec 1655 roku szlachta zaczęła porzucać Szwedów i na powrót uznawać zwierzchność Jana Kazimierza. Coraz liczniejsze
szeregi zbierały się, by stawić opór najeźdźcy. Janowi Sobieskiemu taka
decyzja zabrała więcej czasu. Pozostał na służbie Karola X Gustawa
niemal rok. Dopiero w 1656 roku porzucił jego sprawę i w bitwie pod
Warką wystąpił już po stronie Jana Kazimierza. Za powrót do
posłuszeństwa prawowitemu władcy i dzielną postawę w tym starciu został
mianowany chorążym koronnym.
W jakiś czas potem pomiędzy Janem Sobieskim a Marią Kazimierą zaczęła
krążyć korespondencja. W historiografii przyjęło się, że to Sobieski był
od samego początku - od pierwszego wejrzenia - zainteresowany panią
Zamoyską. Niestety, szczątkowe i dość jednostronne wiadomości, które
mamy na ten temat, nie potwierdzają tej opinii. Przede wszystkim
Sobieski bywał w Zamościu jako znajomy pana domu, czyli Jana
Zamoyskiego. Raczej nie przyjeżdżał tam dla Marii Kazimiery. Ponadto
pierwsze listy wymieniane między Janem i wojewodziną były efektem jej
inicjatywy. Mieszkając w Zamościu, nudziła się i pragnęła żywego
kontaktu z dworem swej opiekunki Ludwiki Marii. Interesowały ją dworskie
ploteczki, wiązały ją z Warszawą także zakupy, których tam dokonywała.
Nabywała holenderskie płótno i koronki oraz biżuterię, a zatem luksusowe
towary, które umilały życie osamotnionej uczuciowo i oddalonej od
dworskich rozrywek kobiecie. Pozostaje zadać pytanie, dlaczego na
pośrednika do takich spraw wybrała sobie mężczyznę. Sobieski, w przeciwieństwie do Zamoyskiego, zawsze dbał o swój wygląd i przywiązywał
wagę do stroju, ale czy tyle wystarczyło, by pani Zamoyska uznała
chorążego koronnego za godnego powierzenia mu misji robienia zakupów i zdobywania dla niej informacji o tym, co słychać na dworze? Czy nie
byłoby prościej zwrócić się z takimi oczekiwaniami i prośbami do jednej
z dawnych przyjaciółek i towarzyszek, które wciąż mieszkały na dworze u boku królowej? A może chorąży jej się podobał i próbowała znaleźć
pretekst do podtrzymania żywszych kontaktów z młodym, przystojnym,
pełnym życia mężczyzną? Listy, na których możemy oprzeć swoje domysły,
są jednostronne, bo zachowały się przede wszystkim te pisane przez Marię
Kazimierę, nie znamy odpowiedzi chorążego, a o jego zachowaniu możemy
wnioskować tylko z jej słów.
Początkowo Maria Kazimiera oczekuje plotek dworskich i skarży się, że
Sobieski nie odpisuje regularnie na jej listy. Pozostaje pytanie, czy
rzeczywiście nie odpisywał, czy miała to być próba pokazania, jak bardzo
ona tęskni za jego słowami. W każdym razie Maria Kazimiera narzeka, że
on, zajęty "bywaniem" w wielkim świecie, nie ma dla niej - opuszczonej i samotnej - czasu. Dodać jednak wypada, że przynajmniej pozornie słowa
zawarte w listach pozbawione są kokieterii i wydają się pełne powagi i zrozumienia dla milczenia chorążego. Być może dla umocnienia
zainteresowania Sobieskiego kontaktem z nią Maria Kazimiera zleca mu
czasem przedstawienie Ludwice Marii jakichś jej próśb. Na przykład
przesyła mu klejnoty, które powinien zanieść królowej i poprosić ją o ułożenie ich w elegancki wzór, który posłuży jubilerowi do oprawienia
kamieni. Wszelki, także prywatny, kontakt z monarchinią mógł być dla
chorążego cenny, a zatem powinien skorzystać z ofiarowanej mu okazji
spotkania jej. Mimo to prośba, którą Maria Kazimiera kieruje do
Sobieskiego, a nawet do samej królowej, może trochę dziwić. Czy na pewno
podczas zamieszania politycznego i trwającej wojny monarchini miała czas
na projektowanie biżuterii dla swej ulubienicy? Nie dowiadujemy się
tego, gdyż w kolejnych listach nie ma informacji na temat losu
przesłanych chorążemu drogich kamieni. Nie wiemy także, czy siodło,
które dostała wówczas Maria Kazimiera, było podarunkiem od Sobieskiego
czy realizacją jakiegoś jej zamówienia. Okazało się niewygodne i wojewodzina narzekała na nie w jednym z listów. Przy okazji dowiadujemy
się, że przynajmniej w młodości jeździła konno. Poza tym jednym momentem
nie słyszymy o Marii Kazimierze jako amazonce, natomiast istnieje dość
ciekawy portret konny królowej, ale jest on bardzo stylizowany.
Sportretowana monarchini więcej uwagi poświęca berłu, które trzyma w ręku, niż wodzom rumaka, którego dosiada.
Z dalszej korespondencji, w tym także kierowanej do wspólnego znajomego,
przyjaciela Jana Sobieskiego - Jana Fryderyka Sapiehy, wynika, że gdzieś
u schyłku 1659 roku pomiędzy Marią Kazimierą a Janem Sobieskim doszło do
poważnej scysji. Najpierw chorąży złożył pani Zamoyskiej jakąś
tajemniczą, ale niegodną propozycję. Słowa, które czytamy w liście, jaki
do niego napisała, brzmią tak dwuznacznie i tajemniczo, że bardzo trudno
wyjaśnić, o co mogło chodzić. "Błagam więc, żebyś Wć nie stawiał żądań,
których nie mogę wysłuchać, a którym przykro mi odmawiać. Dosyć Wć
traktuję jak swoje dziecko, skoro daję Wci mój ulubiony szkaplerz.
Żegnaj mi Wć, żyjmy zadowoleni w cnocie"10. Cóż może oznaczać
propozycja życia w cnocie w kontekście wcześniejszego zdania o tym, że
przykro jej odmawiać? Słowa zawarte w tym fragmencie nie bardzo do
siebie przystają, ale starczyć nam muszą za całe wytłumaczenie
tajemniczego wydarzenia. W dodatku, mimo pewnego oburzenia, nie
omieszkała Maria Kazimiera podarować Sobieskiemu szkaplerza, który
najpewniej miał mu nieustannie przypominać ofiarodawczynię, zwłaszcza że
już wcześniej przesłała mu różaniec.
Być może napięcie wywołane przez pierwsze nieporozumienie spowodowało
kolejne. Latem 1660 roku podczas wizyty Jana Sobieskiego i Jana
Fryderyka Sapiehy w Zamościu doszło do awantury pomiędzy chorążym
koronnym a panią Zamoyską. Także w tym wypadku nie znamy jej przyczyny,
wiemy natomiast, że gdy Maria Kazimiera odwołała się do tego, że jest
kobietą i należą się jej pewne względy, usłyszała w odpowiedzi, że bycie
kobietą to nie powód do specjalnego traktowania. Nie był zatem Jan
Sobieski taktowny ani szarmancki, a pogorszył sytuację, opuszczając dom
Zamoyskich bez pożegnania z gospodynią. Pomimo takiego obrotu sprawy
Maria Kazimiera postanowiła użyć pośrednictwa Sapiehy, by skłonić
Sobieskiego do przywrócenia dawnych stosunków. To właśnie z listu doń
kierowanego znamy całe zajście. Być może na znak przeprosin Jan Sobieski
wysłał Marii Kazimierze swego karła Muszkę; dziękowała mu za to i obiecywała dobrze się nim opiekować.
Znajomość między chorążym koronnym a panią Zamoyską wkroczyła wówczas na
całkiem nowe tory. Przede wszystkim Maria Kazimiera podsunęła
Sobieskiemu lekturę niezmiernie popularnych romansów. Wymieniali się
najmodniejszymi książkami traktującymi o miłości - Kleopatrą,
Cyrusem i przede wszystkim Astreą. W listach pojawiły się też
zupełnie nowe nuty. Rozpoczęło się także odgrywanie ról - Maria
Kazimiera stała się mateczką, a Jan Sobieski - synem, co pozwoliło im
wejść w świat pewnej intymności. Z listu przytoczonego wyżej wynika, że
to wojewodzina próbowała wprowadzić w kontaktach z chorążym koronnym
element gry i sama przyjęła określoną pozę, udając matkę starszego od
siebie mężczyzny. W kolejnych listach pani Zamoyska nawiązywała do tej
zabawy. Najpierw, odgrywając rolę matki, ganiła Sobieskiego, pisząc: "Wć
zanadto jesteś rozpustny"11. Później jednak padły wiele
mówiące słowa: "kocham Wć tak czule jak syna"12. A dalej czytamy
pochwały, że Sobieski stara się być grzecznym i pełnym galanterii
kawalerem. Pewnego razu wojewodzina zarzucała mu, że chce zapomnieć o starej miłości i poszukuje nowej. Pozorną przyczyną kokieterii stała się
także córka Marii Kazimiery Kasia. Z korespondencji wynika, że Sobieski
znał i lubił dziewczynkę, zresztą przez całe życie cenił sobie
towarzystwo dzieci. Najpewniej bawił się z Kasią podczas wizyt w Zamościu. Dziewczynka miała wówczas niespełna dwa latka, była więc
malusieńka, a Maria Kazimiera w swoich listach wkładała jej w usta
wypowiedzi, których tak małe dziecko nie mogło sformułować. Pewnego razu
dziewczynka miała narzekać, że gdy Sobieski z nią tańczył, nie starał
się zbyt mocno i żaden kurz nie unosił się z podłogi, a innym razem, że
małej Kasi - świetnej tancerce - brakuje kawalera. Najdziwniejsze jednak
słowa, które ponoć Kasia wygłosiła na temat chorążego, brzmiały tak: "Wć
[jesteś] nader niedbały i że widać miłość Wci poczęła się podczas
wielkich mrozów, skoro wciąż jeszcze jest zamarznięta"13.
Kokieteria zawarta w listach jest oczywista i trudno się dziwić, że
Sobieski po takich słowach i lekturze romansów uległ czarowi Marii
Kazimiery.
Spośród książek podsuwanych mu przez panią Zamoyską prawdopodobnie
największe wrażenie na Sobieskim uczyniła Astrea autorstwa Honoriusza
d'Urfé. Fabuła romansu osadzona została w krainie Forez zamieszkanej
przez pasterzy. Jeden z nich Celadon kocha się w pasterce Astrei, jednak
ta początkowo jest niedostępna. Później, mimo iż Celadon zdobywa jej
wzajemność, oboje powątpiewają w szczęście, które pozornie jest w zasięgu ręki. Przygnębiony i nieszczęśliwy bohater postanawia odebrać
sobie życie, rzucając się w nurt rzeki, ale zostaje uratowany przez
nimfy. Jednak ciągle wspomina swą wybrankę i czas upływa mu na
rozpamiętywaniu szczęścia, które utracił. Warto dodać, że z narracji nie
wynika, by rzeczywiście kiedykolwiek był naprawdę szczęśliwy i pewny
wzajemności Astrei. Romans przedstawia ideał miłości barokowej, która
jest ciągłym rozważaniem wątpliwości, pełnym rozterek i smutku.
Kochanków przepełniają sprzeczne uczucia - miłości i tęsknoty -
wzmocnione przez poczucie oddalenia i chłodu ze strony partnera. Według
modelu przedstawionego w Astrei to przede wszystkim kobiety są
obiektami westchnień i to one - istoty wyższego rzędu - są władczyniami
męskich serc. W świecie romansu to one rozkazują, one obdarzają
szczęściem i strącają kochanków w otchłań rozpaczy. Miłość barokowa jest
pomieszaniem szczęścia i tej właśnie rozpaczy. Astrea zwraca się do
ukochanego takimi oto słowami: "moje pragnienia muszą być rozkazem, moje
opinie racjami, a moje zlecenia niepodważalnymi prawami"14. Nie
trzeba zapewne dodawać, że kochanek przystaje na to żądanie. To ona
zatem bierze władzę nad sercem i umysłem mężczyzny w swoje ręce, a on z miłości do niej podporządkowuje się całkowicie. Celadon nieustannie
wzdycha, a nieraz nawet płacze na myśl o swej ukochanej, podejrzewa ją o chłód i ciągle spodziewa się odrzucenia, czasem zarzuca jej
okrucieństwo, ale mimo iż pogrążony w żalu, nie rezygnuje z uczuć do
Astrei, gdyż "miłość przemijająca prawdziwą miłością nie jest"15.
Celadon musi być posłuszny, "miłość bowiem niemożności żąda w poświęceniu"16. Astrea, stawiając ukochanemu surowe warunki
i wymagania, jest jednocześnie osobą trzeźwą i świadomą ograniczoności
ludzkiego serca i umysłu. "Nie chcesz wierzyć, że cię kocham, a pragniesz, abym ja wierzyła, że ty mnie kochasz"17 - mówi w pewnym momencie do Celadona.
Wspólna lektura francuskich romansów odegrała z pewnością niemałą rolę w kształtowaniu uczuć, zwłaszcza Jana Sobieskiego. Książki, które
podsuwała mu Maria Kazimiera, początkowo dawały najprawdopodobniej
powody do spotkań, wymiany spostrzeżeń i korespondencji. Wprowadziły ich
w tajemny świat uczuć kreowany przez skomplikowaną fabułę i splątane
namiętności. W romansach tych pasterze i pasterki żyli w krainie, gdzie
o szczęście bywało nadzwyczaj trudno. Akcja opierała się na potajemnych
uczuciach żywionych przez bohaterów do wybranek, których często nie
wyznawano wprost, lecz raczej rojono na temat nieuchwytnego i niemożliwego do spełnienia szczęścia. Na drodze bohaterów pojawiały się
wciąż nowe przeszkody, a czasem ich samych ogarniały mniej lub bardziej
uzasadnione wątpliwości co do wzajemności i szczerości wyznawanych,
zaprzysięganych i na wiele sposobów potwierdzanych uczuć. W romansach
miłość i szczęście z niej wynikające były najbardziej pożądane i najmniej osiągalne. Światem tym rządziły w istocie niepewność i wątpliwości oraz troska i lęk z nich wynikające. Emocje były prawdziwe,
ale wartość miłości zdawało się potwierdzać nieszczęście, które jej
towarzyszyło. Była ona zatem tyle warta co ból serca, jaki wywoływała.
Możliwe, że bez tego bólu nie mogła w ogóle istnieć, gdyż to właśnie on
dawał jej prawdziwość i głębię. Łatwo zauważyć, że obawy bohaterów przed
brakiem wzajemności były nieuzasadnione, ale przecież czytelnik nie
powinien analizować akcji, lecz wczuwać się w los zakochanych,
utożsamiać się z nimi.
Tak właśnie uczynił Jan Sobieski. Uwierzył, że jego uczucia uszlachetni
naśladowanie bohaterów. Nie mógł zatem już nigdy poczuć pewności, że
wybranka kocha tylko jego. Musiał wątpić i wciąż od nowa żądać
potwierdzenia, że jest kochany i kochania warty. Musiał się domagać
dowodów uczuć i grozić, że brak miłości, a nawet brak pewności co do
wzajemności, zabije go.
O swych uczuciach musiał opowiadać swym najbliższym, choć narażał się na
kpiny lub gniew na Marię Kazimierę, oskarżaną o brak serca przez rodzinę
Jana Sobieskiego, a potem przez straszną legendę, która wokół obojga
narosła. Przecież bohaterowie romansów tak właśnie postępowali, ileż
słów poświęcili w gronie przyjaciół i w samotności na utyskiwania nad
brakiem wzajemności ze strony obiektów swej namiętności. Jan Sobieski
poszedł w ślady bohaterów, a oni zaprowadzili go do wieczności, gdyż
jego nazwisko na zawsze kojarzone będzie z miłosnymi wyznaniami, słowami
pożądania i tęsknoty kierowanymi do Marii Kazimiery. Jego utożsamienie z nimi oddawać mogą pseudonimy, jakie nadali sobie z Marią Kazimierą -
zgodnie z najsłynniejszym romansem francuskim, zapewne też ukochanym
dziełem obojga, zaczęli nazywać się Celadonem i Astreą. Perypetie tej
pary bohaterów wcale nie odbiegają od tych, które przeżyją Jan Sobieski
i Maria Kazimiera, tyle że przeżycia pasterza i jego wybranki są nieco
naiwne, a nawet dość płaskie, w porównaniu z tym, co zdarzyło się ich
naśladowcom. Powieściowi Celadon i Astrea są obecnie znani tylko dzięki
Janowi Sobieskiemu i Marii Kazimierze; gdyby nie głębokie uczucia i barwne losy tych dwojga realnych ludzi, o bohaterach XVII-wiecznego
romansu nikt od dawna już by nie pamiętał. Ponieważ jednak powieściowi
Celadon i Astrea w jakiś sposób stanowili dla tych dwojga ludzi wzór, po
dzień dzisiejszy budzą ciekawość i bawią swoimi naiwnymi przygodami
czytelników.
Gdy Maria Kazimiera i Jan Sobieski spotykali się na dworze i w Zamościu,
a także wymieniali listy, zakończyła się wojna ze Szwecją. 3 maja 1660
roku podpisano pokój w Oliwie, który nie przyniósł zmian terytorialnych.
Po pięciu latach zmagań z najeźdźcą Polska uwolniła się od jego
obecności, ale niemal natychmiast wznowiona została wojna z Rosją.
Towarzyszyły jej bunty nieopłaconego wojska. Wycieńczony najazdem
szwedzkim kraj nie mógł zaznać spokoju.
Nie zaznał go także Jan Sobieski. W tym czasie zbliżył się do dworu i podjął współpracę z królową, a zachęcała go do tego Maria Kazimiera. Ona
uczyła go miłości za pomocą francuskich romansów, a Ludwika Maria dawała
mu lekcje poruszania się na scenie politycznej na przykładzie działań na
rzecz stronnictwa francuskiego, które montowała. Monarchini, nie mając
własnych dzieci, gdyż dwójka jej maluchów narodzonych z małżeństwa z Janem Kazimierzem zmarła, zamierzała wprowadzić na tron księcia
francuskiego. Plany te dotyczyły młodego Henryka Juliusza księcia
d'Enghien, syna Wielkiego Kondeusza, słynnego wodza francuskiego, który
poślubił siostrzenicę polskiej królowej Annę, księżniczkę Palatynatu.
Ludwika Maria myślała, by tej parze przekazać władzę w Polsce, a prowadzić do tego miało oczywiście zwycięstwo w elekcji. Drogą do
sukcesu mogła być elekcja vivente rege, a więc wybór następcy Jana
Kazimierza jeszcze za życia króla i uniknięcie walki politycznej
towarzyszącej wolnej elekcji. Królowa zamierzała też przeprowadzić
reformy, które mogłyby umocnić państwo. Chodziło przede wszystkim o likwidację liberum veto, a więc prawa każdego posła do wyrażenia swego
protestu wobec debat sejmowych, równoznacznego z zerwaniem sejmu, które
prowadziło do głębokiego niedowładu politycznego w Rzeczypospolitej.
Władza i pozycja króla słabły coraz bardziej. Jednak działania
monarchini napotykały sprzeciw ze strony części szlachty i magnaterii.
Wpływowe rody obawiały się, że reforma sejmu i elekcji pozbawi je
dotychczasowej pozycji, tym bardziej że rosła ona i umacniała się, w miarę jak słabła władza centralna, a król tracił możliwość kierowania
państwem.
Wyrazicielem sprzeciwu szlachty i magnaterii wobec planów dworu stał się
Jerzy Sebastian Lubomirski, piastujący najwyższe godności - marszałka
wielkiego koronnego i hetmana polnego koronnego. Początkowo przystał on
do obozu królowej, ale najwyraźniej zapragnął odegrać w nim główną rolę.
Te ambicje magnata doprowadziły do jego konfliktu z Ludwiką Marią, która
nie zamierzała oddawać przywództwa. W efekcie Lubomirski wystąpił
przeciw planom reform, oskarżając parę monarszą o zamach na wolność
szlachecką. Ponieważ marszałek był osobą cieszącą się powszechnym
szacunkiem w Rzeczypospolitej i miał poważne zasługi w ratowaniu kraju
zarówno przed najazdem szwedzkim, jak i rosyjskim, łatwo zdobył
poparcie. Między Lubomirskim a królową doszło do walki politycznej,
która nie przyniosła sukcesu żadnej ze stron.
W 1661 roku w Sobieskim nastąpił przełom, daleko poważniejszy, niż może
nam się wydawać, z przyjaciela domu przedzierzgnął się bowiem w przepełnionego miłością adoratora Marii Kazimiery. Wyznania Jana
dotyczące jego nastawienia do płci odmiennej przed tą datą nie
pozostawiają najmniejszych wątpliwości, że będąc młodym, zdrowym, pełnym
życia mężczyzną, umiał się cieszyć względami kobiet. Rozważał możliwość
ożenku z Joanną Katarzyną z Radziwiłłów, wdową po Bogusławie
Leszczyńskim, a później z jedną z księżniczek francuskich. Plany
matrymonialne dobrze sytuowanego magnata, jedynego, po śmierci brata,
spadkobiercy ogromnej fortuny, nie były oczywiście niczym dziwnym, ale
na temat "romansowej" natury Sobieskiego czytamy o wiele więcej.
Potwierdzają to uwagi zawarte w listach Marii Kazimiery, jak choćby
słynna wzmianka o łaźni pełnej Czerkiesek, którą zorganizował sobie
chorąży koronny w Jaworowie. Co więcej, mamy niemal pewność, że łaźnia i jej mieszkanki rzeczywiście dostarczała mu przyjemności, gdyż już po
ślubie z Sobieskim Maria Kazimiera była zazdrosna o jego wyjazdy do
Jaworowa, a mąż zapewniał ją, że takie rozrywki zarzucił dawno temu. W jednym z listów do męża Maria Kazimiera zapewniała, że kocha go jak
żadna z kobiet, które dotąd pojawiały się w jego życiu.
Z zachowanej korespondencji Marii Kazimiery wnioskujemy, że w 1661 roku
listy Jana Sobieskiego kierowane do niej przeszły głęboką metamorfozę.
Przede wszystkim czytamy o ogarniającej go melancholii. Najpewniej
zawierały one sugestie, co lub raczej kto jest jej przyczyną. Maria
Kazimiera przyjmowała te deklaracje z pewną nieufnością, choć jej
wahania mogą być także przejawem kokieterii. Jej stosunek do chorążego
koronnego najlepiej wyrażały słowa, w których z całym spokojem
podkreślała, że zdaje sobie sprawę z tego, jak dobrze potrafi on udawać
umierającego. Musiał to być komentarz do narzekań z jego strony.
Zmiana w zachowaniu Sobieskiego wobec dotychczasowej "mateczki"
spowodowała, że i ona otworzyła się nieco bardziej. W jej listach
pojawiły się teraz częste wzmianki o tym, jaka nieszczęśliwa jest w małżeństwie z Janem Zamoyskim. Narzekała na męża, twierdząc, że nadal
wydaje bez umiaru pieniądze, nie dba o siebie - nazywała go "chłopem
grubym", czyli ordynarnym. Najbardziej doskwierał jej brak szacunku ze
strony służby, która nie szanowała i nie słuchała jej jako pani, nie
spełniała też jej poleceń.
Ostateczna zmiana w związku Marii Kazimiery i Jana Sobieskiego nastąpiła
jesienią 1661 roku. Wówczas to Jan, przepełniony gorącym uczuciem,
złożył Marii Kazimierze przyrzeczenie, że trwać będzie w samotności - i zapewne czystości - ze względu na miłość, jaką do niej żywi. Historycy
nazwali to ślubami karmelitańskimi, gdyż przysięgę złożył Jan Sobieski
swej ukochanej właśnie w kościele Karmelitów w Warszawie w dzień
świętego Jana - 24 września lub 6 października. Śluby nie były
najpewniej obustronne, gdyż Maria Kazimiera, związana przysięgą
małżeńską z Janem Zamoyskim, niczego podobnego ślubować nie mogła. Dla
Sobieskiego to przyrzeczenie było przeszkodą w zawarciu związku
małżeńskiego, w każdym razie nie mógł tego uczynić bez zgody Marii
Kazimiery, bo tylko ona lub kapłan mogli go zwolnić ze słowa, które jej
dał.
Śluby karmelitańskie stanowią przełom w życiu Sobieskich i z całą
pewnością można je potraktować jako początek romansu, jednak w żadnym
wypadku nie oznacza to, że łączyło ich coś więcej niż uczucia.
Wątpliwości co do zmysłowej natury tego związku można żywić ze względu
na brak wzmianek odnoszących się do erotyki lub szyfru, który jej mógł
dotyczyć, a który pojawi się dopiero w listach małżeńskich. Może to
świadczyć nie o czystości, lecz o przezorności i daleko posuniętej
ostrożności kochanków. Wszakże w romansach pasterskich, na których
wzorował się Jan Sobieski, miłość była uczuciem czystym, nieskażonym
przyziemnością, co oczywiście nie oznacza z całą pewnością, że zdrowy
mężczyzna w kwiecie wieku mógł zrezygnować z tego aspektu życia, o czym
świadczą także wzmianki w listach małżeńskich. Natomiast wiele mówi
fragment listu Marii Kazimiery, w którym tłumaczy się ona ze swojej
wstrzemięźliwości w listach. "Niesłusznie się Wć uskarżasz na oziębłość;
zastanów że się Wć jak człowiek rozsądny, czy można cokolwiek zrobić i powiedzieć tak, żebyś tylko Wć jeden o tym wiedział"18. Czasem
prosiła też, żeby spalił jej listy, ale skoro je czytamy, to znaczy, że
nie spełnił tych próśb.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki