Rozdział I
Gdy szóstą godzinę wykukała kukułka w sali
jadalnej, Chanteau stracił resztę nadziei. Podniósł się z
trudnością z fotelu, na którym siedząc wygrzewał przed ogniem z
koksu swe nogi podagryczne. Od dwóch godzin oczekiwał on na panią
Chanteau, która po pięciotygodniowej nieobecności wrócić miała tego
właśnie dnia z Paryża, przywożąc ze sobą kuzyneczkę, Paulinkę
Quenu, sierotę dziesięcioletnią, nad którą państwo Chanteau
przyjęli opiekę. - Doprawdy pojąć tego nie mogę, Weroniko! - zawołał, otwierając
drzwi do kuchni - musiało im się chyba nieszczęście jakieś
wydarzyć. Służąca, wysoka, trzydziestopięcioletnia dziewczyna, o ogromnych
męskich rękach, z twarzy przypominająca żandarma, właśnie zajęta
była zmniejszaniem ognia, na którym piekła się baranina. Nie
gderała ona, ale z koncentrującej się złości twarda skóra jej
policzków bielała. - Pani sobie pewno w Paryżu została! Bodajto z temi wszystkiemi
historjami, z któremi niema końca i od których cały dom do góry
nogami się przewraca. - O nie! to nie może być. Wczorajszy telegram donosi, że interesa
małej są już ostatecznie w porządku... Pani dziś rano przyjechała
do Caen, gdzie się musiała zatrzymać, żeby się zobaczyć z
Davoinami. O pierwszej znowu wsiadła do wagonu, o drugiej stanęła w
Bayeux, na trzecią omnibusem ojca Malivoire dojechała do
Arromanches i chociażby nawet tenże Malivoire nie zaraz zaprzągł do
swojej starej landary, powinna być tutaj około czwartej, a już o
wpół do piątej najpóźniej... Z Arromanches do Bonneville zaledwie
dziesięć kilometrów... Kucharka, cała swoją pieczenią baranią zajęta, słuchając tego
rachunku, kiwała tylko głową. Po chwili pan Chanteau dodał jakoś
trwożliwie: - Możeby dobrze było, żebyś poszła wyjrzeć na róg, Weroniko. Ona spojrzała na niego, jeszcze bardziej blednąc ze złości. - Ciekawam po co?... Kiedy już pan Lazar wyszedł na to błoto
naprzeciwko nich, to cóż pomoże, że i ja się jak kaczka uwalam w
błocie. - Bo widzisz, - bardzo delikatnie rzekł Chanteau - już nareszcie i
o syna mego zaczynam być niespokojny... i jego jakoś nie widać. Co
on może robić tam na drodze od godziny?... Nie odpowiedziawszy ani słowa, Weronika zdjęła z gwoździa stary,
czarny szal wełniany, którym nakryła głowę i ramiona. Potem, gdy
Chanteau wyszedł za nią aż do sieni, odwróciła się gniewnie i
wykrzyknęła: - Wróć że się pan tam na fotel przed ogień, bo jutro znowu będzie
wrzask z bólami przez cały dzień! Zamknąwszy, a raczej zatrzasnąwszy drzwi z sieni, wkładając na
nogi drewniane saboty, krzyczała jeszcze, ale już chyba dla uszu
wiatrów: - A licho ją nadało! a to dopiero smarkata, może sobie
powinszować, że nas tu wszystkich w ośle głowy pozamieniała. Pana Chanteau nic to nie zrażało, był on przyzwyczajony do
gderania służącej, która weszła w obowiązki do tego domu, mając lat
piętnaście. Gdy już przestał dochodzić go odgłos drewnianych
trzewików, kontent, jak student, któremu się figiel udał, pobiegł
prawie na drugi koniec korytarza i stanął przy drzwiach oszklonych,
z których był widok na morze. Tam, jakby zapomniawszy się na
chwilę, krótki, okrągły pan Chanteau zapatrzył się w niebo
wielkiemi swemi niebieskiemi oczami, płytko osadonemi,
wyglądającemi z pod dosyć niskiego czoła, nad którem podnosiła się,
jakby czapeczka śnieżna z włosów krótko przy skórze
przystrzyżonych, czupryna. Miał on zaledwie pięćdziesiąt sześć lat,
chociaż ataki podagry, na którą cierpiał, postarzały go
przedwcześnie. Zapatrzony tak, zapomniawszy o swym niepokoju,
myślał, że przecież mała Paulinka jakoś pozyska sobie Weronikę. A zresztą, cóż on temu winien. Jak mu ten notarjusz z Paryża
doniósł, że brat jego cioteczny Quenu, owdowiały od sześciu
miesięcy, umarł, jemu testamentem przekazując opiekę nad swoją
córką, nie miał siły odmówić. Niby to widywano się rzadko, rodzina
rozpierzchł i się jakoś, ojciec pana Chanteau kiedyś tam,
przeszedłszy całą Francję jako robotnik ciesielski, założył był w
Caen handel drzewem budowlanem z północy; tymczasem mały Quenu od
śmierci matki wywędrował do Paryża, gdzie mu jakiś inny wuj
odstąpił wielką masarnię, w samym środku hal centralnych. Od tego
czasu spotkali się zaledwie dwa czy trzy razy i dopiero później
widzieli się dłużej, gdy Chanteau zmuszony cierpieniami do
porzucenia handlu, odbył podróż do Paryża, dla poradzenia się
znakomitości lekarskiej. Szanowali się jednak bardzo obaj cioteczni
nawzajem... A może umierający marzył dla swej córki o zdrowem
powietrzu morskiem? Zresztą jej w dziedzictwie przypadała masarnia,
więc ciężarem dla opiekunów być nie mogła. Przytem pani Chanteau
tak żywo przyjęła tę opiekę do serca, że dla oszczędzenia choremu
mężowi trudu podróży, sama pojechała do Paryża, chodziła, biegała,
umawiała się, regulowała interesa, jakby odmłodzona tą nową
działalnością; dla pana Chanteau zaś wystarczało to, że jego żona
była zadowolona. Ale dlaczegóż nie przyjeżdżały nareszcie? Obawy jego na nowo
wzrastały, tembardziej, że po tem niebie ołowianem wiatr zachodni
pędził wielkie chmury czarno, jakby płachty sadzy, ciągnące się aż
tam daleko ponad morze. Była to jedna z tych burz marcowych,
podczrs których fale zwrotnikowe gwałtownie biją w wybrzeże.
Wznosić się dopiero zaczynając, wzburzone oceanu wody, wąską
jeszcze linją białą na horyzoncie się rysowały, linją z piany
delikatnej, niknącej; a wybrzeża tak szeroko otwarte i puste, ta
cała masa skał i porostów wodnych, ta gładka płaszczyzna, na
której, jak plamy żałobne czarno odbijały doły błotne, straszno
jakoś i melancholijnie wyglądała przy zapadającym zmroku, pod tą
ucieczką chmur przestraszonych. - A może je wiatr gdzie rzucił do
rowu? - szepnął Chanteau. Jakaś potrzeba widzenia opanowała go. Otworzył oszklone drzwi,
przy których stał i ostrożnie stąpając w obuwiu z łyka plecionego,
wysunął się na taras panujący nad wsią. Kilka grubych kropel
deszczu, które huragan wyrzucił spoliczkowały go, straszny wiatr
podrywał na nim gruby kaftan z błękitnej wełny. Ale on uparł się
jakoś i wygiąwszy się, jakby głową chciał burzę przemódz, dotarł aż
do balustrady, o którą się oparł i wychylił tak, aby dojrzeć drogę
u stóp tarasu biegnącą. Droga ta wiła się między dwoma
wzniesieniami, jakby w rozdarciu skały, z pośród której wysypało
się te kilka metrów ziemi, na których stało dwadzieścia pięć
nędznych chat wioski Bonneville. Zdawało się, że każdy przypływ
morza zgniecie je o ich kamienną podstawę. Na lewo widać było mały
port w wązkiej zatoce, pas piasku, na którym ludzie w równej
odległości przywiązywali do kołów bark dziesiątek. Było tu może ze dwustu mieszkańców wszystkiego. Żyli oni z morza
bardzo nędznie, jakby przyrośli do swoich skał z uporem bezmyślnym
skorupiaków, A ponad temi nędznemi dachami, które corocznie burze
zimowe niszczyły, widać tylko było nieco wyżej, na tle wzgórza, na
prawo kościółek, a na lewo dom przez Chanteau zamieszkały. Obie te
wyniosłości oddzielał od siebie wąwóz, w głębi którego była droga. Oto całe Bonneville. - A co!? to czas dopiero! - odezwał się głos jakiś. Chanteau, podniósłszy oczy, poznał proboszcza, księdza Horteur.
Był to człowiek niski, krępy, o grubym, wieśniaczym karku. Rudych
jego włosów nie zbieliła jeszcze pięćdziesiąta jesień. Przed
kościołem, na gruncie cmentarnym ksiądz założył sobie sad warzywny
i właśnie stał tam pomiędzy grzędami młodziutkiej sałatki,
ściskając między nogami sutannę, żeby mu jej wiatr na głowę nie
zarzucił. Chanteau, który, zwrócony pod wiatr, nie mógł się dać słyszeć,
ukłonił się tylko ręką. - Dobrze robią, że ściągają łodzie - wołał ksiądz - koło
dziesiątej mieliby się spyszna! W tej chwili właśnie silniejszy wiatr o nowym zwrocie wydarł
proboszczowi sutanną i przykrył go nią całego. Trzeba było uciekać
do domu. Chanteau też odwrócił się, wygięte plecy przedstawiając
wiatrowi. Oczyma zalanemi wodą spojrzał na ogródek swój i na domek
z cegieł czerwonych o dwóch piętrach po pięć okien, których żaluzje
mimo przytwierdzenia już tylko co wylecieć miały. Gdy wiatr się na
chwilę uspokoił, Chanteau wychylił się znów na drogę, ale właśnie
Weronika wracała, a zobaczywszy go, krzyczeć zaczęła: - Jak można było wyłazić! Prędzej mi zaraz przed kominek do domu! A dogoniwszy go w korytarzu, burczeć nań poczęła jak na dziecko,
na gorącym uczynku złapane. - A jutro co? znowu będzie ból, będzie wrzask! a kto się będzie
panem opiekowali? Chyba ja! - Nie widziałaś nic? - zapytał pokornie. - Rozumie się, że nie widziałam. Cóżbym miała widzieć? Pani pewno
gdzie w bezpiecznem schronieniu siedzi! Nie śmiał jej powiedzieć, że byłaby dobrze zrobiła, żeby poszła
trochę dalej. W tej chwili nieobecność syna najbardziej go
niepokoiła. - Widziałam, - poczęła znowu służąca - że wszystko jest do góry
nogami. Już wszyscy z chałup powyłazili... Już we wrześniu chata
Cuchów rozpadła się na dwoje, a Prouan, który szedł dzwonić na
dzwonnicę, przysięga mi się, że będzie jutro leżała jak długa. Ale w tej właśnie chwili, wysoki, młody chłopak lat dziewiętnastu,
jednym susem przeskoczył trzy stopnie przedsionka. Czoło miał
szerokie, oczy jasne, a delikatny puszek ciemnego zarostu otaczał
jego ściągłą twarz. - A to już dobrze! Lazar przyszedł! - zawołał Chanteau i odetchnął
lżej. - Jakiś ty zmoczony, dziecko kochane! Młody człowiek powiesił na kołku w sieni płaszcz, z którego woda
się lała. - No i cóż? - zapytał znowu ojciec. - I cóż, nic, niema nikogo - odpowiedział Lazar. Doszedłem aż do
Verchemont, tam wlazłem pod szopę oberży i patrzyłem przez godzinę
na drogę, która jest prawdziwą reką błota. Nie przyjechały!...
Bałem się, że będziesz o mnie niespokojny, ojcze, i wróciłem. Lazar, skończył w sierpniu liceum w Caen, gdzie zdawał egzamin
dojrzałości i od ośmiu miesięcy bawił w domu, nie mogąc się
zdecydować na wybór zajęcia i namiętnie oddając się muzyce, co
doprowadzało do rozpaczy jego matkę. Pojechała rozgniewana na
niego, za to że nie chciał z nią jechać do Paryża, gdzie
spodziewała się przy okazji znaleźć mu jakieś stanowisko. Z powodu
tych nieporozumień, panował w całym domu jakiś kwas, który wspólne
życie powiększało ciągle. - A teraz, kiedym cię już uprzedził ojcze, - zaczął znowu młody
człowiek - możebym dotarł aż do Arromanches? - Nie, nie, daj pokój, noc zapada! - zawołał Chanteau - niepodobna
żeby matka nie dała znać o sobie - Może telegram... ale
słuchajcie... coś jakby turkot... Weronika otworzyła drzwi. - Prawda jedzie!... to powozik doktora Cazenove! - zawołała. - Czy
miał przyjechać, proszę pana?... O la Boga! toćto pani! Wszyscy żywo przed dom wybiegli. Wielki pies górskiej rasy
mieszanej z neufunlandzką, który spał w kącie przedsionka, wybiegł
też, szczekając gwałtownie. Na ten hałas mała kotka, biała, z
delikatną minką, ukazała się na progu, ale wobec podwórza pełnego
błota z wstrętem wstrząsnąwszy się, usiadła na czystem miejscu u
szczytu schodków, ciekawie się przypatrując. Tymczasem kobieta lat około pięćdziesięciu, wyskoczyła z powoziku
ze zwinnością młodej dzieweczki. Była ona drobna i szczupła, włosy
miała jeszcze zupełnie czarne, twarz przyjemną, którą szpecił duży
nos, ambicję zdradzający. Jednym skokiem pies rzucił się do niej,
oparł łapy na jej ramionach i zaczął całować. - No, Maciek, pójdziesz! - wołała pół gniewnie. - Głupi jesteś;...
No dosyć tego! pójdziesz! Lazar, dążąc za psem, biegł ku niej, wołając: - Nic się złego nie stało? mamo, nic!? - Nie, nie - odpowiedziała pani Chanteau. - Bośmy byli tak niespokojni! - mówił stary, idąc za synem, pomimo
wiatru i deszczu. - Ale cóż się stało, powiedzże nam? - Ot, same tylko kłopoty - odpowiedziała. - Najprzód, drogi są tak
strasznie popsute, że z Bayeux jechałyśmy dwie godziny. Potem, w
Arromanches stał się wypadek, koń Malivoira złamał nogę. Innego nie
było i już myślałam, że będziemy musiały nocować... Aż nareszcie
doktór był łaskaw pożyczyć nam swego powoziku, poczciwy Marcin nas
przywiózł. Woźnica, starowina o nodze drewnianej, niegdyś majtek, operowany
przez chirurga marynarki Cazenova i który pozostał później w
służbie u niego, przywiązywał właśnie konia. P. Chanteau przerwała
potok słów, którym tłumaczyła swoje opóźnienie i zawołała: - Marcinie! a pomóżcież panience wysiąść. Nikt nie pomyślał jeszcze o dziecku. Ponieważ buda powoziku
zachodziła bardzo nisko, widać tylko było z pod niej sukienkę
dziewczynki, taśmą żałobną obszytą i rączki w czarnych
rękawiczkach. Na zawołanie, nie czekając na Marcina, wyskoczyła
lekko z powozu. Wiatr silny wiał, rozwiewając jej ubranie.
Promienie ciemnych włosów wybiegły z pod jej krepowego kapelusika.
Zdawała się duża na swoje lat 10. Wargi miała grube, twarz pełną i
białą, tą białością dzieci, wychowanych w ciemnych, przysklepowych
mieszkaniach paryskich. Wszystkich oczy zwrócone były na nią.
Weronika, która właśnie nadchodziła powitać panią, zatrzymała się z
boku, spoglądając niechętnie i zazdrośnie. Tylko Maciek, nie
naśladował tej ogólnej wstrzemięźliwości; rzucił się dziewczynce na
ramiona i jednem machnięciem języka, umył jej całą twarz. - Nie bój się! - krzyknęła pani Chanteau - on cię nie ugryzie. - O! ja się nie boję - odpowiedziała Paulinka. - Ja bardzo lubię
psy. W istocie była zupełnie spokojna pośród gwałtownych karesów Maćka.
Małą jej twarzyczkę, o smutnym wyrazie, rozjaśnił uśmiech, a
wziąwszy za łeb Maćka, od dała mu jego pocałunek. - A ludzi ty nie przywitasz? - odezwała się znowu pani Chanteau.
Oto patrzaj: twój wuj, skoro ja jestem twoją ciotką, a to twój brat
cioteczny z tej samej racji, wielki ladaco, nie taki grzeczny jak
ty. Dziewczynka nie zdawała się wcale zakłopotaną. Ucałowała obydwóch
i znalazła dla każdego jakieś słówko z wdziękiem młodej paryżanki,
już do grzeczności przyzwyczajonej. - Dziękuję wujkowi, że jest taki łaskaw i bierze mnie do siebie...
Zobaczysz, kuzynku, że niedługo będziemy dobrymi przyjaciółmi... - Doprawdy śliczna dziewczynka! - zawołał Chanteau zachwycony. Lazar przypatrywał się jej zdziwiony. Wyobrażał ją sobie mniejszą,
więcej dziecinną i gapiowatą. - Tak, tak, śliczna dziewczynka! - powtórzyła pani Chanteau. - A
przytem wyobraźcie sobie: odważna!... Wiatr nam dął prosto w twarz
w tym powoziku i oczy nam zalewał pyłem wody. Ze dwadzieścia razy
myślałam, że buda, co piszczała jak żagiel, rozpadnie się na
kawałki, a ją to, wyobraźcie sobie, bawiło, śmiała się do
rozpuku... Ale co my tu robimy na błocie? Czego mokniemy? Oto znowu
deszcz zaczyna. Oglądała się, szukając oczyma Weroniki, a gdy ją spostrzegła
stojącą na boku i nadąsaną, rzekła do niej z pewnym odcieniem
ironji w głosie: - Jak się masz Weroniko, zdrowaś?... Moja kochana, zanim się
zapytasz o moje zdrowie, idź i przynieś jaką butelczynę dla
Marcina, dobrze?... Nie mogłyśmy zabrać ze sobą naszych taborów,
Malivoire je jutro przywiezie z samego rana. I znów przerwała sobie, a oglądając się ku powozikowi, wy
krzyknęła: - A mój worek!... O, jest! a tom się zlękła!... Już myślałam, że
mi wyleciał w drodze. Był to wielki worek ze skóry czarnej, już przez użycie na rogach
zbielałej. Nie pozwoliła go wziąść synowi, tylko niosła go sama.
Wszyscy zwrócili się ku domowi. Przed samem drzwiami jeszcze ich
raz wstrzymał silny wiatr, który im oddech tamował. Na progu, na
tem samem miejscu, siedziała spokojnie kotka, przyglądając się
ciekawie walce ich z wiatrem. Pani Chanteau zapytała, czy Minuszka
dobrze się sprawowała podczas jej nieobecności. Ta nazwa Minuszka
znowu wywołała uśmiech na poważną twarz Paulinki. Pochyliła się i
pogłaskała kotkę, która też zaraz, podniósłszy ogon do góry,
poczęła się wycierać o jej spódniczki. Maciek znowu począł szczekać
gwałtownie, wesoło oznajmiając powrót pod dach rodzinny, kontent,
że nareszcie wszyscy wchodzą do przedsionka i że on też moknąć już
nie będzie na deszczu. - A! jak tu dobrze! - rzekła matka - już myślałam, że chyba nigdy
nie przyjedziemy... No dobrze, dobrze, już dosyć Maćku! Poczciwe
jesteś psisko, ale już daj nam pokój. Proszę cię, Lazar, każ mu być
cicho, od tego szczekania uszy mi popuchną. Pies szczekał uparcie i wstęp rodziny Chanteau do sali jadalnej
dokonany został przy odgłosie tych okrzyków wesołości. Przed sobą
prowadzili Paulinke, nowe dziecię tego domu, za niemi szedł Maciek,
szczekając ciągle, a za nim zamykała pochód Minuszka, której sierść
nerwowo drżała w tym całym hałasie. Już w kuchni Marcin wypił dwie
szklanki wina jedną po drugiej i zabierał się do odwrotu, stukając
szczudłem w podłogę i życząc dobranoc całemu towarzystwu. Weronika
przybliżyła do ognia baraninę, która ostygła. Po chwili otworzyła drzwi do pokoju i zapytała: - Czy się będzie jadło? - Rozumie się, siódma godzina - rzekł Chanteau. - Tylko, moja
droga, potrzeba poczekać, aż pani i panienka się przebiorą. - O la Boga! ale niema walizy Paulinki! - zawołała pani Chanteau.
Na szczęście, że tylko po wierzchu jesteśmy trochę zmoczone...
Zdejmij płaszczyk i kapelusz, kochanko... Pomóż-że jej Weroniko...
i zdejmij trzewiczki, dobrze? Już ja tu mam co jej włożyć na nogi. Służąca uklęknąć musiała przy dziewczynce, która usiadła.
Tymczasem pani wydobyła z worka swego parę małych pantofelków
filcowych, Które sama włożyła na nogi Paulince. Wreszcie sama
kazała sobie zdjąć trzewiki i znowu z worka wydobyła parę pantofli
dla siebie. - No, więc już podaję? - zapytała jeszcze raz Weronikę? - Zaraz, zaraz... Paulinko, chodźno do kuchni tymczasem umyć ręce
i twarz... Szalenie nam się jeść chce... Jutro się umyjemy jak się
należy. Paulinka pierwsza wróciła z kuchni, zostawiając ciotkę z nosem w
miednicy. Chanteau wrócił na swoje miejsce przed ogniem i zasiadł w
głębokim fotelu, żółtym Utrechtem pokrytym. Siedząc tak,
machinalnym ruchem rozcierał sobie nogi w obawie bliskiego ataku
podagry. Tymczasem Lazar krajał chleb, stojąc przed stołem, na
którym symetrycznie ustawione cztery nakrycia stały od godziny.
Obadwaj zaambarasowani, uśmiechali się do Paulinki; nie mogąc
znaleść słowa dla rozpoczęcia z nią rozmowy. Ona spokojnie
rozglądała się po sali, umeblowanej na orzech. Oczyma przechodziła
od kredensu i pół tuzina krzeseł, do lampy zawieszonej na
łańcuszkach z miedzi polerowanej i zatrzymała się najdłużej na
pięciu oprawionych w ramy litografjach, przedstawiających cztery
pory roku i widok Wezuwjusza, które to obrazy dziwnie odbijały na
tle obicia papierowego, kasztanowatego koloru. Zapewne fałszywe
lambrekiny papierowe na dąb malowane, w wielu miejscach naddarte,
podłoga z ciemnemi, tłustemi plamami; i ogólne zaniedbanie tego
pokoju wspólnego, w którym przeważnie żyła rodzina, przywodziły jej
na pamięć piękną marmurową masarnię; gdyż wzrok jej posmutniał i
przez chwilę zdawało się, jakby odgadywała kwasy i nieporozumienia,
kryjące się pod powłoką poczciwości tego, tak dla niej nowego,
otoczenia. Nakoniec oczy jej, które przez chwilę zatrzymały się na
starożytnym barometrze, osadzonym w deseczce z złoconego drzewa,
utkwiły w dziwnym jakimś przedmiocie, który zajmował cały wierzch
kominka Było to coś, jakby pudło szklanne, przy zetknięciu z
podstawą oblamowane wązką bordiunką z papieru niebieskiego. Pod
szkłem coś jakby; zabawka dziecięca, jakby most drewniany w
miniaturze, ale most niezwykło skomplikowanej struktury. - To twój dziadek to zrobił - tłumaczył Chanteau, kontent, że
nareszcie znalazł przedmiot do rozmowy. - Tak, mój ojciec rozpoczął
karjerę od ciesielstwa... oddawna zachowuję jego arcydzieło. Nie wstydził on się swego pochodzenia, a pani Chanteau znosiła
model ów na kominku, mimo rozmaitych kłopotów, jakie jej sprawiało
to dziwo, tyle miejsca zajmujące, a przypominające jej ciągle, że
mąż jej - był synem rzemieślnika. Aie już dziewczynka nie słuchała
swojego wuja; spojrzała w okno i ujrzała horyzont bezgraniczny.
Wstała więc z miejsca, przebiegła pokój i stanęła przed szybami, u
których firanki muślinowe podniesione były zapomocą bawełnianych
sznurów. Od chwili wyjazdu z Paryża, myśl o morzu bezustannie ją
zajmowała, jej wrażliwy umysł marzył o niem. Jadąc koleją, co
chwila wypytywała się ciotki, chcąc się dowiedzieć przy każdym
pagórku, czy przypadkiem za nim nie jest już morze. Wreszcie na
wybrzeżu z Arromanches z podziwu oniemiała, oczy jej się szeroko
rozwarły, a z piersi wydarło głębokie westchnienie. Później, w
drodze z Arromanches do Bonneville, co chwila wychylała główkę z
pod budy powóziku pomimo wiatru, chcąc widzieć na lewo morze, które
zdawało się biec za niemi. A teraz morze było przed nią, morze tu
będzie ciągle, niby coś do niej należące. Powoli wzrokiem zdawała
się obejmować je w swoje posiadanie. Noc zapadła na smutnem niebie, po którem wiatry popędzały galop
rozbieganych chmur. W tym chaosie zwiększających się ciemności, już
rozróżnić tylko było można bladość wznoszących się fal. Była to
piana biała, coraz szerzej się rozlewająca, coś, jakby cały szereg
obrusów białych, rozwijających się pokolei, zalewając smugi mchów
nadmorskich, przykrywając skaliste stopnie i posuwając się coraz
wyżej ruchem łagodnym i kołyszącym, którego zbliżanie się
pieszczotą być się zdawało. Ale w dali huk bałwanów się wzmagał,
olbrzymie wód słupy piętrzyły się i spadały i widmo śmierci u stop
skał nadbrzeżnych zdawało się ciężyć nad Bonneville, ukryte w głębi
wąwozu. Barki opuszczone, przyparte do ław piaszczystych, wyglądały
zdała, jak wyrzucone przez fale szkielety potworów morskich. Poza
strumieniami gęstego deszczu wioska kryła się, jakby za mgłą.
Kościół tylko widać było jeszcze wyraźnie odbijający na tle
jaśniejszego w tej stronie nieba. Paulinka milczała. Małe jej serduszko znowu ciężkiem westchnieniem
wezbrało. Potęga widoku tego przygniotła ją. Westchnęła nareszcie
długo i ciężko, jakby cały dech z siebie oddała. - A co? to szersze jak Sekwana - rzekł Lazar, stojący poza nią. Ta mała dziewczyna jeszcze go ciągle dziwiła. Doznawał wobec niej
jakiejś dziwnej obawy i poczucia swej niezdarności. - O tak, - odpowiedziała po cichu, nie odwracając głowy - szersze. Już miał jej ty powiedzieć, ale się wstrzymał. - To panienki nie przestrasza? Obejrzała się na niego ze zdziwieniem. - Nie... czegóż bym się miała bać. Przecież się woda aż tu do nas
nie podniesie. - Kto wie... - odparł, nie mogąc się wstrzymać od zażartowania z
niej. - Czasami woda podnosi się aż nad kościół. Mała wybuchnęła głośnym i szczerym śmiechem. W tej małej istotce
pełnej zastanowienia, był to wybuch głośnej i zdrowej wesołości,
wesołości osoby rozumnej, którą niedorzeczność rozśmiesza. I ona
pierwsza familjarnie odezwała się do swego kuzyna, biorąc go za
ręce jakby się z nim bawić chciała. - O kuzynku! ja już nie jestem taka głupia... Czyżbyś ty tu
został, gdyby woda się miała podnieść ponad kościół? Lazar roześmiał się serdecznie, ściskając rączki dziecka, już w
dobrej z nią przyjaźni. Właśnie wśród wybuchów tego śmiechu, weszła
pani Chanteau. Zdawała się uszczęśliwioną. - No, jużeście się poznajomili widzę - rzekła, wycierając ręce. -
Wiedziałam, że to prędko nastąpi. - Więc podaję, proszę pani - przerwała Weronika, stając we
drzwiach kuchni. - Dobrze, dobrze, moja kochana... Tylko słuchaj no, możeby lepiej
odrazu zapalić lampę, bo już ciemno. Noc istotnie zapadła tak szybko, że ponura sala jadalna oświetlona
już była tylko odbłyskiem koksu z kominka. Było to nowe opóźnienie.
Służąca ściągnęła lampę i nareszcie cztery nakrycia zajaśniały w
promieniach żywego światła. Zasiedli do stołu. Paulinka zajęła miejsce między wujem i Lazarem,
naprzeciw ciotki, która jednak, nie usiadłszy jeszcze prawie,
zerwała się znów z miejsca z żywością starej, szczupłej kobiety,
ani chwili bez ruchu pozostać nie mogącej. - Gdzie mój worek?... Poczekaj, kochanko, dam ci twój kubek...
Zabierz tę szklankę, Weroniko. Ta dziecina przyzwyczajona jest pić
ze swego kubka, dlaczegóż jej tego nie zrobić? Wyciągnęła z worka pogięty już kubek srebrny, wytarła go serwetką
i postawiła przed Paulinką, a worek za siebie na krzesło zarzuciła. Służąca podała rosół z makaronem, uprzedzając z miną niechętną, że
musi być niedobry, bo jest przegotowany. Nikt nie śmiał się
skarżyć, wszyscy byli głodni i rosół szybko zmietli z talerzy
łyżkami. Potem przyszła na stół sztuka mięsa. Chanteau, wielki
smakosz, dotknął jej zaledwie, zachowując swój apetyt na baraninę.
Ale gdy ta ostatnia ukazała się na stole, biesiadnicy nie mogli się
wstrzymać od głośnej protestacji; pieczeń była sucha jak wiór. Jeść
tego nie było można. - Przecież ja to sama wiem dobrze - odparła spokojnie Weronika. -
Ale któż tu winien? nie trzeba było kazać czekać do siódmej. Paulinka wesoło krajała mięso na drobne kawałeczki, i jadła mimo
wszystko. Lazar zwykle cieszył się doskonałym apetytem, jadł, nie
wiedząc nawet, co ma na talerzu, byłby łykał kawałki chleba za
potrawkę z pulardy. Jeden tylko Chanteau z prawdziwym smutkiem
spoglądał na baraninę. - A do tego co nam dasz, Weroniko? - zapytał. - Kartofelki duszone, proszą pana. Chanteau z rozpaczą osunął się na swój fotel. - A może podać jeszcze sztuką mięsa? - zapytała służąca. Odmówił melancholijnym ruchem głowy. Chleb suchy, czy sztuka
mięsa, to wszystko jedno. Smutny obiad, mój Boże! A tu w taką burzę
nawet i ryby nie można było dostać. Pani Chanteau, która sama
bardzo mało jadała, popatrzyła na niego z litością. - Biedny mój stary! - zawołała nagle. - Litość mnie nad tobą
bierze, chowałam na jutro podarunek dla ciebie, no, ale kiedy dziś
głód mrzesz... I znów zagłębiwszy rękę w worek, wyciągnęła zeń glinianą puszkę z
pasztetem z wątróbek gęsich. Oczy pana Chanteau zabłysły. Wątróbki
gęsie, owoc zakazany, smakołyk ulubiony, wzbroniony absolutnie
przez doktora. - Tylko słuchaj, - mówiła dalej żona - tylko na jeden kawałek
pozwalam. Sam zresztą powinieneś być rozsądny, wiesz, że czego nie
można, to nie można!... On pochwycił puszką i, nie słysząc jej przełożeń, wybierał sobie
pasztet na talerz rękami drżącemi. Często odbywały się w nim takie
walki wewnętrzne pomiędzy obawą ataków podagry z jednej i
łakomstwem z drugiej strony i prawie zawsze łakomstwo zwyciężało.
Niech tam, cierpieć będę, ale zjem te przysmaki. Weronika, która z boku stojąc, widziała, jak wielki kawał Chanteau
sobie odkroił, cofała się ku drzwiom kuchni, mrucząc: - To dopiero pan będzie wrzeszczał. Mówiła to tak prosto i naturalnie, że trudno się było gniewać na
nią. Pan "wrzeszczał", gdy miał atak podagry i w istocie nie było
to nic innego tylko wrzaski. Koniec obiadu był bardzo wesoły. Lazar z żartem i śmiechem odebrał
ojcu puszkę. Ale gdy podano deser, kawał sera z Pont-L'Eveque i
biszkopty, wielką radość sprawiło wszystkim nagłe ukazanie się
Maćka. Do tej chwili spał on sobie spokojnie, gdzieś pod stołem.
Przybycie biszkoptów obudziło go, zdawało się, że je przez sen
czuje i co wieczór, o tej samej porze, budził się, wyłaził z pod
stołu, otrząsał się, obchodził do koła, wypatrując, kto dlań będzie
miał najlepsze serce. Zwykle najłatwiej rozczulać się dawał Lazar,
ale tego wieczoru Maciek, po raz drugi obchodząc stół, zatrzymał
się przed Paulinką i wpatrzył się w nią swemi prawie ludzkiemi
oczyma. Potem, przeczuwając w niej wielką przyjaciółkę ludzi i
zwierząt, położył olbrzymią swą głowę na małem kolanku dziecka, nie
spuszczając z niej wzroku pełnego czułych suplikacji. - O ty, żebraku - zawołała pani Chanteau. - Lekko Maciek! Nie
rzucaj-że się tak na łakocie. Pies jednym łykiem wciągnął w siebie kawałek biszkoptu, który mu
podała Paulinka i napowrót kładąc głowę na jej kolanie, wpatrzywszy
się w oczy swej nowej przyjaciółki, prosił o drugi kawałek. Ona
śmiała się, całowała go, głaskała i znajdowała go ślicznym z uszami
spuszczonemi i łatką czarną na lewem oku, jedyną plamą na białej
jego sukni z długiej wijącej się sierści. Ale wydarzył się przytem
wypadek. Minuszka zazdrosna wskoczyła lekko na brzeg stołu i,
mrucząc, przeciągając się z gracją kotkom właściwą, bodła głową w
podbródek Paulinki. Były to jej pieszczoty. Czuć było nosek jej
zimny i blizkość jej ostrych ząbków, podczas gdy nóżkami
przebierała na jednem miejscu, jakby mieszała niemi ciasto lub
gliną. Paulinka była zachwycona miedzy temi dwoma zwierzętami,
kotką na lewo i psem na prawo, opanowana przez nie, wyzyskiwana
niegodnie, aż do ostatniego źdźbła jej deseru. - Odpędź-że ją! Maciek idź precz! - wołała ciotka. - Nic ci nie
zostawią. - Nic nie szkodzi - odpowiedziała spokojnie, szczęśliwa, że karmić
je mogła. Skończył się obiad, Weronika sprzątnęła ze stołu. Pies i kotka,
widząc stół pusty, odeszły, nie podziękowawszy, zazdrośnie
spoglądając na siebie. Paulinka wstała, podeszła do okna i starała się coś zobaczyć. Już
od początku obiadu spoglądała z pod oka w to okno, które, powoli
się zaciemniając, dochodziło do czarności atramentu. W tej chwili
był to mur nieprzejrzany, masa ciemności, w której ginęło wszystko,
niebo, woda, wioska i kościółek nawet. Jakkolwiek nie przerażały ją
żarty kuzyna, szukała oczyma morza, niepokoiło ją pragnienie
świadomości, jak też wysoko ta woda dojdzie i słyszała tylko, że
huk się wzmaga i staje się rykiem, grzmotem strasznym, potwornym,
którego groza z każdą chwilą potężniała wśród wycia wichru i
ciągłego plusku deszczu. Już ani śladu światła, ani nawet białości
piany morskiej widać nie było wśród tego chaosu cieniów - nic,
tylko galop fal pędzonych przez burzę w głębie nieskończone. - Patrzcie no - rzekł Chanteau - to tęga woda... i jeszcze dwie
godziny będzie się podnosiła. - Zdaje mi się, - dodał Lazar, - że gdyby wiatr dął z północy,
Bonneville by zginęło. Na szczęście z boku na nas uderza. Mała odwróciła główkę i słuchała, co mówią, a w oczach jej
malowała się litość zaniepokojona. - E! co tam, - zawołała pani Chanteau - myśmy bezpieczni, niech
sobie tam inni dają radę jak mogą... Każdy niech się broni, jak
umie przeciw nieszczęściu... Ty, kochanko, pewnobyś wypiła
filiżankę herbaty gorącej, co? Wypijesz, a potem pójdziemy spać. Weronika, sprzątnąwszy ze stołu, rzuciła nań starą, dużą czerwoną
serwetę dywanową w wielkie kwiaty. Dokoła zasiadła cała rodzina,
każdy na swojem miejscu. Lazar wyszedł na chwilę i wrócił niosąc
kałamarz, pióro, i całą garść papierów. Rozpostarł się pod lampą i
zaczął przepisywać nuty. Pani Chanteau, która od chwili przyjazdu
bardzo czule spoglądała na syna, nagle spochmurniała. - Znowu nuty! nie możesz więc poświęcić nam jednego wieczoru,
nawet w dniu mego powrotu!... - Ależ, mateczko, nie odchodzę przecie, zostaję z tobą... przecież
mi to nawet do rozmowy nie przeszkadza. Słucham uważnie i jak
powiesz coś do mnie, odpowiem z pewnością. I z pewnym uporem zajął swojemi papierami połowę stołu. Chanteau
wcisnął się w fotel rozkosznie i opuścił ręce swobodnie na kolana.
Przed ogniem Maciek zasypiaj tymczasem Minuszka, wskoczywszy na
stół, na serwecie zajęła się swoją toaletą, a podniósłszy jedną
łapkę w górę, starannie myła sobie sierść na brzuchu. Z pod
wiszącej lampy, w kręgu światła, zdawała się ogarniać wszystkich
jakaś serdeczność i spokój i niezadługo Paulinka, która uśmiechała
się przymkniętemi oczkami do swej nowej rodziny, zmęczona w ciepłej
tej atmosferze, senności oprzeć się nie mogła. Główka jej osunęła
się, opadła na ramię i mimo padającego wprost na nią światła lampy,
dziewczynka zasnęła. Delikatne jej powieki wydawały się jakby
zasłonka jedwabna, zaciągnięta na oczy, z czystych jej usteczek
wydobywał się regularny i spokojny oddech. - Już biedactwo upada ze znużenia - rzekła pani Chanteau, zniżając
głos. - Obudzimy ją, jak będzie herbata gotowa i potem położymy
spać. Cisza zapanowała. Przy oddalonem huczeniu burzy słychać było tylko
skrzyp pióra Lazara. Był to wielki spokój, senność dawnych
przyzwyczajeń, życie przeżuwane co wieczór na tem samem miejscu.
Długo ojciec i matka spoglądali na siebie, nie mówiąc ani słowa.
Nakoniec Chanteau zapytał nieśmiało: - No i jakże tam w Caen? Davoine porządny zrobił inwentarz? Z gniewem wzruszyła ramionami. - Tak, porządny, dobrze ci mówić porządny, dawnom ci mówiła, że
się dajesz oszukiwać! Teraz, gdy mała drzemała, można było rozmawiać swobodnie. Z
początku mówili po cichu, chcieli tylko zakomunikować sobie
najpilniejsze nowiny. Ale namiętność przemogła i wszystkie kłopoty
domowe stały się przedmiotem żywej rozmowy. Po śmierci ojca, ongi robotnika ciesielskiego, który prowadził
handel drzewem z północy, z pewnem zuchwalstwem awanturniczej głowy
- sukcesor Chanteau, znalazł interesa domu bardzo skompromitowane.
Mało czynny, rutynicznie ostrożny, zadowolony był, że mu się udało
zapomocą porządku i systematyczności ocalić sytuację i żyć
spokojnie z pewnych zysków. Jedynym romansem jego życia był ten,
który go przed ołtarz zaprowadził. Ożenił on się z nauczycielką,
którą poznał w jednym z domów, w których bywał. Eugenia de la
Viniére, sierota szlacheckiego rodu z Cotentin, podupadłego,
liczyła na to, że swemi ambitnemi dążeniami natchnie swego męża.
Ale on, którego edukacja była niekompletna, z powodu, iż do nauki
dano mu sposobność nieco zapóźno, cofał się przed większemi
przedsiębiorstwami i ambitnym porywom swojej żony przeciwstawiał
wrodzoną swą ociężałość. Gdy urodził im się syn, ona na dziecko to
przeniosła całe nadzieje wielkiej fortuny, posyłała go do liceum,
sama uczyła co wieczór. Tymczasem nowa przeszkoda pokrzyżowała jej
zamiary. Chanteau, który od czterdziestego roku życia cierpiał na
podagrę, w końcu tak częstych i tak bolesnych doznawał jej ataków,
że zaczął wspominać o sprzedaniu domu handlowego. Była to miernota,
drobne oszczędności zjadane na ustroniu, dziecko rzucone w wir
życia, bez podpory dwudziestu tysięcy franków renty, o których dla
niego marzyła. Wtedy pani Chanteau postanowiła przynajmniej sama zająć się
sprzedażą. Zyski z handlu tego wynosiły około dziesięciu tysięcy
franków rocznie, z których rodzina żyła wystawnie, gdyż pani
przyjmować lubiła. Ona tedy wynalazła jakiegoś pana Davoine i
następującą przyjęła kombinację. Davoine kupił handel drzewem za
sto tysięcy franków, lecz zapłacił tylko pięćdziesiąt tysięcy;
zostawiając mu drugie pięćdziesiąt, państwo Chanteau pozostawali
wspólnikami jego i mieli dzielić z nim zyski. Ów Davoine wydawał
się człowiekiem inteligentnym i energicznym. Przypuszczając nawet,
że więcej dochodu niż dotąd, z handlu nie osiągnie, było to zawsze
pięć tysięcy franków zapewnionych, które dodane do trzech, jakie
przyniosły pięćdziesiąt tysięcy franków, umieszczonych na hipotece,
czyniły razem dochód roczny wynoszący ośm tysięcy. Z tem już można
było cierpliwie wyczekiwać sukcesów syna, które z miernego stanu
wyprowadzić ich miały. Uregulowano się w ten sposób. Chanteau kupił właśnie przed dwoma
laty domek, nad brzegiem morza w Bonnevilie, z upadłości jednego z
klijentów uratowane źdźbło. Zamiast go odprzedać, jakto z początku
pani Chanteau miiała zamiar, postanowiła ona zamieszkać w nim
przynajmniej do pierwszych tryumfów Lazara. Wyrzec się swoich zajęć
w Caen, zakopać się w takim odludnym zakątku, było to dla niej
samobójstwem, ale ustępowała cały dom Davoinowi, trzebaby było
wynająć gdzieindziej; i, wziąwszy na odwagę, postanowiła
oszczędzać, nie opuszczając jednak myśli tryumfalnego powrotu do
Caen kiedyś, gdy syn jej zajmować tam będzie poważne stanowisko.
Chanteau zgadzał się na wszystko. Podagra jego przecie zgodzić się
będzie musiała z sąsiedztwem morza, zresztą z trzech lekarzy,
których się radzono, dwóch przez grzeczność powiedziało, że
jakkolwiek, ale jednakże szeroki wiatr na wybrzeżu, powietrze,
jeżeli nie na podagrę, to przynajmniej dla ogólnego stanu zdrowia
korzystne może będą. Tak więc, pewnego poranku majowego państwo
Chanteau opuścili Caen, pozostawiając w liceum Lazara, wówczas
czternastoletniego i wyjechali na stałe mieszkanie do Bonneville. Od chwili tego bohaterskiego wydarcia się, pięć już lat upłynęło,
a interesa rodziny szły coraz gorzej. Davoine rzucał się na wielkie
przedsięwzięcia i potrzebował, a przynajmniej mówił że potrzebuje
ciągle nowych kapitałów. Potem osiągnięte zyski znowu na kartę
stawiał tak, że inwentarze jego doroczne prawie zupełnie pokrywały
się stratami. Trzeba było w Bonnevile żyć z trzech tysięcy franków
z biedą, tak, że trzeba było sprzedać konie i że Weronika musiała
się zajmować sadem warzywnym. - Moja Eugenjo, - odważył się powiedzieć Chanteau - jeżeli mówisz,
że mnie oszukano, to przyznać zechciej, że jest potrosze w tem
twojej winy. Ale ona już tej odpowiedzialności przyjąć na siebie nie chciała i
chętnie zapomniała, że spółka z Davoinem była jej dziełem. - Jakto? moja wina? - zawołała sucho. - Czyżto ja jestem chora?
Gdybyś ty nie był chory, możebyśmy mieli miljony teraz. Za każdym razem, gdy cierpkość żony wybuchała w ten sposób,
Chanteau spuszczał głowę zaambarasowany jakoś i zawstydzony, że w
kościach swoich daje schronienie takiej nieprzyjaciółce rodziny,
jaką jest nieszczęsna podagra. - Poczekajmy - szepnął. - Davoine zdaje się być pewnym zysków w
tem nowem przedsiębiorstwie. Jeśli sosna podniesie się w cenie,
odrazu zrobimy majątek. - A zresztą co tam, - zawołał Lazar, nie przerywając sobie w
robocie - i tak mamy co jeść. Poco się kłopotać? Niema to jak ja,
kpię sobie z pieniędzy i basta! Pani Chanteau powtórnie wzruszyła ramionami. - Lepiejbyś zrobił, żebyś nie tak bardzo kpił z pieniędzy i nie
tracił czasu na głupstwa. I powiedzieć tu, że to ona nauczyła go grać na fortepianie. Teraz
sam widok kajetu nut w rozpacz ją wprowadzał. Ostatnia nadzieja
upadła. Ten syn, którego spodziewała się widzieć prefektem lub
prezesem trybunału, mówi, że będzie opery pisał. A ona już go widzi
biegającego po błocie ulicznem z lekcji na lekcję. - Oto zresztą - rzekła - masz tu relację z trzech ostatnich
miesięcy... dał mi to Davoine... Jeżeli tak dalej pójdzie,
przyjdzie do tego, że w końcu roku my mu będziemy jeszcze winni. Położyła worek na stole i poszukawszy, wydobyła zeń papier, który
podała mężowi. Wziął go z niechęcią, obejrzał, obrócił w palcach i
położył przed sobą, nie otwierając. Właśnie Weronika wniosła
herbatę. Nastała długa cisza, filiżanki stały próżne. Przy
cukierniczce Minuszka, założywszy łapki, przymykała powieki
leniwie, tymczasem przed kominkiem Maciek chrapał jak człowiek. A
morze huczało ciągle jakby las olbrzymi, służący za akompanjament
tym wszystkim drobnym hałasom i niepokojom. - Mateczko, możebyś ty ją obudziła, - rzekł Lazar - musi jej być
tak niewygodnie spać. - Tak, tak, niewygodnie - mruknęła pani Chanteau, patrząc na
Paulinkę, ale widocznie czem innem zajęta. Wszyscy troje spojrzeli na drzemiącą dziewczynkę. Tchnienie jej
uspokoiło się jeszcze bardziej. Policzki białe i różowe usteczka w
świetle lampy miały słodycz nieruchomą bukietu. Jedynie tylko
krótkie ciemne włoski przez wiatr potargane, rzucały cień na
delikatne jej czoło. I umysł pani Chanteau powracał do Paryża, do
tych kłopotów, które przeszła; i dziwiła się sama zapałowi, z jakim
przyjęła tę opiekę, przejęta jakimś instyktownym szacunkiem dla
wychowanki bogatej, choć skrupułów nie uczuwała i nie miała żadnej
złej myśli co do majątku, którego strzec miała. - Kiedym wysiadła przed tym sklepem, - zaczęła opowiadać powoli -
zastałam ją ubraną w czarną sukienkę. Całowała mnie i płakała, aż
się zanosiła... Śliczny sklep, masarnia cała z marmuru i luster,
wprost naprzeciwko hal... Zastałam tam babę, służącą, wysoką jak
snop słomy, świeżą, czerwoną, która uprzedziła notarjusza, kazała
wszystko opieczętować i sprzedawała w dalszym ciągu jak
najspokojniej kiełbasę i salcesony... Owa Adela opowiadała mi
okoliczności śmierci naszego biednego kuzyna Quenu. Jak mu umarła
żona Eliza, przez sześć miesięcy krew go dusiła, ciągle podnosił
ręce do szyi, jakby chciał sobie krawat rozwiązać; aż nareszcie
jednego dnia znaleziono go na ziemi z twarzą fjoletową i z nosem w
dzieży sadła... Podobno jego wuj Gradelle tak samo umarł. Umilkła. Cisza znowu zapanowała. Śpiącej Paulince śnić się coś
przyjemnego musiało. Po twarzyczce jej przebiegł uśmiech rozkoszy. - A z pełnomocnictwem jakże poszło? - zapytał Chanteau. - Bardzo dobrze... ale ten twój notarjusz doskonale się znalazł,
że kazał pozostawić miejsce na nazwisko mandatarjusza, gdyż jak się
zdaje, jabym cię w tem nie mogła zastąpić. Kobiety są wyłączone od
tego rodzaju interesów... Jakem ci o tem już pisała, zaraz po
przyjeździe do Paryża poszłam do tego notarjusza, który ci to
przysłał wyciąg z testamentu, mianujący cię opiekunem. On też zaraz
wypisał pełnomocnictwo na imię swego starszego dependenta, co jak
mi powiedział, bardzo często się zdarza... I tak dopiero mogliśmy
działać. U sędziego pokoju zawezwałam do rady familijnej trzech
kuzynów z rodziny Elizy, dwóch młodych braci ciotecznych,
Oktawiusza Mouret i Klaudjusza Lantier i jeszcze trzeciego pana
Rambaut, który mieszka w Marsylji. Potem z naszej strony, z rodziny
Quenu wzięłam siostrzeńców Naudeta, Liardina i Delorma i, jak
widzisz, złożyłam radę familijną bardzo przyzwoitą, z którą
będziemy mogli robić, co nam się podoba, dla szczęścia dziecka...
Otóż na pierwszem zebraniu wybrali oni podopiekuna, którego rozumie
się, trzeba było wziąć z rodziny matki Paulinki, Pan Saccard... - Cicho, budzi się - przerwał Lazar. W istocie Paulinka otworzyła szeroko oczy. Nie ruszając się, ze
zdziwieniem spoglądała na rozmawiających. Potem, z półsennym
uśmiechem, zamknęła znowu powieki, nie mogąc się oprzeć znużeniu, a
twarz jej nieruchoma przybrała napowrót mleczną przezroczystość
kamelji. - Ten Saccard, to podobno jakiś spekulant? - zapytał Chanteau. - Tak - odpowiedziała żona. - Widziałam go, rozmawiałam z nim.
Bardzo przyzwoity człowiek... Tyle ma interesów na głowie, że
odrazu mi powiedział, iż niema co na niego liczyć w interesach
opieki... To i owszem, myślę sobie, nie potrzebujemy nikogo. Kiedy
bierzemy małą, to już bierzemy, nieprawdaż? Ja tam nie lubię, żeby
kto wściubiał nos w moje interesa... I tak cała sprawa załatwioną
została. Twoje pełnomocnictwo, na szczęście, zawierało
wyszczególnienia konieczne. Odjęto pieczęcie, zrobiono inwentarz
całego majątku, sprzedano na licytacji masarnię... Ale patrz, jakie
szczęście! znalazło się dwóch konkurentów, którzy się podbijali
zawzięcie; dziewięćdziesiąt tysięcy franków zapłacili gotówką!
Notarjusz już znalazł pomieszczenie na sześćdziesiąt tysięcy
franków, a oto akt, prosiłam go, żeby się dalej tem zajmował i oto
sto pięćdziesiąt tysięcy przywiozłam ze sobą w papierach
wartościowych. Głównemu dependentowi dałam pokwitowanie z
pieniędzy, któreś na moje żądanie przysłał odwrotną pocztą, no i
pokwitowanie z całego interesu... Patrzajcie teraz.. Zagłębiła rękę w worek i wydobyła z niego gruby pakiet rozmaitych
papierów wartościowych, włożonych w dwa półarkusiki okładek starego
regestru masarni, z których wydarto kartki. Okładki te, zielonym
marmurkowym papierem oklejone, miały na sobie liczne plamy z
tłuszczu. Ojciec i syn spojrzeli na ten majątek, który spadał na
zużytą serwetą ich stołu. - Herbata wystygnie, mamo - rzekł Lazar, rzucając nareszcie pióro.
- Może ja naleją? Wstał dla zadowolenia nerwowej potrzeby ruchu i zaczął napełniać
filiżanki. Matka nie odpowiedziała na jego pytanie, oczy jej
spoczywały ciągle na pieniądzach. - Naturalnie - mówiła dalej powolnym głosem - na ostatniem
posiedzeniu rady familijnej, zwołanem na moje żądanie, powiedziałam
im, żeby mi zwrócili koszta podróży... a także, aby ustanowiono
wysokość wynagrodzenia za utrzymanie małej u nas. Oznaczono je na
osiemset franków rocznie. Jesteśmy biedniejsi niż ona, nie mamy
potrzeby robić jej łaski. Nikt z nas nie chciałby zarobić na jej
nieszczęściu, ale cóż mamy dokładać ze swego? Procenta od jej rent
będzie się składało i do czasu jej pełnoletności kapitał jej się
podwoi... Robi sią, co się powinno... Ostatniej woli zmarłego
trzeba być posłusznym... A jeśli to nie wystarczy i jeśli się co i
naszego wyda dla niej, to nam to może przyniesie szczęście, którego
tak bardzo potrzebujemy... Kochane dziecko, tak była wzruszona
biedaczka, aż się zanosiła od płaczu, jak się żegnała ze służącą!
Pragną, żeby u nas szczęśliwą była. Obaj mężczyźni zdawali się podzielać życzliwość pani Chanteau dla
małej. - To pewna, że ja jej nic złego nie zrobią - rzekł Chanteau. - Śliczna jest - dodał Lazar. - Ja już bardzo ją kocham. Śpiący pod stałem Maciek poczuł herbatą. Wylazł z pod stołu,
przeciągnął się i położył znowu wielki swój łeb na brzegu stołu.
Minuszka także przysunęła się, ziewając, przyczem sierść jej się na
karku jeżyła. Było to trudne budzenie sią, nareszcie kotka
wyciągnęła szyją tak, że powąchać mogła pakiet pieniędzy w
okładkach zatluszczonych. A gdy państwo Chanteau zwrócili swe
spojrzenia na Paulinkę, spostrzegli, że ta, otworzywszy oczy,
patrzyła na papiery, na ten stary regestr zniszczony, który tu
odnajdywała. - O! ona wie dobrze, co jest w tych okładach - rzekła pani
Chanteau, - Nieprawdaż, kochaneczko? Pokazywałam ci to w Paryżu...
to jest to, co twój poczciwy ojciec i biedna matka tobie zostawili. Łzy zakręciły się w oczach dziewczynki i spłynęły po jej
policzkach. Żal jej budził się jeszcze tak nagle, jak powodzie
wiosenne. Już przez łzy uśmiechała się, bawiła się Minuszką, która,
obwąchawszy pakiet, zachęcona zapachem zaczęła go potrącać i
przewracać, głową uderzając w rogi tej niby książki. - Minuszka połóż to! - wykrzyknęła pani Chanteau. - Któż widział
bawić się pieniędzmi. Chanteau śmiał się, Lazar także. Na rogu stołu Maciek bardzo
rozgniewany, pożerając błyszczącemi oczyma papiery, które widocznie
brał za jakieś jedzenie, szczekał zapamiętale na kotkę. I cała
rodzina zaczęła się śmiać głośno. Paulinka, zachwycona tą zabawą,
schwyciła w objęcia Minuszkę, którą kołysała i pieściła jak lalkę. Z obawy, aby dziewczynka znowu nie zasnęła, pani Chanteau podała
jej zaraz herbatę i potem zawołała Weroniki. - Podaj nam świece... tak przy gawędce zapomina się o spaniu. To
już przecie dziesiąta, a mnie się przed dwiema godzinami tak już
spać chciało, żem jadła śpiącaQ Ale w kuchni dał się słyszeć jakiś głos męski i gdy Weronika
wniosła cztery świece zapalone, pani Chanteau zapytała: - Z kimże tam rozmawiasz? - Proszę pani Prouane... przyszedł powiedzieć panu, że tam na dole
niedobrze się dzieje, przypływ morza wszystko podobnie łamie. Chanteau musiał przyjąć obowiązki mera Bonneville, a Prouane,
pijaczyna, który przy księdzu Horteur był zakrystianem, pełnił
zarazem obowiązki sekretarza municypalności. Niegdyś, gdy służył w
marynarce, nie był prostym majtkiem, ale miał jakiś stopień, a
pisał jak nauczyciel szkoły elementarnej. Zawołano na niego, żeby
wszedł i zaraz też ukazał się w progu, w długich butach, w
kaftanie, z czapką wełnianą w ręku. Całe to ubranie przesiąkłe było
wodą. - Cóż tam słychać, Prouane? - Co ma być panie? Dom Cuchów już teraz licho wzięło. Jeśli tak
dalej pójdzie, to i z Goninami tak będzie... Byliśmy tam wszyscy na
miejscu, Tourmal, Houtelard, ja i inni. Ale cóż na to poradzi,
niema środka przeciw morzu, już tak widać zapisane, że co roku
zabierze nam to ladaco szmat ziemi. Cisza zapanowała. Płomienie czterech świec wznosiły się w górę, a
w dali słychać było morze, to ladaco, którego fale rozbijały się o
skały. W tej chwili było ono w całej pełni przypływu, każdy bałwan,
zapadając się, wstrząsał domami. Były to jakby strzały artylerji
olbrzymiej, ponure i regularne, które się rozlegały wśród ciągłego
dudnienia odłamków skał spadających, podobnego do rotowego ognia
piechoty. Wśród ryku burzy, wiatr jęki swe roznosił, a deszcz, co
chwila się wzmagając, bił w ściany i okna, jakby grad kulek
ołowianych. - To prawdziwy koniec świata! - zawołała pani Chanteau. - A
cuchowie gdzie się schronili? - Trzeba będzie znaleźć im jakiś przytułek - rzekł Prouane. -
Tymczasem już są u Goninów... Gdybyście państwo to widzieli!...
Mały, co ma trzy lata, cały zmoczony jak chleb w zupie, i matka w
spódniczynie tylko, co na niej przylega tak, że wszystko, bez urazy
państwa, widać jak ją Pan Bóg stworzył, i biedny Cuchę z głową
rozciętą przez belkę spadającą, gdy uparcie bronił swojej biednej
chudoby! Paulinka wstała od stołu. Usunięta ku oknu, słuchała z powagą
dorosłej osoby. Na twarzy jej malowały się dobroć i litość zarazem.
Ogarniała ją gorączka sympatji i współczucia, od której duże jej
wargi drżały. - O! ciociu, biedni ludzie! I spojrzenie jej pobiegło nazewnątrz, w tę przepaść czarną, w
której ciemności jeszcze bardziej się wzmogły. Czuć było, że morze
dotarło aż do drogi, że było tuż, wezbrane, ryczące, ale go widać
nie było. Zdawało się, że czarnemi jak atrament falami zalana jest
wioska, skały, wybrzeża i horyzont cały. Dla dziecka była to
bolesna niespodzianka. Ta woda, która jej się zdawała tak piękną,
teraz rzucała się na ludzi. - Biegnę z wami Prouane! - wykrzyknął Lazar. - Może się tam
przydam na co! - O! tak, dobrze kuzynku! - zawołała Paulinka, której oczy
zabłysły. Ale Prouane wstrząsnął głową. - Niema się poco trudzić, panie Lazar. Nie pomożesz pan więcej jak
inni. Jesteśmy tam wszyscy i patrzymy, jak zabiera, co mu się
podoba, a jak mu się już nie podoba zabierać, to i tak trzeba
będzie podziękować zato, co zostawiło... Ja tylko tak przyszedłem
zawiadomić pana mera... Nareszcie Chanteau się rozgniewał znudzony tym dramatem, który mu
psuje noc i którym się nazajutrz będzie musiał zajmować. - Bo też - wykrzyknął - djabeł wam przyniósł myśl budować tak
głupio wieś! Wleźliście pod bałwany, to i cóż dziwnego u kroćset,
że wam morze zabiera chałupę po chałupie... I zresztą czego
siedzicie w tej nędznej dziurze? Jak tu niedobrze, to się idzie
gdzieindziej! - A gdzie? - zapytał Prouane, który tego wybuchu słuchał z
ogłupiałą miną. - Tu się jest, panie merze, to się i tu zostaje...
Człowiek przecież musi gdzieś być. - W tem to jest i racja - zakonkludowała pani Chanteau. - A czy
tu, czy tam, zawsze zupełnie dobrze nie jest... Właśnie szliśmy
spać. Dobranoc. Jutro za widoku zobaczymy. Prouane, kłaniając się, wyszedł i słychać było jak Weronika zanim
drzwi zamykała. Każda z czworga osób, rodzinę składających,
trzymała w ręku lichtarz z palącą się świecą; pogłaskano jeszcze
Maćka i Minuszkę, które spały razem w kuchni, Lazar zebrał swoje
nuty, tymczasem pani Chanteau ścisnęła pod pachą stare,
zatłuszczone okładki z pieniędzmi wewnątrz: ona też zabrała ze
stołu Inwentarz Davoina, o którym jej mąż zapomniał. Papier ten
serce jej krwawił; nie było potrzeby ciągle go mieć na oczach. - Idziemy na górę, Weroniko - wołała jeszcze pani Chanteau - a i
ty pewno już nie będziesz się kołatać o tej godzinie. A gdy z kuchni dało się słyszeć tylko mruczenie jakieś do
warczenia podobne, ciągnęła dalej trochę ciszej: - Co jej się zrobiło? Myślałby kto, żem jej przywiozła dziecko do
karmienia i do odstawienia. - Daj jej pokój, - rzekł Chanteau, - wiesz przecie, że na nią
takie chwile przychodzą... No i cóż? jesteśmy... wszyscy czworo?...
No, to dobranoc. On sam sypiał na dole, z drugiej strony korytarza, w dawnym
salonie przerobionym na pokój sypialny. W ten sposób łatwiej było,
gdy miał atak podagry, wytoczyć go z fotelem do stołu, albo na
taras. Otworzył drzwi, zatrzymał się na chwilę, nogi miał jakieś
zdrętwiałe, głuchy ból je przejmował, a sztywność stawów już od
dnia poprzedniego, zapowiadała mu bliskość ataku. - Do licha! źlem zrobił, żem jadł ten pasztet - szepnął sam do
siebie. To przekonanie do rozpaczy go doprowadzało. - Dobranoc, - powtórzył zbolałym głosem... wy zawsze spać możecie,
wy zdrowi... dobranoc kochanko, śpij spokojnie... to twemu wiekowi
właściwe. - Dobranoc, wujeczku - rzekła Paulinka, całując go. Drzwi się zamknęły. Pani Chanteau prowadziła na górę Paulinkę
przed sobą, Lazar szedł za niemi. - To pewna, że mnie dziś nie trzeba będzie do snu kołysać -
rzekła. - A zresztą mnie ten hałas usypia, to mi wcale nie
przeszkadza i nie jest mi nieprzyjemnem... W Paryżu jakoś mi tego
brakowało, nic mną w łóżku nie wstrząsało. Wszyscy troje weszli na pierwsze piętro. Paulinkę, która trzymała
świecę prosto przed sobą, bawiła ta procesja "gęsiego" ze świecami,
od świateł których cienie wirowały na ścianie. U szczytu schodów
dziewczynka zatrzymała się niepewna, nie wiedząc gdzie ją ciotka
prowadzi. Pani Chanteau popchnęła ją łagodnie. - Idź prosto przed siebie... Oto widzisz pokój dla przyjaciół, a
wprost naprzeciwko mój pokój... Wejdź na chwilkę, zobaczysz. Był to pokój wybity kretonem żółtym w zielony deseń, bardzo
skromnie umeblowany mahoniowemi meblami: łóżko, szafa, biurko.
Pośrodku stał mały stolik na czerwonym dywaniku. Gdy już pani
Chanteau pokazała wszystkie kąty, zbliżyła się ze świecą do biurka
i opuściła klapę. - Chodź, zobacz - powtórzyła. Otworzyła jedną z małych szufladek, w której z westchnieniem
umieściła smutny inwentarz Davoina. Potem, opróżniła szufladkę
powyżej, wyjęła ją, wstrząsnęła dla wyrzucenia dawnego pyłu i
okruchów i przygotowywała się do włożenia w nią owych pieniędzy w
okładkach zapuszczonych. Paulinka stała i patrzyła. - Patrz! kładę je tu, będzie im dobrze, będą same... tu czysto,
nic im nie będzie przeszkadzało... Chcesz je sama włożyć? Paulinkę wstyd jakiś ogarnął, z którego sobie sprawy nie zdawała.
Zarumieniła się. - O! cioteczko, poco! Ale nim to wyrzekła, już jej ciotka w rękę wsunęła pakiet; musiała
go włożyć do głębi szuflady, podczas gdy Lazar świecą podniesioną
oświecał wnętrze biurka. - Tak, - mówiła dalej pani Chanteau - teraz pewna jesteś i bądź
spokojna, z głodu możemy przy tem umrzeć... Pamiętaj, pierwsza
szufladka na lewo, nie wyjdą stąd aż w dniu, kiedy już będziesz
taką dużą panienką, że je sama zabierzesz... No, przecie ich tu
Minuszka zjeść nie przyjdzie! Myśl o kotce otwierającej biurko i jedzącej papiery, pobudziła
Paulinkę do głośnego śmiechu. Chwilowe zakłopotanie jej znikło,
bawiła się z Lazarem, który drażniąc ją, mruczał jak kotka i
udawał, że się dobiera do szufladki. On śmiał się też z całego
serca. Ale matka jego uroczyście zamknęła klapę i energicznie dwa
razy obróciła klucz w zamku. - Skończyliśmy - rzekła... No, Lazar, nie udawaj zwierzęcia...
Teraz pójdę na górę zobaczyć, czy wszystko dla niej przygotowane. I wszystko troje, jedno za drugiem, znowu znaleźli się na
schodach. Na drugim piętrze Paulinka znowu nie pewna, otworzyła
drzwi na lewo, ale ciotka zawołał na nią: - Nie, nie, nie z tej strony, to pokój twego brata. Twój pokój
jest naprzeciwko. Paulinka stała na progu nieruchomie, zaciekawiona wielkością
pokoju i mnóstwem gratów, które go zapełniały: fortepian, sofa,
stół olbrzymi, książki, obrazy. Nakoniec otworzyła drzwi
naprzeciwko i znów stanęła zachwycona, chociaż pokoik jej w
porównaniu z tamtym, wydał się jej maleńkim. Obity on był papierem:
tło piaskowego koloru, a na niem błękitne róże. Stało tam łóżeczko
żelazne, osłonięte firankami muślinowemi, tualetka, komoda i trzy
krzesełka. - Wszystko jest - szepnęła pani Chanteau, - woda, cukier,
ręczniki, mydło... no, śpij spokojnie... Weronika śpi w izdebce
obok. Gdybyś się czego zlękła, to tylko w ścianę uderz. - A zresztą, ja tu jestem - oświadczył Lazar - jak przyjdzie jaki
duch, to jak go machnę wielką szablą... Drzwi obu pokojów, naprzeciwko siebie położonych stały otworem.
Paulinka przebiegła oczyma z jednego pokoju do drugiego. - Duchy nie chodzą - rzekła z swoją wesołą minką. Wielka szabla,
to na złodziei... Dobranoc, cioteczko! Dobranoc, kuzynku. - Dobranoc, kochanko... A będziesz ty umiała sama się rozebrać i
spać położyć? - O! będę ciociu. Już nie jestem przecie małem dzieckiem. W Paryżu
wszystko sama robiłam. Pocałowali ją oboje. Pani Chanteau powiedziała jej, odchodząc, że
może drzwi zamknąć na klucz. Ale już dziewczynka była przy oknie,
niespokojna, chcąc się dowiedzieć, czy ono na morze wychodzi. Fale
deszczu spływały po szybach z taką gwałtownością, ze nie śmiała
okna otworzyć. Było bardzo ciemno. Ona jednak szczęśliwą była,
słysząc morze kłębiące się u jej stóp. Potem, pomimo, że ze
zmęczenia ledwo na nogach się trzymała, obeszła pokoik dokoła i
obejrzała mebelki. Myśl, że ma swój pokoik, oddzielny od innych,
pokoik, w którym mogła się zamknąć, napełniała ją dumą osoby
dorosłej. Jednakże w chwili, gdy miała klucz przekręcić w zamku i
gdy już, zdjąwszy sukienkę, była tylko w spódniczce, zawahała się i
jakiś niepokój ją ogarnął, A gdyby kto wszedł? Zadrżała, otworzyła
drzwi, żeby zobaczyć, czy za niemi niema kogo w korytarzu.
Naprzeciwko, na środku swego pokoju, przy otwartych drzwiach, stał
jeszcze Lazar i spójrzał na nią. - A co? - zapytał - czy potrzebujesz czego? Zarumieniła się cała. Chciała skłamać, lecz po chwili! zwykła
szczerość przemogła. - Nie, nie... tylko widzisz, ja się boję, jak drzwi są na klucz
zamknięte, to też ja nie zamknę, a jeśli zastukam, to żebyś
przyszedł. Ale ty żebyś przyszedł, rozumiesz, nie służąca. Zbliżył się do niej, ujęty wdziękiem tego dziecka, tak naiwnego i
serdecznego. - Dobranoc, - powtórzył, wyciągając ku niej ręce. Jednym skokiem rzuciła mu się na szyję i, nie zwracając uwagi na
swój negliż dziecięcy, objęła go swemi chudemi ramionami i
ucałowała. - Dobranoc, kuzynku. W pięć minut później, odważnie zgasiła świecę i wsunęła się w głąb
łóżeczka, przysłoniętego muślinem. Z początku, ze zbytku znużenia,
sen jej był bardzo lekki. Najprzód, słyszała Weronikę wchodzącą na
górkę nieostrożnie, potrącając stołki i budzącą wszystkich, później
już tylko ponury ryk burzy, deszcz, uparcie tłukący dachówki, wiatr
wstrząsający oknami i świszczący pod murem i przez całą godzinę
jeszcze ta kanonada grzmotów trwała, a każdy bałwan spadający
wstrząsał nią w łóżeczku. Zdawało jej się, że dom cały, zburzony,
zniszczony unosił się z wodą jak statek. Ciepło jej było i
wygodnie, myśl jej już chwiejna, biegła z litością i pragnieniem
dopomożenia ku tym biednym ludziom, których morze, tam na dole,
wygnało z ich pościeli. Potem wszystko zniknęło, zasnęła głęboko.