Tutaj nie wolno wchodzić
- Tutaj nie wolno wchodzić. - Tymi słowami uraczył Suk stojący w drzwiach pracownik, gdy po zejściu schodami próbowała dostać się na parking.
Mężczyzna wyglądał zwyczajnie. Był przeciętnej budowy i nosił typowy ciemny garnitur, jego głos i sposób mówienia również niczym się nie wyróżniały. Nie miał w sobie nic charakterystycznego, więc gdyby nie zablokował jej akurat wejs?cia na parking, tylko wpadł na nia? gdzies? na ulicy, godzine? po?z?niej pewnie zupełnie wyparłaby go z pamie?ci.
- To nie do końca tak, że nic go nie wyróżniało. To właśnie ta jego zwyczajność była wyjątkowa - mówiła później Suk. Wyjątkowym można było też określić fakt, że docierające z klatki schodowej światło jakimś cudem padało akurat tak, że nie sposób było odczytać nazwiska zamieszczonego na plakietce przypiętej do jego piersi.
W tamtej chwili Suk nie zastanawiała się jednak głębiej nad zwyczajnością tego człowieka. W tym w końcu tkwi całe sedno przeciętności. Spytała więc:
- Dlaczego? Czy coś się stało?
Suk była zatrudniona w instytucie badawczym już od dawna i każdego dnia po zakończonej zmianie udawała się na dół schodami, by wsiąść do auta i wrócić do domu. Nieraz przeszło jej przez myśl, że wejście prowadzące do podziemnego parkingu jest przerażające, ale po raz pierwszy spotkała się z tym, że ktoś próbował zagrodzić jej drogę. Nieco ją to zaskoczyło, zaraz jednak zaczęła się martwić.
- Proszę udać się piętro wyżej - odparł neutralnym tonem tajemniczy pracownik, ignorując jej pytanie.
- Muszę się dostać do samochodu - zaprotestowała Suk.
Odczytała jego słowa jako polecenie opuszczenia placówki głównym wejściem znajdującym się na parterze. Za tamtymi drzwiami rozciągało się jednak otaczające placówkę pustkowie. W pobliżu brakowało transportu publicznego. Suk nie była w stanie pokonać pieszo dystansu dzielącego jej mieszkanie od centrum badawczego. Bez zaparkowanego w podziemiu auta nie miała możliwości wrócić do domu.
- Proszę udać się piętro wyżej - powtórzył pracownik.
Przez chwilę biła się z myślami, zaraz jednak dała za wygraną. Było pewne, że nawet jeśli zasypie go kolejnymi pytaniami, nie doczeka się odpowiedzi ani wyjaśnienia, jakich oczekiwała. Nikt nigdy nie zawracał sobie głowy tłumaczeniem czegokolwiek "pani sprzątaczce". Na podstawie doświadczeń zdobytych przez lata życia jako "pani" dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Dlatego też puściła klamkę, obróciła się plecami do drzwi i ruszyła w stronę klatki schodowej. Przeszło jej przez myśl, by wejść na piętro, udać się na drugi koniec korytarza i zjechać na parking zamontowaną po przeciwnej stronie windą.
Gdy tylko zaczęła wspinać się z powrotem po schodach, drzwi same z siebie ruszyły niespiesznie w stronę ościeżnicy. Kiedy Suk pokonała mniej więcej dwa stopnie, zatrzasnęły się. Ten pusty dźwięk sprawił, że ciałem kobiety wstrząsnął niespodziewany dreszcz. Przyspieszywszy kroku, gorączkowo wspięła się na szczyt i otworzyła drzwi prowadzące na korytarz.
Tak też znalazła się na parkingu.
Przez dłuższą chwilę rozglądała się wokół w osłupieniu. W rogu po prawej dostrzegła swoje stare, rozklekotane białe auto, którym wieczorem przyjechała do pracy.
Suk obejrzała się za siebie. Ujrzała te same schody, którymi przemieszczała się za każdym razem przez ostatnie dziewięć lat. Czujnik wychwycił ruch i zgaszona lampa ponownie się zapaliła. Stojąc w jej świetle, kobieta jeszcze kilkukrotnie upewniła się, że wzrok jej nie myli.
Nigdzie nie było zejścia niżej. Parking instytutu badawczego liczył sobie wyłącznie jeden poziom.
Starsza stażem koleżanka opowiedziała mi tę historię, gdy spytałam, czy żaden z pełniących nocą wartę ochroniarzy nie doświadczył niczego dziwnego.
- Suk pracowała tu najdłużej ze wszystkich. Podzieliła się tym ze mną tuż przed odejściem - oznajmiła.
- Zwolniła się z tego powodu? - spytałam.
- Nie, przez dziecko - odparła koleżanka.
Powód jej odejścia był przyziemny. Suk sama wychowywała trójkę dzieci. Najmłodsze od urodzenia chorowało. Pieniądze otrzymane z polisy ubezpieczeniowej męża, który zginął w wypadku samochodowym, przeznaczyła na utrzymanie czteroosobowej rodziny oraz pokrycie kosztów hospitalizacji, opieki, badań i leków dla chorego dziecka, przez co rozpłynęły się one w mgnieniu oka. Z tego powodu kobieta za dnia pracowała w restauracji, a nocami pełniła wartę w instytucie badawczym. Tak właśnie zdołała odłożyć środki na zapewnienie starszej dwójce porządnej edukacji oraz operację dla najmłodszego. Znalazła etat w nowym miejscu, zrezygnowała z zatrudnienia w instytucie i przeniosła się z rodziną do miasta oferującego dobre szkoły i szpital.
- Mówiła, że marzy jej się, by spędzać noce w jednym miejscu razem z dziećmi - dodała znajoma.
- To dobrze, że jej się udało - odparłam. Zupełnie jej nie znałam, ale z jakiegoś powodu czułam radość, że kobieta wychowująca samotnie trójkę dzieci odeszła, by spełnić swe marzenie.
- Ale jestem pewna, że wydarzyło się znacznie więcej. Po prostu nigdy mi o tym nie powiedziała - oznajmiła współpracownica. - Ja też widziałam ten świecący byt.
- Widziałaś? - wypaliłam bez namysłu, ale zaraz pożałowałam. - Przepraszam.
Znajoma zachichotała.