od Autora
Mam w domu stary Atlas ryb słodkowodnych. W podstawówce znałem go
prawie na pamięć, a i tak godzinami przeglądałem ryciny i mapy,
odrysowywałem i wycinałem szczupaki, leszcze i okonie. Była to chyba
moja ulubiona książka, choć kieszonkowe przewodniki grzybów, ptaków czy
motyli też nie miały ze mną lekko. Mimo że wychowywałem się w Krakowie -
dużym, ruchliwym mieście - to przyroda zawsze mnie fascynowała i jako
dziecko marzyłem o lustrzance, którą mógłbym z okna bloku fotografować
ptaki przysiadające na gałęziach drzew. Jak każdy w tym wieku,
eksperymentowałem. Gdy tygrzyki paskowane, czyli "pająki osy",
występowały u nas znacznie rzadziej niż dziś, złapałem jednego na łące,
która wyrosła na miejscu po zlikwidowanych starych ogródkach
działkowych. Postanowiłem, że będę hodował go w domu. Szybko okazało
się, że była to samica, która uwiła kokon, a jakiś czas później
dziesiątki młodych pajączków rozbiegły mi się po pokoju. Niestety,
początki nowego hobby bywają trudne!
Duża część tych młodzieńczych pasji została ze mną na dłużej. Choć
początkowo planowałem zawodowo związać się z branżą IT, ostatecznie
wybrałem leśnictwo i ukończyłem te studia. To właśnie w lesie najłatwiej
bowiem doświadczyć przenikania się dwóch porządków: ludzkiego i dzikiej,
nieujarzmionej natury. Mogłoby się zdawać, że to dwa całkowicie odrębne
światy, ale to tylko pozory. Jeden jest częścią drugiego i podświadomie
coś ciągnie nas między drzewa, w krzaki, na bagna. A ja szybko
przekonałem się, że lubimy o przyrodzie słuchać i choćby w ten sposób -
chłonąc opowieści o niej - jej doświadczać.
Mimo że jako społeczeństwo coraz bardziej doceniamy jej obecność w naszym życiu, to - paradoksalnie - wciąż się od niej oddalamy. Nic
zresztą dziwnego, w natłoku obowiązków często nie mamy już czasu ani
nawet sposobności, by się z naturą zaprzyjaźnić. Nie oznacza to jednak,
że ona gdzieś zniknęła - wciąż jest tuż obok! - w ciekawskich, psocących
nocą kunach, w żarzących się zimnym blaskiem świetlikach i iskrzykach, w złotooku zimującym w rogu pod sufitem czy w kraczącym nad lasem kruku.
Uwielbiam przyglądać się przyrodzie obecnej w najbliższym otoczeniu,
dostępnej od ręki o każdej porze dnia i nocy. Bez planów i długich,
dalekich wyjazdów. Dziś sikorki, chrząszcze czy sarny spowszedniały nam
na tyle, że przestaliśmy zauważać, jak niezwykle ciekawymi są
zwierzętami. Wokół nas aż roi się od wspaniałych historii, niekiedy
śmiesznych, czasem szokujących czy wręcz strasznych, ale niczym
nieustępujących tym, które pamiętamy z programów przyrodniczych
realizowanych w odległych zakątkach świata.
2
To właśnie te opowieści z polskiego ogródka, parku czy łąki za domem
spotkały się w internecie z zainteresowaniem, którego skala mocno mnie
zaskoczyła. Podobno zaciekawiły także ludzi, którzy "przyrodą się
przecież w ogóle nie interesują". Owszem, szczególnie w sezonie
ogórkowym zwierzęta często przyciągają uwagę mediów i nie tylko, ale
najczęściej są to tematy traktowane bardzo powierzchownie, co roku
właściwie kopiowane i niechętnie aktualizowane. Tymczasem naukowcy nie
ustają w staraniach, by nas czymś zaskoczyć i po przejrzeniu nowszej
literatury szybko dowiemy się, że np. natrętne biedronki azjatyckie,
owszem, powodują alergię, ale także o tym, że lubią pić krew kręgowców,
cierpią na choroby weneryczne i co roku niszczą miliony litrów wina!
To właśnie podczas publicznego prześwietlania zwyczajów tych
powszechnych w Polsce zwierząt narodził się pomysł na tę publikację.
Zbiór opowieści o ich tajemniczym życiu, o życiu, jakiego się zupełnie
po nich nie spodziewamy. Od pisania krótkich historyjek na Twitterze do
wydania książki jest jednak daleka droga i sam na dobrą sprawę nie
wiedziałem, jak się do tego zabrać - tym bardziej gdy poza domem czeka
przecież jeszcze tyle do odkrycia! Okazuje się jednak, że skomplikowane
życie rodzinne saren czy filmowe wręcz umiejętności zaleszczotków są tak
porywające, że wydawnictwo znalazło się samo i cała załoga postanowiła
mi w tym przedsięwzięciu pomóc. Wspólnym wysiłkiem przedstawiamy więc
bogato ilustrowaną kolekcję prawdziwych (choć czasem trudno w to
uwierzyć) opowieści o tym, co dzieje się w naszych domach i mieszkaniach, w parkach i na łąkach, w lasach, stawach i jeziorach.
Każdy rozdział to osobna niezwykła historia, napisana przez naturę tuż
pod Waszym nosem! Wystarczy się rozejrzeć.
3
ZALESZCZOTEK KSIĄŻKOWY
Chelifer cancroides
rozmiary
zawód
występowanie
kilka milimetrów
stoi na straży księgozbiorów i produkcji miodu
poza domem i w domu, w bibliotece i w ulu
ZALESZCZOTKI
OBROŃCY KSIĄŻEK
Większość z nas nie ma pojęcia o tym, że gdy przez okno wlatuje do domu
mucha lub jakiś inny owad, może nie być sam. Dosiada go zaleszczotek,
ale nie tak zwyczajnie, na grzbiecie, lecz brawurowo, jak Tom Cruise w Mission Impossible - trzymając się ich nóg niczym drabinki zwisającej
z odlatującego śmigłowca. Niewielkie rozmiary nie pozwalają
zaleszczotkom na samodzielne pokonywanie dużych odległości, toteż w poszukiwaniu kolejnych ofiar korzystają z podwózki. Ze względu na
specyficzny wygląd nazwano je "pseudoskorpionami" i choć jednym będą
doskonale znane, a inni być może przez całe życie żadnego nie zobaczą,
to od wieków żyją tuż obok nas, zawsze gotowe do uniesienia swych
jadowitych szczypiec w obronie naszych książek!
4
NA STRAŻY KSIĘGOZBIORU
Każdy słyszał o molach książkowych, czyli szkodnikach, które żerują na
papierze, kleju czy tworzonych z różnych materiałów okładkach. Choć mola
kojarzymy raczej z motylem (jak mól spożywczy czy mole ubraniowe), to
ten książkowy nie jest żadnym konkretnym zwierzęciem, lecz zwyczajową
nazwą grupy bardzo różnych gatunków, od chrząszczy, przez motyle, aż po
psotniki i rybiki, które znane są z niszczenia zbiorów bibliotecznych.
Już Arystoteles w swojej Zoologii napisanej niemal 2400 lat temu
wspominał różne malutkie zwierzątka: jedne zasiedlały odzież, inne zaś
książki (być może miał na myśli m.in. chrząszcza - skórnika słonińca).
Wśród tych drugich były również organizmy przypominające skorpiony, choć
"malutkie i bez ogona". Nie ma mowy o pomyłce - Arystoteles wśród zwojów
ksiąg zaobserwował i opisał ani chybi drapieżne pajęczaki -
zaleszczotki, które polowały tam na szkodniki, zwane przez nas dzisiaj
molami książkowymi.
Nie powinno więc dziwić, że w języku angielskim obok nazwy
pseudoscorpion funkcjonuje również book scorpion, a w Polsce jeden z najpospolitszych gatunków zaleszczotka nazywamy zaleszczotkiem
książkowym. Choć dziś raczej rzadko miewamy okazję, by je spotkać, to
przez tysiąclecia zauważano i podkreślano ich związek z książkami.
Linneusz w swojej Fauna Svecica z 1746 roku opisuje zaleszczotka jako
żywiącego się psotnikami, a Robert Wierzejski w Świecie zwierząt
bezkręgowych z 1902 roku umieszcza je pod nazwą "kleszczotki" -
pożyteczne zwierzęta "trzymające się po starych zakurzonych książkach".
Pamiętam, gdy sam pierwszy raz zobaczyłem zaleszczotka. Było to
spotkanie o tyle dziwne, że dosłownie dzień czy dwa wcześniej
dowiedziałem się o ich istnieniu, a tu nagle jeden niespodziewanie
pojawił się na ścianie, tuż przed moimi oczami. Choć zdarzyło się to
dobre kilkanaście lat temu, przez cały ten czas widziałem je może
jeszcze dwa razy. Dziś całkiem inaczej przechowujemy książki i problem
niszczących je moli niemal zupełnie zniknął, więc i zaleszczotki w naszych domach są zdecydowanie rzadsze i trudniejsze w obserwacji. Nie
oznacza to jednak, że porzuciły swoją misję, bo narażone na szkodniki
archiwa i stare księgozbiory dalej wymagają ochrony. Na wzmiankę o ich
obecności wśród książek natrafiłem choćby w pracy traktującej o zasobach
Archiwum Akt Dawnych Archidiecezji Toruńskiej, w którym przechowywane są
nawet kilkusetletnie dokumenty. I choć w ukryciu, to zaleszczotki wciąż
walczą po naszej stronie!
5
IMPROVISE. ADAPT. OVERCOME
"Improwizuj, dostosuj się, zwycięż" - ta popularna maksyma żołnierzy
marines znana jest głównie z memów z Bearem Gryllsem, który w kultowym
programie na Discovery Channel widowiskowo uczył widzów sztuki
przetrwania. Okazuje się jednak, że doskonale oddaje również naturę i umiejętności także naszego małego zaleszczotka. Jak, nie mając skrzydeł
i mierząc zaledwie kilka milimetrów długości, można na krótkich raczej
nóżkach dotrzeć na niedostępne regały książek, do wnętrza ula czy w inne, pełne potencjalnych ofiar lokalizacje? Żyjąc zgodnie z tą powyższą
maksymą, zaleszczotek stał się jednym z najciekawszych przykładów tzw.
forezji.
Jest to zjawisko polegające na wykorzystywaniu jednych organizmów przez
inne, ale w celach czysto transportowych. Często obserwowane u roztoczy,
które masowo dosiadają dużo większych od siebie chrząszczy, ale nie
czynią tego nawet w połowie tak widowiskowo, jak zaleszczotki. Nie
wiemy, kiedy te wpadły na pomysł łapania stopa u latających owadów, ale
na pewno było to bardzo dawno temu. W zapisie kopalnym pojawiły się ok.
380 milionów lat temu, tymczasem na 40 milionów lat datujemy najstarsze
bursztyny, w których zatopione są owady wraz z lecącymi na nich na gapę
zaleszczotkami.
6
Zapis kopalny - skamieniałości lub ślady organizmów zachowane w warstwach geologicznych, dzięki którym możemy dziś odtwarzać historię
życia na Ziemi.
Co ciekawe, jeszcze niedawno część badaczy przypuszczała, że nie jest to
całkiem intencjonalna przejażdżka. Drapieżny, głodny zaleszczotek może
bowiem bezskutecznie zaatakować znacznie większą od siebie ofiarę, która
następnie nieświadomie zabierze go ze sobą w dalszą podróż. Obecnie
naukowcy skłaniają się jednak ku temu, że takie zachowanie nie jest
dziełem przypadku. Owszem, pierwotnie prawdopodobnie tak właśnie było,
ale w toku ewolucji nasi bohaterowie "nauczyli się", że to całkiem
efektywny sposób transportu i brak skrzydeł wcale nie oznacza
konieczności spędzenia całego życia na ziemi. Łapiący taryfę
zaleszczotek najczęściej chwyta owada (np. muchówkę czy motyla) za nogę
i na czas podróży popada w pewien rodzaj odrętwienia, co nie przypomina
metod ataku stosowanych przez niego w celu upolowania zdobyczy. Od
niedawna wiadomo również, że w niektórych częściach świata zaleszczotki
poszły o krok dalej i dosiadają choćby gryzoni, wręcz gigantycznych w porównaniu do tych maleńkich pajęczaków, zatem trudno byłoby je posądzać
o próbę ataku. Obserwacje zdają się więc świadczyć o tym, że
rzeczywiście nie ma tu mowy o przypadku, a nieudane polowanie przodków
obecnych zaleszczotków zostało przekute w imponujący sukces.
Zaleszczotek dosiadający owada
NA RATUNEK PSZCZOŁOM
Gdzieniegdzie można trafić na informację, że zaleszczotki przypominają
skorpiony, ale bez gruczołu jadowego. Owszem, nie mają go na ogonie, bo
tego zaleszczotkom w ogóle brakuje, ale w większości są to zwierzęta
jadowite i swoje ofiary zabijają za pomocą pokrytych trucizną szczypiec,
dla ludzi pozostają zaś zupełnie niegroźne. Poza walką z molami
książkowymi mamy w nich sprzymierzeńców także na wielu innych
płaszczyznach. Podczas przeglądu literatury trafiłem choćby na
doniesienia o zaleszczotkach polujących na pluskwy domowe, dobrze więc
gościć je nie tylko w biblioteczce, ale także przy łóżku.
7
Zdaje się jednak, że dużo ważniejszą funkcję, tak dawniej, jak i być
może współcześnie, pełnić mogły w... pasiekach. Pierwsze wzmianki o obecności zaleszczotków książkowych w ulach pochodzą z XIX wieku,
później jednak ich liczebność drastycznie zmalała, co zdaniem części
badaczy związane było m.in. z unowocześnianiem się technik
pszczelarskich. W zaniknięciu tych naturalnych sojuszników już 100 lat
temu dopatrywano się możliwych przyczyn masowego zamierania pszczół,
wywołanego w Wielkiej Brytanii przez pozbawione naturalnych wrogów
pasożytnicze roztocze - świdraczki pszczele.
Dziś, w obliczu walki z kolejnym wrogiem, ponownie kierujemy wzrok w stronę tych maleńkich drapieżników. Dosiadając pszczół, zaleszczotki
niekiedy dostają się do uli i polują w nich m.in. na dręcze pszczele,
czyli inne pasożytnicze roztocze wywołujące warrozę, bardzo trudną do
zwalczania chorobę. Obecnie w warunkach naturalnych jest ich jednak
najczęściej zbyt mało, by zdołały przeważyć szalę zwycięstwa na stronę
pszczół, toteż trwają prace nad eksperymentalnymi hodowlami
zaleszczotków w specjalnie do tego celu przystosowanych ulach. Być może
za jakiś czas będziemy im zawdzięczać już nie tylko ocalenie
księgozbiorów, ale także miodu?
KOCHAĆ SIĘ JAK ZALESZCZOTKI
Nie samą pracą zaleszczotek żyje, warto więc wspomnieć też o ich życiu
rodzinnym. Rozsiane po całym świecie liczne gatunki tych pajęczaków
prezentują bardzo różne przystosowania socjalne i rozrodcze. W skrajnych
przypadkach bywa i tak, że samiec może się w ogóle nie spotkać z samicą,
a w celu przedłużenia gatunku po prostu zostawia w miejscu jej
przebywania "pakunek" z nasieniem, zwany spermatoforem, który ona
podejmuje. I tyle.
8
Choć zaleszczotki są raczej samotnikami, to niektóre tropikalne gatunki
(np. Paratemnoides nidificator) nieoczekiwanie przystosowały się do
życia w koloniach, tworząc prawdziwe społeczności ze starannie
zaplanowanym podziałem obowiązków. Zdaje się jednak, że to wyjątki, a nasze krajowe gatunki najczęściej ograniczają się do sporadycznych
spotkań w grupce kilku osobników, prezentują za to bardzo ciekawe
zachowania rozrodcze. Zaleszczotek książkowy znany jest z wykonywania
tańca godowego, którym próbuje przekonać samicę do podjęcia
spermatofora, a inny nasz zaleszczotek, Dactylochelifer latreillii,
wypracował coś na kształt tańca towarzyskiego! Podczas trwającego ok.
pół godziny spotkania, w określonej sekwencji ruchów samiec chwyta
samicę to za jedne, to za drugie szczypce, drepcząc przy tym w przód i w tył, być może w rytmie uwodzicielskich zapachów, o których uwalnianie
podejrzewa się dziwaczne, odsłaniane przy okazji zbliżenia organy, w wolnym tłumaczeniu zwane baranimi rogami (ram's horn organ). Mimo
całej tej romantycznej atmosfery tu również nasienie przekazywane jest w spermatoforze, więc do fizycznego zbliżenia (poza uściskiem "dłoni") nie
dochodzi. Samca dalsze losy samicy i potomstwa najczęściej nie
interesują. To matka opiekuje się dziećmi. Niczym kangurzyca nosi je w specjalnej "torbie" zawieszonej pod odwłokiem, gdzie do czasu, aż się
usamodzielnią, dojrzewają, karmione specjalną odżywczą mieszanką. To
wydzielina powstająca w jajnikach i jajowodach samicy, którą to
wydzielinę embriony, po opuszczeniu jaj, pochłaniają przy pomocy
specjalnego organu ssącego. Potomstwo ruszy w świat dopiero po kolejnych
linieniach, w formie protonimfy przypominającej postać dorosłą.
9
Życie zaleszczotka to scenariusz na film. Otwierałby go desant z powietrza tuż za linie wroga, a seria pojedynków z molami książkowymi,
pluskwami, dręczami czy świdraczkami nie pozwoliłaby oderwać oczu od
ekranu. Uratowane książki, wybawione z opresji pszczoły oraz finałowa
scena tańca domykałyby wspaniałą historię maleńkiego drapieżnika,
któremu być może zawdzięczamy więcej, niż nam się wydaje. Brakuje tu co
prawda widowiskowych wybuchów, ale czy w takiej historii są w ogóle
potrzebne?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki