VI
Mężczyźni zawsze zwodzą
Po odejściu kontraktowego, pod wrażeniem jego złośliwej aluzji, wszyscy obecni zwrócili oczy na podróżnego, a Bagby dał wyraz ogólnej ciekawości, kiedy zapytał:
- Dlaczego Fownes nazwał was szpiegiem?
- Wcale mnie tak nie nazwał - zaprzeczył nieznajomy. - Powiedział tylko, że jeżeli on dezerter, to ja szpieg. Gospodarzu, wazę gorącego napitku dla całej kompanii! Panowie, urodziłem się i wychowałem w Lincolnshire. Nazywam się John Evatt i podróżuję po waszym kraju w poszukiwaniu ziemi dla sześciu rzetelnych farmerów, do których się zaliczam. Chcemy się tu osiedlić. Jak się nazywa pan tego hultaja, bo zapomniałem?
- Jaśnie wielmożny Meredith, ziemianin - objaśnił gospodarz, zajęty przy dużym stole mieszaniem rumu, jodłowego piwa i cukru.
- Co to za człowiek? - dopytywał się Evatt, zabierając swoją szklankę ze stolika i przysiadając się do dużego stołu.
- Pyszny, władczy i w gorącej wodzie kąpany, jak sam król Jerzy! - zakrzyczał jeden z pijących. - Ale myślę, że spuści gałgan z tonu, jak Komitet Brunszwicki zrobi z nimi porządek.
- Trzymaj ty lepiej ozór za zębami, Zerubbabel! - zganił go ostrzegawczo Joe Bagby. - Nie potrzeba nam żadnych doradców, żeby nas tu pouczali, co robić.
- Ten Meredith bogaty? - pytał Evatt.
- Ożenił się bogato z Patty Byllinge - objaśnił szynkarz. - Przedtem był biednym adwokaciną w Trenton.
- A ona, ta Patty Byllinge, co za jedna?
- Nie znacie West Jersey, bobyście o niej słyszeli - zaznaczył Bagby. - Nie każda panna wnosi mężowi garnek pieniędzy i blisko trzydzieści tysięcy akrów ziemi. Mówią, że zanim dziedzic ją dostał, konkurenci uwijali się koło niej jak... - Tu dowcipniś użył porównania zbyt sprośnego, żeby je można zacytować.
- Ach, tak!? - rzekł podróżnik. - Byllinge, ho, ho! Zaczynam rozumieć. Pewno córka albo wnuczka jednego z pierwszych osadników, którzy otrzymali nadania?
- Właśnie. Za życia starego mieli w posiadaniu ziemię z tej strony rzeki, prawie do Baskinridge, ale w latach czterdziestych dużo wyprzedali.
- To może udałoby się nam tutaj zahaczyć? Okolica wydaje się urodzajna i klimat łagodny. Jadąc, dużo się rozglądałem...
- Nowy dziedzic nie wypuści z ręki jednego akra - wtrącił ktoś z obecnych. - Wydzierżawić wydzierżawi, ale niezależnych farmerów on tu nie chce.
- Moglibyście udać się do Henniona. To także dziedzic, ale on wyprzedaje ziemię po kawałku - podsunął karczmarz.
- Co to za jeden? - zapytał Evatt.
- Także z tych monopolistów, co uzyskali nadania za dawnych lat, kiedy ziemia nie miała wartości - wyjaśnił Bagby. - Jego grunta leżą dalej.
- Jeżeli chcecie nabyć ziemię, to się śpieszcie - odezwał się jakiś starszy obywatel. - Podobno syn dziedzica ubiega się o rękę córki dziedzica. Może stary Hennion, gdyby syn ożenił się bogato, nie kwapiłby się wyprzedawać swoich akrów.
- A wielmożny Meredith nie jest popularny?
- Przekona się o tym, gdy znów będzie kandydował do Zgromadzenia - odpowiedział ktoś z obecnych.
- Więc on jest członkiem Zgromadzenia? - zainteresował się Evatt. - No, to niby w porządku, widać należy do partii ludowej?
- Akurat! - zakrzyczało kilka głosów.
- Był przeciwko związkowi kolonialnemu, agitował, żeby nie wybierać deputowanych do Kongresu, i chełpi się, że herbata nie schodzi z jego stołu - opowiadał gospodarz.
- To długo nie potrwa! - fuknął Bagby.
- Więc jak się to stało, żeście go wybrali do Zgromadzenia?
- Przechodzi głosami swoich dzierżawców - objaśnił prawnik. - Boją się głosować przeciwko niemu z obawy o swoje arendy. Tak samo jest z innymi. Bez zgromadzeń ludowych, bez komitetów nic nie wskóramy. Ale niech sobie ziemianie robią, co chcą, my się im nie damy.
- Panowie! - rzekł Evatt. - Oto napitek! Dawajcie szklanki! Proponuję toast, który wszyscy wypijecie: Oby waszych swobód nie ograniczał nigdy ani Parlament, ani Kongres!
Pili i rajcowali dobre dwie godziny. Gdy ostatni opój wytoczył się z szynku, Evatt, podpierany przez szynkarza, raczej wpełznął, niż wszedł na górę do swojej izdebki. Jeżeli nie dowiedział się jeszcze dokładnie wszystkiego o miejscowości, której ośrodkiem był szynk, to bynajmniej nie dlatego, żeby kompania panowała nad językami, lecz dlatego, że jemu zbyt się mąciło w głowie.
Ale w osiemnastym wieku głowy były odporne na pijaństwo i rano Evatt zjadł z apetytem sute śniadanie. Posiliwszy się setnie, zawołał o konia, oświadczając, że: "Wybiera się do jaśnie wielmożnego Mereditha, poinformować się o tego bezczelnego pachołka".
W Greenwood dziedzica nie zastał. Pan Meredith pojechał do Bound Brook, miał do pomówienia z daleko mieszkającymi dzierżawcami, ale w kolonialnych czasach goście byli taką rzadkością, że pani Meredith przyjęła go radośnie i zatrzymała na obiedzie.
- Mąż wróci przed nocą - zapewniała. - Okropnie by żałował, gdyby pana nie zastał.
- Pani - odpowiedział Evatt - amerykańska gościnność jest tak wielka, że ustępuje tylko piękności amerykańskich kobiet.
Nie sposób było nie zachwycić się gościem. Miał dar opowiadania i na końcu języka powiedzonka w stylu londyńskim, szczególnie miłe kolonialnym uszom. Zabawiał panie przy stole, sypiąc charakterystykami i anegdotkami o bywalcach Parku, Mail, Vauxhall i Ranelagh[1]. Dziewczęta, zachwycone, przejęte, słuchały z rozchylonymi ustami.
Po obiedzie panie niechętnie wychodziły z jadalni. Evatt został sam w towarzystwie karafki najlepszej madery dziedzica, którą mu podano, gdyż wytworni goście trafiali się w domach kolonialnych niezmiernie rzadko. Jak wszystkie młode społeczeństwa, Amerykanie kłaniali się nisko transatlantyckim podróżnikom i prawdziwy kolonista uważał Anglika za istotę wyższą.
Evatt napełnił kieliszek, odpiął trzy dolne guziki kamizelki i rozparł się w krześle. Przytknąwszy kieliszek do warg, zatrzymał pierwszy łyk w ustach, żeby się nim dłużej delektować. Na twarzy jego rozlał się wyraz błogości. Gdyby myśli jego ubrać w słowa, tok ich byłby następujący:
"Do pioruna! Co za wino i co za kobiety! Wina przemycają, ale skąd biorą kobiety? Kto by to pomyślał, że w tym surowym nowym kraju można spotkać piękniejsze i wykwintniejsze damy niż na Serpentynie? Co za oczy, co za kibić, co za nóżka! A buzia - te gasnące i zapalające się rumieńce, które zdradzają najskrytsze uczucia ślicznotki! I tylko pomyśleć, że te usteczka godne księcia przypadną w udziale jakiemuś parobasowi. Niech to wszyscy diabli! Gdyby nie moja misja, pokusiłbym się o rączkę ślicznej Niewinności...". Spojrzał w okno, za którym słała się zielona dal, i patrząc, popijał wino. - Trzydzieści tysięcy akrów ziemi! - wykrzyknął na cały głos i aż mlasnął z zachwytu.
W polu jego widzenia ukazała się Janice. Przeniósł więc oczy na nią. Szła do ogrodu. Gonił ją wzrokiem, dopóki nie znikła w otworze żywopłotu.
- Co za nóżka. Co za kostka! - wykrzyknął z podobnie błogim wyrazem na obliczu, jak gdy się delektował maderą. - Gdyby się zjawiła w Londynie, szalałyby fircyki, zapalałyby się serca, Tamiza stanęłaby w ogniu!
Sięgnął znów po maderę, ale ledwie wyjął korek, zawahał się i wetknął go z powrotem, po czym wstał, zapiął kamizelkę, wziął kapelusz z holu i podążył za Janice.
Ale w obrębie żywopłotu jej nie znalazł. Przeszedł więc szybko przez ogród i zobaczył ją przed stajnią. Rozglądała się naokoło, pogwizdując, co nie było bynajmniej w dobrym tonie. Dopiero gdy nadbiegł Clarion, okazało się, dlaczego oddawała się tak prostaczej przyjemności. Nieświadoma, że jest pod obserwacją, powiedziała coś do psa i oboje podążyli ku rzece.
Evatt przyśpieszył kroku. W kilka sekund zrównał się z panną. Obejrzała się, a on zapytał:
- Czy mogę pani towarzyszyć? Chciałem obejrzeć farmę i przyjemność będzie podwójna, jeżeli pani podejmie się roli przewodniczki.
Skwapliwie, chociaż z pewną nieśmiałością, Janice zgodziła się na propozycję. W jej pojęciu była to wspaniała okazja. Dowiedziała się nowych plotek z dworu, ze świata mody i teatru. Dowiedziała się, jak wygląda król, jakie ma ruchy. Dowiedziała się o rywalizacji między panią Barry i panią Baddeley, o długach Karola Foxa i jego elokwencji, o powodzeniu Cecylii Davis, czyli "Inglesiny". Dla Janice, która jak prawdziwa gąska prowincjonalna łaknęła nowin z wielkiego świata, była to istna uczta duchowa. Rozmawiać z człowiekiem, który potrafił naśladować kulejącego księcia Gloucester na przyjęciu porannym u króla, który opowiadając coś, zaczynał od takich słów: "Jak mi mówiła lady Rochford, gdy byłem u niej na raucie..." - znaczyło bez mała to samo, co przestawać osobiście z wielkim światem i jego wspaniałymi przedstawicielami. Toteż Janice nie tylko nie spostrzegła, że towarzysz jej nie zwraca najmniejszej uwagi na otoczenie, ale sama straciła rachubę czasu i świadomość kierunku, w jakim szli.
- O! - zawołała uradowana. - Tibbi będzie zła, gdy się dowie, co straciła! Ale należała jej się kara za to, co zrobiła.
- Nie rozumiem, o czym pani mówi - rzekł Evatt.
- Zasłużyła na to, żeby wszystko opowiedzieć. Nazwała mnie paplą, a ja wcale taka nie jestem - szczebiotała Janice, w dalszym ciągu okropnie oburzona na Tabitę i to tak dalece, że musiała, po prostu musiała, wyśpiewać swoje żale na niedawną przyjaciółkę przed tym czarownym człowiekiem. - Pan z pewnością zauważył, że nie jesteśmy z sobą na dobrej stopie. Dlatego poszłam sama na spacer.
Evatt, który do tej chwili niczego się nie domyślał, skinął ze zrozumieniem głową.
- Ona tego narobiła, ale chętnie by się wyparła, gdyby nie ja. Ta piękna pani byłaby wściekła, gdyby przypuszczała, że on dał mi miniaturę.
- Miniaturę! - zdziwił się zachęcająco gość. - Czyją?
- Właśnie o to chodzi... Ach, opowiem panu wszystko i poproszę pana o radę. Boję się iść z tym do mamy, bo wiem, że kazałaby mi oddać. Tatusia nie ma, a Tibbi taka kąśliwa... Nie mam się do kogo zwrócić... i może... nigdy bym panu nie powiedziała, żeby upokorzyć Tibbi; ale potrzebuję rady i...
- Nikt rozsądny nie posądziłby pani o plotkarstwo, panno Janice - zapewnił szarmancko.
Tak zachęcona i skuszona, panienka wyspowiadała się ze swojej troski.
- Żałuję, że nie mogę panu pokazać tej miniatury - dokończyła. - Najpiękniejsza kobieta na świecie! Nie widziałam piękniejszej.
- Czy pani nigdy nie patrzy w lustro, panno Janice?
- Pan ze mnie żartuje.
- Uchowaj Boże! - zaprzeczył z przekonaniem Evatt. - Gdzieżbym śmiał!
- Pan naprawdę uważa mnie za ładną? - dopytywała się naiwnie, najwidoczniej rozradowana, chociaż niedowierzająca.
Evatt obserwował zwróconą ku sobie pytająco ożywioną, szczerą twarzyczkę i z trudem powstrzymał się od uśmiechu.
- Nie sposób sądzić inaczej - odpowiedział.
- Chociaż pan widywał dworskie piękności? - badała Janice na pół z powątpiewaniem, na pół z uciechą.
- Nie znam żadnej takiej, która nie byłaby zmuszona ustąpić pani pierwszeństwa - zaręczał Evatt - gdyby pani mogła być przedstawiona na dworze.
- Cudnie! - wykrzyknęła rozradowana i nagle zgasła. - O!... ja wiem, że... że pan stroi sobie ze mnie żarciki!
- Niech mnie piorun spali! - zaklinał się gość z tak nieukrywanym zachwytem w spojrzeniu, że to było najlepszą gwarancją jego szczerości. "Na Boga - zdumiewał się w głębi duszy. - Nikt by nie uwierzył w taką niewinność! To matka Ewa przed upadkiem. Ona nic nie wie!" - Ten pogląd na kobiety mógł napędzić biedy panu Evattowi. Mało jest wiadomości o niewinnej Ewie, ale sądząc po późniejszych przedstawicielkach jej płci, można twierdzić z całą pewnością, że matka rodzaju ludzkiego wiedziała już to i owo, zanim skosztowała owocu z drzewa wiadomości złego i dobrego. Tylko mężczyzna rodzi się tak głupi, że trzeba go uczyć.
- Dlaczego nie może mi pani pokazać tej czarującej kobiety? - zapytał głośno. - Na pewno nie obawia się pani porównania.
- Ależ nie o to chodzi - zaprzeczyła Janice, rumieniąc się - tylko... zaraz... - Odwróciła się od Evatta i za chwilę znów się do niego zwróciła z miniaturą w ręku. - Czy nie piękna?
Evatt przyjrzał się miniaturze.
- Rzeczywiście - potwierdził. - Niech mnie kule biją, jeżeli nie widziałem podobnej w Londynie.
- Doprawdy? - wykrzyknęła panna. - Jak ona się nazywa?
- Sam zadaję sobie to pytanie.
- On musi być dobrze urodzony, jeżeli miał jej miniaturę - argumentowała Janice. - Niech pan spojrzy na klejnoty we włosach.
- A, moje dziecko, dobrze urodzeni mogą... - Urwał. - Skąd pani wie - dodał - że ta miniatura dostała się w jego ręce uczciwą drogą? Medalion jest bardzo kosztowny.
- Nie wiem - odpowiedziała Janice. - Inicjały na odwrocie też nie jego.
- W.H.J.B. - przeczytał Evatt.
- Mógł zmienić nazwisko - podsunęła Janice.
- Prawda - zaśmiał się Evatt. - Bardzo przenikliwa uwaga, która może nas naprowadzić na jego prawdziwe nazwisko.
- Może pan znał kogo w Londynie, pod czyje nazwisko dałoby się podłożyć te litery? - dopytywała się dziewczyna.
Evatt odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech, którego nie zdołał opanować. "Niewiniątko wyobraża sobie, że Londyn to drugi Brunszwik" - pomyślał. - Czy pan uważa, że powinnam go skłonić, żeby to sobie zabrał? - zapytała Janice.
- Ależ nie - odpowiedział doradca, widząc, jak bardzo pragnęła zatrzymać klejnot.
- Więc pan uważa, że powinnam powiedzieć o tym mamie albo tatusiowi?
- To zupełnie zbyteczne. On nie chce zwrotu miniatury, wobec tego dopóki jej nie zażąda, należy ona do pani.
- Ach, cudnie! Chciałabym już być w domu i zobaczyć, czy mi z nią będzie do twarzy. Wczoraj w nocy wyszłam po cichu z łóżka, ale Tibbi przewróciła się na drugi bok i bałam się, że się obudzi. Pobiegnę zaraz i...
- Już ma pani dosyć spaceru? - zapytał z wyrzutem Evatt.
- Zaraz będzie herbata. - Pokazała na słońce. - Popołudnie zleciało, jak z bicza trzasł.
Evatt skłonił się nisko.
- Dzięki mojej czarownej towarzyszce.
- Znowu pan ze mnie żartuje! - wykrzyknęła. - Nie lubię, jak ze mnie...
- Uchowaj Boże! - odpowiedział z namaszczeniem Evatt i pochwyciwszy jej rączkę, złożył na niej namiętny pocałunek.
Janice spąsowiała. Gorący rumieniec zalał jej twarz i szyję, ale jeszcze kłopotliwszy był dla niej moment milczenia, jakie zapadło między nimi, gdy zawrócili ku dworowi. Chciała coś powiedzieć i nie znajdowała słów, a on ani myślał wybawić jej z kłopotu.
"Niech się rumieni, czerwieni i jąka - myślał. - Każda minuta zmieszania to dla mnie wygrana. Tym więcej będzie o mnie myślała".
[1] Modne w owych czasach miejsca rozrywek wytwornej publiczności Londynu.