Szósty zmysł
mam szósty zmysł
i siedem par oczu
czasem podwójnie pracowite ręce
nogi jak sarna dwie niby cztery
i czasem żadnego języka w gębie
świat mnie już dawno zagryzł zaszczekał
z nim się układać mi nie po drodze
czasem zmysł szósty ciąży jak kamień
może dlatego od zmysłów odchodzę
wszystko wiruje wariuje wszystko
ziemia się kręci ja stąpam prosto
mówią że jestem zimna jak skała
a przecież jestem kwitnącą wiosną
nikt mnie nie widzi bo zwykle nie chcę
być więcej niźli czystym powietrzem
bujam się z sobą nocą i z rana
na szóstym zmyśle niepokonana
a może zmyślam niech ktoś mi powie
jam czarownica czy dobra wróżka
znów pewnym krokiem wchodzę do jutra
by za chwil kilka wiać na paluszkach
zwiewam wszak jestem czystym powietrzem
zmącić nie zdoła mnie świat na wpół zgnity
i szóstym zmysłem ścielę i kładę
pod własne nogi snów aksamity
Przestań się gapić
Nie mam już siły do ciebie!
Patrzysz znów na mnie złowrogo,
mrużysz zielone oczyska.
Kogo chcesz zabić, no kogo?!
Uciekasz myślą przede mną,
słowem jak mieczem wojujesz.
A jednak sam na sam ze mną
niezmiennie dobrze się czujesz.
By znowu leżąc w pościeli,
karcić mnie, rugać i szydzić.
Jak można tak bardzo kochać,
by potem znów nienawidzić?
Żadnym ci wrogiem nie jestem,
czemu mnie kąsasz jak żmija?
Mówisz, że świat cię nie kocha -
czyja to wina, no czyja?!
Odejdź i zostaw mnie samą,
jeśli potrafisz - na zawsze.
Bez ciebie znów będę damą
i życie będzie łaskawsze.
Ale ty odejść nie możesz,
litujesz się, potem wkurzasz.
Miłością gorzką, bezpańską
raz trujesz, a raz odurzasz.
Dzisiaj wyrzucę lustra,
może przestaniesz się gapić.
Znowu się zacznę uśmiechać,
potem pójdziemy się napić...
Moja głowa
moja głowa nie jest neurotypowa
przylatują do niej ptaki kolorowe
śpiewają piosenki
prowadzą rozmowy
na gałęziach mózgu
rozpościerają skrzydła
uciekam przed tłumem
człowiekiem
co nie rozumie
pozwól nie patrzeć ci w oczy
nie podchodź za blisko
przede mną urwisko
a hałas i zgiełk
i pęd i gniew
co dzień zbieram się
od nowa
ponad słowa składam
wypadam w tej grze źle
zatrzaśnięta we własnym śnie
gwałtownie spadam
maluję uśmiech
tworzę gest
uciec chcę
lecz nie mam gdzie
się schować
w neurotypowych ogrodach
z koszmarnych snów
twoja piękna
codzienność
to mój
najgorszy
wróg
W zachwycie
W błękicie swoich oczu
niczego już nie widzisz
i dłonie masz spracowane,
chowasz je, bo się wstydzisz.
Zgarbioną masz sylwetkę,
oblicze wielce zmęczone,
lustro omijasz łukiem,
ubrania na tobie znoszone.
Spoglądam na ciebie bacznie,
serce otwieram szerzej,
w oczach masz całe niebo,
tak piękne - aż nie wierzę!
Dłonie, które tak chowasz,
narzędziem są miłości,
zgarbiona twoja sylwetka
jest niczym symbol wdzięczności.
Twarz okrutnie zmęczoną
wytrwałość wymalowała,
życie cię nie głaskało,
dziś jesteś twardy jak skała.
Więc oprzeć się można o ciebie,
przytulić dłoń do twej twarzy,
zatopić w błękicie źrenic,
o jasnej duszy rozmarzyć.
I nawet kiedy upadniesz,
bo ciemność przytłoczy twe życie,
ja zawsze dostrzegę twe piękno
i nie ustanę w zachwycie.
Mamo...
Nie mam już dzisiaj
gdzie do Ciebie pójść
i nic mi już nie napiszesz.
Chociaż tak czekam
i dzwonić chcę wciąż,
to Ciebie już nie usłyszę.
Tak mi zniknęłaś,
nigdzie Cię nie ma
z uporczywością okrutną.
Lecz wypatruję
i nasłuchuję,
może pojawisz się jutro...
Wybacz mi, mamo,
bardzo mi ciężko,
zawsze tu byłaś i blisko.
Nagle po cichu
gdzieś odpłynęłaś,
tęsknota zabija wszystko.
Ale iść muszę
drogą samotną,
ciągle na klęczki upadam.
Ty gdzieś w niebiosach,
w wiecznej radości,
ja świat na nowo układam.
Przepraszam, mamo,
że wciąż zastygam,
paląc Ci świeczki na grobie.
Uwierzyć trudno,
bo pełnią żyłaś,
pustka została po Tobie.
I dzień, i w nocy
łzy ciężkie płyną,
by drążyć w sercu jak w skale.
Pędzą tygodnie,
lecą miesiące,
a czas nie leczy mnie wcale.
Może już nie chcę
odpychać bólu,
skoro najwierniej trwa ze mną.
Lecz wszystko Bogu
oddaję, wierząc,
że nie jest nadaremno.
Czasu coraz mniej
Tyle już czasu było mi dane
i tyle win zapomnianych,
a ja się ciągle budzę nad ranem
i błądzę w mrokach nieznanych.
I nie potrafię siebie zrozumieć
i tego, że ciągle błądzę,
że mówię, kiedy wypada milczeć,
i kocham mniej, niźli sądzę.
Ile mi jeszcze zostało dane
szans oraz dni na naukę -
nie wiem, o czyny swoje niemądre
jak kruche szkło wciąż się tłukę.
A przecież przyjdzie dzień niczym złodziej,
pęknę jak bańka mydlana
i żadna siła mnie nie poskłada,
odlecę do domu Pana.
A Pan mnie będzie sądził z miłości
nie spyta: "jesteś gotowa?".
Czy będę wówczas dumna i piękna,
czy też ze wstydu się schowam?
Czasu mi raczej mało zostało,
tak jak każdemu na ziemi.
Oby nas tylko Bóg miłosierny
przyjął z wadami naszymi...
Opowieść o przyjaźni
słońce dziś zaszło za szybko
życie wygląda inaczej
pomiędzy żyć albo wypić
utknął przyjaciel i płacze
pomiędzy wczoraj a jutro
żadnego dzisiaj nie czuje
i co się stało po drodze
sam tego już nie pojmuje
bo przecież było tak lekko
uciekać w wódkę z problemem
bo przecież było tak prosto
w winie utopić cierpienie
sam diabeł kielich nadstawiał
gdy było nieznośnym życie
a gdy go złapał w swe szpony
bogiem mu stało się picie
zarzekał się że nie musi
jak zechce to przestać może
lecz nawet nie spostrzegł kiedy
na bocznym znalazł się torze
stamtąd już trudno powrócić
znajomi wciąż z niego szydzą
diabeł z uciechą się pastwi
w rodzinie go nienawidzą
obleśny pijak i wstrętny
nie ma pieniędzy honoru
a mógł mieć tak piękną przyszłość
nie wróci z bocznego toru
tak ludzie o nim gadali
brzydząc się wyciągnąć rękę
nie chcieli zobaczyć tego
że w gorszą go pchają udrękę
mój przyjacielu kochany
wstań z kolan i podnieś głowę
choć życie ciężarem przygniotło
Bóg sprawi że będzie nowe
obejmę ciebie modlitwą
nie puszczę na dno z demonem
a chociażbyś troski mej nie chciał
tym większą dobrocią zapłonę
przyniosę ci dobre słowo
i ciepłej zupy naleję
utulę cię całą sobą
i niech świat ze mnie się śmieje
bo przyjaźń nie kończy się wtedy
gdy zło chce zniszczyć człowieka
bo przyjaźń dał Bóg nam po to
by dobrym być kochać nie zwlekać
Niewinna ona, niewinny on
Na środku życia jego i jej
spoczywa w grobie miłość.
Odeszła cicho jak piękny sen,
jakby jej nigdy nie było.
Niewinna ona, niewinny on
długo ją mordowali.
A kiedy wreszcie przyszedł jej zgon,
winę na siebie zrzucali.
On to był winien jej samotności
i obowiązków nadmiernych.
A ona winna braku czułości
oraz posiłków mizernych.
I jeszcze innych grzechów i błędów
wyliczyć nie byli w stanie.
Więc postanowił on, może ona,
znaleźć piękniejsze kochanie.
Ale kochanie piękniejsze było
zbyt nieprawdziwe i krótkie.
Pod koniec życia oboje równo
pałali ogromnym smutkiem.
Dopiero wtedy przyszło olśnienie,
że miłość małżeńska zdradzona
nie tylko im żre jak rak sumienie,
lecz echem się niesie zhańbiona.
Co ręką Swoją Bóg błogosławi,
niech nikt nie niszczy swą ręką,
bo jego życie, rodziny, bliskich
stanie się podłą udręką.
I bywa czasem, że dzieci, wnuki
na drogę diabła wkraczają,
szukając pseudouciech, miłości,
i z piekła już nie wracają.
Pierwsze kochanie
Czy jeszcze pamiętasz
swoją pierwszą miłość
i to zakochanie
piękne jak wschód słońca?
Czy jeszcze wspominasz
to szaleństwo w sercu
i tę chwilę, która
miała trwać bez końca?
Czy myślisz czasami
o spojrzeniu w oczy
i o tym pragnieniu,
które się zrodziło?
I czy czujesz dotyk,
który dreszcz malował,
choć tak delikatny,
działał z wielką siłą?
A ten pocałunek
subtelny i słodki,
co tak nagle spoczął
na ustach zdziwionych?
Czy czasami wraca
w snach bajkowych, czystych,
w rozmyślaniach nocnych
niczym niezmąconych?
Jakby płatek róży,
motyl albo chmurka
spoczął na twych ustach
wcale nieproszony.
Już się nie powtórzył,
choć był idealny,
nigdy nie powrócił,
choć był wymarzony.
Więc nie zapominaj
o tamtym kochaniu
i o pocałunku,
co pierwszy zagościł.