Różdżka z Fershey
***
Magnus ziewnął, przeciągnął się i uchylił powieki. Miał wielką chęć
przewrócić się na drugi bok i zasnąć jeszcze na chwilę, ale przez
uchylone okiennice dochodził go z ulicy coraz głośniejszy pogłos rozmów,
śmiechów i przyśpiewek. Czarodziej wynajmował niewielką izbę w karczmie
"Pod Rwącym Potokiem" i choć zwykle o tej porze dnia panował tam
względny spokój, dziś w Fershey obchodzono Wielki Dzień Magii, a to
oznaczało, że w całej mieścinie, nie wyłączając z tego ani jednej
uliczki, karczmy czy rozdroża, trzeba się było przygotować na wielki
gwar i harmider. Jak co roku tego dnia zjeżdżali tutaj w znacznej
liczbie ludzie, gnomy, krasnoludy, a nawet znienawidzone przez Magnusa,
śmierdzące szyszkami i igliwiem elfy. I nie inaczej miało być tym razem.
Mimo zmęczenia i przepracowanej nocy musiał wstać. Był młodym, niespełna
siedemnastoletnim czarodziejem, choć trzeba wiedzieć, że życie
doświadczyło go aż nadto już w pierwszych latach dorastania. Rodziców
stracił, gdy miał siedem lat, i nader szybko nauczył się, że bez
ciężkiej pracy trudno cokolwiek osiągnąć. Może i nie wyróżniał się na
tle reszty rówieśników nadzwyczajną inteligencją, jednak był uparty,
zawzięty i tak się akurat składało, że chciał coś w życiu osiągnąć.
Poprzysiągł więc sobie, że zrobi wszystko, byle dopiąć swego, i jak do
tej pory wywiązywał się z tej przysięgi śpiewająco. Najlepszym dowodem
na poparcie tej tezy było choćby niedawne i jakże lekkomyślne
zaciągnięcie długu u właściciela niniejszego lokalu, a dokładniej rzecz
ujmując, u karczmarki, która poza prowadzeniem lokalu i życiem z wynajmu
pozostawała w związku z Finleyem, szefem okolicznej bandy przestępców.
Jak życie pokazało, feralna pożyczka nie pomogła w realizacji planu, a termin spłaty nadszedł szybko i nieubłaganie, niczym mknąca ku brzegowi
sztormowa fala wzburzonego morza. Sprawa wydawała się dosyć poważna, by
nie rzec beznadziejna, i w tej chwili Magnus zastanawiał się, co zrobi
mu narzeczony Gweny, gdy do północy nie odda jej dziesięciu funtów.
Finley był specyficznym bandytą. Jak przystało na niegodziwca, miał
spaczoną wyobraźnię i chore fantazje, ale poza rabunkami i morderstwami
lubował się w obwoźnych teatrach. W Fershey nie odpuścił ani jednej
trupie teatralnej, wszystkie sztuki takiego Szepira czy choćby Bertiego
recytował z pamięci i wprost szalał, szalał bez opamiętania za
wszelkiego rodzaju szwarccharakterami wystawianych dramatów. To
sprawiało, że bandytą był nad wyraz niebezpiecznym, bo zainteresowania o charakterze scenicznym bezustannie pobudzały jego spaczoną wyobraźnię i popychały do niezwykle wymyślnych w swym okrucieństwie czynów. Gdyby
Magnus nie zamierzał oddać Gwenie pieniędzy, mógłby wziąć za pewnik, że
jego ostatnie chwile życia przybiorą okropną formę i że skończy
przykładowo w sadzawce bez górnej, jakże niezbędnej do życia części
ciała - wypisz wymaluj tak samo, jak jedna z ofiar wystawianej niedawno
sztuki Trafiony, zatopiony.
Magnusa aż przeszły dreszcze na samą myśl o takim zakończeniu żywota.
Wiedział, że musi coś zrobić, że z samego leżenia nic dobrego nie
wyniknie. Miał pomysł, jak odbić się od dna, jak zarobić potrzebną sumę
pieniędzy, więc złorzecząc pod nosem na swój podły los, zrzucił z siebie
wysłużony koc i siadł na skraju łóżka. Podrapał się po brzuchu, ugładził
z marnym skutkiem burzę kasztanowych włosów, po czym zamlaskał i zaspanym wzrokiem rozejrzał się po izbie.
Pokoik był malutki, na jego wyposażenie składały się przede wszystkim
posłanie oraz stół z krzesełkiem. Poza tymi meblami w pomieszczeniu
zalegała nieprzebrana masa rupieci. Stół zawalony był całą gamą naczyń
wypełnionych różnorakimi składnikami, a do ścian przybito pęki
wysuszonych roślin, brudnych od ziemi korzeni, łodyg, liści, a nawet
wiązek siana i gałęzi. Tych ostatnich było w izbie chyba najwięcej.
Podłogę natomiast zalegała taka ilość osobliwości, że z trudem dało się
dojrzeć rzeczoną podłogę. Z przedmiotów powszednich można by tutaj
wymienić skrzynki, kufry i puzderka. Ponadto hałdy pergaminów podrzędnej
jakości, wysłużone, pomięte i poplamione mapy, sterty beczułek, flaszek
i karafek. Tu i ówdzie walały się również uczelniane sprawunki Magnusa.
Pod parapetem leżała niedbale rzucona toga, a przy niej kałamarz i tanie, wysłużone, indycze pióro. Całokształtu dopełniał ustawiony pod
oknem kociołek, z którego do tej chwili unosił się przykry i mdły
zapach.
Gdyby w królestwie zorganizowano konkurs na największego bałaganiarza
miasteczka Fershey, to Magnus z pewnością miałby szansę na podium. A kto
wie, czy nie otrzymałby pierwszego miejsca, deklasując nawet stajennego
miejscowej uczelni, który, jak głosiła plotka, zrobił kiedyś w stajni
taki bajzel, że trudno było znaleźć w niej konia.
Magnus wstał z łóżka i klucząc pomiędzy swoimi skarbami, dotarł do
krzesła, na którym stała miska z wodą. W wodzie unosił się patyk
długości gęsiego pióra. Westchnął z bólem, bo ten widok tylko mu
przypomniał o niedawnej porażce. Nawet pamiętał, jak rozeźlony wczoraj
rzucił tym patykiem. To była chyba olchowa gałązka, twarda i gruba nie
bardziej od kciuka.
Koniec końców, zignorował obcy przedmiot w misce i zanurzył w wodzie
dłonie, pocieszając się w myślach, że kiedyś osiągnie swój cel i tchnie
w nieożywiony przedmiot prawdziwą magię.
Nie minęła chwila, gdy nagle za jego plecami drzwi rozwarły się z takim
hukiem, że zamykający je skobel przeleciał całą długość pokoju, minął o włos pochyloną sylwetkę młodego czarodzieja i wbił się pomiędzy belki w przeciwległej ścianie.
- Momencik - sapnął Magnus, który właśnie obmywał swoje zaspane oblicze,
toteż nie był świadom dewastacji archaicznego zamka. - Już otwiera...
- Gdzie pieniądze?! - Usłyszał jedyny w swoim rodzaju ryk Gweny. Ryk,
który można było przyrównać tylko do dźwięku, jaki wydaje tuzin
blaszanych powozów wypełnionych kamieniami i pędzących brukowanym
tunelem.
Magnus nie miał odwagi unieść głowy, jednakże odruchowo zacisnął dłoń na
patyku, który przez cały czas unosił się w misce wody, bo w końcu, gdyby
doszło do konfrontacji, chciałby się czymś bronić.
- Pytałam, gdzie pieniądze?!
- Bę... będą dziś - wydukał, nieśmiało się prostując. - Jak obiecałem.
- Obiecałeś wczoraj - wydyszała kobieta. - Obiecałeś przedwczoraj, ale
ja już mam dość tych obietnic.
- Obiecałem, to prawda - odparł, celując w sufit swoim kościstym,
wskazującym palcem. - Pragnę tylko przypomnieć, że te obietnice
dotyczyły właśnie dnia dzisiejszego, a ten dopiero co się zaczął i...
- Przestań mędrkować!
Ryk Gweny, której kobiecość z pewnością była wielokrotnie podawana w wątpliwość, sprawił, że Magnus ponownie skurczył się nad miską wody.
- Oby ci tak język odpadł - wysyczał zajadle pod nosem. Oczywiście czuł
podświadomie, że powinien jej to powiedzieć prosto w oczy, ale ta cała
Gwena była niemałej postury i jakoś nie miał odwagi na bezpośrednią
pyskówkę. Prawdę mówiąc, w tej chwili bał się tak bardzo, że od jakiegoś
czasu miał zamknięte powieki i w duchu prosił tylko o to, aby Gwena
znikła z jego mieszkania i zajęła się jakimiś sprawami najlepiej na
drugim końcu miasta. Był przygotowany na najgorsze. Spiął się w sobie,
jakby to miały być ostatnie chwile jego życia, ale o dziwo nic się nie
wydarzyło. Gwena nie złapała go za włosy, nie zasypała gradem ciosów ani
nie wyrzuciła przez okno. Ona mu nawet nie naubliżała i co ciekawsze,
nie powiedziała ani jednego słowa. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu w izbie zapanowała cisza, która z czasem stała się tak przeszywająca, że
zaczęła Magnusa wielce niepokoić. Czy to był jakiś kawał? A może jego
życzenie się ziściło i natrętna baba ot tak sobie poszła? To byłoby
dziwne, bo przecież w życiu rzadko kiedy szło coś po jego myśli.
Czarodziej ostrożnie uchylił powiekę i łypnął w stronę wejścia. Drzwi
były otwarte, jednakże po Gwenie nie było ani śladu.
- Co za ulga - sapnął. - Co za szczęście.
Magnus zaopatrywał się u wielu handlarzy w różnego rodzaju składniki
oraz magiczne komponenty. Próbował za wszelką cenę stworzyć różdżkę i chyba było oczywiste, że tego typu badania będą kosztowne. Zakupione na
kredyt u Gweny ingrediencje na niewiele się zdały, ale na śmierdzące
uszy elfa, przecież obiecał jej, że razem z czynszem wszystko spłaci!
Prace naukowe za każdym razem pochłaniały mnóstwo czasu oraz pieniędzy,
a jakby tego było mało, wymagały jeszcze sporej dozy cierpliwości.
Czekanie przez kilka tygodni na spłatę długu było niczym wobec
możliwości, jakie dawałaby opracowana przez niego różdżka. Cóż jednak z tego, skoro Gwena była krótkowzroczna i nie trafiał do niej żaden
argument. Magnus przeczuwał, że paskudna baba poszła zapewne po swoich
znajomków, którzy mogliby jej pomóc w wyegzekwowaniu pieniężnej
należności, dlatego nie zwlekając ani chwili, sięgnął po skórzaną torbę,
zarzucił ją na ramię i wyszedł z mieszkania. By nie kusić losu, wyszedł
jednak przez okno i skierował się w stronę rynku. Z tego też powodu nie
dane mu było zobaczyć leżącego na podłodze przy drzwiach kawałka mięsa,
który w rzeczywistości był językiem Gweny.
***
Przypadający na 30 sierpnia Wielki Dzień Magii był świętem specyficznym.
Niby wszyscy bali się czarów, a jednak organizowany tego dnia jarmark w Fershey cieszył się ogromną popularnością właśnie ze względu na czary.
Rok w rok przyjeżdżały tu tysiące osób, nie wyłączając z tego grona
elfów, gnomów czy krasnoludów, tylko po to, aby zobaczyć popisy
najodważniejszych czy może najbardziej szalonych istot kraju. Nie
zważając na konsekwencje, śmiałkowie wznosili się w powietrze i lewitowali, materializowali w swych dłoniach ogromne kule ognia, a nawet
przemieniali się w co bardziej wymyślne kreatury. Ci jarmarkowi kuglarze
zwykle byli niedouczonymi szaleńcami, gotowymi zrobić sobie największą
krzywdę, byle tylko zarobić parę groszy. Przyjemnie było na nich
popatrzeć, choć w głębi serca Magnus nie pochwalał takiego zachowania,
zdając sobie sprawę z tego, że wiele czarów niesie za sobą poważne
konsekwencje. Jego rodzice zginęli właśnie przez magię i między innymi
dlatego Magnus podchodził do niej z niebywałą ostrożnością. Czarował i czasem robił to nawet od niechcenia, byle tylko ułatwić sobie życie - a to podniesieniem zbyt ciężkiego kosza z zakupami, a to mentalnym
podaniem sobie dzbana wody - ale wiedział, na co może sobie pozwolić i gdzie jest granica, której przekroczyć nie wolno.
W tym świecie każdy mógł czarować, ale tylko ten, kto wytrwale studiował
magię, miał szansę na ujarzmienie potężniejszych zaklęć i tylko on mógł
się szczycić tytułem czarodzieja. Niespełna siedemnastoletni Magnus
uczył się dopiero drugi semestr, a wybrany przezeń kierunek dotyczył
alchemii i ogólnie pojętej magii praktycznej. To był chyba
najtrudniejszy, a już na pewno najniebezpieczniejszy kierunek, jaki
można było studiować na angielskim uniwersytecie magii, bo wymagał od
ucznia nader częstego korzystania z zaklęć. Chętnych było niewielu, lecz
Magnusa to nie zrażało, bo magia od zawsze była jego pasją. Już jako
dziecko interesował się tajemnymi sztukami, odgrażając się, że kiedyś
dokona wielkich rzeczy i odbuduje zaufanie ludzi do czarów. Śmierć jego
rodziców tylko wzmogła w nim chęć spełnienia tych górnolotnych obietnic.
Od dłuższego czasu próbował wynaleźć różdżkę - artefakt, dzięki któremu
można by było rzucać czary bez jakichkolwiek konsekwencji. Gdzieś w głębi serca wierzył, że z pomocą tak potężnego instrumentu mógłby
dokonywać cudów, jednak póki co starał się nie bujać w obłokach i trzymać trzeźwo faktów. Ludzie bali się magii, zwłaszcza że każdy czar
powodował niekorzystne implikacje, ale Magnus wierzył, że można nad tym
zapanować, tak jak nad ogniem czy wodą. Magia była fascynująca, trzeba
było tylko znaleźć sposób na to, by ją sobie podporządkować. W tym
mogłaby pomóc różdżka, której stworzenia - Magnus bardzo mocno w to
wierzył - był już bardzo, bardzo bliski.
Zły na siebie, przygryzł dolną wargę, bo znów poniosły go marzenia.
Rozmyślał o różdżce, choć przecież o wiele bardziej palącym problemem
było dla niego w tej chwili zobowiązanie finansowe wobec Gweny. W końcu
z jego pracy, nauki i doświadczeń nic by nie było, gdyby wylądował na
dnie pobliskiej sadzawki.
Magnusowi na samą myśl przeszły ciarki po plecach. Wiedział, że ta baba
jest zdolna do wszystkiego. Obracała się w przestępczym światku,
kolegowała się z przebiegłymi gnomami, nie peszyła się w towarzystwie
elfów, no i była narzeczoną Finleya - rzezimieszka, którego psychika
była ponoć tak spaczona, że w swoim domu hodował pająki. Magnus
przeraźliwie bał się pająków i wiedział, że Gwena nie jest wymarzonym
partnerem do jakichkolwiek interesów, ale prawda była taka, że tylko ona
miała tak trudne do pozyskania składniki. Szpony kapika, nasiona fiszki
czy łapy bagiennego imucha pozostawały w sferze marzeń większości
alchemików. A skoro pozbawiony jakichkolwiek środków finansowych Magnus
potrzebował tych rzeczy do badań, to nie miał innego wyjścia, jak tylko
zaopatrzyć się w nie na kredyt. A w tej chwili jedynym wyjściem z sytuacji było po prostu oddanie długu.
Gdy wyskoczył przez okno swojej izby i przebiegł podwórzem, jego kroki
jeszcze przez jakiś czas rozbrzmiewały cichym echem. Na jednej z głównych ulic szybko znikł w tłumie. Z centralnej części miasta
dochodziły do niego śpiewy, dźwięki piszczałek oraz krzyki przekupniów.
Przed karczmą rozłożono kilka kramów, ale stali przy nich tylko ci
najbiedniejsi handlarze, których nie było stać na wykupienie miejsca na
rynku. Prawdę mówiąc, Magnusa również nie byłoby na to stać, ale dzięki
uprzejmości kuzyna, który był cukiernikiem, mógł korzystać z części jego
straganu za darmo.
Uliczka, którą szedł, była wąska, brukowana i wiodła wzdłuż urokliwych
kamieniczek po niewielkim łuku. Panoramę miasta tworzyły strzeliste
dachy kryte czerwoną dachówką i okazała wieża ratuszowa, na której w tej
chwili zegar wskazywał godzinę dziesiątą trzydzieści. Oznaczało to, że
do oficjalnego otwarcia jarmarku zostało tylko pół godziny.
Magnus był ciekaw inauguracyjnego przemówienia króla oraz towarzyszących
otwarciu popisów akrobatów, choć aby być uczciwym, należy wspomnieć, że
jego pośpiech wynikał przede wszystkim z potrzeby zarobienia pieniędzy.
W tych godzinach na jarmarku można się było spodziewać największego
ruchu, a odwiedzający przyjezdni właśnie wtedy najchętniej sięgali do
mieszków. Jeśli miał zarobić dziesięć funtów i uratować swoją skórę, to
tylko w tych godzinach.
Gdy dotarł na obrzeża rynku, był już spocony i dostał zadyszki. Kondycja
nigdy nie była jego silną stroną. Na domiar złego panował tu taki ścisk,
że w pokonaniu tłumu mógłby chyba pomóc jedynie czar latania. Oczywiście
nie wchodziło to w grę, bo nie dość, że publiczne czarowanie bez
urzędowej zgody było surowo zabronione, to jeszcze wiązało się z późniejszymi, jakże uciążliwymi dla organizmu konsekwencjami, które były
Magnusowi nie w smak. Koniec końców, przycisnął torbę do piersi, po czym
dał się ponieść tłumowi.
- Pyszne budynie! - wypalił do niego nagle jakiś człowiek zza pleców -
Waniliowe, czekoladowe i...
- Są zbyt ładne - rzucił przez ramię młody czarodziej. - Zakładam, że
niejadalne.
- No co też mówicie - zaperzył się kupczyk. - Świeżutkie, pachnące, a smaczne, że palce lizać! Jedyne ćwierć funta!
- Ćwierć funta?! Taki majątek ostatnio miałem w ręku ponad tydzień temu.
Spasuję.
Niepocieszony kupczyk mówił coś jeszcze, ale Magnus, niesiony wraz z tłumem niczym łódka na falach, zniknął mu z oczu.
- Może chrupiącego precelka? - usłyszał nagle z drugiej strony.
- Nie mam ochoty.
- Kiedy jest smaczny, młodzieniec spróbuje!
Wyschnięty na wiór bajgiel uderzył nagle Magnusa prosto w zęby. Nawet
nie zdążył zaprotestować, kiedy to, znów niesiony z tłumem, znalazł się
daleko, daleko z przodu.
- Piankowy garniec piwa? - usłyszał przed sobą.
- Nie trzeba, odejdź, bo się spieszę.
- To może trochę cydru?
- W żadnym razie - zbył go pośpiesznie czarodziej. - Czas nagli...
- Masz dziś szczęście! - huknął mu do ucha kolejny natręt. - Ograj mnie
w karty lub kości, a wygrasz fortunę!
Magnus skrzywił się i dojrzał kątem oka, że to jakiś obwoźny kuglarz.
Zza przepaski na czapce wystawało mu piórko i wachlarz kilku kart, a w ręku kołysał się kubek z drewnianymi kośćmi, którym w tej chwili
lawirował nad głowami kłębiącej się tuszy.
- Tak się składa, że się śpieszę... - zaczął Magnus.
- Chcesz przejść koło majątku obojętnie? - zdziwił się kuglarz.
- Przyznam szczerze, że w tej chwili tak. Wolałbym.
- No co też ty, chłopcze - zaperzył się niby wielce urażonym tonem. -
Może tego nie wiesz - dodał konspiracyjnie - ale widać po tobie, że się
urodziłeś pod szczęśliwą gwiazdą...
- No cóż... Na pewno pod gwiazdą - odparł uprzejmie czarodziej. - Resztę
informacji ma pan raczej błędną.
- Masz odwagę zignorować szansę na wielką wygraną? Przecież od ciebie aż
bije aura pomyślności, sukcesu i niespełnionej fortuny! Uwierz mi, ja
się nie mylę.
- W takim wypadku tym bardziej nie mam śmiałości na hazard z kimś, kto
się nie myli.
- Ale...
- Żegnam!
Magnus jeszcze przez bite dziesięć minut musiał się odganiać od
napotkanych kupczyków, kanciarzy, sztukmistrzów i innych ulicznych
szulerów. W końcu dotarł niemal do samego centrum rynku, na którym po
okręgu gnieździły się dziesiątki kramów. Pośrodku było podium
udekorowane kolorowymi wstążkami i bukietami kwiatów, a od zachodniej
strony ciągnął się drewniany pomost pilnowany przez halabardników.
Platforma została zbudowana specjalnie na dzisiejszy dzień i już za
chwilę miała nią przejść grupa najznamienitszych dostojników dworu, z królem na czele. Ten surowy, choć sprawiedliwy i oszczędny w słowach
staruszek stronił od tłumów, rzadko kiedy pokazywał się publicznie,
większość spraw, nawet tych o zasięgu międzynarodowym, zwykle załatwiał,
wysługując się swymi doradcami, jednak podczas Wielkiego Dnia Magii
lubił zaszczycić tłum swoją osobą. Podobno fascynowała go magia i Magnus
dostawał aż wypieków na samą myśl o tym, że ktoś o tak wysokiej pozycji
społecznej może podzielać jego pasje. Czarodziej jeszcze nigdy w życiu
nie był tak blisko króla i ciekawiło go, czy dziś uda mu się przyjrzeć
władcy nieco dokładniej. Stragan kuzyna, do którego właśnie dotarł,
oddalony był od centrum rynku o kilkanaście jardów, na drodze do podium
znajdowały się jeszcze inne stoiska, jednak miejsce nie było złe i Magnus cieszył się nie tylko z tego, że będzie niemal w samym środku
wydarzeń, ale również z tego, że będzie miał szansę zarobić tu naprawdę
duże pieniądze.
- Dzień dobry, Tobiasie! - wysapał, przekrzykując tłumy kłębiących się
ludzi i nieludzi.
Jego kuzyn, cukiernik, liczył dwadzieścia cztery lata i chlubił się
żałosnym wąsikiem, który, jeśli wierzyć plotkom, zapuszczał już trzecią
zimę. Niegrzecznie byłoby drwić z jego zarostu, toteż wystarczy, jeśli
się powie, że gęściejsze owłosienie miał tutejszy kowal na palcach u dłoni.
- Witaj, kuzynie! - odkrzyknął Tobias. - Czyżbyś trochę zaspał?
- Nawet szkoda gadać...
Tobias zaśmiał się i zakręcił końcówkę żałosnego wąsa.
- Sierpniowe upały chyba ci nie służą, co?
- Mi już chyba nic nie służy - odparł od niechcenia Magnus. Wiedział
jednak, że nie przyszedł tutaj biadolić, toteż począł wyciągać ze swojej
torby woreczki nasion i pięknie zdobione ryciny, które przedstawiały
wielobarwne krzewy, kwiaty i rośliny.
Magnus szczerze wierzył, że w tym roku wkupi się w łaski mieszczan i w przeciwieństwie do minionego roku, sprzeda zadowalającą ilość swych
produktów. Ostatnio handlował alchemicznymi dekoktami własnej produkcji,
ale finał był taki, że zamiast podbić swymi wyrobami rynek, to inni
podbili mu oko i złożyli skargę. Bednarz z drugiego końca miasta
utrzymywał, że po zastosowaniu jego specyfiku na bezsenność spał cięgiem
przez dziewięć dni oraz nocy i nawet wylewane na jego głowę kubły zimnej
wody nie mogły go wybudzić. Po tym wszystkim nabawił się kataru i uporczywego bólu gardła. Tutejszy zaś myśliwy z kręgu łowieckiego po
wypiciu specyfiku na porost włosów podrósł o dwie stopy, pozostając
łysym, a szynkarz po spożyciu domniemanego eliksiru odchudzającego
stracił coś na wadze, ale wciąż ma tak srogą biegunkę, że przy
najmniejszym kichnięciu w jego portkach robi się prawdziwy bałagan.
W tym roku miało być jednak inaczej. Magnus postawił na nasiona
egzotycznych kwiatów, które mogły nie tylko nadać blasku najbardziej
ponurej izbie, ale również stanowić ozdobę okolicznych ogrodów, parków
czy witryn sklepów. Pomysł wydawał się trafiony i młody czarodziej był
przekonany, że zdoła zachęcić okolicznych przechodniów do skorzystania z jego oferty. Do tej pory życie niemal na każdym kroku doświadczało go
dotkliwymi porażkami, toteż miał chyba prawo wierzyć, że wreszcie los
zacznie mu sprzyjać.
- Los ci chyba nie sprzyja - mruknął nagle posępnym tonem Tobias.
Magnus zagryzł wargę, złorzecząc przy tym w duchu, że zawsze musi sobie
wykrakać najgorsze.
- A o co chodzi? - spytał z niesmakiem.
- Spójrz tam. To Gwena... Chyba idzie do nas, a jak znam życie, to sprawę
ma pewnie do ciebie.
Magnus spojrzał w kierunku, który wskazywał Tobias, i ni stąd, ni zowąd
jego duże oczy zrobiły się jeszcze większe, a serce poczęło bić tak
szybko, jakby chciało wypaść z piersi i pognać gdzieś hen daleko,
najlepiej za granice kraju.
***
Nie zważając na nic, Gwena spychała wchodzących jej pod nogi ludzi,
sapiąc przy tym jak parowa kolejka gnomów. Jej tłusta twarz była tak
czerwona, że można byłoby pomyśleć, iż ktoś zabronił jej dziś
zaczerpywać oddechu.
- Niedobrze - syknął wystraszony czarodziej. Przełknął ślinę, w nerwowym
geście zaczesał włosy i cofnął się o krok, bo tak rozjuszonej Gweny
chyba jeszcze nie widział. - Nic tu po mnie, Tobiasie...
Nie chciał ryzykować ponownego spotkania, już miał odejść od kramu, by
wtopić się w tłum, kiedy nagle ktoś zaszedł go od tyłu i złapał za
pasek.
- Mam go, Gwen! Mam go!
Magnus obejrzał się i dostrzegł szczurowatego Finleya. Blada cera,
wystające zęby, zezowate oczy i ostra z profilu facjata były niejako
wizytówką tego paskudnego bandyty, a zapach niemytego ciała stawiał
przysłowiową kropkę nad "i" i potwierdzał, że o żadnej personalnej
pomyłce nie mogło być mowy. Ten mikrus był narzeczonym Gweny i doskonałym przykładem na to, że miłość potrafi być ślepa.
- Puszczaj! - syknął Magnus. - Mam jeszcze czas, żeby oddać pieniądze!
Finley uśmiechnął się z pogardą i splunął na ziemię. Zrobił to dokładnie
w ten sam sposób co szalenie przystojny Istwud w wystawianej nie tak
dawno sztuce Bez przebaczenia.
- Tu nie chodzi o pieniądze, synku... - mruknął tak samo sennym jak u wspomnianego aktora, ale zarazem jakże zatrważającym tonem
- A o co?
Finley lubował się, gdy ofiary motały się w swoich zeznaniach i próbowały go przekonać, że tak naprawdę nie mają pojęcia, o co może
chodzić.
- Nie wiesz, o co chodzi, tak? - warknął, żałując przy tym, że nie ma w ustach wykałaczki. - Naprawdę nie wiesz, czego możemy od ciebie chcieć?
Magnus patrzył to na Finleya, to na Gwenę i gdyby nie strach ściskający
go za gardło, to mógłby przysiąc, że czuje się jak podczas rozgrywek w gnomskiego tenisa.
- Nie mam bladego pojęcia, czego możecie ode mnie chcieć - pisnął
Magnus. - A teraz proszę, dajcie mi pracować, abym mógł przed północą
oddać wam pieniądze.
Twarz Finleya już po raz drugi dzisiejszego dnia wykrzywił grymas
pogardliwego uśmiechu.
- Pieniądze - westchnął, celując spojrzenie prosto w bezchmurne niebo,
dokładnie tak jak robił to Bonson w Pewnego razu na brudnym podwórzu.
- A brak języka u mojej Gweny to nie twoja sprawka?
- Oczywiście, że nie moja sprawka!
- A jeśli wezmę cię do swojej piwniczki na spytki, to nadal będziesz
twierdził, że to nie twoja sprawka?
Magnus przełknął ślinę, bo o piwniczce Finleya krążyły po mieście
legendy. Ponoć poza pająkami znajdowały się tam przerażające urządzenia,
jak krzesło najeżone kolcami, koło do łamania kończyn i liny do... do...
Magnus nie pamiętał już, do czego były liny, ale był święcie przekonany,
że i one robiły niewyobrażalnie przykre rzeczy.
- Ja... ja przysięgam, że nie urwałem Gwenie języka - wydyszał, próbując
ostatkiem sił zachować spokój i opanowanie. Czuł, że powoli brakuje mu
powietrza. Nie dość, że na rynku panował zaduch, to jeszcze Gwena z Finleyem osaczyli go tak bardzo, że niczego tak naprawdę poza nimi nie
widział. - Słuchajcie, dlaczego nie usiądziemy gdzieś i na spokojnie...
Reszta słów ugrzęzła mu w gardle, bo Gwena uniosła nagle rękę grubą jak
baleron, chwyciła go za poły szat, podniosła i przysunęła do siebie z taką werwą, że aż zetknęli się czubkami nosów. Chciała coś powiedzieć,
ale z jej ust wydobył się tylko głuchy pogłos stęknięć i pomruków. Albo
udawała, albo ktoś faktycznie pozbawił ją języka.
- Spuścimy ci lanie - syknął mu do ucha Finley, a żeby to zrobić,
niestety musiał stanąć na palcach. Wzrost był niemałym kompleksem tego
rzezimieszka, potrójne wkładki w butach niewiele dawały, ale mężczyzna i tak dzielnie to znosił, pocieszając się w myślach, że nie można mieć
przecież wszystkiego. Zresztą niski wzrost nadrabiał głębokim - jego
zdaniem interesującym, iście scenicznym - głosem i dość niezłym
profilem.
- Ale ja nic nie zrobiłem! - wystękał Magnus. Wierzgał przy tym co sił
nogami, bo za wszelką cenę chciał wreszcie dotknąć z powrotem ziemi.
- To przez ciebie Gwena nie ma języka - cedził przez zęby rzezimieszek.
- I nie mogę się doczekać, aż złoję ci za to skórę!
- To jakaś pomyłka!
- Pomyłkę poczyniłeś, pozbawiając moją narzeczoną języka.
- Kiedy to... to naprawdę nie ja.
Gwena warknęła, a Finley raz jeszcze przybliżył się do ucha Magnusa.
Powoli zaczynały go boleć stopy od tego ciągłego stawania na palcach.
- Cierpliwość nie jest moją mocną stroną - przestrzegł go lodowatym
tonem. - Jeśli zaraz nie zdradzisz, co zrobiłeś z językiem Gweny, to
pożałujesz, że się urodziłeś.
- Ale ja już żałuję, że się urodziłem!
Finley zrobił kwaśną minę, bo nie bardzo wiedział, jak się ustosunkować
do takiej odpowiedzi. Gwena wykazała się większą lotnością umysłu.
Postawiła na ziemi przestraszonego Magnusa i otworzyła przed nim szeroko
usta. Poza postępującą próchnicą i nieprzyjemną wonią niestrawionej
cebuli Magnus skonstatował, że karczmarka faktycznie pozbawiona została
języka.
- T-to niemożliwe! - wydukał zszokowany. - O-ona nie ma języka...
- A nie ma - powtórzył teatralnie Finley. - Ale ty sprawisz, że znowu
będzie go miała, prawda?
- Ale jak? - pisnął nie na żarty przerażony czarodziej. - Przecież nie
da się wpływać na kogoś czarami! Na studiach...
- Nic mnie nie obchodzi, co robicie na studiach! - wypalił poirytowany
Finley. - To przez ciebie ona straciła język i przez ciebie teraz go
odzyska! Rozumiemy się?
Magnus wysilił się na nerwowy uśmiech. Może to był jakiś dowcip? Zbliżał
się drugi rok studiów magicznych i kto wie, czy grupka jego znajomych
szkolarzy nie postanowiła sobie z niego zażartować. Odrzucił jednak ten
pomysł, gdy tylko Finley przytknął mu do żeber czubek sztyletu.
- Czyżbym brzmiał mało przekonująco? Mam ci zrobić dziurkę pod żebrami?
Chcesz sikać spod pachy?
Magnus przełknął ślinę z taką miną, jakby to był kłębek kolczastego
pędu. Zerknął jeszcze raz w usta Gweny i poczuł, że po plecach
przechodzą mu dreszcze. Jak to było możliwe, żeby nie miała języka? Kto
mógł jej wyrządzić taką krzywdę? Mało kto lubił Gwenę, ale Finley, jej
narzeczony, przewodził podziemnej szajce złodziei, więc chyba nikt przy
zdrowych zmysłach nie chciałby zachodzić jej za skórę. Kupno rzadkich
ingrediencji na kredyt akurat u tej kobiety wydało się nagle Magnusowi
najgłupszą rzeczą, jaką w życiu zrobił. Nawet głupszą niż podrzucenie
świni do łóżka śpiącemu preceptorowi. Wtedy groziło mu co najwyżej
wydalenie z uczelni, teraz groziło mu wydalenie z tego świata. Sprawa
niewesoła, by nie rzec - beznadziejna.
- Pójdziesz grzecznie z nami - odezwał się chłodno Finley - i bez
niepotrzebnych świadków sprawisz, by Gwena miała język z powrotem.
Rozumiemy się?
- Ja... ja... poczekajcie... dajcie mi pomyśleć...
- Mogłeś myśleć wcześniej.
- Ale ja...
Łotrzyk wetknął ostrze sztyletu pod żebra Magnusa tak mocno, że reszta
słów ugrzęzła mu w gardle. Gwena zaś naparła na niego całym swoim
ciałem. Była dość potężnej postury, tak że młody czarodziej przywarł
plecami do drewnianej konstrukcji straganu i błagał w myślach o cud.
- A może najpierw odetniemy twój język, co? - spytał nagle z upiornym
błyskiem w oku rzezimieszek. - Oglądałeś kiedyś Milczącego z owcami?
Gwena wybuchła potokiem nieartykułowanych dźwięków, wśród których prym
wiodły spazmy oraz chichoty. Chyba spodobała jej się wizja odcięcia
magowi języka, bo nie minęła chwila, kiedy to złapała go stalowym
uściskiem za szczękę i ruchem głowy dała znak, by otworzył usta.
- No, wystaw języczek, wystaw - poprosił szyderczo Finley.
Magnus ani myślał tego robić, próbował się wyrwać i wypatrzyć u kogokolwiek ratunku, ale nawet tchórzliwy Tobias stał najdalej jak tylko
mógł od swojego kramu i dawał jasno do zrozumienia, że nie chce być w nic zamieszany.
Co robić, co robić? - rozbrzmiewało w głowie Magnusa pytanie. Było
jasne, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, to wyląduje w piwniczce
Finleya i skończy jako inwalida.
Nie miał pojęcia, kto pozbawił Gwenę języka, ale było mało
prawdopodobne, by ktoś rzucił na nią zaklęcie. Owszem, w tym świecie
czarować mógł każdy, ale tylko wieloletnia nauka koncentracji
pozwoliłaby na rzucenie tak silnego zaklęcia. Poza tym czary można było
rzucać tylko na siebie lub na przedmioty martwe, nie dało się wpływać na
kogoś wbrew jego woli. W tym przypadku jedynym wyjaśnieniem wydawało się
to, że Gwena rzuciła czar sama na siebie, ta opcja jednak też nie
wchodziła w grę, gdyż karczmarka nie miała stopnia czarodzieja, nigdy
nie studiowała magii i siłą swojego umysłu mogła spowodować tylko
najbardziej przyziemne rzeczy: podnieść wiklinowy kosz jabłek, osuszyć
prześcieradło czy unosić się przez chwilę kilka cali nad ziemią.
Magnus był zdolnym studentem, koncentracji uczył się już jako kilkulatek
i mógł na przykład pozbyć się swojego języka nawet na całą dobę, byle
tylko wziąć tych bandytów na litość. Pytanie, czy coś by mu to dało.
Prawdopodobnie oni nic by sobie z tego nie robili, a za rzucony czar
natura z pewnością by go obciążyła - co w tym konkretnym przypadku
polegałoby na tygodniowej niemocy w mowie. A on lubił gadać. W soboty
prowadził kółko dla zainteresowanych pirotechnicznymi zaklęciami, a wieczorem miał wyjście z córką młynarza. Dziewczyna może nie była za
ładna, ale z jego aparycją, cherlawą fizjonomią i wyłupiastymi oczami
nie mógł wymagać zbyt wiele. Poza tym świetnie grała na lutni i jakże by
to wyglądało, gdyby nie odezwał się do niej nawet jednym słowem? Aby
wyjść z tej opresji cało, potrzebował więcej czasu. Musiał coś wymyślić,
coś wiarygodnego, i to natychmiast!
- Tracę cierpliwość, Magnesie!
Czarodziej skrzywił się, bo nie lubił, gdy tak się do niego zwracano.
- Liczę do trzech! - zagroził Finley. - Jeden...
- Ja...
- Dwa...
- Poczekaj!
- I...
- Ja mam różdżkę!
Gwena zwolniła uścisk na szczęce Magnusa. Finley zmarszczył brwi.
Odsunął sztylet, który chwilę temu wbijał w żebra chłopaka, i podrapał
się ostrzem po gardle. W myślach skarcił się, że mija kolejny tydzień, w którym zapomniał się umyć. Jednak to nie było w tej chwili
najważniejsze.
- Co powiedziałeś? - spytał.
- Po-powiedziałem, że udało mi się zrobić różdżkę.
- Kłamiesz.
- W... w żadnym razie. Sam wiesz, że od lat próbuję tego dokonać.
Finley wiedział o tym, bo w końcu ten niedojda brał od jego dziewczyny
Gweny różne magiczne komponenty i zadłużył się na okrągłe dziesięć
funtów.
- Zro-zrobiłem różdżkę - zablefował raz jeszcze zdenerwowany Magnus. - I mam ją schowaną w mieszkaniu. W każdej chwili mogę wyczarować wam tyle
języków, ile chcecie.
- I pieniędzy? - spytał z nadzieją w głosie Finley.
- I pieniędzy - zgodził się z nim Magnus.
Gwena o wiele bardziej sceptycznie podeszła do obietnic młodego
czarodzieja. Pociągnęła go za kaftan, złapała za ramię i dała znak
ruchem głowy, aby szedł blisko niej i prowadził prosto do karczmy, w której wynajmował izbę.
Nagle panującą wokoło wrzawę zagłuszyły głośne dźwięki trąb i bębnów.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki tłum zamilkł, a na podium
wkroczył dostojnym krokiem szambelan, by obwieścić rychłe nadejście
króla. Po jego słowach okolicę znowu przeszyły dźwięki trąb i werbli.
Podium rozbrzmiało mnogością kroków, ludzie zaczęli wiwatować, a niebo
zasypało mrowie kwiatów i kolorowych wstążek. Gwena z Finleyem łypnęli
jeden raz i drugi w kierunku podium, a Magnus zdecydował się wykorzystać
tę chwilę i gdy tylko jego prześladowcy popatrzyli w tamtym kierunku raz
jeszcze, momentalnie uniósł siłą woli dwa gliniane dzbany stojące przy
kramie Tobiasa i grzmotnął ich prosto w głowy. Finley był wątłej postury
i padł jak długi, ale Gwena, choć puściła jego ramię i zachwiała się na
nogach, nie straciła, niestety, przytomności.
Magnus ani myślał czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Zdecydował się
podjąć jeszcze raz ryzyko i pomimo panującego w królestwie zakazu na
publiczne czarowanie, rzucił na siebie czar szybkości i zniknął w tłumie.
Na szczęście po drodze nie natknął się nigdzie na straże, więc z czaru
zrezygnował dopiero, gdy dostrzegł szyld karczmy "Pod Rwącym Potokiem".
Zawahał się, czy nie wejść drzwiami głównymi, ale postanowił obejść
karczmę naokoło, przejść przez podwórze i wskoczyć do izby przez okno. W końcu nie robiłby tego pierwszy raz w życiu. Jak pomyślał, tak też
zrobił i równo z wybiciem przez dzwony południa znalazł się w swoim
mieszkaniu. Zziajany i roztrzęsiony, począł nerwowo chodzić pośród
gratów i rupieci, przeklinając w duchu Gwenę, czary i cały ten
nieszczęsny świat,
Czary miały w sobie coś fascynującego, ale zdecydowana większość
rozumnych istot bała się z nich korzystać, bo częstokroć wiązały się z bolesnymi następstwami. Magia miała swoją cenę i po każdym zaklęciu
natura domagała się równowagi w przyrodzie. Owszem, zdarzało się, że
czary uratowały komuś życie. Jeśli ktoś potknął się nad przepaścią i zdążył rzucić na siebie zaklęcie lekkości jak piórko, to nic mu się nie
stało, upadek był łagodny. Niestety, niedługo potem osoba taka traciła
gwałtownie na wadze, tak że nawet co większy wiatr bywał dla niej
niemałym utrudnieniem.
Gdy Magnus podejmował decyzję o rzuceniu zaklęć, wiedział, czego się
spodziewać. Jeszcze zanim uniósł mentalnie gliniane dzbany, czuł, że
wskutek tego niedługo popadnie w całkowity bezruch. Taka była cena owego
zaklęcia. Tego domagała się natura. Gdy natomiast rzucał na siebie czar
szybkości, miał świadomość, że już wkrótce jego ruchy dziesięciokrotnie
się spowolnią. W tym konkretnym przypadku Magnus mógł się cieszyć, bo
przy odrobinie szczęścia obie dysfunkcje mogły nałożyć się w czasie.
Młody czarodziej z szacunkiem podchodził więc do kwestii magii, bo
wiedział, jak była potężna i jak bardzo mogła być niebezpieczna. Na
rynku, gdy złapała go Gwena, działał pod wpływem chwili, ale też czy był
w stanie postąpić inaczej? Można by tę kwestię roztrząsać, gdyby nie
fakt, że w tej chwili ważniejsza była najbliższa przyszłość. Z dużym
prawdopodobieństwem mógł założyć, że ta nieobliczalna baba wpadnie tu
zaraz i wespół ze swoim żądnym krwi chłoptasiem stłucze go na kwaśne
jabłko.
- Muszę uciekać - jęknął pod nosem. - I to jak najdalej!
Zaczął pakować co ważniejsze rzeczy. Znalazł cynowy rondel, drewniany
kubek i wysłużoną patelnię - kto wie, czy nie będzie musiał żywić się w lesie - i nie zastanawiając się długo, złożył te przedmioty na swoim
kocu, świadom tego, że będzie musiał zrobić tobołek, bo torbę zostawił
na jarmarku. Następnie wziął nóż, małą poduszkę i księgę o sztuce
alchemii. Postukał chwilę palcami po brodzie. Rozejrzał się po izbie i stęknął:
- Skrytka.
Skrytka znajdowała się w podłodze, a była tak sprytnie pomyślana, że
nawet Magnus czasami miał problem z jej zlokalizowaniem. Niby ukryta pod
jedną z desek, ale tutaj wszystkie deski bez trudu się podnosiły, a podłoże stanowił dywan rzecznych kamieni i nawet demontując całą
podłogę, trudno było wypatrzyć małą brunatną szkatułkę. Czarodziej
chował w niej najrzadsze ingrediencje oraz dziennik, w którym
skrupulatnie prowadził notatki ze wszystkich swoich badań. Musiał ją
wziąć ze sobą, lecz w pierwszej kolejności wczołgał się pod łóżko, gdzie
chował kluczyk otwierający szkatułkę. Chwilę mu tam zeszło, a gdy
sięgnął po kluczyk, jego wzrok przyciągnął podejrzany kawałek mięsa.
Leżał na podłodze pośród map i pergaminów.
Z niekłamanym trudem wyczołgał się spod łóżka, podszedł tam, przyjrzał
się z bliska...
- Niech mnie krasnoludzki oddech powali na łopatki! - ryknął zdumiony. -
To naprawdę jest język!
***
Roztrzęsiony doskoczył do krzesła, na którym stała miska z wodą,
pochylił się nad nią niczym stara babuleńka i zmarszczył czoło, bo
zawsze tak robił, gdy nad czymś intensywnie myślał. W wodzie przez cały
czas unosił się kawałek olchowej gałązki.
Pomruczał pod nosem i zaczął obgryzać paznokieć. Pamiętał dobrze, że
Gwena wpadła do jego mieszkania, gdy się mył. Groziła mu, a on tak w sumie bez powodu chwycił ten kawałek patyka, w który wczoraj tak usilnie
próbował tchnąć magię, i... I pomyślał o tym, by odpadł jej język, a potem
o tym, by zniknęła z jego mieszkania i zajęła się swymi sprawami na
obrzeżach miasta. To były jego życzenia... To... to były zaklęcia! To
musiały być zaklęcia!
Blade na co dzień oblicze młodzieńca nabrało rumieńców, ciemne, hebanowe
oczy wyraźnie zaiskrzyły, a spierzchnięte usta zadrżały. Powoli sięgnął
drżącą ręką w kierunku miski, przełknął ślinę i z nabożną czcią chwycił
zanurzony w wodzie patyk. Z bijącym jak kowalski młot sercem uważnie mu
się przyjrzał. Niepozorny patyk grubości kciuka był długi na trzy palce,
ale tym, co przykuło uwagę Magnusa, był ledwie zauważalny blask, jaki
pokrywał go niemal na całej długości. Czy to była różdżka? Czy naprawdę
udało mu się zrobić to, co próbowało tak wielu przed nim? Jeśli z pomocą
tego właśnie przedmiotu sprawił, że Gwenie odpadł język, to oznaczało,
że mógł zrobić wszystko. Nawet cofnąć pechowe zaklęcie, którym w gruncie
rzeczy nieumyślnie skrzywdził Gwenę. Wystarczyłoby, żeby powiedział:
"Niech Gwena ma z powrotem język". Zresztą zgodnie z naukami o sztukach
magicznych on nawet nie musiałby tego mówić na głos. Wystarczyłoby, aby
trzymał w ręku różdżkę tak jak teraz i skoncentrował myśl na dowolnym
życzeniu. Na przykład na tym, aby Gwena nie tylko odzyskała język, ale
by również cieszyła się zdrowiem smoka i żeby, na przykład, miała brodę
krasnoluda. Magnus parsknął na myśl o tym ostatnim życzeniu. Nawet nie
wiedział, czemu przyszło mu to do głowy. Chwilę później spoważniał
jednak, bo poświata otaczająca różdżkę skurczyła się nieco, a to mogło
oznaczać, że jego ostatnie myśli zostały naprawdę urzeczywistnione.
Magnus aż się zapowietrzył, gdy tylko wyobraził sobie Gwenę, która
przechadzając się pomiędzy kramami, zatrzymała się nagle, bo ni stąd, ni
zowąd - trach! - broda urosła jej do pasa.
- Muszę uważać na to, czego sobie życzę - powiedział do siebie,
wpatrując się jednocześnie w kawałek zaczarowanego patyka.
Jeśli faktycznie udało mu się stworzyć różdżkę, to mógł być
najpotężniejszym człowiekiem w Fershey. Znowu spoważniał, bo właśnie
dotarło do niego, że on naprawdę mógł być najpotężniejszym człowiekiem
nie tylko w Fershey, ale i na całym świecie! Wystarczyłoby zażyczyć
sobie, aby pozbawić magii wszystkie żyjące stworzenia, i...
Choć Magnus nie wypowiedział ostatniego życzenia na głos, to z impetem
przyłożył dłoń do ust, bo był świadom tego, że jeśli dalej będzie tak
paplał w myślach od rzeczy, to niedługo sam sobie wyrządzi jakąś
krzywdę. Doszedł do wniosku, że lepiej nic już nie będzie zmieniał, a już na pewno nie będzie odbierał Gwenie tego, co przed chwilą jej
życzył. No, może poza brodą. Brodą, która na nieszczęście skoncentrowała
jego myśli na niedawnych czarach i raz jeszcze zepchnęła go na tory
szalonych przemyśleń i głupkowatych teorii. No bo czy świat bez magii na
pewno byłby smutny? Gwena z pewnością by się złościła, gdyby straciła
magiczne umiejętności. Magnus zresztą też byłby niepocieszony, gdyby nie
mógł czarować i gdyby magiczne przedmioty, które posiada, jak choćby
różdżka, straciły nagle moc. Jednakże, z drugiej strony, czy reszta
świata nie mogłaby się obejść bez czarów? I czy w ogóle magiczne rasy,
jak choćby elfy, smoki, kendery bądź krasnoludy, potrzebne były komuś do
szczęścia? Poświata na różdżce już któryś raz z kolei zamigotała i nieco
się zmniejszyła, a to mogło oznaczać, że bezsensowne bajdurzenie w myślach mogło w jakiś sposób wpłynąć na otaczającą go rzeczywistość.
- Niech to elfia zaraza - zaklął pod nosem, bo sam już się pogubił w tym, które życzenie się spełniło, a które nie.
Musiał się uspokoić i raz, a porządnie sprawdzić, w jaki sposób
stworzona przez niego różdżka działa. Zdecydował się zacząć od czegoś
prostego.
- Chcę, aby w mojej ręce pojawiła się druga magiczna różdżka -
powiedział.
Niestety, poza zmniejszeniem się poświaty okalającej różdżkę nic się nie
stało. Czarodziej przeczuwał, że tak będzie. Jako pilnie studiujący
szkolarz wiedział, że nie da się wyczarować przedmiotu, który
kumulowałby w sobie magię. Gdyby tak było, to już dawno temu ludzie po
prostu wyczarowywaliby sobie takie różdżki, szastaliby zaklęciami na
lewo i prawo, a to poważnie zagroziłoby równowadze świata i doprowadziło
do chaosu. Nie przekreślał jednak stworzonego przez siebie artefaktu. Na
razie udowodnił tylko znaną wszystkim zasadę, że nie da się wyczarować
czegoś, co miałoby w sobie magię. Jeśli natomiast jego przypuszczenia
były słuszne, to z pewnością mógł rzucić każde inne zaklęcie. Mógł ot
tak zażyczyć sobie, aby być wysokim, przystojnym i charyzmatycznym
mężczyzną. Mógł żyć jak król, mieć piękne konie i zastępy rycerzy. Gdyby
miał taki kaprys, mógłby sprawić, aby komuś wyrosła na czole ręka, a nawet... gdyby tylko chciał, samą myślą mógłby kogoś zabić. I to bez
żadnych konsekwencji! Stworzona różdżka wydawała się niezwykle potężnym
narzędziem i aż strach pomyśleć, co by było, gdyby wpadła w czyjeś
niepowołane ręce. Pytanie tylko, czy w rękach Magnusa była bezpieczna?
Czarodziej w nerwowym geście zaczesał włosy, oblizał usta i uspokoił
oddech. Musiał w jakiś prosty, a zarazem szybki sposób sprawdzić
działanie tego niesamowitego przedmiotu. Na szczęście chyba wiedział,
jak to zrobić, bo nie minęła chwila, kiedy skoncentrował myśli i krzyknął, wyraźnie akcentując każde słowo:
- Chcę mieć koło swoich stóp dziesięć funtów!
Blask emanujący z różdżki stracił na sile jeszcze bardziej i w tej
chwili okalał różdżkę na niewiele ponad połowie jej długości. Co
ważniejsze, zaklęcie się udało, bo przy szpiczastych ciżmach Magnusa
pojawiło się dziesięć funtów. Młodzieniec kucnął, wziął jedną monetę do
ręki, ugryzł w celu sprawdzenia jej autentyczności i aż klapnął z wrażenia na ziemię. Dotychczas wyczarowywanie pieniędzy mijało się z celem, bo w myśl zasady, że wszechświat domaga się równowagi, szybko
popadało się w długi. Z różdżką kwestia rzucania zaklęć wyglądała jednak
zupełnie inaczej. W tym przypadku natura nie obarczała czarującego
żadnymi konsekwencjami. Co prawda różdżka miała określoną ilość ładunków
i mogła się wyczerpać, ale przecież Magnus skrzętnie notował proces jej
tworzenia i wiedział, że będzie mógł sobie zrobić takich różdżek
nieprzebrane ilości. Magnus czuł się tak, jakby oszukał cały świat.
Jakby oszukał bogów.
- Chcę być bogaty! - ryknął na całe gardło. - Chcę mieć mnóstwo
pieniędzy! Chcę, aby monety mnożyły się w moim mieszkaniu! Abym... abym
wreszcie pławił się w luksusie!
Pieniądze zaczęły się materializować przy jego stopach. Z początku
kopczyk złota nie był duży, ale rósł w zastraszającym tempie i nie
minęła chwila, kiedy sięgał mu prawie do kolan.
- Tak! Tak! Tak! - wydzierał się uradowany Magnus.
Czuł się tak, jakby trafił do smoczego skarbca. Złoto mieniło się we
wszystkich odcieniach, odgłos brzęczących monet ciągnął się w nieskończoność, a pieniędzy cały czas przybywało. Magnus, zanosząc się
od śmiechu, wspinał się po nich i przewracał.
- Kupię całą karczmę z wszystkimi pokojami! Kupię to miasto! Stać mnie
na wszystko!
Monety wysypywały się już przez okno, ale w pewnej chwili mnożyły się w tak zatrważającym tempie, że zaczęły wypełniać niemal całe mieszkanie.
Magnus z coraz większym trudem unosił się na ich powierzchni. Nagle
poczuł się tak, jakby znalazł się na środku bagna, które go wsysa i wciąga. Chciał krzyknąć, aby pieniądze przestały się pomnażać, ale garść
monet zapchała mu usta, dłoń, w której trzymał różdżkę, znieruchomiała
pod naporem bogactwa, a ciało wypierane przez rosnącą górę złota nagle
przywarło do stropu. Belki dachowe zatrzeszczały, a Magnus spanikował,
czując, że zaczyna mu brakować powietrza.
- Ne... nie chse byś bogaty - stęknął, wypluwając monety. - Niech... niech
te pieniąse sni-snikną - dukał, ściskając w ręku różdżkę... - Niech
snikną!
Niech te przeklęte pieniądze znikną! - powtórzył po chwili wyraźnie w myślach. I jak chciał, tak też się stało. W okamgnieniu po pieniądzach
nie było już śladu, a Magnus z hukiem runął na podłogę.
- A niech mnie - stęknął, podnosząc się z ziemi. Trochę kręciło mu się w głowie, więc oparł się o drzwi wejściowe i głośno odetchnął.
- Ależ potęga drzemie w tym patyku - mruknął, przyglądając się różdżce.
Mieniąca się poświata zmniejszyła się jeszcze bardziej i Magnus
skonstatował, że jeśli faktycznie odzwierciedlała ilość możliwych do
rzucenia zaklęć, to w tej chwili zostało ich już raptem kilka. To go
jednak nie martwiło, bo recepturę stworzenia podobnej różdżki miał
zapisaną w swoim dzienniku i w każdej chwili mógł to powtórzyć. W tej
chwili ważniejsze było to, aby nie ściągnąć na siebie uwagi osób
trzecich. To i tak był cud, że nikt w południe przy tym całym rwetesie
nie zauważył wysypujących się z okna pieniędzy.
- Gdzie te pieniądze, które wysypywały się z okna?! - krzyknął nagle
ktoś z ulicy.
Magnus zrobił skwaszoną minę. Dlaczego za każdym razem musiał sobie coś
wykrakać? Dlaczego?!
- Zniknęły!
- Wysypywały się z tamtego okna! - wrzasnął ktoś inny.
- Dalej! Sprawdźmy, kto tam mieszka!
Magnusa zmroziło. Przecież jeśli ludzie dowiedzą się, że stworzył
magiczną różdżkę, to wyrwą mu ją siłą, zakrzyczą, zadepczą i stratują.
Musiał coś zrobić, musiał coś wymyślić i to natychmiast. Nie mógł w nieskończoność ryzykować z czarami, bo w końcu przeciąży organizm i straci przytomność (co było powszechne przy korzystaniu z magii), nie
chciał też niepotrzebnie eksploatować różdżki, toteż póki co zdecydował
się na karkołomną ucieczkę. Wybiegł na korytarz i z paniką w oczach
zaczął się rozglądać. Chciał pobiec w kierunku głównej sali bawialnej,
która sąsiadowała z kuchnią. Potem mógłby skryć się w miejskich kanałach
i opuścić miasto, lecz chmara mieszczan wpadła właśnie do korytarza,
odcinając mu drogę ucieczki. Co gorsza, w tej nadbiegającej tłuszczy
Magnus dojrzał Gwenę oraz Finleya, więc nie zastanawiając się długo,
pobiegł w przeciwnym kierunku, wyskoczył przez okno na nieduży
dziedziniec, a stamtąd zacienionym podwórzem wybiegł na jedną z głównych
alei miasta. Było tu trochę ludzi i na nieszczęście niektórzy z nich
zaczęli krzyczeć:
- Magnusie, zaczekaj!
- Zatrzymaj się!
- Biegnie w stronę potoku!
- Niech to elfia zaraza - zaklął, bo łudził się, że nikt go nie zauważy.
Nie poddając się jednak, odbił w wąską alejkę, potem skręcił w lewo,
następnie w prawo, zbiegł pogórzem i z niemałą zadyszką schował się za
stertą beczek. Znajdował się w miejscu zwanym Zaułkiem Oparów. Okolica
była dość niefortunna, a swą nazwę zawdzięczała niedalekiemu wysypisku
śmieci, przez które wszystko spowijały śmierdzące i odpychające opary.
- Dziennik - wydyszał nagle z nieskrywaną zgrozą w oczach. W podłodze
mieszkania miał schowany dziennik z notatkami z badań. Jeśli obecna
różdżka straci moc i będzie musiał zrobić nową, to bez wczorajszych
zapisków nie zdoła tego dokonać. Co prawda składników nie było wiele i nawet pamiętał chyba ich proporcje, ale to, w jakich odstępach czasu
mieszał ze sobą kolejne komponenty i do jakiej podgrzewał je
temperatury, ulotniło się z jego pamięci. Przy tworzeniu kolejnej
różdżki na pewno czułby się bezpieczniej z notatnikiem.
- Muszę wrócić do swojej izby - jęknął bezgłośnie pod nosem. - Po prostu
muszę...
Nagle dotarł do niego odgłos zbliżających się kroków. Przytknął dłoń do
ust, bo jego zadyszka była równie głośna co krasnoludzie chrapanie, i zamarł w bezruchu.
- Na pewno gdzieś tu jest! - powiedział Finley. Ten tubalny, głęboki
głos Magnus rozpoznałby w każdych okolicznościach.
- Widziałam, jak tu wbiegał - dodała Gwena.
Magnus zaklął szpetnie i ugryzł się w język, bo pewnie było tylko
kwestią czasu, kiedy zajrzą za beczki i potraktują go jak elf zgniłą
borówkę. Instynktownie się cofnął, natykając się plecami na murek, który
przewyższał go niemal czterokrotnie. Wspięcie nań zdawało się raczej
niemożliwe. Kucnął i zagryzł pięść z nerwów. Czuł się jak szczur złapany
w pułapkę i jakby nie kombinował, pozostało mu tak naprawdę tylko
skorzystanie z czarów.
- Pobiegnij w dół ulicy - usłyszał dudniący głos szczurowatego Finleya -
a ja sprawdzę za beczkami.
Tego było już nadto. Przecież jeśli zaraz czegoś nie zrobi, to ten
wyzbyty uczuć barbarzyńca zatłucze go tutaj jak psa i wrzuci do rzeki.
Co robić? Co robić? - rozbrzmiewało bezustannie w jego umyśle. Korzystać
z różdżki czy może polegać na własnych magicznych umiejętnościach? A jeśli czary, to w jakim zaklęciu szukać ratunku? Powinien dodać sobie
siły i stanąć do walki, sprawić, aby stał się niewidzialny, czy może...
Nagle Magnusa oświeciło. Zrozumiał, że cofnięcie czasu powinno nie tylko
uratować mu skórę, ale również przywrócić ładunki w różdżce. Oczywiście
tego typu zaklęcie było zbyt potężne, aby mógł je rzucić siłą własnego
umysłu, ale od czego miał różdżkę?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki