Ani jeden żywy promień nie
zdołał przebić powodzi chmur, gnanych przez wichry. Skąpa jasność
poranka rozmnożyła się pokryjomu, uwidoczniając krajobraz płaski,
rozległy i zupełnie pusty. Leciała ulewa deszczu, sypkiego jak
ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywał, niósł w kierunku
ukośnym i ciskał o ziemię.
Ponura jesień zwarzyła już i wytruła w trawach i chwastach
wszystko, co żyło. Obdarte z liści, zczerniałe rokiciny żałośnie
szumiały, zniżając pręty aż do samej ziemi. Kartofliska, ściernie,
a szczególniej role świeżo uprawne i zasiane, rozmiękły na
przepaściste bagna. Bure obłoki, podarte i rozczochrane leciały
szybko, prawie po powierzchniach tych pól obumarłych i przez deszcz
chłostanych.
Właśnie o samym świcie Andrzej Borycki (bardziej znany pod
przybranem nazwiskiem Szymona Winrycha), wyjechał z za pagórków
rajgórskich i skierował się pod Nasielsk, na szerokie płaszczyzny.
Porzuciwszy zarośla, trzymał się przez czas pewien śladu polnej
drożyny, gdy mu ta jednak zginęła w kałużach, ruszył wprost przed
siebie, napoprzek zagonów.
Przez dwie noce już czuwał i trzeci dzień wciąż szedł przy
wozie. Buty mu się w rzadkiem błocie rozciapały tak misternie, że
przyszwy szły swoim porządkiem, podeszwy swoim porządkiem, a bose
stopy w zupełnem odosobnieniu. Bardzo przemókł i przeziąbł do
szpiku kości. Któżby zdołał poznać w tym obdartusie byłego prezesa
najweselszej pod księżycem konfraternii t. zw. śrubstaków, dawnego
Jędrka, króla i padyszacha syren warszawskich? Włosy mu wyrosły "w
orle pióra", paznogcie "w dzikie szpony", chodził teraz w
przepoconej sukmanie, żarł chciwie razowiec ze sperką i żłopał
gorzałę z taką naiwnością, jakby to była woda sodowa z sokiem
porzeczkowym.
Konie były głodne i zgonione tak dalece, że co pewien czas
ustawały. Nic dziwnego: koła zarzynały się w błoto po szynkle, a na
drabiniastym wozie pod trochą olszowego chróstu, siana i słomy
leżało samych karabinów sztuk sześćdziesiąt i kilkanaście pałaszów,
nie licząc broni drobniejszej. Były to wcale niezłe szkapy: rosłe,
podkasane, prawie chude, ale ze świetnej rasy pociągowej. Mogły jak
nic robić dziesięć mil na dobę, byleby im pozwolić dobrze wytchnąć
dwa razy i uczciwie je popaść. Konie należały do pewnego szlachetki
z okolic Mławy. Stanowiły one znaczną część jego majątku, bo
posiadał
suma sumarum trzy szkapy, jednakże pożyczał ich Winrychowi
na każde zapotrzebowanie. Ten ostatni przychodził zazwyczaj późno w
nocy, stukał do okna domostwa, - wychodzili obydwaj z gospodarzem,
wyprowadzali konie cichaczem, aby nie budzić parobka, wytaczali wóz
i jazda! Letnią porą była to rzecz wcale łatwa, owa jazda. We dnie
Winrych spał w gąszczach leśnych, a konie się pasły. Teraz
niepodobna było, ani spać, ani popasać. Winrych liczył na to, że go
ktoś zluzuje, zwłaszcza, że najuciążliwsze posterunki i przeszkody
szczęśliwie wyminął. Ale nie takie to już były czasy... Jeżeli kto
jeszcze na tej ziemi walczył w całem i zupełnem znaczeniu tego
słowa, to on, Winrych. On jeden chodził jeszcze po broń, jeden nie
upadał na duchu. Gdyby nie on i sama partya byłaby się oddawna
rozleciała na cztery strony świata. Przez długi czas tych ludzi
ściganych, głodnych, przeziębłych i wylęknionych wspierał swemi
szyderczemi półsłowami i podniecał, jak chłostą. Teraz, gdy już
wszystko runęło na łeb w bezdenną jamę trwogi, on się, jak to
mówią, zawziął. W miarę tego, jak nietylko do głębi nastrojów i
sumień, ale do podstaw t. zw. polityki rewolucyjnej wciskać się
poczęła coraz bezczelniej i natarczywiej filozoficzna zasada:
fratres,
rapiamus,
capiamus,
fugiamusque, - on czuł w sobie upór coraz zuchwalszy,
coraz straszliwiej bolesny i już prawie szalony...
Gdy tak zmoknięty, głodny i bardzo znużony brnął przy wozie,
poczęło, jakoby wraz z zimnem, wsiąkać w niego uczucie nędzy. W
kieszeni nie miał już ani okruszyny chleba i ani kropli wódki we
flaszce. Dziurawe buty, absolutnie wzięte (jeżeli, nota bene, był w
nich milimetr rzemienia zasługujący na to, aby był absolutnie, czy
tam inaczej brany), nie mogły być przyczyną owego uczucia nędzy.
Nie sam głód również i nie samo zimno je wywoływało. Ale po
śladach, zostawionych na błocie przez te dziurawe buty, szła za
Winrychem ironia spostrzeżeń, owa bieda okrutna, co nie waha się
wtargnąć do miejsca świętego świętych, co odważnie, jak plugawy
lichwiarz, bierze w szachrajską swą rękę bezcenne klejnoty
ludzkiego ducha i drwi z ich wartości, ubierając tę podłość w
najlogiczniejsze syllogizmy.
- Wszystko przełajdaczone, - szepce Winrych, pogwizdując, -
przegrane nietylko do ostatniej nitki, ale do ostatniego
westchnienia wolnego. Teraz dopiero wyleci na świat strach o
wielkich ślepiach, ze stojącymi na łbie włosami i wypędzi z mysich
nor wszystkich metafizyków reakcyi i proroków ciemnoty. Czego
dawniej nie ważyłby się jeden drugiemu do ucha powiedzieć, to teraz
będą opiewali heksametrem. Ile w człowieku jest zbója i zdrajcy,
tyle z niego wywleką, na widok publiczny ukażą i ku czci, oraz
naśladowaniu podadzą. I pomyśleć, że to my taki sprawiliśmy postęp
wyobrażeń, ponieważ przegraliśmy...
Mocniej zacisnął pas wełniany, osłonił piersi sukmaną i
ruszył dalej, zwiesiwszy głowę. Czasami ją podnosił i mówił przez
zęby:
- Psy parszywe!
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.