Rozdziobią nas kruki, wrony..., Echa leśne. Lektura z opracowaniem - Stefan Żeromski

Kup ebooka

6.99 zł

-
Proszę czekać

Roz­dzio­bią nas kruki, wrony...1

Ani je­den żywy pro­mień nie zdo­łał prze­bić po­wo­dzi chmur, gna­nych przez wi­chry. Skąpa ja­sność po­ranka roz­mno­żyła się po kry­jomu, uwi­docz­nia­jąc kra­jo­braz pła­ski, roz­le­gły i zu­peł­nie pu­sty. Le­ciała ulewa desz­czu, syp­kiego jak ziarno. Wiatr kro­ple jego w lo­cie pod­ry­wał, niósł w kie­runku uko­śnym i ci­skał o zie­mię.

Po­nura je­sień zwa­rzyła już i wy­truła w tra­wach i chwa­stach wszystko, co żyło. Ob­darte z li­ści, sczer­niałe ro­ki­ciny2 ża­ło­śnie szu­miały, zni­ża­jąc pręty aż do sa­mej ziemi. Kar­to­fli­ska, ścier­nie3, a szcze­gól­niej role świeżo uprawne i za­siane, roz­mię­kły na prze­pa­ści­ste ba­gna. Bure ob­łoki, po­darte i roz­czo­chrane, le­ciały szybko, pra­wie po po­wierzch­niach tych pól ob­umar­łych i przez deszcz schło­sta­nych.

Wła­śnie o sa­mym świ­cie An­drzej Bo­rycki (bar­dziej znany pod przy­bra­nym na­zwi­skiem Szy­mona Win­ry­cha) wy­je­chał zza pa­gór­ków raj­gór­skich i skie­ro­wał się pod Na­sielsk4, na sze­ro­kie płasz­czy­zny. Po­rzu­ciw­szy za­ro­śla, trzy­mał się przez czas pe­wien śladu po­lnej dro­żyny, gdy mu ta jed­nak zgi­nęła w ka­łu­żach, ru­szył wprost przed sie­bie, na po­przek za­go­nów5.

Przez dwie noce już czu­wał i trzeci dzień wciąż szedł przy wo­zie. Buty mu się w rzad­kim bło­cie roz­cia­pały tak mi­ster­nie, że przy­szwy6 szły swoim po­rząd­kiem, po­de­szwy swoim po­rząd­kiem, a bose stopy w zu­peł­nym od­osob­nie­niu. Bar­dzo prze­mókł i prze­ziąbł do szpiku ko­ści. Któż by zdo­łał po­znać w tym ob­dar­tu­sie by­łego pre­zesa naj­we­sel­szej pod księ­ży­cem kon­fra­terni7 tzw. śrub­sta­ków8, daw­nego Ję­drka, króla i pa­dy­sza­cha9 sy­ren war­szaw­skich? Włosy mu po­ro­sły "w orle pióra", pa­znok­cie "w dzi­kie szpony", cho­dził te­raz w prze­po­co­nej suk­ma­nie10, żarł chci­wie ra­zo­wiec ze sperką11 i żło­pał go­rzałę z taką na­iw­no­ścią, jakby to była woda so­dowa z so­kiem po­rzecz­ko­wym.

Ko­nie były głodne i zgo­nione tak da­lece, że co pe­wien czas usta­wały. Nic dziw­nego: koła za­rzy­nały się w błoto po szyn­kle12, a na dra­bi­nia­stym wo­zie pod tro­chą13 ol­szo­wego chru­stu, siana i słomy le­żało sa­mych ka­ra­bin­ków sztuk sześć­dzie­siąt i kil­ka­na­ście pa­ła­szów14, nie li­cząc broni drob­niej­szej. Były to wcale nie­złe szkapy: ro­słe, pod­ka­sane15, pra­wie chude, ale ze świet­nej rasy po­cią­go­wej. Mo­gły jak nic ro­bić dzie­sięć mil16 na dobę, by­leby im po­zwo­lić do­brze wy­tchnąć dwa razy i uczci­wie je po­paść. Ko­nie na­le­żały do pew­nego szta­chetki z oko­lic Mławy. Sta­no­wiły one znaczną część jego ma­jątku, bo po­sia­dał summa sum­ma­rum17 trzy szkapy, jed­nakże po­ży­czał ich Win­ry­chowi na każde za­po­trze­bo­wa­nie. Ostatni przy­cho­dził za­zwy­czaj późno w nocy, stu­kał do okna do­mo­stwa - wy­cho­dzili oby­dwaj z go­spo­da­rzem, wy­pro­wa­dzali ko­nie ci­cha­czem, aby nie bu­dzić pa­robka, wy­ta­czali wóz i jazda! Let­nią porą była to rzecz wcale ła­twa, owa jazda. We dnie Win­rych spał w gąsz­czach le­śnych, a ko­nie się pa­sły. Te­raz nie­po­dobna było ani spać, ani po­pa­sać. Win­rych li­czył na to, że go ktoś zlu­zuje, zwłasz­cza, że naj­uciąż­liw­sze po­ste­runki i prze­szkody szczę­śli­wie wy­mi­nął. Ale nie ta­kie to już były czasy... Je­żeli kto jesz­cze na tej ziemi wal­czył w ca­łym i zu­peł­nym zna­cze­niu tego słowa, to on, Win­rych. On je­den jesz­cze cho­dził po broń, je­den nie upa­dał na du­chu. Gdyby nie on, i sama par­tia18 by­łaby się od dawna roz­le­ciała na cztery strony świata. Przez długi czas tych lu­dzi ści­ga­nych, głod­nych, prze­zię­błych i wy­lęk­nio­nych wspie­rał swymi szy­der­czymi pół­sło­wami i pod­nie­cał jak chło­stą. Te­raz, gdy już wszystko ru­nęło na łeb w bez­denną jamę trwogi, on się, jak to mó­wią, za­wziął. W miarę tego, jak nie tylko do głębi na­stro­jów i su­mień, ale do pod­staw tzw. po­li­tyki re­wo­lu­cyj­nej wci­skać się po­częła co­raz bez­czel­niej i na­tar­czy­wiej fi­lo­zo­ficzna za­sada: fra­tres, ra­pia­mus, ca­pia­mus, fu­gia­mu­sque19 - on czuł w so­bie upór co­raz zu­chwal­szy, co­raz strasz­li­wiej bo­le­sny i już pra­wie sza­lony...

Gdy tak zmok­nięty, głodny i bar­dzo znu­żony brnął przy wo­zie, po­częło, jakby wraz z zim­nem, wsią­kać w niego uczu­cie nę­dzy. W kie­szeni nie miał już ani okru­szyny chleba i ani kro­pli wódki we flaszce. Dziu­rawe buty, ab­so­lut­nie wzięte (je­żeli, nota bene20, był w nich mi­li­metr rze­mie­nia, za­słu­gu­jący na to, aby był ab­so­lut­nie czy tam ina­czej brany)21, nie mo­gły być przy­czyną owego uczu­cia nę­dzy. Nie sam głód rów­nież i nie samo zimno je wy­wo­ły­wało. Ale po śla­dach, zo­sta­wio­nych na bło­cie przez te dziu­rawe buty, szła za Win­ry­chem iro­nia spo­strze­żeń, owa bieda okrutna, co nie waha się wtar­gnąć do miej­sca świę­tego świę­tych22, co od­waż­nie, jak plu­gawy li­chwiarz, bie­rze w sza­chraj­ską swą rękę bez­cenne klej­noty ludz­kiego du­cha i drwi z ich war­to­ści, ubie­ra­jąc tę pod­łość w naj­lo­gicz­niej­sze sy­lo­gi­zmy23.

- Wszystko prze­łaj­da­czone - szep­cze Win­rych, po­gwiz­du­jąc - prze­grane nie tylko do ostat­niej nitki, ale do ostat­niego wes­tchnie­nia wol­nego. Te­raz do­piero wy­leci na świat strach o wiel­kich śle­piach, ze sto­ją­cymi na łbie wło­sami, i wy­pę­dzi z my­sich nor wszyst­kich me­ta­fi­zy­ków re­ak­cji i pro­ro­ków ciem­noty. Czego daw­niej nie wa­żyłby się je­den dru­giemu do ucha po­wie­dzieć, to te­raz będą opie­wali hek­sa­me­trem24. Ile w czło­wieku jest zbója i zdrajcy, tyle z niego wy­wleką, na wi­dok pu­bliczny ukażą i ku czci oraz na­śla­do­wa­niu po­da­dzą. I po­my­śleć, że to my taki spra­wi­li­śmy po­stęp wy­obra­żeń, po­nie­waż prze­gra­li­śmy...

Moc­niej za­ci­snął pas weł­niany, osło­nił piersi suk­maną i ru­szył da­lej, zwie­siw­szy głowę. Cza­sami ją pod­no­sił i mó­wił przez zęby:

- Psy par­szywe!

Deszcz ostry na­cichł i siał tylko ów pył wodny, nie­ustanny, za­wie­sza­jący tuż przed okiem jakby nie­przej­rzy­stą za­słonę. Po­dmu­chy wia­tru sza­lały do­koła wozu, gwiz­dały mię­dzy spry­chami25, wy­dy­mały dłu­gie poły suk­many i tar­gały ko­szulę na Win­ry­chu.

Za za­słoną mgły dał się na­gle po­strzec ja­kiś ruch jed­no­stajny, rów­no­le­gły do le­d­wie wi­docz­nego ho­ry­zontu. Mógł to być sze­reg wo­zów, stado by­dła, albo - woj­sko.

Win­rych pa­trzał przez chwilę, przy­mru­żyw­szy po­wieki. Do­zna­wał ta­kiego wra­że­nia, jakby ktoś za­giął pa­lec pod żyłę krwio­no­śną w jego pier­siach i wy­dzie­rał ją na ze­wnątrz.

- Mo­skale... - wy­szep­tał.

Dał ko­niom po siar­czy­stym ba­cie, ścią­gnął lejce, za­wró­cił ­pra­wie na miej­scu i za­czął ucie­kać. Nie chciał, a ra­czej nie mógł od­wró­cić głowy, ażeby się obej­rzeć poza sie­bie i zba­dać, co się tam dzieje. Zda­wało mu się, że umknie na bok nie­po­strze­żony. Nie­szczę­ście chciało, że miej­sce było gołe i pu­ste w pro­mie­niu wiorst26 kilku.

1 Ty­tuł za­czerp­nięty ze sta­rej pie­śni żoł­nier­skiej, wy­stę­pu­ją­cej w folk­lo­rze pod róż­nymi ty­tu­łami, m.in. Idzie żoł­nierz bo­rem, la­sem, Piosnka o żoł­nie­rzu tu­ła­czu, Idą strzelcy.

2 ro­ki­cina - ga­tu­nek wierzby.

3 ścier­nie - krót­kie, ostre ło­dygi po­zo­stałe po ścię­ciu zboża; pole po ścię­ciu zboża okre­śla się jako ścier­ni­sko.

4 Na­sielsk - mia­sto w Pol­sce, obec­nie w wo­je­wódz­twie ma­zo­wiec­kim.

5 za­gon - długi, wą­ski pas ziemi upraw­nej.

6 przy­szwa - część buta okry­wa­jąca stopę, przy­szyta do po­de­szwy i - je­żeli but ją po­siada - cho­lewy.

7 kon­fra­ter­nia (dawn., łac.) - sto­wa­rzy­sze­nie, brac­two, zwią­zek.

8 śrub­stak (daw., niem.) - ima­dło, przy­rząd do od­krę­ca­nia śrub; w kon­tek­ście tek­stu Że­rom­skiego słowo to, wy­od­ręb­nione gra­ficz­nie i wpro­wa­dzone skró­tem "tzw.", nie od­wo­łuje się do swo­jego ory­gi­nal­nego zna­cze­nia, ale sta­nowi po pro­stu na­zwę wła­sną war­szaw­skiej grupy stu­denc­kiej.

9 pa­dy­szach (pers.) - ty­tuł uży­wany przez tu­rec­kich suł­ta­nów i per­skich sza­chów, do­słow­nie "opie­kun-król"; tu w zna­cze­niu: naj­wyż­szy władca.

10 suk­mana - dłu­gie odzie­nie mę­skie, wy­ko­nane z sukna, po­wszech­nie no­szone w daw­nej Pol­sce przez lud­ność wiej­ską.

11 sperka (dawn.) - a. szperka, sło­nina.

12 za­rzy­nały się w błoto po szyn­kle - za­nu­rzały się w błoto aż po osie koła, czyli do po­łowy; szyn­kiel (dawn., niem.) - koń­cówka osi koła.

13 tro­cha (dawn.) - mała ilość, odro­bina.

14 pa­łasz - broń sieczna o kon­struk­cji po­mię­dzy sza­blą a mie­czem, czę­sto sto­so­wana przez ka­wa­le­rię.

15 pod­ka­sany - w od­nie­sie­niu do zwie­rząt: ma­jący cien­kie, dłu­gie nogi i bar­dzo szczu­pły brzuch.

16 mila - tu w zna­cze­niu: hi­sto­ryczna miara dłu­go­ści sto­so­wana na zie­miach pol­skich, w okre­sie, który opi­suje Że­rom­ski, wy­no­sząca ok. 7,5 km.

17 summa sum­ma­rum (łac.) - pod­su­mo­wu­jąc, ra­zem, ogó­łem.

18 par­tia - tu w zna­cze­niu: od­dział po­wstań­ców.

19 fra­tres, ra­pia­mus, ca­pia­mus, fu­gia­mu­sque (łac.) - bra­cia, po­ry­wajmy, chwy­tajmy, ucie­kajmy.

20 nota bene (łac.) - za­uważ do­brze; okre­śle­nie uży­wane w zna­cze­niu: na­wia­sem mó­wiąc, w do­datku, warto pod­kre­ślić, sto­so­wane we­wnątrz zda­nia dla pod­kre­śle­nia ja­kie­goś jego ele­mentu; we współ­cze­snej pol­sz­czyź­nie za­pi­sy­wane łącz­nie: no­ta­bene.

21 buty, ab­so­lut­nie wzięte (je­żeli [...] był w nich ka­wa­łek rze­mie­nia, za­słu­gu­jący na to, aby był [...] brany) - buty po­wią­zane za po­mocą resz­tek rze­mie­nia, tak żeby utrzy­mać je w ca­ło­ści.

22 do miej­sca świę­tego świę­tych - do miej­sca naj­święt­szego ze świę­tych.

23 sy­lo­gizm - sche­mat ro­zu­mo­wa­nia zło­żony z dwóch prze­sła­nek i wnio­sku, który z nich wy­nika; tu w zna­cze­niu: lo­giczne, prze­ko­nu­jące ­ro­zu­mo­wa­nie.

24 hek­sa­metr - miara ryt­miczna w sta­ro­żyt­nej po­ezji grec­kiej i rzym­skiej, w ra­mach któ­rej wers dzie­lony jest na sześć jed­no­stek ryt­micz­nych, okre­śla­nych jako stopy ryt­miczne; na ba­zie kla­sycz­nego hek­sa­me­tru na prze­ło­mie XVIII i XIX w. po­wstał tzw. hek­sa­metr pol­ski, do­sto­so­wany do cha­rak­teru ję­zyka pol­skiego. Czego daw­niej nie wa­żyłby się je­den dru­giemu do ucha po­wie­dzieć, to te­raz będą opie­wali hek­sa­me­trem - rze­czy daw­niej bu­dzące wstyd będą te­raz pu­bli­ko­wane jako po­ezje.

25 spry­chy - dziś po­praw­nie: szpry­chy.

26 wior­sta - hi­sto­ryczna ro­syj­ska jed­nostka dłu­go­ści, wy­no­sząca tro­chę po­nad 1 km.

Echa le­śne

Pan ge­ne­rał Roz­łucki sie­dział uro­czy­ście na stołku skła­da­nym. Sto­łek ów (wła­sność prze­no­śna geo­me­try Knopfa) mie­ścił się w sa­mym środku dy­wanu zdję­tego znad łóżka mo­jej matki. Po dru­giej stro­nie ogni­ska, na pniaku z wzo­rową sta­ran­no­ścią za­sła­nym ple­dem1, w gu­mo­wym płasz­czu do sa­mej ziemi, niby w ru­cho­mym na­mio­cie, kur­czył się i wy­krzy­wiał wzmian­ko­wany wy­żej geo­me­tra Knopf. Obok niego w ro­so­cha­tych ga­łę­ziach wy­krota2, przy­nie­sio­nego przez strzelca, nie­wy­god­nie tkwił pod­le­śny Guń­kie­wicz, pia­stu­jąc z pie­czo­ło­wi­to­ścią szkla­neczkę araku3 z do­da­nymi dla po­zoru dwiema ły­żecz­kami her­baty. Pi­sarz gminny Ol­sza­kow­ski i stary wójt Gała z mie­dzia­kiem za "uśmie­rie­nie pol­skiego mia­tieża"4 na ru­dej suk­ma­nie - sie­dzieli obok sie­bie. Oj­ciec mój, przy­wy­kły na po­lo­wa­niach do lasu, wpół le­żał na ziemi, a ni­żej pod­pi­sany, ­za­szczy­cony wła­śnie pro­morą5 z klasy dru­giej do trze­ciej, był wszę­dzie, gdzie go nie po­sieli.

Dy­mi­sjo­no­wany ge­ne­rał Roz­łucki, ple­ni­po­tent6 jed­nego z naj­bar­dziej so­wi­cie ob­da­ro­wa­nych do­na­ta­riu­szów7, zje­chał był wła­śnie do fol­warku od da­wien dawna dzier­ża­wio­nego przez mego ojca, ażeby, wsku­tek wy­ni­kłych z ukazu za­mian grun­tów8, przy­łą­czyć z la­sów rzą­do­wych do ob­szaru dwor­skiego znaczny płat boru.

Od­cię­cie trój­kąta le­śnego już się pra­wie do­ko­nało. Geo­me­tra Knopf, który od ty­go­dnia "ba­wił" w domu na­szym ku śmier­tel­nemu wszyst­kich udrę­cze­niu, wy­ciął na­resz­cie "li­nię", a wy­na­jęci drwale już ją od dawna rą­bali, w sta­rym, ciem­nym le­sie. Ple­ni­po­tent, który rów­nież go­ścił już od trzech dni na fol­warku, miał za­miar co prę­dzej od­dać ojcu mo­jemu w obec­no­ści władz miej­sco­wych las przy­łą­czony. Dwie par­tie chło­pów rą­bały li­nię, zbli­ża­jąc się ku so­bie ze stron prze­ciw­le­głych. Są­dzono, że uda się sprawę za­ła­twić przed za­cho­dem słońca. Tym­cza­sem noc głu­cha za­pa­dła, a li­nia nie była jesz­cze do­szczęt­nie wy­cięta. Ge­ne­rał po­sta­no­wił bądź co bądź na­za­jutrz wy­je­chać. Urzęd­nicy pra­gnęli rów­nież ukoń­czyć czyn­ność. Zgo­dzono się tedy, żeby pro­wa­dzić ro­botę nocą, choćby do rana.

Tuż pod la­sem roz­ło­żono ogni­sko. Ze dworu od­le­głego o ja­kie dwie wior­sty przy­nie­siono ko­la­cję - i oto cze­ka­li­śmy na ścię­cie kil­ku­dzie­się­ciu po­zo­sta­łych jo­deł, ba­wiąc się w miarę moż­no­ści.

Wszy­scy byli w nie naj­gor­szych hu­mo­rach. Po­czciwy Guń­kie­wicz z resztą "po­życzki" na skro­niach9 i bro­dziną uczer­nioną ta­nim czer­ni­dłem wy­chli­pał już był co naj­mniej dzie­więć szkla­nek her­baty z ara­kiem, oba­wia­jąc się tkli­wie, gdym mu nową po­da­wał, czy też aby nie bę­dzie za wiele, "boć to, zdaje się, już trze­cia"... Za­pew­nia­łem go ze sta­now­czo­ścią osoby, która na­była wła­śnie wiel­kiej bie­gło­ści w aryt­me­tyce aż do ułam­ków dzie­sięt­nych, że "by­naj­mniej" - więc pod­da­wał się oczy­wi­ście, ule­gał z po­korą świa­tłu wie­dzy i przyj­mo­wał nową por­cyjkę araku.

Pi­sarz gminny Ol­sza­kow­ski, znawca wsze­la­kiego ro­dzaju spraw czło­wie­czych, oso­bli­wie zaś po­wia­towo-gmin­nych spo­so­bów pio­ru­nu­ją­cego ro­bie­nia ma­jątku (za co na­wet "cier­piał" już był przez czas pe­wien w kie­lec­kim kry­mi­nale), ge­niusz nie­wąt­pliwy, który mógłby z po­wo­dze­niem pia­sto­wać urząd mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych czy ze­wnętrz­nych, a na­wet bez żad­nego wy­siłku te oby­dwie god­no­ści, no­to­ryczny ła­pow­nik, zdzierca chło­pów i wy­zy­ski­wacz Ży­dów, naj­zna­ko­mit­szy wy­mi­jacz prawa i gra­sant pa­ra­fialny, pił mało ze względu na obec­ność ge­ne­rała i awan­so­wał się10 bar­dziej w kie­runku ja­dła. Po­nie­waż jed­nak w swej wszech­wie­dzy nic so­bie z tego ge­ne­rała nie ro­bił, nie ską­pił tedy ze­bra­nym po­god­nego we­sela du­cha.

Wójt Gała chru­pał żu­chwami i ły­kał chył­kiem, co mu się pod­su­nęło, pił zaś bez wstrętu, a po­mru­ki­wał we­soło. Wi­dać było, że chęt­nym i ochot­nym ser­cem speł­nia tę służbę pań­stwową na po­brzeżu le­śnym oraz że chwali so­bie na ogół dzi­siej­szą czyn­ność.

Na­wet Knopf, cho­dzący ka­tar żo­łądka (tu­dzież ki­szek), ze­schły neu­ra­ste­nik11, istota ja­da­jąca tylko rze­czy nie­które, lek­ko­strawne, nie­kwa­śne, su­che, i to ta­kie wła­śnie, ja­kich na wsi za­pa­dłej, a oso­bli­wie w Gó­rach Świę­to­krzy­skich, nikt ni­gdy, jak świat świa­tem, nie tylko nie ja­dał, nie wi­dział, ale na­wet nie znał z na­zwi­ska - nu­dziarz nie sy­pia­jący po no­cach, nie zno­szący pia­nia ko­gu­tów, szcze­ka­nia psów, beł­kotu in­do­rów, gę­ga­nia gą­sio­rów, a na­wet gda­ka­nia kur - istna plaga egip­ska dla lu­dzi zdro­wych, sil­nych, go­spo­da­ru­ją­cych w miej­scu, gdzie się ko­chano w psiarni, gdzie kun­dle, ogary, wy­żły, jam­niki i w ogóle "pie­ski" naj­roz­ma­it­szego wieku i ga­tunku nie tylko szcze­kały i wyły po ca­łych no­cach, ale nadto wy­le­gi­wały się po ka­na­pach i so­fach - gdzie ko­guty piały bez prze­rwy, a gdy nie piały, to je za to na­tych­miast za­rzy­nano - na­wet, mó­wię, Knopf był w nie­złym tego dnia uspo­so­bie­niu. Opo­wie­dział ze­bra­nym ja­kąś aneg­dotkę kwa­sko­wato-dow­cipną o swej astro­la­bii12, którą we­dług opi­nii zło­śli­wych ubie­rał we wła­sne ka­lo­sze, spodnie, ma­ry­narkę i ka­pe­lusz dla ochrony przed desz­czem... Pu­entę aneg­doty ze­psuł co prawda pod­le­śny Guń­kie­wicz przed­wcze­snym wy­bu­chem śmie­chu w miej­scu aku­rat nie­za­wie­ra­ją­cym nic dow­cip­nego - mimo to jed­nak Knopf się uśmie­chał, co było ist­nym fe­no­me­nem na prze­strzeni trzech gu­berni i w ciągu kilku lat.

Ge­ne­rał, ra­mol­cio13 nie­źle za­kon­ser­wo­wany, trzy­mał się z wła­ściwą po­wagą. Pi­sa­rza i wójta przy tej im­pro­wi­zo­wa­nej wie­cze­rzy pra­wie nie do­strze­gał, zno­sił jed­nak bez pro­te­stu ich obec­ność i nic nie miał prze­ciwko temu, żeby spo­ży­wali z ape­ty­tem kur­częta, płaty pie­czeni na zimno ta­kiej i owa­kiej, żeby przy­mknąw­szy oczy "spusz­czali" kie­li­chy "bret­na­lówki"14, "za­gry­zali" rze­czone kie­li­cha szkla­ni­cami piwa, a "roz­grze­wali się" her­batą z ara­kiem. Guń­kie­wi­cza za­szczy­cał od czasu do czasu sło­wem ge­ne­ral­skim, z Knop­fem - roz­ma­wiał. Sam jadł z wolna i po­pi­jał her­batę.

Ge­ne­rał był Po­la­kiem i osten­ta­cyj­nie za­wsze mó­wił po pol­sku, na­wet w urzę­dach. Znać było w jego wy­mo­wie pewne za­cię­cie i ak­cent ro­syj­ski, ale ów ak­cent pa­so­wał ja­koś do jego wy­nio­słej fi­gury, do gru­bej kurty szcze­gól­nego kroju, okrą­głej czapki z czer­wo­nym lam­pa­sem i nie­by­wa­łej wiel­ko­ści dasz­kiem, do su­kien­nych ka­ma­szów i si­wych pod­krę­co­nych wą­sów.

Ogień bu­chał pod­sy­cany przez strzelca. Su­chy ja­ło­wiec pa­lił się z we­so­łym trza­skiem. Z lasu le­ciał po ro­sie wie­czor­nej ło­skot sie­kier. Ło­skot ude­rzał w lasy, w ogromne świę­to­krzy­skie bory jo­dłowe, w pusz­czę wil­gotną, senną, niemą, głu­chą. Echa cio­sów mknęły od góry do góry, od kniei do kniei, w dal czarną, w noc, we mgłę. Od­bite, wy­pę­dzone, da­le­kie głosy drżały kę­dyś za świa­tem i zza świata wo­łały. Prze­lę­kłe, nie­wy­mowne wra­cały z dali, z mo­cza­rów, gdzie nikt nie cho­dził, gdzie "stra­szy". Co pe­wien czas roz­le­gał się wśród stuku sie­kier ja­do­wity trzask le­cą­cego drzewa, szum i ło­mot ob­szaru jego ga­łęzi, po­tężny, głu­chy grzmot upadku wiel­kiego pnia. Echo po­ry­wało ten głos i nio­sło w ciem­no­nocną da­le­kość wieść co­raz głuch­szą, o tym cio­sie przej­mu­jące zwia­sto­wa­nie... Wszy­stek15 las ła­mał się i roz­pa­dał, hu­czał wszyst­kimi drze­wami świa­dec­two nie­za­po­mniane i ży­wym gło­sem z ciem­no­ści wzy­wał...

Wy­pły­nął z za­słon le­śnych ol­brzymi, czer­wony księ­życ i wolno szedł wśród ciem­nych ob­ło­ków. To­wa­rzy­stwo ze­brane przy ogni­sku za­mil­kło. Chłód po­wiał. Mój wierz­cho­wiec (siwa szkapa fol­warczna, ja­sno­ko­ści­sta pół­e­me­rytka, któ­rej po przy­jeź­dzie na wa­ka­cje ob­cią­łem był16 ogon i grzywę, którą tor­tu­ro­wa­łem po­prę­gami17 sta­rej kul­baki18 i zmu­sza­łem do za­bój­czych ga­lo­pów) stał w po­bliżu ogni­ska. Wi­dać było po­czciwy łeb i przed­nie ło­patki, ­ko­pyta na eme­ry­tu­rze, a nade wszystko oczy, prze­dziw­nie roz­my­śla­jące o pło­ną­cym ogni­sku i o nas, lu­dziach tam ze­bra­nych...

Ge­ne­rał od dawna po­sta­wił szklankę na tacy i sie­dział wy­pro­sto­wany, z nogą zgrab­nie od­sta­wioną, a pier­sią wy­su­niętą. ­Cza­sami oglą­dał się na las. Słu­chał, jak echa grają, i znowu usta­wiał głowę we wła­ści­wej for­mie.

1 pled - ro­dzaj koca z gru­bej wełny.

2 wy­krot - drzewo prze­wró­cone przez wiatr i dół lub jama pod jego ko­rze­niami.

3 arak - mocny, aro­ma­tyczny na­pój al­ko­ho­lowy otrzy­my­wany z trzciny cu­kro­wej, ryżu i eg­zo­tycz­nych kwia­tów.

4 Z mie­dzia­kiem za "uśmie­rie­nie pol­skiego mia­tieża" (ros.) - me­dal za stłu­mie­nie pol­skiego po­wsta­nia; cho­dzi tu o po­wsta­nie stycz­niowe.

5 pro­mora (dawn., slang.) - pro­mo­cja do na­stęp­nej klasy.

6 ple­ni­po­tent (łac.) - peł­no­moc­nik.

7 do­na­ta­riusz (łac.) - osoba, któ­rej nadano ja­kieś do­bra.

8 ukaz zmian grun­tów - cho­dzi o re­formę uwłasz­cza­jącą chło­pów na zie­miach pol­skich pod za­bo­rem ro­syj­skim w 1864 r.

9 po­życzka - tu w zna­cze­niu: włosy za­cze­sane do przodu w taki spo­sób, żeby ma­sko­wać ły­sinę.

10 awan­so­wał się - tu w zna­cze­niu: po­su­wał się, skła­niał się.

11 neu­ra­ste­nik - czło­wiek cho­ru­jący na neu­ra­ste­nię, jedną z częst­szych form ner­wicy.

12 astro­la­bia - dziś po­praw­nie: astro­la­bium, przy­rząd słu­żący do okre­śla­nia po­ło­że­nia i ru­chu ciał nie­bie­skich, a póź­niej (jak w tym kon­tek­ście) do po­mia­rów geo­de­zyj­nych.

13 ra­mol­cio - zdrob­nie­nie od "ra­mol", po­gar­dli­wego słowa opi­su­ją­cego sta­rego, nie­do­łęż­nego męż­czy­znę.

14 bret­na­lówka - mocna wódka, do któ­rej wrzu­cano ka­wa­łek że­laza (np. gwóźdź), co miało nada­wać trun­kowi więk­szej mocy.

15 wszy­stek (dawn.) - tu w zna­cze­niu: cały.

16 ob­cią­łem był - czas za­prze­szły, dawna forma gra­ma­tyczna, nie­uży­wana obec­nie w pol­sz­czyź­nie, słu­żąca do okre­śle­nia uprzed­nio­ści ja­kie­goś prze­szłego wy­da­rze­nia wzglę­dem in­nego prze­szłego wy­da­rze­nia.

17 po­pręg - skó­rzany pas słu­żący do mo­co­wa­nia sio­dła na ko­niu.

18 kul­baka - ro­dzaj sio­dła.

Pro­ble­ma­tyka

Ty­tuł opo­wia­da­nia Roz­dzio­bią nas kruki, wrony... zo­stał za­czerp­nięty z utworu Idzie żoł­nierz bo­rem, la­sem (wy­stę­pu­ją­cego także pod in­nymi ty­tu­łami, m.in. Pio­senka o żoł­nie­rzu tu­ła­czu), ma­ją­cego ko­rze­nie w utwo­rach sta­ro­pol­skich. Ty­tu­łowe kruki i wrony mają w tek­ście kilka zna­czeń:

- do­słowne: kruki i wrony roz­dzio­bują ciało mar­twego po­wstańca i ko­nia;

- me­ta­fo­ryczne: ptaki zbli­ża­jące się do tru­chła zo­stają po­rów­nane do lo­ja­li­stów, prze­ciw­ni­ków po­wsta­nia, któ­rzy kie­rują się wła­snym in­te­re­sem;

- sym­bo­liczne: ciało po­wstańca roz­szar­py­wane przez ptaki jest sym­bo­lem Pol­ski roz­ry­wa­nej przez za­bor­ców, że­ru­ją­cych na pod­bi­tym kraju.

Pta­sie po­rów­na­nia w utwo­rze na­wią­zują także do sceny z Dzia­dów cz. III Adama Mic­kie­wi­cza. W Ma­łej im­pro­wi­za­cji Kon­rad po­rów­nuje się do orła, któ­remu czarny kruk, sym­bo­li­zu­jący Ro­sję, za­sła­nia losy Pol­ski. W Roz­dzio­bią nas kruki, wrony... Szy­mon Win­rych zo­staje po­rów­nany do orła, ze względu na włosy w nie­ła­dzie i dłu­gie pa­znok­cie - szpony, a po śmierci zo­staje roz­szar­pany przez ty­tu­łowe ptaki.

Opo­wia­da­nie zo­stało po­świę­cone oce­nie po­wsta­nia stycz­nio­wego. Nie zo­stała ona wy­ra­żona bez­po­śred­nio, a po­przez su­ge­stywne i me­ta­fo­ryczne ob­razy. Bo­ha­te­rem opo­wia­da­nia jest An­drzej Bo­recki, uży­wa­jący pseu­do­nimu Szy­mon Win­rych. Nie­gdyś pro­wa­dził barwne stu­denc­kie ży­cie w War­sza­wie, które po­rzu­cił na rzecz walki z za­borcą. Ak­cja opo­wia­da­nia roz­grywa się je­sie­nią 1864 roku w oko­li­cach Na­siel­ska. Po­wsta­nie już upada, Win­rych nie ma na­dziei na zwy­cię­stwo, ale mimo to nie pod­daje się. Jego upór i za­an­ga­żo­wa­nie są he­ro­iczne, ale spo­sób przed­sta­wie­nia bo­ha­tera jest da­leki od pa­tosu i wznio­sło­ści: Win­rych jest ob­darty, zzięb­nięty, głodny, wy­nędz­niały. Wy­siłki po­wstańca są ska­zane na po­rażkę, z czego bo­ha­ter do­sko­nale zdaje so­bie sprawę. W jego wy­po­wie­dzi au­tor za­warł wła­sną ocenę po­wsta­nia, sfor­mu­ło­waną 30 lat po jego upadku: prze­grana ozna­cza za­ha­mo­wa­nie zry­wów nie­pod­le­gło­ścio­wych w przy­szło­ści, po­grą­że­nie się w stra­chu i ma­ra­zmie, su­rową ocenę po­wstań­ców i prze­kre­śle­nie ich po­świę­ce­nia. Taka per­spek­tywa by­łaby nie­do­stępna bez­po­śred­niemu uczest­ni­kowi tych wy­da­rzeń. Śmierć Win­ry­cha da­leka jest także od he­ro­icz­nej śmierci na polu bi­twy. Bo­ha­ter zo­staje bru­tal­nie za­mor­do­wany przez ro­syj­skich zwia­dow­ców, kona długo w bło­cie i stru­gach desz­czu, przy za­strze­lo­nym przy­pad­kiem ko­niu, a jego trupa naj­pierw roz­dzio­bują ptaki, a póź­niej okrada nie­znany z imie­nia chłop z oko­licy, który wrzuca zwłoki do dołu. Przy­czyną klę­ski po­wsta­nia stycz­nio­wego w per­spek­ty­wie Że­rom­skiego były pro­blemy spo­łeczne. Win­rych, szlach­cic, przy­łą­czył się do po­wsta­nia i dzia­łał z wiel­kim po­świę­ce­niem. Jego wy­siłki były jed­nak bez­owocne, po­nie­waż chłopi w więk­szo­ści nie przy­łą­czyli się do po­wsta­nia. Przez stu­le­cia byli wy­zy­ski­wani przez szlachtę, ni­gdy nie zo­stali włą­czeni do wspól­noty na­ro­do­wej, w po­wsta­niu nie wi­dzieli szansy na wy­zwo­le­nie, a ra­czej za­gro­że­nie po­wro­tem wcze­śniej pa­nu­ją­cych w Pol­sce sto­sun­ków mię­dzy szlachtą a chłop­stwem. Dla­tego też po­czy­na­nia chłopa, ob­dzie­ra­ją­cego trupa z resz­tek, nie zo­stają w Roz­dzio­bią nas kruki, wrony... po­tę­pione. Nę­dza, w ja­kiej żyli chłopi, po­py­chała ich do róż­nych, czę­sto mało chwa­leb­nych dzia­łań w walce o prze­trwa­nie. Za­ra­zem nę­dza ta była efek­tem wie­lo­wie­ko­wego wy­zy­sku. Strach przed po­wro­tem pańsz­czy­zny zo­stał umie­jęt­nie wy­ko­rzy­stany przez ca­rat, aby na­sta­wić chło­pów wrogo do po­wstań­ców. Że­rom­ski zja­dli­wie oce­nia także lo­ja­li­stów, czyli zwo­len­ni­ków współ­pracy z za­bor­cami i prze­ciw­ni­ków po­wsta­nia. Ptaki roz­szar­pu­jące zwłoki Win­ry­cha zo­stają po­rów­nane wła­śnie do nich - kie­ru­ją­cych się wła­snym in­te­re­sem, wolą prze­trwa­nia.

Opisy, utrzy­mane w kon­wen­cji na­tu­ra­li­stycz­nej, ro­bią pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Że­rom­ski opi­suje okru­cień­stwo ro­syj­skich żoł­nie­rzy, dro­bia­zgowo re­la­cjo­nuje roz­dzio­by­wa­nie zwłok Win­ry­cha przez ptaki, nie szczę­dzi szcze­gó­łów do­ty­czą­cych zła­ma­nej nogi ko­nia i jego walki o ży­cie. Dzia­ła­nia bo­ha­te­rów, za­równo ludz­kich, jak i zwie­rzę­cych, są mo­ty­wo­wane walką o byt - ptaki roz­szar­pu­jące zwłoki, jak i ogra­bia­jący je chłop dzia­łają in­stynk­tow­nie, kie­rują się wła­snym in­te­re­sem bez roz­te­rek mo­ral­nych. Jako ta­kie nie pod­le­gają też w opo­wia­da­niu oce­nie etycz­nej, nar­ra­tor wska­zuje na to, że za­cho­wa­nie chłopa jest efek­tem wy­nisz­cza­ją­cych wa­run­ków ży­cia i wie­lo­wie­ko­wych re­la­cji spo­łecz­nych. Barwny, bru­talny ję­zyk i ma­ka­bryczne ob­razy uzu­peł­niają im­pre­sjo­ni­styczne opisy przy­rody - ulew­nego desz­czu, błota, sza­rzy­zny. Przy­roda nie tylko współ­two­rzy ob­raz schyłku po­wsta­nia, bez­na­dziei i roz­pa­czy, ale także jest od­bi­ciem stanu psy­chicz­nego bo­ha­tera. Sceny z Roz­dzio­bią nas kruki, wrony... mają także sens sym­bo­liczny - bru­talne opisy jed­nost­ko­wej sy­tu­acji są za­ra­zem ob­ra­zem ca­łego po­wsta­nia, re­la­cji spo­łecz­nych w Pol­sce, a także przy­szło­ści kraju po 1864 roku.

Roz­dzio­bią nas kruki, wrony... - naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje!

czas i miej­sce ak­cji: je­sień 1864 roku, oko­lice Na­siel­ska główny bo­ha­ter: An­drzej Bo­recki (Szy­mon Win­rych), po­wsta­niec stycz­niowy opo­wia­da­nie utrzy­ma­nie w kon­wen­cji na­tu­ra­li­stycz­nej im­pre­sjo­ni­styczne opisy przy­rody zna­cze­nie sym­bo­liczne: hi­sto­ria Win­ry­cha, poza sen­sem do­słow­nym, jest sym­bo­lem po­wsta­nia i lo­sów Pol­ski po jego upadku przy­czyny upadku po­wsta­nia: kon­flikt spo­łeczny mię­dzy szlachtą a chłop­stwem, wy­zy­ski­wa­nym przez setki lat pańsz­czy­zny

Pro­ble­ma­tyka

Po­wsta­nie stycz­niowe było jed­nym z istot­niej­szych wąt­ków w twór­czo­ści Ste­fana Że­rom­skiego. Echa le­śne uka­zały się w 1905 roku. Opo­wia­da­nie roz­po­czyna scena bie­siady w le­sie, ze­brani na po­la­nie męż­czyźni nad­zo­rują wy­cinkę drzew i ocze­kują na ko­niec prac, roz­ma­wia­jąc, je­dząc i pi­jąc. Są przed­sta­wi­cie­lami róż­nego ro­dzaju urzę­dów i pro­fe­sji, w ich cel­nej i miej­scami iro­nicz­nej cha­rak­te­ry­styce nar­ra­tor daje prze­gląd róż­nych ty­pów ludz­kich, re­pre­zen­tan­tów wiej­sko-ma­ło­mia­stecz­ko­wej spo­łecz­no­ści. Las, przy któ­rym sie­dzą bo­ha­te­ro­wie, sta­nowi po­most mię­dzy te­raź­niej­szo­ścią a prze­szło­ścią. Ge­ne­rał Roz­łucki, Po­lak mó­wiący z sil­nym ro­syj­skim ak­cen­tem, od py­tań o oko­liczne te­reny prze­cho­dzi do opo­wia­da­nia hi­sto­rii swo­jej ro­dziny. Ty­tu­łowe echa le­śne to wspo­mnie­nia nie­daw­nych wy­da­rzeń, echa po­wsta­nia, które cią­gle ­po­brzmie­wają w tle. Po­dob­nie jest z hi­sto­rią ro­dziny Roz­łuc­kich.

Stryj i bra­ta­nek wy­zna­wali te same war­to­ści: woj­sko­wego ­ho­noru i lo­jal­no­ści. Każdy z nich ro­zu­miał je jed­nak ina­czej. Dla ­ge­ne­rała Roz­łuc­kiego ozna­czały one wier­ność władcy i woj­sko­wym za­sa­dom, dla jego bra­tanka Jana - lo­jal­ność wo­bec oj­czy­zny i ro­da­ków. Obaj są wierni swoim prze­ko­na­niom aż do końca i po­stę­pują w zgo­dzie z nimi, choć obie­rają zu­peł­nie inne kie­runki dzia­ła­nia i przyj­mują zu­peł­nie od­mienne po­stawy wo­bec po­wsta­nia stycz­nio­wego. Bra­ta­nek przy­łą­cza się do po­wsta­nia, na­ma­wia­jąc w po­że­gnal­nym li­ście ge­ne­rała do tego sa­mego, stryj zgod­nie z roz­ka­zem wal­czy z od­dzia­łami po­wstań­czymi, a przy­łą­cze­nie się do nich uważa za zdradę. Po roz­bi­ciu od­działu Jan dum­nie pod­daje się ka­rze śmierci i nie oka­zuje skru­chy ani stra­chu, jego stryj zgod­nie z za­sa­dami wy­daje na niego wy­rok śmierci za de­zer­cję z car­skiej ar­mii i przy­łą­cze­nie się do po­wsta­nia. W opo­wia­da­niu zo­stał uka­zany tra­gizm pol­skich lo­sów, ro­dzaj fa­tum: nie­za­leż­nie od pod­ję­tych de­cy­zji za­równo stryj, jak i bra­ta­nek, uwi­kłani w ­hi­sto­ryczne wy­da­rze­nia, po­no­szą klę­skę.

W opo­wia­da­niu po­ja­wia się także kwe­stia wy­cho­wa­nia ko­lej­nego po­ko­le­nia. Ostat­nią wolą Jana jest to, aby jego stryj wy­cho­wał Pio­tru­sia, syna Jana, na Po­laka i pa­triotę. Ge­ne­rał Roz­łucki od­ma­wia od­po­wie­dzi na py­ta­nie, czy wy­peł­nił ostat­nią wolę bra­tanka - mo­żemy do­my­ślać się, że jej nie speł­nił, ale miał w związku z nią roz­ma­ite roz­terki. Można od­nieść wra­że­nie, że za­borcy zwy­cię­żyli - po­wsta­nie upa­dło, ży­cze­nie Jana do­ty­czące wy­cho­wa­nia syna praw­do­po­dob­nie nie zo­stało speł­nione - ale po­wra­ca­jący w ­li­te­ra­tu­rze ob­raz bez­i­mien­nej mo­giły, sa­mot­nego krzyża nad miej­scem spo­czynku po­wstańca, wska­zuje na to, że pa­mięć o po­wsta­niu prze­trwała, a wraz z nią toż­sa­mość na­ro­dowa Po­la­ków, po­brzmie­wa­jąca jak echo.

Ważne po­ję­cia:

na­tu­ra­lizm: kie­ru­nek w sztuce, po­wstał w 2. po­ło­wie XIX wieku we Fran­cji; na roz­wój na­tu­ra­li­zmu miała wpływ fi­lo­zo­fia H. Ta­ine'a i K. Dar­wina; po­le­gał na od­twa­rza­niu rze­czy­wi­sto­ści w opar­ciu o ob­ser­wa­cję, zmniej­sza­jąc rolę nar­ra­tor­skiego ko­men­ta­rza, mo­ra­li­zo­wa­nia czy oceny; czę­sto kon­cen­tro­wał się na ciem­nym, ni­skim, brud­nym lub prze­cięt­nym mo­delu albo te­ma­cie; bo­ha­te­rami utwo­rów na­tu­ra­li­stycz­nych czę­sto były po­staci z ni­zin spo­łecz­nych, uka­zy­wane w spo­sób de­ter­mi­ni­styczny (czło­wiek pod­le­ga­jący pra­wom na­tury i wal­czący o prze­trwa­nie) sym­bo­lizm: kie­ru­nek w sztuce, po­wstał pod ko­niec XIX wieku we Fran­cji i Bel­gii; na roz­wój sym­bo­li­zmu miała wpływ fi­lo­zo­fia A. Scho­pen­hau­era i H. Berg­sona; za­kła­dał, że świat po­zna­walny zmy­słami jest tylko jed­nym z po­zio­mów ist­nie­nia, drugi, po­za­zmy­słowy po­ziom nie pod­lega in­ter­pre­ta­cji ro­zu­mo­wej i nie można go opi­sać za po­mocą ję­zyka, a je­dy­nie za po­mocą sym­bolu, ro­zu­mia­nego jako znak, który ma dwa po­ziomy zna­cze­nia: do­słowny i ukryty, wie­lo­znaczny, na który można na­pro­wa­dzić od­biorcę, ale który ni­gdy nie jest po­dany bez­po­śred­nio im­pre­sjo­nizm: kie­ru­nek w sztuce, po­wstał w 2. po­ło­wie XIX wieku we Fran­cji i po­cząt­kowo roz­wi­jał się w ma­lar­stwie, na­stęp­nie za­czął wpły­wać na inne dzie­dziny; pró­bo­wał uchwy­cić zmienną rze­czy­wi­stość i su­biek­tywne, ulotne wra­że­nia, ja­kie wy­wiera ona na jed­no­stce; w li­te­ra­tu­rze ozna­cza po­ło­że­nie na­ci­sku na opis wra­żeń i do­znań pod­miotu, pod­kre­śle­nie zna­cze­nia barw, dźwię­ków, za­pa­chów, do­świad­czeń zmy­sło­wych jed­nostki re­tro­spek­cja: przy­wo­ła­nie wcze­śniej­szych wzglę­dem ak­cji wy­da­rzeń przez bo­ha­tera lub nar­ra­tora mo­tyw: naj­mniej­sza jed­nostka świata przed­sta­wio­nego, np. zda­rze­nie, przed­miot, ce­cha, sy­tu­acja, prze­ży­cie; mo­tywy mają za­ra­zem ce­chy in­dy­wi­du­ali­zu­jące (cha­rak­te­ry­styczne uży­cie da­nego mo­tywu w kon­kret­nym tek­ście li­te­rac­kim) i sys­te­ma­ty­zu­jące (po­wta­rzal­ność mo­ty­wów w ob­rę­bie hi­sto­rii li­te­ra­tury)