Rozdziobią nas kruki, wrony..., Echa leśne. Lektura z opracowaniem - Stefan Żeromski
6.99 zł

6.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
Ani jeden żywy promień nie zdołał przebić powodzi chmur, gnanych przez wichry. Skąpa jasność poranka rozmnożyła się po kryjomu, uwidoczniając krajobraz płaski, rozległy i zupełnie pusty. Leciała ulewa deszczu, sypkiego jak ziarno. Wiatr krople jego w locie podrywał, niósł w kierunku ukośnym i ciskał o ziemię.
Ponura jesień zwarzyła już i wytruła w trawach i chwastach wszystko, co żyło. Obdarte z liści, sczerniałe rokiciny2 żałośnie szumiały, zniżając pręty aż do samej ziemi. Kartofliska, ściernie3, a szczególniej role świeżo uprawne i zasiane, rozmiękły na przepaściste bagna. Bure obłoki, podarte i rozczochrane, leciały szybko, prawie po powierzchniach tych pól obumarłych i przez deszcz schłostanych.
Właśnie o samym świcie Andrzej Borycki (bardziej znany pod przybranym nazwiskiem Szymona Winrycha) wyjechał zza pagórków rajgórskich i skierował się pod Nasielsk4, na szerokie płaszczyzny. Porzuciwszy zarośla, trzymał się przez czas pewien śladu polnej drożyny, gdy mu ta jednak zginęła w kałużach, ruszył wprost przed siebie, na poprzek zagonów5.
Przez dwie noce już czuwał i trzeci dzień wciąż szedł przy wozie. Buty mu się w rzadkim błocie rozciapały tak misternie, że przyszwy6 szły swoim porządkiem, podeszwy swoim porządkiem, a bose stopy w zupełnym odosobnieniu. Bardzo przemókł i przeziąbł do szpiku kości. Któż by zdołał poznać w tym obdartusie byłego prezesa najweselszej pod księżycem konfraterni7 tzw. śrubstaków8, dawnego Jędrka, króla i padyszacha9 syren warszawskich? Włosy mu porosły "w orle pióra", paznokcie "w dzikie szpony", chodził teraz w przepoconej sukmanie10, żarł chciwie razowiec ze sperką11 i żłopał gorzałę z taką naiwnością, jakby to była woda sodowa z sokiem porzeczkowym.
Konie były głodne i zgonione tak dalece, że co pewien czas ustawały. Nic dziwnego: koła zarzynały się w błoto po szynkle12, a na drabiniastym wozie pod trochą13 olszowego chrustu, siana i słomy leżało samych karabinków sztuk sześćdziesiąt i kilkanaście pałaszów14, nie licząc broni drobniejszej. Były to wcale niezłe szkapy: rosłe, podkasane15, prawie chude, ale ze świetnej rasy pociągowej. Mogły jak nic robić dziesięć mil16 na dobę, byleby im pozwolić dobrze wytchnąć dwa razy i uczciwie je popaść. Konie należały do pewnego sztachetki z okolic Mławy. Stanowiły one znaczną część jego majątku, bo posiadał summa summarum17 trzy szkapy, jednakże pożyczał ich Winrychowi na każde zapotrzebowanie. Ostatni przychodził zazwyczaj późno w nocy, stukał do okna domostwa - wychodzili obydwaj z gospodarzem, wyprowadzali konie cichaczem, aby nie budzić parobka, wytaczali wóz i jazda! Letnią porą była to rzecz wcale łatwa, owa jazda. We dnie Winrych spał w gąszczach leśnych, a konie się pasły. Teraz niepodobna było ani spać, ani popasać. Winrych liczył na to, że go ktoś zluzuje, zwłaszcza, że najuciążliwsze posterunki i przeszkody szczęśliwie wyminął. Ale nie takie to już były czasy... Jeżeli kto jeszcze na tej ziemi walczył w całym i zupełnym znaczeniu tego słowa, to on, Winrych. On jeden jeszcze chodził po broń, jeden nie upadał na duchu. Gdyby nie on, i sama partia18 byłaby się od dawna rozleciała na cztery strony świata. Przez długi czas tych ludzi ściganych, głodnych, przeziębłych i wylęknionych wspierał swymi szyderczymi półsłowami i podniecał jak chłostą. Teraz, gdy już wszystko runęło na łeb w bezdenną jamę trwogi, on się, jak to mówią, zawziął. W miarę tego, jak nie tylko do głębi nastrojów i sumień, ale do podstaw tzw. polityki rewolucyjnej wciskać się poczęła coraz bezczelniej i natarczywiej filozoficzna zasada: fratres, rapiamus, capiamus, fugiamusque19 - on czuł w sobie upór coraz zuchwalszy, coraz straszliwiej bolesny i już prawie szalony...
Gdy tak zmoknięty, głodny i bardzo znużony brnął przy wozie, poczęło, jakby wraz z zimnem, wsiąkać w niego uczucie nędzy. W kieszeni nie miał już ani okruszyny chleba i ani kropli wódki we flaszce. Dziurawe buty, absolutnie wzięte (jeżeli, nota bene20, był w nich milimetr rzemienia, zasługujący na to, aby był absolutnie czy tam inaczej brany)21, nie mogły być przyczyną owego uczucia nędzy. Nie sam głód również i nie samo zimno je wywoływało. Ale po śladach, zostawionych na błocie przez te dziurawe buty, szła za Winrychem ironia spostrzeżeń, owa bieda okrutna, co nie waha się wtargnąć do miejsca świętego świętych22, co odważnie, jak plugawy lichwiarz, bierze w szachrajską swą rękę bezcenne klejnoty ludzkiego ducha i drwi z ich wartości, ubierając tę podłość w najlogiczniejsze sylogizmy23.
- Wszystko przełajdaczone - szepcze Winrych, pogwizdując - przegrane nie tylko do ostatniej nitki, ale do ostatniego westchnienia wolnego. Teraz dopiero wyleci na świat strach o wielkich ślepiach, ze stojącymi na łbie włosami, i wypędzi z mysich nor wszystkich metafizyków reakcji i proroków ciemnoty. Czego dawniej nie ważyłby się jeden drugiemu do ucha powiedzieć, to teraz będą opiewali heksametrem24. Ile w człowieku jest zbója i zdrajcy, tyle z niego wywleką, na widok publiczny ukażą i ku czci oraz naśladowaniu podadzą. I pomyśleć, że to my taki sprawiliśmy postęp wyobrażeń, ponieważ przegraliśmy...
Mocniej zacisnął pas wełniany, osłonił piersi sukmaną i ruszył dalej, zwiesiwszy głowę. Czasami ją podnosił i mówił przez zęby:
- Psy parszywe!
Deszcz ostry nacichł i siał tylko ów pył wodny, nieustanny, zawieszający tuż przed okiem jakby nieprzejrzystą zasłonę. Podmuchy wiatru szalały dokoła wozu, gwizdały między sprychami25, wydymały długie poły sukmany i targały koszulę na Winrychu.
Za zasłoną mgły dał się nagle postrzec jakiś ruch jednostajny, równoległy do ledwie widocznego horyzontu. Mógł to być szereg wozów, stado bydła, albo - wojsko.
Winrych patrzał przez chwilę, przymrużywszy powieki. Doznawał takiego wrażenia, jakby ktoś zagiął palec pod żyłę krwionośną w jego piersiach i wydzierał ją na zewnątrz.
- Moskale... - wyszeptał.
Dał koniom po siarczystym bacie, ściągnął lejce, zawrócił prawie na miejscu i zaczął uciekać. Nie chciał, a raczej nie mógł odwrócić głowy, ażeby się obejrzeć poza siebie i zbadać, co się tam dzieje. Zdawało mu się, że umknie na bok niepostrzeżony. Nieszczęście chciało, że miejsce było gołe i puste w promieniu wiorst26 kilku.
1 Tytuł zaczerpnięty ze starej pieśni żołnierskiej, występującej w folklorze pod różnymi tytułami, m.in. Idzie żołnierz borem, lasem, Piosnka o żołnierzu tułaczu, Idą strzelcy.
2 rokicina - gatunek wierzby.
3 ściernie - krótkie, ostre łodygi pozostałe po ścięciu zboża; pole po ścięciu zboża określa się jako ściernisko.
4 Nasielsk - miasto w Polsce, obecnie w województwie mazowieckim.
5 zagon - długi, wąski pas ziemi uprawnej.
6 przyszwa - część buta okrywająca stopę, przyszyta do podeszwy i - jeżeli but ją posiada - cholewy.
7 konfraternia (dawn., łac.) - stowarzyszenie, bractwo, związek.
8 śrubstak (daw., niem.) - imadło, przyrząd do odkręcania śrub; w kontekście tekstu Żeromskiego słowo to, wyodrębnione graficznie i wprowadzone skrótem "tzw.", nie odwołuje się do swojego oryginalnego znaczenia, ale stanowi po prostu nazwę własną warszawskiej grupy studenckiej.
9 padyszach (pers.) - tytuł używany przez tureckich sułtanów i perskich szachów, dosłownie "opiekun-król"; tu w znaczeniu: najwyższy władca.
10 sukmana - długie odzienie męskie, wykonane z sukna, powszechnie noszone w dawnej Polsce przez ludność wiejską.
11 sperka (dawn.) - a. szperka, słonina.
12 zarzynały się w błoto po szynkle - zanurzały się w błoto aż po osie koła, czyli do połowy; szynkiel (dawn., niem.) - końcówka osi koła.
13 trocha (dawn.) - mała ilość, odrobina.
14 pałasz - broń sieczna o konstrukcji pomiędzy szablą a mieczem, często stosowana przez kawalerię.
15 podkasany - w odniesieniu do zwierząt: mający cienkie, długie nogi i bardzo szczupły brzuch.
16 mila - tu w znaczeniu: historyczna miara długości stosowana na ziemiach polskich, w okresie, który opisuje Żeromski, wynosząca ok. 7,5 km.
17 summa summarum (łac.) - podsumowując, razem, ogółem.
18 partia - tu w znaczeniu: oddział powstańców.
19 fratres, rapiamus, capiamus, fugiamusque (łac.) - bracia, porywajmy, chwytajmy, uciekajmy.
20 nota bene (łac.) - zauważ dobrze; określenie używane w znaczeniu: nawiasem mówiąc, w dodatku, warto podkreślić, stosowane wewnątrz zdania dla podkreślenia jakiegoś jego elementu; we współczesnej polszczyźnie zapisywane łącznie: notabene.
21 buty, absolutnie wzięte (jeżeli [...] był w nich kawałek rzemienia, zasługujący na to, aby był [...] brany) - buty powiązane za pomocą resztek rzemienia, tak żeby utrzymać je w całości.
22 do miejsca świętego świętych - do miejsca najświętszego ze świętych.
23 sylogizm - schemat rozumowania złożony z dwóch przesłanek i wniosku, który z nich wynika; tu w znaczeniu: logiczne, przekonujące rozumowanie.
24 heksametr - miara rytmiczna w starożytnej poezji greckiej i rzymskiej, w ramach której wers dzielony jest na sześć jednostek rytmicznych, określanych jako stopy rytmiczne; na bazie klasycznego heksametru na przełomie XVIII i XIX w. powstał tzw. heksametr polski, dostosowany do charakteru języka polskiego. Czego dawniej nie ważyłby się jeden drugiemu do ucha powiedzieć, to teraz będą opiewali heksametrem - rzeczy dawniej budzące wstyd będą teraz publikowane jako poezje.
25 sprychy - dziś poprawnie: szprychy.
26 wiorsta - historyczna rosyjska jednostka długości, wynosząca trochę ponad 1 km.
Pan generał Rozłucki siedział uroczyście na stołku składanym. Stołek ów (własność przenośna geometry Knopfa) mieścił się w samym środku dywanu zdjętego znad łóżka mojej matki. Po drugiej stronie ogniska, na pniaku z wzorową starannością zasłanym pledem1, w gumowym płaszczu do samej ziemi, niby w ruchomym namiocie, kurczył się i wykrzywiał wzmiankowany wyżej geometra Knopf. Obok niego w rosochatych gałęziach wykrota2, przyniesionego przez strzelca, niewygodnie tkwił podleśny Guńkiewicz, piastując z pieczołowitością szklaneczkę araku3 z dodanymi dla pozoru dwiema łyżeczkami herbaty. Pisarz gminny Olszakowski i stary wójt Gała z miedziakiem za "uśmierienie polskiego miatieża"4 na rudej sukmanie - siedzieli obok siebie. Ojciec mój, przywykły na polowaniach do lasu, wpół leżał na ziemi, a niżej podpisany, zaszczycony właśnie promorą5 z klasy drugiej do trzeciej, był wszędzie, gdzie go nie posieli.
Dymisjonowany generał Rozłucki, plenipotent6 jednego z najbardziej sowicie obdarowanych donatariuszów7, zjechał był właśnie do folwarku od dawien dawna dzierżawionego przez mego ojca, ażeby, wskutek wynikłych z ukazu zamian gruntów8, przyłączyć z lasów rządowych do obszaru dworskiego znaczny płat boru.
Odcięcie trójkąta leśnego już się prawie dokonało. Geometra Knopf, który od tygodnia "bawił" w domu naszym ku śmiertelnemu wszystkich udręczeniu, wyciął nareszcie "linię", a wynajęci drwale już ją od dawna rąbali, w starym, ciemnym lesie. Plenipotent, który również gościł już od trzech dni na folwarku, miał zamiar co prędzej oddać ojcu mojemu w obecności władz miejscowych las przyłączony. Dwie partie chłopów rąbały linię, zbliżając się ku sobie ze stron przeciwległych. Sądzono, że uda się sprawę załatwić przed zachodem słońca. Tymczasem noc głucha zapadła, a linia nie była jeszcze doszczętnie wycięta. Generał postanowił bądź co bądź nazajutrz wyjechać. Urzędnicy pragnęli również ukończyć czynność. Zgodzono się tedy, żeby prowadzić robotę nocą, choćby do rana.
Tuż pod lasem rozłożono ognisko. Ze dworu odległego o jakie dwie wiorsty przyniesiono kolację - i oto czekaliśmy na ścięcie kilkudziesięciu pozostałych jodeł, bawiąc się w miarę możności.
Wszyscy byli w nie najgorszych humorach. Poczciwy Guńkiewicz z resztą "pożyczki" na skroniach9 i brodziną uczernioną tanim czernidłem wychlipał już był co najmniej dziewięć szklanek herbaty z arakiem, obawiając się tkliwie, gdym mu nową podawał, czy też aby nie będzie za wiele, "boć to, zdaje się, już trzecia"... Zapewniałem go ze stanowczością osoby, która nabyła właśnie wielkiej biegłości w arytmetyce aż do ułamków dziesiętnych, że "bynajmniej" - więc poddawał się oczywiście, ulegał z pokorą światłu wiedzy i przyjmował nową porcyjkę araku.
Pisarz gminny Olszakowski, znawca wszelakiego rodzaju spraw człowieczych, osobliwie zaś powiatowo-gminnych sposobów piorunującego robienia majątku (za co nawet "cierpiał" już był przez czas pewien w kieleckim kryminale), geniusz niewątpliwy, który mógłby z powodzeniem piastować urząd ministra spraw wewnętrznych czy zewnętrznych, a nawet bez żadnego wysiłku te obydwie godności, notoryczny łapownik, zdzierca chłopów i wyzyskiwacz Żydów, najznakomitszy wymijacz prawa i grasant parafialny, pił mało ze względu na obecność generała i awansował się10 bardziej w kierunku jadła. Ponieważ jednak w swej wszechwiedzy nic sobie z tego generała nie robił, nie skąpił tedy zebranym pogodnego wesela ducha.
Wójt Gała chrupał żuchwami i łykał chyłkiem, co mu się podsunęło, pił zaś bez wstrętu, a pomrukiwał wesoło. Widać było, że chętnym i ochotnym sercem spełnia tę służbę państwową na pobrzeżu leśnym oraz że chwali sobie na ogół dzisiejszą czynność.
Nawet Knopf, chodzący katar żołądka (tudzież kiszek), zeschły neurastenik11, istota jadająca tylko rzeczy niektóre, lekkostrawne, niekwaśne, suche, i to takie właśnie, jakich na wsi zapadłej, a osobliwie w Górach Świętokrzyskich, nikt nigdy, jak świat światem, nie tylko nie jadał, nie widział, ale nawet nie znał z nazwiska - nudziarz nie sypiający po nocach, nie znoszący piania kogutów, szczekania psów, bełkotu indorów, gęgania gąsiorów, a nawet gdakania kur - istna plaga egipska dla ludzi zdrowych, silnych, gospodarujących w miejscu, gdzie się kochano w psiarni, gdzie kundle, ogary, wyżły, jamniki i w ogóle "pieski" najrozmaitszego wieku i gatunku nie tylko szczekały i wyły po całych nocach, ale nadto wylegiwały się po kanapach i sofach - gdzie koguty piały bez przerwy, a gdy nie piały, to je za to natychmiast zarzynano - nawet, mówię, Knopf był w niezłym tego dnia usposobieniu. Opowiedział zebranym jakąś anegdotkę kwaskowato-dowcipną o swej astrolabii12, którą według opinii złośliwych ubierał we własne kalosze, spodnie, marynarkę i kapelusz dla ochrony przed deszczem... Puentę anegdoty zepsuł co prawda podleśny Guńkiewicz przedwczesnym wybuchem śmiechu w miejscu akurat niezawierającym nic dowcipnego - mimo to jednak Knopf się uśmiechał, co było istnym fenomenem na przestrzeni trzech guberni i w ciągu kilku lat.
Generał, ramolcio13 nieźle zakonserwowany, trzymał się z właściwą powagą. Pisarza i wójta przy tej improwizowanej wieczerzy prawie nie dostrzegał, znosił jednak bez protestu ich obecność i nic nie miał przeciwko temu, żeby spożywali z apetytem kurczęta, płaty pieczeni na zimno takiej i owakiej, żeby przymknąwszy oczy "spuszczali" kielichy "bretnalówki"14, "zagryzali" rzeczone kielicha szklanicami piwa, a "rozgrzewali się" herbatą z arakiem. Guńkiewicza zaszczycał od czasu do czasu słowem generalskim, z Knopfem - rozmawiał. Sam jadł z wolna i popijał herbatę.
Generał był Polakiem i ostentacyjnie zawsze mówił po polsku, nawet w urzędach. Znać było w jego wymowie pewne zacięcie i akcent rosyjski, ale ów akcent pasował jakoś do jego wyniosłej figury, do grubej kurty szczególnego kroju, okrągłej czapki z czerwonym lampasem i niebywałej wielkości daszkiem, do sukiennych kamaszów i siwych podkręconych wąsów.
Ogień buchał podsycany przez strzelca. Suchy jałowiec palił się z wesołym trzaskiem. Z lasu leciał po rosie wieczornej łoskot siekier. Łoskot uderzał w lasy, w ogromne świętokrzyskie bory jodłowe, w puszczę wilgotną, senną, niemą, głuchą. Echa ciosów mknęły od góry do góry, od kniei do kniei, w dal czarną, w noc, we mgłę. Odbite, wypędzone, dalekie głosy drżały kędyś za światem i zza świata wołały. Przelękłe, niewymowne wracały z dali, z moczarów, gdzie nikt nie chodził, gdzie "straszy". Co pewien czas rozlegał się wśród stuku siekier jadowity trzask lecącego drzewa, szum i łomot obszaru jego gałęzi, potężny, głuchy grzmot upadku wielkiego pnia. Echo porywało ten głos i niosło w ciemnonocną dalekość wieść coraz głuchszą, o tym ciosie przejmujące zwiastowanie... Wszystek15 las łamał się i rozpadał, huczał wszystkimi drzewami świadectwo niezapomniane i żywym głosem z ciemności wzywał...
Wypłynął z zasłon leśnych olbrzymi, czerwony księżyc i wolno szedł wśród ciemnych obłoków. Towarzystwo zebrane przy ognisku zamilkło. Chłód powiał. Mój wierzchowiec (siwa szkapa folwarczna, jasnokoścista półemerytka, której po przyjeździe na wakacje obciąłem był16 ogon i grzywę, którą torturowałem popręgami17 starej kulbaki18 i zmuszałem do zabójczych galopów) stał w pobliżu ogniska. Widać było poczciwy łeb i przednie łopatki, kopyta na emeryturze, a nade wszystko oczy, przedziwnie rozmyślające o płonącym ognisku i o nas, ludziach tam zebranych...
Generał od dawna postawił szklankę na tacy i siedział wyprostowany, z nogą zgrabnie odstawioną, a piersią wysuniętą. Czasami oglądał się na las. Słuchał, jak echa grają, i znowu ustawiał głowę we właściwej formie.
1 pled - rodzaj koca z grubej wełny.
2 wykrot - drzewo przewrócone przez wiatr i dół lub jama pod jego korzeniami.
3 arak - mocny, aromatyczny napój alkoholowy otrzymywany z trzciny cukrowej, ryżu i egzotycznych kwiatów.
4 Z miedziakiem za "uśmierienie polskiego miatieża" (ros.) - medal za stłumienie polskiego powstania; chodzi tu o powstanie styczniowe.
5 promora (dawn., slang.) - promocja do następnej klasy.
6 plenipotent (łac.) - pełnomocnik.
7 donatariusz (łac.) - osoba, której nadano jakieś dobra.
8 ukaz zmian gruntów - chodzi o reformę uwłaszczającą chłopów na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim w 1864 r.
9 pożyczka - tu w znaczeniu: włosy zaczesane do przodu w taki sposób, żeby maskować łysinę.
10 awansował się - tu w znaczeniu: posuwał się, skłaniał się.
11 neurastenik - człowiek chorujący na neurastenię, jedną z częstszych form nerwicy.
12 astrolabia - dziś poprawnie: astrolabium, przyrząd służący do określania położenia i ruchu ciał niebieskich, a później (jak w tym kontekście) do pomiarów geodezyjnych.
13 ramolcio - zdrobnienie od "ramol", pogardliwego słowa opisującego starego, niedołężnego mężczyznę.
14 bretnalówka - mocna wódka, do której wrzucano kawałek żelaza (np. gwóźdź), co miało nadawać trunkowi większej mocy.
15 wszystek (dawn.) - tu w znaczeniu: cały.
16 obciąłem był - czas zaprzeszły, dawna forma gramatyczna, nieużywana obecnie w polszczyźnie, służąca do określenia uprzedniości jakiegoś przeszłego wydarzenia względem innego przeszłego wydarzenia.
17 popręg - skórzany pas służący do mocowania siodła na koniu.
18 kulbaka - rodzaj siodła.
Tytuł opowiadania Rozdziobią nas kruki, wrony... został zaczerpnięty z utworu Idzie żołnierz borem, lasem (występującego także pod innymi tytułami, m.in. Piosenka o żołnierzu tułaczu), mającego korzenie w utworach staropolskich. Tytułowe kruki i wrony mają w tekście kilka znaczeń:
- dosłowne: kruki i wrony rozdziobują ciało martwego powstańca i konia;
- metaforyczne: ptaki zbliżające się do truchła zostają porównane do lojalistów, przeciwników powstania, którzy kierują się własnym interesem;
- symboliczne: ciało powstańca rozszarpywane przez ptaki jest symbolem Polski rozrywanej przez zaborców, żerujących na podbitym kraju.
Ptasie porównania w utworze nawiązują także do sceny z Dziadów cz. III Adama Mickiewicza. W Małej improwizacji Konrad porównuje się do orła, któremu czarny kruk, symbolizujący Rosję, zasłania losy Polski. W Rozdziobią nas kruki, wrony... Szymon Winrych zostaje porównany do orła, ze względu na włosy w nieładzie i długie paznokcie - szpony, a po śmierci zostaje rozszarpany przez tytułowe ptaki.
Opowiadanie zostało poświęcone ocenie powstania styczniowego. Nie została ona wyrażona bezpośrednio, a poprzez sugestywne i metaforyczne obrazy. Bohaterem opowiadania jest Andrzej Borecki, używający pseudonimu Szymon Winrych. Niegdyś prowadził barwne studenckie życie w Warszawie, które porzucił na rzecz walki z zaborcą. Akcja opowiadania rozgrywa się jesienią 1864 roku w okolicach Nasielska. Powstanie już upada, Winrych nie ma nadziei na zwycięstwo, ale mimo to nie poddaje się. Jego upór i zaangażowanie są heroiczne, ale sposób przedstawienia bohatera jest daleki od patosu i wzniosłości: Winrych jest obdarty, zziębnięty, głodny, wynędzniały. Wysiłki powstańca są skazane na porażkę, z czego bohater doskonale zdaje sobie sprawę. W jego wypowiedzi autor zawarł własną ocenę powstania, sformułowaną 30 lat po jego upadku: przegrana oznacza zahamowanie zrywów niepodległościowych w przyszłości, pogrążenie się w strachu i marazmie, surową ocenę powstańców i przekreślenie ich poświęcenia. Taka perspektywa byłaby niedostępna bezpośredniemu uczestnikowi tych wydarzeń. Śmierć Winrycha daleka jest także od heroicznej śmierci na polu bitwy. Bohater zostaje brutalnie zamordowany przez rosyjskich zwiadowców, kona długo w błocie i strugach deszczu, przy zastrzelonym przypadkiem koniu, a jego trupa najpierw rozdziobują ptaki, a później okrada nieznany z imienia chłop z okolicy, który wrzuca zwłoki do dołu. Przyczyną klęski powstania styczniowego w perspektywie Żeromskiego były problemy społeczne. Winrych, szlachcic, przyłączył się do powstania i działał z wielkim poświęceniem. Jego wysiłki były jednak bezowocne, ponieważ chłopi w większości nie przyłączyli się do powstania. Przez stulecia byli wyzyskiwani przez szlachtę, nigdy nie zostali włączeni do wspólnoty narodowej, w powstaniu nie widzieli szansy na wyzwolenie, a raczej zagrożenie powrotem wcześniej panujących w Polsce stosunków między szlachtą a chłopstwem. Dlatego też poczynania chłopa, obdzierającego trupa z resztek, nie zostają w Rozdziobią nas kruki, wrony... potępione. Nędza, w jakiej żyli chłopi, popychała ich do różnych, często mało chwalebnych działań w walce o przetrwanie. Zarazem nędza ta była efektem wielowiekowego wyzysku. Strach przed powrotem pańszczyzny został umiejętnie wykorzystany przez carat, aby nastawić chłopów wrogo do powstańców. Żeromski zjadliwie ocenia także lojalistów, czyli zwolenników współpracy z zaborcami i przeciwników powstania. Ptaki rozszarpujące zwłoki Winrycha zostają porównane właśnie do nich - kierujących się własnym interesem, wolą przetrwania.
Opisy, utrzymane w konwencji naturalistycznej, robią piorunujące wrażenie. Żeromski opisuje okrucieństwo rosyjskich żołnierzy, drobiazgowo relacjonuje rozdziobywanie zwłok Winrycha przez ptaki, nie szczędzi szczegółów dotyczących złamanej nogi konia i jego walki o życie. Działania bohaterów, zarówno ludzkich, jak i zwierzęcych, są motywowane walką o byt - ptaki rozszarpujące zwłoki, jak i ograbiający je chłop działają instynktownie, kierują się własnym interesem bez rozterek moralnych. Jako takie nie podlegają też w opowiadaniu ocenie etycznej, narrator wskazuje na to, że zachowanie chłopa jest efektem wyniszczających warunków życia i wielowiekowych relacji społecznych. Barwny, brutalny język i makabryczne obrazy uzupełniają impresjonistyczne opisy przyrody - ulewnego deszczu, błota, szarzyzny. Przyroda nie tylko współtworzy obraz schyłku powstania, beznadziei i rozpaczy, ale także jest odbiciem stanu psychicznego bohatera. Sceny z Rozdziobią nas kruki, wrony... mają także sens symboliczny - brutalne opisy jednostkowej sytuacji są zarazem obrazem całego powstania, relacji społecznych w Polsce, a także przyszłości kraju po 1864 roku.
Rozdziobią nas kruki, wrony... - najważniejsze informacje!
czas i miejsce akcji: jesień 1864 roku, okolice Nasielska główny bohater: Andrzej Borecki (Szymon Winrych), powstaniec styczniowy opowiadanie utrzymanie w konwencji naturalistycznej impresjonistyczne opisy przyrody znaczenie symboliczne: historia Winrycha, poza sensem dosłownym, jest symbolem powstania i losów Polski po jego upadku przyczyny upadku powstania: konflikt społeczny między szlachtą a chłopstwem, wyzyskiwanym przez setki lat pańszczyznyPowstanie styczniowe było jednym z istotniejszych wątków w twórczości Stefana Żeromskiego. Echa leśne ukazały się w 1905 roku. Opowiadanie rozpoczyna scena biesiady w lesie, zebrani na polanie mężczyźni nadzorują wycinkę drzew i oczekują na koniec prac, rozmawiając, jedząc i pijąc. Są przedstawicielami różnego rodzaju urzędów i profesji, w ich celnej i miejscami ironicznej charakterystyce narrator daje przegląd różnych typów ludzkich, reprezentantów wiejsko-małomiasteczkowej społeczności. Las, przy którym siedzą bohaterowie, stanowi pomost między teraźniejszością a przeszłością. Generał Rozłucki, Polak mówiący z silnym rosyjskim akcentem, od pytań o okoliczne tereny przechodzi do opowiadania historii swojej rodziny. Tytułowe echa leśne to wspomnienia niedawnych wydarzeń, echa powstania, które ciągle pobrzmiewają w tle. Podobnie jest z historią rodziny Rozłuckich.
Stryj i bratanek wyznawali te same wartości: wojskowego honoru i lojalności. Każdy z nich rozumiał je jednak inaczej. Dla generała Rozłuckiego oznaczały one wierność władcy i wojskowym zasadom, dla jego bratanka Jana - lojalność wobec ojczyzny i rodaków. Obaj są wierni swoim przekonaniom aż do końca i postępują w zgodzie z nimi, choć obierają zupełnie inne kierunki działania i przyjmują zupełnie odmienne postawy wobec powstania styczniowego. Bratanek przyłącza się do powstania, namawiając w pożegnalnym liście generała do tego samego, stryj zgodnie z rozkazem walczy z oddziałami powstańczymi, a przyłączenie się do nich uważa za zdradę. Po rozbiciu oddziału Jan dumnie poddaje się karze śmierci i nie okazuje skruchy ani strachu, jego stryj zgodnie z zasadami wydaje na niego wyrok śmierci za dezercję z carskiej armii i przyłączenie się do powstania. W opowiadaniu został ukazany tragizm polskich losów, rodzaj fatum: niezależnie od podjętych decyzji zarówno stryj, jak i bratanek, uwikłani w historyczne wydarzenia, ponoszą klęskę.
W opowiadaniu pojawia się także kwestia wychowania kolejnego pokolenia. Ostatnią wolą Jana jest to, aby jego stryj wychował Piotrusia, syna Jana, na Polaka i patriotę. Generał Rozłucki odmawia odpowiedzi na pytanie, czy wypełnił ostatnią wolę bratanka - możemy domyślać się, że jej nie spełnił, ale miał w związku z nią rozmaite rozterki. Można odnieść wrażenie, że zaborcy zwyciężyli - powstanie upadło, życzenie Jana dotyczące wychowania syna prawdopodobnie nie zostało spełnione - ale powracający w literaturze obraz bezimiennej mogiły, samotnego krzyża nad miejscem spoczynku powstańca, wskazuje na to, że pamięć o powstaniu przetrwała, a wraz z nią tożsamość narodowa Polaków, pobrzmiewająca jak echo.
Ważne pojęcia:
naturalizm: kierunek w sztuce, powstał w 2. połowie XIX wieku we Francji; na rozwój naturalizmu miała wpływ filozofia H. Taine'a i K. Darwina; polegał na odtwarzaniu rzeczywistości w oparciu o obserwację, zmniejszając rolę narratorskiego komentarza, moralizowania czy oceny; często koncentrował się na ciemnym, niskim, brudnym lub przeciętnym modelu albo temacie; bohaterami utworów naturalistycznych często były postaci z nizin społecznych, ukazywane w sposób deterministyczny (człowiek podlegający prawom natury i walczący o przetrwanie) symbolizm: kierunek w sztuce, powstał pod koniec XIX wieku we Francji i Belgii; na rozwój symbolizmu miała wpływ filozofia A. Schopenhauera i H. Bergsona; zakładał, że świat poznawalny zmysłami jest tylko jednym z poziomów istnienia, drugi, pozazmysłowy poziom nie podlega interpretacji rozumowej i nie można go opisać za pomocą języka, a jedynie za pomocą symbolu, rozumianego jako znak, który ma dwa poziomy znaczenia: dosłowny i ukryty, wieloznaczny, na który można naprowadzić odbiorcę, ale który nigdy nie jest podany bezpośrednio impresjonizm: kierunek w sztuce, powstał w 2. połowie XIX wieku we Francji i początkowo rozwijał się w malarstwie, następnie zaczął wpływać na inne dziedziny; próbował uchwycić zmienną rzeczywistość i subiektywne, ulotne wrażenia, jakie wywiera ona na jednostce; w literaturze oznacza położenie nacisku na opis wrażeń i doznań podmiotu, podkreślenie znaczenia barw, dźwięków, zapachów, doświadczeń zmysłowych jednostki retrospekcja: przywołanie wcześniejszych względem akcji wydarzeń przez bohatera lub narratora motyw: najmniejsza jednostka świata przedstawionego, np. zdarzenie, przedmiot, cecha, sytuacja, przeżycie; motywy mają zarazem cechy indywidualizujące (charakterystyczne użycie danego motywu w konkretnym tekście literackim) i systematyzujące (powtarzalność motywów w obrębie historii literatury)