Rozdzielone siostry. Służąca i szpieg tom 1 - Urszula Gajdowska


Reflow text when sidebars are open.
Jesień 1835 roku okryła Europę i Imperium Rosyjskie płaszczem pozornego spokoju. Jak cisza po burzy, której echa wciąż dudniły w sercach tych, którzy widzieli płonące barykady i gasnące nadzieje powstań. W Królestwie Polskim nie rządzili już królowie ani marzenia, lecz strach, szept i ugięte kolana pod czujnym wzrokiem rosyjskich namiestników. Po klęsce powstania listopadowego car Mikołaj I z chłodną bezwzględnością ścinał każdy kiełkujący pęd wolności. Zlikwidowano Sejm, rozbrojono armię, tysiące zesłańców zniknęło w bezkresnych głębiach mocarstwa. Warszawa milczała głośniej niż kiedykolwiek, ale pieśni wolności brzmiały w podziemiu.
Daleko na południu, gdzie ciemne jak noc wody Morza Czarnego obmywały portowe nabrzeża, tętniła życiem Odessa, perła rosyjskiego imperium, pachnąca greckim handlem i włoską architekturą. Tu także dało się poczuć ciężką dłoń cara, choć miasto nadal szeptało w wielu językach i marzyło o wolności. Odessa była czymś więcej niż portem. Była bramą do Azji, kluczem do Bałkanów i punktem, w którym imperialne ambicje Rosji zaczynały nabierać kształtów.
Europa Zachodnia, choć cicha, wciąż oddychała ogniem minionych rewolucji. Ludwik Filip we Francji balansował na granicy między monarchią a republikańskimi burzami. W Anglii sędziwe mury parlamentu skrzypiały pod naporem nowego myślenia. Nad kontynentem czuwała nieformalna tarcza Świętego Przymierza - sojuszu monarchów, którzy w cieniu wiedeńskich pałaców przysięgli sobie bronić tronu i ołtarza przed wichrami buntu.
Rosja rosła w siłę. Nie tylko dzięki armii, lecz dzięki sieciom intryg, tajnym bractwom i cieniom ludzi, których imion historia nigdy nie pozna. Na dalekich stepach Kaukazu trwała bezlitosna wojna, a carskie spojrzenie w kierunku Persji i Turcji stawało się coraz bardziej natarczywe. Mapa Eurazji zmieniała się nieubłaganie, tworząc układankę z konfliktów i tajnych sojuszy. Ktoś - gdzieś w cieniu tej wielkiej gry - już wiedział, że legenda o skarbie Złotej Ordy może stać się kluczem do przyszłości. Wystarczy, by znalazła się w odpowiednich rękach.
W tym właśnie świecie - między ruinami nadziei a rodzącym się nowym ładem - dzieje się historia naszej bohaterki. Zanim jednak los rzucił ją w wir szpiegowskich misji i przebrań, nim stała się kobietą, która potrafiła wcielić się w każdą rolę i oszukać każdego gracza, była po prostu dzieckiem. Szczęśliwym, beztroskim, kochanym. Córką francuskiej arystokracji, nieświadomą, że historia już kreśli dla niej drogę pełną zdrad, sekretów i przeznaczenia.
Rezydencja markiza Moreau w Owernii, Francja, jesień 1793 roku
Tego ranka, jak co dzień, Marion Moreau po śniadaniu udała się do pokoju nauki na lekcje kaligrafii i łaciny. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Wysoko urodzone dziewczynki zwykle przygotowywano nie tylko do roli przykładnych pań domu i uległych małżonek, wychowywano je również do życia towarzyskiego, dla tak zwanego świata, vie mondaine, jak mawiała ich matka.
Zgodnie ze zwyczajem francuskiej arystokracji córki pozostawały pod opieką rodziców do około dziesiątego roku życia - z wyłączeniem pierwszych kilku lat spędzonych z mamką lub w zaprzyjaźnionej rodzinie wiejskiej. Później codzienny kontakt z rodzicami ograniczał się zwykle do porannego ukłonu i pocałunku w dłoń. Potem nadchodził czas nauki pod okiem guwernantki.
Marion i Marianne miały jednak więcej szczęścia. Ich matka odrzucała tę - jak to ujęła - "nieludzką modę wychowawczą" i z oddaniem uczestniczyła w życiu swoich pociech. Ojciec z uwagi na piastowane stanowisko i pozycję społeczną nie miał czasu na wtrącanie się w edukację córek i przymykał oko na fanaberie żony, pozwalając jej przejąć część obowiązków służby.
Od piątego roku życia dziewczynek matka pełniła więc rolę nauczycielki dobrych manier, wytworności, tańca, ukłonów, poruszania się i rozmaitych frazesów światowych, a że sama była w jednej czwartej Angielką, to nie ograniczyły się one jedynie do żelaznego kaftana form kontynentalnych, a rozciągały także na obyczaje brytyjskie. Jednakowoż nie tylko to chciała swoim córkom przekazać. Markiza Moreau miała pełną świadomość tego, że ani na salonach paryskich, ani w urzędach dworskich nie ma żadnego mężczyzny, za którym nie stałaby kobieta, jedna z tych cichych architektek wpływu. Jedna z wielu kobiet, które tworzą swoistą niewidzialną wspólnotę, pomagając sobie nawzajem. Powstanie takiego państwa w państwie było naturalnym procesem przejściowym. Bywało tak zawsze przed wielkimi zmianami. Stara kultura królów, szlachty i duchowieństwa gnuśniała i rozsypywała się w gruzy, ustępując miejsca rosnącej w siłę "słabej płci" przenoszącej się na salony. Kobieca republika roztaczała swoje wpływy, gdy stara Francja dogorywała pod naporem rewolucji. Markiza wierzyła, że jej córki muszą być gotowe, by odnaleźć się w nowym porządku.
Dlatego zatrudniła najlepszych nauczycieli, by uczyli nie tylko liter, ale i świata. Choć od czasu do czasu bliźniaczki zbaczały z drogi nauki, oddając się figlom, ich matka pilnowała, by te chwile nie trwały zbyt długo.
W tamtym czasie zamek państwa Moreau nie przypominał twierdzy wspomnień i duchów, jakim miał się stać w oczach Marion. Jeszcze wówczas jego kamienne mury odbijały światło październikowego słońca, a stare lipy w alei dojazdowej roniły liście na białe żwirowe ścieżki.
Marion i Marianne, z wyglądu niemal identyczne, lecz zupełnie różne w usposobieniu. Tego dnia po południu siedziały nad atlasem, ucząc się geografii Europy. Na dużej mapie rozłożonej przed nimi widniały granice krajów, które za parę lat miały przestać istnieć, i imiona królów, którzy za parę miesięcy mieli stracić głowy.
- A tu? - Marion stuknęła piórem w obszar nazwany "Rzeczpospolita Obojga Narodów".
- Poznamy ten kraj niebawem - odparła Marianne z lekkim zawahaniem. - Ale nie tak, jak poznaje się kraje podczas podróży.
Marion spojrzała na siostrę uważnie. Czasem mówiła rzeczy, które brzmiały jak echo czyichś szeptów, jakby potrafiła patrzeć w przyszłość lub rozmawiała z duchami. Wierzyła jej, ale nigdy nie rozumiała, skąd się to bierze. Ona nie miała takich umiejętności. Zdecydowanie bardziej pragmatycznie podchodziła do życia.
Gdyby słyszała je panna Delphine, zapewne szybko zmieniłaby temat. Kobieta bowiem nie lubiła momentów, w których starsza z bliźniaczek zmieniała tembr głosu i wypowiadała zdania zdecydowanie nieodpowiednie do jej wieku i stanu.
Wtedy jednak guwernantki nie było. Zniknęła z sali lekcyjnej chwilę wcześniej, gdy przez okno zauważyła dwóch jeźdźców zmierzających do rezydencji. Jednym z nich był baron de Bange, zaufany człowiek ich ojca. Towarzyszył mu młodzieniec, w zasadzie chłopiec niewiele starszy od bliźniaczek.
- Marion, słyszysz to? - Marianne wyprostowała się niczym struna.
- Kroki. W salonie - odparła natychmiast. - I głosy. Podniesione.
Nie zwlekając, siostry wymknęły się z pokoju nauki, jak czyniły to nie raz. Ich delikatne pantofelki nie wydawały żadnego dźwięku na perskich dywanach. Przystanęły w korytarzu, tuż przy drzwiach do gabinetu markiza Étienne'a Moreau.
- Nie możesz udawać, że to tylko paryskie zamieszki! - Marion rozpoznała głos barona. - Ludzie już w Tours rozbijają winiarnie, zakładają kluby jakobickie, palą herby! Twój herb, Étienne!
- Wiem. Dlatego każę zabezpieczyć papiery i przemycić korespondencję do Londynu.
- Do Londynu? Przez kogo?
- Przez niego - odpowiedział markiz, zniżając głos. - Przez Berkeleya.
- Ufasz mu po tym wszystkim? Przegnałeś go przecież z domu.
- Przegnałem, ale teraz to jedyna osoba, której będzie osobiście zależeć, żeby nam pomóc.
Dziewczynki spojrzały po sobie. Słyszały nazwisko Berkeley już wcześniej, zawsze wypowiadane cicho przez matkę, wieczorami, z ciepłym uśmiechem, którego nie kierowała nigdy do męża.
- A twoje córki? - padło kolejne pytanie.
- Już zbyt dużo wiedzą - odparł markiz cicho. - Marion podsłuchuje. Marianne... przewiduje. One nie są zwyczajne. Muszą przeżyć.
Słowa te trafiły do Marion jak uderzenie. Nie miała czasu ich przemyśleć.
Nagle drzwi gabinetu otworzyły się z trzaskiem tak głośnym, że dziewczynki aż drgnęły. Marion poczuła, jak paznokcie siostry wbijają się jej w dłoń. W progu stanął ich ojciec. Nie krzyczał. Nie wyglądał na zaskoczonego. Jego spojrzenie przeszło po ich twarzach z czymś na kształt żalu - tak głębokiego, że przez chwilę wydawało się, że zaraz coś powie. Ale nie padło żadne słowo wyjaśnienia, tylko krótkie:
- Wracajcie do lekcji.
To chłodne, pozornie zwyczajne zdanie w tak dramatycznym kontekście mocno wybrzmiało - jak cisza przed wyrokiem.
Wieczorem, po kolacji, wezwał je do saloniku. Czasem pozwalał im siedzieć przy kominku i słuchać rozmów z zaproszonymi gośćmi. Tego wieczoru rozmawiano jednak nie o muzyce i sztuce, nie o postępach w nauce czy kupnie nowego kucyka, ale o "burzach z południa", o nastrojach wśród mieszczan i nowej broszurze jakiegoś Robespierre'a. Marion siedziała u stóp ojca, zapatrzona w sygnet na jego palcu - herb rodu Moreau, lew z mieczem. Metal błyszczał w świetle ognia, jakby chciał przypomnieć, że tradycja nadal trwa - choć świat już trząsł się w posadach. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że za kilka dni ten sygnet będzie jedynym, co ocaleje z jej dzieciństwa, ani o tym, że o nim zapomni...
- Pamiętajcie, moje dzieci - powiedział tamtego wieczoru markiz, z kieliszkiem koniaku w dłoni - świat może się zmieniać, ale honor i rozum są wieczne. Kobieta, która zna języki, rozumie historię i potrafi patrzeć, może przetrwać wszystko. Nawet rewolucję.
Wtedy jeszcze nie rozumiała tych słów. Ale zapamiętała je. I przypomni je sobie wiele lat później, w brudnej celi pod klasztorem, gdy będzie musiała podjąć decyzję, od której zależeć będzie czyjeś życie.
Następnego dnia w rezydencji panowało zamieszanie, lekcje muzyki się nie odbyły, nie pojawili się dostawcy ze sprawunkami, służba biegała w panice. Nikt nie wspomniał o podsłuchanej poprzedniego dnia rozmowie. Tylko matka była nadzwyczaj milcząca przy kolacji, a wieczorem do pokoju dziewczynek weszła panna Delphine, by zapakować ich rzeczy do podróżnych kufrów. Nie mówiła, gdzie jadą.
Mrok nie ustąpił jeszcze miejsca blaskowi poranka, gdy ktoś po cichu otworzył drzwi do sypialni bliźniaczek. Marion obudził szelest materiału i znajomy zapach - fiołków i lawendy, ten sam, który unosił się zawsze wokół ich matki. Ale dziś był słabszy. Jakby przygasł.
Markiza Moreau nie miała na sobie jedwabnej sukni ani koronkowego czepka. Ubrana była w szarą, prostą suknię, zgrzebną jak dla służącej, a gęste kasztanowe włosy ukryła pod ciemną chustą.
W dłoniach trzymała nożyce.
- Wstańcie... - szepnęła. Głos jej się załamał. - Wstańcie, moje serca. Już czas.
Dziewczynki usiadły, przestraszone. Marianne chwyciła Marion za rękę.
- Maman... dlaczego...?
Matka rozłożyła nożyce na dłoni, jakby była to broń. I może nią była - pierwszą z wielu, które miały przekształcić dziewczynki w to, czym się staną.
- Będziecie chłopcami. Przez chwilę. - Matka klęknęła przed nimi. - Od teraz macie imiona Marc i Luc. Jesteście dziećmi mojej kuzynki, która... która zmarła. Jesteście sierotami. I ja jestem tylko waszą opiekunką.
Marion poczuła, jak coś ściska ją w gardle, gdy pierwsze pasmo jej włosów opadło na podłogę. Matka obcinała je ostrożnie, jakby chciała każdemu kosmykowi oddać należną czułość.
Marianne nie płakała. Tylko patrzyła na matkę szeroko otwartymi oczami.
- Nie mogę was zabrać jako dam - wyjaśniła cicho. - Zatrzymaliby nas. A ojciec... Ojciec nie może z nami jechać. Musi zostać.
- Ale... dlaczego on nie ucieka z nami? - Marion próbowała wstać, jednak matka ją przytrzymała.
- Bo... jest mężczyzną. Arystokratą. Bo jeszcze ma coś do zrobienia. - Dłoń markizy zadrżała. - On wiedział, że tak się stanie.
Gdzieś z głębi domu dobiegł stukot butów. Matka odwróciła się gwałtownie, jakby usłyszała wyrok.
- Ubierzcie się w to - rzuciła cicho, podając im zgrzebne spodnie, kamizelki i szorstkie płaszcze. - Szybko, moje małe.
Marion trzęsły się ręce, ale posłusznie wsunęła się w chłopięce ubranie. Marianne zacisnęła usta i zrobiła to samo.
Gdy były gotowe, markiza wzięła je za ręce i pociągnęła w stronę tylnego wyjścia. Korytarze przerażały ciemnością, służba zniknęła, nikt już nie palił lamp. Rezydencja państwa Moreau zatonęła w ciszy.
Przy bocznych drzwiach stał człowiek w długim płaszczu i kapeluszu naciągniętym na oczy. Jego postać zdawała się wycięta z nocy.
- Hrabiego Berkeleya znacie z portretu - szepnęła matka. - On zna drogę. Musicie mu ufać.
Anglik skinął głową.
- Trzeba się spieszyć. Majątek już otoczony. Zatrzymują powozy.
W tej samej chwili od frontu rozległo się donośne uderzenie, jakby ktoś próbował wyważyć bramę.
- Ils arrivent!* - usłyszeli donośny krzyk.
Markiza chwyciła córki i rzuciła ostatnie spojrzenie przez długie okno na pałacowy dziedziniec. Był tam jej mąż, stał na schodach, wyprostowany jak zawsze, z rękami za plecami. Nie próbował uciekać. Wiedział, że już za późno.
Marion była pewna, że patrzy na nie. Czuła to aż do kości. I kiedy skinął głową, poczuła, jak coś w niej pęka. Już wtedy miała przeświadczenie, że ten obraz będzie wracał do niej przez całe życie. Nawet w snach.
Później wszystko działo się szybko. Berkeley wyprowadził je z domu, ich skromne bagaże wsadził na konia i boczną drogą poprowadził przez las. Przemykali jak cienie. Kiedy wyszli na wzgórze, obejrzeli się raz - tylko raz.
Łuna na niebie pulsowała, jakby cały świat stanął w ogniu. Marion miała wrażenie, że nie tylko dom płonie - że płoną zasady, dzieciństwo, wszystko, w co dotąd wierzyła.
- Nie płacz - szepnęła do siostry, choć jej samej łzy ciekły po policzkach. - Nie tu. Nie teraz.
Marianne skinęła głową. Ale nie odwróciła się już więcej.
* Nadchodzą! (franc.)