Rozdzielone siostry. Dama i przemytnik tom 2 - Urszula Gajdowska

-
Proszę czekać

*

Zima 1835 roku nie była czasem wielkich bitew ani spektakularnych rewolucji. Rozgościła się w Anglii cicho, lecz zdecydowanie. Mroźny wiatr hulał ulicami Kensington, a mgła snuła się między latarniami na Whitechapel, jakby chciała zasłonić granice między życiem a śmiercią.

Europa trwała w ciszy tak napiętej, jak napięta jest struna tuż przed pęknięciem. Zdradliwej. Milczącej tylko pozornie. Car Mikołaj I utrzymywał żelazną kontrolę nad Królestwem Polskim i rozciągał swoje wpływy aż po Krym, Kaukaz i granice z Persją. Austria, Prusy i Rosja strzegły status quo, trzymając porządek Świętego Przymierza. Jednak niepokój drgał między linijkami dyplomacji, a duch narodów Europy Środkowej i Wschodniej wciąż spał niespokojnie. We Francji obawa tliła się wyraźnie. Republikańskie idee wciąż oddychały pod koronkami królewskiego dworu Ludwika Filipa. Wśród zwykłych ludzi - tych, którzy nie mieli głosu w parlamentach ani wpływu na traktaty - rosło pragnienie zrozumienia tego, co niewidzialne. Tajemne. Metafizyczne. Jakby dusze, których nie wysłuchano, zaczęły mówić szeptem.

Tajemnica unosiła się w powietrzu.

W Rosji, w miastach takich jak Odessa czy Kijów, krążyły dziwne wieści o inskrypcjach wyrytych w ruinach na Krymie, których znaczenie wciąż pozostawało nieznane, o tatarskich proroctwach, które zaczęły pojawiać się w podaniach starych rodów, o artefaktach zaginionych w niejasnych okolicznościach. Czy były to tylko legendy? Czy może ktoś gdzieś szukał czegoś, czego nie powinien znaleźć?

Na Dalekim Wschodzie i w Persji Rosja prowadziła grę wpływów, przymierzając się do kolejnego ruchu na geopolitycznej szachownicy. Nie wszystko, co zaginęło w przeszłości, pozostawało martwe. Nie wszystko, co zostało zapomniane, przestało istnieć.

W Anglii panował Wilhelm IV, król cień, którego rządy toczyły się między reformami a strachem przed rewolucją. W Londynie władzę sprawowali Whigowie - premier Melbourne i lord Palmerston kierowali polityką zagraniczną, by utrzymać brytyjską dominację i równowagę sił w Europie. Parlament debatował nad kolejnymi ustawami fabrycznymi, ale lud - zwłaszcza w przemysłowym północnym kraju - żył już własnym rytmem: głodem, gniewem i tęsknotą za sensem w świecie, który coraz bardziej przypominał maszynę bez duszy. I może właśnie dlatego zaczęły się odzywać duchy...

Rozdział 1.

Highmoor Hall, majątek Cavendishów w Sussex, grudzień 1835 roku

Zima wtargnęła do Londynu w oparze mgły tak gęstym, że niekiedy odnosiło się wrażenie, że całe miasto dryfuje między światami - jednym żywych, drugim... już niekoniecznie. Jakby granica między tym, co było, a tym, co powraca, zaczęła się rozmywać. W powietrzu unosił się zapach dymu i spalonego gazu, bo nowoczesne lampy uliczne coraz częściej zastępowały latarnie naftowe - migotały niepokojąco, tworząc upiorne cienie na fasadach domów.

W chłodnych salonach Mayfair i w ciemnych zaułkach Spitalfields coraz częściej szeptano o duchach. O zjawach widywanych na schodach starych posiadłości. O listach, które przychodziły ze świata zmarłych. O kobietach - jak lady Cavendish - które potrafiły słuchać tego, czego inni bali się słyszeć...

Szeptano też o magnetyzmie animalnym i fluidzie życia - o dżentelmenach w cylindrach, którzy potrafili zahipnotyzować damę jednym spojrzeniem i twierdzili, że kontakt ze zmarłymi to tylko kwestia odpowiednich wibracji.

- Babciu, babciu! - Do salonu wpadł niczym burza najstarszy z piątki wnucząt lady Cavendish.

- Czyżbyś znowu umknął guwernantce, maleńki psotniku? - Marianne spojrzała z rozbawieniem na chłopca umorusanego atramentem.

- W słusznej sprawie - zapewnił z rozbrajającym uśmiechem.

- Jakaż to tym razem słuszna sprawa nie pozwoliła ci kontynuować nauki? - zaciekawiła się. - Panna Lockwood nie boi się myszy i po mistrzowsku potrafi rozpoznać symulowanie choroby.

- Przysięgam, że byłem przekonany, iż odpada mi palec.

- Możliwe. Przy setnym przepisaniu, że nie wolno flirtować z nauczycielką, nawet palce mogą odmówić posłuszeństwa. - Lady Cavendish spróbowała ukryć wymykający się uśmiech.

Uwielbiała liczną gromadkę swojej córki. Cordelia wyszła za mąż za polskiego hrabiego o reputacji łotra, który okazał się niezwykle empatycznym mężczyzną o ponadprzeciętnym poczuciu humoru. Na szczęście, lub ku utrapieniu nianiek i guwernantek, całe ich potomstwo wdało się w ojca, choć matce też pod tym względem niczego nie brakowało. Cordelia, od kiedy dała radę, dosiadała konia po męsku, a potem, jako młoda dziewczyna, w przebraniu starała się rozwikłać rodzinne tajemnice. Jej buntownicza natura wpędzała ją nieraz w kłopoty, jednak od czasu, gdy wyszła za mąż za człowieka dorównującego jej odwagą i bezczelnością, Maurycego Modlińskiego, stała się przykładną żoną i matką. No, może jej zachowanie odbiegało nieco od utartych schematów i wielokrotnie balansowało na granicy dobrego smaku, ale zarówno mąż, jak i dzieci ubóstwiali ją. Cordelia wdała się w swoją ciotkę Marion Moreau... W przeciwieństwie do jej brata Cecila. Ten był nad wiek poważnym introwertykiem, który przez całe dzieciństwo i okres dojrzewania zmagał się z lękami. Jako chłopiec nie był w stanie rozmawiać z ludźmi poza wąskim kręgiem zaufanych osób.

- Zamyśliła się babcia - zauważył Edwin.

- Ach. Wybacz, skarbie. - Marianne potrząsnęła głową. - A co ty tu jeszcze robisz?

- Chciałem sobie z babcią posiedzieć - skłamał bez zająknięcia.

- A Ernest i Clarissa w tym czasie grzecznie trenują gramatykę? - spytała o jego młodsze rodzeństwo, mrużąc z niedowierzaniem powieki.

- Cóż... - Twarz chłopca przybrała skonfundowany wyraz.

Nie zdołał dokończyć zdania. Drzwi rozwarły się z impetem, jakby porwane nagłym podmuchem wichru.

- Edwin! Urwipołciu! - zagrzmiał Maurycy Modliński, wchodząc z gazetą w jednej ręce i czapką w drugiej. - Twój rumak sprawia wrażenie, jakby zamierzał pożreć własnego stangreta. Lepiej go uspokój, zanim to stangret zje konia.

- Wysłałeś go na przejażdżkę? - Marianne uniosła brew. - Myślałam, że sam uciekł od przepisywania zadania.

- Pewnie uciekł i zawędrował najpierw do stajni. Podobno i rumak nie chciał pozostawać w tyle. Jeśli wierzyć stangretowi, sam otworzył boks i wyruszył na eskapadę. Edwin tylko udawał, że prowadzi.

- I jak poszło?

- Koń wrócił. Mój syn też. Wnioskuję, że to sukces.

Z zawadiackim uśmiechem podał jej gazetę.

- A to dla pani, droga cieścio*. Znalazłem coś interesującego. I nie, nie chodzi o nowy model kapelusza.

Marianne przyjęła gazetę z delikatnym uniesieniem kącika ust, jakby znała treść, zanim ją ujrzała. Spojrzała na nagłówek: "The London Courier", 17 grudnia 1835, "Nadzwyczajna dama z Highmoor Hall - wdowa, matka i... medium**?".

- Och, znowuż... - westchnęła cicho, z lekką dozą znużonego politowania.

- Cóż, przynajmniej nie napisali, że wiedźma.

- Jeszcze... - szepnęła Marianne, wzrokiem śledząc drukowane słowa, jakby odczytywała wyrok.

W kręgach wyższej arystokracji opowiada się dziś o osobliwej wdowie, której nazwisko ponad dekadę temu pojawiało się w rubrykach plotkarskich za sprawą odwołanych zaręczyn z lordem Rolfe'em, plotek o szaleństwie jej syna i wybrykach zięcia. Mowa o baronowej Cavendish, rezydującej obecnie w posiadłości Highmoor Hall w hrabstwie Sussex. Od śmierci męża, lorda Alistaira Cavendisha, wdowa wiodła życie z pozoru ciche, skupione na wychowywaniu dzieci oraz zarządzaniu majątkiem, co w oczach wielu sąsiadów i tak uchodziło za przejaw ekstrawagancji - wszak arystokratki nieczęsto zarządzały majątkami. Jednak w ostatnich miesiącach nazwisko baronowej znów pojawia się na salonach. Tym razem nie z powodu kreacji czy koligacji, lecz... duchów.

Z wiarygodnych źródeł dowiadujemy się, że w salonie Highmoor Hall organizowane są zamknięte spotkania, podczas których baronowa popada w osobliwy trans i - jak twierdzą świadkowie - przekazuje wiadomości "spoza zasłony tego świata". Goście mówią o zimnie przechodzącym po plecach, o świecach gasnących bez powodu, a nawet o szeptach słyszanych w pustych pokojach. Niektórzy są przekonani, że wdowa posiada "dar wizji", inni zaś oskarżają ją o hochsztaplerstwo lub histerię.

Niektórzy twierdzą, iż widzieli, jak lady Cavendish unosi się nad posadzką (co wydaje się wątpliwe), inni utrzymują, że przewidziała śmierć kuzyna jeszcze przed nadejściem listu z wiadomością. Jedna z londyńskich dam, pragnąca zachować anonimowość, wyznała naszej redakcji:

"Ona nie jest jak inne kobiety. Gdy popatrzyła na mnie tym swoim zimnym francuskim spojrzeniem, wiedziałam, że zna moje sekrety. A potem szepnęła mi coś, czego nie wiedziała nawet moja pokojówka...".

Pewna bywalczyni salonów Kensington stwierdziła, że czuła, jak jej palce zlodowaciały, kiedy lady Cavendish spojrzała w jej kierunku i wyszeptała słowo: "Bergamotka" - słowo to, jak później przyznała, było nazwą jedynego zapachu perfum, jakie kiedykolwiek kupiła matce, a które dawno temu uznała za tajemnicę dzieciństwa.

Nie brakuje jednak głosów krytycznych. Pastor lokalnej parafii nazywa działania baronowej "niebezpiecznymi igraszkami z diabłem", zaś miejscowy lekarz uznaje jej rzekome wizje za skutek nerwowego wyczerpania po żałobie bądź kobiecej histerii.

Niezależnie od opinii lady Marianne Cavendish pozostaje postacią kontrowersyjną i intrygującą. Być może mamy do czynienia z osobą obdarzoną mocą, której nauka jeszcze nie potrafi wyjaśnić. A może to tylko teatr melancholijnej wdowy, szukającej sensu w utracie i samotności?

Baronowa odmawia publicznych komentarzy, ale według anonimowego służącego: "Nie ma w tym żadnej sztuczki. Ona naprawdę coś widzi. Czasem budzi się w nocy i mówi o rzeczach, które dopiero potem się zdarzają".

Plotki łączą ją również z tajemniczym francuskim gościem, który przebywał w Highmoor Hall tuż przed jednym z tych spotkań. Czy to agent, uczony, a może dawna znajomość z kontynentu? Tego na razie nie wiadomo.

Jedno jest pewne - Highmoor Hall skrywa więcej tajemnic, niż chciałaby przyznać angielska arystokracja, a baronowa Cavendish nie przestaje fascynować i niepokoić, choć od dawna nie bywa na balach. W czasach, gdy rozsądek rządzi światem, być może właśnie ona udowodni, że nie wszystko da się wytłumaczyć rozumem.

autor: J.H. (korespondencja z Sussex)

Artykuł roił się od półprawd, sensacyjnych insynuacji i egzaltowanych zwrotów. A jednak między wierszami pulsowało coś więcej - jakby autor nie tylko pragnął ją zrozumieć, lecz również... ostrzec.

- Wiesz przecież, że to nie ja stoję za tymi rewelacjami - rzekła z nutą znużonego smutku.

- Wiem. - Maurycy skinął głową. - Prasa od zawsze żeruje na cudzym cierpieniu.

W tym momencie do salonu wkroczyła Cordelia, z rozwianym puklem włosów i uśmiechem, który zwiastował nieuchronne zamieszanie.

- Mój mąż znów opowiada bzdury? - spytała, całując Maurycego w policzek.

- Jak zawsze. Ale przynajmniej robi to z wdziękiem - odparła Marianne, nie odrywając wzroku od gazety. - Jak się mają bliźnięta?

- Nakarmione. Śpią smacznie pod okiem niańki.

Do pokoju wszedł lokaj, niosąc tacę z poranną pocztą.

- List z kontynentu, lady Cavendish - powiedział, kłaniając się lekko.

Marianne sięgnęła po kopertę. Była cięższa niż zwykle. Papier grubszy. Pieczęć nieznana. Nie to jednak przykuło jej uwagę.

To, co poczuła, gdy dotknęła koperty, nie miało nic wspólnego z papierem.

To było jak szarpnięcie. Jak echo. Jak szept.

Wiedziała, kto jest nadawcą, nim złamała pieczęć. Zaszyfrowany list. Od Marion.

Wyczuła to, jak zawsze.

- Przepraszam was - powiedziała, podnosząc się. - To wiadomość od mojej siostry.

Maurycy i Cordelia wymienili porozumiewawcze spojrzenia i skupili uwagę na synu, którego należało upomnieć za kolejne wagarowanie.

*

Marianne siedziała w gabinecie przy biurku z ciemnego mahoniu, które pamiętało jeszcze czasy świekra***. Od tygodni coś nie dawało jej spokoju. Nie potrafiła tego jasno określić, ale czuła, że wiąże się to z jej przeszłością. Zwłaszcza od kiedy wizytę złożył jej zbyt dobrze poinformowany francuski gość, niejaki Saint-Aubin, który twierdził, że jego ojciec znał jej ojca, markiza Moreau. Kiedy rozmawiali, coś w niej drgnęło. Coś, co nie było lękiem, lecz przeczuciem. Echem zapomnianej nocy. Nie potrafiła jednak przypomnieć sobie niczego konkretnego, co w jej przypadku było dość osobliwe. Marianne cechowały bowiem dobra pamięć i silna intuicja, którą latami starała się tłumić.

Przed nią leżał nierozpieczętowany list, ciężki, jakby sam jego ciężar miał coś znaczyć. Opatrzony był nietypową pieczęcią: nie herbem, nie inicjałami, lecz stylizowanym motywem róży splecionej z kluczem. Marion używała zwykle innej pieczęci, jednak bardzo podobnej do tego znaku. Gdyby nie pozostałe szczegóły i przeczucie, mogłaby pomyśleć, że ktoś podszył się pod jej bliźniaczkę. Znała jednak pismo siostry. Znała też jej sposób ukrywania znaczeń. Przesunęła palcem po papierze, jakby chciała wyczuć, co kryje się pod słowami. Zanim rozdarła pieczęć, przez chwilę trwała w bezruchu - jakby akt otwarcia miał przywołać duchy przeszłości.

A potem drżącym, lecz zdecydowanym ruchem rozchyliła papier.

Moja Najdroższa Siostro,

czy to nie dziwne, że tyle czasu minęło, odkąd pisałam do Ciebie tak zwyczajnie, bez spraw pilnych, pośpiechu czy dramatów? Dziś pozwalam sobie na coś niemal luksusowego: parę chwil ciszy i papier, który znalazłam w jednym z dawnych kuferków.

Mam nadzieję, że list ten zastaje Cię w dobrym zdrowiu i że jesienne mgły w Sussex nie są tak gęste, jak nasze nad Morzem Czarnym. Tutaj zapach soli, tytoniu i cytrusów wypełnia powietrze, a czas płynie jak leniwa rzeka. Ale czasem niesie ze sobą niespodzianki.

Przypomniało mi się ostatnio, jak w dzieciństwie bawiłyśmy się w ogrodzie, tam gdzie rosły róże markiza, a stara ławka pod lipą była naszym tronem. Pamiętasz? Twierdziłaś, że na tronie nie wolno siedzieć bez koronacji, więc zrobiłam Ci koronę z gałązek. Byłaś najpiękniejszą królową, choć wiatr zaraz porwał koronę.

Pamiętasz jeszcze nasz dom i jesienny ogród? A naszą guwernantkę? Przypomniało mi się, jak któregoś dnia wyszłyśmy z jej lekcji, by popatrzeć, kto przybył na spotkanie do naszego ojca. Wyobraź sobie, że spotkałam chłopca, który wówczas nas odwiedził. Tak, tego samego, który lubił kąpiele w rzece.

Myślę, że nadszedł czas, by odwiedzić stare kąty. Zastanawiam się, co z nich zostało. Czy któreś drzewo jeszcze stoi. Czy marmurowy parapet w bibliotece nadal ma ten odprysk, w którym chowałyśmy ziarenka kawy.

Wiem, że to szalony pomysł, zwłaszcza teraz, ale czuję, że jeśli nie wrócę tam w tym momencie, to nie wrócę już nigdy.

Oczywiście może to tylko nostalgiczny kaprys z mojej strony, ale gdybyś miała ochotę, mogłabyś towarzyszyć mi w tej podróży. Tak jak dawniej - tylko we dwie.

Nie oczekuję niczego, ale byłoby miło zobaczyć Cię przed końcem stycznia.

Twój drobiazg ze wstążki... Mam nadzieję, że wciąż go masz. Ja otrzymałam podobny z uroczą inskrypcją. Przypomina wierszyk, który mówiłyśmy w dzieciństwie, o kruku i trzech kluczach. Nie pamiętam, jak się kończył, ale może Ty...

Marianne przerwała czytanie.

Nie wiedziała, że go pamięta. A jednak...

Zamknęła oczy.

I wtedy powróciło wspomnienie - ciche, nienazwane, lecz poruszające najgłębsze struny pamięci.

I znów miała osiem lat, bose stopy na zimnym marmurze, dłoń kurczowo trzymającą lalkę...

* Teściowa.

** W tym okresie spirytystyczne seanse zyskiwały na popularności we Francji i w Anglii, choć oficjalny ruch spirytystyczny rozkwitł dopiero po 1848 r. Pojawiały się tzw. koła magnetyczne, w których kobiety częściej uznawano za "medium", ponieważ uważano je za istoty bardziej emocjonalne i podatne na kontakt z zaświatami.

*** Teść.