Rozdarta - Amanda Hocking

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy stanęliśmy z Rhysem w drzwiach mojego domu, minęła ósma. Mój brat Matt bardzo się ucieszył ... to znaczy kamień spadł mu z serca, kiedy zobaczył, że żyję i że wróciłam. Oczywiście był zły, ale pozwolił mi mówić, chociaż cały czas łypał na mnie z wściekłością. Dobrze chociaż, że tłumaczyłam się tylko przed Mattem. Moją prawną opiekunką jest ciotka Maggie, ale akurat nie było jej w domu. Matt wyjaśnił, że ciotka szuka mnie w Oregonie. Nie miałam pojęcia, skąd przyszło jej do głowy, że mogłam tam pojechać.
Przycupnęliśmy z Rhysem na eleganckiej, choć sfatygowanej kanapie w saloniku, wśród pudeł, które wciąż stały nierozpakowane, mimo że przeprowadziliśmy się tu dwa miesiące temu. Matt przechadzał się nerwowo.
- Dalej nie rozumiem - stwierdził. Zatrzymał się i splótł dłonie na piersiach.
- A co tu rozumieć. - Skinęłam na Rhysa. - To twój brat. Widać to na pierwszy rzut oka!
Mam ciemne, niesforne loki i ciemnobrązowe oczy. Matt i Rhys są blondynami, mają szafirowe oczy i tę samą szczerość wymalowaną na twarzy, ten sam łagodny uśmiech. Zszokowany Rhys przyglądał się Mattowi z niedowierzaniem.
- Skąd możesz to wiedzieć? - zapytał Matt.
- Nie możesz mi po prostu uwierzyć? - Z westchnieniem odrzuciłam głowę na oparcie kanapy. - Nigdy cię nie okłamałam!
- Uciekłaś z domu! Nie miałem pojęcia, gdzie jesteś! To gorsze niż kłamstwo! - krzyknął.
Choć był bardzo zły, widziałam, jak bardzo cierpi, wyczuwałam też w jego ciele oznaki stresu. Pewnie załamał się, kiedy zniknęłam. Miał znużoną, wymizerowaną twarz, zaczerwienione, zmęczone oczy i schudł jak nic z pięć kilo. Czułam się winna, ale naprawdę nie miałam wyboru.
Po prostu się mną przejmował. To był skutek uboczny nieudanego zamachu, którego jego matka dopuściła się na mnie w moje urodziny. Całe życie Matta koncentrowało się na moim bezpieczeństwie. Nie miał przyjaciół, pracy, własnego życia.
- Musiałam uciekać, rozumiesz? - Przeczesałam palcami splątane loki i pokręciłam głową. - Nie mogę ci tego wyjaśnić. Wyjechałam ze względu na siebie i na was. Nie chciałam, żeby coś się wam stało. Nie jestem nawet pewna, czy powinnam tu teraz być.
- Nam? Przed czym ty uciekasz? Gdzie byłaś? - rozpaczliwie powtarzał te same pytania.
- Nie mogę ci powiedzieć! Chciałabym, ale nie mogę!
Nie wiem, czy mogłam powiedzieć mu cokolwiek o Trylle. Zakładałam, że samo ich istnienie jest owiane tajemnicą, ale z drugiej strony nigdy nie zabroniono mi rozmowy na ten temat. Ponieważ jednak Matt i tak nigdy by w to nie uwierzył, nie było sensu próbować.
- Naprawdę jesteś moim bratem? - Rhys pochylił się, żeby lepiej przyjrzeć się Mattowi. - Dziwne.
- To prawda. - Matt skinął głową. Wiercił się niespokojnie pod spojrzeniem Rhysa, zerkając na mnie co chwila. - Wendy, możemy chwilę porozmawiać. W cztery oczy?
- Jasne. - Znacząco spojrzałam na Rhysa.
Rhys zrozumiał. Wstał.
- Gdzie jest łazienka?
- Tam, koło kuchni. - Matt machnął ręką w prawo.
Rhys skinął głową, uśmiechnął się i oddalił we wskazanym kierunku. Ledwie zniknął nam z oczu, Matt usiadł naprzeciwko mnie i ściszył głos.
- Słuchaj, Wendy, nie rozumiem, co tu się dzieje. Nie mam pojęcia, co jest prawdą, ale ten dzieciak wygląda mi na niezłego dziwaka. Nie chcę go w naszym domu, nie wiem, co sobie myślałaś, ściągając go nam na głowę.
- To twój brat - powiedziałam znużona. - Naprawdę, Matt, nie kłamałabym w tak poważnej sprawie. Jestem na sto procent przekonana, że to twój rodzony brat.
- Wendy... - Matt z westchnieniem potarł czoło. - Rozumiem, że w to wierzysz, jasne. Ale skąd ta pewność? Ten koleś wciska ci kit.
- Nie, to jest prawda. Nie znam nikogo uczciwszego od niego, poza tobą. To logiczne, bo jesteście braćmi - mruknęłam. - Proszę cię, daj mu szansę, a sam zobaczysz.
- A jego rodzina? - Matt nie poddawał się tak łatwo. - Ta, która wychowywała go przez ostatnie siedemnaście i pół roku? Nie tęsknią za nim? I czy przypadkiem nie jest to twoja biologiczna rodzina?
- Uwierz mi, nie płaczą za nim, a ja wolę was - uśmiechnęłam się szeroko, a pozostałe pytania puściłam mimo uszu.
Matt pokręcił głową, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Wyczuwałam, że nadal nie ufa Rhysowi i najchętniej wyrzuciłby go z domu, i tym bardziej doceniałam jego opanowanie.
- Szkoda, że nie mówisz mi wszystkiego - mruknął.
- Mówię to, co mogę.
Kiedy Rhys wrócił z łazienki, Matt odsunął się ode mnie i zaczął go mierzyć podejrzliwym wzrokiem.
- Nie widzę tu żadnych fotografii rodzinnych - zauważył Rhys, rozglądając się po pokoju.
Prawda. W ogóle mieliśmy mało ozdób, a już zwłaszcza żadnych pamiątek rodzinnych. Szczególnie Matt był drażliwy na punkcie naszej... to znaczy, swojej matki.
Jeszcze nie zdradziłam Rhysowi, że jego matka to wariatka, którą zamknięto w psychiatryku. Takie rzeczy trudno komukolwiek powiedzieć, zwłaszcza komuś, kto tak bardzo się cieszy z odnalezienia rodziny.
- No tak, tak już mamy - rzuciłam lekko, chcąc zmienić temat, i wstałam. - Jechaliśmy tu przez całą noc. Padam z nóg. Ty nie, Rhys?
- Hm, może trochę. - Chyba zaskoczyły go moje słowa. Choć nie zmrużył oka, wcale nie wydawał się zmęczony.
- Powinniśmy się trochę przespać, później jeszcze porozmawiamy.
- Och. - Matt wstał powoli. - Oboje chcecie tu spać? - Wodził niespokojnym wzrokiem od Rhysa do mnie.
- Tak. - Skinęłam głową. - Rhys nie ma dokąd pójść.
- Och - sapnął. Widziałam, że Matt nie jest tym zachwycony. Obawiał się jednak, że jeśli wyrzuci chłopaka, ja pójdę za nim. - Rhys, na razie możesz spać w moim pokoju.
- Naprawdę? - Rhys starał się ukryć wrażenie, jakie zrobiła na nim ta wiadomość, ale było widać, jak bardzo się przejął.
Matt z ociąganiem zaprowadził nas do naszych pokoi. Ja oczywiście trafiłam do swojego dawnego. Nic się tu nie zmieniło, odkąd kilka tygodni temu wyjechałam. Rozglądałam się i słuchałam głosów dobiegających z pokoju po drugiej stronie korytarza. Rhys pytał Matta o najprostsze rzeczy, aż biedak poczuł się speszony i nieswój.
Kiedy w końcu mój brat odpowiedział na wszystkie pytania Rhysa, zajrzał do mnie. Zdążyłam się już przebrać w piżamę, spraną i wyblakłą, ale ukochaną.
- Wendy, co się dzieje? - szepnął Matt. Zamknął za sobą drzwi, jakby Rhys był szpiegiem, który będzie nas podsłuchiwał. - Kim tak naprawdę jest ten dzieciak? Gdzie byłaś?
- Słuchaj, nie mogę ci powiedzieć, co się działo, kiedy mnie tu nie było. Nie wystarczy ci, że wróciłam cała i zdrowa?
- Nie, właściwie nie. - Matt pokręcił głową. - Ten dzieciak jest dziwny! Wszystko go dziwi!
- Jest przede wszystkim zachwycony tobą - zauważyłam. - Nie masz pojęcia, jakie to dla niego ekscytujące.
- To wszystko nie ma sensu. - Matt nerwowo przeczesał włosy palcami.
- Muszę się przespać, a ty musisz poukładać sobie to wszystko w głowie. Rozumiem. Zadzwoń do Maggie. Powiedz jej, że nic mi nie jest. Ja się zdrzemnę...
Matt zorientował się, że nie ustąpię, i zmiękł.
- Dobrze. Ale mam nadzieję, że w końcu mi powiesz, co tu się dzieje. - Jego niebieskie oczy spoważniały.
- Dobrze. - Wzruszyłam ramionami. Może mieć nadzieję i tak mu nic nie powiem.
- Cieszę się, że wróciłaś. - Matt złagodniał.
Przez chwilę się nie kontrolował, pokazał, jak bardzo to wszystko nim wstrząsnęło. Wiedziałam, że drugi raz nie mogę mu tego zrobić. Podeszłam do niego i uściskałam serdecznie.
Matt powiedział mi dobranoc i wyszedł, a ja z rozkoszą wtuliłam się w znajomą miękką pościel. W Förening sypiałam w ogromnym łożu, a jednak to stare, wąskie posłanie wydawało mi się o wiele wygodniejsze. Otuliłam się kołdrą, szczęśliwa, że znowu jestem w miejscu, które wydaje mi się normalne.
Zawsze miałam przeczucie, że nie pasuję do mojej rodziny, choć Matt był mi bardzo oddany. Kiedy miałam sześć lat, matka chciała mnie zabić. Wyczuwała, że jestem potworem i nie jestem jej córką.
Jak się okazało, miała rację.
Miesiąc temu dowiedziałam się, że jestem podrzutkiem - no, takim podmienionym dzieckiem, które zajęło miejsce innego. A dokładnie mówiąc, podrzucono mnie na miejsce Rhysa Dahla. Okazało się też, że należę do Trylli, czyli, mówiąc w skrócie, rasy wyłudzaczy z nadprzyrodzonymi mocami. Technicznie rzecz biorąc to trolle, ale nie takie małe paskudne zielone stworki. Jestem średniego wzrostu i chyba dosyć ładna. A tradycja podmieniania dzieci sięga kilku wieków wstecz. Chodzi o to, by zapewnić potomstwu Trylli jak najlepsze dzieciństwo.
Właściwie jestem królewną w Förening - miasteczku w Minnesocie, w którym mieszkają głównie Trylle. Moją biologiczną matką jest Elora, ich królowa. Po kilku tygodniach w Förening postanowiłam wrócić do domu. Pokłóciłam się z Elorą, która zabroniła mi spotykać się z ukochanym, tylko dlatego że w jego żyłach nie płynie arystokratyczna krew. Uciekłam i zabrałam ze sobą Rhysa. W Förening właściwie tylko on okazał mi bezinteresowną sympatię i uznałam, że muszę mu się odwdzięczyć. Przywiozłam go tutaj, do Matta, który tak naprawdę jest jego bratem, nie moim.
Oczywiście tego wszystkiego nie mogłam Mattowi powiedzieć. Uznałby, że oszalałam.
Tak bardzo chciało mi się spać. Przemknęło mi jeszcze przez głowę, że dobrze jest wrócić do domu.
Jednak Rhysowi wystarczyło dziesięć minut, by pozbawić mnie tego przyjemnego spokoju. Zasypiałam już, ale szczęk otwieranych drzwi ściągnął mnie na ziemię. Matt był na parterze, chyba zgodnie z moją radą dzwonił do ciotki. Gdyby się dowiedział, że Rhys jest u mnie, zabiłby nas oboje.
- Wendy? Śpisz już? - szepnął i z wahaniem przycupnął na skraju łóżka.
- Tak - mruknęłam.
- Przepraszam, nie mogę zasnąć - odparł. - Jak ty możesz spać?
- Dla mnie to nie jest takie ekscytujące. Ja już tu mieszkałam, zapomniałeś?
- No tak, ale... - Urwał, pewnie dlatego że nie miał sensownych argumentów. Nagle zesztywniał, gwałtownie wciągnął powietrze. - Słyszałaś?
- To, co powiedziałeś? Tak, ale... - Nie dokończyłam, bo teraz także coś usłyszałam. Szelest za oknem.
Zważywszy, że całkiem niedawno miałam bardzo nieprzyjemne spotkanie z paskudnymi trollami znanymi jako Vittra, miałam powody do niepokoju. Przewróciłam się na bok, żeby lepiej widzieć, ale niewiele mogłam zobaczyć przez zaciągnięte zasłony.
Szelest przerodził się w pukanie. Usiadłam. Miałam duszę na ramieniu. Rhys spojrzał na mnie nerwowo. Słyszeliśmy, jak okno się otwiera. Wiatr poruszył zasłonami.