Rozbójniczki. Opowieść o ważnych kobietach - Grażyna Plebanek

-
Proszę czekać
?

BAŚŃ

.

WCHODZI KRÓLOWA!

"Mniej księży, więcej księżniczek" - takie hasło niosła dziewczynka, która towarzyszyła rodzicom na manifestacji w proteście przeciw ograniczaniu praw kobiet w Polsce, w październiku 2020. Karton na patyku był większy od niej, ale się nie ugięła.

Pomyślałam o księżniczce, którą jako dziecko podziwiałam. Potem, gdy podrosłam, wydała mi się rozkapryszona i na długie lata zniknęła z mojego horyzontu myślowego. Aż pewnego dnia obudziłam się niewyspana. Pomyślałam: "Coś mnie, kurwa, uwiera...".

"Księżniczkę na ziarnku grochu" z tomu "Baśnie" Andersena dostałam na zakończenie edukacji przedszkolnej. Na pamiątkowym zdjęciu stoję nienaturalnie wyprostowana, z przylepionym uśmiechem, włosy mam związane w "kapturek". Pozbyłam się tej fryzury zaraz po zrobieniu zbiorowej fotografii. Pamiętam ból, gumka wczepiła się we włosy jak rzep, szarpałam się z nią. A gdy wreszcie zwinęła się w ręku, skurczona jak robak w odruchu obronnym, wciąż trzymała w uścisku kilka moich włosów.

Kiedy mama odbierała mnie z przedszkola, najadła się wstydu, bo pani powiedziała, że zachowałam się niegrzecznie. Nie chciałam się uśmiechnąć, kiedy fotograf kazał. Rozpuściłam włosy i zdjęłam sweterek, po czym zarzuciłam go sobie na plecy jak pelerynę. Gumkę do włosów zgubiłam, choć pani była pewna, że złośliwie ją schowałam. Zanim zaczerwieniona mama wyprowadziła mnie z sali, Dorotka, koleżanka z klatki obok, świsnęła mi do ucha: "Wyglądasz jak czarownica! Fuj!".

Czarownica-fuj. Inwektywa. W tamtym świecie, w przedszkolu nr 284, czarownice były złe, a księżniczki dobre. Ale był tu ktoś jeszcze.

Księżniczka budzi się na stercie pierzyn. Buźkę ma skrzywioną, zaspane oczy wlepia z pretensją w przyszłą teściową.

- Jak ci upłynęła noc? - pyta matka królewicza.

- Chujowo - odpowiada dziewczynka.

W baśni Andersena mówi tak:

- Oj, bardzo źle. Całą noc oka nie mogłam zmrużyć! Nie wiadomo, co tam było w łóżku. Musiałam leżeć na czymś twardym, bo mam całe ciało brązowe i niebieskie od sińców. To straszne!

Niebieskie ciało księżniczki błękitnej krwi. Królowa uśmiecha się pod nosem - wie, że jej synowi trafił się skarb. Dziewczyna, która prawdę powie.

Dziewczyna, dziewczyna... Stop.

Oto ona, Królowa. Konkretnie "stara królowa", jak chce Andersen. Dopiero teraz ją zauważyłam, po tylu latach. Może przez tę "starość", która w naszych czasach jest dobrem skrzętnie ukrywanym, wręcz zawstydzającym. "Stara" nakłada też inny negatywny filtr, odwołuje się do stereotypu złej teściowej.

Tytułowa księżniczka zmonopolizowała opowieść i dobrze, w końcu każda z nas ją w sobie ma. Ale w takim samym stopniu niesiemy i zalążek Królowej. Ta z baśni jest mądra, a przymiotnik "stara", uwłaczający w zinfantylizowanym świecie XXI wieku, połyskuje jak korona na głowie.

Stara i mądra. Bo kiedy dziewczynka powiedziała, że jest prawdziwą księżniczką, Królowa nie uwierzyła jej na słowo. W końcu każda może się podać za arystokratkę, a nawet nauczyć się poprawnie posługiwać sztućcami. ""Zaraz się o tym przekonamy" - pomyślała stara królowa, ale nie powiedziała ani słowa, tylko poszła do sypialni, zdjęła całą pościel, na spód łóżka położyła ziarnko grochu i ułożyła jeden na drugim dwadzieścia materaców na tym ziarnku grochu, a potem jeszcze dwadzieścia puchowych pierzyn na tych materacach. I na tym posłaniu miała spać księżniczka".

Księżniczka mówi prawdę, a Królowa ma własny rozum. Dziewczynę prowadzi instynkt, dojrzała kobieta ma dodatkowo do dyspozycji wiedzę, doświadczenie i nos czuły jak posokowiec, wytrenowany latami. Ten na rysunku Szancera jest prosty, czujny, pewnie zarysowany. Matka księcia ma ciemne, gęste włosy, takie jak księżniczka, tylko upięte, bo jest tu gospodynią i nie zamierza się wylegiwać. Do niej należą poduszki, pierzyny, materace i łoże z baldachimem, o który zaczepia malutką koroną księżniczka. Królowa nie ma korony. Nie potrzebuje. Wystarczy rzut oka, by wiedzieć, że to mocna dama.

W gruncie rzeczy jest młoda. A także urodziwa i świetnie zbudowana, jednak te rozważania zostawiam na wybory jakiejś Miss. To, co dziś widzę w Królowej, to to, że jest u siebie. Ona tu rządzi, choć nie zazdrośnie. To jej dom, jej zamek, jej środowisko, naturalny habitat zwierzęco mądrej Królowej.

Cieszę się, że wreszcie ją poznałam, bo bez niej nie byłoby tytułowej księżniczki. Gdyby nie uparła się, żeby zmoczoną deszczem znajdę ułożyć - po wysuszeniu - na niebotycznej stercie pościeli nadziewanej ziarenkiem grochu, księżniczka nie zostałaby rozpoznana ani tym bardziej doceniona. Gdyby Królowa była idiotką albo biedulą o stępionym instynkcie lub umyśle wypełnionym patriarchalnym chaosem, przegnałaby chudzinę o błękitnej krwi, a zamiast niej powitała z otwartymi ramionami gwiazdę Instagrama o baloniastych ustach ułożonych w niedomknięty dziób.

Dopiero by urządziła królewicza, własne dziecko! Pasztet pieczony w solarium, utleniony i wypchany - na towarzyszkę życia...

Dziewczyna mówi prawdę

O księżniczkach sporo napisano w ciągu ostatnich kilku lat. Kiedy w 2012 roku opublikowałam "Córki Rozbójniczki", dziewczynki występowały głównie w horrorach. Potem obrodziło opowieściami o rebel girls. Bardzo potrzebnymi, bo jak iść w życie, skoro jedyny wzorzec to cicha, grzeczna, dobrze ułożona kobietka, która szuka męża? Trening społeczny jest bezlitosny, a nam się trafiły czasy schyłku patriarchatu, który tym mocniej kopie, im wyraźniej widzi własny koniec.

Przed przejściem procesu socjalizacji adorowałam księżniczkę. Nie wiedziałam za co, teraz widzę, że za jej otwartość. Oto człowiek, który mówi to, co myśli. Za to w życiu spotykały mnie kary, do dzienniczka wpisywano: "naganne zachowanie", na koloniach łajano za oddalanie się od grupy, a kiedy pokazałam język sąsiadce, wbiłam się w takie poczucie winy, że omijałam potem jej klatkę latami, jak miejsce zbrodni.

Z tamtego uwolnienia przedszkolnego - z "kapturka", sweterka, z przymusu uśmiechu - zapamiętałam uczucie szczęścia. Byłam mała i szczerbata, a wymknęłam się pani, uniosłam się nad dezaprobatą fotografa i nawet uwaga Dorotki spłynęła po mnie jak po kaczce. Tylko o mamę się martwiłam.

Niepotrzebnie, bo rozumiała mnie jak mało kto. Tamtego dnia była po prostu zmęczona po pracy i zła na panią oraz Dorotkę z jej nienagannym kapturkiem.

Ziarnko od Królowej

Królowa przyszła do mnie w momencie, gdy zaczęło mnie dręczyć pytanie: kim jest dojrzała kobieta w pierwszej ćwierci XXI wieku? Odchodzą w przeszłość wzory pani Dalloway i pani Ramsay wyczarowane przez Virginię Woolf. Może jedynie malarka Lily z mojej ulubionej powieści "Do latarni morskiej" oparła się falom wielkich zmian, które przyszły pomiędzy czasem, kiedy powstawał "Własny pokój", a tym dziwnym rokiem 2020, który jeszcze długo będzie nam dawał do myślenia. Królestwem Lily są sztalugi i farby, tymczasem Królowa u Andersena zarządza znacznie większym terytorium.

Kobiece wynurzanie się ma niewiele ponad sto lat. Najpierw wzięłyśmy sobie prawa wyborcze, prawo pójścia do szkół i na uniwersytety, prawo do pracy i zarabiania. I chociaż w momencie, kiedy piszę ten tekst, nigdzie na świecie kobiety nie zarabiają tyle samo co mężczyźni pracujący na analogicznych stanowiskach, to odniosłyśmy inne zwycięstwa. Nie pozwalamy się obmacywać; drzemy się, kiedy ktoś nas obleśnie nagabuje; wychodzimy na ulice w wielkiej liczbie, gdy garść dziadów z pomocą Ciotek z Gileadu ustala, co zrobić z naszymi macicami.

Świat się zmienia. Ruch #MeToo; piętnowanie molestowania seksualnego; pilnowanie, żeby odpowiednio płacili za naszą pracę. Z powodu tego zamieszania - wszystko takie "nowe", choć przecież oczywiste - szefowie dostają kociokwiku i stają się nadgorliwi. Zatrudniają niedoświadczone osoby, bo trzeba mieć kobietę w zarządzie. Te przegięcia w końcu się wyrównają, przystopuje huśtawka wpadania z jednej dyskryminacji w drugą.

Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla dojrzałej kobiety? Widzę niepewność w zachowaniu niektórych z nich. Przez całe życie niezależne, samodzielne, nagle zaczynają się kleić do swoich mężczyzn, łasić, podkładać. Czy to strach, kim się jest, kiedy z kobiety uchodzi płodność, gdy zamienia się - w kogo, właściwie? Cykl miesięczny nabiera większego rozmachu, wpisuje się w większy cykl - ale co o tym drugim wiemy? Doświadczenie gromadzone latami zamienia się w mądrość - czym ona dziś jest?

Świat kręci się wokół młodych byków, płodności samic i starych, bogatych facetów. Jak długo jeszcze?

Dojrzałość kobiet mnie fascynuje. Kiedy się ten proces zaczyna, jak przebiega, dlaczego się go wstydzimy, czemu pozwalamy się spychać na margines życia grup, które są akurat w wieku rozrodczym? Bycie silną indywidualistką jest pociągające, hołubimy obraz szamanki, czarownicy warzącej zioła w chacie za wsią. Ale ciągłość zbiorowości nas potrzebuje, głosu, siły, w mieście, miasteczku, w środku wsi. Afrykańskie słowo "ubuntu" oznacza: "ja, czyli my".

Zduszony głos z szuflady

Kiedy byłam młoda, wciąż byłam cudza. Należałam do rodziny, szkoły, do jakiegoś niepojętego społeczeństwa z moim płodnym brzuchem i zwierzęcą umiejętnością wykarmienia potomstwa. Do instytucji i konstrukcji - z moimi kulturowymi zdolnościami do prowadzenia życia rodzinnego, towarzyskiego, zawodowego, sportowego.

Byłam cudza i obca samej sobie. Lustro było moim wrogiem, waga łazienkowa jego sprzymierzeńcem, atakowały mnie znienacka przypadkowe odbicia w szybach wystawowych. Najwięcej czasu i energii zmarnowałam na udowadnianie, że nie.

Że nie jestem głupia (nauczycielowi matematyki).

Że nie jestem słaba, bo urodziłam się dziewczynką (ojcu).

Że nie jestem zbyt delikatna, by sobie poradzić (mamie, chociaż to akurat okazało się motywujące).

Że nie jestem brzydka i gruba czy też ładna i głupia (rówieśnikom).

Że nie jestem żoną czyli dodatkiem do męża (zwolennikom teorii, że bycie "wife" jest tożsame ze statusem "housewife").

Że nie jestem wszystkim tym, co powyżej (wielbicielom "szufladek").

O szufladkach przenikliwie pisze Walter Gropius, którego świat nazywał "twórcą stylu Bauhaus":

"Kiedy, jeszcze jako młody mężczyzna, zostałem po raz pierwszy dostrzeżony publicznie, z pewnym rozdrażnieniem obserwowałem, jak pojawiające się w prasie wzmianki moja matka przyjmowała z przygnębieniem i dezaprobatą. Dziś doskonale rozumiem jej niepokój. Przekonałem się bowiem na własnej skórze, iż w czasach kategoryzacji i szybkiego powielania treści przekazywane przez media wiadomości przywierają do ich bohaterów niczym etykiety do butelek. Czasami rośnie we mnie przemożna potrzeba strząśnięcia z siebie zakrzepłych określeń i opisów, tak aby znów odkryć schowanego pod nimi człowieka". (Walter Gropius, "Pełnia architektury", tłum. Karolina Kopczyńska, wyd. Karakter)

Mądra matka, od razu poznać Królową! A szufladkowanie to sport popularny, wszyscy go uprawiamy, niektórzy z większą zaciętością niż inni. Na kategoryzowanie, opatrywanie łatkami i na to, co da się uratować z tego młotkowania, ukuto osobny termin, to serbsko-chorwackie słowo "lutalica".

Kiedy patrzę na siebie o połowę młodszą, zastanawiam się, jakim cudem udało się tym wszystkim społecznych uzurpatorom, którzy rościli sobie pretensje do posiadana na własność mojego ciała i duszy, doprowadzić mnie do takiego stanu, że wyjście za próg było równoznaczne z rzuceniem się w wir walki. Narażeniem się na oceny, przytyki, komentarze, walec urawniłowki, kładzenie uszu po sobie wobec tego, co wypada, a co jest nieodpowiednie.

Aż przyszedł moment zaufania do samej siebie, do dobrych wyborów. Dobrych subiektywnie, bo co mnie obchodzi "obiektywna" ocena mojego życia, postępowania, wyglądu. Zaufania do umiejętności rozpoznawania i wywalania za drzwi wampirów i pijawek emocjonalnych. Pewności, że miłość wybieram sama albo ona mnie, i mogą to być ludzie, ale równie dobrze miasto, stan duszy, zwierzę zobaczone tylko raz, widok, odgłos, drgnienie. Z potyczek z idiotami wyniosłam parę blizn, które przypominają o tym, że nie ma co się bać dojrzeć, przestać być przestraszonym dzieckiem i żyć po swojemu, wyraziście. Jak księżniczka z przekrzywioną koroną z baśni Andersena.

Siedzi nadąsana na szczycie materaców i pierzyn, patrzy z wyrzutem na Królową. A ta przygląda jej się, węszy tym swoim nosem, bada uważnie spojrzeniem. Czy na pewno ją uwierało, czy wyczuła ziarenko grochu, czy czasem nie kłamała? Nie, dziewczyna mówiła prawdę, a na dowód ma te siniaki. Nie wstydzi się ich, to jej blizny, ślady potyczki z tym, co głęboko schowane i co łatwo mogło zostać przemilczane.

Księżniczka milczeć nie zamierza i Królowa oddycha z ulgą. Gdyby tu siedziała hipokrytka maskująca siniaki samoopalaczem, osobiście podpaliłaby pod nią stos piernatów. W zamku Królowej nie ma miejsca na kłamstwo.

I tak książę poślubił świetną dziewczynę, bo sam był bystry, przecież pierwsze zdania baśni brzmią tak: "Był sobie pewnego razu książę, który chciał się ożenić z księżniczką, ale to musiała być prawdziwa księżniczka. Jeździł więc po świecie [...]". Nomadyczny książę szukał takiej, która chce partnera, a nie sponsora.

A co się stało z ziarnkiem grochu? "[...] oddano do muzeum, gdzie jeszcze teraz można je oglądać, o ile go ktoś nie zabrał".

Uwierające ziarnko ciszy

No dobrze, niech młodzi sobie żyją długo i szczęśliwie, o nich napisano już wiele opowieści, jak choćby "Kocha, lubi, zdradza. Nowe spojrzenie na problem wierności i niewierności w związku" Esther Perel. A my suniemy za Królową. Może uda się przeniknąć jej tajemnicę, oczywiście bez szufladkowania.

Uzupełnienie wiedzy o niej bardzo się przyda. Właściwie chodzi o stworzenie bazy danych od zera, bo dojrzałej kobiety nie ma na mapie dzisiejszego życia społecznego, rzadko pojawia się w literaturze, filmach. A zasługuje ona na równie piękny opis, jak ten pióra Wisławy Szymborskiej:

"Miał w sobie coś z dużego chłopca, skory do zabaw i psoty, ale i do istotnych dla środowiska działań. Czy nie dlatego lgnęliśmy do niego, starsi i młodsi, ba całkiem młodzi, wyczuwając w nim swoistego strażnika pamięci, który innym miał do zaoferowania tak wiele?"

Tak pisała o Kornelu Filipowiczu, z którym związała się, gdy była po czterdziestce, a on powyżej pięćdziesiątki.

Dojrzały mężczyzna ma w sobie chłopca, a jaka jest dojrzała kobieta? Ma w sobie coś z księżniczki?

Królowa, strażniczka pamięci, Pszczoła - ma innym tak wiele do zaoferowania! Czas dołożyć puzzla kobiecej dojrzałości do układanki zbiorowości. Cisza wokół tematu uwiera mnie jak ziarnko grochu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki