Rozdział II
U rybaka z Noroë
Dom maaster33 Herseboma, jak wszystkie w Noroë pokryty dachem z darni, został zbudowany z ogromnych pni jodłowych zgodnie z dawnym planem skandynawskim; ma dwie duże izby rozdzielone w środku korytarzem prowadzącym do szopy, w której przechowywane są łodzie, narzędzia rybackie i stosy dorseli34, czyli małych dorszy z Norwegii i Islandii, które po wysuszeniu są zwijane, aby trafić do handlu pod nazwą rondfish35 (ryba okrągła) i stock-fish36 (ryba na patyku).
Każda z dwóch izb pełni jednocześnie funkcję salonu i sypialni. Szuflady zainstalowane w drewnianych ścianach mieszczą pościel złożoną z materacy i kołder ze skór, a wyciąga się ją tylko na noc. Owo rozmieszczenie, jak również jasny kolor drewnianych ścian i radosny blask wysokiego kominka znajdującego się w narożniku, w którym zawsze płonie duży ogień, nadaje najskromniejszym chatom atmosferę schludności i wygód domowych, jakiej nie znają wieśniacy z południowej Europy.
Owego wieczora cała rodzina zebrała się wokół paleniska z tkwiącym na nim olbrzymim garem, w którym gotowała się potrawa zwana sill-sallat37, będąca mieszaniną wędzonego śledzia, łososia i ziemniaków. Siedzący na wysokim drewnianym krześle maaster Hersebom wiązał sieci, co było jego nieodmiennym zajęciem, kiedy nie znajdował się na morzu lub w suszarni. Ten twardy marynarz miał cerę ogorzałą od polarnych wiatrów i siwiejące już włosy, choć nadal był w kwiecie wieku. Jego syn Otto, wysoki chłopiec w wieku czternastu lat, pod każdym względem przypominający ojca i jak się wydawało, skazany na zostanie tak jak on wyśmienitym rybakiem, był w tej chwili zajęty zgłębianiem tajemnicy reguły trzech38, i wielką łapą, która wyglądała na znającą się dużo bardziej na wiosłowaniu, pokrywał cyframi małą tabliczkę. Erik, pochylony nad stołem jadalnym, był pochłonięty czytaniem wielkiej książki historycznej, pożyczonej mu przez pana Malariusa. Tuż obok niego Katrina Hersebom, dobra kobieta, przędła spokojnie na swoim kołowrotku, natomiast mała Vanda, jasnowłosa dziewczynka w wieku dziesięciu albo dwunastu lat, siedziała na stołku, gorliwie robiąc na drutach dużą pończochę z czerwonej wełny. U jej stóp spał zwinięty w kłębek spory pies o jasnożółtej sierści, gęstej jak u owcy.
Co najmniej od godziny trwała nieprzerwanie cisza, a miedziana lampa zasilana olejem rybnym swoimi czterema wylotami oświetlała łagodnie wszystkie szczegóły tego pogrążonego w spokoju wnętrza.
Owo milczenie zdawało się jednak ciążyć gospodyni Katrinie, która od pewnego już czasu różnymi objawami zdradzała potrzebę posłużenia się językiem.
W końcu nie zdołała dłużej wytrzymać milczenia.
- Dziś wieczorem dość już się napracowaliśmy - powiedziała. - Pora nakryć do stołu i zjeść kolację.
Erik bez słowa protestu wziął swoje tomisko i przeniósł się bliżej kominka, podczas gdy Vanda, odłożywszy robótkę na drutach, poszła do kredensu i zabrała się do wyjmowania talerzy i łyżek.
- Powiedziałeś, Ottonie - dodała prządka - że nasz Erik po południu dobrze odpowiadał doktorowi?
- Dobrze odpowiadał?! - zawołał entuzjastycznie Otto. - Mówił jak z książki, naprawdę! Nie mam pojęcia, skąd brał wszystko to, co wiedział... Im dłużej doktor zadawał pytania, tym więcej miał mu do powiedzenia...! A słowa napływały i napływały...! Jak bardzo zadowolony był pan Malarius!
- I ja też byłam zadowolona - powiedziała z powagą Vanda.
- Och! Wszyscy byliśmy, to oczywiste! Gdybyś tylko widziała, mamo, jak go wszyscy słuchali z otwartymi ustami...! Baliśmy się jedynie, że my też będziemy przepytywani...! Ale on nie bał się zupełnie i odpowiadał doktorowi tak, jakby czynił to naszemu panu!
- No tak! Uważam, że pan Malarius jest równie dobry jak doktor, a na pewno tak samo uczony jak każdy inny! - powiedział Erik, którego owe pochwały bez miary wydawały się onieśmielać.
Stary rybak pochwalił go uśmiechem.
- Masz rację, mój mały - potwierdził, nie przerywając pracy swoich zrogowaciałych dłoni. - Pan Malarius mógłby wskazać miejsce wszystkimi doktorom w mieście, gdyby tylko zechciał... I przynajmniej nie posługuje się nauką, aby biednych ludzi doprowadzać do ruiny!
- Czy doktor Schwaryencrona doprowadził kogoś do ruiny? - spytał zaciekawiony Erik.
- Czy...? Hmm...! Jeśli nawet nie, to nie ma w tym jego zasługi...! Mówię wam, nie myślicie chyba, że byłem zadowolony, patrząc, jak tam, na skraju fiordu, powstaje owa dymiąca fabryka... Matka może wam powiedzieć, że kiedyś zbieraliśmy swój olej i sprzedawaliśmy bardzo drogo w Bergen, zarabiając rocznie sto pięćdziesiąt, a nawet dwieście koron... Teraz to minęło! Nikt już nie chce brązowego oleju, albo płacą za niego tak mało, że prawie nie opłaca się jechać! Trzeba się cieszyć, że sprzedajemy fabryce wątroby, a Bóg świadkiem, że zarządca doktora umie je kupować po niskiej cenie...! Z trudem dostaję za nie czterdzieści pięć koron, zadając sobie trzy razy więcej trudu niż kiedyś! No cóż...! Powiem, że to niesprawiedliwe i że doktor lepiej by zrobił, lecząc w Sztokholmie swoich pacjentów, zamiast przyjeżdżać tutaj, aby przejmować nasze zajęcie i zabierać nam źródło utrzymania!
Po tych gorzkich słowach zapadła cisza. Przez kilka chwil słychać było jedynie stukanie talerzy, które rozstawiała Vanda, kiedy jej matka przekładała zawartość garnka na wielki półmisek z lakierowanej gliny.
Erik popadł w głęboką zadumę nad słowami wypowiedzianymi właśnie przez maaster Herseboma. Do głowy cisnęły mu się mocno różne sprzeciwy, a ponieważ nie ukrywał nigdy swoich myśli, nie zdołał się powstrzymać od ich wyrażenia.
- Uważam, że masz rację, ojcze, żałując zysków z dawnych czasów - powiedział - ale też, że oskarżanie doktora Schwaryencrona o spowodowanie ich spadku nie jest ani trochę sprawiedliwe! Czy jego olej nie jest lepszy od tego, który wyrabia się w domu?
- Czy...? Hmm...! Jest bardziej przejrzysty, to wszystko... Z tego, co mówią, nie pachnie żywicą jak nasz...! Na pewno właśnie dlatego wolą go wszystkie te miejskie paniusie! Ale niech mnie diabli, jeżeli dla płuc chorych działa więcej dobrego niż nasz zacny olej z dawnych czasów...!
- W każdym razie, z takich czy innych powodów ludzie wybierają ten nowy! A ponieważ jest lekarstwem bardzo zdrowym, bardzo liczy się to, żeby przy jego zażywaniu smakował ludziom jak najmniej odstręczająco. Dlatego właśnie, skoro jakiś lekarz poprzez zmianę sposobu wytwarzania oleju znalazł sposób na poprawę jego smaku39, to czy nie miał obowiązku, by upowszechnić swoje odkrycie?
Maaster Hersebom podrapał się po uchu.
- Bez wątpienia - powiedział jakby z żalem - jako lekarz miał może taki obowiązek. Nie znaczy to jednak, żeby należało uniemożliwiać biednym rybakom zarabianie na życie...
- Przecież fabryka doktora zatrudnia trzystu ludzi, podczas gdy w czasach, o których mówisz, nie było ich w Noroë nawet dwudziestu - sprzeciwił się nieśmiało Erik.
- Och! Racja, i właśnie dlatego nasze zajęcie stało się bezwartościowe! - zawołał Hersebom.
- Przestańcie! Kolacja podana, siadajcie do stołu - powiedziała gospodyni Katrina, która dostrzegła, że rozmowa staje się bardziej gorąca, niż jej się podobało.
Pojąwszy, że dalsze upieranie się przy swoim nic by nie dało, Erik nie udzielił odpowiedzi na wywód maaster Herseboma i zajął swoje zwykłe miejsce obok Vandy.
- Doktor i pan Malarius mówią sobie na ty, czy są zatem kolegami z dzieciństwa? - zapytał, chcąc zmienić temat rozmowy.
- Oczywiście - odpowiedział rybak, siadając do posiłku. - Obaj urodzili się w Noroë, a ja wciąż pamiętam czasy, gdy bawili się na szkolnym podwórku, choć są ode mnie o jakieś dziesięć lat starsi. Pan Malarius jest synem ówczesnego lekarza, a doktor synem prostego rybaka. Od tamtych czasów zaszedł jednak daleko!
To powiedziawszy ów zacny człowiek miał właśnie zanurzyć łyżkę w talerzu z parującą rybą i ziemniakami, gdy pukanie do drzwi sprawiło, że z miejsca wstrzymał ten ruch.
- Mistrzu Hersebom, czy mogę wejść? - zakrzyknął w korytarzy donośny, mocno dźwięczny głos.
Potem, nie czekając na pozwolenie, do pokoju wszedł ten właśnie człowiek, o którym przed chwilą była mowa, wpuszczając za sobą mocny podmuch zimnego powietrza.
- Pan doktor Schwaryencrona! - zawołała trójka dzieci, a ojciec i matka zerwali się żywo na nogi.
- Mój drogi Hersebom - powiedział uczony, biorąc w dłonie rękę rybaka - nie widzieliśmy się od wielu lat; mimo to nie zapomniałem o waszym wspaniałym ojcu i pomyślałem, że mogę pojawić się u was jako przyjaciel z dzieciństwa!
Zacny gospodarz, bez wątpienia trochę zakłopotany, gdyż pamiętał o oskarżeniach, które dopiero co wysuwał wobec swego gościa, miał pewne kłopoty ze znalezieniem odpowiedzi na te słowa. Dlatego zadowolił się odwzajemnieniem uścisku dłoni lekarza i uśmiechem serdecznego powitania, natomiast jego dobra żona przeszła do rzeczy najpilniejszej.
- Ottonie, Eriku, pomóżcie szybko panu doktorowi zdjąć pelisę, a ty, Vando, postaw jeszcze jedno nakrycie! - poleciła, okazując gościnność typową dla wszystkich norweskich pań domu. - Czy pan doktor zaszczyci nas, zjadając cokolwiek?
- Naprawdę bym nie odmówił, proszę mi wierzyć, gdybym odczuwał choć odrobinę apetytu, a to danie z łososia wygląda na bardzo smaczne...! Jednakże niecałą godzinę temu zjadłem kolację z moim przyjacielem Malariusem, i z pewnością nie przyszedłbym tak szybko, gdybym sądził, że mogę was nadal zastać przy stole... Dlatego proszę sprawić mi wielką przyjemność, wracając na swoje miejsca i postępując tak, jakby mnie tu wcale nie było.
- Och, panie doktorze - błagała go dobra kobieta - czy zgodzi się pan chociaż na kilka snorgas40 i filiżankę herbaty?
- Przyjmę filiżankę herbaty, ale pod warunkiem, że najpierw zjecie kolację - odpowiedział doktor, zasiadając w wielkim fotelu, który wyciągał do niego swoje poręcze.
Vanda od razu postawiła dyskretnie czajnik na ogniu i niczym sylf41 zniknęła w sąsiedniej izbie, podczas gdy cała rodzina, dzięki wrodzonej uprzejmości wiedząca dobrze, że nalegając dłużej, wprawiłaby tylko w zakłopotanie swojego gościa, wróciła do spożywania posiłku.
Po upływie dwóch minut doktor czuł się już jak u siebie. Podsycając żar w kominku i ogrzewając nogi płonącymi w nim drwami, które Katrina dorzuciła, zanim ponownie usiadła przy stole, opowiadał o dawnych czasach, o starych znajomych, których już nie było na świecie, o tych, którzy pozostali, o zmianach zachodzących w kraju i w samym Bergen. Czuł się całkowicie swobodnie, i co najmocniej zdumiewało, zdołał sprawić, że maaster Hersebom odzyskał dobry humor, zanim Vanda wróciła z drewnianym półmiskiem zastawionym talerzykami i podsunęła go tak uprzejmie, że nie sposób już było odmówić.
Były to słynne norweskie snorgas - paski wędzonego mięsa renifera, filety śledziowe posypane czerwonym pieprzem, cienkie kromki czarnego chleba, słony ser i inne ostre przekąski, które dla zaostrzenia apetytu jada się o każdej porze.
Tak dobrze spełniły swoją rolę, że doktor, skosztowawszy je z uprzejmości, stwierdził, że jest w stanie oddać hołd dżemowi z jeżyn, którym szczególnie chlubiła się Katrina, i naszło go takie pragnienie, że ledwo zdołało je ugasić siedem czy osiem filiżanek niesłodzonej herbaty.
Maaster Hersebom wyciągnął następnie dzban doskonałego schiedamu42, kupionego od holenderskiego kupca. Potem, kiedy kolacja została zjedzona, doktor przyjął od gospodarza wielką fajkę, którą nabił i palił ku ogólnemu zadowoleniu.
Nie trzeba dodawać, że do tego czasu lody były już od dawna przełamane i wyglądało na to, jakby doktor od zawsze wchodził w skład tej rodziny. On i rybak śmiali się, gawędzili, zachowywali jak najlepsi przyjaciele, kiedy stary zegar z lakierowanego drewna wybił godzinę dziesiątą.
- Och, drodzy przyjaciele, zrobiło się późno - powiedział lekarz. - Jeśli zechcecie teraz posłać dzieci do łóżek, to porozmawiamy o poważnych sprawach.
Na znak Katriny, Otto, Erik i Vanda natychmiast złożyli wszystkim życzenia dobrej nocy i odeszli.
- Zapewne zastanawiacie się, dlaczego przyszedłem w gości - rzekł doktor po chwili milczenia, skupiając swój przenikliwy wzrok na maaster Hersebomie.
- Gość w dom, Bóg w dom - odpowiedział przysłowiem rybak.
- Tak, wiem, wiem, że gościnność w Noroë nie ginie...! Jednak z pewnością już się domyśliliście, że musiałem mieć ważny powód, aby dziś wieczorem opuścić towarzystwo mojego starego przyjaciela Malariusa i przyjść właśnie do was...! Założę się, że pani Hersebom doszła już do pewnych podejrzeń dotyczących tego powodu.
- Poznamy go, kiedy zostanie nam przez pana podany - odpowiedziała dyplomatycznie dobra kobieta.
- Racja! - przyznał z westchnieniem doktor. - Skoro nie chcecie mi pomóc, muszę sam przedstawić ten powód...! Maaster Hersebom, wasz syn Erik jest dzieckiem niezwykle znakomitym.
- Nie mogę się na niego skarżyć - odparł rybak.
- Jest wyjątkowo inteligentny i wykształcony, jak na swój wiek - ciągnął doktor. - Przepytywałem dzisiaj Erika w szkole i ogromnie mnie zdumiały jego niezwykłe zdolności do pracy i myślenia, ujawnione podczas tego egzaminu...! Zdumiałem się również, gdy poznałem jego nazwisko, jak mało jest podobny z wyglądu do was i jak mało przypomina miejscowe dzieci!
Rybak i jego żona trwali bez ruchu i bez słowa.
- Krótko mówiąc - mówił dalej doktor z pewną niecierpliwością - to dziecko mnie nie tylko ciekawi, ale też intryguje. Rozmawiałem o Eriku z Malariusem i dowiedziałem się, że trafił na nasze wybrzeże po rozbiciu się statku, że zabraliście go, wychowaliście i przysposobiliście do tego stopnia, że nadaliście mu swoje nazwisko! To wszystko prawda, czyż tak?
- Prawda, panie doktorze - odpowiedział poważnie Hersebom.
- Choć nie jest naszym synem z krwi, to jest nim z serca i miłości! - zawołała Katrina, mając mokre oczy i drżące usta. - Nie czynimy żadnych różnic między nim a naszym Ottonem czy naszą Vandą! Ani przez chwilę nie przyszło nam do głowy, że jest jakakolwiek!
- Oboje możecie być szczerze dumni z tych uczuć - powiedział doktor, poruszony oburzeniem dobrej kobiety. - Proszę was jednak, przyjaciele, opowiedzcie mi całą historię tego dziecka. Przyszedłem w celu poznania jej, a zapewniam was, że pragnę wyłącznie jego dobra.
Rybak, drapiąc się po uchu, zdawał się przez chwilę wahać. Widząc jednak, że doktor z niecierpliwością czeka na jego opowieść, zdecydował się wreszcie mówić.
- Rzeczywiście jest tak, jak panu powiedziano, a dziecko nie jest naszym synem - powiedział jakby z żalem. - Niedługo upłynie dwanaście lat od dnia, w którym wybrałem się na połów ryb poza wysepkę przesłaniającą miejsce łączenia się fiordu z otwartym morzem. Wie pan, że dno wokół niej jest piaszczyste i występują tam obficie dorsze ... Po dość dobrym połowie wyciągałem ostatnie linki z haczykami i już miałem postawić żagiel, kiedy w promieniach zachodzącego słońca spostrzegłem coś białego, unoszącego się na wodzie około mili dalej. Przyciągnęło to moją uwagę, a morze było wtedy łagodne i nie musiałem się spieszyć do domu. Dlatego zamiast skierować łódź do Noroë, uległem ciekawości i popłynąłem ku tej białej rzeczy, aby zobaczyć, czym jest. W dziesięć minut dotarłem do niej. Unoszącym się w ten sposób przedmiotem, niesionym przez wzbierający przypływ ku brzegowi, była mała wiklinowa kołyska owinięta muślinowym obiciem i dobrze przymocowana do koła ratunkowego. Podpłynąłem do niej, aż znalazła się w zasięgu ręki, i z przejęciem, które może pan łatwo pojąć, chwyciłem koło, wyciągnąłem z wody, a wtedy zobaczyłem w kołysce biedne niemowlę w wieku siedmiu lub ośmiu miesięcy, które spokojnie spało, zaciskając piąstki! Było wprawdzie trochę blade i chłodne, ale nic nie wskazywało na to, aby ucierpiało zbytnio podczas swojej pełnej zagrożeń podróży, sądząc po sile, z jaką zaczęło ryczeć po przebudzeniu, gdy tylko przestały je kołysać fale. Mieliśmy już swojego Ottona i wiedziałem, jak zajmować się takimi maluszkami. Pospiesznie zrobiłem więc gałganek z kawałka szmatki, zanurzyłem go w odrobinie wody zmieszanej z branvinem43 i dałem niemowlęciu do ssania...! Uspokoiło się od razu i sprawiało wrażenie, że ten napitek przyjęło z prawdziwym zadowoleniem. Miałem jednak jakby przeczucie, że długo go to nie zadowoli. Dlatego najważniejszy był jak najszybszy powrót do Noroë. Oczywiście odwiązałem kołyskę i położyłem ją u swoich stóp na dnie łodzi. Trzymając szot44 żagla, patrzyłem na to biedne małe stworzonko i zastanawiałem się, skąd mogło się wziąć. Bez wątpienia ze statku, który się rozbił! W nocy morze było bardzo wzburzone, wiatr dął z siłą huraganu, i takie nieszczęścia należało liczyć w dziesiątki. Jakimż to jednak splotem okoliczności niemowlę uniknęło losu tych, którzy się nim opiekowali? Jak komuś mógł przyjść do głowy pomysł przywiązania go do koła ratunkowego? Przez ile godzin unosiło się na wierzchołkach fal? Co się stało z ojcem, matką dziecka, tymi, którzy je kochali? Tyle pytań, które na zawsze miały pozostać bez odpowiedzi, bo biedne maleństwo nie będzie w stanie ich udzielić! Krótko mówiąc, pół godziny później byłem już w domu i moje znalezisko wręczyłem Katrinie! Mieliśmy wtedy krowę, którą natychmiast uczyniliśmy żywicielką dziecka. Było takie słodkie, takie uśmiechnięte, takie różowe, gdy zostało dobrze nakarmione mlekiem i ogrzane przy ogniu, że, nie kłamię, zaczęliśmy je od razu kochać, jakby było nasze...! A potem było nasze...! Zatrzymaliśmy je, wychowywaliśmy i nigdy nie robiliśmy różnicy między nim a dwojgiem naszych dzieci...! Prawda, żono...? - dodał maaster Hersebom, odwracając się do Katriny.
- No oczywiście, biedactwo! - odpowiedziała gospodyni, wycierając oczy, które owo wspomnienie wypełniło łzami. - Jest także naszym prawdziwym dzieckiem, ponieważ je zaadoptowaliśmy...! Nie wiem, dlaczego pan Malarius miałby mówić inaczej!
Wtedy zacna kobieta, szczerze oburzona, zaczęła znowu energicznie kręcić kołowrotkiem.
- To prawda! - potwierdził jej słowa Hersebom. - Więc czy ta sprawa dotyczy kogoś oprócz nas?
- Na pewno - odpowiedział doktor bardzo pojednawczym tonem - ale nie należy oskarżać Malariusa o zdradzenie tajemnicy. To ja, zdumiony wyglądem dziecka, poprosiłem nauczyciela, by w zaufaniu opowiedział mi jego historię. Malarius nie ukrywał przede mną, że Erik uważa się za waszego syna i że wszyscy w Noroë zapomnieli, jak nim został. Dlatego zadbałem, jak widzieliście, aby nie mówić przy chłopcu i zacząłem od posłania go do łóżka, tak samo jak brata i siostrę... Mówicie więc, że mógł mieć siedem lub osiem miesięcy, kiedyście go zabrali z morza?
- Coś koło tego! Miał już cztery zęby, nicpoń, i zapewniam pana, że wkrótce potem już się nimi posługiwał! - zaśmiał się Hersebom.
- Och, jakie to było piękne dziecko! - powiedziała z przejęciem Katrina - białe, jędrne, dobrze zbudowane...! A jego rączki i nóżki... Trzeba było je widzieć...
- Jak było ubrane? - zapytał doktor Schwaryencrona.
Hersebom nie odpowiedział, ale jego żona wykazała się mniejszą chęcią milczenia.
- Jak mały książę! - zawołała. - Proszę sobie wyobrazić, panie doktorze, sukieneczkę z piki45, całą obszytą koronką, podbitą atłasem pelisę, taką, od jakiej piękniejszej nie mógłby mieć syn królewski, plisowany czepek, płaszczyk z białego aksamitu...! Wszystko bardzo ładne...! A zresztą, może pan sam to stwierdzić, bo wszystko zachowałam w nienaruszonym stanie. Jak może się pan domyślać, nie bawiło nas ubieranie dziecka w to ubranko...! Odziewałam je wyłącznie w małe rzeczy Ottona, które zachowałam, a które później służyły Vandzie...! Mam tu jednak tę wyprawkę i ją panu pokażę.
Nie przerywając mówienia, zacna kobieta uklękła przed dużą dębową skrzynią ze staroświeckim zamkiem, podniosła wieko i żywo przeglądała jedną z przegródek.
Jedno po drugim wyciągała wszystkie wymieniane części ubranka, które następnie z dumą rozkładała przed doktorem, a także bardzo delikatne pieluszki, wspaniały śliniaczek ozdobiony koronką, maleńkie jedwabne okrycie na nóżki i buciki z białej wełenki. Wszystkie te przedmioty były opatrzone elegancko wyhaftowanym monogramem złożonym z inicjałów E.D., co doktor dostrzegł już na pierwszy rzut oka.
- E.D. Czy to dlatego nadaliście dziecku imię Erik? - zapytał.
- A jakże - potwierdziła Katrina, wyraźnie rozradowana tym pokazem, który zdawał się czynić coraz mroczniejszą twarz jej męża. - A tu najpiękniejsza rzecz, którą miał na szyi...! - dodała, wyciągając ze skrytki grzechotkę ze złota i różowego korala, zawieszoną na łańcuszku.
Inicjały E.D. otaczała łacińska dewiza: Semper idem46.
- Najpierw myśleliśmy, że to imię i nazwisko dzieciątka - powiedziała, gdy lekarz odczytywał tę sentencję - ale pan Malarius powiedział nam, że oznacza to: "Zawsze ten sam".
- Pan Malarius powiedział wam prawdę - zapewnił doktor, gdy padły te słowa będące na pewno pytaniem nie wprost. - Jest oczywiste, że dziecko urodziło się w bogatej i zajmującej wysoką pozycję rodzinie - dodał, gdy Katrina ponownie złożyła wyprawkę w skrzyni. - Czy nie macie żadnego pojęcia, z jakiego kraju mogło przypłynąć?
- Skąd moglibyśmy coś takiego wiedzieć? - odpowiedział Hersebom. - Przecież znalazłem je na morzu!
- Tak, ale kołyska była przywiązana do koła ratunkowego, jak sami powiedzieliście, a we wszystkich marynarkach świata panuje zwyczaj umieszczania na takich kołach nazwy statku, do którego należą! - nie zrezygnował doktor, ponownie wbijając przenikliwy wzrok w oczy marynarza.
- Na pewno - odpowiedział ten, opuszczając głowę.
- No właśnie, a jaka nazwa znajdowała się na tym kole?
- Psiakrew, panie doktorze, przecież nie mam wykształcenia...! Umiem trochę czytać w moim języku, ale języki obce to czarna magia! A jeszcze zdarzyło się to dawno temu!
- Niemniej musicie choć trochę pamiętać...! I na pewno owo koło ratunkowe, podobnie jak wszystko inne, pokazaliście panu Malariusowi...? No, maaster Hersebom, wysilcie się trochę. Czy na kole nie widniała aby nazwa "Cynthia"?
- Sądzę, że coś takiego rzeczywiście było - odpowiedział niepewnie rybak.
- To obca nazwa...! Waszym zdaniem, maaster Hersebom, z jakiego kraju pochodzi?
- Żebym to ja wiedział...! A bo to znam te wszystkie diabelne kraje...? Czy kiedykolwiek opuściłem okolice Noroë i Bergen, nie licząc tego, że raz czy dwa popłynąłem łowić ryby u wybrzeży Islandii i Grenlandii? - odrzekł poczciwiec coraz bardziej skwaszonym głosem.
- Powinienem sądzić, że to nazwa angielska lub niemiecka - powiedział lekarz, nie przejmując się tym drobiazgiem. - Krój liter pozwoliłby łatwo dokonać wyboru między nimi47, gdybym zobaczył koło ratunkowe. Nie zachowaliście go?
- Zapewniam, że nie. Spłonęło już dawno temu! - wykrzyknął triumfalnie Hersebom.
- Malarius zapamiętał, że litery były łacińskie - ciągnął doktor, mówiąc jakby do siebie - a monogram na tkaninie z pewnością jest łaciński. Najpewniej więc "Cynthia" nie była statkiem niemieckim. Myślę, że raczej angielskim... Nie uważacie tak, maaster Hersebom?
- Oj tam! Niezbyt mnie to obchodzi! - odpowiedział rybak. - Czy był ingliche, czy rosyjski, czy patagoński, to najmniejsze z moich zmartwień...! Wszystko zdaje się wskazywać, że minęło sporo czasu, odkąd statek powierzył swoją tajemnicę oceanowi, na głębokości trzech lub czterech tysięcy metrów!
Można by rzeczywiście wierzyć, że maaster Herseboma ogromnie cieszyło przeświadczenie, że owa tajemnica spoczywa tak głęboko pod powierzchnią morza.
- Czy poczyniliście jakieś starania, aby odnaleźć rodzinę dziecka? - zapytał doktor, w którego okularach w tej chwili zabłysła jakby głęboka ironia. - Czy napisaliście do gubernatora Bergen, zamieściliście ogłoszenia w gazetach?
- Co, ja?! - zawołał rybak. - Niczego takiego nie zrobiłem...! Tylko Bóg wie, skąd pochodziło niemowlę i kto by się tym przejmował? Czy miałem pieniądze, żeby wydawać je na odnalezienie ludzi, którzy aż tak mało się o nie martwili...? Proszę się postawić na moim miejscu, panie doktorze... Nie jestem przecież milionerem...! A jeszcze: choćbyśmy nawet wydali wszystkie pieniądze, jakie mieliśmy, i tak na pewno niczego byśmy się nie dowiedzieli...! Staraliśmy się, jak tylko umieliśmy, wychowywaliśmy małego jak własnego syna, kochaliśmy go, troszczyliśmy się o niego...
- Mocniej jeszcze niż o pozostałą dwójkę, o ile to tylko możliwe...! - przerwała mężowi Katrina, wycierając oczy rąbkiem fartucha - I jeśli możemy sobie coś zarzucić, to najwyżej poświęcanie mu zbyt wielkiej cząstki naszej czułości!
- Pani Hersebom, proszę nie zarzucać mi niesprawiedliwie, że całe dobro, jakie okazywaliście temu biednemu małemu rozbitkowi, wzbudza we mnie jakiekolwiek inne uczucie niż najwyższy podziw! - zawołał doktor. - Nie, oczywiście tak pani nie myśli...! Ale jeśli życzy pani sobie, abym mówił całkiem szczerze, to sądzę, że właśnie z powodu tej miłości nie zauważaliście, co było waszym obowiązkiem! A polegał on przede wszystkim na szukaniu rodziny dziecka z całych swoich sił!
Zapadła grobowa cisza.
- To możliwe! - powiedział w końcu maaster Hersebom, skłaniając głowę pod brzemieniem owego wyrzutu. - Ale co się stało, to się nie odstanie! Teraz Erik jest wyłącznie nasz, i ani myślę opowiadać mu o tych starych dziejach.
- Możecie się nie obawiać, nie zdradzę waszej tajemnicy - odparł doktor, wstając. - Robi się późno... Zostawiam was, dobrzy przyjaciele, i życzę dobrej nocy... nocy bez wyrzutów sumienia - dodał z powagą.
Następnie założył podbitą futrem pelisę i odrzuciwszy propozycję rybaka, który chciał go odprowadzić, uścisnął serdecznie dłonie gospodarzy i ruszył w stronę fabryki.
Hersebom przez chwilę stał na progu, patrząc w świetle księżyca na odchodzącego doktora.
- Diabeł nie człowiek! - mruknął przez zęby, kiedy w końcu postanowił zamknąć drzwi.
33 Maaster - nie ma takiego słowa w języku norweskim i szwedzkim, zapewne ma mieć znaczenie "mistrz", "majster", jak dawniej zwracano się do samodzielnych rzemieślników i np. rybaków, po norwesku herra, a po szwedzku bemästra.
34 Dorsel - po norwesku i szwedzku "grzbietowy", dorsz to torsk.
35 Rondfish - w pisowni współczesnej rundfisk, ryba okrągła, od kształtu po zawinięciu.
36 Stock-fish - w pisowni współczesnej stokkfisk, ryba patykowa, od kształtu bez zawijania lub od żerdzi tworzących rusztowania, na których suszono ryby.
37 Sill-salat - w pisowni współczesnej sildesalat, sałatka śledziowa (sild to po norwesku śledź), tradycyjna potrawa z kawałków śledzia i warzyw, nie jest gotowana.
38 Reguła trzech - w matematyce sposób obliczania czwartego składnika proporcji, jeśli znane są pozostałe trzy.
39 Początkowo olej z dorsza produkowano, umieszczając wątroby tych ryb beczkach, żeby w nich zgniły, a potem odsączano tran, który miał brązowy kolor i odpychający smak; wobec dużego wzrostu od początku XIX wieku zapotrzebowania na tran jako lekarstwo, szukano innych sposobów jego pozyskiwania, pierwszy opracował w roku 1850 Norweg Peter Joachim Möller (1793-1869), pierwowzór Schwaryencrony; wątroby mielono z wodą na papkę, którą gotowano na słabym ogniu, aż olej wypływał na wierzch, a potem poddawano go odtłuszczaniu i oczyszczaniu, na opakowaniach tranu umieszczano wizerunek Möllera.
40 Snorgas - zapewne szwedzkie słowo smörg?s, kanapka, po norwesku sm?rbr?d, dosłownie chleb (br?d) z masłem (sm?r).
41 Sylf - w europejskich wierzeniach ludowych duch powietrza, niewidzialny i ulotny.
42 Schiedam - stosowana we Francji i Wielkiej Brytanii nazwa bardzo znanej jałowcówki (dżinu) Ketel One, o mocy 40%, od roku 1691 produkowanej w holenderskim mieście Schiedam, w którym w XIX wieku istniało ponad 400 gorzelni.
43 Branevin - skandynawska wódka [przypis J. Verne'a]; po norwesku brennevin to ogólne określenie napojów alkoholowych, zwłaszcza mocnych.
44 Szot - lina służąca do ustawiania wolnego rogu żagla najkorzystniej względem kierunku wiatru; napina pracujący żagiel i biegnie od niego w dół do pokładu.
45 Pika - dwuwarstwowa tkanina bawełniana, z jednej strony pokryta wzorem, z drugiej drapana, zwykle cienka, używana głównie na lekkie ubrania, np. dziecięce.
46 Semper idem (łac.) - zawsze taki sam, zawsze to samo.
47 W krajach niemieckojęzycznych w XIX wieku używano kroju pisma, zwanego gotyckim (szwabacha, fraktura), łatwo odróżnianego od stosowanego w reszcie Europy Zachodniej pisma łacińskiego.