Rozbite Imperium (#2). Król Cierni - Mark Lawrence

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Dzień ślubu

Księżniczka Miana jest pod opieką ojca Gomsta i sióstr Najświętszej Marii Panny - obwieścił Coddin. Wciąż czuł się nieswojo w aksamitnych szatach szambelana, mundur gwardii pasował do niego znacznie lepiej. - Wkrótce zostanie poddana badaniom.

- Hm, na szczęście nikt nie musi badać mojej cnoty. - Powoli usadowiłem się na tronie. Wyściółka z łabędziego pierza, jedwabne obicia, to się nazywa wygoda. Jak to dobrze, że nie muszę siedzieć na gotyckim krześle, samo królowanie i tak wystarczająco uwiera mnie w tyłek. - Jak ona wygląda?

Coddin wzruszył ramionami.

- Wczoraj posłaniec przyniósł to - odparł, pokazując złoty medalion wielkości monety.

- A więc? Jak wygląda?

Znów wzruszył ramionami, podważył paznokciem kciuka wieczko medalionu i zmrużył oczy, przyglądając się miniaturce.

- Jest... mała.

- Daj mi to! - Wyrwałem mu medalion z ręki, by samemu obejrzeć podobiznę księżniczki. Taki portret maluje się pędzelkiem zakończonym jednym włosem, a jego wykonanie zajmuje tygodnie. Żaden artysta nie zmarnowałby tyle czasu na stworzenie brzydkiego wizerunku. Miana wyglądała do przyjęcia. Nie emanowała co prawda dziką żądzą życia jak Katherine ani głodem wrażeń, ale cóż - nie jestem szczególnie wybredny w kwestii kobiet, chyba jak większość osiemnastolatków.

- I jak? - spytał Makin, stojący obok tronu.

- Mała - odparłem, wsuwając medalion do kieszeni. - Zastanawiam się tylko, czy nie jestem trochę za młody na ślub.

- Ja się ożeniłem, gdy miałem dwanaście lat - wycedził Makin. Zacisnął wargi w cienką linię.

- Ty kłamliwy psie! - Przez wszystkie te lata sir Makin z Trentu ani razu nie wspomniał o żonie. Zaskoczył mnie; niełatwo dochować tajemnic przed braćmi, z którymi się na co dzień galopuje, morduje, a wieczorami żłopie piwo przy ognisku.

- Prawdę mówię - odparł. - Ale dwanaście lat to za wcześnie na żeniaczkę. Co innego osiemnaście. Ty już się dość naczekałeś, Jorgu.

- Co się stało z twoją żoną?

- Umarła. Było też dziecko. - Znów zacisnął usta.

Dobrze, że nigdy nie znamy drugiego człowieka do końca, zawsze można się jeszcze czegoś dowiedzieć.

- A więc przyszła królowa jest prawie gotowa - stwierdziłem. - A ja co, mam iść do ołtarza w tych szmatach? - Szarpnąłem za ciężki kołnierz z surowego jedwabiu. Zwykle nie przejmowałbym się strojem, ale ślub - bez względu na pochodzenie małżonków - to wielka, niemal magiczna uroczystość, do której wypada podejść jak należy.

- Wasza Wysokość - podjął Coddin, nerwowo krążąc przed tronem - nie mamy czasu. Nadciąga armia wroga.

- Poza tym, prawdę mówiąc, Jorgu, nikt się jej tu nie spodziewał, dopóki nie zjawił się ten posłaniec - dodał Makin.

Rozłożyłem ręce.

- Ja też jeszcze wczoraj w nocy nie wiedziałem, że przyjedzie. Nie jestem prorokiem.

W odległym rogu komnaty dostrzegłem przycupniętego ducha chłopca.

- Miałem nadzieję, że zjawi się przed końcem lata. W każdym razie armia wroga ma do naszych bram jeszcze dobre trzy mile marszu.

- Być może przydałaby się zwłoka? Dopóki okoliczności nie staną się bardziej... sprzyjające - zaproponował Coddin. Z całego serca nienawidził roli szambelana i zapewne właśnie dlatego był jedyną osobą, której mogłem ją powierzyć.

- Coddinie, dwadzieścia tysięcy żołnierzy czeka pod bramą, a tysiąc już znajduje się w obrębie murów, i to tylko dlatego, że ten nędzny zameczek nie pomieści więcej. - Posłałem mu szyderczy uśmiech. - Nie zanosi się na poprawę sytuacji. A tak przynajmniej nasi żołnierze będą mogli umierać za króla i królową. Co ty na to?

- A co z armią księcia Strzały? - zapytał Coddin.

- Pewnie jak zwykle będziesz udawał, że nie masz żadnego planu, aż do ostatniej chwili? - dorzucił Makin. - A potem okaże się, że rzeczywiście go nie miałeś.

Mimo żartobliwego tonu wyglądał ponuro. Czy wciąż widzi swoje martwe dziecko? Przecież nie raz razem ze mną stawiał czoła śmierci i zawsze robił to z uśmiechem.

- Hej, ty! - krzyknąłem do jednej ze służek stojących przy końcu sali. - Idź i powiedz tej kobiecie, żeby przyniosła mi jakieś ubranie na ślub. Tylko bez żadnych koronek.

Wstałem, kładąc dłoń na głowicy miecza.

- Strażnicy powinni właśnie wracać z nocnej wachty. Pójdziemy na wschodni dziedziniec i zobaczymy, co mają do powiedzenia. W jednym patrolu wysłałem Czerwonego Kenta i Małego Rike'a. Posłuchamy ich opinii o ludziach Strzały.

Makin ruszył przodem. Coddin nerwowo wypatrywał zabójców. Sam dobrze wiedziałem, co czai się w cieniach mojego zamku - i nie zabójców się obawiałem. Gdy Makin skręcił za róg, Coddin przytrzymał mnie za ramię.

- Coddinie, książę Strzały nie wyśle na mnie nożownika w czarnym płaszczu ani nie każe dosypać trucizny do chleba. On chce nas zmiażdżyć dwudziestotysięczną armią i przejąć tron Imperium. Wydaje mu się, że już jedną nogą przekroczył Złotą Bramę. Na pewno nie będzie budował swojej sławy na ciosie noża w ciemności.

- Gdybyś miał więcej wojska, to pewnie opłaciłoby się cię zadźgać - zaśmiał się Makin, odwracając głowę.

Wychłodzeni strażnicy przestępowali z nogi na nogę. Niewielka grupa kobiet z zamku opatrywała rannych. Pozwoliłem, by komendant złożył raport Coddinowi; sam przywołałem do siebie Czerwonego Kenta, za którym - zupełnie bez zaproszenia - przyczłapał Rike.

Cztery lata w zamku nijak nie zmieniły Rike'a. Wciąż był tym samym przerośniętym gburem z prymitywną gębą, typową dla bezlitosnego mordercy.

- Mały! - zacząłem. Nie rozmawiałem z nim od lat. - Jak tam żonka? - Prawdę mówiąc, nigdy jej nie widziałem, ale zakładałem, że to kawał baby.

- Kojfnęła - odparł, wzruszając ramionami.

Odwróciłem głowę bez słowa. Jest w Rike'u coś, co budzi we mnie dziki instynkt walki i zew krwi. Może dlatego, że jest taki wielki?

- Dalej, przyjacielu, podziel się ze mną dobrą nowiną - zwróciłem się do Kenta.

- Jest ich za dużo - odparł, spluwając w błoto. - Odchodzę.

- No tak. - Objąłem go ramieniem.

Na pierwszy rzut oka Kent nie robi piorunującego wrażenia, ale w rzeczywistości jest silny jak wół i szybki jak wiatr. Najważniejsza jest jednak cecha, która wyróżnia go spośród innych: prawdziwy umysł zabójcy. Nie zraża go chaos, groźba śmierci ani krwawe morderstwo. W chwilach kryzysu zachowuje zimną krew, w razie potrzeby potrafi przegrupować wojska, przejąć broń wroga, uderzyć w słaby punkt.

- Posłuchaj.

Przysunąłem go ku sobie, zaciskając dłoń na karku.

Wzdrygnął się, ale nie sięgnął po miecz.

- Zrobisz, jak chcesz - kontynuowałem, odciągając go na bok, z dala od strażników - ale załóżmy, zupełnie teoretycznie, że zostaniesz. Załóżmy, że przyszłoby ci w pojedynkę stawić czoła dwudziestu przeciwnikom. To niewiele więcej niż wtedy, nad jeziorem w Rutton, pamiętasz?

Na to wspomnienie przez twarz Kenta przebiegł ledwie dostrzegalny uśmiech.

- Jak byś ich pokonał, Czerwony Kencie?

Użyłem tej ksywki, by przypomnieć mu tamten dzień, gdy cały ociekał krwią wroga, a jego twarz rozświetlała jedynie biel wyszczerzonych w dzikim uśmiechu zębów.

Zagryzł wargę, wpatrzony w dal.

- Jorgu, widziałeś, ilu ich jest? Chcąc walczyć z tyloma żołnierzami naraz, musisz poruszać się błyskawicznie, nieustannie nacierać, odpierać ataki, zasłaniać się kompanem...

Urwał i spojrzał mi prosto w oczy, potrząsając głową.

- Możesz tego oczekiwać od jednego żołnierza, ale nie od całej armii.

Czerwony Kent miał rację. Coddin doskonale wyszkolił wojsko, zwłaszcza jednostki Straży Leśnej, ale w bitwie koordynacja zawsze się rozsypuje. W wirze walki rozkazy stopniowo tracą znaczenie: jedne giną w hałasie, inne są ignorowane, co nieuchronnie prowadzi do chaosu i niepotrzebnych ofiar krwawej jatki.

- Wasza Wysokość? - odezwała się kobieta z królewskiej garderoby, trzymając w dłoniach jakąś szatę.

- Mabel! - zawołałem, rozkładając szeroko ramiona i posyłając jej swój złowieszczy uśmiech.

- Maud, panie.

Muszę przyznać, że starucha miała ikrę.

- Niech będzie Maud - odparłem. - Rozumiem, że mam to założyć do ślubu?

- Jeśli tylko spodoba się Waszej Królewskiej Mości - odpowiedziała, dygnąwszy delikatnie.

Wziąłem szatę do rąk. Była ciężka.

- Futro z kotów? - zapytałem. - Wygląda na to, że zużyłaś ich całkiem sporo.

- To sobole - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Sobole i złota nić. Hrabia...

Nagle urwała.

- Hrabia Renar brał w niej ślub? - zapytałem. - No cóż, jeśli założył ją do ślubu ten sukinsyn, to i ja mogę. Przynajmniej wygląda na ciepłą.

Stryj Renar miał u mnie dług: za ciernie, za utraconą matkę, za utraconego brata. Odebrałem mu życie, zamek i koronę, ale wciąż pozostawał moim dłużnikiem. Futro z soboli nie wyrówna rachunków między nami.

- Proszę się pospieszyć, Wasza Wysokość - powiedział Coddin, nieustannie błądząc wzrokiem w poszukiwaniu skrytobójców. - Musimy jeszcze raz sprawdzić linie obronne, rozplanować prowiant dla łuczników i omówić warunki.

Przy ostatnim punkcie spojrzał mi prosto w oczy. Zapisałem mu to na plus.

Podałem futro Maud, pozwalając, by mnie ubrała, podczas gdy strażnicy czujnie trzymali wartę. Nic nie odpowiedziałem. Coddin był blady. Zawsze go lubiłem - od chwili gdy próbował mnie aresztować, nie przestałem darzyć go sympatią nawet po tym, jak ośmielił się wspomnieć o kapitulacji. Mądry, waleczny, uczciwy żołnierz. Dziś ze świecą takich szukać.

- Zróbmy, co trzeba - rzuciłem i ruszyłem w stronę kaplicy.

- Czy to naprawdę konieczne? To małżeństwo? - Coddin nie dawał za wygraną.

W końcu sam powierzyłem mu tę rolę. "Zawsze rozmawiaj ze mną szczerze" - mówiłem. "Nigdy nie zakładaj, że jestem nieomylny".

- Księżniczka będzie z tobą miała ciężkie życie.

Na te słowa Rike parsknął śmiechem.

- Natomiast jako gość będzie mogła zostać wykupiona i wrócić do swojego domu na Końskim Wybrzeżu.

Co racja, to racja; nie potrafię udawać kogoś, kim nie jestem.

- Tak, to naprawdę konieczne.

Do kaplicy szliśmy krętymi schodami, mijając po drodze rycerzy w zbrojach płytowych. Na ich napierśnikach wciąż widniały ślady uderzeń mieczem zadanych przeze mnie i hrabiego Renara - jakby ktoś rządził tu od czterech miesięcy, a nie od czterech lat.

W kaplicy zebrała się nieliczna grupka szlachetnie urodzonych. Zostali tylko najbiedniejsi i najbardziej lojalni, reszta uciekła. Na zewnętrznym dziedzińcu czekali chłopi. Czułem ich smród.

Zatrzymałem się tuż przed wejściem do kaplicy, dając znak rycerzowi, który miał właśnie odryglować drzwi, by zaczekał.

- Jakie są warunki rozejmu?

W tej chwili znów zobaczyłem chłopca. Stał pod skrzyżowanymi na ścianie sztandarami i, jak zwykle, wpatrywał się we mnie swoimi martwymi oczami. Rósł wraz ze mną, jeszcze niedawno był niemowlęciem, a teraz wyglądał na czterolatka. Zniecierpliwiony zacząłem szybko przebierać palcami po czole.

- Warunki rozejmu? - powtórzyłem.

Jak to bywa, słowa powtarzane w kółko tracą znaczenie.

Nagle oblał mnie zimny pot na wspomnienie miedzianej szkatułki, która została w mojej komnacie.

- Nie będzie żadnych warunków.

- W takim razie niech ojciec Gomst szybko zmówi modlitwę - rzekł Coddin. - I niech ktoś sprawdzi nasze linie obronne.

- Nie - odparłem. - Nie będzie żadnej obrony. Będziemy atakować.

Odsunąłem rycerza i jednym pchnięciem otworzyłem dwuskrzydłowe drzwi na oścież.

W kaplicy panował tłok. Zdawało się, że moi szlachcice byli biedniejsi, niż sądziłem. Po lewej stronie dostrzegłem damy dworu, przyodziane w błękity i fiolety, w towarzystwie rycerzy w zbrojach noszących insygnia Jutrzni z Końskiego Wybrzeża.

Przed ołtarzem stała panna młoda. Głowę miała pochyloną, przystrojoną girlandą z lilii.

- Cholera - rzuciłem.

Rzeczywiście była mała. Wyglądała na dwanaście lat.

Karta redakcyjna

COPYRIGHT ? BY Mark Lawrence, 2012COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

Tytuł oryginału: King of Thorns

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-298-3

Kod produktu: 4000672

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

TŁUMACZENIEAnna i Jarosław Fejdych

REDAKCJAAgnieszka Pawlikowska

KOREKTAAgnieszka Pawlikowska, Magdalena Byrska

PROJEKT OKŁADKI? HarperCollins Publishers

GRAFIKA NA OKŁADCE? Jason Chan

ILUSTRACJEPrzemysław Truściński

OPRACOWANIE OKŁADKI POLSKIEGO WYDANIASzymon Wójciak

MAPAPaweł Zaręba

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJpan@drewnianyrower.com

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowieckibiuro@fabrykaslow.com.pl

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska

MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl dystrybucja@dressler.com.pl

Rozdział 1

Dzień ślubu

Otwórz szkatułkę, Jorgu.

Przede mną stała miedziana szkatułka - bez zamka i zasuwki, ozdobiona motywem cierni.

Otwórz szkatułkę, Jorgu.

Była za mała, by pomieścić głowę; zmieściłaby co najwyżej dziecięcą piąstkę.

Kielich, szkatułka, nóż.

Wpatrywałem się w metalową kasetę i w płomienie odbijające się w jej powierzchni. Pozwoliłem, by wątły ogień dopalił się do końca - i tak nie dawał wiele ciepła. Wkrótce zapadł zmierzch, a cienie wydłużyły się. O północy wciąż tkwiłem w nabożnym bezruchu, niczym kamienny posąg wpatrzony w żar kominka.

Napięcie ściskało mnie w gardle, zaciśnięte szczęki wywoływały bolesne mrowienie w policzkach. Pod palcami czułem słoje drewnianego blatu.

Księżyc bladą poświatą zalał kamienną posadzkę. Skąpy blask padł na kielich z nietkniętym winem, a srebro zalśniło chłodnym blaskiem.

Nagle nocne niebo zasnuły chmury i spadł deszcz, niosąc ze sobą dawne wspomnienia. O pierwszym brzasku, opuszczony przez ogień, księżyc i gwiazdy, sięgnąłem po nóż i przyłożyłem zimne ostrze do nadgarstka.

W rogu komnaty wciąż leżało okrutnie zmasakrowane ciało dziecka. Niewykluczone, że w życiu widziałem więcej duchów niż żywych ludzi, a jednak ten czterolatek wciąż spędza mi sen z powiek.

Otwórz szkatułkę.

W środku znajdę odpowiedź - tego byłem pewien. Byłem już na wpół zdecydowany, wiedziałem też, że chce tego duch chłopca. Niech wypłyną z niej wszystkie wspomnienia: mroczne i niebezpieczne. Szkatułka miała w sobie magnetyczną moc; była jak krawędź przepaści, która z każdą chwilą przyciąga coraz silniej, niosąc obietnicę wyzwolenia.

- Nie.

Odwróciłem krzesło ku oknu, za którym deszcz przechodził w śnieg.

Przyniosłem ją z pustyni, gdzie żar piasku potrafi spalić człowieka na popiół. Mam ją od czterech lat. Nie pamiętam chwili, gdy po raz pierwszy wziąłem ją do rąk, ani tego, jak wyglądał jej właściciel. Wiem tylko, że szkatułka kryje w sobie piekło, przez które omal nie postradałem zmysłów.

Wokół połyskiwały liczne ogniska, oświetlając wznoszące się za nimi góry. Ludzie księcia Strzały zajęli trzy doliny. W pojedynkę nie sposób powstrzymać całej armii. W trzech dolinach roiło się od łuczników, piechurów, pikinierów i rycerzy walczących toporami lub mieczami, były tam też liczne wozy konne, machiny oblężnicze, drabiny, sznury i beczki ze smołą. Wśród tłumu żołnierzy znajdował się czterystuosobowy oddział dowodzony z błękitnego pawilonu przez Katherine Ap Scorron.

Ona przynajmniej żywi do mnie nienawiść. Najlepiej zginąć z rąk kogoś, kto naprawdę chce cię zabić. Wtedy śmierć nabiera jakiegoś znaczenia.

Do jutra otoczą nas, zamykając ostatnią dolinę i górski przesmyk od wschodu. A potem zobaczymy. Od czterech lat jestem królem Renaru - od chwili gdy odebrałem wujowi Upiorny Zamek. Nie oddam go łatwo. To będzie krwawa walka.

Chłopiec stał teraz po mojej prawej stronie, pozbawiony zarówno głosu, jak i ciała. Nie było w nim światła, a jednak zawsze widziałem go w ciemności - nawet przez zamknięte powieki. Przyglądał mi się oczami łudząco podobnymi do moich własnych.

Odjąłem ostrze od nadgarstka i postukałem sztychem o zęby.

- Niech przyjdą - wycedziłem. - Wreszcie poczuję ulgę.

To była prawda. Wstałem i przeciągnąłem się.

- Możesz zostać albo odejść, duchu. Ja idę spać.

A to było kłamstwo.

-

Służba zjawiła się o pierwszym brzasku. Pozwoliłem, by mnie ubrali. Cóż - wygląda na to, że królowanie oznacza konieczność przestrzegania idiotycznej etykiety, nawet jeśli nosisz miedzianą koronę, mieszkasz w rozpadającym się zamku, a twoje ziemie to bezużyteczne góry i doły zamieszkane głównie przez kozy. Okazuje się, że poddani wolą umrzeć za króla, którego co rano przyodziewają zaharowani wieśniacy, niż za takiego, który potrafi ubrać się sam.

Jak codziennie pod drzwiami komnaty czekał giermek z gorącym pieczywem. Zjadłem śniadanie. Makin podążył za mną do sali tronowej, jak zwykle robiąc przy tym mnóstwo hałasu i waląc obcasami o kamienną posadzkę.

- Dzień dobry, Wasza Wysokość - powiedział.

- Pieprzyć tytuły. - Wszędzie walały się te cholerne okruchy. - Mamy problemy.

- Te same dwadzieścia tysięcy problemów co zeszłej nocy? - spytał Makin. - Czy jakieś nowe?

W drzwiach mignęła mi postać chłopca. Duchy zazwyczaj unikają światła dziennego, ale ten pojawiał się w byle cieniu.

- Nowe - odparłem. - Żenię się przed południem, a nie mam co na siebie włożyć.

Rozdział 3

Dzień ślubu

Małżeństwo od zawsze było spoiwem - dawało złudzenie wspólnoty, przynosiło ukojenie w rzadkich chwilach pokoju i krótkie wytchnienie pośród krwawej nawałnicy Wojny Stu. To małżeństwo wisiało nade mną już od niemal czterech lat. Przemaszerowałem nawą kaplicy między możnymi i wpływowymi obywatelami Renaru, choć prawdę mówiąc, ich wysokie urodzenie w wielu przypadkach było wątpliwe. Sprawdziłem archiwa i wyszło na to, że połowa z nich miała za dziadków pasterzy owiec. Byłem zaskoczony, że tu zostali. Na ich miejscu skorzystałbym z łaski Czerwonego Kenta, zarzucił cały dobytek na plecy i pomaszerował przez Matteraki.

Miana przyglądała mi się, świeża i radosna jak lilie w jej wianku. Nawet jeśli przeraziły ją blizny na moim lewym policzku, nie dała nic po sobie poznać. Kusiło mnie, by dotknąć okaleczonej twarzy. Przez ułamek sekundy poczułem żar ognia, który wciąż wypalał mnie od środka. Wspomnienie bólu sprawiło, że zacisnąłem szczęki.

Podszedłem do ołtarza, stanąłem u boku przyszłej żony i obejrzałem się za siebie. I wtedy zrozumiałem. Wszyscy oczekiwali, że ich obronię. Wciąż wierzyli, że z garstką żołnierzy, jaka mi została, zdołam utrzymać zamek i wyjść z opresji obronną ręką. Biłem się z myślami - mógłbym im powiedzieć to, co każdy, kto mnie znał, dobrze wiedział: że jest we mnie coś kruchego, co prędzej pęknie, niż się ugnie. Gdyby książę Strzały przyprowadził mniejszą armię, może miałbym dość rozsądku, by uciec. Po prostu przesadził.

Czterech muzyków w pełnej liberii zadęło w dudy i zabrzmiała fanfara.

- Proszę się streszczać, ojcze Gomście - rzekłem, zniżając głos. - Mamy dziś mnóstwo roboty.

Wielebny zmarszczył siwe, krzaczaste brwi.

- Księżniczko Miano, mam zaszczyt przedstawić Jego Wysokość Jorga Ancratha, króla Wyżyn Renaru, spadkobiercę ziem Ancrath i ich protektoratów.

- Jestem oczarowany - powiedziałem, skłaniając głowę. Była dzieckiem. Sięgała mi nieco powyżej mostka.

- Teraz rozumiem, dlaczego przysłano miniaturę Waszej Wysokości z profilu - odparła, wykonując dość niezgrabne dygnięcie.

Jej zachowanie wywołało szeroki uśmiech na mojej twarzy. Być może to małżeństwo nie potrwa długo, ale przynajmniej nie będzie nudno.

- Nie boisz się mnie, Miano?

W odpowiedzi wyciągnęła ku mnie dłoń, lecz ja cofnąłem swoją.

- Lepiej nie. - Skinąłem na księdza. - Ojcze?

- Umiłowani - rozpoczął Gomst - zebraliśmy się tu w obliczu Boga Najwyższego...

I tak - ponieważ nikt z "obecnie zgromadzonych" nie znał lub nie odważył się wyrazić wystarczającego powodu, by stało się inaczej - te stare słowa, wypowiedziane przez starego człowieka, uczyniły małego Jorga Ancratha mężem.

Wyprowadziłem żonę z kaplicy przy wtórze gromkich braw i radosnych okrzyków szlachty. Nie zdołały one zagłuszyć tych okropnych dud, które mają tyle wspólnego z muzyką, co świnia z matematyką.

Główne drzwi prowadziły do klatki schodowej, z której rozciągał się widok na największy dziedziniec Upiornego Zamku, gdzie zaszlachtowałem jego poprzedniego właściciela.

Na zewnątrz, między murem obronnym a schodami, gromadził się kilkusetosobowy tłum. Jeszcze więcej poddanych tłoczyło się tuż za bramą albo bezpośrednio pod opuszczaną kratą. Na wszystkich prószył drobny śnieg.

Gdy tylko pojawiliśmy się na dziedzińcu, rozległy się wiwaty. Tym razem ująłem dłoń Miany - choć nekromanta powinien wystrzegać się takiej zażyłości - i uniosłem ją wysoko w geście pozdrowienia. Wciąż zadziwiała mnie lojalność poddanych. Przymierają głodem, uprawiając marne poletka na górskich zboczach, podczas gdy ja napycham dzięki nim brzuch i kiesę. A jednak gotowi są pójść za mną na pewną śmierć. Obdarzyli mnie ślepą wiarą, w której nie ma miejsca na cień wątpliwości.

Zrozumiałem to dopiero kilka lat temu. Takiej wiedzy nie da się zdobyć podczas wojennej tułaczki ani przejąć od braci. To była prawdziwa lekcja o sile miejsca.

Miałem udać się z królewską wizytą do jednej z wielu pipidówek, które w górach Renaru szumnie zwano "wioskami", aby rozstrzygnąć pewien spór. Miejsce to leżało pod samymi szczytami i liczyło aż trzy domy oraz kilka nędznych szop. Nazywało się Gutting. Podobno nieco wyżej znajdowało się Małe Gutting. Zapewne zmieściłoby się w sporej beczce. Spór toczył się między parą zawszonych wieśniaków i dotyczył granicy pomiędzy dwoma kamienistymi poletkami. Cóż było robić - zabrałem Makina i razem ruszyliśmy w drogę. Niech lud zobaczy, jak król się o niego troszczy.

Doszły nas wieści, że w sporze zginęło już paru wieśniaków, choć po bliższej analizie okazało się, że lista ofiar obejmowała w rzeczywistości jedną świnię oraz kobietę, której ktoś odciął lewe ucho. Jeszcze nie tak dawno po takich rewelacjach wyrżnąłbym w pień wszystkich wieśniaków i nabił ich głowy na włócznie, lecz tym razem wszyscy uszli z życiem. Chyba byłem zbyt zmęczony wspinaczką. Tak czy inaczej, wysłuchałem roszczeń tych parszywych typków. Obaj rozprawiali z wielkim zapałem, wdając się w najdrobniejsze szczegóły.

W końcu zaczęło się ściemniać, a poza tym poczułem, że gryzą mnie pchły. Trzeba było uciąć te wywody.

- Gebbin, tak? - zwróciłem się do powoda, który w odpowiedzi kiwnął głową.

- Wygląda na to, że po prostu nie cierpisz tego tu jegomościa, chociaż jak dotąd naprawdę nie widzę ku temu powodu. Jestem znużony tą paplaniną i jeśli nie podasz mi prawdziwej przyczyny, dla której nienawidzisz...

- Borrona - wtrącił się Makin.

- Tak, Borrona. Albo podasz prawdziwy powód, albo wszyscy tutaj otrzymają karę śmierci oprócz kobiety z jednym uchem, której powierzymy opiekę nad ocalałą świnią.

Potrzebował dobrej chwili, by dotarły do niego moje słowa, potem jeszcze coś wymamrotał, aż w końcu przyznał, że nie znosi go, bo jest "cuziemcem". Oczywiście miał na myśli cudzoziemca, za jakiego uznawał Borrona tylko dlatego, że ten mieszkał po wschodniej stronie doliny.

Gdyby zapytać któregokolwiek z wieśniaków, którzy wykrzykiwali gromkie wiwaty na naszą cześć, wymachując przy tym mieczami albo uderzając nimi o tarcze, z pewnością odpowiedziałby, że jest dumny, iż może walczyć za swojego pana i jego nową królową. Jednak prawdziwym powodem ich zaangażowania było to, że nie chcieli dopuścić, by ludzie Strzały maszerowali przez ich góry, taksowali wzrokiem ich kozy, a może nawet rzucali lubieżne spojrzenia na ich kobiety.

- Książę Strzały ma znacznie większą armię niż ty - rzuciła jakby od niechcenia Miana, nie dodając niczego w rodzaju "Wasza Wysokość" czy "panie".

- Zgadza się - odparłem, nie przestając machać i szeroko uśmiechać się do tłumu.

- Na pewno wygra - bardziej stwierdziła, niż zapytała Miana. Wyglądała na dwanaście lat, lecz mówiła, jakby była znacznie starsza.

- Ile masz lat? - zapytałem, rzucając w jej stronę krótkie spojrzenie i nie przerywając machania.

- Dwanaście.

Cholera.

- Wygra, chyba że każdy z moich ludzi zabije jego dwudziestu żołnierzy. Zwłaszcza jeśli nas otoczą.

- Jak daleko są od nas? - zapytała.

- Stacjonują trzy mile stąd - odparłem.

- W takim razie powinieneś pierwszy zaatakować - odparła. - Zanim nas otoczą.

- Wiem. - Zaczynałem lubić tę dziewczynę. Nawet tak doświadczony żołnierz jak Coddin wolałby raczej zaszyć się za murami zamku, by tam wieść spokojny żywot. Problem w tym, że żaden zamek nie wytrzymałby nawałnicy, jakiej wkrótce mieliśmy doświadczyć. Miana wiedziała to, co wiedział też Czerwony Kent; ten, który pewnego skwarnego sierpniowego ranka sam jeden wyciął w pień siedemnastu uzbrojonych strażników. Do zabijania potrzebna jest przestrzeń pozwalająca na natarcie, odwrót, a jeśli trzeba, to i ucieczkę.

Pomachałem po raz ostatni, po czym odwróciłem się plecami do tłumu i pomaszerowałem do kaplicy.

- Makin! Straż gotowa?

- Tak, panie - odparł, skinąwszy głową. Wyciągnąłem miecz.

Nagłe pojawienie się długiego, śmiercionośnego ostrza w domu Bożym wywołało westchnienia zachwytu.

- Idziemy.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Z pamiętnika Katherine Ap Scorron

3 października 98 roku InterregnumAncrath, Wysoki Zamek, sala fontannowa

Sala fontannowa jest równie brzydka jak każda inna w tym przeklętym zamku. Za fontannę robi ordynarny kamienny wodotrysk, z którego ledwie sączy się cienka strużka wody. Przychodzą tu dwórki mojej siostry - bez końca coś szyją i cmokają z dezaprobatą, ilekroć zabieram się za pisanie; najwyraźniej litery traktują jak uporczywe plamy na materiale.

Boli mnie głowa, korzeń toiny nie pomaga. Znalazłam w ranie kawałek porcelany, choć brat Glen zapewniał, że wszystko wyczyścił. Parszywy mały człowieczek. Matka dała mi tę wazę, gdy wyjeżdżałam wraz z Sareth. Nie potrafię zebrać myśli, głowa pulsuje bólem, pióro drży w dłoni.

Każda z dwórek operuje igłą z niezwykłą wprawą - ścieg łańcuszkowy, krzyżykowy, nakładany. Ostre igły, tępe główki. Nie cierpię ich: tego cmokania, tych zręcznych paluszków, tej bezsensownej paplaniny.

Spojrzałam na poprzednią stronę, próbując przypomnieć sobie, co napisałam wczoraj - w głowie mam pustkę. Przeczytałam, że Jorg Ancrath próbował mnie zamordować po tym, jak udusił Hannę. Przypuszczam, że gdyby naprawdę chciał mnie zabić, wymyśliłby coś skuteczniejszego niż roztrzaskanie wazy na mojej głowie.

Co jak co, ale zabijać to on potrafi. Sareth powiedziała mi, że wszystko, co opowiadał o mieszkańcach Gelleth spalonych na popiół, jest najszczerszą prawdą. Zamek Merla Gellethara obrócił się w perzynę. Spotkałam Merla, gdy byłam dzieckiem - podstępny nikczemnik o czerwonej twarzy. Wyglądał, jakby chciał mnie pożreć. Wcale mi go nie żal. Ale pozostali... Niemożliwe, żeby wszyscy byli łajdakami.

Powinnam była zadźgać Jorga, gdy nadarzyła się ku temu okazja. Ach, gdyby moje dłonie były mi posłuszne. Gdyby przestały wiecznie dzierżyć drżące pióro i nauczyły się porządnie szyć, a kiedy im rozkażę - rozpruwać flaki niesfornych siostrzeńców... Brat Glen twierdzi, że chłopak podarł mi całą suknię. Rzeczywiście wygląda żałośnie; obawiam się, że nawet te pustogłowe szwaczki nic tu nie poradzą.

Chyba trochę przesadzam - to wszystko przez ten ból głowy. Sareth prosi, żebym była miła. "Bądź miła. Maery Coddin naprawdę potrafi coś więcej, niż tylko szyć i plotkować". Ale cóż, skoro teraz właśnie szyje i cmoka jak wszystkie pozostałe dzierlatki. Myślę, że mogłabym porozmawiać z Maery na osobności. Tak, tyle uprzejmości wystarczy na jeden dzień. Sareth jest zawsze uprzejma - i co z tego ma? Oschłego starucha za męża, wzbudzającego jedynie strach i odrazę, a do tego wielki brzuch, z którego zapewne narodzi się dzikus równie okrutny jak Jorg Ancrath.

Każę im pochować Hannę na leśnym cmentarzu. Maery mówi, że to spokojne miejsce. Tam zawsze grzebiemy zamkową służbę, chyba że upomni się o nią rodzina. Maery obiecuje, że znajdzie mi nową służącą. Brzmi to tak bezdusznie, jakby Hanna była podartą koronką albo rozbitą wazą. Zabierzemy ją tam jutro, dwukółką. Trumna jeszcze nie gotowa. Czuję się tak, jakby stolarz wbijał gwoździe nie w nią, lecz w moją głowę.

Powinnam była zostawić Jorga, by sczezł na posadzce sali tronowej - a jednak nie potrafiłam. Niech to wszyscy diabli.

Jutro pochowamy Hannę. Miała już swoje lata i zawsze narzekała na różne dolegliwości, ale nie była jeszcze gotowa na śmierć. Będzie mi jej brakowało. Była twarda, może nawet okrutna, lecz nigdy wobec mnie. Powinnam zapłakać, gdy opuszczą ją do grobu, lecz nie wiem, czy zdołam uronić choć jedną łzę.

To wszystko jutro. Dziś natomiast spodziewamy się gości. Przybywa książę Strzały wraz z bratem, księciem Eganem, i jego świtą. Myślę, że Sareth chciałaby mnie wyswatać - a może to pomysł starego króla Olidana? Sareth coraz częściej przywłaszcza sobie cudze pomysły. Zobaczymy.

Chyba już się położę. Może rano ból głowy ustąpi. Może znikną też te dziwne sny? Może waza mojej matki wybiła mi je wszystkie z głowy?