Rozdział 3
Dwa trupy, dwa wijaki. - Makin wyszczerzył po swojemu zęby.
Mieliśmy obozować przy szubienicy, więc Makin puścił się naprzód, by sprawdzić teren. Pomyślałem, że bracia ucieszą się na wieść o czterech klatkach, zwłaszcza że w dwóch byli jeszcze żywi skazańcy.
- Dwa - mruknął niezadowolony Rike. Był zmęczony, a dla zmęczonego Rike'a szubienica zawsze jest w połowie pusta.
- Dwa! - zawołał Nubańczyk.
Paru chłopaków wymieniało się monetami, obstawiając zakłady. Droga Liczów jest nudna jak niedzielne kazanie - prosta i równa. Tak prosta, że człowiek chętnie by kogoś zabił, byle tylko pojawił się jakiś zakręt. Tak równa, że człowiek podskoczyłby z radości na widok choćby pagórka. A tu z każdej strony tylko bagna i komary, komary i bagna. Jedyne, na co można liczyć na Drodze Liczów, to dwóch wijaków na szubienicy.
Dziwne, że nie zastanowiło mnie, dlaczego postawiono szubienicę na takim pustkowiu. Uznałem to za szczęśliwy traf. Ktoś zostawił tu na śmierć więźniów wijących się w klatkach. Dziwne miejsce wybrał, ale przynajmniej moja mała kompania rozerwie się za darmo. Bracia byli podekscytowani, więc dźgnąłem Gerroda ostrogą. Dobry z niego koń. Przemógł znużenie i pocwałował. Nie ma to jak cwałować po Drodze Liczów.
- Wijaki! - zakrzyknął Rike i wszyscy przyspieszyli.
Pozwoliłem Gerrodowi rwać naprzód. Za nic nie dałby się wyprzedzić. Nie na tej drodze, gdzie każdy metr wybrukowano, gdzie każdy kamień przylegał do drugiego tak ciasno, że najcieńsze źdźbło trawy by się nie przecisnęło. Ani jeden kamień nie był przewrócony, ani jeden ubity. I to na drodze zbudowanej na bagnie!
Oczywiście pierwszy dotarłem do wijaków. Nikt nie był w stanie dogonić Gerroda. Z pewnością nie wtedy, kiedy ja go dosiadałem; zresztą byli ode mnie o połowę ciężsi. Przy szubienicy odwróciłem się i zobaczyłem sznur jeźdźców rozciągnięty na drodze. Krzyknąłem z dzikiej radości tak głośno, że nawet wóz z głowami przyspieszył. Głowa Gemta zapewne turlała się i podskakiwała wraz z innymi.
Makin dotarł do mnie pierwszy, mimo że wcześniej pokonał już ten dystans dwukrotnie.
- Niech tylko ludzie barona się tu zjawią - powiedziałem. - Droga Liczów jest równie dobra co most. Dziesięciu ludzi może tu stawić czoła całej armii. A jeśli ktoś miałby ochotę nas otoczyć, utopi się w bagnie.
Makin skinął głową, wciąż z trudem łapiąc oddech.
- Ci, którzy zbudowali tę drogę... Gdyby postawili mi zamek... - Gdzieś na wschodzie huknął piorun i zagłuszył moje słowa.
- Gdyby budowali zamki, nigdzie byśmy nie dotarli. Ciesz się, że ich tu nie ma.
Patrzyliśmy, jak bracia nadjeżdżają jeden po drugim. Zachodzące słońce zabarwiło bagna ognistym oranżem i moje myśli pobiegły ku Mabberton.
- To był dobry dzień, bracie Makinie - zagaiłem.
- W rzeczy samej, bracie Jorgu.
Gdy już wszyscy dojechali, zaczęli się wykłócać o wijaków. Odszedłem na bok i usiadłem, opierając się o wóz z łupami, by poczytać, póki jeszcze było jasno, a deszcz daleko. Po całym dniu miałem ochotę poczytać Plutarcha. Wciśnięty między skórzane okładki należał tylko do mnie. Jakiś szlachetny mnich poświęcił tej książce całe życie. Całe życie garbił się nad nią z pędzelkiem w dłoni. Tutaj złoto, na aureolę, słońce i kartusz. Tutaj błękit jak trucizna, bardziej błękitny od nieba w południe. Maleńkie kropki z cynobru na kwiaty. Ten mnich zapewne stracił przy niej wzrok. Poświęcił tym kartom całe życie, od młodzika do siwego starca, upiększając słowa starego Plutarcha.
Burza nadciągała, wijaki wiły się i wyły wniebogłosy, a ja oddałem się lekturze słów, które były stare już wtedy, gdy budowano te drogi.
- Tchórze! Baby z mieczami i siekierami! - Jedno z dań, na których ucztowały wrony, potrafiło mówić. - Nie ma między wami ani jednego mężczyzny. Sodomici łażący za chłoptasiem - krzyczał z mersjańskim akcentem.
- Bracie Jorgu, ten tutaj chce ci coś powiedzieć! - krzyknął Makin.
Kropla deszczu uderzyła mnie w nos. Zamknąłem Plutarcha. Tyle już czekał, by opowiedzieć mi o Sparcie i Likurgu, że mógł poczekać jeszcze trochę i przy tym nie zmoknąć. Ten wijak miał sporo do powiedzenia i pozwoliłem mu się wygadać. O taką książkę trzeba dobrze dbać w podróży i zabezpieczyć przed deszczem. Owinąłem ją płótnem dziesięć razy w jedną stronę, potem dziesięć razy w drugą i schowałem pod siodłem. Dobrym siodłem, zaznaczam, ze skóry z podwójnym przeszyciem, pochodzącym z Końskiego Wybrzeża, a nie jakimś chłamem od Thurtanów.
Bracia rozsunęli się, by pozwolić mi przejść. Szubienica - prosta konstrukcja ze świeżo ściętego drewna - cuchnęła gorzej od wózka z odciętymi głowami. Wisiały na niej cztery klatki. Lokatorzy dwóch byli już martwi, i to bardzo. Siedzieli niczym bezwładne kukły, pokryci grubą warstwą rozbzyczanych much. Ich nogi, wydziobane do kości przez kruki, zwisały pomiędzy prętami. Chłopaki poszturchali jednego z wijaków i ten nie wydawał się szczególnie zadowolony. Prawdę mówiąc, wyglądał, jakby już kojfnął. Szkoda, biorąc pod uwagę, że mieliśmy przed sobą całą noc. To też oznajmiłem temu gadatliwemu.
- Oto i nadchodzi chłoptaś! Znudziło mu się szukanie lubieżnych ilustracji w skradzionej książce. - Wijak siedział w kucki na zakrwawionych nogach. Był stary, miał ze czterdzieści lat, jego czarne włosy, siwa broda i ciemne oczy błyszczały. - Wyrwij parę stron i podetrzyj się nimi, chłoptasiu - powiedział z gniewem, łapiąc nagle pręty i wprawiając klatkę w kołysanie. - Na nic więcej ci się nie przyda.
- Moglibyśmy podsmażyć go na wolnym ogniu - zaproponował Rike. Nawet on wiedział, że staruch chce nas rozwścieczyć, żebyśmy szybko z nim skończyli. - Tak jak wtedy, w Turston.
Kilku braci roześmiało się na to, ale nie Makin. Przyglądał się wijakowi, a na jego umorusanej twarzy rysował się grymas. Uniosłem rękę, by uciszyć towarzystwo.
- Byłoby to karygodne marnotrawstwo wyjątkowego dzieła, ojcze Gomście - powiedziałem.
Podobnie jak Makin rozpoznałem Gomsta pod tą brodą i włosami. Chociaż gdyby nie ten akcent, już by się piekł.
- Szczególnie rozdziału "O Likurgu", napisanego piękną łaciną, a nie tym bełkotem, którego uczą w kościele.
- Znasz mnie? - zapytał zmienionym nagle, płaczliwym głosem.
- Oczywiście, że cię znam. - Obiema dłońmi odgarnąłem moje piękne loki, by mógł mi się dobrze przyjrzeć w mroku. Na twarzy wypisane mam pochodzenie z rodu Ancrathów. - Jesteś ojcem Gomstem, przybyłeś zabrać mnie z powrotem na lekcje.
- K...ksią... - Teraz już beczał i nie mógł wydusić z siebie słowa. Obrzydliwość. Poczułem się, jakbym ugryzł coś zgniłego.
- Książę Jorg Ancrath, do usług. - Ukłoniłem się po dworsku.
- C...co się stało z kapitanem Bortą? - Ojciec Gomst kołysał się lekko w klatce, jak ogłupiały.
- Kapitan Borta, sir! - Makin zasalutował i postąpił naprzód. Miał na sobie krew pierwszego wijaka.
Zapadła grobowa cisza. Nawet bzykot i świergot bagien przycichł. Bracia z rozdziawionymi gębami spoglądali to na mnie, to na starego księdza, to znów na mnie. Mały Rike nie mógłby wyglądać na bardziej zaskoczonego, gdyby go zapytać, ile jest dziewięć razy sześć.
I w tej właśnie chwili spadł deszcz - tak nagle, jak gdyby Wszechmogący chlusnął na nas ze swojego nocnika. Powoli zapadający mrok natychmiast zgęstniał jak melasa.
- Książę! - Ojciec Gomst musiał przekrzykiwać deszcz. - Idzie noc! Musisz uciekać! - Zaciskał białe knykcie na prętach i nie mrugając, wpatrywał się w ciemność.
W tej ciemności, w deszczu, zobaczyliśmy, jak nadchodzą od strony bagna, po którym żaden człowiek nie mógłby przejść. Zobaczyliśmy ich ogniki. Blade światełka takie jak te, które palą umarli na mokradłach, tam gdzie nikt nie powinien zaglądać. Światełka, które niosą obietnicę spełnienia najskrytszych pragnień i które każą podążać za sobą w poszukiwaniu odpowiedzi, po to tylko, by znaleźć zimne błoto, głębokie i zachłanne.
Nigdy nie lubiłem ojca Gomsta. Mówił mi, co mam robić, odkąd skończyłem sześć lat. Najczęściej argumentując wierzchem dłoni.
- Uciekaj, książę! Uciekaj! - wrzeszczał stary Gomst, a jego poświęcenie przyprawiało mnie o mdłości.
Dlatego też ani drgnąłem.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.