Róża i cierń. Cykl Kroniki Riyrii. Tom 2 - Michael J. Sullivan

Kup ebooka

48.00 zł
40.80 zł (48,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Bitwa na Moście Wjazdowym

Roz­dział 1

Bitwa na Moście Wjaz­do­wym

Reu­ben powi­nien był uciec, kiedy tylko gierm­ko­wie wyszli z twier­dzy zam­ko­wej. Spo­koj­nie zdą­żyłby zna­leźć schro­nie­nie w stajni, ogra­ni­cza­jąc nęka­nie z ich strony do rzu­ca­nia jabł­kami i wyzwi­skami, ale zmy­liły go ich uśmie­chy. Spra­wiali wra­że­nie przy­ja­znych, nie­mal roz­sąd­nych.

-?Reu­ben! Ej, Reu­ben!

Reu­ben? Nie Gno­jarz? Nie Troll?

Wszy­scy gierm­ko­wie go prze­zy­wali. Żadne z prze­zwisk nie było przy­jemne, ale on też miał prze­zwiska dla nich, przy­naj­mniej w myślach. "Pieśń Czło­wie­cza", jeden z ulu­bio­nych poema­tów Reu­bena, wymie­niał sta­rość, cho­robę i głód jako Trzy Zmory Ludz­ko­ści. Gruby Horace był ewi­dent­nie gło­dem. Wil­lard o zie­mi­stej i dzio­ba­tej twa­rzy cho­robą, a sta­rość przy­pa­dła Dil­l­sowi, który jako sie­dem­na­sto­la­tek był z nich naj­star­szy.

Na widok Reu­bena skrę­cili w jego kie­runku jak stadko dra­pież­nych gęsi. Dills trzy­mał wgnie­ciony hełm rycer­ski; przy­łbica uno­siła się i opa­dała, kiedy nim koły­sał. Wil­lard niósł ochra­nia­cze do walki. Horace jadł jabłko -?co za nie­spo­dzianka.

Na­dal mógł dotrzeć do stajni przed nimi. Tylko Dills miał jaką­kol­wiek szansę wygrać z nim w wyścigu. Reu­ben prze­niósł cię­żar ciała, ale się zawa­hał.

-?To mój stary ekwi­pu­nek do tre­nin­gów -?powie­dział przy­jaź­nie Dills, jakby ostat­nie trzy lata w ogóle się nie przy­da­rzyły, jakby był lisem, który zapo­mniał, co się robi z kró­li­kiem. -?Ojciec przy­słał mi nowy zestaw, więc bawi­li­śmy się tro­chę z tym.

Pode­szli i teraz już było za późno na ucieczkę. Oto­czyli go, ale na­dal się uśmie­chali.

Dills wycią­gnął hełm, w któ­rym odbi­jało się jesienne słońce i z któ­rego zwi­sały skó­rzane paski.

-?Nosi­łeś kie­dyś coś takiego? Przy­mierz.

Reu­ben spoj­rzał na Dil­lsa zbity z tropu.

To bar­dzo dziwne. Dla­czego są dla mnie mili?

-?Chyba nie wie, co się z tym robi -?powie­dział Horace.

-?Śmiało! -?Dills wepchnął mu hełm w ręce. -?Nie­długo dołą­czysz do straży zam­ko­wych, prawda?

Roz­ma­wiają ze mną? Od kiedy?

Reu­ben nie odpo­wie­dział od razu.

-?Ehm... No tak...

Dills uśmiech­nął się sze­rzej.

-?Tak myśla­łem. Nie masz zbyt wielu oka­zji, żeby poćwi­czyć walkę, co?

-?Kto by tre­no­wał ze sta­jen­nym? -?Horace mówił nie­wy­raź­nie, bo prze­żu­wał.

-?No wła­śnie -?przy­tak­nął Dills i zer­k­nął na czy­ste niebo. -?Piękny jesienny dzień. Szkoda sie­dzieć w czte­rech ścia­nach. Pomy­śla­łem, że chęt­nie nauczył­byś się paru manew­rów.

Każdy z nich miał drew­niany miecz do ćwi­czeń, a Horace przy­niósł też dodat­kowy.

To się dzieje naprawdę? Reu­ben przyj­rzał się ich twa­rzom, szu­ka­jąc pod­stępu. Dills spra­wiał wra­że­nie ura­żo­nego jego bra­kiem wiary, a Wil­lard prze­wró­cił oczami.

-?Myśle­li­śmy, że chciał­byś przy­mie­rzyć rycer­ski hełm, zwłasz­cza że ni­gdy takiego nie będziesz nosił. Myśle­li­śmy, że doce­nisz taką oka­zję.

Za ich ple­cami star­szy gier­mek Elli­son wyszedł z zamku i usiadł na ocem­bro­wa­niu studni, żeby popa­trzeć.

-?Będzie zabaw­nie. Będziemy się zmie­niać. -?Dills znowu wepchnął hełm w ręce Reu­bena. -?Dzięki ochra­nia­czom i heł­mowi nic ci się nie sta­nie.

Wil­lard się nachmu­rzył.

-?Słu­chaj, sta­ramy się być mili. Nie bądź dup­kiem.

Cho­ciaż było to naprawdę dziwne, Reu­ben nie dostrzegł żad­nej zło­śli­wo­ści w ich oczach. Uśmie­chali się w spo­sób, w jaki zwy­kle uśmie­chali się do sie­bie -?sze­roko i non­sza­lancko. Sytu­acja nabie­rała pew­nego sensu w gło­wie Reu­bena. Po trzech latach znę­ca­nie się nad nim prze­stało być nowo­ścią i atrak­cją. Ponie­waż jako jedyny był ich rówie­śni­kiem i nie nale­żał do ary­sto­kra­cji, w natu­ralny spo­sób stał się ich celem, ale czasy się zmie­niały i wszy­scy dora­stali. To był gest pojed­naw­czy, a zwa­żyw­szy, że Reu­ben nie zdo­był ani jed­nego przy­ja­ciela, odkąd tu przy­był, nie mógł sobie pozwo­lić na wybrzy­dza­nie.

Wziął wypchany szma­tami hełm i wsu­nął na głowę. Mimo szmat był za duży i wisiał luźno. Reu­ben podej­rze­wał, że coś jest nie tak, ale nie miał pew­no­ści. Ni­gdy nie nosił żad­nej zbroi. Ponie­waż miał zostać zam­ko­wym gwar­dzi­stą, ocze­ki­wano, że ojciec go wyszkoli, ale ni­gdy nie zna­lazł na to czasu. To spra­wiało, że oferta gierm­ków była nęcąca; pokusa prze­wa­żyła podej­rze­nia. Miał szansę nauczyć się cze­goś o walce i szer­mierce. Już za tydzień będą jego uro­dziny, a kiedy skoń­czy szes­na­ście lat, dołą­czy do sze­re­gów straży zam­ko­wej. Z racji nie­wiel­kich umie­jęt­no­ści w walce będzie wysy­łany do naj­gor­szych zadań. Jeśli gierm­ko­wie mówili poważ­nie, to może nauczy się cze­goś, cze­go­kol­wiek.

Trójka obwią­zała go cięż­kimi war­stwami ochra­nia­czy, które krę­po­wały jego ruchy; Horace dał mu zapa­sowy drew­niany miecz.

I wtedy zaczęło się lanie.

Bez słowa ostrze­że­nia wszy­scy trzej gierm­ko­wie ude­rzyli mie­czami w głowę Reu­bena. Metal i szmaty absor­bo­wały więk­szość siły ude­rze­nia, ale nie wszystko. Wnę­trze hełmu miało szorst­kie, odsło­nięte meta­lowe kra­wę­dzie, które roz­ci­nały skórę i dźgały w czoło, poli­czek, ucho. Reu­ben uniósł miecz w nie­udol­nej pró­bie obrony, ale nie­wiele widział przez przy­łbicę. Mając uszy zatkane szma­tami, led­wie sły­szał stłu­miony śmiech. Jedno ude­rze­nie wytrą­ciło mu miecz z rąk, a dru­gie tra­fiło go w plecy, powa­la­jąc na kolana. Potem już zaczęło się poważne bicie. Ciosy zasy­pały jego uwię­zioną w metalu głowę, kiedy Reu­ben zwi­nął się w kłę­bek.

Wresz­cie napast­nicy zaczęli zwal­niać i w końcu odstą­pili. Reu­ben usły­szał cięż­kie dysze­nie, sapa­nie i kolejne śmie­chy.

-?Mia­łeś rację, Dills -?powie­dział Wil­lard. -?Gno­jarz jest o wiele lep­szy od mane­kina do ćwi­czeń.

-?Przez chwilę, bo mane­kin nie zwija się w kłę­bek jak dzie­wu­cha. -?W gło­sie Dil­lsa zadźwię­czała pogarda.

-?Za to on pisz­czy przy każ­dym tra­fie­niu.

-?Jesz­cze komuś chce się pić? -?zapy­tał Horace, na­dal dysząc.

Sły­sząc, że się odsu­wają, Reu­ben ode­tchnął i roz­luź­nił mię­śnie. Szczęka mu zdrę­twiała od zaci­ska­nia zębów, całe ciało bolało go od bicia. Leżał jesz­cze chwilę, cze­ka­jąc i nasłu­chu­jąc. Przez hełm na gło­wie był odcięty od świata, ale bał się go zdjąć. Po kilku minu­tach uci­chły nawet stłu­mione śmie­chy i wyzwi­ska. Zer­k­nął przez szparę i zoba­czył tylko poma­rań­czowe i żółte korony drzew koły­szące się na popo­łu­dnio­wym wie­trze. Prze­krzy­wił głowę i zoba­czył Trzy Zmory pośrodku podwó­rza. Chłopcy napeł­nili kubki wodą ze studni i usie­dli na wozie z jabł­kami. Jeden roz­cie­rał rękę od mie­cza i zata­czał nią sze­ro­kie kręgi.

Zla­nie mnie do nie­przy­tom­no­ści musi być wyczer­pu­jące.

Reu­ben zdjął hełm i chłodne powie­trze musnęło jego spo­cone czoło. Zdał sobie sprawę, że to wcale nie był hełm Dil­lsa. Pew­nie walał się gdzieś po dzie­dzińcu, gdzie go zna­leźli. Reu­ben powi­nien był się domy­ślić, że Dills ni­gdy w życiu nie pozwo­liłby mu wło­żyć cze­goś swo­jego. Otarł twarz i nie zdzi­wił się, widząc krew.

Usły­szał, że ktoś pod­cho­dzi, uniósł więc ręce, żeby zasło­nić głowę.

-?To było żało­sne. -?Elli­son sta­nął nad Reu­be­nem, zaja­da­jąc jabłko, które ukradł z wozu kupca.

Nikt nie powie­działby mu złego słowa, a już z pew­no­ścią nie kupiec. Elli­son był star­szym gierm­kiem, chłop­cem, któ­rego ojciec miał naj­więk­sze wpływy. To on powi­nien zapo­bie­gać takiemu znę­ca­niu się.

Reu­ben nie odpo­wie­dział.

-?Nie zawią­zano dosta­tecz­nie ści­śle ochra­nia­czy -?cią­gnął Elli­son. - Oczy­wi­ście przede wszyst­kim cho­dzi o to, żeby w ogóle nie obe­rwać.

Znowu ugryzł jabłko i prze­żuł kęs z otwar­tymi ustami. Kawałki miąż­szu pole­ciały mu na pierś, pla­miąc tunikę. On i Zmory nosili takie same stroje, nie­bie­skie z bor­do­wymi dodat­kami i zło­tym soko­łem rodu Essen­don. Przez plamę od soku z jabłka wyda­wało się, że sokół pła­cze.

-?Ciężko cokol­wiek zoba­czyć w tym heł­mie.

Reu­ben zauwa­żył, że kawa­łek zwi­nię­tego mate­riału, który wypadł na trawę, jest czer­wony od jego krwi.

-?Myślisz, że ryce­rze widzą wię­cej? -?zapy­tał Elli­son z ustami peł­nymi jabłka. -?Wal­czą na koniach, a ty mia­łeś na sobie tylko hełm i tro­chę ochra­nia­czy. Ryce­rze noszą pięć­dzie­siąt fun­tów stali, więc się nie tłu­macz. Na tym polega pro­blem z ludźmi two­jego pokroju: zawsze znajdą jakąś wymówkę. Nie dość, że jako pazio­wie musimy zno­sić poni­że­nie, jakim jest praca ramię w ramię z wami, to jesz­cze musimy wysłu­chi­wać waszych wiecz­nych narze­kań. -?Elli­son zaczął mówić wyż­szym gło­sem, uda­jąc dziew­czynę. -?"Potrze­buję butów, żeby nosić wodę zimą. Nie dam rady sam porą­bać całego drzewa". -?I już wła­snym gło­sem dodał: -?Powód, dla któ­rego na­dal upie­rają się, żeby szla­chet­nie uro­dzeni mło­dzieńcy musieli zno­sić upo­ko­rze­nie, jakim jest sprzą­ta­nie stajni, zanim staną się praw­dzi­wymi gierm­kami, cał­ko­wi­cie mnie prze­ra­sta, ale żeby jesz­cze zno­sić znie­wagę, jaką jest praca razem z kimś takim jak ty, zwy­kłym wie­śnia­kiem i bękar­tem, to już po pro­stu...

-?Nie jestem bękar­tem -?powie­dział Reu­ben. -?Mam ojca. Mam nazwi­sko.

Elli­son roze­śmiał się i kawałki jabłka wyle­ciały mu z ust.

-?Masz nawet dwa, jego i jej. Reu­ben Hil­fred, syn Rose Reu­ben i Richarda Hil­freda. Twoi rodzice ni­gdy się nie pobrali i to czyni cię bękar­tem. A kto wie, ilu żoł­nie­rzy zaba­wiała twoja matka przed śmier­cią. Wiesz, poko­jówki lubią się zaba­wić. To same dziwki. Twój ojciec był po pro­stu na tyle durny, żeby uwie­rzyć, kiedy mu powie­działa, że jesteś jego synem. To jasno uka­zuje głu­potę męż­czy­zny. Zakła­da­jąc więc, że nie kła­mała, jesteś synem idioty i...

Reu­ben ude­rzył w Elli­sona całym cia­łem, prze­wra­ca­jąc go na plecy. Usiadł i zamach­nął się, tra­fia­jąc star­szego chłopca w pierś i twarz. Kiedy Elli­son uwol­nił rękę, Reu­ben poczuł ból na policzku. Teraz on leżał na ple­cach i cały świat wiro­wał. Elli­son kop­nął go w bok z dosta­teczną siłą, żeby zła­mać mu żebro, ale Reu­ben pra­wie tego nie poczuł. Na­dal miał na sobie ochra­nia­cze.

Elli­son wycią­gnął miecz. Metal opu­ścił pochwę z gło­śnym brzęk­nię­ciem. Reu­ben led­wie zdą­żył chwy­cić miecz do ćwi­czeń, który zosta­wił na tra­wie. Uniósł go w samą porę, żeby uchro­nić się przed utratą głowy, ale stal Elli­sona prze­cięła drewno na pół.

Reu­ben uciekł.

To była jedyna prze­waga, jaką miał nad nimi. Wię­cej pra­co­wał i wszę­dzie bie­gał, pod­czas gdy oni robili nie­wiele. Nawet obcią­żony ochra­nia­czami był szyb­szy i bar­dziej wytrzy­mały od sfory oga­rów. Mógłby biec całymi dniami, gdyby zaszła taka potrzeba. Mimo to nie był dość szybki i Elli­son zdo­łał wymie­rzyć ostatni cios w jego plecy. Ude­rze­nie tylko pchnęło Reu­bena do przodu, ale kiedy już zna­lazł się w bez­piecz­nej odle­gło­ści, odkrył głę­bo­kie roz­cię­cie, które prze­szło przez wszyst­kie cztery war­stwy ochra­nia­czy, tunikę i nawet nieco skóry.

Elli­son pró­bo­wał go zabić.

* * *

Reu­ben przez resztę dnia ukry­wał się w staj­niach. Elli­son i pozo­stali ni­gdy tam nie przy­cho­dzili. Koniu­szy Hubert miał skłon­ność zaga­niać do pracy każ­dego chłopca z zamku, nie zwa­ża­jąc na róż­nicę mię­dzy synem hra­biego, barona czy sier­żanta straży. Pew­nego dnia może będą lor­dami, ale w tej chwili byli paziami i gierm­kami, a jeśli idzie o Huberta, byli tylko ple­cami i rękami do uno­sze­nia łopat. Zgod­nie z ocze­ki­wa­niami Reu­bena zago­niono go do uprzą­ta­nia łajna z bok­sów, co było lep­sze niż sta­wie­nie czoła ostrzu Elli­sona. Plecy go bolały, tak samo jak twarz i głowa, ale krwa­wie­nie ustało. O mały włos nie zgi­nął, nie zamie­rzał więc narze­kać.

Elli­son był po pro­stu wście­kły. Gdy już się uspo­koi, znaj­dzie inny spo­sób, żeby oka­zać swoje nie­za­do­wo­le­nie. Razem z innymi gierm­kami zasta­wią pułapkę i zbiją go, naj­pew­niej kijami, ale tym razem bez ochra­nia­czy i hełmu.

Reu­ben zatrzy­mał się, wrzu­ciw­szy łopatę gnoju na wóz i pocią­gnął nosem. Dym z palo­nego drewna. W kuchni palono drew­nem cały rok, ale jesie­nią dym pach­niał ina­czej, bar­dziej słodko. Reu­ben wbił łopatę, prze­cią­gnął się i spoj­rzał w górę na zamek. Pra­wie już skoń­czono deko­ro­wać go z oka­zji jesien­nej gali. Świą­teczne flagi i wstęgi powie­wały na masz­tach, kolo­rowe latar­nie zwie­szały się z drzew. Cho­ciaż galę urzą­dzano co roku, w tym świę­to­wano podwój­nie -?dodat­kowo z oka­zji mia­no­wa­nia nowego kanc­le­rza. To zna­czyło, że obchody musiały być więk­sze i wspa­nial­sze, zatem ude­ko­ro­wano zamek wewnątrz i od zewnątrz dyniami, tykwami i wiąz­kami zbóż. Kiedy poja­wił się pro­blem zbyt małej liczby krze­seł, bele słomy wnie­siono do wszyst­kich sal. Przez ostatni tydzień far­me­rzy przy­wo­zili jej pełne wozy. Zamek wyglą­dał naprawdę świą­tecz­nie i cho­ciaż Reu­ben nie został zapro­szony, wie­dział, że to będzie wspa­niałe przy­ję­cie.

Jego spoj­rze­nie powę­dro­wało ku wyso­kiej wieży, która ostat­nio stała się jego obse­sją. Kró­lew­ska rodzina rezy­do­wała na wyż­szych pię­trach zamku, gdzie nie­wielu mogło wejść bez zapro­sze­nia. Naj­wyż­szy punkt zamku prze­wyż­szał resztę budowli rap­tem o kilka stóp, ale w wyobraźni Reu­bena wieża nie­mal dosię­gała nieba. Zmru­żył oczy, myśląc, że może dostrzeże jakiś ruch, kogoś prze­cho­dzą­cego obok okna. Niczego nie zoba­czył, ale z dru­giej strony nie­wiele działo się tam za dnia.

Z wes­tchnie­niem wró­cił do pół­mroku stajni. Wła­ści­wie lubił wygar­niać gnój z bok­sów. W chłodne dni latało nie­wiele much, a łajno było prze­waż­nie suche, wymie­szane ze słomą uzy­ski­wało kon­sy­sten­cję sta­rego chleba albo cia­sta i pra­wie nie śmier­działo. Pro­sta, nie­wy­ma­ga­jąca myśle­nia praca dawała mu poczu­cie speł­nie­nia. Poza tym lubił towa­rzy­stwo koni. Ich nie obcho­dziło, kim jest Reu­ben, jakiego koloru ma krew albo czy jego matka poślu­biła jego ojca. Zawsze witały go, rżąc, i pocie­rały chra­pami o jego pierś, kiedy zna­lazł się w pobliżu. Z nikim innym nie wolałby bar­dziej spę­dzić jesien­nego popo­łu­dnia -?z jed­nym wyjąt­kiem. A wtedy, jakby wystar­czyło pomy­śleć, żeby speł­niło się marze­nie, bły­snęła mu bor­dowa suk­nia.

Widok księż­niczki w drzwiach stajni zaparł Reu­be­nowi dech w piersi. Zawsze zamie­rał na jej widok, a nawet jeśli był w sta­nie się poru­szać, poru­szał się nie­zgrab­nie -?jego palce głu­piały, nie potra­fiły wyko­nać naj­prost­szego zada­nia. Na szczę­ście ni­gdy nie ocze­ki­wano, że ode­zwie się w jej obec­no­ści. Wyobra­żał sobie, że wtedy w porów­na­niu z języ­kiem jego palce wyda­łyby się nie­zwy­kle zwinne. Obser­wo­wał księż­niczkę od lat, widy­wał prze­lot­nie, kiedy wsia­dała do powozu albo witała gości. Polu­bił ją od pierw­szego wej­rze­nia. Było coś w spo­so­bie, w jaki się uśmie­chała, w śmie­chu, który pobrzmie­wał w jej gło­sie i czę­sto poważ­nym wyra­zie twa­rzy, co spra­wiało, że wyda­wała się star­sza, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Wyobra­żał sobie, że nie jest zwy­kłym czło­wie­kiem, lecz jakąś baśniową istotą, ucie­le­śnie­niem natu­ral­nej gra­cji i piękna. Rzadko mógł ją zoba­czyć, co czy­niło te oka­zje spe­cjal­nymi, eks­cy­tu­ją­cymi chwi­lami jak widok jelonka o świ­cie. Kiedy się poja­wiła, nie mógł ode­rwać od niej oczu. Miała pra­wie trzy­na­ście lat i była rów­nie wysoka jak matka. Jed­nakże coś w spo­so­bie cho­dze­nia i prze­su­wa­nia bio­der, kiedy za długo stała w jed­nym miej­scu wska­zy­wało, że jest już bar­dziej damą niż dziew­czynką. Na­dal była chuda i drobna, ale się zmie­niła. Reu­ben marzył, że pew­nego dnia będzie stał przy studni, kiedy ona pojawi się na dzie­dzińcu sama i spra­gniona. Oczami duszy widział, jak nabiera dla niej wody i nalewa jej do kubka. Uśmiech­nę­łaby się i być może podzię­ko­wa­łaby. Kiedy odda­wa­łaby pusty kubek, ich palce zetknę­łyby się prze­lot­nie; przez jedną chwilę czułby cie­pło jej skóry i po raz pierw­szy zaznałby rado­ści.

-?Reu­ben! -?Ian, sta­jenny, ude­rzył go w ramię szpi­crutą. Dość mocno, żeby ude­rze­nie zapie­kło i zosta­wiło ślad. -?Prze­stań marzyć i bierz się do roboty.

Reu­ben bez słowa wró­cił do prze­rzu­ca­nia gnoju. Przy­swoił już sobie dzi­siej­szą lek­cję i trzy­mał spusz­czoną głowę, nabie­ra­jąc war­stwy zaschłego gnoju. Księż­niczka nie mogła go widzieć w bok­sie, ale za każ­dym razem, gdy wrzu­cał gnój na wóz, migała mu prze­lot­nie w drzwiach. Miała na sobie nową bor­dową suk­nię z cali­skiego jedwa­biu, którą dostała na uro­dziny wraz z koniem. Dla Reu­bena Calis był miej­scem mitycz­nym, kra­iną gdzieś daleko na połu­dniu wypeł­nioną dżun­glą, cho­chli­kami i pira­tami. Musiała być to magiczna zie­mia, ponie­waż mate­riał sukni mie­nił się, kiedy księż­niczka szła, a kolor pod­kre­ślał barwę jej wło­sów. Jako naj­now­sza suk­nia dosko­nale paso­wała. Co wię­cej, pozo­stałe sukienki uszyto dla dziew­czynki, a ta była prze­zna­czona dla kobiety.

-?Wasza Wyso­kość weź­mie Tama­ryszka? -?Głos Iana roz­legł się gdzieś w oko­li­cach głów­nego wej­ścia do stajni.

-?Oczy­wi­ście. To piękny dzień na prze­jażdżkę, nie­praw­daż? Tama­ry­szek lubi chłodne dni. Może wtedy poga­lo­po­wać.

-?Matka Waszej Wyso­kość pro­siła, żeby panienka nie galo­po­wała na Tama­ryszku.

-?Trucht jest nie­wy­godny.

Ian spoj­rzał na nią pyta­jąco.

-?Tama­ry­szek to rumak z Mara­nonu, Wasza Wyso­kość. On nie truchta, on kłu­suje.

-?Lubię wiatr we wło­sach -?mówiła z werwą, upo­rem, który wywo­łał uśmiech u Reu­bena.

-?Matka Waszej Wyso­ko­ści wola­łaby...

-?Jesteś kró­lew­skim sta­jen­nym czy pia­stunką? Bo może powin­nam powie­dzieć Norze, że jej usługi nie są już potrzebne.

-?Pro­szę o wyba­cze­nie, Wasza Wyso­kość, ale matka panienki...

Księż­niczka minęła sta­jen­nego i weszła do stajni.

-?Ty, tam...! Chłop­cze! -?zawo­łała.

Reu­ben prze­rwał skro­ba­nie. Patrzyła pro­sto na niego.

-?Potra­fisz osio­dłać konia?

Zdo­łał ski­nąć głową.

-?To osio­dłaj dla mnie Tama­ryszka. Weź dam­skie sio­dło z zamszu. Wiesz które?

Reu­ben znowu ski­nął głową i rzu­cił się wyko­nać pole­ce­nie. Ręce mu się trzę­sły, kiedy zdej­mo­wał sio­dło z wie­szaka.

Tama­ry­szek był pięk­nym kasz­tan­kiem spro­wa­dzo­nym z kró­le­stwa Mara­nonu. Tam­tej­sze konie sły­nęły z dosko­na­łej krwi i nad­zwy­czaj­nego wyszko­le­nia, dzięki czemu wyjąt­kowo wygod­nie się na nich jeź­dziło. Reu­ben wyobra­żał sobie, że tak król opi­sał ten pre­zent swo­jej żonie. Wierz­chowce z Mara­nonu sły­nęły rów­nież z szyb­ko­ści, jak zapewne opi­sał poda­ru­nek swo­jej córce.

-?Dokąd Wasza Wyso­kość się wybie­rze? -?spy­tał Ian.

-?Myśla­łam, że pojadę do Mostu Wjaz­do­wego.

-?Wasza Wyso­kość nie może jechać sama tak daleko.

-?Ojciec poda­ro­wał mi tego konia, żebym jeź­dziła, i to nie tylko po dzie­dzińcu.

-?W takim razie będę towa­rzy­szył Waszej Wyso­ko­ści -?uparł się sta­jenny.

-?Nie! Twoje miej­sce jest tutaj. Poza tym, kto pod­nie­sie alarm, gdy­bym nie wró­ciła?

-?Jeśli ja nie mogę, to niech Reu­ben jedzie z Waszą Wyso­ko­ścią.

-?Kto?

Reu­ben zamarł.

-?Reu­ben. Chło­pak, który sio­dła konia.

-?Nie chcę żad­nego towa­rzy­stwa.

-?Albo ja, albo on, bo ina­czej żaden koń nie zosta­nie osio­dłany, a ja pójdę od razu do matki Waszej Wyso­ko­ści.

-?Dobrze. Wezmę... Mówi­łeś, że jak się nazywa?

-?Reu­ben.

-?Naprawdę? A ma jakieś nazwi­sko?

-?Hil­fred.

Wes­tchnęła.

-?Wezmę Hil­freda.

* * *

Reu­ben ni­gdy dotąd nie jechał konno, ale nie zamie­rzał żad­nemu z nich o tym mówić. Nie bał się niczego poza tym, że wygłupi się przy księż­niczce. Znał dobrze wszyst­kie konie i wybrał Melan­cho­lię, star­szawą karą klacz z białą gwiazdą na czole. Jej imię odpo­wia­dało tem­pe­ra­men­towi, a ten z kolei odzwier­cie­dlał jej wiek. Melan­cho­lię sio­dłano dla dzieci, które chciały prze­je­chać się na "praw­dzi­wym" koniu, bab­ciom i kor­pu­lent­nym ciot­kom. Mimo to serce mu waliło jak mło­tem, gdy klacz ruszyła za Tama­rysz­kiem, co zro­bi­łaby nawet, gdyby nie miała Reu­bena na grzbie­cie.

Minęli bramę zam­kową i wje­chali do Med­fordu, sto­licy kró­le­stwa Melen­garu. Reu­ben nie otrzy­mał szcze­gól­nej edu­ka­cji, ale uważ­nie słu­chał i wie­dział, że Melen­gar jest jed­nym z naj­mniej­szych ośmiu kró­lestw Avrynu -?naj­więk­szego z czte­rech ludz­kich państw. Wszyst­kie cztery kraje -?Trent, Avryn, Del­gos i Calis -?two­rzyły kie­dyś jedno impe­rium, ale to było dawno temu i nie miało już żad­nego zna­cze­nia dla nikogo poza skry­bami i histo­ry­kami. Ważne zaś było to, że Melen­gar był sza­no­wany, zamożny i żył w pokoju od poko­le­nia albo i dłu­żej.

Zamek kró­lew­ski stał w cen­trum mia­sta. Oble­gały go ota­cza­jące fosę wozy stra­ga­nia­rzy, z któ­rych sprze­da­wano wszel­kiego rodzaju jesienne owoce, warzywa, pie­czywa, wędzone mięsa, wyroby skó­rzane i jabłecz­nik, poda­wany zarówno na zimno, jak i na cie­pło, mocny i słaby. Trzech skrzyp­ków wygry­wało wesołą melo­dię obok obró­co­nego kape­lu­sza poło­żo­nego na pniaku. Pomniejsi ary­sto­kraci w pele­ry­nach lub opoń­czach prze­cha­dzali się cegla­nymi uli­cami, doty­ka­jąc zręcz­nie zro­bio­nych bły­sko­tek. Ci zamoż­niejsi prze­jeż­dżali powo­zami.

Oni dwoje prze­je­chali pro­sto sze­roką ceglaną aleją, mija­jąc posąg Tolina Essen­dona. Rzeźba była więk­sza niż natu­ralne roz­miary, a pierw­szego króla Melen­garu uka­zano niczym boga na ogie­rze, cho­ciaż wieść gminna nio­sła, że nie był szcze­gól­nie dużym męż­czy­zną. Moż­liwe, że arty­sta chciał oddać wiel­kość Tolina, a nie tylko jego wygląd, ponie­waż bez wąt­pie­nia czło­wiek, który poko­nał Lotho­mada, władcę Trentu i pod­niósł Melen­gar z ruiny po woj­nie domo­wej, był nie­mal rów­nie wielki jak sam Novron.

Nikt nie zatrzy­my­wał ani nie zada­wał pytań Reu­be­nowi i Ari­ście, kiedy prze­jeż­dżali, ale wielu kła­niało się albo dygało. Kilka gło­śnych roz­mów uci­chło, kiedy nad­je­chali i wszy­scy się na nich gapili. Reu­ben był tym zakło­po­tany, ale księż­niczka spra­wiała wra­że­nie cał­ko­wi­cie nie­świa­do­mej. Podzi­wiał ją za to.

Kiedy już opu­ścili mia­sto i wyje­chali na drogę, Ari­sta przy­śpie­szyła do truchtu. W każ­dym razie jego koń truch­tał i był to nie­przy­jemny, pod­ska­ku­jący chód, przy któ­rym miecz od Iana ude­rzał Reu­bena w udo. Tak jak Ian wspo­mniał, koń księż­niczki nie truch­tał. Tama­ry­szek kłu­so­wał, jakby nie chciał pobru­dzić sobie kopyt zie­mią.

Jechali drogą i w miarę jak Reu­ben czuł się coraz pew­niej w sio­dle, coraz sze­rzej się uśmie­chał. Był sam na sam z nią, z dala od Elli­sona i Trzech Zmor, jechał konno i miał miecz. Tak powinno wyglą­dać życie męż­czy­zny. Tak mogło wyglą­dać jego życie, gdyby uro­dził się ary­sto­kratą.

Reu­be­nowi było pisane pójść w ślady ojca, Richarda, i słu­żyć kró­lowi jako zbrojny. Zacznie od służby na murach albo przy bra­mie i jeśli będzie miał szczę­ście, kie­dyś otrzyma bar­dziej pre­sti­żową pozy­cję, tak jak ojciec. Richard Hil­fred był sier­żan­tem w kró­lew­skiej gwar­dii i nale­żał do straży przy­bocz­nej króla i jego rodziny. Taka pozy­cja wią­zała się z przy­wi­le­jami, umoż­li­wiała na przy­kład zapew­nie­nie miej­sca synowi, który nie otrzy­mał żad­nego szko­le­nia. Reu­ben wie­dział, że powi­nien być wdzięczny za tę moż­li­wość. Żoł­nie­rze w kró­le­stwie, w któ­rym panuje pokój, pro­wa­dzili wygodne życie, ale na razie jego pobyt w zamku Essen­do­nów był jak naj­dal­szy od wygod­nego.

Za tydzień w swoje uro­dziny przy­wdzieje barwy ciem­nej czer­wieni i złota. Na­dal będzie naj­młod­szy i naj­słab­szy, ale nikt go już nie nazwie wyrzut­kiem. Odnaj­dzie swoje miej­sce. Tyle że tym miej­scem ni­gdy nie będzie koń­ski grzbiet pod­czas swo­bod­nej prze­jażdżki drogą z praw­dzi­wym mie­czem u pasa. Reu­ben wyobra­ził sobie życie błęd­nego ryce­rza prze­mie­rza­ją­cego bez­droża wedle wła­snego uzna­nia w poszu­ki­wa­niu przy­gód i sławy. To była przy­szłość gierm­ków, ich nagroda za pod­kra­da­nie jabłek i pobi­cie Reu­bena.

Ta jazda mogła być naj­wspa­nial­szym wyda­rze­niem w jego życiu. Było późne jesienne popo­łu­dnie, pogoda -?ide­alna. Niebo miało nie­bie­ski kolor, jaki zwy­kle widuje się zimą, a drzewa -?wiele z nich na­dal zacho­wało liście - były barwne, jakby las pło­nął, tylko zastygł w cza­sie. Stra­chy na wró­ble z gło­wami z dyń strze­gły brą­zo­wych łodyg kuku­ry­dzy i jesien­nych ogro­dów.

Ode­tchnął świe­żym powie­trzem; jakimś cudem wyda­wało się jesz­cze słod­sze.

Kiedy wyje­chali na drogę, księż­niczka się obej­rzała.

-?Hil­fred? Myślisz, że widzą nas tutaj?

-?Kto, Wasza Wyso­kość? -?zapy­tał zdu­miony i wdzięczny, że głos mu się nie zała­mał.

-?Och, sama nie wiem. Ktoś, kto mógłby nas obser­wo­wać... Straże na murach albo ktoś, kto na przy­kład odło­żył robótkę, żeby wspiąć się na wschod­nią wieżę i wyj­rzeć przez okno?

Reu­ben się obej­rzał. Wzgó­rze i drzewa prze­sło­niły mia­sto.

-?Nie, Wasza Wyso­kość.

Księż­niczka się uśmiech­nęła.

-?Cudow­nie.

Pochy­liła się moc­niej nad grzbie­tem Tama­ryszka i zacmo­kała. Koń zerwał się do galopu i popę­dził drogą.

Reu­ben nie miał wyj­ścia -?musiał poje­chać za nią, trzy­ma­jąc się sio­dła obiema rękami. Melan­cho­lia dziel­nie pró­bo­wała dotrzy­mać kroku Tama­rysz­kowi, ale zwy­kła dzie­więt­na­sto­let­nia klacz nie miała szansy z sied­mio­let­nim ruma­kiem z Mara­nonu. Księż­niczka i jej wierz­cho­wiec szybko znik­nęli mu z oczu, a Melan­cho­lia prze­szła w kłus, a potem zaczęła iść stępa. Boki falo­wały jej ciężko i nic, co robił Reu­ben, nie było w sta­nie zmu­sić jej do przy­śpie­sze­nia. W końcu pod­dał się i wes­tchnął sfru­stro­wany.

Spoj­rzał na drogę bez­rad­nie. Zasta­na­wiał się, czy nie porzu­cić Melan­cho­lii i nie pobiec, ponie­waż w tej chwili byłby w sta­nie biec szyb­ciej, niż jechał konno. Nie wie­dział, co robić. A jeśli księż­niczka spa­dła? Gdyby tylko Melan­cho­lia potra­fiła galo­po­wać tak szybko, jak biło mu serce.

Gra­mo­ląc się na szczyt następ­nego wznie­sie­nia, dostrzegł księż­niczkę. Na­dal sie­działa w sio­dle. Zatrzy­mała się przy Moście Wjaz­do­wym, który zna­czył przej­ście mię­dzy kró­le­stwem Melen­garu i sąsied­nim kró­le­stwem War­ric. Dostrze­gła go, ale nie zamie­rzała ucie­kać.

Na jej widok jego panika znik­nęła. Księż­niczka była bez­pieczna. Kiedy Reu­ben zoba­czył ją na koniu nad rzeką, uznał, że to nie prze­jażdżka była naj­wspa­nial­szą chwilą jego życia, ale wła­śnie ten moment.

Ari­sta była piękna, ale ni­gdy nie wyglą­dała rów­nie pięk­nie jak w tej chwili. Sie­działa w sio­dle wypro­sto­wana, wiatr roz­ło­żył jej wspa­niałą suk­nię na boki i zad konia. Jej długi cień się­gał ku Reu­be­nowi, gdy zacho­dzące słońce oble­wało ich oboje świa­tłem, migo­cząc na grzy­wie Tama­ryszka i jedwab­nej sukni w taki sam spo­sób, w jaki łyskało na powierzchni rzeki. Ta chwila była darem, nie­wy­sło­wio­nym cudem, cudem nie do pomy­śle­nia. Prze­by­wa­nie sam na sam z Ari­stą Essen­don o zacho­dzie słońca, gdy ona była odziana w suk­nię doro­słej kobiety, a on był konno i uzbro­jony w miecz jak praw­dziwy męż­czy­zna, jak rycerz -?to była ide­alna, wyma­rzona chwila.

I znisz­czył ją tętent kopyt.

Grupa jeźdź­ców wypa­dła spo­mię­dzy drzew na lewo od Reu­bena. Cała trójka popę­dziła ku niemu. Myślał, że zde­rzą się z nim, ale w ostat­niej chwili skrę­cili i śmi­gnęli obok niego, tylko pele­ryny zało­po­tały za nimi. Wystra­szyli Melan­cho­lię klacz z szarp­nię­ciem zbo­czyła z drogi. Nawet gdyby Reu­ben był świet­nym jeźdź­cem, miałby kło­pot z utrzy­ma­niem się w sio­dle. Zasko­czony i nie­za­zna­jo­miony z ruchami koni spadł i wylą­do­wał na płask na ple­cach.

Wstał, kiedy jeźdźcy pod­je­chali do księż­niczki i okrą­żyli ją, śmie­jąc się i pogwiz­du­jąc. Reu­ben nie nale­żał jesz­cze do straży zam­ko­wej, ale Ian nie bez powodu dał mu miecz. To, że było ich trzech, nie miało zna­cze­nia. Fakt, że jego umie­jęt­no­ści w posłu­gi­wa­niu się mie­czem można było w naj­lep­szym wypadku opi­sać -?nawet gdyby sam miał je opi­sać -?jako żenu­jące, w naj­mniej­szym stop­niu go nie powstrzy­mał.

Wycią­gnął ostrze i popę­dził w dół ze wznie­sie­nia, a kiedy dotarł do jeźdź­ców, krzyk­nął:

-?Zostaw­cie ją!

Śmie­chy uci­chły.

Dwóch nie­zna­jo­mych zsia­dło z koni i wycią­gnęło mie­cze. Wypo­le­ro­wana stal zabły­sła w niskim słońcu. Kiedy tylko ich stopy ude­rzyły o zie­mię, Reu­ben zdał sobie sprawę, że to zale­d­wie chłopcy, trzy, może cztery lata młodsi od niego. Ich rysy były tak podobne, że musieli być braćmi. Ich broń nie przy­po­mi­nała sze­ro­kich tasa­ków straży zam­ko­wej ani krót­kich mie­czy gierm­ków. Była deli­katna, miała wąskie klingi i ozdobne gardy.

-?Jest mój -?oznaj­mił naj­więk­szy z chłop­ców i Reu­ben led­wie uwie­rzył w swoje szczę­ście, gdy pozo­stali dwaj nie włą­czyli się do walki.

Bro­nić księż­niczkę przed zbi­rami, nawet jeśli to tylko dzieci, na jej oczach sta­nąć w obro­nie jej czci, być tym, który ją ocali... Wielki Mari­bo­rze, nie mogę zawieść... Nie teraz!

Chło­piec pod­szedł zbyt non­sza­lancko, co zasta­no­wiło Reu­bena. Był niż­szy o dobre pięć cali i chudy jak łodyga kuku­ry­dzy. Wiatr wiał mu zza ple­ców, więc z tru­dem powstrzy­my­wał czarne włosy przed wpa­da­niem do oczu, kiedy pod­cho­dził do Reu­bena z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

Kiedy zna­lazł się na odle­głość mie­cza, przy­sta­nął i ku zdu­mie­niu Reu­bena ukło­nił się. Potem wypro­sto­wał się i prze­ciął klingą powie­trze w tę i z powro­tem. Ostrze zadźwię­czało. Wresz­cie sta­nął na przy­gię­tych nogach z drugą ręką za ple­cami.

A potem zaata­ko­wał.

Jego szyb­kość była nie­po­ko­jąca. Czu­bek wąskiej klingi tra­fił Reu­bena w pierś, nie roz­ci­na­jąc skóry, ale zosta­wia­jąc roz­cię­cie w koszuli. Reu­ben zato­czył się do tyłu. Chło­piec naparł, prze­su­wa­jąc stopy w prze­dziwny spo­sób, jakiego Reu­ben ni­gdy dotąd nie widział. Jego ruchy były płynne i pełne gra­cji, jakby tań­czył.

Reu­ben zamach­nął się mie­czem.

Chło­pak nawet nie drgnął. Nie uniósł broni, żeby spa­ro­wać cios. Zaśmiał się tylko, gdy miecz prze­ciął powie­trze o cal od niego.

-?Myślę, że mógł­bym tu stać przy­wią­zany do pala i na­dal nie zdo­łał­byś mnie tra­fić. Dama powinna zna­leźć sobie lep­szego obrońcę.

-?To nie jest jakaś tam dama. To księż­niczka Melen­garu! -?krzyk­nął Reu­ben. -?Nie pozwolę wam jej skrzyw­dzić.

-?Doprawdy? -?Chło­pak zer­k­nął przez ramię. -?Sły­sze­li­ście? Poj­ma­li­śmy księż­niczkę.

Idiota ze mnie. Reu­ben miał ochotę prze­bić się mie­czem.

-?Cóż, nie zamie­rzamy jej skrzyw­dzić. Ja i moi towa­rzy­sze roz­bój­nicy zbez­cze­ścimy ją, pode­rżniemy jej gar­dło i na koniec rzu­cimy dziewkę do rzeki!

-?Prze­stań! -?krzyk­nęła Ari­sta. -?Jesteś okrutny!

-?Nie, wcale nie jest -?ode­zwał się ten, który nie zsiadł z konia. Miał na sobie opoń­czę z kap­tu­rem, a ponie­waż słońce zacho­dziło, Reu­ben nie widział jego twa­rzy. -?Ale zacho­wuje się jak dureń. Moim zda­niem powin­ni­śmy zatrzy­mać ją dla okupu i zażą­dać jej wagi w zło­cie!

-?Dosko­nały pomysł -?uznał młod­szy z dwóch braci, który już scho­wał broń do pochwy, wyjął kawa­łek sera z torby i podał sie­dzą­cemu wierz­chem, ten zaś odgryzł kawa­łek.

-?Po moim tru­pie -?oznaj­mił Reu­ben i znowu roz­le­gły się śmie­chy.

Reu­ben jesz­cze raz zaata­ko­wał. Prze­ciw­nik zbił na bok cios, nie spusz­cza­jąc wzroku z jego twa­rzy.

-?Tym razem było odro­binę lepiej. Przy­naj­mniej ist­niała szansa, że może mnie tra­fisz.

-?Mau­vin, prze­stań! -?krzyk­nęła księż­niczka. -?On nie wie, kim jesteś.

-?Wiem! -?odkrzyk­nął chło­pak o potar­ga­nych wło­sach i zaśmiał się. -?To dla­tego to taka pyszna zabawa.

-?Powie­dzia­łam, żebyś prze­stał! -?zażą­dała księż­niczka, pod­jeż­dża­jąc.

Chło­piec znowu się roze­śmiał i zaata­ko­wał nisko, celu­jąc w stopy Reu­bena. Tam­ten nie miał poję­cia, jak zablo­ko­wać taki cios. Opu­ścił miecz, a strach spra­wił, że odru­chowo cof­nął stopy. Stra­cił rów­no­wagę, padł na twarz i wbił miecz w zie­mię. Prze­tur­lał się na plecy i z tru­dem wstał, a wtedy zoba­czył, że chło­pak trzyma oba mie­cze. Znowu wszy­scy się roze­śmiali. Wszy­scy z wyjąt­kiem Ari­sty.

-?Prze­stań! -?krzyk­nęła. -?Nie widzisz, że on nie potrafi posłu­gi­wać się mie­czem? Nie ma nawet poję­cia, jak jeź­dzić konno. To słu­żący. On tylko rąbie drewno i nosi wodę.

-?Chcia­łem tylko tro­chę się zaba­wić.

-?Może dla cie­bie to jest zabawne -?wska­zała Reu­bena -?a on naprawdę myśli, że chce­cie mnie skrzyw­dzić. On się nie bawi.

-?Naprawdę? Bo jeśli to prawda, to jest żało­sny. Serio, jeśli tylko na tyle go stać, to czemu, na Mari­bora, Law­rence wysłał tę fajt­łapę jako twoją eskortę? Praw­dziwy roz­bój­nik zabiłby go pierw­szym ude­rze­niem, ty była­byś uwią­zana do jego konia, a list z żąda­niem okupu już zostałby wysłany do zamku.

Księż­niczka się skrzy­wiła.

-?Gdy­by­ście byli praw­dzi­wymi roz­bój­ni­kami, Tama­ry­szek i ja zosta­wi­li­by­śmy was w chmu­rze kurzu. Kasz­le­li­by­ście i pluli pyłem, pod­czas gdy my poga­lo­po­wa­li­by­śmy w siną dal.

-?Wąt­pię -?odparł chło­pak na koniu.

-?Tak? -?Księż­niczka pochy­liła się i szep­nęła coś do ucha Tama­ryszka.

Rumak sko­czył chyżo jak łania i pocwa­ło­wał Połu­dniową Drogą z powro­tem do mia­sta.

-?Łapać ją! -?krzyk­nął chło­piec sie­dzący na koniu.

Pona­glił wierz­chowca i popę­dził za księż­niczką.

Potar­gany chło­pak rzu­cił Reu­be­nowi miecz. Potem razem z bra­tem dosiadł konia i poje­chał za ucie­ka­jącą księż­niczką, która zgod­nie z zapo­wie­dzią zosta­wiła ich wszyst­kich w chmu­rze kurzu.

W jed­nej chwili Reu­ben został sam. Jedyną jego pocie­chą była świa­do­mość, że księż­niczce nic nie grozi. Ari­sta naj­wy­raź­niej znała tę trójkę, co tylko pogłę­biło jego upo­ko­rze­nie. Jedyną gor­szą rze­czą od tego, że został poko­nany przez młod­szego chłopca i wyśmiany na oczach księż­niczki, był fakt, że to ona sta­nęła w jego obro­nie.

Nie widzisz, że on nie potrafi posłu­gi­wać się mie­czem? Nie ma nawet poję­cia, jak jeź­dzić konno. To słu­żący. On tylko rąbie drewno i nosi wodę.

Reu­ben stał chwilę, patrząc na gasnące świa­tło i obser­wu­jąc czarne chmury prze­wa­la­jące się jak kur­tyna prze­sła­nia­jąca scenę. Łzy spły­nęły mu po policz­kach. Ni­gdy nie pła­kał, cho­ciaż wiele razy dostał lanie. Przy­wykł do bólu, wyzwisk, ale to było coś innego. Reu­ben zawsze podej­rze­wał, że jest do niczego. Teraz stra­cił wszel­kie wąt­pli­wo­ści. Kim­kol­wiek tamci byli, żało­wał, że go nie zabili, wtedy przy­naj­mniej nie musiałby żyć ze wsty­dem.

Otarł twarz brud­nymi rękami i rozej­rzał się znowu. Kiedy nade­szła noc, mgła unio­sła się nad rzeką, świa­tła zami­go­tały w odle­głych domach na far­mach. Melan­cho­lia znik­nęła. Albo pobie­gła za tam­tymi, albo po pro­stu wie­działa, że czas wra­cać do stajni.

Reu­ben Hil­fred wsu­nął poży­czony miecz do pochwy i wró­cił pie­chotą do domu.

* * *

Był zmę­czony, kiedy dotarł na miej­sce. Zaj­rzał do stajni i zoba­czył, że Melan­cho­lia i Tama­ry­szek stoją już bez­piecz­nie w swo­ich bok­sach. Zła­mano mu serce, pobito, zago­niono go do cięż­kiej pracy w stajni, a potem zmu­szono do przej­ścia kilku mil pie­chotą po zmroku -?Reu­be­nowi zostało nie­wiele siły. Mimo to przy­sta­nął w poło­wie dzie­dzińca, żeby spoj­rzeć na zamek... I na wieżę.

Piękny jesienny dzień zamie­nił się w okropną jesienną noc. Wraz ze wscho­dem księ­życa, który prze­sło­niły ciemne chmury, zerwał się wiatr. Czarne wiedź­mo­wate palce drzew poru­szały się gwał­tow­nie na tle mrocz­nego nieba, liście odry­wane od ich człon­ków latały nad dzie­dziń­cem. Noc była zimna, pochod­nie migo­tały na wie­trze. W nocach w porze żniw było coś, co nie­po­ko­iło Reu­bena. Wra­że­nie bli­sko­ści śmierci prze­ni­kało wszyst­kie zaka­marki, a nie­długo spad­nie śnieg podobny do całunu okry­wa­ją­cego nie­bosz­czyka. Myśląc o tym, spoj­rzał na wieżę. Spo­dzie­wał się sygnału w jej oknie, jed­nak nie zapło­nęło w nim świa­tło.

Ogar­nęła go zna­joma mie­szanka uczuć -?nie­wąt­pli­wie ulga, ale i roz­cza­ro­wa­nie.

Wszedł cicha­czem do koszar, gdzie powi­tało go chra­pa­nie kil­ku­dzie­się­ciu męż­czyzn. Noszone za dnia buty teraz wie­trzyły się, ich odór dołą­czył do smrodu potu i stę­chłego piwa. Reu­ben z ojcem zaj­mo­wali osobny pokój, ale nie były to żadne luk­susy. Kie­dyś był to scho­wek, led­wie zmie­ściły się tam dwa łóżka i stół. Zanim Reu­ben zja­wił się na zamku, był to przy­wi­lej, nagroda, jaką ojciec otrzy­mał za służbę u króla.

Lampa na­dal pło­nęła, kiedy wszedł.

-?Chcesz kola­cję? -?spy­tał ojciec.

Ani sło­wem nie spy­tał, gdzie był. Ojciec ni­gdy o to nie pytał i dopiero nie­dawno Reu­ben zaczął dostrze­gać, że to dziwne. Ojciec leżał na łóżku, buty już zdjął, pas z mie­czem, kol­czugę i tunikę schlud­nie odło­żył na półkę i wie­szaki. Pasek i trzy skó­rzane sakiewki, które zawsze przy nim nosił, leżały obok łóżka -?nie­odmien­nie w zasięgu ręki. Reu­ben wie­dział, że w jed­nej ojciec nosił pie­nią­dze, a w dru­giej osełkę, ale nie wie­dział, co jest w trze­ciej. Richard Hil­fred leżał z jedną ręką ugiętą tak, by osła­niała oczy. Każ­dej nocy spał w tej samej pozy­cji. Nie golił się przez kilka ostat­nich dni i ciemny zarost, gęsty jak naje­żone futro, pokrył mu policzki i brodę. Włosy, kie­dyś czarne jak węgiel, pokryły się odro­biną sre­bra. Reu­ben był ciem­nym blon­dy­nem, co spra­wiło, że przy­po­mniał sobie w tej chwili słowa Elli­sona na temat jego matki.

-?Nie jestem głodny.

Ojciec opu­ścił rękę i spoj­rzał na niego, mru­żąc oczy.

-?Co się stało?

Pyta­nie? Od kiedy?

-?Nic. -?Reu­ben usiadł na łóżku świa­dom iro­nii, że kiedy raz ojciec zain­te­re­so­wał się nim, on nie chciał z nim roz­ma­wiać.

-?Skąd masz ten miecz?

-?Co? -?Zapo­mniał o broni. -?Ach, Ian kazał mi go wziąć.

-?Dokąd?

Cztery pyta­nia z rzędu. Zain­te­re­so­wa­nie, tro­ska czy po pro­stu zbli­żają się moje uro­dziny?

Ojciec zawsze był ner­wowy o tej porze roku. Uro­dziny Reu­bena to był jedyny dzień, kiedy Richard odwie­dzał go, kiedy jesz­cze Reu­ben miesz­kał z ciotką -?raz w roku, zawsze bez wyjątku. Ojciec ni­gdy go nie objął, zwy­kle na niego wrzesz­czał, a w jego odde­chu było czuć alko­hol. Gdy ciotka umarła i ojciec zabrał go na zamek, Reu­ben pła­kał. Nie­wiele mu bra­ko­wało do dwu­na­stych uro­dzin i Richard Hil­fred uznał, że syn jest za duży na łzy. Spu­ścił mu lanie. Reu­ben ni­gdy wię­cej nie zapła­kał, aż do tego wie­czoru, kiedy księż­niczka odje­chała, zabie­ra­jąc ze sobą jego nadzieje.

-?Księż­niczka nale­gała na prze­jażdżkę -?wyja­śnił Reu­ben. -?Ian kazał mi ją eskor­to­wać.

Ojciec usiadł. Łóżko pod nim zatrzesz­czało. Przez dłuż­szą chwilę nic nie mówił, tylko patrzył i w końcu Reu­ben poczuł się nie­swojo.

-?Trzy­maj się od niej z dala, sły­szysz?

-?Nie mia­łem wyboru. Ona...

-?Nie chcę sły­szeć żad­nych wymó­wek. Nie zbli­żają się do niej, jasne?

Reu­ben ski­nął głową. Już dawno temu nauczył się nie sprze­czać z ojcem. Sier­żant Richard Hil­fred przy­wykł do radze­nia sobie z nie­zdy­scy­pli­no­wa­nymi ludźmi. Wyda­wał roz­kaz i był on wypeł­niany albo sypały się zęby. Tak się dbało o dys­cy­plinę w sze­re­gach straży, w kosza­rach i w ich małym pokoju.

-?Ary­sto­kraci są nie­bez­pieczni -?cią­gnął ojciec. -?Są jak dzi­kie zwie­rzęta i zwrócą się prze­ciwko tobie. Nie można im ufać. Dla nich jeste­śmy jak robac­two. Cza­sem mogą się z nami bawić, ale kiedy się znu­dzą, zmiaż­dżą nas.

-?W takim razie czemu nale­żysz do straży przy­bocz­nej króla? Prze­by­wasz z nimi cały dzień.

Ojciec popa­trzył na niego dziw­nie, a Reu­ben zasta­na­wiał się, czy zbliża się lanie. Ojciec jed­nak skrzy­wił się w zamy­śle­niu, nie z gniewu.

-?Bo chyba kie­dyś byłem taki jak ty. Wie­rzy­łem im, ufa­łem. Poza tym nie ma lep­szej pracy na tym zamku, może z wyjąt­kiem funk­cji oso­bi­stego straż­nika członka kró­lew­skiej rodziny. Wtedy uzy­sku­jesz dostęp do wszyst­kiego i jesteś trak­to­wany z sza­cun­kiem. Jed­nakże ni­gdy nie zosta­łem wybrany, więc sta­łem się zakli­na­czem węży. Wiem, jak sobie z nimi radzić, jak trzy­mać szla­chet­nie uro­dzo­nych tuż za łbem, żeby nie mogli uką­sić.

-?Jak to robisz?

-?Nie dając im ni­gdy powodu, żeby mnie zauwa­żyli. Jestem cie­niem. Jestem nie­wi­dzialny i cichy jak krze­sło albo drzwi. Jestem tam, żeby ich strzec, ale póki nie ma zagro­że­nia, moim zada­niem jest nie ist­nieć. Ty zaś dałeś się zauwa­żyć, i to przez samą księż­niczkę. Miło się z nią jeź­dziło? Wszy­scy w mie­ście widzieli, jak pod­ska­ku­jesz w sio­dle z bro­nią męż­czy­zny u pasa i piękną dziew­czyną u boku? Czu­łeś się jak jeden z nich?

Reu­ben nic nie powie­dział, wbił tylko wzrok w pod­łogę.

-?Widzę, jak na nią patrzysz. Jest ładna i będzie jesz­cze ład­niej­sza, ale mądrzej byś postą­pił, gdy­byś już teraz wyłu­pił sobie oczy. Wyj­dzie za mąż za rok albo dwa. Amrath nie będzie długo cze­kał. Potrze­buje sprzy­mie­rzeń­ców i wyda ją, póki jest młoda i naj­cen­niej­sza. Zosta­nie wysłana do Alburnu albo Mara­nonu. Może dla­tego kupił jej konia, żeby poko­chała nowy dom. To nie ma zna­cze­nia. Ona nie jest osobą, jest walutą jak złoto czy sre­bro i król wyda ją, żeby zdo­być więk­szą wła­dzę lub zabez­pie­czyć gra­nice. Pamię­taj o tym, kiedy następ­nym razem na nią spoj­rzysz. Pra­gnąć jej to jak kraść z jego kufrów. Za to zabija się ludzi, nawet ary­sto­kra­tów.

Reu­be­nowi nie podo­bała się ta roz­mowa i wolał zmie­nić temat.

-?Tego wie­czoru nie zapa­liło się świa­tło w wieży.

Ojciec patrzył na niego chwilę, żeby dać mu odczuć, że mówił poważ­nie, a potem zapy­tał:

-?I co z tego?

Poło­żył się. Poru­szał się powoli, jakby był obo­lały. Sta­rzał się i to zaczy­nało rzu­cać się w oczy.

-?Nic. Pomy­śla­łem, że to dobry znak, prawda?

-?To tylko pokój w wieży, Rue. Ludzie cza­sem wno­szą do pokoi świece.

-?Tyle że wcze­śniej zawsze było tam ciemno, oprócz tych nocy, kiedy spło­nęła lady Clare i potem, kiedy zmarł kanc­lerz. Widzia­łem.

-?No i?

-?Mówi się, że śmierć przy­cho­dzi trój­kami.

-?Kto tak mówi?

-?Ludzie. -?Reu­ben odpiął miecz i powie­sił go obok broni ojca. Nie poczuł dumy, że wresz­cie może to zro­bić. -?Zasta­na­wia­łem się, no wiesz, co tam działo się na górze, kiedy widzia­łem świa­tło.

Pochy­lił się, żeby zdjąć buty, a kiedy pod­niósł wzrok, ojciec znowu mu się przy­pa­try­wał.

-?Nie zbli­żaj się do tej wieży, rozu­miesz?

-?Tak jest, sir.

-?Mówię poważ­nie, Rue. Jeśli usły­szę, że krę­ci­łeś się gdzieś w pobliżu, zleję cię gorzej niż gierm­ko­wie.

Reu­ben spu­ścił wzrok.

-?Wiesz o tym?

-?Masz ślady na twa­rzy, krwawą smugę na ple­cach tuniki i roz­cię­cie na koszuli. Kto inny? Nie martw się -?dodał, gasząc lampę -?w przy­szłym tygo­dniu zosta­niesz straż­ni­kiem na zamku.

-?A w czym to pomoże?

-?Dosta­niesz kol­czugę zamiast koszuli.

Rozdział 2. Albert Winslow

Roz­dział 2

Albert Win­slow

Kobieta z mio­tłą wysko­czyła na nich i jak nikt inny przy­po­mi­nała Hadria­nowi cza­row­nicę. Pozle­piane czarne włosy roz­sy­py­wały się w szorst­kich lokach tak, że było jej widać tylko jedno oko i czu­bek nosa. Chłop­ska spód­nica prze­szka­dzała jej w ucieczce z zaro­śli i była tak poroz­dzie­rana i popla­miona bło­tem, że Hadrian był pewien, że kobieta prze­wró­ciła się wię­cej niż raz.

-?Stać! Pomocy! -?zawo­łała roz­pacz­li­wie, jakby obaj z Royce'em pędzili drogą.

A prawda była taka, że jechali konno w tem­pie nieco szyb­szym od spa­ce­ro­wego. Hadrian ścią­gnął wodze i zatrzy­mał się, Royce zaś jesz­cze przez chwilę jechał dalej, zanim obej­rzał się zacie­ka­wiony. W ciągu minio­nego roku Hadrian dość czę­sto widy­wał tę minę. Wie­dział z doświad­cze­nia, że zdu­mie­nie zamieni się w iry­ta­cję, kiedy tylko Royce zro­zu­mie, że Hadrian zatrzy­mał się, żeby wysłu­chać, czego chce stara kobieta. Potem pojawi się gry­mas. Hadrian nie był pewien, co ozna­czał - może roz­cza­ro­wa­nie? Potem Royce prze­wróci oczami z nie­skry­waną pogardą, następ­nie fru­stra­cja ujawni się w skrzy­żo­wa­niu rąk. Wresz­cie wraz z nacią­gnię­ciem kap­tura nadej­dzie gniew. To, że Royce zakłada kap­tur, zawsze było złym zna­kiem, jak futro jeżące się na grzbie­cie wilka. Ostrze­że­niem -?zwy­kle jedy­nym, jakie kto­kol­wiek otrzy­my­wał.

-?Musi­cie mi pomóc -?powie­działa stara kobieta, brnąc przez zaro­śla i gra­mo­ląc się z rowu na drogę. -?W mojej sto­dole jest jakiś obcy czło­wiek. Śmier­tel­nie mnie prze­ra­ził.

-?W sto­dole? -?spy­tał Hadrian, zer­ka­jąc ponad kobietą i nie widząc sto­doły.

Royce i Hadrian podró­żo­wali na pół­noc Trak­tem Namiest­nika nie­da­leko Col­nory. Przez cały ranek mijali różne gospo­dar­stwa i chaty, ale od jakie­goś czasu nie widzieli niczego takiego.

-?Mamy z mężem gospo­dar­stwo tuż za zakrę­tem. -?Kobieta wska­zała w górę drogi.

-?Skoro masz męża, to czemu on nie zaj­mie się nie­zna­jo­mym?

-?Kochany stary Danny wyje­chał. Wybrał się do Ver­nesu sprze­dać wełnę z naszych owiec. Nie wróci przez co naj­mniej mie­siąc. Ten czło­wiek w mojej sto­dole to pijany wariat. Jest nagi, prze­klina i się miota. Pew­nie ugryzł go chory pies. Boję się podejść do sto­doły, a muszę nakar­mić bydło. Nie wiem, jak to zro­bić. Na pewno mnie zabije, gdy tylko wejdę do środka.

-?Pierw­szy raz go tu widzisz?

Kobieta poki­wała głową.

-?Jeśli mi pomo­że­cie, jeżeli wypę­dzi­cie go z mojej ziemi, dosta­nie­cie porządny posi­łek. Wy dwaj i wasze konie. Nawet zapa­kuję wam tro­chę jedze­nia na drogę. Jestem dobrą kucharką, naprawdę.

Hadrian zsiadł z konia i zer­k­nął na przy­ja­ciela.

-?Co robisz? -?spy­tał Royce.

-?To zaj­mie tylko minutkę -?odpo­wie­dział Hadrian.

Royce wes­tchnął. To był nowy sygnał.

-?Nie znasz tej kobiety. To nie twój kło­pot.

-?Wiem.

-?To dla­czego jej poma­gasz?

-?Bo ludzie tak robią. Poma­gają sobie. Gdy­byś zoba­czył czło­wieka z wbitą strzałą leżą­cego na dro­dze, to zatrzy­mał­byś się, prawda?

-?Oczy­wi­ście -?odpo­wie­dział Royce. -?Każdy by się zatrzy­mał. Ranny to łatwa ofiara. No, chyba że już z sio­dła widzisz, że ktoś inny zabrał mu sakiewkę.

-?Co? Nie! Nikt nie obra­bo­wałby ran­nego czło­wieka i nie zosta­wiłby go, żeby umarł.

Royce poki­wał głową.

-?No nie, masz rację. Gdyby miał sakiewkę i ty byś mu ją zabrał, to naj­le­piej, żebyś potem pode­rżnął mu gar­dło. Zbyt wielu ludzi wyli­zuje się po ranie od strzały. Sam mnie tego nauczy­łeś. Nie ma sensu ryzy­ko­wać, że potem będzie się mścił.

Stara kobieta spoj­rzała na Royce'a prze­ra­żona.

Tym razem to Hadrian wes­tchnął.

-?Nie zwra­caj na niego uwagi. Wycho­wały go wilki.

Royce skrzy­żo­wał ręce i spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

-?Nie powi­nie­nem był ci o tym mówić.

-?Posłu­chaj, jest piękne popo­łu­dnie, a nam się nie śpie­szy. Poza tym zawsze narze­kasz na moją kuch­nię. Na pewno bar­dziej ucie­szy cię jej posi­łek. Poga­dam tylko chwilkę z tym gościem. -?Szep­tem dodał: -?To pew­nie jakiś bie­dak, który roz­pacz­li­wie szu­kał schro­nie­nia. Założę się, że jeśli tych dwoje poroz­ma­wia, na pewno zdo­łamy wymy­ślić jakieś roz­wią­za­nie. Pew­nie uda się to tak zała­twić, żeby pła­ciła mu za pomoc w gospo­dar­stwie pod­czas nie­obec­no­ści męża. Ona zyska parobka, a on strawę i dach nad głową. Co wię­cej, my dosta­niemy cie­pły posi­łek, więc wszy­scy sko­rzy­stają.

-?A kiedy ten dobry uczy­nek zakoń­czy się kata­strofą, posłu­chasz mnie następ­nym razem i dasz ludziom samo­dziel­nie zaj­mo­wać się wła­snymi pro­ble­mami?

-?Pew­nie, ale nic się nie sta­nie. To tylko jeden gość. Nawet jeśli cał­kiem mu odbiło, myślę, że pora­dzę sobie z pija­nym dzi­kim loka­to­rem.

Jesień była desz­czowa, więc cze­kała ich błot­ni­sta droga. Spa­dłe liście skry­wały kałuże, drzewa zamie­niły się w czarne szkie­lety, śpie­wa­jące ptaki były nie­liczne. Hadria­nowi zawsze naj­bar­dziej ich bra­ko­wało, kiedy spa­dały liście, a wio­sną był zasko­czony ich powro­tem, bo zapo­mi­nał o tym, jak świer­go­czą.

Zgod­nie z zapo­wie­dzią za zakrę­tem znaj­do­wało się gospo­dar­stwo, o ile można było to miej­sce tak nazwać. Wszyst­kie farmy, które wcze­śniej mijali, miały schludne pobie­lone chaty kryte strze­chą, pięk­nie odci­na­jące się na tle czer­wieni i żółci. Przy każ­dej cią­gnęły się pola ze złotą psze­nicą lub jęcz­mie­niem goto­wym do zżę­cia. Farma kobiety skła­dała się z roz­pa­da­ją­cej się cha­łupy z pod­nisz­czo­nych desek i z prze­krzy­wio­nym pło­tem. Pod­no­sząc się w strze­mio­nach, Hadrian nie dostrzegł ni­gdzie obsia­nego pola.

-?Sto­doła stoi kawa­łek stąd, w dole. -?Kobieta wska­zała kie­ru­nek. - Widać dach. Jeśli chce­cie, pod­sy­pię waszym koniom tro­chę ziarna i dam wody, a potem zacznę goto­wać.

-?Mówisz, że to tylko jeden czło­wiek? -?upew­nił się Hadrian, zsia­da­jąc z konia i idąc za kobietą.

Ski­nęła głową.

Hadrian, który już miał u pasa dwa mie­cze, zdjął przy­tro­czony do sio­dła espa­don. Prze­ło­żył pen­dent przez ramię, by wielki miecz zawisł mu na ple­cach. Tylko w taki spo­sób można było go nosić. Espa­don to broń rycer­ska, któ­rej powinno uży­wać się, sie­dząc w sio­dle. Gdyby nosił go u pasa, czu­bek broni wlókłby się po ziemi.

-?Sporo stali jak na jed­nego pija­nego głupka -?zauwa­żyła kobieta.

-?Siła przy­zwy­cza­je­nia.

Royce też zsiadł z konia, sta­jąc na ziemi prawą stopą, lewą sta­wia­jąc ostroż­niej. Otwo­rzył torbę i zaczął w niej grze­bać. Kobieta odcze­kała, aż skoń­czy. Potem po kolej­nych, ostat­nich już podzię­ko­wa­niach zabrała konie do domu, zosta­wia­jąc Royce'a i Hadriana na podwórku.

Stud­nia z kamienną cem­bro­winą stała pośrodku placu mię­dzy domem i budyn­kami gospo­dar­czymi, a w dole stoku przy­cup­nęła sto­doła. Całość była potwor­nie zaro­śnięta wysoką do kolan trawą i dmu­chaw­cami. Royce przy­sta­nął na chwilę i przy­siadł na fun­da­men­cie cze­goś, co było kie­dyś małym budyn­kiem -?naj­pew­niej kur­ni­kiem, bo było za małe na coś innego. Uniósł lewą nogę i przyj­rzał się. Hadrian widział rzą­dek dziu­rek w mięk­kiej skó­rze.

-?Jak twoja stopa? -?spy­tał.

-?Boli.

-?Dobrze cię chwy­cił.

-?Prze­gryzł but.

-?Tak, to wyglą­dało na bole­sne.

-?To dla­czego mi nie pomo­głeś?

Hadrian wzru­szył ramio­nami.

-?To był pies. Słodki psiak. Co mia­łem zro­bić? Zabić nie­winne zwie­rzę?

Royce prze­krzy­wił głowę, mru­żąc oczy z powodu wie­czor­nego słońca, żeby przyj­rzeć się przy­ja­cie­lowi.

-?To żart?

-?To był szcze­niak.

-?To nie był szcze­niak i zże­rał mi nogę.

-?Aha, ale ty wpa­ko­wa­łeś się do jego domu.

Royce zmarsz­czył brwi i opu­ścił nogę.

-?Sprawdźmy tego two­jego ogra, który wpa­ko­wał się do sto­doły.

Ruszyli tra­wia­stym sto­kiem ozdo­bio­nym mnó­stwem bia­łych i żół­tych polnych kwia­tów, które koły­sały się na deli­kat­nym wia­terku. Psz­czoły na­dal pra­co­wały, bucząc mię­dzy sto­krot­kami i kwia­tami zdzi­cza­łej mar­chewki. Hadrian się uśmiech­nął. Przy­naj­mniej ktoś uczci­wie pra­co­wał na tej ziemi. Zbli­żyli się do sto­doły i odkryli, że jest w nie lep­szym sta­nie niż chata.

-?Wiesz, nie musia­łeś go wyrzu­cać przez okno -?powie­dział po dro­dze Hadrian.

Royce, który na­dal sku­piał się na sto­pie, pod­niósł wzrok.

-?A co twoim zda­niem mia­łem zro­bić? Podra­pać za uszami tego małego potwora, który prze­żu­wał palce moich stóp? A gdyby zaczął szcze­kać? Wtedy dopiero zro­biłby się bała­gan.

-?Dobrze, że tuż pod oknem była fosa.

Royce przy­sta­nął.

-?Była?

Teraz Hadrian się skrzy­wił. W takich chwi­lach ni­gdy nie miał pew­no­ści, czy Royce mówi poważ­nie, czy żar­tuje. Pra­co­wali razem od pra­wie roku, ale na­dal pró­bo­wał zro­zu­mieć nowego part­nera. Jedno było pewne -?Royce Mel­born był naj­cie­kaw­szą osobą, jaką kie­dy­kol­wiek poznał, ale i naj­trud­niej­szą do roz­gry­zie­nia.

Doszli do sto­doły, którą zbu­do­wano z drewna i kamie­nia, a pokryto strze­chą. Całość się prze­krzy­wiła, okap opie­rał się o pień sta­rego klonu. Bra­ko­wało desek z osza­lo­wa­nia, a w nie­któ­rych miej­scach nie było strze­chy. Dwu­skrzy­dłowe drzwi stały otwarte, ale wewnątrz Hadrian widział tylko ciem­ność.

-?Halo?! -?zawo­łał. Pchnął drzwi, żeby otwo­rzyły się sze­rzej, i zer­k­nął do środka. -?Jest tam kto?

Royce'a już nie było za jego ple­cami. Czę­sto zni­kał w takich chwi­lach. Był bar­dziej wprawny w skra­da­niu się i chęt­nie wyko­rzy­sty­wał Hadriana jako hała­śliwy spo­sób odwró­ce­nia uwagi.

Nikt nie odpo­wie­dział.

Hadrian wycią­gnął miecz i wszedł do środka.

Wnę­trze sto­doły wyglą­dało jak każde inne, jeśli pomi­nąć to, że wska­zy­wało na poważne zanie­dba­nie oraz fakt, że nie­dawno ktoś tu zamiesz­kał -?dziwna kom­bi­na­cja. Obwi­sły stry­szek był pełen gni­ją­cego siana. Kilka widocz­nych narzę­dzi zardze­wiało i pokryło się paję­czy­nami.

Przez dziury w dachu i ścia­nach wpa­dało dość świa­tła, żeby oświe­tlić męż­czy­znę, który spał na kupie siana. Chudy i nie­sa­mo­wi­cie brudny był odziany jedy­nie w koszulę nocną. We wło­sach miał trawę, a jego twarz nie­mal cał­ko­wi­cie znik­nęła pod nie­okieł­zna­nymi koł­tu­nami brody. Zwi­nął się w kłę­bek, a stary worek peł­nił funk­cję koca. Miał otwarte usta i gło­śno chra­pał.

Hadrian scho­wał broń i deli­kat­nie kop­nął go w bosą stopę. W odpo­wie­dzi roz­legł się pomruk i męż­czy­zna uło­żył się wygod­niej. Kolejne szturch­nię­cie spra­wiło, że zamru­gał. Na widok Hadriana usiadł i spoj­rzał, mru­żąc oczy.

-?Kim jesteś?

-?Nazy­wam się Hadrian Blac­kwa­ter.

-?Czego sobie życzysz, mój dobry panie? -?Nie­zna­jomy mówił z dyk­cją bar­dziej wyra­fi­no­waną, niżby suge­ro­wał jego wygląd.

-?Zosta­łem przy­słany przez panią, która jest wła­ści­cielką tego gospo­dar­stwa, by się dowie­dzieć, co robisz w jej sto­dole.

-?Oba­wiam się, że nie rozu­miem. -?Męż­czy­zna jesz­cze moc­niej zmru­żył oczy.

Ład­nie mówił, ale geniu­szem to on nie był.

-?Zacznijmy od two­jego imie­nia. Kim jesteś?

Męż­czy­zna wstał, otrze­pu­jąc siano z koszuli.

-?Jestem wiceh­ra­bia Albert Tyris Win­slow, syn Arme­tera.

-?Wiceh­ra­bia? -?Hadrian się roze­śmiał. -?Piłeś?

Męż­czy­zna wyraź­nie posmut­niał, jakby Hadrian zapy­tał go o zmarłą żonę.

-?Gdyby tylko było mnie na to stać. -?Nagle olśnie­nie roz­ja­śniło obli­cze Alberta nadzieją. Znowu otrze­pał koszulę z siana. -?To naprawdę jedyne, co mi zostało, ale jest uszyta z naj­de­li­kat­niej­szego płótna. Sprze­dam ją za uła­mek jej war­to­ści. Wystar­czy jeden srebrny tenent. Jedna mała moneta. Masz taką?

-?Nie potrze­buję koszuli noc­nej.

-?Ach, ależ dobry czło­wieku, możesz ją sprze­dać. -?Albert splu­nął na brudną smugę i potarł pal­cami mate­riał. -?Gdyby ją porząd­nie uprać, wyglą­da­łaby pięk­nie. Spo­koj­nie dostał­byś za nią dwa, może trzy srebr­niki. Z pew­no­ścią podwo­ił­byś zaro­bek.

-?Jest sam. -?Royce zesko­czył ze stryszku, lądu­jąc na ziemi obok nich i nie robiąc przy tym pra­wie żad­nego hałasu.

Albert stłu­mił okrzyk i zato­czył się do tyłu, patrząc z prze­ra­że­niem na part­nera Hadriana. Jego reak­cja nie była nie­ty­powa -?więk­szość ludzi bała się Royce'a. Był niż­szy od Hadriana i nie nosił widocz­nej broni, ale mimo to wypro­wa­dzał ludzi z rów­no­wagi. War­stwy czerni i sza­ro­ści oraz kap­tur nie poma­gały. Jed­nakże praw­dziwe źró­dło zagro­że­nia, które spra­wiało, że tylko naj­od­waż­niejsi nie cofali się o krok, kryło się w fak­cie, że Royce był naprawdę nie­bez­pieczny. Ludzie to wyczu­wali, czuli na nim zapach śmierci tak samo, jak wyczuwa się na żegla­rzu zapach soli albo kadzi­dła na kapła­nie.

-?Teraz rozu­miem... Przy­szli­ście mnie okraść, zga­dza się?! -?wykrzyk­nął Albert. -?To się prze­je­cha­li­ście. -?Spoj­rzał pod nogi i wydał z sie­bie dziwny odgłos, żało­sny śmiech. -?Nie mam nic... Abso­lut­nie nic. -?Padł na kolana i zaczął pła­kać. -?Nie mam dokąd pójść -?zakwi­lił. -?Co prawda ta sto­doła zapew­nia nie­wiele lep­szą osłonę niż klon, o który się opiera, ale zawsze to jakiś dach nad głową i można się tu wygod­nie prze­spać.

Royce i Hadrian popa­trzyli na niego.

-?Zatem to jest ten twój straszny ogr? -?zapy­tał kpiąco Royce.

-?Skoro potrze­bo­wa­łeś tylko miej­sca do snu, to czemu gro­zi­łeś żonie far­mera?

Albert otarł twarz i spoj­rzał zdu­miony.

-?Komu?

-?Kobie­cie, która jest wła­ści­cielką tego gospo­dar­stwa. Dla­czego nie zapy­ta­łeś jej, czy możesz się tu prze­spać?

-?Nie wiem, o czym mówisz.

-?Sta­rej wiedź­mo­wa­tej kobie­cie? Mieszka w domu na wzgó­rzu. Mówi, że jej gro­zi­łeś.

Albert popa­trzył na Hadriana, a potem na Royce'a, jakby pró­bo­wał roz­gryźć zagadkę.

-?Nikt tu nie mieszka. Nie widzia­łeś domu? Śpię tutaj, bo dom to stara rudera. Pod­łoga cał­kiem prze­gniła, a pod kro­kwiami jest gigan­tyczne gniazdo os. To gospo­dar­stwo od lat stoi opusz­czone. Każdy głu­piec się zorien­tuje.

Royce spoj­rzał na Hadriana, który szybko wyszedł ze sto­doły i wbiegł po stoku.

Słońce znik­nęło za linią drzew, rzu­ca­jąc dłu­gie cie­nie na pola i dom. Zgod­nie z opi­sem Alberta dom był kom­pletną ruiną. W kuchni wyro­sło już spore drzewko. Co bar­dziej nie­po­ko­jące, ni­gdzie nie było widać ich koni. Zgar­biony wró­cił do sto­doły, gdzie Royce zbie­rał drewno na ogni­sko.

-?Widzisz? -?powie­dział Royce. -?Powie­dzia­łem ci, że to nie skoń­czy się dobrze. Znik­nęła, zga­dza się? Miła pani, któ­rej chcia­łeś pomóc, ucie­kła, zabie­ra­jąc ze sobą nasze konie i wszyst­kie nasze rze­czy.

Hadrian padł na zwa­loną dębową belkę i sklął pod nosem kobietę.

-?Nie wiń jej. To wszystko twoja robota. Prak­tycz­nie bła­ga­łeś, żeby nas okra­dła. Następ­nym razem mnie posłu­chasz?

-?Nie mogę uwie­rzyć, że ktoś mógłby tak postą­pić. -?Hadrian wle­piał wzrok w zie­mię i krę­cił głową.

-?Wiem. Dla­tego musia­łem ci to poka­zać.

Hadrian pod­niósł wzrok.

-?Wie­dzia­łeś?

-?Oczy­wi­ście, że wie­dzia­łem. -?Royce wska­zał na Alberta. -?Jak powie­dział, każdy głu­piec zorien­to­wałby się, że w tym gospo­dar­stwie od lat nikt nie mieszka. A nie zdzi­wi­łeś się, czemu cho­wała się przy dro­dze?

-?To dla­czego nic nie powie­dzia­łeś?

-?Bo musia­łeś dostać nauczkę.

-?To kosz­towna nauczka, nie uwa­żasz? Nasza zapłata, sprzęt, nie wspo­mi­na­jąc o samych koniach.

-?To wła­śnie dosta­jesz za poma­ga­nie ludziom -?powtó­rzył Royce. -?Niczego cię nie nauczyli w Hin­tin­da­rze? Gdyby wycho­wano cię jak należy, wie­dział­byś swoje. -?Royce odwró­cił się do Alberta. -?Mam rację? Założę się, że tobie nikt ni­gdy nie pomógł, co?

-?To prawda -?potwier­dził Albert, nie pod­no­sząc wzroku.

-?Jak długo tu miesz­kasz?

Albert wzru­szył ramio­nami.

-?Może z tydzień.

-?Z czego żyłeś?

Wiceh­ra­bia skub­nął mate­riał koszuli noc­nej na piersi.

-?No wiesz, nie zja­wi­łem się tutaj w samej koszuli.

-?Sprze­da­wa­łeś ubra­nia?

Ski­nął głową.

-?Na dro­dze jest spory ruch. Mia­łem tro­chę naprawdę ład­nych rze­czy. Za sam dublet dosta­łem dość, żeby kupić całą baryłkę rumu, ale to wystar­czyło na kilka dni. Mówi­łem poważ­nie o koszuli. Wyświad­czy­li­by­ście mi przy­sługę, gdy­by­ście ją kupili.

-?Tylko tyle ci zostało. Co potem zro­bisz? Będziesz cho­dził nago?

Znowu wzru­szył ramio­nami.

-?Nie ma sensu niczego po sobie zosta­wiać. Ojciec mnie tego nauczył.

-?Widzisz, ten biedny łaj­dak umrze tutaj, bez gro­sza przy duszy, żało­sny. Umrze z głodu. Świat jest okrut­nym, bez­li­to­snym miej­scem. - Royce zamilkł, żeby przyj­rzeć się Alber­towi. -?Pew­nie został mu nie­cały mie­siąc i nikt nawet nie kiw­nie pal­cem, żeby mu pomóc. Oto jaki jest świat, zimny i obo­jętny, nawet w naj­lep­szych chwi­lach.

Hadrian wes­tchnął.

-?Tylko pró­bo­wa­łem pomóc.

-?Tak, i teraz widzisz, jak bar­dzo cię potrze­bo­wała. Potrze­bo­wała ratunku przed tym dra­niem. Popatrz na niego. Oto naj­praw­dziw­szy potwór.

-?Już dałeś mi do zro­zu­mie­nia, co chcia­łeś powie­dzieć, Royce.

-?Mam nadzieję. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli znowu przez to prze­cho­dzić. Jesz­cze nauczę cię twardo stą­pać po ziemi.

Royce roz­pa­lił ogni­sko koło drzwi, żeby dym mógł ucie­kać, a kiedy ogień był już na tyle duży, żeby wrzu­cić do niego solid­nych roz­mia­rów kłodę, słońce zaszło i nade­szła noc.

-?Masz -?powie­dział Royce i podał Hadria­nowi kawa­łek solo­nej wie­przo­winy.

-?To po to grze­ba­łeś w tor­bie.

-?Powi­nie­nem dać ci pogło­do­wać -?odparł Royce.

Albert zaga­pił się na kawa­łek mięsa i wędro­wał za nim wzro­kiem.

-?Ile czasu minęło, odkąd cokol­wiek jadłeś? -?spy­tał Hadrian.

-?Kilka dni. Zja­dłem kawa­łek chleba, któ­rym ktoś we mnie rzu­cił. To było... Trzy dni temu. Wczo­raj prze­żu­łem kawa­łek kory, była okropna, ale tro­chę uspo­ko­iła mój żołą­dek.

Hadrian pod­su­nął mu kawa­łek mięsa, co spra­wiło, że Royce jęk­nął i prze­wró­cił oczami.

-?Nie prze­ra­bia­li­śmy tego przed chwilą?

-?Prze­cież sam mi je dałeś, nie? Poza tym dopiero co powie­dzia­łeś, że powi­nie­nem gło­do­wać, a jed­nak mi je dałeś. Dla­czego wła­ści­wie?

-?Ponie­waż... -?Royce się skrzy­wił. -?Och, rób, co chcesz. Mam to w nosie.

Hadrian patrzył, jak Albert odgryza kawa­łek i prze­żuwa, a potem zapy­tał:

-?To jak brzmi twoja histo­ria? Dla­czego zna­la­złeś się tu w takim sta­nie?

-?Wiem, że przy­no­szę hańbę ary­sto­kra­cji, ale...

-?Poważ­nie? Naprawdę jesteś szla­chet­nie uro­dzony?

-?Powie­dzia­łem prze­cież, że jestem wiceh­ra­bia Albert Win­slow.

-?Myśla­łem, że wci­skasz mi kit.

-?A jed­nak. Dzia­dek Har­lan Win­slow stra­cił rodzinne lenno w zakła­dzie z kró­lem War­ric. Mój ojciec nie spra­wił się lepiej. Roz­trwo­nił resztki rodzin­nej for­tuny na kobiety, hazard i picie. Żaden z nich w ogóle o mnie nie pomy­ślał, nie zasta­no­wił się, jak mam prze­trwać, nie dys­po­nu­jąc niczym poza tytu­łem, który jest mi pętlą na szyi.

-?A czemu to? -?spy­tał Hadrian.

Albert odgryzł następny kęs.

-?Myślisz, że kto­kol­wiek wynaj­mie szlach­cica, żeby oczy­ścił staj­nię z łajna albo wybru­ko­wał ulicę? -?Wycią­gnął dło­nie. -?Nie mam ani jed­nego odci­sku. Nawet gdy­bym posta­no­wił porzu­cić tytuł i dumę, nie umiem niczego uży­tecz­nego. Jestem jak mleczna krowa, którą klep­nięto po zadku i wygo­niono z obory, żeby pora­dziła sobie w lesie. Kur­czak, który wró­cił w dzicz, żeby samemu się bro­nić.

-?Wąt­pię, żeby kur­czaki kie­dy­kol­wiek były dzi­kie -?powie­dział Hadrian.

-?No wła­śnie. -?Albert spoj­rzał na resztki paska solo­nej wie­przo­winy. - Twój przy­ja­ciel ma rację. To tylko odsuwa nie­unik­nione. To mar­no­traw­stwo. Pro­szę. -?Oddał mięso.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki