Royal. Tom 2. Kraina z jedwabiu - Valentina Fast

Reflow text when sidebars are open.
SERIA ROYAL
Królestwo ze szkła
Kraina z jedwabiu
Zamek z alabastru
Korona ze stali
Przysięga ze złota
Miłość z aksamitu
Rozdział 1
WSZYSCY MAMY W ŻYCIU COŚ DO ZROBIENIA
Kiedy wracałam do wieży, przez uchylone okna mieszkań pozostałych dziewcząt dochodził mnie gwar podekscytowanych rozmów. Atmosfera ta szybko mi się udzieliła i poczułam rosnącą ciekawość, jakie zadanie nas czeka. Jednocześnie zadrżałam na myśl o tym, że całe Królestwo będzie świadkiem naszych zmagań.
Zanim świadomość tego zdążyła mnie na dobre przytłoczyć, drzwi naszej wieży odskoczyły i ze środka wypadła Claire.
- Och, Taniu! Słyszałaś już, jakie zadanie mamy wykonać? - pisnęła, chwyciła mnie za ramię i pociągnęła za sobą w stronę wejścia.
Skrzywiłam się z bólu i uwolniłam delikatnie z jej uścisku.
- Nie, bo i skąd. Ale pewnie zaraz się dowiem?
- Nie uwierzysz! - wyrzuciła z siebie. - Zresztą, najlepiej sama zobacz. Ja po prostu nie wiem, co powiedzieć. Jestem w szoku. Nie mogę się otrząsnąć! - przerwała na chwilę i westchnęła ciężko. - Rose mi wszystko pokazała, więc naszą paczuszkę z zadaniem zostawiłam dla ciebie, żebyś sama ją otworzyła - mówiła coraz głośniej i szybciej, aż w końcu i ja poczułam ekscytację i przyspieszone bicie serca.
Przyjaciółka popchnęła mnie w głąb wieży, bez pytania odebrała mi kosz z jedzeniem i ruchem głowy wskazała na moje łóżko. Potem stanęła obok, zacisnęła usta i z szeroko otwartymi oczyma przyglądała się, co zrobię.
Bez wahania podążyłam za jej gestem i zobaczyłam paczuszkę owiniętą w złoty papier i przewiązaną czarną wstążką. Przez chwilę przyglądałam się jej zaskoczona. Jak coś tak małego mogło wywołać takie poruszenie?
Zanim zdążyłam się ruszyć, niecierpliwość Claire wzięła górę. Dziewczyna rzuciła się w stronę łóżka, chwyciła przesyłkę i wcisnęła mi ją w dłoń.
- Proszę, proszę, proszę! No otwieraj! To się po prostu nie mieści w głowie. Nie mogę pojąć, że ktoś każe mi robić coś takiego! Rodzice do końca życia będą się ze mnie naśmiewać, jeśli zobaczą, że musiałam... majsterkować! - wypaliła niemal z pogardą. - Nawet jako dziecko nie miałam ochoty na takie zabawy!
Z wielkim trudem udało mi się ukryć rozbawienie, kiedy zobaczyłam jej zaczerwienione z oburzenia policzki i tańczące od potrząsania głową ogniście czerwone loki. O co mogło jej chodzić?
Szybko szarpnęłam za wstążkę i rozwiązałam kokardę. Potem ostrożnie rozwinęłam piękny papier, w który zapakowano przesyłkę. Naszym oczom ukazało się proste czarne pudełeczko, niewiele większe niż pięść. Powoli uniosłam wieczko i... znieruchomiałam.
Wewnątrz, na czarnej aksamitnej poduszce, leżał drobny złoty klucz. I to wszystko. Jeden kluczyk i nic więcej.
- Widzisz?! - zapiszczała Claire i niemal z odrazą wskazała na złoty przedmiot.
Zignorowałam ją i wyjęłam kluczyk. Obracałam go na wszystkie strony, żeby dobrze mu się przyjrzeć, lecz niezależnie od tego, jak starannie to robiłam, nie dostrzegłam w nim niczego nadzwyczajnego. Za to w wieczku odnalazłam ukrytą karteczkę. Wyjęłam ją, rozprostowałam i przeczytałam:
Skopiuj klucz do serca księcia.
- Co to w ogóle ma być? Jak można było wpaść na coś równie kiczowatego? Nie wiem, co oni sobie wyobrażają, że jak mamy to zrobić? Odrysować ten klucz i wyciąć czy co? - Claire rzuciła się na moje łóżko, westchnęła głośno i teatralnym gestem uderzyła się dłonią w czoło.
Nie mogłam się powstrzymać i pokręciłam głową, lecz zastanowiło mnie coś innego niż moją przyjaciółkę.
- Właściwie to co w tym takiego strasznego? Chyba trochę przesadzasz, nie sądzisz? - zapytałam i usiadłam obok niej na łóżku. Cały czas miałam w dłoni kluczyk z pudełka i przyglądałam mu się z zaciekawieniem.
- Co w tym strasznego? Chyba żartujesz! To zadanie jest poniżające i niegodne przyszłej księżnej! Nie mogli nam zlecić czegoś przydatniejszego? Ułożenia bukietu na przykład? Albo zaprojektowania sukni? Takie zadania byłyby znacznie lepsze. W końcu to nie jest przedszkole! - Przyjaciółka westchnęła i przewróciła się na brzuch, a jej ciemnoniebieska suknia zaszeleściła.
Nie miałam ochoty dyskutować z Claire na temat przydatnych i mniej przydatnych umiejętności w życiu, nie wspominając o czynnościach godnych księżnej, więc odpowiedziałam bardzo krótko:
- Moim zdaniem to wcale nie jest takie straszne. - I byłam zupełnie szczera, bo już obmyślałam, jak wypełnić zadanie.
- Co?! Ty chyba żartujesz! - Popatrzyła na mnie przerażona i uniosła brwi.
- Jestem śmiertelnie poważna. Prawdę mówiąc, to zadanie jest całkiem ciekawe.
- Naprawdę jesteś dziwna, bo wszystkie dziewczyny zgodnie uznały kopiowanie kluczy za idiotyczny pomysł.
- Serio? To przecież bardzo proste. Dostałyśmy jakieś materiały i narzędzia? - Poczułam się uskrzydlona niespodziewanym wyzwaniem. Pełna entuzjazmu zerwałam się z łóżka i zaczęłam ściągać z siebie szpitalne ubranie. Natychmiast zakręciło mi się w głowie i przez kilka sekund stałam nieruchomo, by odzyskać równowagę.
- Pewnie tak - odparła Claire zamyślona. - Ale, prawdę mówiąc, nie mam pojęcia jakie. Hej, a ty tak na serio? Myślisz, że mogłybyśmy dobrze wypaść?
Wstała i pomogła mi się uwolnić z białego płaszcza. Skinęłam jej w podziękowaniu głową i przyglądałam się, z jaką wprawą wiesza go w szafie. Po chwili wróciła i pomogła mi zdjąć koszulę nocną.
- Tak, myślę, że tak. Czasem wolno mi było pomagać siostrze i szwagrowi w ich warsztacie jubilerskim. Dlatego uważam, że poradzimy sobie lepiej niż pozostałe. Zapomnij o odrysowywaniu i wycinaniu! - Zaczęłam odczuwać ekscytację i zdrową ręką szybko włożyłam spodnie i sweter. Na koniec wsunęłam stopy w pantofle, które Claire wyjęła dla mnie z szafy.
- Robiłaś już takie rzeczy wcześniej? Niesamowite!
Niedowierzanie Claire bardzo mi schlebiało, jednak tylko się uśmiechnęłam i puściłam do niej oko, po czym siląc się na niedbały luz, rzuciłam jej klucz. W ostatniej chwili udało jej się go złapać, na co wybuchnęła śmiechem.
- Dobra, to co robimy? - Moja przyjaciółka poczuła przypływ energii i niczym mała dziewczynka zaczęła skakać dookoła mnie, a w jej oczach widziałam nieme uznanie. Już zapomniała o rezygnacji i przepełniał ją duch walki.
- Teraz? Nic. Zupełnie nic. Ale spokojnie, wiem, od czego trzeba zacząć i wszystko ci zaraz wytłumaczę. - Z szerokim uśmiechem usiadłam na brzegu łóżka, aż nagle o czymś sobie przypomniałam. - Claire? A czy ty nie jesteś przypadkiem dzisiaj umówiona? Przygotowałaś się?
Dziewczyna momentalnie zbladła. Spojrzała na zegar ścienny, a potem na mnie.
- O cholera! Jak mogłam o tym zapomnieć? On za chwilę tu będzie, a ja jeszcze nie wybrałam sukni! - pisnęła spanikowana i rzuciła się w stronę szafy.
Uśmiechnęłam się szeroko, wstałam i ruszyłam za nią. Wyjęła trzy różne suknie i przyłożyła do piersi.
- Weź zieloną - podpowiedziałam.
- Kocham cię! - jęknęła Claire, uścisnęła mnie w biegu i rzuciła pozostałe ubrania na łóżko. W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
- Niech to diabli! - Była naprawdę przerażona. - Błagam! Zrób coś! Nie może mnie tak zobaczyć! Jeszcze nie jestem gotowa. O nie, przez to spóźnienie na pewno już nigdy więcej się ze mną nie umówi! - znów jęknęła, przyciskając do siebie suknię z przejęciem.
- Ubierz się spokojnie, a ja wyjdę na dwór i zajmę go rozmową. Lubię Fernanda. Jest całkiem w porządku. Choć oczywiście zupełnie nie w moim typie! - dodałam szybko, żeby się nie denerwowała. Mimo to na widok jej przerażonej miny nie potrafiłam powstrzymać śmiechu. - No już, znikaj!
- Dziękuję! Jesteś kochana! - Przytuliła mnie z emfazą i cmoknęła w policzek.
- Tylko nie marnuj czasu, bo już teraz wyglądasz bosko!
Uwolniłam się z jej objęć i podeszłam do drzwi. W progu rzeczywiście stał Fernand. Miał na sobie mniej oficjalny strój, który jednak nie ujmował nic z promieniującej od niego godności. Uśmiechnął się na mój widok, a w jego oczach pojawił się błysk radości. Ciemne włosy, które miał lekko rozczochrane, błyszczały rudawo w promieniach zachodzącego słońca. Świetnie wyglądał w takiej fryzurze, bo nadawała mu chłopięcy wygląd.
Pospiesznie zamknęłam za sobą drzwi.
- Z największą przyjemnością bym się z tobą umówił, ale dzisiejszy wieczór zarezerwowałem dla twojej fascynującej współlokatorki. - Jego rozbrajający uśmiech zrekompensował mi w całości tego "kosza".
- Łamiesz mi serce. - Westchnęłam ciężko i potrząsnęłam głową. A potem wzruszyłam ramionami i ujęłam go pod rękę. - Niestety, moja współlokatorka nie jest jeszcze gotowa. Ale nie bierz jej tego za złe, bo z wielkim oddaniem zajęła się mną, kiedy wróciłam. Całkowicie straciłyśmy przy tym poczucie czasu.
Usiadłam na ławeczce naprzeciwko naszej wieży i pociągnęłam go za sobą.
- To by znaczyło, że medyk Larsson wypuścił cię ze swoich szponów, czy tak? - Fernand puścił do mnie oko i uśmiechnął się radośnie. Potem przez dłuższą chwilę milczeliśmy. To była jednak bardzo przyjemna cisza, która panuje tylko między przyjaciółmi. W końcu chłopak ją przerwał. - Co sądzisz o pierwszym zadaniu?
- Myślę, że to jest do zrobienia - odparłam zadowolona z siebie.
- Masz dość podejrzany uśmiech, zdradzisz coś? - Rozbawiony dał mi kuksańca w ramię i się roześmiał.
- Daj się zaskoczyć. - Nie potrafiłam powstrzymać chichotu. Przez chwilę sposobem bycia przypominał mi Markusa, za którym nagle strasznie zatęskniłam.
- Ciekawe, co ty tam knujesz? Teraz to mnie naprawdę zaintrygowałaś; nie wiem, jak wytrzymam do niedzieli.
- Trochę cierpliwości, wszystko w swoim czasie!
- Oj, już nie bądź taka tajemnicza. Przecież jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
No proszę, co za sprytna bestia, bierze mnie pod włos. Ale się nie dam.
- Racja. W takim razie zdradź mi, proszę, który z was jest księciem, a ja ci powiem, jak zamierzam uporać się z waszym zadaniem. Przyjaciele nie mają przed sobą tajemnic i wszystko sobie mówią, prawda? - Spojrzałam na niego niewinnie i zatrzepotałam rzęsami.
- Ej, to nie to samo! - Wybuchnął śmiechem.
- Ach, doprawdy? - Uniosłam znacząco brwi.
- Żebyś wiedziała. - Pokiwał głową i zmienił temat. - Lepiej się już czujesz?
Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, gdy dostrzegłam Henry'ego i Charlesa, którzy zmierzali w stronę wież. Chwilę później rozdzielili się i podeszli do drzwi dziewcząt, które zaprosili na dzisiejszą randkę. Henry nie musiał długo czekać - Emilia - że też wybrał akurat Emilię! - od razu wyszła go przywitać. Wyglądała, jakby wiele sobie obiecywała po tym wieczorze. A jej dekolt! Skandaliczny! Z odrazą odwróciłam wzrok.
- Wszystko w porządku? Wyglądasz jakbyś znów miała mdłości. - Fernand uśmiechnął się ciepło, żeby dodać mi otuchy. Jemu również nie umknęła scena z Emilią.
Musiałam przyznać sama przed sobą, że coraz bardziej go lubię. Nie wiedziałam jednak, co sądzić o tym, co się między nami działo. Czy w ogóle to, że z nim rozmawiałam, było w porządku? Czy raczej nadużywałam zaufania przyjaciółki, choć przecież tylko miło spędzałam z nim czas?
- Lada chwila przyjdzie Erica, by zjeść ze mną kolację - powiedziałam wymijająco. Nie odważyłam się przy tym spojrzeć mu w oczy.
- Hm. - Oczywiście natychmiast się zorientował, że nie jestem z nim szczera, jednak był dość taktowny, żeby nie drążyć tematu.
Nagle otworzyły się drzwi naszej wieży. W progu stanęła Claire i podekscytowana splotła palce. Fernand natychmiast zerwał się z ławki i się ukłonił.
- Dobry wieczór, panno Claire!
Przyjaciółka dygnęła elegancko, zeszła na ścieżkę i skorzystała z zaoferowanego ramienia. Dopiero wtedy uznałam, że pora wstać, i stanęłam wyprostowana naprzeciwko nich. Co przy moim wzroście nie zrobiło pewnie zbyt wielkiego wrażenia.
- Tylko żeby mi to dziecko całe i zdrowe wróciło do domu. Nie chcę widzieć żadnych zadrapań ani innych nieprzystojnych śladów, zrozumiano? - Pogroziłam im palcem, na co Fernand wybuchnął śmiechem. Również Claire uśmiechnęła się nieśmiało i z wdzięcznością pokiwała głową.
- Jak pani sobie życzy, madame Tatiano. Będę jej bronił własną piersią - powiedział, po czym zwrócił się do mojej przyjaciółki: - Czy możemy ruszać?
- Oczywiście - odparła Claire i uśmiechnęła się radośnie.
Fernand puścił do mnie oko i zostałam sama.
Zamyślona lecz szczęśliwa odprowadziłam ich wzrokiem, by po chwili usiąść na ławeczce. Cieszyłam się z ich wspólnego wyjścia i życzyłam im jak najlepiej.
Przez jakiś czas po prostu siedziałam, ciesząc się całkowicie irracjonalnym poczuciem szczęścia. Aż do chwili, kiedy z cienia pałacu wyłoniła się męska postać - przy czym słowo "wyłoniła się" niezbyt trafnie oddaje pośpiech widoczny w ruchach tej osoby. To był Phillip. Nie zauważył mnie, choć zatrzymał się przy sąsiedniej wieży, po prawej od naszej. Zapukał do drzwi tak głośno, że zabolały mnie uszy. Chwilę później w progu stanęła kandydatka, z którą się umówił. Charlotte.
Poczułam bolesny ucisk w żołądku, kiedy patrzyłam, jak ta dwójka w pozornie świetnej komitywie zmierza z powrotem w stronę pałacu. Moją krótką chwilę szczęśliwości i zadowolenia diabli wzięli. Czułam się tak, jakby moje ciało pożerały płomienie, a mimo to nie potrafiłam odwrócić wzroku i jak zaczarowana patrzyłam w ich stronę.
Jakiś czas później zza zakrętu wyszła Erica, kierując się w moją stronę. Patrząc na nią, równocześnie usiłowałam zobaczyć nad jej ramieniem oddalających się Phillipa i Charlotte.
- Wybacz, proszę. Miałam pilną sprawę do załatwienia. - Sapnęła ciężko. - Chodź do środka coś zjeść. Umieram z głodu. - Energicznym ruchem podniosła mnie z ławki i pociągnęła za sobą do wieży. W środku od razu dopadła do koszyka i otworzyła go. Wypełniały go plastikowe miseczki ze świeżymi owocami i kanapkami. Nie chciałyśmy jeść przy toaletce, więc ułożyła wszystko na moim łóżku.
Usiadłam na kołdrze po turecku przed tymi wszystkimi pysznościami, a Erica przyniosła sobie krzesło i postawiła je obok łóżka.
Jadłyśmy w milczeniu. Starałam się nie okazać, że trzęsę się z zazdrości. A przecież niczego innego nie mogłam się spodziewać: od samego początku powinnam była wiedzieć, że Charlotte i Emilia zostaną zaproszone jako pierwsze. Obie były potomkiniami założycieli Viterry i należały do najstarszych rodów Królestwa. Co więcej, ich krewni kontrolowali niemal cały przemysł w kraju. Dlaczego więc młodzieńcy mieliby zapraszać na randkę akurat mnie? Skoro i tak lada chwila będę musiała opuścić to miejsce, o czym byłam całkowicie przekonana.
- No i jak? Co sądzisz o pierwszym zadaniu? - Podskoczyłam, bo pogrążona w myślach, zapomniałam o jej obecności. Czyżby to zauważyła? Jeśli nawet, nie dała nic po sobie poznać.
- Moim zdaniem to świetne wyzwanie. Takie, z którym powinnyśmy sobie całkiem nieźle poradzić - odpowiedziałam i wzruszyłam ramionami, po czym ugryzłam plasterek jabłka.
- Naprawdę?
- Pewnie. Bardzo interesujące, bez dwóch zdań, no i wydaje mi się, że już mamy pewien pomysł. - Robiłam, co mogłam, żeby nie usłyszała nerwowości w moim głosie. Z jednej strony czułam się paskudnie, a z drugiej chciałam wszystkim pokazać, na co mnie stać.
- Zdradzisz mi coś więcej? - zapytała Erica nie kryjąc ciekawości i sięgnęła po truskawkę w czekoladzie.
Poszłam za jej przykładem i również poczęstowałam się tym smakołykiem. Delektując się nim, nie mogłam powstrzymać uśmiechu, bo ze słów Eriki wynikało, że już na tym etapie nie brała na poważnie udziału Claire w rozwiązywaniu zadania.
- Chętnie, tylko że jeszcze nie wiem, jakie materiały mamy do dyspozycji, a raczej czy w ogóle je mamy - wyjaśniłam ostrożnie.
Na to w oczach naszej powiernicy pojawił się błysk.
- To akurat żadna tajemnica, więc mogę ci powiedzieć - oznajmiła i wyliczyła wszystkie materiały i narzędzia, z których mogłyśmy korzystać, a z każdym jej słowem mój uśmiech robił się coraz szerszy. Nie wahałam się dłużej i starannie wyłuszczyłam, jak wyobrażam sobie wykonanie zadania.
- Wow, jestem pod wrażeniem - powiedziała, kiedy z wypiekami na twarzy skończyłam opowiadać. - Założę się, że żadna z kandydatek nie posiada takich umiejętności. Bardzo się cieszę! Na pewno wyjdzie z tego przepiękny kluczyk!
- Dzięki. Ale spokojnie, jeszcze nawet nie zaczęłam pracy - zauważyłam trzeźwo i skrzywiłam się lekko, bo ugryzłam dość gorzką mandarynkę. - Co takiego się stało, że musiałaś iść, zamiast zostać ze mną i odprowadzić mnie do wieży? - zapytałam niby mimochodem, lecz nie potrafiłam ukryć ciekawości i zerknęłam na nią.
W pierwszej chwili w jej oczach pojawiła się podejrzliwość, lecz szybko westchnęła i wzruszyła ramionami.
- Nic, nic. Małe zawirowania, jak zwykle. Wszystko się wyjaśniło i tyle.
- Aha. Rozumiem. To dobrze. - Wiedziałam, że nie powiedziała mi prawdy, lecz kim byłam, żeby naciskać i wyciągać z niej odpowiedzi, których nie chciała mi udzielić?
Rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę o czekającym Claire i mnie zadaniu i o jakichś błahostkach, a z plastikowych miseczek na łóżku z każdą chwilą ubywało jedzenia.
- Gdzie też ona się podziewa? - mruknęła w pewnej chwili Erica i spojrzała na zegar.
- Claire? - zapytałam zaskoczona.
- No a kto inny? Chyba nie myślałaś, że pozwolę moim podopiecznym wracać późno w nocy? Jesteśmy przecież w pałacu, a nie gdzieś na wsi!
Słysząc takie porównanie, nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Jak długo trwają dzisiejsze randki?
- Do dwudziestej drugiej. O tej godzinie młodzieńcy muszą odprowadzić kandydatki do ich wież - wyjaśniła i zajęła się pakowaniem pustych pojemniczków do koszyka.
- Wszystkie powierniczki czekają na swoje podopieczne?
- Oczywiście. To przecież należy do naszych obowiązków.
Dopiero wtedy spojrzałam na zegar. Zostało pięć minut do dziesiątej. To oznaczało, że młodzieńcy lada chwila powinni wracać z zaproszonymi dziewczętami.
- Wiesz już może, które dziewczyny i w jakiej kolejności będą zapraszane teraz na randki? - Ochoczo pomagałam jej w sprzątaniu po posiłku.
- Tak, jest już rozpiska na cały tydzień. Tyle że kandydatki nie mają o tym pojęcia. Pierwsze zapraszane są te, o których młodzieńcy nie zdążyli wyrobić sobie zdania. Wszystkie dziewczyny zasługują na szansę - wyjaśniła chętnie.
- Czyli na przykład Henry zaprosił Emilię, żeby w ten sposób ją poznać i przekonać się, jakim jest człowiekiem?
Erica się skrzywiła i odwróciła głowę, unikając mojego wzroku.
- No cóż... nie, to nie tak. A w każdym razie nie do końca, bo w przypadku panny Emilii to wygląda nieco inaczej... w końcu ona jest z Dupontów. A panna Charlotte z Eddisonów, to ten sam przypadek. Istnieją pewne zobowiązania...
- Rozumiem. Nie można przecież pominąć kogoś o tak wysokiej pozycji społecznej i towarzyskiej - przerwałam jej wzburzona. - Tylko nie wiem, co miałabym zrobić, żeby mieć równe szanse... - dokończyłam, czując płomień w żołądku.
Zanim Erica zdążyła mi odpowiedzieć, drzwi odskoczyły gwałtownie i do środka wpadła uśmiechnięta i promienna Claire.
Zerwałam się z łóżka.
- Przepraszam na chwilę. Zaraz wracam - powiedziałam nerwowo i wbiegłam wąskimi schodkami na piętro, do łazienki. Nie włączyłam światła i podeszłam do okna. Dokładnie tego, z którego miałam boleśnie doskonały widok na wieżę Charlotte. Zobaczyłam jeszcze, jak Phillip odwraca się plecami do drzwi i zbiera do odejścia. Zatrzymał się jednak na chwilę, żeby poczekać na Fernanda i Henry'ego... i spojrzał w stronę naszej wieży. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Błyskawicznie przylgnęłam do ściany, choć przecież nie mógł mnie zobaczyć. Mimo to wolałam nie ryzykować. W końcu moje zachowanie było całkowicie irracjonalne, niezrozumiałe, pozbawione sensu i dziecinne. A jednak kamień spadł mi z serca na myśl, że Phillip nie jest już z nią sam na sam.
Poczułam się zażenowana sobą.