Równoległa linia czasu: Strange Blood - Lutana Borówka

Kup ebooka

16.15 zł
13.40 zł (13,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

...

Wszystkosen - po co się budzić?

Poczekaj. To wszystko kiedyś minie.

Plącze się, rwie życia nić... Będzie to, co ma być.

Czy coś od nas zależy? Czy mamy na cokolwiek wpływ?

Ekrany migoczą, podprogowy szlam znajdziesz tam.

Pandemonium. Tasmański mówi:

"Will be okay", przywołując piskiem czarne łabędzie.

Rybitwy jazgoczą natrętnie. Pikują w dół, rozwalając życie na pół.

Niech no tylko gołąb łepek wychyli, nie będzie go w jednej chwili.

Nieme łabędzie są wszędzie. Wrony w czarne grają kolory.

Wampiry, strzygi, upiory mizdrzą się. Będzie to, w co sam uwierzysz.

Wiedz, że wszystko jest możliwe. Co wybierzesz, staje się...

Zarówno dobre, jak i złe.

Przegoń kreatury, te wstrętne potwory: Lenistwo, chciwość, pychę...

I gniew! Niech wszystkie czmychną daleko. Hen!

Noc kiedyś minie. Wstanie świt, a wraz z nim całkiem nowy dzień.

Do tego czasu, ty śnij swój własny sen.

Lutana L. B.

Rozdział 1

Wieści z północno-wschodniego Queensland obiegły niemal całą Australię. Nagłówki gazet wręcz krzy­czały, pęczniejąc od coraz to nowych, przerażających wieści. Wokół niewyjaśnionych podob­nych morderstw krążyły rozmaite plotki. Zaczęto wiązać podobne przypadki z całego wy­spiarskiego kon­tynentu. Gusła i opowieści o ludziach nocy, zjawach i marach na nowo ożyły.

De­monizowano mor­dercę i jego zbrodnie, upatrując w nim jakiegoś szaleńca. Wielu detektywów gło­wiło się nad tą sprawą od wielu lat, łamiąc sobie na niej często zęby. Nikt nie wierzył legendom o wampirach, wy­sysającym z ludzi krew. Na pewno nie w czasach po­stępującej techniki. Na jakiś czas o tym za­pomniano, gdyby nie fakt, że ktoś zaczął nagle mordować w podobny sposób. Sprawa sprzed ponad trzydziestu pięciu lat ożyła, powracając niczym rzucony w powietrze bumerang.

Donovan siedział nad nią od ponad miesiąca, ślęcząc całymi dniami w Bibliotece Kongresu. Z uporem maniaka grzebał w zakamarkach historii. Przeglądając archiwa i stare gazety, szukał ja­kiegoś tropu, czegoś, na czym mógłby wzorować się wcześniej inny morderca. Przeczesywał też wzmianki ze szpitali dla umysłowo chorych. Być może, któryś z dawniejszych pacjentów stał się seryjnym mordercą. Znano już podobne przypadki. Czasy były niespo­kojne i wielu świ­rów i różne­go rodzaju psycholi włóczyło się teraz po mieście. I nikt tego nie kon­trolował. Lekarze zapisywali za to bez końca cudowne pigułki. Istniały też bardziej wyszukane terapie, ośrodki wypoczynkowe dla nieco bo­gatszej klien­teli, ale te jak się później okazało, były mało sku­teczne. System zawodził.

Każdy z chodzących po ulicy zwyczajnych, szarych obywateli w sprzyjających warunkach mógł się stać mordercą. Potencjalnie nim był. Taką teorię miał Lex Donovan: były stróż prawa, a obecnie prywatny detektyw, obrońca uciśnionych. Człowiek czynu, walczący z niesprawiedliwym syste­mem, z które­go się wyłamał. Niezależny, brzydzący się wszelką nieuczci­wością, z jaką kiedykol­wiek przyszło mu się zetknąć. Niepoprawny idealista. Na­prawiacz zepsutego świata. Outsider.

Pochylony nad ekranem laptopa, przeczesywał zasoby biblioteczne. I notował coś pieczołowicie w swoim małym notatniku. Siedzący opodal mężczyzna zerkał na niego ukradkiem. Lex widział go już tu kilka razy. Jednak ten nie kwapił się jakoś, by do niego zagadać. On sam też nie czuł takiej potrzeby. Skupił się na swoim zadaniu i wytrwale nad nim pracował. Nie tylko on interesował się starymi zbiorami i zaglądał do książek. Kręciło się tu też kilku federalnych i przewijała cała masa studentów. Federalni wpadali okazjonalnie i można ich było rozpoznać na pierwszy rzut oka. Dono­van miał do tego nosa. Tych drugich można tu było spotkać na każdym kroku. Buszowali pomię­dzy regałami, zakopując się w stercie książek...

- Proszę pana, zaraz zamykamy.

Głos kustosza nagle wyrwał go z toku daleko idących rozważań i dedukcji.

- Już? - zdziwiony zerknął na zegarek. - Jak ten czas leci.

- Prawda?

Detektyw podniósł się, zabierając ze sobą notatki i opuścił bibliotekę.

Ledwo minął główną bramę, a uderzył go potworny hałas. Po wyjściu z biblioteki, tej swoistej enklawy ciszy i spokoju poczuł się jak na lotnisku przy starcie odrzutowca. Na ulicy panował zgieł­ki i miejski gwar. Ludzie krę­cili się w te i we wte, zajęci każdy swoimi sprawami. Nie zwracali spe­cjalnie uwagi na to, co się wokół nich dzieje. Pogrążeni we wła­snych myślach, byli jakby nieobec­ni, działając ściśle według jakichś programów, jak te mrówki biegające pomiędzy łąką a kopcem. Nie wiedzące tak naprawdę, dlaczego i po co.

Ostatnio zmienił samochód i od razu oddał go do przeglądu, by sprawdzić, czy wszystko w nim działa jak należy. Starego forda całkiem zjechał i nadawał się tylko na złom. Udało mu się w końcu zatrzymać przejeżdżającą tak­sówkę. Już miał wsiąść, gdy wtem dostrzegł znajomą postać.

- Chris? Co ty tu robisz??

Przechodzący mężczyzna spojrzał na niego pytająco.

- O, przepraszam. Pomyliłem pana z moim znajomym - zreflektował się Donovan.

- Nic się nie stało.

Zaczynam wariować... Chyba za długo przesiaduję w tej biblio­tece...

Czym prędzej wsiadł do taksówki, która zawiozła go do jego mieszkania.

Lokal, który zajmował z żoną od lat, nie był zbyt duży, ale bardzo przytulny. Mieścił się niedale­ko śródmieścia. Nie planowali dzieci, ale wszyst­ko się przecież mogło zdarzyć. Zdarzyło się. Viki po­szła z innym. Czyja to była wina, nie wiedział. Grunt, że teraz był sam jak palec. A może na szczę­ście, bo przynaj­mniej nie miał żadnych zobowiązań. Poza wspólnym mieszkaniem.

Średniego wzrostu, korpulentna blondynka stylizująca się na Marylin Monroe zawsze lubiła się ba­wić, on nie. Drobna różnica charakte­rów, która z czasem tak bardzo ich poróżniła. W dodatku za­jęty był pracą, to jej po­święcał najwię­cej czasu, dlatego też częściej byli osobno niż razem. Z cza­sem doszedł do wniosku, że się w ogóle nie rozu­mieją.

Nie była zbyt czuła ani troskliwa i przepija­ła jego ciężko zarobione w policji pieniądze. Sama pracowała dorywczo jako maszy­nistka w podrzędnym biurze. Wstyd mu było, że pije, że znika wie­czorami pod pretekstem zabawy w klubie z koleżankami, dlatego które­goś dnia po­wiedział pas. Nie miał pojęcia dokąd odeszła, pewnie do kochasia, bo często w kłótniach chwali­ła się, że go ma, że Lex nie dorasta mu nawet do pięt, bo taki niby jest dobry.

Jak było na­prawdę, tego nie wie­dział. Nie interesowało go to zbytnio. Od jakiegoś czasu za to żyli w se­paracji. I choć dobrze wiedział, jak się to skończy, nie zrobił nic, by raz na zawsze się z nią rozstać. Może łudził się, że do niego wróci? Kto wie. Tak naprawdę nie miał nawet czasu, by o tym myśleć. Ani ochoty na żadne inne romanse.

Snuł się po pokoju, gdy zadzwonił telefon. Stanley znów zapraszał go na bilard. Odmówił mu, tłu­macząc się jak zwykle nawałem pracy. Chciał chwilę odpocząć i ogarnąć w spokoju poczynione za­piski. Jednak coś mu mówiło, że nic z tego nie będzie. Bo tak naprawdę niczego konkretnego nie miał. Opierając się na domniemaniach i poszlakach ciągle "był w głębokim lesie".

Po krótkim namyśle zdecydował się wyjść miasto... Tak po prostu, bez konkretnego powodu. Spontanicznie. Przewietrzyć umysł. A miał go ostatnio bardzo przeciążony. Lubił tak sobie pospa­cerować w ciszy po pobliskim parku. Zaglądał tam, by złapać większy oddech, oderwać się od co­dziennych obowiązków, zwłaszcza po burzliwych kłótniach z Viki. Potrzebował od czasu do czasu po­być trochę sam ze sobą, w zupełnej samotności.

Rozdział 3

Rem skończył swoją zmianę, wychodząc około trzeciej. Kolega trochę się spóźnił, a nie mógł zo­stawić swojego stanowiska bez nadzoru. Wyręczać się ochroną też nie chciał. Ci mogli coś namie­szać i miałby później kłopoty. Czuł się odpowiedzialny za swoją pracę i lubił to zajęcie. Sta­rał się wykonywać je dokładnie i rzetelnie, jak mógł najlepiej. Uważał, że jest punktualny i obowiązkowy.

Jego samochód znów wysiadł i to już trzeci raz w tym miesiącu. Musiał go w końcu oddać do mechanika. Póki, co był skazany na niewygody komunikacyjnych dojazdów. Szedł pewnym kro­kiem, nie oglądając się za siebie. Od przystanku autobusowego dzieliło go zaledwie kilkaset me­trów. Mijając jedną z okolicznych bram, natknął się na kota. Spłoszony zwierzak czmychnął, nim zdołał mu się lepiej przyjrzeć. Naraz jego uszu dobiegł jakiś inny, dziwny odgłos, jakby przeciągły świst. Przyśpie­szył. Ulica była głucha i pusta ani żywego ducha.

Szedł dobrze sobie znanym skrótem. Tędy było o wiele bliżej i szybciej. Na małej uliczce, którą wła­śnie mijał, ruch kołowy był minimalny. Dopiero przy głównej trakcji gwarno i głośno jak w ulu. Słysząc za sobą stukot czyiś kroków na ka­miennym bruku, obejrzał się. Nikogo jednak nie udało mu się do­strzec w bla­dym świetle ulicznych lamp. Kilka z nich było zbitych, reszta ledwo co świe­ciła. Ru­szył dalej, sta­jąc nagle jak wryty.

Dwaj podejrzanie wyglądający osobnicy o posępnym wy­razie twarzy poja­wili się znikąd, zastę­pując mu nagle drogę. W jednej, krótkiej chwili pożałował, że wybrał właśnie tę trasę. Wyglądali na jakichś chuliganów. Ich ponure twarze i zacięte usta nie wróżyły niczego dobrego. Instynktownie cofnął się, ale ujrzał jeszcze trzech za sobą. Wtedy zrozumiał, że znalazł się w pułapce. Było jed­nak już za późno na odwrót. Pozostały tylko negocjacje:

- Co słychać, chłopaki?

- Kogo my tu mamy?...

- Czy to nie nasz słodziutki barman?

Prowadzili między sobą dialog, mierząc go wzrokiem.

- Słuchajcie, trochę się śpieszę...

- Skąd wiesz, że jest słodki? Próbowałeś go?

- Jeszcze nie, ale zaraz się przekonam.

- Dasz mi go spróbować?

- Ja go pierwszy zobaczyłem...

- Może porozmawiamy o tym kiedy indziej - wtrącił Rem, przełykając nerwowo ślinę.

Zauważył, jak patrzą na niego łakomym wzrokiem, jakby był jakimś posiłkiem. Nic nie rozumiał z tego, co mówią. Posługiwali się jakimś dziwnym dialektem. Wyglądali jakby byli czymś naćpani. Nie słuchali tego, co do nich mówi, jakby byli głusi. Patrzył na nich zdrętwiały ze stra­chu, sięgając po pojemnik z gazem, który miał zawsze pod ręką. Już nie raz uratował go z opre­sji. Jednak nie tym razem. Zareagowali błyskawicznie, wytrącając mu go z ręki, zanim zdążył go użyć.

- Bez takich numerów!

- Że też wreszcie wpadł w nasze ręce.

- Chciałeś chyba powiedzieć zęby.

- Stul pysk szczurzy jadzie!

- To ty się zamknij. Pytał cię kto o zdanie? Będzie mi się tu mądrzył. Padlina jedna.

- Sam jesteś padliną i do tego cuchniesz jak ona.

- A kto ostatnio...

Niespodziewanie zaczęli się kłócić.

- Weźcie, mam tylko to - zreflektował się nagle, pokazując im swój zegarek.

Szwajcarski swatch miał złotą bransoletę. Zdjął go i zaraz im go podał. Mocno liczył, że się na to skuszą. Zare­chotali głośno.

Wtem nie wiadomo skąd pojawił się jeszcze jeden, wpadając pomiędzy nich, aż gwałtownie od­skoczyli na boki.

- Zostawcie go! On jest mój!! Jazda mi stąd!!

W groźnym pomruku wyartykułował słowa zrozumiałe jedynie dla pozostałych pięciu. Widać było, że się dobrze znają, bo jakoś żaden z nich nie nastawał na niego. Zobaczył, jak zgodnie ustę­pują mu miejsca, prócz jednego. Ten najbardziej agresywny z całej piątki próbował mu się przeciw­stawić, ale po kilku zmyślnych manewrach potraktował go tak mocnym ciosem, że wpadł z całej siły na ścianę, aż posypał się z niej tynk. Ogłuszony leżał teraz jak długi, nie dając znaku życia.

- Któryś jeszcze ma ochotę?!

Rem struchlały nie ruszał się z miejsca. Przyglądał się ich walce z wyraźnym zdumieniem, ale też z podziwem w niebieskich oczach. Nie mógł uwierzyć jaką nieprawdopodobną siłą dysponują. Jesz­cze dźwięczały mu w uszach ich groźne pomruki. Nie wiedział, kim są, ale z całą pewnością nie byli zwykłymi ludźmi, o ile w ogóle nimi byli. Wysoki blondyn o wyraźnie zaznaczonych ko­ściach policzkowych, germańskich, ostrych rysach. O niepokojącym obliczu czarnego anioła, zbli­żył się na­gle do sparaliżowanego ze strachu Rema. Dopiero teraz go roz­poznał w bladym świe­tle lamp. Wyglądał zupełnie inaczej niż w klubie. Był znacznie wyż­szy i poruszał nie­zwykle sprężyście i lekko tak jakby unosił się nad ziemią.

- Ja nie mam z tym nic wspólnego, napadli na mnie - wymamrotał. - Nogi trzęsły mu się, jakby były z galarety. Wycofał się, trafiając na ścianę. - Proszę. Zostaw mnie w spokoju.

Stwór patrzył mu prosto w oczy. Jego spojrzenie porażało. Osunął się na chodnik.

- Błagam... Nie zabijaj mnie...

Poczuł, jak go hipnotyzuje. Powieki ciążyły mu niemiłosiernie. Obcy przesunął ręką przed jego oczyma, zmuszając, by je zamknął.

- Wszystko w swoim czasie Rem. Wszystko w swoim czasie... - usłyszał jeszcze uspokajający, łagodny tembr jego głosu tuż przy swoim uchu. - A teraz śpij...

Nagle wszystko znikło, jakby ktoś wyłączył światło. Odpłynął, zapadając się w otchłań nocy.

...

Ocknął się dopiero po kilku godzinach w swoim mieszkaniu. Leżąc na posłaniu, nijak nie mógł sobie przypomnieć, w jaki sposób się tu znalazł. W głowie miał całkowitą pustkę. Jedyne co wie­dział, to tylko to, że coś mu się śniło. Coś bardzo dziwnego. Tak dziwnego, że nie był w stanie so­bie tego ponownie odtworzyć w pamięci. Za to twarz faceta z baru powracała do niego co rusz i nie chciała mu wyjść z głowy. Nie rozumiał dla­czego. Wszystko wydawało mu się pogma­twane i po­zbawione jakiegokolwiek sensu, wręcz nielogiczne.

Przez kil­ka kolejnych dni nic się istotnego nie wydarzyło. Poza tym, że dziwny sen powracał do niego z za­dziwiającą wprost regular­nością. Co noc odsłaniał coraz więcej szczegółów, dokładniej­szy prze­bieg zda­rzeń. Potem urywał się równie niespodziewanie i wszystko znika­ło. I tak bez koń­ca. Nithael był obecny w jego my­ślach i w jego snach. Niepokoiło go to coraz bar­dziej.

Rozdział 5

Po kilkunastu minutach znalazł się w swoim mieszkaniu. Wynajmował małą, przytulną kawaler­kę w zachodniej części mia­sta, w porządnej, cichej dzielnicy. Zbierał jednak na własne, w aparta­mentowcu. Był rad z tego, że pozwolono mu tu w ogóle zamieszkać. To w pracy ktoś mu po­lecił to miejsce. Cenił sobie takie kontakty, mimo że miał liczne znajomości, to nigdy ich nie nadużywał. Jako bar­man dużo słyszał, dzieląc się z innymi informacjami, choć wiele z nich zachowywał tylko dla siebie. Nie był pleciugą. Z charakteru raczej spokojny i małomówny, a w pracy za to dobry słu­chacz i gawędziarz w jednym.

Długo przewracał się na z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. Był środek lata. Duszne, ciężkie powietrze, mimo szeroko otwartego okna męczyło nawet nocą. Deszcz nie padał już od dłuższego czasu, a upał stawał się już trudny do zniesienia. Natłok piętrzących się myśli wzmagał jedynie jego niepo­kój, potęgując rozbicie. Męczył się. Kilka razy wstawał, wyciągając coś zimnego z lodówki, gasząc pragnienie. Wciąż chciało mu się pić, jakby miał gorączkę.

Godziny mijały jedna za drugą, a on nie mógł zasnąć. Na domiar tego księżyc świecił mu prosto w okna. Odwracając głowę, zobaczył na jego jasnym tle jakąś niewyraźną postać. Przemknęła, zni­kając mu szybko z oczu, jakby spłoszona, przesuwając się po ścianach niczym cień. Usiadł na łóż­ku, niedowierzająco przecierając powieki. Rozejrzał się wokół siebie. Ogarnęło go dziwne wraże­nie, że nie jest sam. Dojmujący chłód, bijący z jednej ze ścian pokoju orzeźwił go nieco, ale też zje­żył włosy na całym ciele. Przy meblościance ktoś stał. Przyłapana postać znierucho­miała.

- Kto tu jest?! - krzyknął zaskoczony nieproszonym gościem.

Czyżby złodziej? Tylko jakim cudem się tu dostał??...

To było irracjonalne. Mieszkał przecież na czwartym piętrze.

Odpowiedziało mu głuche milczenie. Gorączkowo rozglądał się po wszystkich kątach w poszuki­waniu czegoś do obrony. Paralizator leżał za daleko. Wyciągnął rękę, by zapalić światło. Nacisnął kontakt, gdy nagle postać wyłoniła się z półmroku, ukazując mu swoją twarz.

- To ty??! Co ty tu robisz??!

- Szedłem za tobą - wyjaśnił spokojnie Nithael.

- Śledziłeś mnie? Jak tu w ogóle wszedłeś??!

Rem poderwał się na równe nogi, widząc, jak zatrzymuje się tuż przed nim. Jak to możliwe, że zmylił stró­ża? Ten nikogo nie wpuszczał do budynku o tak późnej porze. Nie krył zdumienia.

- Mam swoje sposoby.

- Chyba nie potrafisz latać - wyrzucił.

- Wyobraź sobie... - Jego uważne spojrzenie utkwiło w oczach Rema.

- To jakaś twoja kolejna sztuczka? Tak? Wyjdź stąd!

- Nie jesteś zbyt gościnny.

- Powiedziałem chyba wyraźnie. Wynoś się!!

Nithael ruszył wprost na niego, widząc, jak robi szybki unik, potykając o własne nogi.

- Nic ci nie zrobię. Chciałem się tylko z tobą zobaczyć. Porozmawiajmy...

- Po co? Zostaw mnie w spokoju!

- Nie potrafię.

- Co to za pieprzenie?! - wybuchnął.

- A więc znów zapomniałeś? - Pokręcił niedowierzająco głową. Nie odrywał od nie­go wzroku.

- Co?!

- To, co się dziś stało w klubie... To, co między nami jest to nie sen, lecz rzeczywistość. Nie je­stem wytworem twojej wyobraźni, mój niespełniony przyjacielu. Nie znasz mnie, ale to się wkrótce zmieni, a wtedy twój lęk minie. Obiecuję ci to.

- Nie jestem żadnym twoim przyjacielem.

Denerwował się, czując jak ściąga go obezwładniającym, gorącym spojrzeniem.

- Nie?...

- Ale wrogiem też nie, po prostu wyjdź stąd, tak jak wszedłeś. Jestem zmęczony i nie mam ocho­ty teraz z tobą gadać, to wszystko - wyjaśnił, sam nie wiedząc, dlaczego to mówi. Grał na zwłokę.

- Rozumiem. Ja też nie chcę dla ciebie źle.

- To przestań mnie nachodzić we własnym domu i mącić mi w głowie! - wyperswadował mu.

Irytowało go, że nie może przestać o nim myśleć, na dodatek w ten sposób, a teraz jeszcze tu był.

- To się zdarzyło naprawdę - odparł z uśmiechem przybysz, czytając w jego my­ślach.

- Nie, to tylko głupi sen. Niczego między nami nie ma i nie będzie.

- Mylisz się. Nie jesteś w stanie niczego przede mną ukryć... - Posuwał się bardzo wolno w jego stronę, stopniowo zmniejszając dzielący ich dystans. - Wiem o rzeczach, o których ty sam boisz się nawet pomyśleć, o czym wciąż skrycie marzysz. Ja ci to wszystko mogę dać, a nawet więcej. Pole­cimy wysoko aż do gwiazd. Tylko ty i ja. A cały wszechświat będzie się nam przyglądał.

Chłopak, cofając się przed nim, znalazł się przy stoliku, łapiąc naraz za lampkę nocną. Wyrwał ją gwał­townie z kontaktu i uniósł do góry.

- Nie podchodź do mnie!!

- Bo mnie tym uderzysz? Nie sądzę, żebyś to zrobił. Lepiej to odłóż.

- Jeszcze nie wiesz, do czego jestem zdolny - wyrzucił ostro. - Przyjął bojową postawę, gotowy, by odeprzeć jego nagły atak. Czuł, że to nastąpi.

- Chętnie się o tym przekonam, w swoim czasie. Och Rem... Jesteś naprawdę rozbrajający.

- Opuść moje mieszkanie, bo zadzwonię na policję!

Wyciągnął z szuflady telefon komórkowy i nie spuszczając go z oka, wystukał na klawiaturze nu­mer na komisariat. Nie zdążył się jednak z nikim połączyć. Napastnik całkiem niespodziewanie wy­trącił mu go z ręki, przejmując błyskawicznie i wyłączył. Wydawało mu się, że w ogóle nie ruszył się z miejsca. Osłupiał.

- Niepotrzebnie wszystko komplikujesz, zupełnie niepotrzebnie.

Jasnowłosy patrzył na niego z zawadiac­kim uśmiechem. Lampka wypadła mu z ręki. Nie zasta­nawiając się długo, uderzył w stronę drzwi, moc­no szarpiąc za klamkę. Te ani drgnęły. Zziajany od­wrócił się w jego stronę, widząc jak stoi tuż przy nim. W ręku trzymał klucz.

- Dość już tej zabawy.

- Dlaczego mi to robisz?! - wrzasnął. - Dlaczego??!!

- Naprawdę nie wiesz?

Zatrzymał się tuż przed nim, widząc przerażenie w błękitnych oczach. Rem był u kresu wytrzy­małości. Konfrontacja siłowa była nieunikniona, choć wolałby jej unik­nąć. Nigdy nie zaczynał pierwszy, chyba że sprowokowany. Znowu przyjął pozycję obronną tak, jak go uczono za zajęciach z sa­moobrony i w napięciu czekał, aż go zaatakuje.

- To nie ja cię szukałem, ale ty mnie. Twoja dusza jest równie mroczna, jak moja. Czekałeś na mnie. Jestem odpowiedzią na wszystkie twoje pytania... i tęsknoty. Twoim przeznaczeniem. Jeste­śmy tacy sami Rem - przekonywał go, goniąc swoimi oczyma. - Spójrz na mnie... Popatrz!!

Błyskawicznie znalazł się blisko niego, widząc, jak się cały trzęsie. Nie pozwolił się ode­pchnąć.

- Nie! Zostaw mnie!!

Zaprotestował gwałtownie, gdy niespodziewanie złapał go za podbródek, blokując mu palcami gar­dło. Rem spasował, nie mogąc wykrztusić słowa. Spojrzał w jego oczy i zamarł. Gorące, łakome spoj­rzenie ogarniało go coraz bardziej. Blokady pamięci ustępowały pod jego przejmującym napo­rem, co­raz bardziej rozjaśniając mu w głowie, aż przypomniał sobie wszystko. Nithael znów tak na niego działał, wprawiając w konsternację. Rozpalał wygłodniałe zmysły. Roztrzęsiony opuścił ręce.

Kim ty jesteś???...

Próbował przekonać sam siebie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że zaraz się obudzi, tak jak to było za każdym razem. Czując jego oddech na swojej twarzy, resztkami świadomości go ode­pchnął i rzucił się pędem w stronę łazienki. Dogonił go błyskawicznie, powalając na podłogę.

Rem uderzając na oślep, bronił się zaciekle, gdy znienacka zatopił kły w jego szyi. I trzymając mocno w żelaznym uścisku, już nie pozwolił mu się wyrwać. Osłabł, czując, jak coraz mocniej go kąsa. Obcy dotknął jego zaciśniętych sztywno ust, ogarniając je swoim krwiożerczym oddechem. Ogarnęła go pulsująca, aksamitną ciemność. Aż całkiem stracił świadomość.