Równoległa Linia Czasu. Book of Life and Death - Lutana Borówka

Kup ebooka

18.17 zł
15.08 zł (15,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

...

"Długie dni i krótkie noce, dość niesprzyjające warunki do życia dla mrocznych, krwiożerczych istot. Jednak one upodobały sobie ten zakątek i za nic nie chciały odpuścić. O ironio czuły się tu całkiem dobrze jakby oderwane od reszty świata. Wiadomo, najciemniej jest pod latarnią"...

Jest to kontynuacja losów bohaterów z pierwszej części sagi. Walka Dobra ze Złem nadal trwa i szala wagi przechyla się raz na jedną, a raz na drugą stronę. Pojawia się też tu kilka nowych postaci, które wcześniej zostały celowo pominięte, by nie wprowadzać niepotrzebnego zamieszania. Dużo zagadek i niespodziewanych zwrotów akcji podob­nie jak w części pierwszej. Książka obfituje też w liczne rozterki i trudne wybory oraz wzruszenia.

Dla odróżnienia w tej części zostały ukazane szerzej wampirze klany, ich rody, hierarchie i zasa­dy panujące wśród tych krwiożerczych istot. Czy ich postawy, cele i emocje odbiegają tak dalece od ludz­kich? To już zostawię pod rozwagę Czytelnika. A ta linia czasu biegnie równolegle...

Występują tu także tajemniczy wysokoenergetyczni. Kim są i jaka jest ich rola na tym świecie? A co tu robią same wampiry? Tego wszystkiego się dowiecie z książki.

A zatem nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić wszystkich spragnionych mocnych wrażeń do tej sensacyjnej przygody z dreszczykiem, która zaprowadzi Was wprost na Antypody. Ciała, umysłu... i ducha.

Tymczasem linia czasu biegnie sobie dalej...

Prolog

...

Jimmy pędził co tchu w piersiach... To, co zastał na miejscu, wstrząsnęło nim i powaliło na kola­na. Jego przyjaciele nie żyli. Ciała leżały bezwładne, powykręcane w nienaturalnych pozach. Na ich twarzach malowało się wprost niewy­obrażalne cierpienie. Wśród ofiar byli też inni pogromcy, któ­rych nie znał i miłośnicy. Nie licząc przypadkowych ludzi, których wampiry ściągnęły tu, by się nimi pożywić. Mimo że chłopaki za­brali ze sobą posiłki, na niewiele się to zdało. Rowe­ny po­śród nich nie było. Lexa również. Zachodził w głowę, co się z nimi mogło stać.

Pewnie uciekli, ale gdzie? Gdzie są wszyscy? Gdzie się inni podziali??...

Myśli tłukły mu się w głowie jak szalone...

Gdyby nie spóźnił się na spotkanie, pewnie podzieliłby ich los. Byłby teraz mar­twy. Wszędzie pa­nowała głucha, dzwoniąca w uszach cisza. Dojmująca pustka. Jakby się wszyscy nagle zapa­dli pod ziemię. Zniknęli. Biegał po salach w poszukiwaniu winowajców, kogokolwiek. Na swojej dro­dze napotykał tylko kolejne trupy, ofiary bandy wampirów. Było ich tu całe mnóstwo.

W po­wietrzu unosił się zapach krwi i śmierci. Lepki, metaliczny i mdły, stawiający włosy na głowie. Choć widział już nie­jedno­, to czuł przebiegające po plecach ciarki. To było jak zły sen. Najgorszy z kosz­marów. Był sam. Przerażony, bezradny jak dziecko. W końcu wrócił do swoich przyjaciół.

Leżeli koszmar­nie zmasa­krowani. Ich kikuty przypominały wyschnięte gałęzie. Wampiry wypiły z nich całą krew.

- Jak mogliście mnie zostawić?! - krzyczał na całe gardło, drąc się jak opętany. - Dlaczego mnie zostawi­liście samego?!! Dlaczego?!!

Głos odbijał się echem od pustych korytarzy i martwych sal. I tylko ta lodowata cisza wypełniała całe powietrze. Jimowi aż zabrakło tchu. Załamując ręce, gorzko zapłakał. Chciał się jak najszyb­ciej obu­dzić...

Rozdział 11

Sydney (Posterunek policji dzielnicy The Rocks)

Posterunek policji miasta Sydney nie należało do zbyt przyjaznych i gościnnych miejsc. Jednak zawsze pękał w szwach. Chyba wszystkie posterunki na świecie tak mają. A może i nie. Łatwo było znaleźć kogoś, kogo można było przymknąć choćby tylko na kilka godzin. Pouczyć bądź zaapliko­wać jakąś cudowną terapię. Dzięki temu panował tu względny porządek.

- Gdzie jest zatrzymany? Chciałbym z nim porozmawiać.

McCarthy wywijał odznaką inspektora miasta Albury, gdzie go przeniesiono na otarcie łez, jak tyl­ko Dawson przejął po nim cały rewir. Papierkowa robota jednak go nudziła i często wpadał do Bria­na po starej znajomości. Szukał sobie roboty jak mógł, by tylko nie siedzieć na dupie. Jednak ostat­nio czuł się jakby wypalony i coraz częściej dopadały go myśli o emeryturze.

Niewyjaśnione dotąd dziwne przypadki zniknięć w Sydney, o których ostatnio tak głośno trąbiły media i lokalna policja, czy coraz częst­sze rozróby w nocnych lokalach, a zwłaszcza w starej, porto­wej dzielnicy The Rocks przykuły jego uwagę. Pod­skórnie czuł, że coś się za tym kryje. Jakby te sprawy w jakiś sposób były ze sobą powiązane, przy­ciągały go do siebie coraz bardziej. Postanowił im się lepiej przyjrzeć, tym bardziej że że w jego cichej mieścinie nic się nie działo od wielu lat.

- Facet miał przy sobie broń. Proszę bardzo inspektorze, tu są jego dane... Lex Donovan - poin­formował skwapliwie posterunkowy.

McCarthy myślał, że źle usłyszał, szybko zerknął w papiery.

- Przyprowadzić go?

- I to natychmiast!

Czyżby to naprawdę był on, czy tylko ktoś, kto się być może pod niego podszył? Nie liczył już, ile razy natknął się na podobne przypadki. Za każdym razem okazywało się, że ktoś miał tylko takie same lub po­dobne imię i nazwisko. Ponownie rzucił okiem na protokół zatrzymania. Teoretycznie więc to mógł być on. Artur już zacierał ręce. Jak wielkie oczy zrobi Dawson, jak mu to powie.

Kiedy posterunkowy wprowadził aresztowanego, na twarzy inspektora pojawił się szeroki uśmiech.

- Kopę lat Lex...

- Nie znam pana inspektorze.

- Hm... a to ciekawe.

- Zaszło jakieś duże nieporozumienie. Ja się tylko broniłem.

- Rozumiem. Postanowiłeś udawać amnezję. Skoro tak... to porozmawiamy sobie inaczej. Skąd wziąłeś broń?

- Mam zezwolenie.

- Ma inspektorze. Sprawdziłem go - potwierdził naraz sierżant.

- Ale chyba nie na swoje nazwisko.

- Oczywiście, że na swoje - zdumiał się Donovan.

Co jak co, ale dokumenty zawsze nosił przy so­bie, starannie ukryte w klapie kurtki. Z którą się nigdy nie rozstawał. Bywało, że spał w niej. Kilka lat temu pracował jako ochroniarz, zanim znalazł inne, bardziej spokojne zajęcie. Broń pozwolono mu zatrzymać. Nikt się go jakoś nie czepiał. Do czasu, kiedy zdecydował się jej w końcu użyć.

- Przecież zostało ci odebrane. - McCarthy przeniósł z powrotem wzrok na Lexa. - To dziwne, że nikt tego nie sprawdził.

- Nic takiego nie odnotowano. Nie mamy go w systemie.

- Wasze niezawodne systemy - fuknął McCarthy, przenosząc wzrok na zatrzymanego. - No ja­sne... Strzelanina w lokalu nie zdarza ci się po raz pierwszy. - Zaczął już tra­cić cierpli­wość. - Dość już tej gry Lex. Wpadłeś po same uszy i już się z tego nie wywiniesz.

- Nie rozumiem... ja się tylko broniłem - powtórzył mężczyzna. - Zostałem napadnięty przez...

- No przez kogo Donovan? Oświeć mnie. - Inspektor zmarszczył gniewnie brwi. - Pogrążasz się coraz bardziej.

- Przez wampira.

- No nieźle. Na dodatek postanowiłeś udawać wariata. Nie ze mną takie numery!

- Panie inspektorze, można na słowo? - poprosił naraz policjant, odciągając go na bok.

- O co chodzi?

- Niejaki Douglas twierdzi, że zna tego Donovana. To podobno jakiś detektyw...

- Bo to jest detektyw. Szukałem go od dziesięciu lat - potwierdził, zaraz dodając: - Powiadom inspektora Dawsona, że w końcu go znalazłem, albo nie... sam mu to powiem. Przypil­nuj Donova­na, żeby nam się znów nie wymknął.

- Dobrze, ale...

- Zamknij go w osobnej celi. Niech nikt nie ma do niego dostępu, prócz ciebie. Zrozumiano?!

- Uzgodnił to pan z moim przełożonym? Zdaje się, że ta sprawa nie podlega waszej jurysdykcji.

- O to się nie martw. Znamy się z Willem ze szkoły policyjnej. Kiedy ty jeszcze bie­gałeś w pam­persach i ssałeś kciuk, więc nie dyskutuj ze mną.

- Czy zostałem aresztowany? - dopytywał się Lex, nie słysząc dobrze, co mówią.

- Tak. Do wyjaśnienia całej sprawy. Wdepnąłeś w gówno Lex.

- W takim razie muszę porozmawiać z adwokatem. Zadzwonić do domu. Żona pewno się niepo­koi. Ro­wena Donovan. Proszę mi pozwolić z nią porozmawiać.

McCarthy drgnął, czując wyraźny dyskomfort w trzewiach. Oblała go fala gorąca. Poczerwieniał.

- Co powiedziałeś?? To ta małpa z tobą jest?! - wyrzucił ostro, widząc na sobie pytający wzrok po­licjanta.

- Jak pan śmie?!

- Odprowadź go do celi Jackson. I morda w kubeł.

- Chcę adwokata. To moje prawo - burzył się Lex. - Oddajcie mi telefon.

- Panie inspektorze... Nie może pan.

- Co?! - zmroził go wzrokiem McCarthy. - Lepiej rób, co mówię Jackson, bo Will o wszystkim się dowie. Wydałem ci polece­nie.

- Tak jest. - Zacisnął zęby policjant, podchodząc do zatrzymanego.

- Zaskarżę was. Nie macie prawa mnie tak traktować!! - zaprotestował gwałtownie. - To oburzające! Oburzające...

Posterunkowy odprowadził szamoczącego się Donovana do celi.

- No i sprawa załatwiona - skwitował McCarthy, uśmiechając się sam do siebie.

Możesz mi skoczyć Lex. Doigrałeś się. Już po tobie...

Rozdział 14

Brisbane (Pod Story Bridge)

Kingsley siedział na brzegu, rzucając kamyki na wodę. Te odbijając się od tafli i od razu szły na dno.

Zdążył już wydobrzeć i wypuścili go ze szpitala. Niedawne przykre wspomnienia już zdążyły tro­chę zblednąć, ale świadomość, że został pogryziony, nie opuszczała go nawet na krok. Miał wraże­nie, że nie jest sam, że ktoś go kontroluje. Jego myśli krążyły teraz wokół różnych spraw. Zastana­wiał się nad sobą. Już nie myślał o tym, by skoczyć z mostu i zakończyć trudne, napiętnowane cier­pieniem życie. Przeciwnie chciał żyć, choćby tylko po to, by odwdzięczyć się swojemu oprawcy za to, co mu zrobił. Zemścić na ich wszystkich, a potem już niech się dzieje co chce.

Chęć zemsty dodawała mu sił do dalszej walki. Nie wierzył w to, że się przemieni. Nigdy nie sły­szał o podobnym przypadku. Krwiopijcy zawsze doprowadzali do śmierci pogromców, więc dlacze­go jego miałby spotkać inny los? Wiedział, że prędzej, czy później zginie. Został przecież nazna­czony. Na razie miał czas. Musiał go teraz jak najlepiej wykorzystać, by zmienić bieg wydarzeń. Zro­bić wszystko, co zdoła, by wygrać. Nieoczekiwanie pojawił się jego prześladowca. Wampir o bardzo tok­sycznym imieniu Arsen.

- Szukałem cię Jim...

- Po co przyszedłeś? Żeby mnie przemienić? - spytał zaczepnie.

Już się go nie bał tak jak na początku. W głowie miał kilka wariantów jak sobie z nim poradzić.

- Na to mamy jeszcze czas. Muszę cię najpierw wypróbować. Lepiej cię poznać. Wiem już, co so­bie obmyśliłeś, co planujesz. Nic się przede mną nie ukryje. Twoje wszystkie zbrodnie...

- To dobrze, że wiesz - uciął.

- Potraktuję cię, jak na to zasługujesz. To błąd, że się nie boisz, bo powinieneś się bać.

- Wszystko mi już jedno i tak mnie, zabijesz.

- Skąd ta pewność?

- Bo was znam. Nie jestem ci do niczego potrzebny.

- Do czegoś mi się przydasz. Trochę cię podręczę... - Uśmiechnął się, widząc na sobie jego ostre spojrzenie. - Zapła­cisz z nawiązką za to wszystko, co zrobiłeś. Przemienię cię, bo... taki mam ka­prys. Nikt nie jest w sta­nie zapewnić mi lepszej rozrywki od ciebie.

- Przechwałki próżnego łajdaka! - wyrzucił.

- Który się na ciebie uwziął. Tak jestem nim i to o wiele gorszym, niż myślisz. Możesz sobie udawać, że nie boisz się śmierci, ale ja dobrze wiem, że jest inaczej. Oddałbyś wszystko, by żyć. Tak jak każdy. Mimo że posiadłeś moc, jesteś tylko człowiekiem. Już ci się ona na nic nie przyda.

W jednej chwili dopadł do niego i siłą przewrócił na trawę, mocno kąsając. Jim odpychał go od siebie, ale nie mógł mu dać rady. Kiedy napastnik zaspokoił swój głód, wpuścił go ze swoich szpo­niastych łap. Siadając z boku, napawał się tym jak ciężko dyszy, jak jęczy i zwija się z bólu.

- Tak będzie za każdym razem, jak będziesz mi stawiał opór. Im szybciej to zrozumiesz, tym le­piej dla ciebie. Nałóg zrobił swoje, skutecznie osłabił twoją moc. Już niedługo Jim... a będziesz mi jadł z ręki. Zrobisz wszystko, co zechcę. A nawet więcej...

- Prędzej ze sobą skończę... - wychrypiał ostatkiem sił, zapadając w aksamitną ciemność.

- Kiedy cię przemienię, będziesz mi posłuszny jak dziecko. Wyglądasz jak ono... duże, uparte dziec­ko. Masz szczęście, że trafiłeś na mnie... W przeciwnym razie już dawno byś nie żył. Ty i to­bie po­dobni zasłużyli na śmierć.

Arsen podszedł bliżej. Przejechał ręką po jego ranie na szyi. Ta zabliźniła się w okamgnieniu, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Ze wzgardą patrzył, jak podnosi ciężkie powieki...

- Idziemy! - rozkazał, widząc, jak się odsuwa.

Jim próbował wykorzystać okazję i zbiec, ale podciął mu nogi. Runął na glebę jak długi.

- Za mną powiedziałem!!

- Nigdzie z tobą nie pójdę! Zostaw mnie...

- Jestem dla ciebie za miękki. Moja cierpliwość się kończy Jim - zagroził. - Chcesz mnie znów rozwścieczyć. Poczuć jak ostre są moje kły? - Ścisnął go z całej siły za gar­dło, unosząc wysoko, jedną zaledwie ręką. Jakby był lekki jak piórko.

- Nie, nie chcę... - Oczy zaszły mu mgłą, zaczął się krztusić. - Przestań...

- Potrafię cię zmusić do uległości. Nie zabiję cię, ale sprawię, że jeszcze gorzko zapłaczesz.

Puścił go, widząc, jak pada u jego stóp. Pogromca z trudem łapał powietrze. Zaczął kaszleć...

- Chodź ze mną... Arsen ruszył nagle przed siebie. - No już! Bo zaciągnę cię tam za uszy!

Odpowiedziało mu jego bezradne, szczenięce spojrzenie. Jim nie ruszył się jednak z miejsca.

Wtedy zawlókł go wprost do swojej kryjówki. Tam też pozbawił wszelkich złudzeń. Zniewolił, obnażył, odzierając z resztek godności. Przekroczyli wszelkie granice. Mężczyzna czuł głęboki wstyd i obrzydze­nie do samego siebie.

Nie mógł użyć wobec niego swojej mocy. Całkiem go jej pozbawił, uprzedzając każdy jego ruch, tak jakby czytał mu w myślach. Nie dał nawet najmniejszej szansy na to, by ją mógł wy­korzystać przeciwko niemu. Jego głos był wszędzie, gdziekolwiek tylko się obrócił...

"Nie rób tego Jim... To nierozsądne... Spuszczę ci takie lanie, że na długo mnie popamiętasz".

Przetrzymał go u siebie przez kilka kolejnych dni. Torturował i męczył na wszystkie możliwe sposoby. Nie pozwolił mu ze sobą skończyć, chociaż bardzo tego chciał. Trzęsąc się w ciemnym ką­cie głuchej groty, z bezsilności łykał łzy. Kiedy myślał, że Arsen już z nim skończył, ten znów przy­puścił na niego szaleńczy atak. Po kolejnej serii tortur ponownie sprawił, że wrócił do żywych i za­bawa zaczęła się od początku.

Po kolejnym, wyczerpującym dla obu stron maratonie wymyślnych tortur oprawca wreszcie za­snął. Jim próbował bezszelestnie wydostać się z groty, na czworakach, a potem pełzając po ziemi jak jasz­czurka, ale Arsen miał tylko przy­mknięte powieki. Otworzył je, kiedy najmniej się tego spo­dziewał i przytrzymał go siłą na miejscu. Tak jak za każ­dym razem, gdy tylko chciał się od niego uwol­nić i czmychnąć jak najdalej stąd.

- A ty dokąd?!

- Pozwól mi odejść...

Błagalne spojrzenie zawisło na ciemnych jak otchłań nocy oczach opraw­cy. Arsen miał ciemną jak heban skórę, pokrytą dziwnymi tatuażami, które świeciły w ciemności, szeroką szczękę i łysy jak kolano łeb.

- Dobra. Idź już. Nie potrzebuję cię... ale i tak tu wrócisz. Twój tłusty tyłek należy do mnie! Ja­sne?! Czy to dla ciebie jasne?!

Upewniwszy się, że zrozumiał, w końcu go puścił, odprowadzając twardym jak granito­wa skała spojrzeniem.

Jim miał wszystkiego dosyć. Jednak musiał się jakoś pozbierać. Narzucił na siebie ubranie, a ra­czej to, co z niego zostało. Pognębiony i obolały długo błądził po okolicy, zanim do­wlókł się do naj­bliższej knajpy. Tam topiąc smutki w alkoholu, chciał jak najszybciej zapomnieć o tym, co mu się przytrafiło. Pił jedną szklankę za drugą, aż do utraty przytomności. Schlał się na umór. Tylko to mu pozostało...

Rozdział 17

Melbourne (Centrum)

Wśród tłumu śpieszących gdzieś ludzi, z nadzwyczajną prędkością poruszają się jakieś postacie.

Tak jakby wszystko wokół nich zwalniało, wyhamowywało, sunąc w żółwim tempie. Subiektywne poczucie obserwatora, a może inna linia czasoprzestrzeni? Wielowymiarowość równoległych świa­tów. Kosmos w pigułce. Pyłek życia w oceanie życia.

Rem dopiero po chwili zorientował się, że jest śledzony. Ktoś nastawał na jego spokój. Tylko kto? Ucieczka nie była dobrym pomysłem. Jak uciekasz, to będą cię gonić. Zawsze. Trzeba stawić czoło strachowi, by nie zostać przez niego pochłoniętym. W przeciwnym razie już zawsze będziesz uciekać. Zawsze będziesz ofiarą. Przystanął przy jednej z wystaw, widząc za sobą intruzów.

- O co chodzi?

- Pójdziesz z nami - rzuciła stanowczo jedna z ciemnych postaci, wbijając w łowcę ostre, napięte spojrzenie, szmaragdowo żółtych oczu.

Nigdy przedtem takich nie widział.

Reszta obstąpiła go pra­wie natychmiast, nie dając mu najmniejszej szansy na odwrót. Zlewali się z ciemnością nocy.

- Kim jesteście?

- Czas byś się dowiedział. Dalej!

Obcy popchnął go.

- Łapy przy sobie! - wyrzucił gwałtownie.

Wtem ujrzał w ręku napastnika sztylet z obsydianu. Pozostali patrzyli na niego jak wilki na swoją ofiarę. Zrozumiał, że jeśli z nimi nie pójdzie, z pew­nością użyje tej bro­ni, dotkliwie go raniąc.

- Kim jesteście? - powtórzył drętwo, pozwalając im się prowadzić.

- Nie próbuj uciekać. Mój sztylet jest zatruty... - zagroził obcy.

Reszta postaci milczała jak zaklęta, jakby tylko on miał prawo mówić.

- Zadam ci nim niegojące się rany. I zginiesz - dokończył.

- Dokąd mnie zabieracie?

W tej samej chwili poczuł jak inny z obcych, zarzuca mu na głowę kaptur. Skrępowali go, wrzu­cając do samochodu. Bronił się, ale do czasu, zamierając nagle w bezruchu, gdy ostrze sztyletu do­tknęło jego boku. Ktoś z przeciwnej strony czymś go ukuł, wbijając mu w nogę igłę. Trucizna była na tyle mocna, że prawie natychmiast osunął się z jękiem na oparcie fotela. Nim stracił przytom­ność przytępionymi na sku­tek mikstury zmysłami, zarejestrował jeszcze szum oceanu.

Furgonetka kierowała się w stronę Apollo Bay.

...

- Nithael? Co cię do mnie sprowadza? - zdziwił się Kruczowłosy.

- Gdzie on jest?!

- Kto??

- Rem. Co z nim zrobiłeś?!

- Nie mam pojęcia, o co chodzi, ale tu go nie ma.

- Ktoś jednak u ciebie jest...

Kątem oka zauważył, jakąś postać przemykającą wzdłuż ściany.

- Przyjaciółka, która nie lubi rozgłosu. Jest trochę nieśmiała.

- Nie wyczuwam go...

Odwrócił wzrok od sypialni, skąd dochodziły niepokojące odgłosy. Zorientował się, że jest tam więcej jego znajomych. Nic jednak nie powiedział. Tamci widać musieli się bar­dzo zdenerwować, tak nieoczekiwaną wizytą, bo zrobił się tam już niezły raban.

- Nie mam zamiaru przeszkadzać, ale od wczoraj nie mam z nim żadnego kontaktu. Jakby nagle za­padł się pod ziemię. Martwię się o niego.

- Może nauczył się wreszcie przed tobą maskować. Najwyższy czas.

- Co to ma znaczyć? Znów próbujesz go buntować przeciwko mnie - burknął.

- Skądże znowu. Ukrywa przed tobą swoje myśli, widać, ze się rozwija.

- Tak to widzisz?

- Trzymanie łowcy na krótkiej smyczy nie prowadzi do niczego dobrego. Wiesz o tym.

- No tak, ty mnie od razu puściłeś wolno. Tak, że zostałem zupełnie sam.

- Nie tragizuj.

- Nawet transformacja niewiele cię zmieniła. Stałeś się jeszcze bardziej przebiegły. Wiem co nie­co o twoich ostatnich dokonaniach. Wciąganie w to Rema to poważny błąd.

- Tobie za to bardzo by pomogła. Może wreszcie byś coś zrozumiał - powiedział twardo.

- Rozumiem, aż za wiele. Od samego początku próbujesz nas ze sobą poróżnić. Odciągasz go ode mnie i mieszasz mu w głowie.

- Nie bądź śmieszny. Zawsze to samo Jasnowłosy... Problem polega na tym, że ty nawet nie pró­bujesz mnie zrozumieć. Możemy się tak spierać przez całe wieki. Dajmy już temu spokój.

- Fakt. Nie po to tu przyszedłem, by się z tobą kłócić - prychnął.

- I nie powinieneś. Jako kapłan mogę cię potraktować więcej niż pretensjonalnie i będziesz miał się z pysz­na. A to ci chyba niepotrzebne.

- Pomożesz mi go odna­leźć? Właściwie to... Nie ma go od czterech dni - spuścił z tonu diakon.

- Może ci uciekł.

Nie odpowiedział, zwieszając głowę.

- A sprawdzałeś u Neila?

- Byłem tam - zaczął, zawieszając się na moment - i spotkałem Sitha. Wyraźnie nie chcieli, bym im przeszka­dzał.

- Co takiego?? A co on tam robił?!

Kruczowłosy nie mógł uwierzyć własnym uszom.

- Myślałem, że o tym wiesz? - zauważył wyraźny cień na jego twarzy. - Kapłan powiedział mi tylko, że ma zadanie do wykonania.

- Tobie powiedział?? Po co miałby się przed tobą tłumaczyć?

Jasnowłosy wzruszył ramionami:

- Nie wiem. Widać miał powód. Sam Cambiel mu je zlecił, podobno to bardzo waż­ne.

- Skoro tak to z pewnością tak jest. Przewodnik wie, co robi.

Ariel z wyraźnym trudem przełknął tę wiado­mość jak gorzką, szczurzą krew.

- Każdy z nas ma coś do zrobie­nia. Rezydenci ciągle jątrzą, psując nam szyki - powiedział naraz Nithael, próbując ratować sytuację.

Zaległo dłuższe milczenie. Raban w sąsiednim pokoju stał się już trudny do zniesienia.

- Przyszedłeś w najmniej odpowiednim momencie...

- Wiesz, że nie przyszedłbym, gdybym nie musiał.

- Milcz! Spotkamy się za godzinę w lunaparku, w St. Kilda - zdecydował. - Tam go poszukamy.

- Dziękuję, Kapłanie.

Pochylił się na znak szacunku.

Kruczowłosy uznał rozmowę za zakończoną. Odwrócił się i bez słowa odszedł w stronę hałasują­cych znajomych. Zrobiło się bardzo cicho, jak makiem zasiał.