6
Nic z tego! - rzucił Lamont. - Niczego nie
osiągnąłem.
Lamont wyglądał ponuro; miał głęboko osadzone oczy i wydatną, odrobinę
niesymetryczną dolną szczękę. To znaczy nawet w najbardziej pomyślnych
chwilach wyglądał ponuro, a teraz sytuacja była niewesoła. Przeprowadził
drugą oficjalną rozmowę z Hallamem i okazała się ona jeszcze większą
porażką niż ta pierwsza.1
- Nie dramatyzuj - powiedział spokojnie Myron Bronowski. - Nie
spodziewałeś się sukcesu. Sam mi to mówiłeś.
Bronowski podrzucał orzeszki ziemne i łapał je grubymi wargami. Za
każdym razem mu się udawało. Był niezbyt wysoki, niezbyt szczupły.
- Tak czy owak, to nic przyjemnego. Ale masz rację, to bez znaczenia.
Mogę i zamierzam zdziałać inne rzeczy, a poza tym jestem zależny od
ciebie. Gdybyś tylko zdołał odkryć...
- Nie kończ, Pete. Już to wszystko słyszałem. Wystarczy, że rozszyfruję
sposób myślenia inteligencji innej niż ludzka.
- Wyższej niż ludzka. Te istoty z para-Wszechświata starają się
przemawiać tak, żebyśmy je zrozumieli.
- Być może - Bronowski westchnął - ale starają się to robić za
pośrednictwem mojej inteligencji, która, jak czasami sądzę, przekracza
ludzką, ale tylko w niewielkim stopniu. Czasami nie mogę spać, tylko
leżę i zastanawiam się, czy różne inteligencje w ogóle są w stanie
komunikować się ze sobą nawzajem. W szczególnie złe dni nie wiem, czy
wyrażenie "różne inteligencje" ma jakikolwiek sens.
- Ma! - krzyknął Lamont, a jego schowane w kieszeniach fartucha
laboratoryjnego dłonie wyraźnie zacisnęły się w pięści. - Różne
inteligencje to Hallam i ja. Bohater głupców, doktor Frederick Hallam, i ja. Jesteśmy różnymi inteligencjami, ponieważ kiedy do niego mówię,
Hallam niczego nie rozumie. Jego twarz idioty czerwienieje coraz
bardziej, oczy wychodzą mu z orbit, a uszy przestają słyszeć.
Powiedziałbym, że jego umysł przestaje funkcjonować, ale nie mam dowodu
na to, że w ogóle funkcjonuje, a bez tego nie może przestać.
- Cóż za słowa pod adresem Ojca Pompy Elektronowej - mruknął Bronowski.
- Zgadza się. Domniemanego Ojca Pompy Elektronowej. To były, że tak
powiem, narodziny z nieprawego łoża. Wkład Hallama w sam wynalazek był
znikomy. Wiem o tym!
- Ja też wiem. Często mi o tym mówiłeś.
Bronowski podrzucił i złapał kolejny orzeszek.
Uwaga autora: Opowieść rozpoczyna się od rozdziału 6. To nie jest pomyłka. Mam w tym pewien zamysł. Czytaj zatem z przyjemnością. [wróć]
1
Wydarzyło się to trzydzieści lat wcześniej.
Frederick Hallam był radiochemikiem, świeżo upieczonym doktorem, i jeszcze nic nie wskazywało na to, że rzuci świat na kolana.
Świat zaczął drżeć w posadach, kiedy na biurku Hallama znalazła się
zakurzona butelka na odczynniki z napisem "wolfram". Butelka nie była
własnością Hallama; nigdy wcześniej jej nie używał. Odziedziczył ją po
jakimś byłym lokatorze jego gabinetu, który w nieokreślonych czasach i z dawno zapomnianego powodu zażądał wolframu. W tej chwili zawartość
butelki nie była już nawet wolframem. Małe, nieregularne kuleczki
czegoś, czego grubą wierzchnią warstwę stanowił tlenek, szare i przykurzone. Bezużyteczna rzecz.
Pewnego dnia Hallam wszedł do laboratorium (dokładnie było to 3
października 2070 roku), przystąpił do pracy i krótko przed dziesiątą
rano ją przerwał. Popatrzył uważnie na butelkę i ją podniósł. Była tak
samo zakurzona jak zawsze, naklejka była tak samo spłowiała, a jednak
Frederick zawołał:
- Cholera jasna; kto, do diabła, przy tym gmerał?
Przynajmniej taką wersję zdarzeń opowiadał Denison, który usłyszał krzyk
Hallama i który jedno pokolenie później zrelacjonował sytuację
Lamontowi. Oficjalna historia odkrycia, podawana w książkach, pomija
użyte przez Hallama słownictwo. Wywołuje raczej wrażenie, że oto bystry
chemik zdał sobie sprawę z zajścia przemiany i natychmiast wyciągnął
daleko idące wnioski.
Tak nie było. Hallam nie miał zastosowania dla wolframu; nie
przedstawiał on dla niego żadnej wartości i żadne manipulacje przy nim
także nie miałyby dla Hallama znaczenia. Jednakże, podobnie jak wielu
ludzi, nie znosił, kiedy ktokolwiek rusza coś na jego biurku, i podejrzewał innych o to, że są skłonni ochoczo to robić z czystej
złośliwości.
W tamtym czasie nikt się nie przyznał, że coś wie o butelce z wolframem.
Benjamin Allan Denison usłyszał okrzyk Hallama, ponieważ ich gabinety
mieściły się naprzeciwko siebie i obaj pozostawili szeroko otwarte
drzwi. Podniósł wzrok i napotkał oskarżycielskie spojrzenie Fredericka.
Niespecjalnie lubił Hallama (właściwie nikt za nim nie przepadał) a minionej nocy źle spał. Tak się złożyło, Denison przyznawał to później,
że nawet się ucieszył, iż znalazł się ktoś, na kim może się wyładować.
Hallam idealnie nadawał się do tego.
Kiedy Hallam podniósł butelkę, omal nie przykładając jej do oczu
Denisona, ten cofnął się z niesmakiem i spytał:
- I po cóż, u diaska, miałbym interesować się twoim wolframem? Ja czy
ktokolwiek inny. Przyjrzyj się dobrze: widać, że od dwudziestu lat nikt
nie otwierał tej butelki, a gdybyś nie położył na niej swoich brudnych
łap, byłoby także widać, że nikt jej nie dotykał.
Hallam poczerwieniał ze złości.
- Słuchaj, człowieku, ktoś podmienił zawartość! - wypalił. - To nie ten
wolfram.
- A skąd ty możesz to wiedzieć? - spytał Benjamin, udając, że wącha
butelkę.
Historię tworzą właśnie takie rzeczy - drobne złośliwości i bezcelowe
gniewne uwagi.
Słowa Denisona byłyby dotkliwe w każdym przypadku. Obaj byli równie
młodymi naukowcami, ale jego osiągnięcia robiły o wiele większe wrażenie
i to on był najbardziej inteligentnym młodym człowiekiem w wydziale.
Hallam zdawał sobie z tego sprawę, a co gorsza, wiedział o tym sam
Denison i wcale się z tym nie krył. To właśnie owo: "A skąd ty możesz to
wiedzieć?", z wyraźnym naciskiem na "ty", wypowiedziane przez Denisona
zmotywowało Hallama do wszystkich dalszych działań. Gdyby nie usłyszał
tego zdania, nigdy nie stałby się największym i najbardziej szanowanym
naukowcem w historii. Tak dokładnie powiedział później Denison w rozmowie z Lamontem.
Według oficjalnej wersji owego pamiętnego poranka Hallam przyszedł do
pracy, zauważył, że w butelce nie ma już zakurzonych, utlenionych
kuleczek ani nawet kurzu na wewnętrznej powierzchni szkła, tylko czysty,
połyskujący metal. Oczywiście zbadał, co się stało...
Odłóżmy jednak wersję oficjalną. Wszystko było zasługą Denisona. Gdyby
ograniczył się do prostego zaprzeczenia czy wzruszenia ramion, być może
Hallam wypytałby innych ludzi, a później zmęczony niewyjaśnioną sytuacją
odstawiłby butelkę na bok, przez co przyszłość ludzkości stałaby się
tragiczna, czy to stopniowo, czy też nagle (w zależności od tego, jak
bardzo opóźniłoby się ostateczne odkrycie zjawiska). W każdym razie to
nie Hallam nagłośniłby całą sprawę, rozpętując dalszy bieg wydarzeń.
Lecz usłyszawszy druzgocące: "A skąd ty możesz to wiedzieć?", Hallam
mógł jedynie odparować:
- Udowodnię ci, że wiem.
A potem robił wszystko, żeby rzeczywiście to udowodnić. Absolutnym
priorytetem Hallama stała się analiza metalu ze starej butelki na
odczynniki, a głównym celem wyeliminowanie wyrazu wyższości z ozdobionej
wąskim nosem twarzy Denisona i szyderczego uśmieszku wiecznie
przyklejonego do jego bladych ust.
Denison na zawsze zapamiętał tamtą chwilę, ponieważ to jego uwaga
doprowadziła do tego, że Hallam dostał Nagrodę Nobla, a o nim samym
świat zapomniał.
Nie wiedział wówczas (a nawet gdyby wiedział, zupełnie by się tym nie
przejmował), że Hallama cechował niewiarygodny upór przeciętniaka, który
z powodu lęku potrzebuje bronić własnej dumy, i że ów upór okaże się
większy niż wrodzona błyskotliwość Denisona.
Hallam natychmiast przystąpił bezpośrednio do rzeczy. Zaniósł butelkę z metalem do laboratorium spektrometrii mas. Było to naturalne posunięcie
radiochemika. Znał techników z tego laboratorium, współpracował z nimi
wcześniej i miał siłę przekonywania. Tak wielką, że zlecone przez niego
badanie wykonano wcześniej niż te, które wydawały się wówczas daleko
ważniejsze.
- Cóż, to nie wolfram - oznajmił później technik z laboratorium.
Pełne, pozbawione zwykle uśmiechu oblicze Hallama przybrało wyraz
zadowolenia.
- I bardzo dobrze. Powiemy to temu geniuszowi Denisonowi. Niech pan
napisze sprawozdanie i...
- Chwileczkę, doktorze Hallam. Wiem, że to nie wolfram, ale nie wiem, co
to jest.
- Jak to nie wie pan?
- Wyniki badania są dziwaczne. - Technik zastanowił się chwilę. - To
znaczy, nie mogą być prawidłowe. Uzyskałem niemożliwy stosunek ładunku
do masy.
- W którą stronę "niemożliwy"?
- Zbyt wysoki. To naprawdę niemożliwe.
- Skoro tak - rzekł Hallam i, niezależnie od motywu, jakim się kierował,
następne słowa umieściły go na drodze do Nagrody Nobla, można nawet
utrzymywać, że zasłużonej Nagrody Nobla - proszę określić częstotliwość
promieniowania tej substancji, a także ładunek. Niech pan nie ogranicza
się do siedzenia i mówienia, że coś jest niemożliwe.
Kilka dni później zakłopotany technik przyszedł do gabinetu Hallama.
Hallam, nieczuły człowiek, zignorował jego niepewną minę i rzekł:
- Czy określił pan... - Sam spojrzał z zakłopotaniem na Denisona
siedzącego przy biurku w swoim gabinecie i zamknął drzwi. - Czy określił
pan ładunek jądra?
- Tak, ale wynik jest błędny.
- Trudno, Tracy. Proszę zmierzyć go jeszcze raz.
- Powtarzałem badanie kilkanaście razy. Otrzymuję błędny wynik.
- Skoro dokonał pan pomiaru, wynik jest prawdziwy. Proszę nie zaprzeczać
faktom.
- Muszę, panie doktorze - powiedział Tracy, drapiąc się za uchem. -
Jeśli brać te wyniki poważnie, przyniósł mi pan w butelce pluton-186.
- Pluton-186? Pluton-186?
- Ładunek wynosi +94, a masa - 186.
- Ale to niemożliwe. Nie ma takiego izotopu. Nie może być.
- Właśnie to panu mówię. Jednak takie są wyniki pomiarów.
- Mówi pan o jądrze, w którym brakuje ponad 50 neutronów. Nie można
otrzymać plutonu-186. Nie da się ścisnąć 94 protonów w jednym jądrze
razem z jedynie 92 neutronami i oczekiwać, że będzie się to trzymało w kupie choćby przez jedną kwadrylionową sekundy.
- Dokładnie to usiłuję panu powiedzieć, panie doktorze - zgodził się
cierpliwie Tracy.
Hallam zaczął myśleć. Przecież z butelki znikł wolfram, a jeden ze
stabilnych izotopów wolframu to wolfram-186. Jądro atomu wolframu-186
składa się z 74 protonów i 112 neutronów. Czy zatem coś spowodowało, że
20 neutronów zmieniło się w 20 protonów? To bez wątpienia niemożliwe.
- Czy są jakiekolwiek oznaki promieniotwórczości? - zapytał Hallam,
próbując szukać drogi rozwiązania całej zagadki.
- Zadałem już sobie to pytanie - odparł technik. - To absolutnie
stabilny izotop.
- W takim razie nie może to być pluton-186.
- Przecież mówię, panie doktorze.
- Dobra, niech mi pan to odda - powiedział z rezygnacją Hallam.
Znalazłszy się sam na sam z butelką, usiadł i wpatrywał się w nią w osłupieniu. Najbliższym w miarę stabilnym izotopem plutonu jest
pluton-240, gdzie do tego, aby 94 protony w odrobinę zbliżony do
stabilności sposób trzymały się razem, potrzeba 146 neutronów.
I co ma teraz zrobić? Wyniki pomiarów były dla Hallama niepojęte;
pożałował, że rozpoczął batalię o zawartość butelki. W końcu obowiązki w pracy już wzywały, a zagadkowa substancja nie miała z nimi nic
wspólnego. Pewnie Tracy zrobił jakiś głupi błąd albo spektrometr się
zepsuł, a może...
No i co z tego? Trzeba o wszystkim zapomnieć!
Tyle że Hallam nie może tak zrobić. Prędzej czy później wpadnie Denison
i z tym irytującym uśmieszkiem spyta o wolfram. I co mu Hallam powie?
Czy może mu powiedzieć: "To nie wolfram, tak jak mówiłem"?
Denison z pewnością odpowie na to: "Och, a więc co to jest?". Hallam nie
wyobrażał sobie niczego, co mogłoby go skłonić do wystawienia się na
drwiny, jakie wywołałaby jego odpowiedź, że ma w butelce pluton-186.
Musi odkryć, co to takiego, i to sam. Na pewno nie może nikomu w tej
sprawie zaufać.
Jakieś dwa tygodnie później wpadł do laboratorium Tracy'ego w stanie,
który najcelniej można by nazwać prawdziwą furią.
- Hej, czy nie mówił mi pan, że ta substancja nie jest radioaktywna?
- Jaka substancja? - spytał machinalnie Tracy, zanim przypomniał sobie,
o co chodzi.
- Ta, którą nazwał pan plutonem-186.
- No tak. Cóż, wtedy była stabilna.
- Mniej więcej tak samo jak pańskie zdrowie psychiczne. Jeśli pańskim
zdaniem to coś nie jest radioaktywne, powinien pan zostać hydraulikiem.
- Dobrze, panie doktorze - odpowiedział Tracy. - Proszę mi to podać,
zobaczymy. - Po chwili zawołał: - Nie rozumiem! Promieniuje. Słabo, ale
promieniuje. Nie pojmuję, jak mogłem to przeoczyć.
- No i do jakiego stopnia mogę wierzyć w te pańskie bzdury, że mam do
czynienia z plutonem-186?
Dla Hallama sprawa stała się paląca. Sytuacja drażniła go tak, że uważał
ją za osobistą zniewagę. Ktokolwiek podmienił butelki czy też zawartość
butelki musiał albo dopuścić się tego samego po raz drugi, albo stworzyć
nowy metal zaprojektowany specjalnie tak, aby zrobić z niego idiotę. W każdym z powyższych przypadków Hallam był gotów poruszyć niebo i ziemię,
żeby tylko rozwikłać zagadkę. Jeśli oczywiście zdoła to zrobić.
Był naprawdę uparty i nieustępliwy, więc niełatwo było go zbyć. Poszedł
prosto do G.C. Kantrowitscha, znakomitego naukowca, który od następnego
roku przechodził na emeryturę. Trudno było przekonać Kantrowitscha do
udzielenia pomocy, ale kiedy w końcu się Hallamowi udało, sprawy
potoczyły się bardzo szybko.
Dwa dni później Kantrowitsch wpadł do gabinetu Hallama niezwykle
podekscytowany.
- Czy dotykał pan ten substancji rękami? - spytał.
- Prawie nie - odpowiedział Hallam.
- Niech pan tego nie robi. Jeśli jeszcze zostało panu trochę, proszę
tego nie dotykać. Emituje pozytony.
- Naprawdę?
- W dodatku nigdy nie obserwowałem pozytonów o tak wysokiej energii...
Poza tym przekazane mi przez pana wyniki pomiarów radioaktywności są za
niskie.
- Za niskie?
- Zdecydowanie. Najbardziej zaś niepokoi mnie to, że powtarzam pomiary i za każdym razem promieniuje ona odrobinę silniej niż przy poprzednim
pomiarze.
2
Kiedy Hallam po raz pierwszy podniósł
butelkę i zobaczył, że wolfram się zmienił, Peter Lamont miał dwa lata.
Gdy skończył dwadzieścia pięć lat, obronił doktorat i został zatrudniony
równocześnie w Pierwszej Stacji Pomp oraz na wydziale fizyki
uniwersytetu.
Dla tak młodego człowieka były to poważne osiągnięcia. Pierwsza Stacja
Pomp nie wyglądała tak nowocześnie jak te nowsze, ale to od niej
wszystko się zaczęło - łańcuch stacji opasujący kulę ziemską. Pracowały,
mimo że od chwili opracowania całej technologii minęło zaledwie
parędziesiąt lat. Żaden z wielkich wynalazków nie rozpowszechnił się
równie szybko w skali globalnej. Lecz to nic dziwnego. Pompa Elektronowa
oznaczała darmowe, niewyczerpalne i niesprawiające żadnych problemów
źródło energii. To tak, jakby cały świat odwiedził nagle Święty Mikołaj
albo odnaleziono lampę Aladyna.
U progu kariery zawodowej Lamont zamierzał rozwiązywać zagadnienia
teoretyczne o najwyższym stopniu abstrakcji. Szybko zafascynowała go
jednak zadziwiająca historia powstania Pompy Elektronowej. Do tej pory
nie spisała jej w całości osoba, która rzeczywiście rozumiała teorię
działania Pompy (w takim stopniu, w jakim w ogóle można było ją
zrozumieć) i która potrafiłaby wytłumaczyć tak trudną tematykę szerokim
rzeszom społeczeństwa. Pewnie, sam Hallam napisał szereg artykułów dla
środków masowego przekazu, lecz nie stanowiły one spójnej, przemyślanej
historii. Lamont obrał sobie za cel napisanie właśnie takiego dzieła.
Zaczął od szczegółowego zapoznania się z artykułami Hallama i innymi
opublikowanymi wspominkami, czyli, można by rzec, oficjalnymi
dokumentami. Na ich podstawie doszedł do momentu, w którym Hallam
wypowiedział zdanie, które wstrząsnęło światem - do Wielkiego Wglądu,
jak to często nazywano (zawsze używając wielkich liter).
Oczywiście później, kiedy Lamont doznał rozczarowania, zbadał sprawę
głębiej i w jego głowie zrodziło się pytanie, czy najsłynniejsza uwaga
Hallama rzeczywiście została wypowiedziana przez niego. Hallam rozpoczął
jej rozpowszechnianie od słynnego seminarium naukowego, po którym na
dobre rozpoczęto prace nad Pompą Elektronową. Okazało się jednak, że
poznanie szczegółów na temat owego seminarium było ogromnie trudne, a dotarcie do nagrań dźwiękowych praktycznie niemożliwe.
Lamont zaczął w końcu podejrzewać, że niemal całkowity brak relacji ze
słynnego seminarium nie był całkiem przypadkowy. W błyskotliwy sposób
zestawił ze sobą kilka faktów i wydawało się, że to może John F.X.
McFarland wypowiedział stwierdzenie podobne do tego, którego autorstwo
przypisywano Hallamowi - i że zrobił to przed Hallamem.
Lamont wybrał się do McFarlanda, którego nazwisko w ogóle nie
występowało w oficjalnych relacjach z wydarzeń. McFarland zajmował się
właśnie badaniem górnych warstw atmosfery, a szczególnie zjawisk
związanych z wiatrem słonecznym. Nie była to awangardowa dziedzina, ale
uprawianie jej przynosiło określone korzyści. Poza tym badała także
efekty funkcjonowania Pompy Elektronowej. McFarland zdołał uniknąć
odejścia w zapomnienie, w przeciwieństwie do Denisona.
John McFarland okazał Lamontowi grzeczność i oznajmił, że jest gotów
rozmawiać na każdy temat z wyjątkiem przebiegu słynnego seminarium.
Twierdził, że go nie pamięta.
Lamont nie ustąpił i zacytował zebrane przez siebie dowody.
McFarland wyjął fajkę, nabił ją, przyjrzał się starannie jej zawartości,
po czym powiedział w osobliwym skupieniu:
- Postanowiłem nie pamiętać, ponieważ to nie ma znaczenia, naprawdę nie
ma. Wyobraźmy sobie, że utrzymywałbym, że to ja coś powiedziałem. Nikt
by mi nie uwierzył. Wyszedłbym na idiotę i do tego megalomana.
- A Hallam postarałby się, żeby przeszedł pan na emeryturę?
- Tego nie mówię. Jednak sądzę, że złożenie tego rodzaju oświadczenia
nie przyniosłoby mi nic dobrego. Poza tym cóż to za różnica?
- To kwestia prawdy historycznej! - powiedział Lamont.
- Och, bzdura. Prawda historyczna jest taka, że Hallam ani przez chwilę
nie dawał za wygraną. Skłaniał wszystkich do podjęcia badań nad dziwną
substancją, czy tego chcieli, czy nie. Gdyby nie on, ta próbka wolframu
eksplodowałaby w końcu, zabijając nie wiem ilu ludzi. Być może nigdy nie
byłoby drugiej, podobnej próbki, a zatem nigdy nie mielibyśmy Pompy.
Hallam zasługuje na sławę jej odkrywcy, nawet jeśli na nią nie zasługuje
- a jeśli to, co teraz powiedziałem, nie ma sensu, nic na to nie
poradzę, bo historia nie ma sensu.
Wyjaśnienia te nie zadowoliły Lamonta, ale musiały mu wystarczyć,
ponieważ McFarland nie chciał mówić nic więcej.
Prawda historyczna!
Niebudzącą wątpliwości częścią prawdy historycznej było to, że z powodu
promieniowania jonizującego emitowanego przez "wolfram Hallama" (jak
zaczęto to zwyczajowo nazywać) próbka wzbudziła zainteresowanie
wszystkich. Nie miało znaczenia, czy ów metal był wolframem, czy też
czymś innym, ani to, czy ktoś go podmienił, czy nie. Ani nawet to, czy
był to izotop, który nie miał prawa istnieć, czy coś zupełnie innego.
Wszystkie te pytania bladły wobec faktu istnienia czegoś - cokolwiek to
było - co emitowało coraz silniejsze promieniowanie w warunkach, które
wykluczały zachodzenie jakiegokolwiek typu rozpadu promieniotwórczego,
polegającego na jakiejkolwiek liczbie znanych podówczas etapów.
- Lepiej to rozproszmy - mruknął po chwili Kantrowitsch. - Jeśli
będziemy trzymać tę substancję w sporych kawałkach, wyparuje albo
eksploduje i skazi pół miasta.
Sproszkowano więc zawartość butelki i rozproszono substancję, początkowo
mieszając ją ze zwykłym wolframem. Później, kiedy z kolei wolfram zaczął
promieniować, zmieszano go z grafitem, którego przekrój czynny jest
mniejszy.
Niecałe dwa miesiące po tym, kiedy Hallam zwrócił uwagę na zmianę
zawartości butelki, Kantrowitsch napisał artykuł do "Nuclear Reviews",
dodając nazwisko Hallama jako współautora. W artykule obwieścił
istnienie plutonu-186. W ten sposób potwierdził opinię wyrażoną przez
Tracy'ego, ale nazwisko tego ostatniego nie zostało wymienione ani
wtedy, ani nigdy później. Od tego momentu wolfram Hallama zaczął robić
zawrotną karierę, a Denison zaczął doświadczać zdarzeń, których finałem
był koniec jego kariery.
Istnienie plutonu-186 było wystarczająco niepokojącym faktem. Lecz
znacznie gorsze było to, że na początku ów metal był stabilny, a później
z niewyjaśnionych powodów coraz silniej promieniował.
Zwołano seminarium, podczas którego naukowcy mieli zająć się
poszukiwaniem rozwiązań problemu. Obrady prowadził Kantrowitsch, co jest
godne odnotowania ze względów historycznych, ponieważ wtedy po raz
ostatni w historii Pompy Elektronowej odbyło się ważne spotkanie na jej
temat pod przewodnictwem kogoś innego niż Hallam. W rzeczy samej pięć
miesięcy później Kantrowitsch zmarł i w ten sposób znikła jedyna postać,
której prestiż mógł przyćmiewać sławę Hallama.
Seminarium miało wyjątkowo bezowocny przebieg do momentu, w którym
Hallam obwieścił zebranym uzyskanie Wielkiego Wglądu. Jednak w wersji
wydarzeń zrekonstruowanej przez Lamonta prawdziwy przełom nastąpił
podczas przerwy obiadowej. To wtedy McFarland, któremu w oficjalnych
zapisach nie przypisuje się żadnej wypowiedzi, choć jego nazwisko
widnieje na liście uczestników seminarium, rzekł:
- Wie pan co, musimy trochę popuścić wodze fantazji. Przypuśćmy...
McFarland mówił do Didericka van Klemensa, który zrelacjonował tę
rozmowę w telegraficznym skrócie we własnych notatkach. Na długo przed
tym, nim Lamont odkrył ten fakt, Van Klemens umarł. Choć jego notatki
przekonały Lamonta, stwierdził on, że nie będą stanowiły dowodu
prawdziwości jego wersji historii, jeśli nie uzyska innego jej
potwierdzenia. Co więcej, nie było sposobu udowodnienia, że Hallam
podsłuchał rozmowę. Lamont byłby gotów postawić fortunę na to, że Hallam
znajdował się na tyle blisko, że słyszał wypowiedź McFarlanda. Jednak
nawet tak silne przekonanie nie wystarczało za dowód.
A gdyby tak Lamontowi udało się udowodnić całą sprawę? Nieskrywana pycha
Hallama osłabłaby zapewne, ale jego pozycja i tak pozostałaby raczej
niezagrożona. Dowodzono by, że dla McFarlanda jego własna wypowiedź była
tylko fantazją. To Hallam zaakceptował ją jako poważną hipotezę. Wszak
to on stanął naprzeciw wszystkich i oficjalnie ją postawił, ryzykując
drwiny. McFarlandowi z pewnością nawet nie przyszłoby do głowy, żeby
popuszczenie przez niego "wodzy fantazji" miało zostać oficjalnie
odnotowane.
Lamont miałby kontrargumenty: McFarland był w owym czasie znanym
fizykiem jądrowym i ryzykował utratą reputacji, a Hallam - młodym
radiochemikiem, który mógł opowiadać na temat fizyki jądrowej, co tylko
chciał, i ujść z tym na sucho jako niespecjalista.
W każdym razie według oficjalnej wersji historii Hallam powiedział:
- Panowie, do niczego nie możemy dojść. Chciałbym zatem postawić
hipotezę; nie dlatego, żeby była z całą pewnością sensowna, ale dlatego
że to mniejszy nonsens niż wszystko, co do tej pory słyszałem na tej
sali... Mamy do czynienia z plutonem-186, substancją, która w ogóle nie
może istnieć, a już tym bardziej nie może być nawet przez chwilę
stabilna, jeśli tylko naturalne prawa rządzące Wszechświatem mają
jakiekolwiek znaczenie. Skoro wspomniana substancja niewątpliwie
istnieje i początkowo była stabilna, to musiała ona, przynajmniej na
początku, istnieć w miejscu czy czasie albo w warunkach, w których prawa
rządzące Wszechświatem były inne, niż są. Ujmując to wprost, badana
przez nas substancja nie powstała w naszym, ale w innym, alternatywnym
Wszechświecie... równoległym Wszechświecie. Mniejsza o nazwę. Znalazłszy
się tutaj - nie udaję, że wiem, w jaki sposób się przedostała -
pozostawała stabilna. Stawiam hipotezę, że to dlatego, że przyniosła ze
sobą prawa natury z własnego Wszechświata. To, że powoli stała się
radioaktywna i z czasem promieniuje coraz silniej, może znaczyć, że
prawa naszego Wszechświata stopniowo zaczęły do niej przesiąkać, jeśli
rozumieją panowie, o co mi chodzi. Zwracam uwagę, że w tym samym czasie,
w którym pojawił się pluton-186, znikła próbka wolframu, złożona z kilku
stabilnych izotopów, w tym wolframu-186. Mogła przejść do wspomnianego
równoległego Wszechświata. W końcu logiczne jest przypuszczenie, że
zajście wymiany mas jest łatwiejsze niż przepływ tylko w jedną stronę.
Być może w paralelnym Wszechświecie wolfram-186 jest podobnego rodzaju
anomalią jak pluton-186 w naszym. Być może początkowo zachowuje
stabilność, a później stopniowo zaczyna coraz silniej promieniować.
Wreszcie niewykluczone, że może tam służyć za źródło energii, tak samo
jak pluton-186 u nas.
Słuchacze musieli w zdumieniu nadstawiać uszu, gdyż nie odnotowano, aby
ktokolwiek przerywał Hallamowi, przynajmniej do tego ostatniego zdania.
Po nim Hallam najwyraźniej zrobił pauzę, żeby złapać oddech i być może
zastanowić się nad własną zuchwałością.
Ktoś ze słuchaczy (prawdopodobnie Antoine-Jerome Lapin, choć nie podano
tego w jasny sposób) zapytał, czy doktor Hallam sugeruje, że jakaś
inteligentna istota z para-Wszechświata specjalnie dokonała zamiany
substancji w celu pozyskania źródła energii. Termin "para-Wszechświat",
skrót określenia "paralelny Wszechświat", wszedł do języka, użyty po raz
pierwszy w tym pytaniu.
Po chwili milczenia Hallam, ośmielony jak nigdy, oznajmił - i właśnie to
uznano za sedno Wielkiego Wglądu:
- Rzeczywiście tak uważam i sądzę, że nie da się wykorzystywać
wspomnianego źródła energii, jeśli Wszechświat i para-Wszechświat nie
będą współpracować; każdy będzie stanowił jak gdyby połowę pompy,
tłoczącej energię od nich do nas i od nas do nich, dzięki wykorzystaniu
różnic w naturalnych prawach rządzących obydwoma Wszechświatami.
Tym samym Hallam zaakceptował pojęcie "para-Wszechświat", wprowadzając
je do własnej terminologii. Co więcej, po raz pierwszy użył w odniesieniu do całej sprawy słowa "pompa" (odtąd zawsze pisanego wielką
literą).
Z oficjalnych relacji z seminarium można odnieść wrażenie, że postawiona
przez Hallama hipoteza natychmiast wywołała burzliwą dyskusję. Tak nie
było. Ci, którzy w ogóle zechcieli wypowiedzieć się na jej temat,
ograniczyli się do opinii, że to zabawna spekulacja. Co godne
odnotowania, Kantrowitsch w ogóle się nie odezwał. Miało to kluczowe
znaczenie dla rozwoju dalszej kariery Hallama.
Hallam nie do końca był w stanie samodzielnie opracować teoretyczne i praktyczne wnioski płynące z jego własnej sugestii. Potrzebny był do
tego zespół naukowców i taki też stopniowo powstał. Mimo to nikt z jego
członków otwarcie się nie przyznawał, że opowiada się za propozycją
Hallama. Zrobili to dopiero potem, kiedy było już za późno. Kiedy już
odniesiono sukces, opinia publiczna uważała, że wszelkie zasługi należą
się wyłącznie Hallamowi. Świat był przekonany, że to sam Hallam najpierw
odkrył tajemniczą substancję, później doszedł do Wielkiego Wglądu i ogłosił go światu, zatem stał się Ojcem Pompy Elektronowej.
I tak w najrozmaitszych laboratoriach powykładano kuleczki wolframu jako
coś w rodzaju przynęty. Co dziesiąta próbka zmieniła się podobnie jak ta
pierwsza, przez co powstały nowe zasoby plutonu-186. Pozostawiano także
próbki innych pierwiastków, lecz bez rezultatu... Niezależnie od tego,
gdzie pojawił się pluton-186 i kto przewoził go do siedziby organizacji
badawczej pracującej nad całą sprawą, opinia publiczna słyszała o nowej
porcji "wolframu Hallama".
Co więcej, to Hallamowi udało się najskuteczniej zaprezentować szerokim
rzeszom społeczeństwa niektóre aspekty teorii. Ku własnemu zdumieniu (co
później przyznał) okazał się zdolnym pisarzem i bardzo spodobało mu się
popularyzowanie wiedzy naukowej. Sukces rządzi się swoimi prawami i ludzie chcieli słyszeć o postępach całego przedsięwzięcia jedynie od
Hallama.
W słynnym artykule, który ukazał się w "North American Sunday Tele-Times
Weekly", Hallam napisał:
"Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak bardzo prawa rządzące
para-Wszechświatem różnią się od tych, które obowiązują w naszym
Wszechświecie, jednakże możemy z dużą dozą pewności przypuścić, iż
oddziaływanie silne, najpotężniejsze znane oddziaływanie w naszym
Wszechświecie, jest jeszcze silniejsze w para-Wszechświecie; być może
nawet sto razy. Wynika z tego, że protony łatwiej trzymają się razem,
przezwyciężając siły wzajemnych oddziaływań elektrostatycznych, w związku z czym jądro atomu potrzebuje mniej neutronów, aby zachować
stabilność.
Pluton-186, który w tym drugim Wszechświecie jest stabilny, zawiera o wiele za dużo protonów, czy też o wiele za mało neutronów, aby
pozostawał stabilny u nas, gdzie oddziaływania silne są słabsze. W naszym Wszechświecie pluton-186 zaczyna promieniować, emitując pozytony
oraz energię. Z każdym wyemitowanym pozytonem jeden proton w obrębie
jądra jednego z atomów zmienia się w neutron. W końcu po dwadzieścia
protonów na każde jądro atomowe zmienia się w neutrony, czyli tym samym
pluton-186 zmienia się w wolfram-186, który zgodnie z prawami naszego
Wszechświata jest stabilny. Podczas owego procesu zostaje
wyeliminowanych po dwadzieścia pozytonów na każde jądro atomowe. Te
pozytony napotykają elektrony i łączą się z nimi, wspólnie anihilując i wyzwalając przy tym kolejne ilości energii. Wynika z tego, że na każde
przysłane do nas jądro atomowe plutonu-186 nasz Wszechświat ostatecznie
traci dwadzieścia elektronów.
Równocześnie do para-Wszechświata przesyłany jest wolfram-186, który tam
staje się niestabilny z niejako przeciwnego powodu: według praw
rządzących para-Wszechświatem wolfram-186 ma zbyt wiele neutronów, czy
też innymi słowy za mało protonów. Jądra atomów wolframu-186 zaczynają
emitować tam elektrony oraz energię, przy czym z wraz z emisją każdego
elektronu jeden neutron zamienia się w proton. Wreszcie wolfram-186
staje się plutonem-186. Zatem przejście każdego jądra wolframu-186 do
para-Wszechświata kończy się dodaniem mu dwudziestu elektronów.
Ów cykl plutonowo-wolframowy, związany z wymianą materii pomiędzy dwoma
Wszechświatami, może trwać w nieskończoność, przy czym energia uwalnia
się zarówno we Wszechświecie, jak w para-Wszechświecie. Po zakończeniu
każdego cyklu na każde przeniesione jądro atomowe następuje transfer
dwudziestu elektronów z naszego Wszechświata do tego drugiego. Obydwie
strony mogą pozyskiwać energię z owej Międzywszechświatowej Pompy
Elektronowej".
Zamiana teorii Hallama na rzeczywistość i stworzenie działającej Pompy
Elektronowej jako źródła energii zajęły bardzo niewiele czasu.
Wydarzenia biegły z oszałamiającą szybkością, a każdy kolejny sukces
zwiększał prestiż Hallama.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki