Rowdy. Tom 1 - Jay Crownover

-
Proszę czekać

Prolog. Salem:

Nie mam zbyt wielu fajnych wspomnień z dzieciństwa. Musiałam przestrzegać zbyt wielu zasad. Zbyt wielu przepisów. Za dużo musiałam znosić karcących spojrzeń ojca i zbyt rzadko wspierała mnie w tym wszystkim moja matka.

Mieszkaliśmy w mieścinie zwanej Loveless, na zadupiu, gdzie psy szczekały ogonami. Byłam córką pastora, a gdyby to nie było już dość straszną karą, mój ojciec, gość, którego parafianie uwielbiali pasjami i darzyli ogromnym szacunkiem, w domu był tyranem jakich mało. Miałam być przykładną, grzeczną córeczką, sęk w tym, że ani w ząb nie pasowałam do tej szufladki.

Gdy skończyłam dziewięć lat, uprosiłam mamę, żeby pozwoliła mi chodzić na ekskluzywne lekcje tańca. Tęskniłam za czymś innym, odmiennym, czymś, co uczyni moją codzienną, męczącą rutynę nieco lżejszą. Byłam z siebie taka dumna, taka podekscytowana do czasu, kiedy ojciec poinformował mnie, że nie mogę tańczyć, bo jego córka nie powinna robić z siebie... widowiska! Nie mógł tego znieść. Tak właśnie było przez całe moje życie, a moja matka nie była w stanie mu się sprzeciwić, nawet jeśli oznaczało to zabronienie własnej córce czegoś, co było jej marzeniem i dawało jej radość. Wszystko, co było wbrew woli mojego ojca albo wydawało mu się nieodpowiednie czy "bezwstydne", odpadało, więdło wraz z moim poczuciem wyjątkowości i radością życia. Moi rodzice chcieli za wszelką cenę mnie zaszufladkować, nieważne, ile kosztowałoby to mnie czy ich. Nie było szans, żebym sprostała ich wymaganiom.

Wszystko pogarszał jeszcze fakt, że moja młodsza siostra była ich oczkiem w głowie i chodzącym ideałem. Ja też uwielbiałam Poppy, i to jak. Była miła i łagodna, ale i potulna, i uległa, gotowa spełnić każdą głupią zachciankę mojego ojca.

Mnie było do niej daleko: nie było szans, żebym stała się tak grzeczna jak ona. Zupełnie nie miałam ochoty skończyć jako przykładna żona i matka, wzorem mojej rodzicielki. A już na pewno nie zamierzałam dać się wcisnąć w nudne ramki tradycyjnej meksykańskiej pani domu, czego tak bardzo oczekiwał ode mnie ojciec. I tak, w wieku dziewięciu lat postanowiłam, że pójdę przez życie własną drogą. Widziałam na końcu tego mrocznego tunelu światełko. Musiałam po prostu być cierpliwa.

Kiedy nadeszła odpowiednia pora, wyrwałam się z klatki i opuściłam rodzinne strony w towarzystwie faceta z rodzaju tych, których mój ojciec szczerze nienawidził. Nie miałam nawet osiemnastu lat! Nie byłam dorosła, ale musiałam to zrobić. Musiałam uciec... nie widziałam dla siebie innej szansy na przetrwanie. Dałam z Loveless nogę. Obiecałam sobie, że już nigdy tam nie wrócę, i nie oglądałam się za siebie. Ani razu.

Nie żałuję zbytnio wyborów, których wówczas dokonałam. Do dziś jestem kobietą, która ponosi konsekwencje własnych czynów - tych dobrych i tych złych. Jestem niezależna i mam silną wolę. Żyję na własnych zasadach i jak dotąd udaje mi się to znakomicie. Fakt, nie zawsze było różowo. Bywały dni, gdy leżałam sama w ciemności i miałam ochotę tylko płakać - bez końca. Były ciche dni, kiedy docierało do mnie, że moi rodzice nie są jedynymi ludźmi, od których uciekłam z tej małej teksaskiej mieściny. Tak czy inaczej, cały czas próbowałam jednak pogodzić się z myślą, że tylko ja jestem odpowiedzialna za własne szczęście i dobrobyt i że tak właśnie powinno być aż po kres moich dni.

Nadal utrzymywałam kontakt ze swoją siostrą, Poppy. Byłyśmy sobie bliskie, nawet mimo że kilka lat temu wyszła za mąż za człowieka, za którym niezbyt przepadałam. Wciąż mieszkała w Loveless. Moja nienawiść do tego miejsca i wspomnień z nim związanych były tak silne, że nie mogłam się przemóc, żeby pojechać na ślub Poppy, który oczywiście odbył się pod czujnym okiem mojego ojca w jego kościele. Lubiłam się przeprowadzać, więc Poppy mogła mnie odwiedzać i czuć atmosferę wielkiego miasta - za każdym razem innego - w zależności od tego, które z nich stawało się akurat na chwilę moim domem. W ciągu ostatnich lat odwiedzała mnie jednak coraz rzadziej i od jakiegoś czasu nasz kontakt sprowadzał się tylko do szybkich rozmów przez telefon.

Moja cygańska dola rzuciła mnie najpierw do Phoenix, a potem Reno, zanim wreszcie upomniało się o mnie Los Angeles, po którym szybko trafiłam do Nowego Jorku. Na kilka lat zaczepiłam się w Nowym Orleanie, a potem w Austin. Ostatnio wylądowałam w Vegas, i coś w tych wszystkich jego światłach, hałasie, tym nieprzerwanym strumieniu ludzi i poczuciu, że to miasto na pięć minut, gdzie wszyscy są tylko przelotem, poruszyło mnie do głębi. Przemówiło do mnie. I tak zostałam w tej neonowej dżungli dłużej niż w którymkolwiek z innych miejsc na liście mojego tymczasowego pobytu i zrobiłam tu całkiem niezłą karierę, opierając się na tych samych decyzjach, które zdaniem moich rodziców miały w przyszłości doprowadzić mnie go zguby.

Miałam świetną pracę, wspaniałe mieszkanie i nawet spotykałam się z facetem, z którym zaczynało mnie łączyć coś więcej niż zazwyczaj sobie na to pozwalałam, kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, zadzwonił do mnie syn Phila Donovana.

Phil Donovan był w moim środowisku chodzącą legendą - prawdziwym bogiem tatuażu. Każdy z tatuażystów, których znałam, marzył, żeby być taki jak on. Był artystą, którego pracami wszyscy chcieli się chwalić. Był niesamowity. Był sławny. Lista ludzi, którzy chcieli, żeby ich szkolił, ciągnęła się na setki kilometrów. Phil był niesamowicie utalentowanym gościem. Z tego, co mówił jego syn, Nash, wynikało, że ciężko choruje, a szanse, że się z tego wygrzebie równały się niemal zeru. Nash odziedziczył po ojcu salon tatuażu w samym sercu Denver i miał za zadanie otworzyć nową filię w modniejszej części miasta zwanej LoDo - Lower Downtown. Phil podał mu mój telefon i kazał mu zadzwonić do mnie w sprawie pracy na stanowisku menedżera nowego salonu.

Starszego Donovana miałam okazję spotkać tylko raz - podczas jednego z konwentów w Las Vegas. Chciałam po prostu poznać tego legendarnego przystojnego artystę, a Phil okazał się zabójczym przykładem wspaniale starzejącego się rockandrollowca. Był również czarujący, uprzejmy i coś w jego zachowaniu dziwnie mnie do niego ciągnęło. Skończyło się na tym, że przegadaliśmy ładnych parę godzin. Zaproponował, że mi coś wytatuuje, i nie było mowy, żebym odmówiła. Następny dzień spędziłam u niego na fotelu i w efekcie opowiedziałam mu historię swojego życia pod czujnym spojrzeniem tych jego fioletowych oczu. To było tak, jakbym uzyskała rozgrzeszenie z każdego grzechu, jaki kiedykolwiek popełniłam, od wydziaranego od stóp do głów i odlotowego papieża. Kiedy zapytał, skąd jestem, a ja odpowiedziałam "z nikąd", roześmiał się tylko. A gdy wspomniałam, że dorastałam w bardzo konserwatywnym miasteczku w Teksasie, zwanym Loveless, poczułam, że coś w jego zachowaniu się zmieniło. Spoważniał, zaczął zadawać mnóstwo pytań, a gdy już skończył mi robić na łydce piękny, misterny i bardzo tradycyjny tatuaż Matki Bożej z Guadalupe, czułam się, jakby Phil znał mnie lepiej niż ja sama siebie.

Pożegnaliśmy się i nigdy więcej nie wracałam do tamtego spotkania myślami; jedynym, co mi o nim przypominało, był tatuaż wykonany przez samego Phila Donovana, "tego" Phila, dający mi powód do niesamowitej dumy i którego wszyscy mi zazdrościli. Zupełnie nie spodziewałam się telefonu od Nasha, więc odruchowo chciałam go spławić. Przykro mi było słyszeć, że z jego ojcem jest kiepsko, a poza tym naprawdę nie miałam ochoty wyjeżdżać z Vegas. W Kolorado były góry i było tam zimno, a ja nie darzyłam specjalnym uczuciem ani jednego, ani drugiego. Miałam się już rozłączyć, kiedy Nash poprosił mnie, żebym zerknęła na stronę internetową salonu i przejrzała portfolia artystów. Powiedział mi, że Phil był stuprocentowo pewny, iż będę zainteresowana propozycją i przeprowadzką, gdy już to zrobię. Wzruszyłam ramionami i rozłączyłam się, musiałam jednak przyznać, że podsycił moją ciekawość, więc wyszukałam w telefonie ich stronę.

Salon Marked cieszył się bardzo dobrą reputacją. Oceny sięgały górnych rejestrów skali, a prace artystów dosłownie zapierały dech w piersi. Nic z tego nie skłoniło mnie jednak do zmiany decyzji... dopóki nie trafiłam na podstronę jednego z pracowników salonu, która sprawiła, że w mgnieniu oka postanowiłam się przenieść z Vegas do Denver.

Z maleńkiego ekranu telefonu patrzyło na mnie jedyne dobre i ciepłe wspomnienie z czasów mojej młodości - jedyna rzecz, którą zachowałam w sercu - nieważne, gdzie byłam i jak się czułam. Patrzyła na mnie dorosła wersja błękitnookiego chłopca, który był w całym moim życiu jedyną osobą zdolną sprawić, że czułam się akceptowana. Jedyną osobą, która dawała mi do zrozumienia, że byłam w porządku taka, jaka byłam, i że bycie mną było czymś cudownym.

Rowland St. James... Rowdy. Chłopiec z sąsiedztwa, taki słodki, taki niewinny... tak bardzo bojący się zaszufladkowania i samotności.

Pamiętam, że kiedy Poppy pierwszy raz przywlokła go na podwórko, żeby się z nami pobawił, patrzyłam zdziwiona, jak trudno jest mu włączyć się do zabawy i rozluźnić. Był taki drobny i miał takie wielkie, smutne oczy, że na jego widok serce mi się ścisnęło. Każde dziecko powinno wiedzieć, na czym polega zabawa, powinno z radością tarzać się w błocie i wdawać w bójki... i wyglądało na to, że żadne dziecko nie ma z tym problemu, żadne, z wyjątkiem Rowdy'ego.

Chyba tak bardzo mu współczułam właśnie dlatego, że aż za dobrze wiedziałam, jak się czuje. Byłam zaledwie nastolatką i nawet nie chciałam myśleć o tym, jak zareaguje mój ojciec na powrót do domu w podartych ubraniach i z podrapanymi kolanami. Wiedziałam, że będzie na mnie krzyczał, dostanę karę i cofnie mi te kilka nielicznych przywilejów, które miałam, i że cała zabawa na świecie nie była warta tych konsekwencji, więc przeważnie z tego wszystkiego rezygnowałam. Siedziałam po prostu z boku i przyglądałam się, jak wszyscy świetnie się bawią. Tyle tylko, że kiedy zjawił się Rowdy, nie musiałam już dłużej siedzieć sama.

To właśnie tak dowiedziałam się o jego talencie artystycznym. Rysowanie było czystym, prostym zajęciem, które zazwyczaj nudziło mnie śmiertelnie - podczas gry w kółko i krzyżyk czy wisielca nie było szans, żeby się pobrudzić czy coś sobie zrobić. Nie miałam zielonego pojęcia, że kilka głupich czystych kartek i kredek wyzwoli w Rowdym artystyczną duszę, która porwie mnie bez reszty. Już w wieku dziesięciu lat potrafił tworzyć obrazy i pejzaże, które wyglądały tak realistycznie, że zasługiwały na oprawienie i powieszenie na ścianie w galerii sztuki. Chłopak był zdolny jak cholera. Gdy zabierał się do rysowania, pierwszy raz widziałam na jego twarzy prawdziwy uśmiech. Wprost uwielbiał rysować, kochał szkicować i babrać się w farbach, więc kiedy lądowaliśmy razem na uboczu, z dala od innych dzieci, właśnie tym się zajmowaliśmy: bazgroleniem i mazaniem. Szło mi opornie, ale dawałam się w to wciągnąć, bo widziałam, jak bardzo go to uszczęśliwia.

Chociaż byliśmy w różnym wieku i tak wiele nas dzieliło, Rowdy doskonale rozumiał, jak to jest pragnąć więcej, być kimś więcej niż to, czym zmuszeni byliśmy się zadowolić. Był dla mnie bratnią duszą i jak nikt potrafił przywołać mi na twarz uśmiech w tym okresie, gdy moje dni były tak ponure i przepełnione samotnością. Byliśmy dwójką dzieciaków, która próbowała sobie radzić, najlepiej jak mogła, w rodzinach, które zwyczajnie nas nie chciały i nie rozumiały. Może i życie zmusiło nas oboje do bycia outsiderami, odrzucanymi przez naszych bliskich, ale przynajmniej mogliśmy w tym wszystkim trzymać się razem - i dzięki temu nie czuliśmy się osamotnieni. Rowdy był dla mnie najlepszym przyjacielem i nadal tak o nim myślałam. Czasami jednak zastanawiałam się nad tym, czy dobrze się czuł taki odtrącony u mojego boku, z nosem przyciśniętym do szyby - kolejna osoba w moim życiu zaślepiona pozorną doskonałością mojej siostry, Poppy. Obserwowaliśmy wszystko z dystansu, nigdy nie czując się częścią grupy ani kimś mile w niej widzianym, ale on ani na chwilę nie spuszczał oka z mojej młodszej siostry.

Od zawsze wiedziałam, że Poppy jest dla niego najważniejsza, ale czasami zapominałam o tym, zwłaszcza podczas moich ostatnich chwil w Loveless. W momencie gdy mój rodzinny dom znikał mi z oczu, kiedy już-już miałam zostawić Loveless za sobą, zobaczyłam w lusterku samochodu te błękitne jak letnie niebo oczy. Wyskoczyłam z wozu jak oparzona i w ułamku sekundy łącząca nas więź zmieniła się w coś innego, coś znacznie głębszego. Widziałam w nim kogoś starszego - o wiele więcej niż tylko zagubionego nastolatka. Miał tylko piętnaście lat; był zbyt młody, żeby w jego oczach malowały się łamiąca serce rozpacz i strach. Był zbyt młody, żeby nagle wyglądać tak dorośle i odmiennie. W mgnieniu oka stał się dla mnie kimś stanowczo zbyt bliskim i godnym pożądania... a jednocześnie niedostępnym. Żadne z nas nie było jednak na to gotowe - miałam niecałe osiemnaście lat - i nie miałam bladego pojęcia o tym, jak drastyczne i brzemienne w skutki okażą się moje decyzje, ani jak długotrwały efekt będą miały, ale musiałam, po prostu musiałam pocałować go na pożegnanie, dać mu poznać, jak bardzo się dla mnie liczy pod tak wieloma względami. I to nawet mimo iż wiedziałam, że go zostawiam i już nigdy więcej się nie spotkamy.

Aż do teraz, do chwili, w której - dzięki opatrzności losu i knowaniom nieocenionego (i nieodżałowanego) Phila Donovana - Rowdy gapił się na mnie, zaskoczony, cudowny i bardzo, tak bardzo dorosły. Wciąż miał te swoje jasne włosy, wciąż uśmiechał się tym swoim olśniewającym uśmiechem, który sprawiał, że nogi się pode mną uginały, ale był wyższy, zdecydowanie bardziej męski, a niebieskie oczyska walczyły o lepsze z barwnym gąszczem tatuaży, pokrywających większą część jego obnażonej skóry. Całkiem jakbym nagle spojrzała w głąb kryształowej kuli ukazującej przyszłość, jaką chciałabym dla siebie widzieć.

Bez namysłu oddzwoniłam do Nasha i przyjęłam tę pracę. Jak przez mgłę pamiętam, że młodszy Donovan przebąkiwał coś o rozmowie o pracę, ale ledwie go słyszałam, tak mocno dzwoniło mi w uszach od natłoku emocji. Jasne, chciałam poznać więcej szczegółów, zanim spakuję się i wyjadę, ale wiedziałam już, jaki jest następny etap w moim życiu, i miałam przed sobą nowy cel. Chciałam się przekonać, czy Rowdy nadal mnie pamięta, czy wciąż coś nas łączy, ta szczególna więź, która sprawiała, że tak wspaniale się dogadywaliśmy, gdy byliśmy bardzo młodzi i jeszcze zbyt zagubieni, żeby wiedzieć, co z tego może wyniknąć.

Dosłownie chwilę zajęło mi załatwienie spraw z salonem, w którym obecnie pracowałam, chyba głównie dlatego, że dopiero co podpisali umowę na jakieś dziwne reality show związane z tatuażami, i miałam niejasne wrażenie, że jedną z ich głównych kart przetargowych było osadzenie mnie w roli recepcjonistki. Od jakiegoś czasu miałam też chętkę powiedzieć "pa-pa" panu "chcę więcej!" i wyruszyć do Nowego Jorku na sesję zdjęciową, do której chciał mnie zaangażować jeden z branżowych magazynów. Z dnia na dzień ogarniał mnie coraz większy niepokój. Chciałam już być w Kolorado - już, teraz! - i przyjrzeć się własnymi oczami dorosłej wersji Rowdy'ego. Umierałam z ciekawości, pragnąc się dowiedzieć, co takiego spotkało go w czasie naszej rozłąki, poza oczywiście tym, że zmienił się w cholernie seksowne ciacho. Rowdy od zawsze był kimś niesamowitym. Uprzejmy i dobrze ułożony, nawet jeśli jego życie było dalekie od usłanego różami. Od zawsze go podziwiałam. Zazdrościłam mu tego, że umiał pogodzić się z tym, co przynosił mu los. Ja byłam całkowitym jego przeciwieństwem. Całe swoje życie zamieniałam w walkę - walkę o przetrwanie - i to mnie wyczerpywało do cna.

Walka o wszystko, wydzieranie życiu pazurami tego, co mi się należało, oznaczało przegrany bój, bo zatracałam w całym tym chaosie świadomość tego, co ważne.

Co chwila pakowałam wszystko, co się dla mnie liczyło, do bagażnika samochodu i odjeżdżałam z piskiem opon. Teraz jednak pierwszy raz zdarzyło się, że opuszczałam jakieś miejsce, mając rysujący się w głowie wyraźnie plan. Nie tylko oczekiwałam z niecierpliwością konfrontacji z jedynym szczęśliwym wspomnieniem z mojego poprzedniego życia, ale i miałam nadzieję na niesienie pomocy w budowaniu czegoś w rodzaju tatuażowego imperium - przekazania dziedzictwa Phila szerszemu światu, w towarzystwie nowej generacji bogów tatuażu. To było ekscytujące, a ja uwielbiałam ciekawe wyzwania.

Gdy dotarłam wreszcie do Denver w maju, nie mogłam się nadziwić, jak cudownym miejscem okazało się to miasto. Było takie... czyste!, a widok wznoszących się nad nim gór dosłownie zapierał dech w piersi. Wydawało się tak pełne życia - tak odmienne od wszystkiego, czego dotychczas doświadczyłam - że momentalnie poczułam się źle ze świadomością, iż mogłam ot tak, lekką ręką to od siebie odsunąć. Gdy odetchnęłam głęboko, odniosłam wrażenie, że to świeże, górskie powietrze dosłownie zmienia mnie od środka. A może po prostu zakręciło mi się w głowie od niedotlenienia? Denver leżało całkiem wysoko nad poziomem morza, a dla takiego mieszczucha jak ja oddychanie na tej wysokości mogło się okazać zabójcze.

Znalazłam sobie przytulne, ładnie umeblowane mieszkanko. W końcu byłam specjalistką od przenoszenia się z miejsca na miejsce, czyż nie? Wygłosiłam w myśli krótką mowę motywującą, aby przekonać samą siebie, że szalona przeprowadzka do nowego stanu to nie jedynie zachcianka zobaczenia znów mojego wyidealizowanego ciacha. Wystroiłam się, uczesałam, nałożyłam na usta krwistoczerwoną pomadkę i wsunęłam stopy w niebotycznie wysokie szpile, a potem wyruszyłam oczarować mojego potencjalnego nowego pracodawcę.

Mój nowy szef okazał się cholernym przystojniakiem. Tak samo zresztą jak jego kolega. Serio - powinni ich dać na strony kalendarza reklamującego gorące wytatuowane i wykolczykowane ciacha z Denver. Na dzień dobry obaj zmierzyli mnie czujnym wzrokiem. Przyglądali się długo moim tatuażom - i to nie w ten głupi sposób jak niektórzy, gapiąc się na nie jak cielę w malowane wrota; oceniali po prostu dobre, solidne prace okiem znawcy. Chyba przeszłam test pozytywnie, bo mikra, wygadana blondyneczka z dzieckiem na ręku uśmiechnęła się do mnie ciepło i powiedziała im, że albo ja, albo nikt inny. Pan "seksowne ciacho" z płomieniami wytatuowanymi na głowie - Nash, jak się domyśliłam po samym spojrzeniu jego oczu, oczu Phila - zaproponował mi robotę. Oczywiście, przyjęłam ją.

Gość z czarnym irokezem, przechadzający się wokół rozkołysanym krokiem, bąknął pod nosem coś sarkastycznego i uśmiechnął się do mnie tak, że gdyby nie obrączka na jego palcu, rzuciłabym się na niego i żywcem go pożarła. Ta dwójka wyglądała na kolesi, którzy potrafią wpędzić laskę w poważne kłopoty. Poinformowałam ich grzecznie, że świetnie sobie poradzę i bardzo się cieszę z nowego stanowiska. Już-już miałam się pożegnać i wyjść... gdy usłyszałam jego głos.

Był głębszy, mroczniejszy, niż go zapamiętałam, jednak pod całym tym melodyjnym barytonem nie dało się nie rozpoznać zaśpiewu rodem z Teksasu, który tak dobrze pamiętałam z dzieciństwa. Gdy wszedł na schody i mnie zobaczył, oczy zrobiły mu się wielkie jak spodki; widziałam wyraźnie, jak na mój widok zamiera, zaskoczony. Nie mogłam powstrzymać cisnącego mi się na usta uśmiechu. Chociaż on nie wydawał się zachwycony moim widokiem, ja byłam przeszczęśliwa i wiedziałam - po prostu wiedziałam - że dokonałam dobrego wyboru. Podeszłam do niego; czułam, jakby coś mnie do niego przyciągało, wsłuchana w hipnotyczny rytm moich obcasów, stukających o drewnianą podłogę w takt bicia mojego serca.

Stanęłam tuż przed nim. Chociaż stałam o stopień wyżej, był ode mnie wyższy o głowę. Miał szerokie bary i sprawiał wrażenie obezwładniająco silnego. Przyglądał mi się, jakby właśnie zobaczył ducha.

Cóż, dokładnie tak było. Byłam zjawą, duchem z jego przeszłości - całkiem tak jak on z mojej.

Przejechałam palcem po grzbiecie jego nosa i oparłam się chęci złożenia na jego ustach namiętnego pocałunku.

Nazwałam go po imieniu jego prawdziwym imieniem, tak aby nie miał żadnych wątpliwości, z kim ma do czynienia:

- Witaj, Rowland. Kopę lat. Hm, zmężniałeś.

Gapiliśmy się na siebie dobrą chwilę w milczeniu i widziałam, jak krew dosłownie odpływa mu z twarzy. Wyszeptał moje imię zduszonym głosem.

Z boku szyi miał wytatuowaną pokaźnych rozmiarów kotwicę. W tej chwili wyglądała tak, jakby miała się stamtąd zerwać, poruszana gwałtownym tętnieniem pod skórą.

Obejrzałam się przez ramię i rzuciłam pod adresem reszty zdziwionej widowni:

- Mówię wam, będzie bombowo. Do zobaczenia w poniedziałek w robocie! Przyślijcie mi mailem papiery, które mam wypełnić.

Gdy schodziłam po schodach, celowo otarłam się ramieniem o pierś zaskoczonego Rowdy'ego. Czułam, jak wali mu serce, czułam, jak cały drży. Wiedziałam, że jest to spowodowane bardziej zaskoczeniem niż moim kobiecym urokiem, ale nie obchodziło mnie to zbytnio.

Miałam wrażenie, że pierwszy raz w całym swoim życiu znalazłam się dokładnie tam, gdzie powinnam.

Koniec wersji demonstracyjnej.