Roth wyzwolony. Pisarz i jego książki - Claudia Roth Pierpont


Reflow text when sidebars are open.
Przede wszystkim pragnę oczywiście podziękować samemu Philipowi Rothowi za wszystko, co zrobił.
Jednocześnie chciałabym wyrazić wdzięczność tym wszystkim, którzy pomogli mi urzeczywistnić zamysł tej książki, obdarowując mnie tym, co mieli.
Dziękuję Jonathanowi Galassiemu za wsparcie, spokój i inteligencję oraz nieomylne ucho, a także wszystkim z wydawnictwa Farrar, Straus and Giroux, a zwłaszcza Mirandzie Popkey, Jonathanowi Lippincottowi, Mareike Grover, Devonowi Mazzone, Jeffowi Seroyowi i Lottchen Shivers za ich niezwykle staranną pracę.
Robertowi Cornfieldowi, bardzo mądremu przyjacielowi, który poprowadził mnie najeżoną trudnościami ścieżką od dziennikarstwa do książek.
Ann Goldstein, która wie więcej o języku angielskim niż którakolwiek ze znanych mi osób i pracowała nad każdą stroną tej książki - mojej sojuszniczce i wspaniałej przyjaciółce.
A także niezwykle uprzejmym przyjaciołom Philipa Rotha, którzy dzielili się ze mną swoimi wspomnieniami: Janis Freedman Bellow, Joelowi Conarroe, Barbarze Sproul, Benjaminowi Taylorowi i Judith Thurman.
Moim drogim przyjaciołom: Robertowi Gottliebowi i Mindy Aloff, którzy przeczytali cały wydruk i udzielili mi cennych rad. Jak również Alastairowi Macaulayowi i Alexowi Bevilacqua, którzy słuchali mnie cierpliwie i zawsze mądrze wszystko komentowali. Dziękuję za towarzystwo i długie rozmowy.
Bonnie Yochelson za wspaniałą przejażdżkę w deszczu po Newark.
Hermione Lee za zaproszenia, rozmowy i zachęty.
Doktorowi Jeffreyowi Liebmannowi, dzięki któremu mogłam pracować nad kolejnymi stronami książki.
Shivie Rouhani, która zamieniła mękę fotografowania w piknik.
Catherine von Klitzing za wspaniałe jedzenie.
Allegrze Kent za piękno, przeszłość i piwonie.
Jimowi Pappasowi, wspaniałemu księgarzowi, którego stolik przy Columbus Avenue był świadkiem tylu ważnych spotkań z wieloma ludźmi, łącznie z Philipem Rothem.
Mojej wspaniałej rodzinie, ludziom, którzy stanowią treść mego życia: Julii Pierpont (wspaniałej pisarce, której pierwsza książka ukazała się w 2014 roku), Shirley Roth, Allanowi Rothowi, Bobowi i Mary Pierpontom, Doris Garcii i Dianie Garcii. Moja rodzina, jak i przyjaciele, jest dla mnie prawdziwym błogosławieństwem.
Przede wszystkim zaś dziękuję mojemu mężowi Robertowi Pierpontowi, który przeczytał tę książkę niemal tyle samo razy co ja i zawsze mnie wspierał, zachęcał do pisania i darzył miłością.
Amerykańska sielanka, przeł. J. Kozak, Kraków 2015.
Cień pisarza, przeł. J. Zieliński, Poznań 2004.
Duch wychodzi, przeł. J. Kozak, Warszawa 2010.
Dziedzictwo, przeł. J. Jarniewicz, Łódź 1991.
Everyman, przeł. J. Kozak, Warszawa 2008.
Fakty, przeł. J. Kozak, Warszawa 2011.
Goodbye, Columbus and Five Short Stories, Boston 1959 (polski tytuł na podstawie filmu Żegnaj, Kolumbie).
Great American Novel, New York 1973.
Kiedy była dobra, przeł. P. Kruk, Poznań 1995 (książka wydana też pod tytułem Gdy była porządną dziewczyną).
Kompleks Portnoya, przeł. A. Kołyszko, Kraków 2014.
Konające zwierzę, przeł. J. Kozak, Warszawa 2006.
Lekcja anatomii, przeł. I. Szymaniak, Warszawa 1993.
Letting Go, New York 1962.
Ludzka skaza, przeł. J. Kozak, Warszawa 2004.
Mój wiek męski, przeł. I. Zalewski, Warszawa 1994.
Nasza klika, przeł. J. Kotlicka, Gdańsk 1993.
Nauczyciel pożądania, przeł. J. Spólny, Poznań 2005.
Nemezis, przeł. J. Kozak, Warszawa 2012.
Operacja Shylock, przeł. G. Siwek, Warszawa 1996.
Oszustwo, przeł. J. Jarniewicz, Łodź 1990.
Pierś, przeł. H. Cieplińska, Warszawa 1989.
Praska orgia, przeł. J. Zieliński, Warszawa 1991.
Przeciwżycie, przeł. Z. Zinserling, Warszawa 1994.
Reading Myself and Others, New York 1975.
Shop Talk: A Writer and His Colleagues and Their Work, Boston 2001.
Spisek przeciwko Ameryce, przeł. J. Kozak, Warszawa 2007.
Teatr Sabata, przeł. J. Spólny, Warszawa 2000.
Upokorzenie, przeł. J. Kozak, Warszawa 2011.
Wyszłam za komunistę, przeł. J. Spólny, Warszawa 2003.
Wzburzenie, przeł. J. Kozak, Warszawa 2011.
Zuckerman wyzwolony, przeł. J. Spólny, Poznań 2008.
A
Adelson Sheldon
Algren Nelson
Allen Fred
Allen Woody
Alvarez Al
Amis Martin
Anderson Sherwood
Annan Noel
Antler Joyce
Appelfeld Aharon
Arafat Jasir
Arendt Hannah
Arystofanes
Asher Aaron
Atwood Margaret
Auden W.H.
Avishai Bernard
B
Babel Isaak
Bach Johann Sebastian
Bailey Clinton
Baldwin James
Barth John
Beard Mary
Beckett Samuel
Beethoven Ludwig van
Begin Menachem
Bellow Janis Freedman-
Bellow Saul
Bennett Arnold
Benny Jack
Berg Gertrude
Berlin Irving
Berlin Isaiah
Bernstein Robert L.
Bloom Claire
Bloom Harold
Boas Franz
Borges Jorge Luis
Borowski Tadeusz
Bosworth Patrizia
Botstein Leon
Boudin Kathy
Bourjaily Vance
Brand Dorothy
Brando Marlon
Brendel Alfred
Brendelowie
Brice Fanny
Brod Max
Brodski Josif
Bronfman Yefim
Brown Dan
Brown Tina
Broyard Anatole
Bruce Lenny
Brynner Yul
Buckman Gertrude
Bullock Alan
Burton Richard
Bush George W.
C
Caldwell Gail
Calley William
Camus Albert
Canby Vincent
Capote Truman
Carlyle Thomas
Caro Robert
Carson Johnny
Carter Angela
Cather Willa
Céline Louis-Ferdinand
Cerf Bennett
Chaplin Charlie
Chaucer Geoffrey
Cheever John
Chopin Fryderyk
Clinton Bill
Clinton Hillary
Coetzee J.M.
Cohen Irving
Cohen Leah Hager
Colbert Claudette
Colette (właśc. Sidonie-Gabrielle Colette)
Conarroe Joel
Conrad Joseph
Corwin Norman
Coughlin ksiądz
Crouch Stanley
Czechow Anton
D
Daumier Honoré
DeLillo Don
Demianiuk Iwan-
De Niro Robert
Dickens Charles
Dickstein Morris
Dinesen Isak
Dohrn Bernardine
Donato Pietro di
Dongala Emmanuel
Donne John
Dos Passos John
Dostojewski Fiodor
Dreiser Theodore
Du Bois W.E.B.
E
Edel Leon
Eichmann Adolf
Eisenhower Dwight D.
Eldridge Roy
Eliot T.S.
Ellison Ralph
Elon Amos
Epstein Barbara
Epstein Jason
Epstein Lawrence J.
Escher M.C.
Eurypides
F
Farrow Mia
Fast Howard
Faulkner William
Feiffer Jules
Ferenczi Sándor
Fiedler Leslie
Finkel Emanuel "Mickey"
Finkel Bess, zob. Roth Bess
Finkel Honey
Finkel Philip
Finkielkraut Alain
Fitzgerald F. Scott
Fitzgerald Zelda
Flaubert Gustave
Ford Henry
Fox Joe
Frank Anne
Frank Margot
Fraser Antonia
Freud Sigmund
Friedman Bruce Jay
G
Gabel Martin
Galsworthy John
Gass William
Gates David
Gates Henry Louis junior
Gauguin Paul
Geffen Arthur
Genet Jean
Geng Veronica
Gens Jakub
Gershwin George
Gessen Keith
Gide André
Ginzburg Jewgienia
Giraudoux Jean
Gitcha Meema
Gitlin Todd
Glassman Susan
Goebbels Joseph
Gogol Nikołaj
Gombrowicz Witold
Goodman Benny
Gornick Vivian
Graham Billy
Grant Linda
Greenberg Eliezer
Greenburg Dan
Greenfield Josh
Groddeck Georg
Groffsky Maxine
Grumbach Doris
Guston Philip
H
Haetzni Elyakim
Haldeman H.R.
Hardwick Elizabeth
Hardy Thomas
Havel Václav
Hawthorne Nathaniel
Haydn Josef
Hayward Susan
Hayworth Rita
Heine Heinrich
Heller Zoë
Hemingway Ernest
Hepburn Katharine
Herr Michael
Hersey John
Herzl Theodor
Hitler Adolf
Hobhouse Janet
Hoffman Dustin
Holub Miroslav
Hope Bob
Hopper Edward
Howard Maureen
Howe Irving
Hungerford Amy
Husák Gustáv
Huvelle C.H.
Huvelle Mary
J
James Henry
Jarrell Randall
Johnson Lyndon Baines
Jolson Al
Joplin Janis
Joyce James
Judt Tony
Justice Donald
K
Kafka Franz
Kafka Ottla
Kafka Valerie
Kakutani Michiko
Kazin Alfred
Keats John
Kelly Robert
Kennedy Jacqueline
Kennedy Joseph
Kent Allegra
Kermode Frank
Kierkegaard S?ren
King Stephen
Kiš Danilo
Kissinger Henry
Kitaj R.B.
Kleinschmidt Hans
Klíma Ivan
Klímová Rita
Klinghoffer Leon
Konrád György
Kornbluth Jesse
Kosiński Jerzy
Kramer Hilton
Kundera Milan
Kundera Vera
L
Lamarr Hedy
LaMotta Jake
Lawrence D. H.
Le Carré John (właśc. David Cornwell)
Lee Harper
Lee Hermione
Lehmann-Haupt Christopher
Leonard John
Lessing Doris
Levi Primo
Lewinsky Monica
Lewis Sinclair
Liehm Antonín
Liehm Mira
Lindbergh Charles
Lindsay John
Lonoff Lenny
Louis Joe
Lowenstein Bob
Lukacs John
Lurie Alison
M
Macdonald Dwight
McGraw Ali
Mahler Gustav
Mailer Norman
Malamud Bernard
Malaparte Curzio
Manea Norman
Mann Erika
Mann Thomas
Mars-Jones Adam
Martin Mildred
Martin Nan
Martinson Williams Margaret, zob. Roth Margaret
Marx, bracia
Masin Seymour (Szwed)
Matisse Henri
Maurer Bob
Maurer Charlotte
May Elaine
McCarthy Cormack
McCarthy Joseph
McCarthy Mary
Melville Herman
Menand Louis
Miles Jack
Miller Arthur
Miller Henry
Miller Ross
Miłosz Czesław
Milton John
Mishima Yukio
Mitchell John
Montefiore Simon Sebag
Morrell Ottoline
Mozart Wolfgang Amadeus
Mucha Jiří
Mudge Ann
Munro Alice
Musil Robert
N
Nasaw David
Nichols Mike
Nixon Richard M.
O
Oates Joyce Carol
Obama Barack
O'Brien Edna
Olivier Laurence
O'Neill Eugene
Orwell George
Oswald Lee Harvey
P
Passer Ivan
Peerce Larry
Perelman S.J.
Picasso Pablo
Pilar Luba
Pilar Rudolf
Pinter Harold
Plimpton George
Podhoretz Norman
Pollard Jonathan
Pollock Jackson
Powell Betty
Prescott Orville
Pritchard William
Prokofiew Siergiej
Proulx Annie
Proust Marcel
Puzo Mario
Pynchon Thomas
R
Raab Scott
Rampersad Arnold
Reagan Ronald
Réage Pauline
Remnick David
Rhys Jean
Ribbentrop Joachim von
Rich Frank
Richardson Ralpch
Rieff David
Rilke Rainer Maria
Robinson Sugar Ray
Rogow Betty
Roiphe Katie
Rollins Sonny
Romney Mitt
Roosevelt Eleanor
Roosevelt Franklin D.
Rosten Leo
Rostropowicz-Clark Joanna
Roth Bess
Roth Herman
Roth Margaret (Maggie)
Roth Sanford (Sandy)
Roth Sender
Runyon Damon
Rushdie Salman
S
Said Edward
Salinger J.D.
Saudková V?ra
Schlesinger Arthur
Scholem Gershom
Schopenhauer Arthur
Schulz Bruno
Schumann Robert
Schwartz Delmore
Scofield Paul
Segal Lore
Seldes George
Sereny Gitta
Servadio Gaia
Shaw Irvin
Shawn William
Shechner Mike
Sheed Wilfrid
Shields Carol
Silver Ron
Simic Charles
Simon Neil
Simpson O.J.
Sinatra Frank
Singer Isaac Bashevis
Smith Willard
Solotaroff Ted
Sołżenicyn Aleksandr
Sontag Susan
Sorin Gerald
Spencer Stanley
Sproul Barbara
Stabiner Karen
Stalin Józef
Steiger Anna
Steiger Rod
Steiner Marianne
Stern Isaac
Stern Richard
Strand Mark
Straus Roger
Strauss Richard
Streicher Julius
Streisand Barbra
Styron William
Susann Jacqueline
Swift Jonathan
Symons Julian
Syrkin Marie
Szekspir William
Szostakowicz Dmitrij
T
Tati Jacques
Taylor Benjamin
Thomas D.M.
Thomson Ian
Thurman Judith
Tołstoj Lew
Toscanini Arturo
Towers Robert
Tucker Richard
Tumin Melville
Tunis John
Turgieniew Iwan
U
Updike John
Updike'owie
Uris Leon
V
Vaculík Ludvík
W
Walker Alice
Wałęsa Lech
Weldon Fay
Welty Eudora
Wharton Edith
Wheeler Burton K.
Wieseltier Leon
Wilentz Sean
Williams David
Williams Holly
Wilson Edmund
Winik Marion
Wolfe Thomas
Wolter (właśc. François Marie Arouet Voltaire)
Wood James
Woolf Virginia
Wouk Herman
Wylie Andrew
Wylie Philip
Y
Yeats William Butler
Z
Zola Émile
W grudniu 2002 roku wychodziłam właśnie z tłocznego przyjęcia urodzinowego, kiedy przy drzwiach zatrzymał mnie gospodarz i powiedział, że jeśli zostanę, przedstawi mnie Philipowi Rothowi; wiedział, że podziwiałam jego twórczość. Przyjęcie odbywało się w klubie jazzowym w centrum Nowego Jorku, gospodarzem i solenizantem był krytyk jazzowy Stanley Crouch, a Roth siedział przy barze otoczony wianuszkiem gości. Obecność Stanleya, a także kilka wypitych piw sprawiły, że zebrałam się na odwagę, podeszłam do niego i chlapnęłam, że moim zdaniem jest jednym z największych amerykańskich pisarzy dwudziestego wieku. Roth uśmiechnął się i powiedział: "Ale teraz mamy dwudziesty pierwszy wiek". A potem zwrócił się do stojącego obok Stanleya: "Przyprowadzasz kobiety, które mnie tylko obrażają!". Zaśmialiśmy się i powiedziałam mu parę słów, z nadzieją, że zabrzmią nieco zręczniej. A potem wyszłam. Roth w ogóle zapomniał o tym spotkaniu.
Niemal dwa lata później dostałam od niego przesyłkę z jego adresem z Connecticut widniejącym w lewym górnym rogu koperty. Wewnątrz znajdował się krótki wydrukowany na zwykłym białym papierze list odnoszący się do załączonej odbitki. Autor pisał o artykule z "New Yorkera", w którym omawiałam prace antropologa Franza Boasa. Nawiązywał on do wątków przewijających się w najnowszej książce Rotha Spisek przeciwko Ameryce: zagrożeń związanych z amerykańską prawicą w latach trzydziestych i na początku czterdziestych minionego wieku oraz walki z izolacjonizmem i fanatyzmem, ale w bardzo szerokim ujęciu i przy użyciu innych sformułowań niż te z listu Rotha. Na odbitce znalazłam stronę tytułową zapomnianego już tygodnika "In Fact" z 17 listopada 1941 roku, którego "redaktorem naczelnym był lewicujący indywidualista George Seldes" - jak wyjaśnił Roth. Ktoś wysłał mu to ksero, ponieważ numer ten zawierał artykuł o Charlesie Lindberghu, który w alterhistorycznej powieści Rotha zostaje prezydentem USA. On sam przesłał mi odbitkę ze względu na artykuł o Boasie, który jego zdaniem mógłby mnie zainteresować. Wspomniał też, że jego ojciec kupował "In Fact" oraz "I. F. Stone's Weekly" - "pisma mające podsycać oburzenie".
Czytelnicy tej książki się przekonają, że Roth dość często wysyła tego rodzaju listy do osób, które napisały coś, co wzbudziło jego zainteresowanie. Odpisałam mu, a on odpowiedział i w końcu spotkaliśmy się na kawie w Nowym Jorku. Bardzo szybko przestałam się denerwować tym spotkaniem. Roth to cudowny gawędziarz, ale umie też słuchać - jest tak dowcipny, jak można by wnosić z jego książek, ale również sprawia, że wszyscy wokół niego czują się dowcipni, i w jego towarzystwie śmiech staje się czymś zupełnie naturalnym. To pierwsze spotkanie zapoczątkowało wiele kolejnych, którym towarzyszyły gorące dyskusje.
Z zawodu jestem dziennikarką, ale z wykształcenia historykiem sztuki - wiele lat temu napisałam pracę o włoskim renesansie i spędziłam mnóstwo czasu w europejskich archiwach, szukając informacji, które mogłyby wzbogacić niemałą już wiedzę o moim ukochanym okresie. Nawet najmniejsze odkrycia dawały mi dużo radości i sprawiały, że czułam się częścią historii i sztuki tworzonej przez największych europejskich artystów, tak jakbym uchylała rąbka jakiejś choćby niewielkiej tajemnicy. I chociaż przez mniej więcej osiem lat tak łatwo rozmawiało się z Rothem o książkach, polityce i wielu innych sprawach, to nigdy nie zapominałam o tym, że pogawędki z nim o jego twórczości stanowią jednocześnie wielki przywilej. I przynajmniej w tej kwestii starałam się odnotowywać wszystko, co miał do powiedzenia.
Nie myślałam ani o tej książce, ani o żadnym innym praktycznym wykorzystaniu tych informacji. Zrecenzowałam jedną z jego powieści do "New Yorkera" i w końcu stałam się jedną z tych osób, którym pokazywał swoje książki przed publikacją. (Kiedy po raz pierwszy mnie spytał, czy zechcę przeczytać wydruk, odparłam, że będę zaszczycona, a on na to: "Więc nie bądź, bo inaczej do niczego się nie nadasz"). Praźródłem tej książki stał się esej, który miał być częścią zbioru poświęconego tematom ogólnoamerykańskim. Jednak powoli się rozrastał, głównie z dwóch powodów: dlatego że Roth napisał tak wiele książek i że chciał je ze mną dokładnie omówić.
Roth wyzwolony to przede wszystkim opis rozwoju pisarza pod względem tematów, myśli i języka. Książka z konieczności obejmuje długi okres: od dzieciństwa w Newark i drugiej wojny światowej, poprzez zupełnie nieoczekiwane oburzenie, z jakim przyjęto jego pierwsze opowiadania, oraz literacką (i nieliteracką) eksplozję, jaką wywołało opublikowanie Kompleksu Portnoya, aż po duchową odnowę związaną z doświadczeniami z Pragi z lat siedemdziesiątych, twórcze spełnienie w powieści Cień pisarza, arcydzieła, które powstawały od połowy lat osiemdziesiątych do końca wieku: Przeciwżycie, Operacja Shylock, Teatr Sabata, Amerykańska sielanka, Ludzka skaza, i krótkie, trzymające w napięciu powieści z dwudziestego pierwszego wieku. Takie streszczenie z konieczności traktuje pobieżnie przełomowe punkty i kolejne fazy pisarskiej kariery, która trwała ponad pięćdziesiąt lat. Kiedy w 2006 roku "New York Times Book Review" ogłosił wśród pisarzy, wydawców i krytyków plebiscyt na najlepszą amerykańską książkę opublikowaną w ostatnim ćwierćwieczu, Roth nie znalazł się na pierwszym miejscu, gdyż głosy rozłożyły się pomiędzy jego siedem różnych książek. Odnoszę wrażenie, że od czasów Henry'ego Jamesa nie mieliśmy pisarza, który wydawałby tak regularnie równie dojrzałe i doskonałe dzieła. No i jeszcze te tematy: Żydzi w Ameryce, Żydzi w kontekście historycznym, seks i miłość oraz seks bez miłości, poszukiwania sensu życia, potrzeba zmian w życiu, rodzice i dzieci, pułapka własnej jaźni i pułapka sumienia, ideały Ameryki i zdrada tych ideałów przez Amerykę, społeczne wrzenie z lat sześćdziesiątych, prezydentura Nixona, era Clintona, Izrael, tajemnice tożsamości, piękno ludzkiego ciała, choroba, ludzkie ciało pod wpływem toczącej je choroby, niszczący wpływ starości, zbliżanie się śmierci, siła i słabości pamięci... Ta książka powinna być znacznie dłuższa!
Roth ukończył Nemezis jesienią 2009 roku i szybko pojął, nawet jeśli nie wiedzieli tego czytelnicy, że to będzie jego ostatnia książka. Tylko w takiej sytuacji można było podjąć się napisania pracy krytycznej, która obejmowałaby wszystkie dzieła autora. Ale jego literacka emerytura stanowiła też warunek wstępny tego, by ta książka przybrała nieco hybrydowy charakter ze względu na to wszystko, co Roth sam do niej wniósł: swoje wspomnienia, spostrzeżenia, myśli i późniejsze, związane z nimi wątpliwości, dowcipy, opowieści, a nawet piosenki. Wszystkie zawarte tu cytaty pochodzą właśnie od niego, chyba że zaznaczyłam inaczej. (Podobne uwagi przyjaciół autora pochodzą z wywiadów i rozmów z nimi). Mówiąc prościej, Roth miał czas na rozmowy o swoich dziełach, gdyż nic już nie pisał. Poza tym niezmiernie ciekawiła go ocena tego, co zrobił w ciągu całego życia, gdyż nawet on sam nie miał czasu, by to podsumować inaczej, niż cytując swojego ulubionego boksera wagi ciężkiej Joego Louisa: "Zrobiłem, co mogłem, z tym, co miałem".
Roth był w tych rozmowach niezwykle wylewny. Odpowiedział na całą masę pytań. Pozwolił mi przeglądać papiery na strychu swego domu w Connecticut. Rozmawiałam z nim dostatecznie długo w najrozmaitszych okolicznościach - dosłownie: w zdrowiu i chorobie - by zauważyć, jak zmienia zdanie, i starałam się wszystko zapisać, świadoma niebezpieczeństw związanych z traktowaniem przelotnych myśli jako czegoś stałego. A Roth doskonale wiedział, że nie zobaczy nawet słowa z tego wszystkiego przed publikacją tej książki. Z jednej strony jest ponad to, co ludzie o nim mówią - już się w życiu nasłuchał. Z drugiej - wie lepiej niż inni, że wolność jest nie tylko niezbędna do życia, ale też do pisania. Tak więc choć książka bardzo zyskała dzięki jego pomocy, to nie musiałam o nim myśleć podczas jej pisania.
Powinnam dodać, że choć sama noszę nazwisko Roth, nie jestem spokrewniona z moim wybitnym protagonistą. To prawda, że kiedyś w czasie kolacji ktoś spytał nas o możliwe więzi rodzinne, a wtedy Roth spojrzał na mnie z lekkim przestrachem i zrobił taką minę, jakby mnie sobie przypominał, i zapytał: "Czy przypadkiem nie byłaś moją żoną?". Wystarczyło jednak chwilę się zastanowić, by stwierdzić, że nie.
W Zuckermanie wyzwolonym Roth rozróżnia świat nieopisany i ten, który tworzy za pomocą maszyny do pisania - przeciwstawiając świat rzeczywisty fikcji literackiej - i nadaje im równą wagę, czego się zwykle nie robi. Ta książka dotyczy świata opisanego przez Rotha, ale nie mogłabym jej napisać bez korzystania z nieopisanych doświadczeń - życia, które tak często służyło za kanwę jego utworów. Wątki biograficzne stają się ważne w niektórych okresach życia pisarza i służą głównie do rozjaśnienia pewnych kwestii. Ale jak Roth sam powiedział w wywiadzie dla "La Nouvel Observateur" w 1981 roku: "Przecież sztuka to też życie. Samotność jest życiem, medytacja jest życiem, udawanie jest życiem, domysły są życiem, kontemplacja jest życiem, język jest życiem". Tak więc ta książka to opowieść o życiu pisarstwa Philipa Rotha, a przez to o jego życiu per se.
"Co robicie, by uciszyć tego człowieka?" - takie pytanie zadał ważny nowojorski rabin w liście do Ligi Przeciwko Zniesławieniu stowarzyszenia B'nai B'rith w 1959 roku. Dało się w tym wyczuć nutę ponaglenia, a potem padła propozycja dotycząca rozwiązania sprawy: "Żydzi w średniowieczu doskonale wiedzieliby, co z nim zrobić". Ta zapowiedź krwawej zemsty dotyczyła mało znanego autora opowiadań, który miał wówczas dwadzieścia sześć lat i nazywał się Philip Roth. Kiedy sam autor opowiada o swoim pierwszym publicznym boju, mówi, że był jeszcze młodszy, jakby chciał zawrzeć w tym całą swą bezbronność w starciu z przedstawicielami ligi, którzy zaprosili go, by omówić problem. Jeszcze w szkole średniej chciał zostać prawnikiem tej właśnie organizacji, która chroniła Żydów w Ameryce przed uprzedzeniami i dyskryminacją, co powiedział dwóm starszym ligi w czasie lunchu w żydowskiej restauracji Ratner's przy Drugiej Alei, lokalu, w którym, jak z tęsknotą wspomina: "kelner zawsze trzymał kciuk w zupie". Był poważnym młodym człowiekiem i atmosfera przy stoliku wkrótce się rozluźniła. Nawet gdyby liga chciała, i tak nie mogłaby cenzurować jego pisarstwa - oczywiście nie wchodziło to w grę. ("USA to naprawdę wolny kraj" - napisał wiele dziesięcioleci później sam pisarz, wspominając to zdarzenie). W kolejnych latach mógł też bronić swoich dzieł na spotkaniach sponsorowanych przez różne żydowskie organizacje i reagować na słowa rabina, który w następnym liście napisał: "Takie przedstawianie Żydów doprowadziło ostatecznie do wymordowania sześciu milionów naszych pobratymców".
W jednym z opowiadań, Nawróceniu Żydów, Roth opisuje trzynastoletniego ucznia jesziwy, który grozi, że skoczy z dachu synagogi, jeśli rabin, matka i wszyscy zebrani na ulicy nie uklękną, by wyznać wiarę w Jezusa. Ale to nie ta historia tak rozjuszyła rabina. Było tam też opowiadanie Epstein o żonatym Żydzie po sześćdziesiątce, który za krótki romans musi zapłacić najpierw upokarzającą wysypką, a potem zawałem. Jednak wspomniany rabin również i o tym nie napomknął, choć inny według "New York Timesa" skarżył się na portret cudzołożnika i innych "pokręconych, schizofrenicznych osobników", którzy wszyscy byli Żydami. Ale czy w książkach Rotha można znaleźć główne postaci, które Żydami nie są? W upiornej przypowieści Eli fanatyk to nie chrześcijańska elita chce wyeksmitować z przedmieścia bogatego miasteczka grupę żydowskich dzieci, ale właśnie nowobogaccy Żydzi, którzy uważają uchodźców za obcych i zagrażających ich nowemu statusowi - co przypomina sytuację między rabinami a samym Rothem.
Gniew rabinów wzbudziło przede wszystkim opublikowane w marcu 1959 roku w "New Yorkerze" opowiadanie Obrońca wiary. Było ono jeszcze bardziej realistyczne i złożone psychologicznie. (Obecnie Roth powtarza, że "była to pierwsza dobra rzecz, jaką napisał"). Jego akcja rozgrywa się w obozie wojskowym w stanie Missouri w ostatnich miesiącach drugiej wojny światowej. Obserwujemy w nim duchowy rozwój uczciwego sierżanta żydowskiego pochodzenia, który niedawno wrócił z pola walki w glorii bohatera. Jednak wciąż jest oszołomiony z powodu okropności wojny i zmuszany przez poborowego do kolejnych ustępstw w imię łączącej ich więzi religijnej. Dumnych ze swojej amerykańskości bohaterów Rotha zawsze niepokoiła żydowska sitwa: kłopoty ucznia jesziwy z Nawrócenia Żydów zaczynają się od tego, że pyta rabina, jak może "nazywać wyznawców judaizmu "narodem wybranym", skoro według Deklaracji niepodległości wszyscy ludzie rodzą się równi". W Obrońcy wiary autor przedstawia taki właśnie konflikt interesów: młody kombinator, któremu niemal udaje się wymigać od wojska, zostaje ukarany przez sierżanta, który mimo współczucia dla chłopaka i wywołanych przez niego rodzinnych wspomnień kieruje go, jak i wszystkich pozostałych, na linię frontu. Kiedy pod koniec opowiadania dochodzi do ich konfrontacji ("Twój antysemityzm nie zna granic" - krzyczy wściekły młodzieniec), sierżant wyjaśnia, że nie chodzi mu o określonych ludzi, ale "o nas wszystkich". Jest to wiara, której gotów jest zdecydowanie bronić, pamiętając jednak o innej wierze, jaką jej podporządkował.
Problem wywołało zachowanie zakłamanego dziewiętnastoletniego Żyda. Oponentów Rotha nie poruszyła ani konkluzja opowiadania, ani wyższość intelektualna sierżanta, ani też z całą pewnością jakość tej prozy, ale sama sugestia, że taki poborowy może istnieć. Jednak największe oburzenie wzbudziło samo opublikowanie tego tekstu w "New Yorkerze". Wcześniejsze opowiadania Rotha ukazywały się w prestiżowych, ale mniej znanych, pismach, takich jak nowo powstały "Paris Review" i znany bardziej w środowisku żydowskim "Commentary" założony po wojnie przez Amerykański Komitet Żydowski. Tak naprawdę "ta sama historia napisana po hebrajsku - stwierdził rabin z zacięciem cenzorskim - byłaby osądzana wyłącznie na podstawie kryteriów literackich". Ale zamieszczona w poczytnym i cenionym w Ameryce piśmie stała się dla niego czymś w rodzaju "donosu".
Roth był naprawdę oszołomiony i zaskoczony taką reakcją. Rankiem tego dnia, kiedy miał się ukazać "New Yorker" z jego opowiadaniem, chodził "z sześć razy" ze swego mieszkania przy Wschodniej Dziesiątej Ulicy do kiosku na Czternastej, aż w końcu udało mu się kupić gazetę z opowiadaniem. Już w domu "przeczytałem je parę razy, a potem od tyłu i z dołu do góry; po prostu nie mogłem się od niego oderwać". Parę dni później zaczęły pojawiać się listy, które wkrótce przybrały rozmiary lawiny, więc wydawcy musieli opracować ogólną odpowiedź i ją rozsyłali. To opowiadanie oznaczało nową jakość w działalności "New Yorkera", który zamawiał wcześniej historie o Żydach w rodzaju The Education of H*Y*M*A*N K*A*P*L*A*N Leo Rostena; Roth określał je jako opowieści o "miłych Żydach". (Alfred Kazin rozpoczął swoją pierwszą recenzję prac tego ostatniego od słów: "Parę tygodni temu obudziło mnie opowiadanie Obrońca wiary Philipa Rotha zamieszczone w "New Yorkerze""). Ale odbiór opowiadania poza kręgami literackimi dowodził, że w ciągu czternastu lat po wojnie rany się nie zabliźniły - nie było jeszcze słowa "Holokaust", które opisywało ogrom strat - a wielu Żydów nie mogło się pogodzić z tym objawieniem Rotha, że "wady ludzkiej natury nie są też obce członkom naszej mniejszości".
W maju 1959 roku, zaledwie dwa miesiące po publikacji w "New Yorkerze", na rynku pojawił się zbiór pięciu opowiadań Rotha, w tym nowela Żegnaj, Kolumbie. Autor mówił później, że w niektórych kręgach uznano ten cienki tomik za jego Mein Kampf. Nowela ta, od której pochodził tytuł książki, stała się podstawą do kolejnych oskarżeń o nienawiść do Żydów i antysemityzm, i to z powodu tego, co sprawiało, że emanowała ona nieodpartym humorem, ogólnie komediowego podejścia do żydowskich robotników z Newark ("Głupstwo, mieszka tu i czym się tu przejmować" - mówi ciotka Gladys), a zwłaszcza ciągłego podbechtywania Żydów z pobliskiego, a jednak jakże odległego, klubu sportowego w Short Hills, wciąż jeszcze nowego w literaturze powojennego pokolenia z przedmieść. Po krótkiej podróży z Newark, gdzie ciotka Gladys i wuj Max, szukając ochłody, spędzają parne noce w obskurnej alejce, dwudziestotrzyletni Neil Klugman dociera do miejsc, gdzie zraszacze nawadniają trawniki, a ludzie chronią się w klimatyzowanych budynkach stojących przy ulicach noszących nazwy college'ów, do których uczęszcza miejscowa młodzież. Neil, trochę zahukany absolwent filii Uniwersytetu Rutgersa w Newark i młodszy, choć nieco bardziej doświadczony, kolega Gatsby'ego, stara się zdobyć dziewczynę (studiującą na Radcliffe Brendę Patimkin, która spędza w domu wakacje), co wymaga niewymuszonej pewności siebie, jaką dają pieniądze.
Nie była to świadoma odpowiedź Rotha na dzieło Fitzgeralda. Żegnaj, Kolumbie to książka, która powstała spontanicznie, "z paroma zaletami i wszystkimi wadami, jakie daje spontaniczność" - jak tłumaczy to pisarz obecnie, kiedy w pełni widzi wszystkie jej defekty. Jednak w tamtym czasie Wielki Gatsby był dla niego dziełem nowym i ważnym. W połowie lat pięćdziesiątych miał na studiach zajęcia z lat dwudziestych dwudziestego wieku, w których ramach musiał podobnie jak jego koledzy opracować raport dotyczący jednego roku z tego okresu. Roth wylosował rok 1925, czyli, jak sam to określił, "najlepszy z możliwych. Okres, kiedy ukazały się Wielki Gatsby, Manhattan Transfer i zaczęto wydawać "New Yorkera"". Fitzgerald wpłynął na niego przede wszystkim jako "obserwator życia społecznego", ale recenzenci od razu dostrzegli coś z nieodpowiedzialnej Daisy Fitzgeralda w Brendzie Patimkin, jednocześnie zaciętej i anielskiej, kiedy ubrana na biało grała wieczorem w tenisa z przyjaciółką naśladującą akcent Katharine Hepburn, a w tym samym czasie Neil niecierpliwie czekał na pierwszą randkę. Jej urody nie mąci fakt, że zawdzięcza ją operacji plastycznej nosa oraz rodzinnym pieniądzom z firmy Patimkin Kitchen and Bathroom Sinks z pogardzanego Newark. Dla Neila jest ona w takim samym stopniu "królewską córą" jak Daisy dla Gatsby'ego - Roth po prostu, choć nieświadomie, powtórzył za Fitzgeraldem to staromodne określenie. Królewska córa to księżniczka, a Rotha często oskarżano, że przyczynił się do powstania stereotypu "żydowskiej księżniczki" z USA. Ale tak naprawdę ten termin pojawił się dopiero dziesięć lat później, na początku lat siedemdziesiątych, i to zapewne głównie z powodu przerysowanej filmowej wersji Żegnaj, Kolumbie w reżyserii Larry'ego Peerce'a.
W książce pełno jest sugestii dotyczących klasowości i rasy. Mimo całej swojej inteligencji Neil ma pracę bez przyszłości - znalazł zatrudnienie jako bibliotekarz - i poza Brendą jedyną ważną osobą w jego życiu jest czarnoskóry chłopak, który pojawia się regularnie w bibliotece przeglądać książki o sztuce. Neil instynktownie opiekuje się nim, chroniąc przed rasistowskimi atakami współpracownika i nie pozwalając, by jego ulubioną książkę z reprodukcjami raju z Tahiti Gauguina wypożyczył niesympatyczny biały staruch. (Roth bezwstydnie zwraca się przeciwko drugiemu miłośnikowi Gauguina). Ale chociaż Neil darzy sympatią chłopca podziwiającego nieosiągalne piękno - sam w tych obrazach widzi Patimkinów - i czuje podobną więź z ich czarną służącą, jest oczywiste, że tych dwoje czarnoskórych traktuje go z całkowitą obojętnością. On sam ma niezbyt pewną i nie za wysoką pozycję społeczną; z jednej strony jest wpatrzony w bogactwo Patimkinów, z drugiej - chce rzucić kamieniem w przeszkloną ścianę biblioteki, za którą widzi Brendę po dokonaniu ostatecznego trudnego wyboru między nim a rodziną.
Nowością w opisie Żydów w Ameryce u Rotha pod koniec lat pięćdziesiątych był brak poczucia tragedii i ucisku. ("Zielone trawniki i biali Żydzi - mówi jedna z postaci Operacji Shylock jakieś trzydzieści pięć lat później. I dalej: - Początek żydowskiego sukcesu, wszystko nowe, podniecające, wesołe"[1]). To prawda, że ciotka Gladys wysyła paczki "biednym Żydom z Palestyny", ale sprawia to już wrażenie staromodnego gestu. Bardziej współczesny jest pan Patimkin, który podczas przeglądu swego umywalkowo-zlewozmywakowego imperium dochodzi do wniosku, że jego ukochane dzieci: Ron, Brenda i Julie, wiedzą o żydowskości tyle co zwykli goje. W pogoni za "amerykańskim marzeniem" Patimkinowie namiętnie uprawiają sport (dodatkowe miejsce przy stole jest przeznaczone nie dla Eliasza, ale baseballisty Mickeya Mantle'a) i jedzą podawane przez służącą Carlotę gargantuiczne posiłki, które skutecznie tłumią wszelką konwersację. Pozostają tylko ciężki proces trawienia i ciągłe dokładki. W rezultacie Neil, który jest ich gościem, dochodzi do wniosku, że "równie dobrze można by zapisać wszystko w jednym zdaniu, zamiast śledzić zdania zagubione między potrawami, słowa uwięzłe w zakneblowanych jedzeniem ustach, składnię, która pogubiła się i zanikła gdzieś między dokładkami, dolewkami i ogólnym obżarstwem". Pokazuje to w formie krótkiej sztuki:
RON: Gdzie się podziała Carlota? Carloto!
PANI P.: Carloto, dołóż Ronaldowi.
CARLOTA (woła): Czego?!
RON: Wszystkiego.
PAN P.: Mnie też.
PANI P.: Będą cię stąd musieli wynosić.
PAN P. (podnosi koszulę i klepie czarny, wypukły brzuch): O czym ty mówisz? Popatrz.
RON (podnosi koszulkę): Popatrz na to.
BRENDA (do mnie): Czy mógłbyś pokazać brzuch?
JA (znowu nieśmiało): Nie.
PANI P.: W porządku, Neil.
JA: Bardzo dziękuję.
CARLOTA (nad moim ramieniem jak nieproszony duch): Może jeszcze?
JA: Nie, nie.
PANI P.: On je jak ptaszek.
JULIE: Niektóre ptaki jedzą całkiem dużo.
BRENDA: Które?
PANI P.: Nie rozmawiajmy o zwierzętach przy jedzeniu.
Ostrze satyry jest tu stępione przez ciepłe uczucia, które autor żywi dla większości swoich postaci: bezpretensjonalnego, klepiącego się po brzuchu pana Patimkina, któremu udało się wydźwignąć z biedy Newark, zwinnej i sprytnej Brendy łamiącej zasady i czytającej Mary McCarthy, a nawet tępego Rona, byłego gwiazdora koszykówki, który wiesza swoje suspensorium na prysznicu. Jest to olbrzymi, prosty i sentymentalny facet, bardziej przypominający Toma Buchanana Fitzgeralda niż któregoś z pojawiających się w literaturze Żydów. Patimkinowie nie mieli żadnych wątpliwości w kwestii swoich praw do posiadania czy też pozycji w Ameryce. Ale co Ameryka myślała o nich?
Zbiór nowel Żegnaj, Kolumbie zdobył National Book Award za 1960 rok, co było sporym osiągnięciem początkującego dwudziestosiedmioletniego pisarza. Książka zyskała też duże wsparcie "czterech tygrysów amerykańskiej literatury żydowskiej", jak Roth określał Saula Bellowa, Alfreda Kazina, Irvinga Howe'a i Lesliego Fiedlera. Wszyscy oni uznali ją za nowy silny głos i ważne wydarzenie - był to kolejny rozdział sagi Żydów w Ameryce, w którą sami się wpisywali. Howe zwłaszcza opis rodziny Patimkinów uznał za "bezlitośnie dokładny", a według słów Bellowa książka ukazywała duchową próżnię, nieobcą sporej liczbie amerykańskich Żydów z klasy średniej. Wszystkie te "tygrysy" były kilkanaście lat starsze od Rotha i pochodziły z rodzin emigrantów, co zbliżało je do religii niezależnie od tego, jak ostro się jej przeciwstawiały. To, że Bellow uznał zamieszkane przez ludzi wesołych, choć niezbyt inteligentnych przedmieścia opisywane przez Rotha za kolejny rozdział tragedii Żydów, mówi więcej o nim samym niż o Rocie. Ale Roth był wdzięczny za wsparcie, a zwłaszcza za stwierdzenie Bellowa, że nie można oczekiwać od żydowskiego pisarza, że będzie się zajmował "reklamą żydostwa" z nadzieją, że zmniejszy w ten sposób nastroje antysemickie, i że nie warto poświęcać temu "naszego wyczucia rzeczywistości", gdyż niewiele - jeśli cokolwiek - można w ten sposób osiągnąć. Bellow popierał Rotha, kiedy coraz więcej osób, niezależnie od literackich nagród, chciało go powstrzymać.
Zbiór nowel Żegnaj, Kolumbie zdobył też Daroff Award Żydowskiej Rady ds. Książek w Ameryce rok po otrzymaniu jej z rąk innych jurorów przez Leona Urisa za powieść Exodus. Nie zostało to zbyt dobrze przyjęte. Sam Uris mówił o nowej "szkole" amerykańskich pisarzy żydowskiego pochodzenia, którzy "zajmują się potępianiem ojców, nienawidzeniem matek, załamywaniem rąk i zastanawianiem się, dlaczego w ogóle przyszli na świat". Ich książki, jak mówił, "sprawiają, że robi mi się niedobrze". Roth przeczytał opublikowany w "New York Post" wywiad z Urisem, który wyciął i wysłał mu jeden z jego oburzonych czytelników. Wszystkie te oskarżenia cytował też sam Roth w dwóch esejach dotyczących lat sześćdziesiątych: Niektóre nowe żydowskie stereotypy ("American Judaism", 1961) i Pisać o Żydach ("Commentary", 1963), które następnie opublikował w zbiorze Reading Myself and Others[2] w 1975 roku. Te jakże rzadkie w karierze Rotha eseje dowodzą, że przyjął te zarzuty bardzo poważnie i czuł się z ich powodu bardzo dotknięty, ale nie zmieniło to jego przekonania, że ma rację. Pisał też, że czytelnicy Anny Kareniny wcale nie uważają zdrady za typowo rosyjską cechę, a Madame Bovary nie prowadziła do potępienia w czambuł wszystkich kobiet z francuskiej prowincji. On sam zajmował się literaturą, a nie socjologią czy - jak mówił Bellow - reklamą. Chodziło mu o osiągnięcie najwyższych artystycznych szczytów i był przekonany, że jeśli wytłumaczy się ze wszystkiego bardzo dokładnie, to ludzie go zrozumieją.
W 1962 roku Roth, który wykładał na Uniwersytecie Iowa, przyjął zaproszenie na konferencję "Kryzys sumienia pisarzy mniejszości narodowych" z Uniwersytetu Yeshiva w Nowym Jorku. Wraz z nim występował na niej Ralph Ellison, którego opis czarnej społeczności z Niewidzialnego człowieka spotkał się z potępieniem jego środowiska, a także Pietro di Donato, autor powieści o imigrantach z Włoch Christ in Concrete[3], cieszącej się wielką popularnością w latach trzydziestych. Ale od początku stało się jasne, że to Roth znajduje się w centrum zainteresowania. Jak pisze w autobiograficznej książce Fakty, ton dyskusji wyznaczyło pierwsze pytanie prowadzącego: "Panie Roth, czy napisałby pan te same opowieści, gdyby mieszkał pan w hitlerowskich Niemczech?".
Późniejsze nieustanne ataki wywołały u niego szok i spowodowały, że z trudem odpowiadał na pytania. Nagle dotarło do niego, że "nie tyle się mi sprzeciwiają, ile mnie nienawidzą". Ellison, który mu współczuł, zaczął go bronić. Roth zapamiętał, iż powiedział, odwołując się do swoich książek, że nie chce być trybikiem w machinie praw obywatelskich. Mimo to zszedł ze sceny otoczony żądnym zemsty, wygrażającym pięściami, wrogim tłumem. Udało mu się szczęśliwie uciec wraz z żoną i wydawcą. I kiedy już był bezpieczny, nad kanapką z pastrami w Stage Delicatessen przysięgał: "Nigdy więcej nie napiszę o Żydach".
1 Ph. Roth, Operacja Shylock, przeł. G. Siwek, Warszawa 1996.
2 Czytając siebie i innych.
3 Chrystus w betonie.
Przede wszystkim nigdy nie zamierzał o nich pisać. Roth często podkreślał, że wychowywał się jak wiele innych amerykańskich dzieci. Urodził się 19 marca 1933 roku w Newark, gdy prezydentem został właśnie Franklin Delano Roosevelt, i dorastał tam, odrabiając lekcje, słuchając radia i grając w baseball. Jego dziadkowie przybyli do Stanów z wielką falą imigrantów z Rosji i Galicji pod koniec dziewiętnastego wieku. Nadano mu imię dziadka ze strony matki, który zmarł przed jego narodzeniem, zmieniwszy swoje z Feivel na Philip. Dziadek ze strony ojca, Sender Roth, który uczył się na rabina, a skończył jako robotnik w wytwórni kapeluszy w Newark, zmarł zaś, gdy Philip był bardzo mały, ale chłopiec miał za to do dyspozycji obie babki. Rodzina odwiedzała je w każdą sobotę, rano wyjeżdżali do matki ojca, która mieszkała w czynszówce w centrum miasta. Był tam, jak wspomina Roth, piecyk węglowy, na którym się gotowało, a po lunchu jechali do drugiej babci, zajmującej niewielkie mieszkanie w pobliskim Elizabeth. Kiedy w czasie wojny limitowano sprzedaż benzyny, cała rodzina szła do babć raz w miesiącu pieszo. Roth uważał to za ekscytującą przygodę, bo przechodziło się najpierw wiaduktem nad torami kolejowymi, a potem mijało straszny i wielki cmentarz. Jednak ani Philip, ani jego starszy brat Sandy nie poznali dobrze babć, gdyż słabo mówiły one po angielsku, a oni w ogóle nie znali jidysz.
Mimo to Roth pamięta, że wszystkie pokolenia nawet bez słów darzyły się wielkim uczuciem. W takim tonie utrzymany był list, który napisał ze studiów do ciężko chorej babci ze strony matki - to ona miała go przetłumaczyć. Oznajmiał w nim, że dostał rolę w sztuce (chodziło o Szmaciarza w Wariatce z Chaillot Giraudoux), i dodawał, że gra "bardzo biednego człowieka, zapewne takiego jak dziadek, kiedy przyjechał do Ameryki. I podobnie jak Ty i dziadek pragnie on, by świat był lepszy". (Roth uważa teraz ten list za irytująco sentymentalny, ale pokazuje on po prostu jego jak najlepsze intencje, gdy pisał do babci jako dziewiętnastoletni chłopak). Między tymi dobrymi, godnymi szacunku krewnymi była też siejąca postrach siostra babci ze strony matki, surowa, szczelnie opatulona kobieta, która nazywała się Meema Gitcha. Jak stwierdził ze śmiechem, "to nazwisko było zbyt dobre, żeby go nie użyć", i dlatego pojawiło się wiele lat później w Operacji Shylock, choć do tej pory nie jest pewny jego znaczenia.
Jego rodzice, Herman i Bess Roth, byli - jak sam mówi - "Amerykanami od urodzenia" i pochodzili z New Jersey. Ale jak wiele osób z ich pokolenia stanowili też dla swoich dzieci coś w rodzaju bufora między starym i nowym światem. Rodzina chodziła do synagogi tylko w ważniejsze święta, najprawdopodobniej po to, by zadowolić najstarsze pokolenie. Mniej więcej z tego samego powodu, jak mówił Roth, jego matka prowadziła koszerną kuchnię, bo jak inaczej dziadkowie mogliby przychodzić do nich na kolację? (Pamięta też, jak matka zapalała szabasowe świece, ale był to jej prywatny gest oddania: poruszała rękoma nad płomieniami jak w hipnotycznym transie i wspominała swego ojca, podobnie jak matka z Nawrócenia Żydów. Roth pokazuje mi ten gest, choć wygląda na to, że zapomniał, iż wykorzystał go w tym opowiadaniu). Philip chodził do jesziwy, co zajmowało mu trzy popołudnia w tygodniu przez trzy długie lata. Zawsze z niechęcią wracał wspomnieniami do tych dni, kiedy po szkole musiał iść do dusznej sali nad synagogą, kiedy mógłby biegać po boisku. Mogło być jednak gorzej. Sandy chodził do jesziwy przez pięć lat, ale konserwatyzm rodziny powoli się kruszył.
Roth doskonale pamięta, że miał osiem lat i bawił się na podwórku, kiedy przerwano relację z meczu między drużynami Dodgers i Giants, by podać informację o ataku na Pearl Harbor. Radio grało w mieszkaniu i rodzice zawołali przez okno, aby zaraz przyszedł na górę, gdzie wyjaśnili mu, co się stało i co oznacza wojna. To był pierwszy przełom w życiu pisarza, po którym jego wspomnienia nabierają ostrości. W czasie wojny śledził ruchy wojsk na mapach i pisał długie listy do dwóch młodych kuzynów osieroconych wcześnie przez ojca, wskutek czego w dzieciństwie spędzali sporo czasu w domu rodziców Rotha. Inny kuzyn w mundurze marynarki wojennej USA uczył go grać w kości. Wielkie wrażenie robiło na nim to, "jak męscy byli ci, którzy brali udział w wojnie", zwłaszcza że sam, jak mówi, "czuł się takim dobrym żydowskim dzieckiem, zwykłą ciapą" - chłopcem, którego zaletą był umysł, a nie mięśnie. (Choć szybko dodaje, że inni nie postrzegali go w ten sposób). Może stąd właśnie wzięła się fascynacja męskością, którą można dostrzec w całej jego prozie.
Ten chudy chłopak koniecznie chciał spełnić swój obowiązek wobec ojczyzny, chodził więc po domach, zbierając makulaturę i puszki, które przynosił do składu w swojej szkole. Na lekcjach gimnastyki pojawiły się "ćwiczenia bojowe": wspinanie się na płoty, przeskakiwanie przez rowy i ogólnie wojowanie. Roth to uwielbiał. Pisząc o tym w Faktach, zastanawiał się, czy kolejne pokolenia - te wychowujące się po konflikcie wietnamskim - są w stanie docenić zupełnie jednoznaczną wymowę tej wojny, a także poczucie, które zyskał na jej koniec, że "jest obywatelem najwspanialszego narodu na świecie". W tych latach propaganda wciąż mówiła o wolności i demokracji, a później wszyscy w kraju i poza nim starali się wcielać te hasła w życie. Wydawało się, że Ameryka stoi otworem dla wszystkich, którzy chcą dla niej pracować.
W Newark pełno było imigrantów, którzy starali się polepszyć swój los - nie tylko Żydów, ale też Włochów, Irlandczyków, Niemców i Afroamerykanów z południa USA - choć wszystkie te grupy zajmowały oddzielne rejony. Dzielnica Weequahic, gdzie mieszkała rodzina Rothów, niemal stanowiła żydowską enklawę i znajdowała się na południowo-zachodnim krańcu miasta. Rozwinęła się dopiero w latach dwudziestych i trzydziestych i zasiedlali ją głównie amerykańscy Żydzi, pragnący wydostać się z biednych żydowskich siedlisk imigracyjnych w centrum Newark, gdzie w 1901 roku urodził się Herman Roth. (Bess Roth z domu Finkel przyszła na świat trzy lata później w Elizabeth i wychowywała się jako jedyne żydowskie dziecko w otoczeniu katolików z Irlandii). W Weequahic stały porządne drewniane domki, w większości - łącznie z domem Rotha - podzielone na trzy mieszkania. Przy Summit Avenue, gdzie Philip do dziewiątego roku życia mieszkał na pierwszym piętrze w pięciopokojowym mieszkaniu pod numerem 81, rosły robinie. Przed domem znajdował się niewielki trawnik z irysami, którymi, jak wspomina Roth, jego ojciec zajmował się w czasie weekendów. (Pamięta też rok, kiedy irysy nie urosły, bo jego ojciec, początkujący ogrodnik, posadził cebulki do góry nogami). Sytuacja przedstawiała się mniej więcej tak samo na Leslie Street, gdzie rodzina się przeprowadziła, gdy wygasła umowa najmu poprzedniego mieszkania. Jedyną różnicę stanowiło to, że po drugiej stronie ulicy znajdował się katolicki sierociniec, a obok kościół, szkoła i niewielka działka rolna - wszystko otoczone siatką. Roth widział bawiące się za ogrodzeniem dzieci, ale nigdy z nimi nie rozmawiał, i czuł się szczęściarzem, gdy myślał o swojej rodzinie.
Na tym krańcu miasta wciąż było wiele wolnych działek, zarastających wysokim zielskiem i dzikimi jabłoniami. Oczywiście powstało tam wysypisko śmieci ("Ludzie wyrzucali różne rzeczy, ale nie było tego dużo" - zanotował Roth), gdzie bawiły się też miejscowe dzieciaki. Niedawno były to tereny rolne i Roth przypomina sobie dziadka z włoskiej rodziny przy Summit Avenue - jednej z niewielu nieżydowskiego pochodzenia w okolicy - który zaglądał tam w garniturze i pod krawatem, gdyż zawsze tak chodził ubrany, i znajdował "dziką cebulę, szczypiorek czy nawet malutkie ziemniaki, które zabierał do domu". Nie były to jednak typowo wiejskie tereny, ale też "nie do końca miejskie - tyle tam przestrzeni".
Do nowo wybudowanych szkół uczęszczały głównie dzieci żydowskie. W Newark, podobnie jak w większości państwowych placówek oświatowych w dużych miastach, chodziło o kontynuację asymilacji i społecznej przemiany zapoczątkowanej przez rodziców. Szkoły z Weequahic były w tym dość skuteczne - po drugiej klasie większość dzieci uznała, że pójdzie na studia. "Rodzice nie mieli nam już nic do zaoferowania - wyjaśnia pisarz. - Nie mogli nam dać ani pieniędzy, ani pozycji, ani odpowiedniej pracy, więc uznali, że powinni dać nam wykształcenie". Roth był tak podekscytowany, gdy rozpoczął naukę w szkole przy handlowej Chancellor Avenue biegnącej prostopadle do Summit Avenue, że zawsze tam biegał.
Placówki te miały do zaoferowania nie tylko dyscyplinę i stopnie. Roth pokazał mi niedawno program akademii na zakończenie ósmej klasy ze swojej szkoły, datowany na 30 stycznia 1946 roku, który dostał pocztą od dawnego kolegi. Późniejszy pisarz był w nim wymieniony jako jeden z dwójki autorów sztuki Let Freedom Ring![4], w której współautorka, Dorothy Brand, grała Tolerancję, a Roth Uprzedzenie (wygląda na to, że nawet wtedy miał skłonność do moralnie wątpliwych ról) i oboje pozostawali niewidzialni dla innych aktorów. W przedstawieniu Tolerancja proponowała wizyty u rodzin różnego pochodzenia, a Uprzedzenie zawsze wtrącało jakieś obraźliwe (choć dziecinne) uwagi typu: "W głowach mają tylko ryż". Te uprzedzenia - tutaj do chińskiej rodziny - wkrótce okazywały się nieuzasadnione, kiedy - jak wspomina pisarz - na przykład członkowie tej rodziny czytali przy posiłku Konfucjusza. Na koniec cała klasa śpiewała liberalny hymn z lat czterdziestych The House I Live In, kiedy Roth jako Uprzedzenie usuwał się ze sceny. W Weequahic w 1946 roku takie rozwiązanie lepiej wyrażało przekonania ogółu niż to, czego uczono w jesziwie.
Jedynym problemem tego programu edukacyjnego, w którym rodzice pokładali tak wielkie nadzieje, było to, że im lepiej działał, tym bardziej oddalał dzieci od ich rodziców. Herman Roth skończył tylko osiem klas, a potem zarabiał na rodzinę ciężką pracą, wykazując olbrzymi upór, który u jego dojrzewającego syna zaowocował mieszaniną heroizmu i patosu. Pracował dla firmy ubezpieczeniowej Metropolitan Life i awansował w niej tak, jak mógł Żyd w latach trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku według nieoficjalnych, ale ogólnie przyjmowanych, zasad. Philip zdawał sobie sprawę z ograniczeń dotyczących kariery ojca, jeśli zaś chodzi o antysemityzm, wiedział o ziejących nienawiścią do Żydów znanych osobach, takich jak ksiądz Coughlin czy Henry Ford - jak wspomina, nikt w okolicy nie kupował fordów - był też kilka razy świadkiem, jak paru miejscowych osiłków atakowało żydowskich chłopców. W wyniku jednego z "pomeczowych pogromów", kiedy Weequahic High wygrało z faworyzowanym zespołem ze szkoły z centrum, jeden z jego przyjaciół trafił do szpitala. W Faktach Roth pisze, że gdy miał dwanaście lat, zaczął myśleć o karierze prawniczej i pracy na rzecz takich organizacji, jak Liga Przeciw Zniesławieniu, by przeciwstawić się niesprawiedliwości ze strony osób agresywnych lub uprzywilejowanych.
Ale tak naprawdę Roth nie zetknął się w dzieciństwie z brutalnym, pochodzącym z zewnątrz antysemityzmem, który ukształtował życie jego dziadków i wciąż trapił rodziców. Częściej zwracał uwagę na różnego rodzaju okaleczenia spowodowane przez antysemityzm w starszym pokoleniu: potrzebę stosowania się do wszelkich przepisów i sprawiania dobrego wrażenia, strach przed wyróżnianiem się i skompromitowaniem wszystkich Żydów. Jeśli Roth czuł się zażenowany - jak wspomniał w jednej z rozmów - faktem, że ojciec przymilnie rozmawiał ze wszystkimi i starał się ich zadowolić, to dlatego, że dostrzegł w tym nie tylko manierę akwizytora, ale też "chęć ugłaskania antysemitów i pokazania, jakim jest fajnym, normalnym facetem".
Chociaż Herman i Bess Rothowie wydawali się typowymi przedstawicielami pierwszego pokolenia Żydów w Ameryce, a głównie tej jego słynnej części, która starała się wykształcić dzieci na lekarzy i prawników, wykazali zupełny spokój, gdy ich synowie zainteresowali się karierą artystyczną. Sandy, a właściwie Sanford Roth, który urodził się w 1927 roku i był pięć lat starszy od Philipa, kształcił się w Art Students League i po odbyciu służby wojskowej w marynarce zaczął studiować malarstwo w Pratt Institute na Brooklynie. (W zamieszczonym w internecie wywiadzie na stronie Web of Stories Philip wspomina, jak wypytywał brata wracającego z lekcji rysunku w Art Students League, na których pozowała zupełnie naga modelka: "No wiesz, dlaczego właśnie ją chciałeś narysować?"). Zdaniem Rotha jego rodzice za mało wiedzieli o świecie, by móc nakłaniać synów do wyboru jakiegoś konkretnego zawodu. Ale zauważa też, że ukochany brat matki Mickey (urodzony jako Emanuel) również był samotnym, kiepsko zarabiającym, typowym dla bohemy malarzem, którego obrazy dumnie wisiały u Rothów obok oprawionego egzemplarza Deklaracji niepodległości wydanego przez Metropolitan Life. Kiedy Sandy zmienił później zainteresowania i zajął się reklamą, nie było to wynikiem nacisku rodziców, ale tego, że się ożenił i musiał zarabiać na rodzinę.
Tak jak w wielu rodzinach bracia mieli różne walory: Sandy był przystojnym młodzieńcem, który zwracał uwagę wszystkich z sąsiedztwa, Philip zaś chłopcem mądrym, zapewne czarującym (i niewątpliwie obdarzonym silną wolą), a także sekretnym ulubieńcem matki, która starała się traktować synów jednakowo. Roth mówił mi, że tak mu się przynajmniej wydawało i - co więcej - jego brat również odnosił takie wrażenie. Philip dwa razy zdołał przeskoczyć półrocze (dwa razy wcześniej zaliczył semestr), poza tym zajmował się zabawianiem rodziny i wyrastał na rodzinnego satyryka, który świetnie naśladował wyrażenia i akcent różnych, słuchanych zwykle w radiu osób, co sprawiało, że wszyscy pokładali się ze śmiechu. Początkowo z prawdziwą pasją czytał książki o podróżach morskich i kiedy miał jedenaście lat, zdecydował się na pseudonim Eric Duncan ("Spodobało mi się "c" wymawiane jak "k""). Napisał nawet na maszynie tytuł swojej pierwszej marynistycznej powieści przygodowej Burza na przylądku Hatteras, ale nigdy się nie pofatygował, żeby dopisać resztę. Po prostu sprawdzał, jak to jest być pisarzem.
W czasie wojny fascynowały go raporty z pola walki, a także polityczne sztuki Normana Corwina, który zyskał tytuł poety - laureata - radia. Roth wspomina najsłynniejszą audycję Corwina nadaną w Dzień Zwycięstwa. Była to Nuta triumfu stanowiąca "jedno z najbardziej podniecających doświadczeń" jego dzieciństwa. Zdaniem Rotha Corwin cieszył się tak wielką popularnością ze względu na amerykańskie nazwy pojawiające się w jego słuchowiskach: "Chłopak z Teksasu biegnie z granatem, by pokazać Niemcom, że się nie podda!" - mówi Roth głosem lektora, by pokazać, jak to wyglądało. "Chłopak z Chattanooga... - zaczyna - kolejne nazwy następowały jedna po drugiej, a ja myślałem, że żyję we wspaniałym kraju". Jedną z przyczyn takiej fascynacji było to, że "te wszystkie miejsca wydawały się wtedy tak odległe, a ich nazwy brzmiały magicznie: "Chattanooga"". Należy zauważyć, że przyszły pisarz, zainteresowany tym, co potoczne, zwrócił właśnie uwagę na język i nazwy własne, w tym na takie nazwiska, jak Jack Benny, Bob Hope, Fred Allen i inne, z których teraz wciąż się śmieje. Scenariusz Nuty triumfu, opublikowany w 1945 roku, był pierwszą kupioną przez niego książką.
Roth miał zaledwie dwanaście lat, kiedy zaczął szkołę średnią, i chociaż nie interesowały go omawiane lektury - pamięta, że nudził go zarówno Silas Marner, jak i Scaramouche - pasjonował się książkami o baseballu i w ogóle o sporcie. W szkole przyjaźnił się z kolegami. Podobały mu się niektóre dziewczyny i umawiał się z nimi na randki, a w dwóch ostatnich klasach miał ładną ciemnowłosą sympatię - Betty Rogow. Oczywiście seks w ogóle nie wchodził w rachubę ("Nawet mi to nie przyszło na myśl"), chociaż Roth zapewniał mnie, że dużo było w tym pieszczot i całowania, tak że "czasami miało się wrażenie, iż odpadają ci usta". (Wiązało się to oczywiście z "treningiem wybranych mięśni", czyli masturbacją; przez jakiś czas pochłaniało go uczucie do rolki po papierze toaletowym wysmarowanej wazeliną). Ale kumple wciąż byli ci sami, tylko powiększyła się ich liczba, bo chodził do trzech różnych klas. Grał z nimi w piłkę, w oczko, chodził w piątki wieczorem do kina, a potem wracali półtorej godziny do domu, przewracali się, śmiali, zatrzymywali na bajgle, których zjadali po kilka. (Roth mówi, że były mniejsze niż te teraz).
Same filmy nie były ważne. Chodzili na to, co akurat znajdowało się w repertuarze. Kiedy był młodszy, Sandy zabierał go na filmy o Andym Hardym, a gdy skończył dwanaście lat, zauroczył go State Fair z muzyką Rodgersa i Hammersteina i pięknem stanu Iowa: "Po prostu uwielbiałem taki obraz Ameryki". W pamiętniku Rotha z ostatniej, ósmej klasy można znaleźć tytuł jego ulubionego przeboju It Might as Well Be Spring, a także adnotację, że pochodzi on "z najlepszego istniejącego filmu". Tam też możemy wyczytać, że jego ulubionym pisarzem był John Tunis (autor niezliczonych książek o baseballu), że chciał zostać dziennikarzem i pójść na studia na Northwestern ("Po prostu spodobała mi się ta nazwa" - powiedział mi), a jego ulubione powiedzenie brzmiało: "Nie kopać leżącego", co potwierdza, że był dobrym chłopcem nie tylko we własnych wspomnieniach, ale też naprawdę. Trzy lata później, w 1949 roku, wraz z kolegami skłamał na temat swego wieku, by dostać się do Little Theatre w Newark i zobaczyć film Ecstasy z niesławnymi nagimi piersiami Hedy Lamarr. Scena ta, jak wspomina, trwała trzy sekundy, ale właśnie wtedy wszyscy z Weequahic szeptali: "To teraz! To teraz!".
Lecz książki też były ważne, a Ameryka stanowiła klucz do zainteresowań Rotha. Zaczął namiętnie czytać powieści historyczne Howarda Fasta, takie jak Obywatel Tom Paine. Fast był członkiem partii komunistycznej, a w jego utworach znajdował odbicie "obraz Ameryki przedstawiony z marksistowskiego punktu widzenia - jak teraz mówi Roth. - Tyle że wówczas tego nie wiedziałem i nie potrafiłem wyodrębnić żadnego stanowiska". Najbardziej odpowiadały mu personalizacja, a także udramatyzowanie historii USA. Przeciwwagę dla tych poważnych lektur stanowił Damon Runyon, którego odkrył w gazetach. "Spodobało mi się to, że jego bohaterowie mówią jak szaleńcy" - wyjaśnia. Co tydzień jechał rowerem do biblioteki w Weequahic i wymieniał książki. A Sandy, gdy w 1948 roku zdał na Pratt, zaczął przyjeżdżać do domu na weekendy i zostawiać tam co ciekawsze rzeczy. Kiedyś przywiózł wszystkie swoje lektury: Sinclaira Lewisa, Sherwooda Andersona, Ernesta Hemingwaya i George'a Orwella. Jego brat zaczynał właśnie ten cudowny okres, kiedy "wszystko ma znaczenie i nie ma mowy o czymś takim jak zła książka".
Rodzina nie miała tyle pieniędzy, żeby go posłać na studia. Herman Roth próbował po wojnie uniknąć korporacyjnych ograniczeń i rozpoczął pracę w nowej branży. Wieczorami i w weekendy pracował przy mrożonkach, pozostając jednocześnie pełnoetatowym pracownikiem Metropolitan Life. Pożyczył pieniądze na swój biznes, ale gdy ten zawiódł, stracił rodzinne oszczędności; Philip był wtedy jeszcze w szkole średniej. Skończył ją w styczniu 1950 roku i jesienią zapisał się na studia w filii Uniwersytetu Rutgersa w Newark. Wcześniej znalazł pracę jako magazynier w domu towarowym S. Kleina w centrum miasta, do czego potrzebne było przeszkolenie w reprezentacyjnym sklepie firmy znajdującym się na Manhattanie przy Union Square, tuż obok antykwariatów na Czwartej Alei. "Jadłem lunch właśnie tam, w ich wnętrzach" - wspomina Roth. Te tanie książki w miękkich okładkach dawały mu ogromną radość. Wielkie wrażenie zrobił na nim John Dos Passos: "Te pociągi, strajki, fabryki - współczesny świat na zbeletryzowanych stronach". Ten entuzjazm doprowadził do korekty jego planów, kiedy po paru tygodniach wylano go od Kleina, bo był "za mądry".
Chciał podjąć pracę w fabryce, zgłosił się więc do producenta drzwi garażowych w Irvington w stanie New Jersey, gdzie siedział w niewielkim pomieszczeniu i sortował gwoździe, wkładając je do olbrzymich beczek. Pracował od ósmej do piątej. Zaintrygowała go pierwsza godzina przeznaczona na lunch: "Robotnicy grali w softball. Bardzo mi się to podobało". To był właśnie Dos Passos. Prawdziwy sznyt. Kolejny męski ideał. Niestety, po lunchu musiał wrócić do sortowania gwoździ. Wspomina, że przy kolacji powiedział rodzicom, iż spędził wspaniały dzień, a potem zapytał: "Czy muszę tam znów iść?". Nawet się nie trudził, żeby odebrać wypłatę, a do jesieni zarabiał - całkiem przyziemna praca - jako organizator zajęć na obozie młodzieżowym.
Filia Uniwersytetu Rutgersa, gdzie studiował przez pierwszy rok, mieściła się w dawnym browarze. To miejsce odpowiadało jego "liberalno-demokratycznemu nastawieniu" i po raz pierwszy miał kolegów, którzy nie byli Żydami, co wydawało się nie tylko nowe, ale też ekscytujące. Ale w przeciwieństwie do Neila Klugmana z Żegnaj, Kolumbie Roth szybko zmienił swoje życie, gdyż miał wrażenie, że pięciopokojowe mieszkanie, w którym stale znajdował się pod ojcowskim nadzorem, go ogranicza. Napięcie rosło już w szkole średniej - Herman Roth doskonale wiedział, jak powinno się robić określone rzeczy. "Wszystko źle!" - jak wspominał Philip - było jego bojowym hasłem. (Natomiast matka, kiedy syn urósł na tyle, by budzić jej podziw, a nawet trochę ją onieśmielać, zwykle mówiła: "Kochanie, jak zrobisz, tak będzie dobrze"). Doświadczenia związane z nauką jazdy pod okiem ojca przypominały według słów Rotha "bitwę o Iwo Jimę" i w końcu musiał się zapisać na kurs, by utrzymać pokój w domu.
Kolejne boje dotyczyły powrotów do domu. Ojciec chciał utrzymać godzinę policyjną ze szkoły średniej, a Philip był już poważnym studentem. Nawet wtedy wiedział, że ojciec, który przeżył śmierć trzech z pięciu braci, po prostu się o niego boi, ale to mu wcale nie pomagało, wręcz przeciwnie - czyniło całą sprawę jeszcze trudniejszą. Gdy kiedyś dotarł do domu po północy, zastał drzwi zamknięte i musiał długo w nie walić, aż w końcu matka go wpuściła. Kiedy więc zdał na drugi rok, złożył podanie o przeniesienie i zdobył stypendium na Uniwersytet Bucknell w Pensylwanii, dokąd musiał jechać z domu aż siedem godzin. Było to błogosławieństwo, gdyż zapobiegło ostatecznej walce z ojcem, której żaden z nich nie chciał.
Z przyjemnością przeniósłby się gdziekolwiek. Wybrał Bucknell, bo zdał tam jeden z jego kolegów ze szkoły, a kiedy przyjechał na Boże Narodzenie, wydawał się bardzo niezależny i opowiadał o swojej dziewczynie. Ale ta założona przez baptystów, położona wśród pól uprawnych uczelnia pozwoliła Rothowi również "doświadczyć Ameryki" - rdzennej, nieżydowskiej, z filmów i książek, zwłaszcza jego ówczesnego idola Thomasa Wolfe'a. Liryczne ambicje ze Spójrz ku domowi, aniele i innych książek tego autora - Roth przeczytał je wszystkie w Bucknell - sprawiły, że coraz rzadziej myślał o prawie, i wzmocniły jego więź z literaturą. Chodziło nie tyle o piękne pisarstwo (chociaż można je było znaleźć u Wolfe'a), ile o pewną potrzebę poszukiwań i wolności. Roth wciąż uważa Wolfe'a za "niespełnionego geniusza", co można znaleźć w jego nieopublikowanych notatkach na temat pisarzy, którzy mieli na niego wpływ w młodości. Wspomina też, jak duże wrażenie zrobiło na nim "to podstawowe pragnienie wielkich doświadczeń - wielkich amerykańskich doświadczeń". Wierzył, że właśnie w Bucknell znajdzie coś takiego. Miał do dyspozycji małomiasteczkowe życie, pokryte bluszczem budynki oraz bibliotekę z białą wieżą z karylionem, stowarzyszenia (nawet jeśli zapisał się do żydowskiego, i to dopiero po roku), obowiązkowe nabożeństwa w kaplicy (nawet jeśli czytał w ławce Schopenhauera). Roth być może wychowywał się jak amerykańskie dziecko, ale na studiach doszedł do wniosku, że w Newark nigdy nie poznał prawdziwych Amerykanów.
W Bucknell pisał historie właśnie o nich, o prawdziwych Amerykanach, dlatego nie miał żydowskich bohaterów. Bogactwo literatury pozostawało niedostępne dla członków jego rodziny i innych ludzi z pełnego imigrantów miasta, w którym dorastał. Na tym parnasie brakowało też miejsca dla komedii, choć Roth powoli odkrywał, jak potrafi być zabawny i niesforny, i to nie tylko wtedy, kiedy grał Nathana Detroita w skróconej wersji Guys and Dolls w trakcie występów swego studenckiego stowarzyszenia. Bawił też młodych profesorów, którym spodobały się jego wspaniałe opowieści o życiu Żydów z małych miasteczek, pochodzące częściowo z sąsiedzkich rozmów, a częściowo z komedii granych w Empire Burlesque. Ale nie wyobrażał sobie, by miał o tym pisać.
W Bucknell nie można było studiować współczesnej literatury amerykańskiej, a roczne seminarium z literatury angielskiej zaczynało się od Beowulfa i kończyło na Eliocie i Virginii Woolf. ("Interesowałem się brytyjską literaturą. To była prawdziwa kwintesencja literackości"). Z innych rzeczy zetknął się ze sztukami Eugene'a O'Neilla na zajęciach z amerykańskiego teatru prowadzonych przez zaprzyjaźnionego profesora Boba Maurera. Tak się jednak złożyło, że jego żona Charlotte pracowała jako sekretarka Williama Shawna w "New Yorkerze" i Roth poznał ją, gdy wraz ze swoją dziewczyną pilnowali jej syna. ("Jedynym miejscem, gdzie można się było pieprzyć, było łóżko profesorstwa, kiedy zajmowało się ich dzieckiem").
Roth wspomina, że kiedy wraz z kolegami przejął pismo literackie kampusu ("To była czystka, prawdziwe posunięcie w stylu Chruszczowa"), właśnie Maurerowie im doradzali, a oni wzorowali się na "New Yorkerze", łącznie ze wstępniakiem w stylu The Talk of the Town. ("Byliśmy jakiś czas temu w Sheboygan..." - zabawnie naśladuje głos swego mentora). W piśmie noszącym nazwę "Et Cetera" było też sporo miejsca na "opowiadania o udręczonej wrażliwości"[5], z bohaterami "mającymi symbolizować życie umysłu"[6] - jak pisze w Faktach. Odzwierciedlają one poczucie kulturowego, a nawet duchowego niedopasowania, jakiego doświadczał młody autor w Bucknell, gdzie królowały "futbol, ciuchy, wozy, dziewczyny i krosty", ale nie ukazują wszystkich jego pozaliterackich fascynacji.
Na trzecim roku był już kimś. Wydawał "Et Cetera" i dostał główną rolę w kole dramatycznym, o której pisał w liście do babci. Zdobył też pierwsze wyrazy uznania za "przenikliwość literacką" - jak sam to nazwał - kiedy jeden z jego profesorów, Willard Smith, wybrał go za pracę na temat Maria i czarodzieja Thomasa Manna do poprowadzenia zajęć. Odebrał to jako duże wyróżnienie - wszyscy wiedzieli, że Smith był w Princeton w czasach F. Scotta Fitzgeralda i Edmunda Wilsona i wspaniale wyglądał w garniturze Ivy League, pierwszym, jaki Roth w ogóle widział. Miał też powody do osobistej satysfakcji, kiedy to po dwóch latach studiów, gdy jego życie seksualne nie różniło się specjalnie od tego z Weequahic, znalazł w końcu dziewczynę i rozpoczął karierę opiekuna dzieci.
Betty Powell - jeszcze jedna Betty, ta epoka właśnie do nich należała - nie była, jak można się spodziewać, typem cheerleaderki. Według Rotha należała do najinteligentniejszych dziewczyn na uczelni. Jej rodzice pracowali w marynarce, a ona po wojnie mieszkała jakiś czas w Japonii. Delikatna, z jasnymi włosami, źle zniosła rozwód rodziców, a jej ojciec zmarł na raka, gdy jeszcze studiowała. Paliła i piła martini - czasami uwodzicielsko robiła jedno i drugie - a połączenie znajomości życia i kruchości wydawało się u niej bardzo pociągające. Poza tym grała trudną do zdobycia. Roth wytrwale ją adorował i pamięta, jak mu powtarzała: "Przestań tak ciągle się mną przejmować". Uznał to powiedzenie za na tyle ujmujące - pierwszy efekt tego, jak na niego działały słowa kobiet - że zaczął się jeszcze bardziej starać o jej względy. (To, jak ważne było pilnowanie dzieci, okazało się następnego roku, kiedy Betty odkryto pod łóżkiem Rotha w wynajmowanym przez niego pokoju. Jego zdaniem właścicielka nie wyrzuciła go wtedy tylko dlatego, że nie zapłacił jeszcze czynszu).
Ale na trzecim roku zasmakował też prawdziwych kłopotów. Wynikło to z jego pisania, a konkretnie z satyry zamieszczonej na rozkładówce w "Et Cetera", dotyczącej tygodnika kampusu. Nijakość pisma czyniła z niego łatwy cel ataków dla dwudziestoletniego samozwańczego krytyka. Nauczyciele literatury mogli go tylko pochwalić za dowcip. ("Mieli prawdziwego żydowskiego Swifta - wspomina Roth. - Takiego Swiftberga"). On sam też nie krył zadowolenia - nie była to jedna z jego sztucznych historii, ale żywa, spontaniczna odpowiedź na coś prawdziwego. Wkrótce wezwano go jednak do dziekana. Pamięta, że się bał. Przynajmniej potencjalnie nie był to drobiazg - w 1953 roku wciąż trwała wojna w Korei, a wyrzucenie z uczelni oznaczało nie tylko wstyd, ale też możliwość poboru. Dziekan wyjaśnił, że w Bucknell nie ma miejsca dla Swifta - nie pomogła nawet końcówka "-berg" - i Roth musiał stanąć przed uczelnianą radą do spraw publikacji. Pomocy i rady szukał u najbardziej szanowanej wykładowczyni, Mildred Martin, która później mówiła, że przyszedł do jej domu ze łzami w oczach. Roth zaprzecza, jakoby miał płakać, ale z uznaniem wspomina jej radę: "Tego właśnie powinieneś się spodziewać, jeśli chcesz żyć w tym kraju z satyry" - cytuje bez zająknięcia.
Nie wyrzucono go i odkrył w sobie skłonność do literackiej dezynwoltury, a także dzięki zainteresowaniu "New York Timesem" do opowiadań J.D. Salingera, z których osiem ukazało się w tym piśmie do wiosny 1953 roku. Przeczytał też Buszującego w zbożu, gdy tylko pojawił się dwa lata później. Teraz, sam będąc pisarzem, szukał wszystkich utworów tego autora, w tym opowiadań z lat czterdziestych, publikowanych w "Collier's" i "Saturday Evening Post". Uderzyły go przede wszystkim "ton i intymna atmosfera" tych historii. "Tego nie można się było nauczyć, studiując literaturę. Czuło się w tym świeżość mówionego języka i wyznania. Bez ozdobników. Jak mogłem się tego nauczyć, czytając Thomasa Hardy'ego?" - wspomina. Jego zdaniem to właśnie Salinger najbardziej wpłynął na "wrażliwość" jego wczesnych opowiadań.
Na ostatnim roku szukał gazet, w których mógłby publikować, i spędzał bardzo dużo czasu w czytelni czasopism w Bucknell. Wspomina, że czytał wszystko: "Hudson Review", "Kenyon Review", "Sewanee Review" i wiele innych. Zelektryzowało go odkrycie "Commentary": "Nie miałem pojęcia, co to takiego, ale znalazłem tam takie historie o Żydach, jakich nie widziałem nigdy wcześniej: obiektywne, bezpośrednie, opisowe". Tak właśnie natknął się na recenzję niedawno wydanej książki Saula Bellowa Przypadki Augiego Marcha. Recenzent, Norman Podhoretz, uznał książkę za słabą, ale chwalił autora za "próby ożywienia współczesnej prozy" i znalezienia "prawdziwego języka współczesnej Ameryki". Roth natychmiast ją kupił; była to w ogóle druga czy trzecia książka w twardej oprawie - pomijając podręczniki - którą nabył. "Jedna książka kosztowała około pięciu dolarów. Trzeba się było zdecydować na taką inwestycję". Na początku wydała mu się bardziej myląca niż ciekawa: "Nie wiedziałem, jak ją potraktować. Była czymś tak nowym. Stanowiła olbrzymi wyłom w tym, czego mnie uczyli - uczyli nas wszystkich - na uniwersytetach. I o to w niej chodziło".
Przeczytał Bellowa jeszcze raz na pierwszym roku studiów magisterskich na Uniwersytecie w Chicago w zupełnie innym środowisku intelektualnym. I nagle zrozumiał, jakie książki Żyd może pisać o Żydach: bujne, współczesne, przemyślane. Jeśli chodzi o temat, młody pisarz mógł zauważyć, że "wszystko nadaje się do powieści, również przemyślenia, co stanowiło sprzeciw wobec Hemingwaya uznawanego wówczas za największego mistrza". Mimo niezwykłej świeżości książki Bellowa Roth zauważył jej związki z pisarstwem dawnego swojego ulubieńca, choć nie tak modnego autora, Thomasa Wolfe'a. Dostrzegł, że Bellow też był jego namiętnym czytelnikiem, a ich związki są oczywiste: "gejzer języka, epickie wyczucie życia, przerysowane postaci, uwielbienie dla tego, co wielkie w Ameryce". Ale jego nowy bohater, jak pisze Roth, był "samoistnym geniuszem".
Bellow potrafił się wyzwolić z tradycyjnego żydowskiego zaścianka. "Jestem Amerykaninem z Chicago rodem"[7] - brzmią pierwsze, słynne słowa Augiego. Potem przyszła kolej na powieści Bernarda Malamuda - już w nie tak oczywisty sposób buntownicze. Malamud opowiada w nich o żydowskich imigrantach, biednych i pogrążonych w smutku, rodem ze starego świata, ale wzbogaca język o składnię i potoczne słownictwo jidysz. Roth pisał później o "stosie połamanych słownych kości", które nigdy wcześniej nie przydały się żadnemu pisarzowi. Jego podziw wzbudzało też to, że Malamud napisał książkę o baseballu. Wspominając The Natural, daje temu wyraz i niemal wykrzykuje: "Nie wiedziałem, że można napisać książkę o baseballu dla dorosłych! Kto mu dał pozwolenie?". Jednak najważniejsza lekcja, jaką wyniósł z lektury obu pisarzy, polegała na tym, że ich historie o życiu rodzinnym na Brooklynie czy w Chicago są "równie ważne, jak Paryż Hemingwaya czy Long Island Fitzgeralda" i że doświadczenia Żydów można przekuć na prawdziwie amerykańską literaturę.
Jego głos zabrzmiał wyraźniej, kiedy zaczął pisać o ludziach, których znał najlepiej. Roth napisał Nawrócenie Żydów i Epsteina w czasie rocznej służby wojskowej, którą zaczął jesienią 1955 roku, kiedy miał dwadzieścia dwa lata. Po roku studiów magisterskich postanowił sam się zgłosić, zamiast czekać na pobór, ale skrócono mu służbę z powodu urazu kręgosłupa, którego doznał w czasie ćwiczeń w Fort Dix. (Wykorzystał to później w opowiadaniu Novotny's Pain). Nie było to wojsko, jakie znał z Młodych lwów Irwina Shawa czy Nagich i martwych Normana Mailera, które pochłonął w poszukiwaniu wojennego heroizmu. Skierowano go do prac biurowych w Szpitalu Waltera Reeda w Waszyngtonie, gdzie spisywał informacje, które następnie udostępniano publicznie. Miał szczęście - robił to na maszynie, z której mógł później korzystać.
Właśnie w tym czasie odkrył muzykę, zwłaszcza kameralną, kolejną gałąź sztuki, która go zajmowała oraz pobudzała i mogła dać wytchnienie od słów. W domu nigdy nie słyszał muzyki poważnej. W Chicago poszedł parę razy do Orchestra Hall, ale choć duże utwory orkiestrowe robiły na nim wrażenie, były zbyt hałaśliwe. Chodził tam, bo sądził, że powinien. Ale w bazie wojskowej w Waszyngtonie miał darmowe bilety na koncerty w Bibliotece Kongresu, która gościła właśnie Budapesztański Kwartet Smyczkowy. Pomysł wydawał się dobry - poszedł sam w mundurze ("Można było na niego podrywać dziewczyny") i okazało się, że ta muzyka go poruszyła. Najwspanialszym doświadczeniem był kwintet klarnetowy Mozarta, który muzycy z Budapesztu zagrali z występującym gościnnie klarnecistą. Roth nuci, próbuje sobie przypomnieć nazwisko muzyka z koncertu sprzed pięćdziesięciu siedmiu lat, aż w końcu mówi: "Byłem w niebie!". Chodził na następne koncerty i pisał, ale ból pleców stał się tak nieznośny, że trafił do szpitala. Opuścił wojsko z podziękowaniami latem 1956 roku z poważnym urazem, chociaż nawet nie widział najmniejszej potyczki.
Opowiadania, którymi pożegnał wojsko, świadczą o doskonałym słuchu na potoczny język i o nowej chęci, by mu zaufać. W Epsteinie sięgnął po skandal z sąsiedztwa, przywołany przez ojca w czasie jednego z posiłków. Nawrócenie Żydów oparł na opowieści Arthura Geffena, swego młodego przyjaciela i pisarza z Chicago, o chłopcu, który groził, że skoczy z dachu synagogi, i o rabinie, który starał się go przekonać, by tego nie robił. Rothowi tak bardzo spodobał się ten obraz dwóch przeciwstawnych postaci, z których jedna jest na górze, a druga na dole, że - jak relacjonował w wywiadzie dla Web of Stories - powiedział Geffenowi: "Daję ci pięć lat na napisanie tej historii, a jeśli nie, sam to zrobię". I dodał: "Zrobiłem to już w następnym roku, ale Arthur wciąż jest moim przyjacielem".
Roth wrócił do Chicago, żeby po wojsku uczyć; jego opowiadanie odrzuciły wszystkie poważniejsze pisma, ale zaaprobował je sam Saul Bellow, który pojawił się gościnnie na zajęciach innego pisarza i przyjaciela Rotha, Richarda Sterna. Stern poprosił Rotha o zgodę na udostępnienie tego opowiadania studentom, a on zdecydował się wziąć udział w zajęciach. W czasie przerwy poszedł na kawę z Bellowem i Sternem, lecz był onieśmielony bliskością wielkiego pisarza, a ten, "choć mu się podobałem", nie wykazywał ochoty na kontynuację znajomości. Ale Roth wiedział, że jego opowiadanie rozbawiło autora Przypadków Augiego Marcha.
Żegnaj, Kolumbie pochodzi z tego samego 1957 roku, ze stołówki University Tavern. Roth opowiadał Sternowi o rodzinie Żydów z New Jersey, uczęszczających do klubu, i o swojej pięknej rudowłosej sympatii Maxine, z którą utrzymywał stałe kontakty - często mimo odległości - od czasu ukończenia uniwersytetu w Bucknell. A zwłaszcza o wakacjach spędzonych z tą rodziną. Roth pamięta, że przyjaciel zapytał go, co zamierza "z tym" zrobić, a on nawet nie zrozumiał pytania. To Stern mu powiedział, żeby to wszystko spisał. I chociaż Roth, jak mu się wydawało, nauczył się wiele o przekraczaniu granic, miał wrażenie, że nowobogacka rodzina z przedmieścia Jersey City jest poza jego zasięgiem. Nie wiedział, dlaczego miałoby to kogoś zainteresować. "Nie przyszło mi do głowy, że to moje tematy" - powiedział znacznie później. Choć sceptycznie nastawiony do całej sprawy, zgodził się spróbować. Napisał fragment, który pokazał Sternowi, a ten poprosił o więcej. Następna część i znowu prośba o kolejną. A potem Roth szybko skończył całe opowiadanie.
4 Niech zagra nam dzwon wolności!
5 Ph. Roth, Fakty, przeł. J. Kozak, Warszawa 2011.
6 Tamże.
7 S. Bellow, Przypadki Augiego Marcha, przeł. W. Niepokólczycki, Warszawa 1990.