Rotardania - Jan Drzeżdżon

Kup ebooka

41.25 zł
33.00 zł (41,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

posłowie

Rotardania - jest wstrząsająca... Pierwszym wstrząsającym doświadczeniem, które oczekuje na czytelnika powieści, jest niedająca się porównywać z niczym innym intuicja światotwórcza, podstawowa zasada pracy Jana Drzeżdżona-pisarza. To musi być potwornie kłopotliwe dla zalęknionego czytelnika polskiego - w jednym rzucie otrzymywać aż tyle nowości, o którą się nie prosi, czy której - nawet - nie można by przeczuć (by się na nią przygotować!). Nie wiadomo, co zrobić ze światami Jana Drzeżdżona, jak je opowiedzieć, streścić, tak bardzo stapiają się tu w jedno substancja dziania się i myślenia o tym dzianiu. Jakby mało było kłopotów, niewykluczone bowiem, że Drzeżdżon nie opowiada. Myśli dzianiem się, a to coś zupełnie innego. Bliższe prawdy byłoby określenie: relacjonuje, a "opowiada" - może okazać się zupełnie nie na miejscu. Pisarz rozumie doskonale, że, wyłącznie dla siebie, musi stworzyć - od samych fundamentów - swoje własne porządki relacjonowania. Nie wiem, co prawda, czy podejrzewa, jak bardzo brakuje języka dla opisu jego pracy, mało tego - nie rozumie, że to ostatecznie stanie się przyczyną jego klęski odbiorczej, upadków jego projektów książek w wydawnictwach i tragedii artystycznej - czytelnik Drzeżdżona nie miał skąd czerpać wiedzy, jak odróżniać obiektywne porządki opowiadania i subiektywne porządki relacjonowania. Na żywioł tego rodzaju, co żywioł Drzeżdżona, nie był w stanie odpowiednio przygotować Polaków nawet Henryk Bereza...

Spróbuję w podobnej sytuacji przystąpić do swojej pracy metodycznie. Uważam, że byłoby doskonale, by Drzeżdżona odkryli filozofowie, przeczytał go filozof literatury, po filozofie literatury, koniecznie, filozof przyrody, logik, filozof wnioskowań, także - filozof poznania. Nie ma w tym, jak myślę, wielkiej przesady... Najczęstszy pogląd, jaki można spotkać o tym pisarstwie, wyraża wpisywaną w tę literaturę energię do przezwyciężenia zastanych konwencji, co często ma u Drzeżdżona dokonywać się w ramach przyjmowanej apriorycznie logiki snu. Tyle powiedzieć to, jednak, powiedzieć jeszcze bardzo niewiele i pewnie nie wystarczy to, ażeby zrozumieć, skąd utrwalone w literaturze przekonanie, że Drzeżdżon mógłby górować nawet nad Borgesem. Wróćmy zatem do wspomnianego - na samym początku - światotwórstwa, bo Rotardania, podobnie zresztą jak Pergamonia oraz Karamoro, to najwybitniejsze dowody kunsztu i precyzji światotwórczych Drzeżdżona. Czy chcę przez to powiedzieć, że Borges proponuje coś gorszego, jakieś światotwórstwo ad hoc? Bynajmniej nie. Jednak to Drzeżdżon ma większą wyobraźnię krytyczną, co daje mu - jak uważam - ważną przewagę nad Argentyńczykiem - konsystencję tworzonych światów... "Światotwórca" ma dawać swojemu czytelnikowi spoistość - tworzyć światy jak mocne, szlachetne gąbki - nie wystarczy tu bowiem świata zapełnić, należy jeszcze rozumieć to wszystko, co ontologia nazywa ontologią trwania i zmiany. Postaram się dowieść, że Jan Drzeżdżon rozumiał, jak wielkim problemem jest w światotwórstwie trwanie światów, jak zatem dla tego trwania znajdować literackie reprezentacje w tekście. Moim zdaniem, dość świadomie ćwiczył wytwarzanie tych reprezentacji w powieściach takich jak wspomniane Karamoro, Pergamonia, Rotardania. Poza tym - nie wystarczy powiedzieć, jakoby łamał konwencje, Drzeżdżon robił bowiem dużo więcej, świadomie, uważnie, a także krytycznie proponował style myślenia dekonwencjonalizującego i wypełniał swoje powieści wcale nie zwykłym onirycznym krajobrazem, ale onirycznymi sposobami wnioskowania, dedukcji - indukcji, falsyfikacji, weryfikacji, tworzył oniryczne sądy - formy onirycznych przekonań, kształty onirycznego sądzenia.

Równie często co entymematami zajmował się również zmianami perspektywy, bo właściwie mamy u Drzeżdżona cały dramat perspektywy, jej nieustannej relatywizacji, bo prawa perspektywy stają się tu dodatkowym prawem fizycznym, występują też czasem sub specie fizyki, reprezentują oniryczne style myślenia, te style są u Drzeżdżona dużo bardziej konsekwentne niż u Borgesa - jeżeli, summa summarum, perspektywa jest dynamicznym sposobem myślenia o świecie, ważne jest bycie w prawach fizyki, o wiele ważniejsze niżeli same prawa, bycie, czyli odnajdowanie się i gubienie w prawach fizyki. Drzeżdżon więc relatywizuje perspektywę i dynamizuje style myślenia, nie uzmiennia. Chciałbym może to podkreślić ze szczególną mocą - jego style myślenia nie są zmienne, są dynamiczne oraz relatywne. Zmienność, a więc pewna przygodność, jest u Borgesa. U Drzeżdżona będziemy mieli coś lepszego - solidną konsekwencję dekonwencjonalizowania zdarzeń i sytuacji, to bardzo niesprawiedliwe, jeżeli sprowadzić taki rodzaj pracy do retoryki baśni i infantylnej zabawy akcją... Wybór prostych fabuł i dziecinnych rozwiązań mikroperypetii to skutek ludyzmu, który pisarz przenosił do literatury jeszcze z rodzinnych Kaszub... Traktowałbym ludyzm podobnego rodzaju inaczej - może nawet jako formę emancypacji od wszelkiej intelektualnej retoryki i związanych z nią intelektualnych gier władzy oraz wiedzy, z czym notabene musiał obcować, pracując na uniwersytecie... Ludyczny charakter PergamoniiRotardanii jest więc dla mnie po trosze formą obrony przed intelektualnym kolonializmem epoki, chociaż nie mam na to, oczywiście, żadnych rozstrzygających dowodów.

Dzieło dojrzałego okresu twórczości Jana Drzeżdżona (umowę na wydanie powieści podpisywał w 1985 roku) spotkało się z indywidualnymi wyrazami uznania, niemającymi jednak żadnego wpływu na jej powodzenie i zaistnienie na rynku. Umowa z "Czytelnikiem" podpisana w 1985 roku została zerwana, a gdy stanowisko redaktora wydawnictwa zostało zmienione - pomimo przyjaźni Drzeżdżona z Wacławem Sadkowskim - nie została już przywrócona. Drzeżdżon, jak się zdaje, finalnie porzucił nadzieje na wydanie Rotardanii w "Czytelniku" w 1989 roku. Na samym "Czytelniku" świat się jednak nie kończył i nieco nadziei dostarczyło pisarzowi Wydawnictwo Łódzkie. Niestety - fałszywej... Pozytywne recenzje materiału, co prawda, były, ale nie było najważniejszego - pieniędzy, by książkę zmaterializować, skutkiem czego projekt ugrzązł, ostatecznie mogąc w przyszłych latach liczyć tylko na przedruki fragmentów - w "Nurcie" w 1986 roku i w "Twórczości" w 1987 roku. Jak się wydaje, dopóki drukował, Drzeżdżon wierzył mniej lub bardziej - w swoje publikatorskie powodzenie.

Winni jesteśmy czytelnikowi jeszcze jedno wytłumaczenie. Rotardania stanowiła na tyle rozległy, fragmentaryczny oraz ambitny projekt, wypełniony wieloma upłynnionymi granicami, że - niejako na zasadzie tekstu w tekście czy też utworu w utworze - powieść swobodnie ewoluowała w inną, będącą kontynuacją wątków swego poprzedniego wcielenia. Właśnie tę odnogę Rotardanii Drzeżdżon zdecydował się ostatecznie oddzielić z przyczyn pragmatycznych i tytułować osobno, W ogrodzie Anny - odłączając jej losy wydawnicze od losów poprzedniczki. Chodziło o Annę Jaszke, właścicielkę zakładu fryzjerskiego, postać niezwykle swiftowską, bo przywodzącą na myśl żeńską gigantkę w rodzaju Guliwera, a u Drzeżdżona zarazem obiekt osobliwego zauroczenia oraz olśnienia. Postać ta jest czymś w rodzaju ludzkiej korony całej Rotardanii, tak że można by właściwie powiedzieć - Femina coronat opus. Jest ludyczna i teologiczna, fragmentaryczna i perspektywiczna. Całe strony Rotardanii zajmują opisy plamy świetlnej na jej policzku, stawianie jej na nogi czy słynne (przywołane przy okazji każdego omówienia tej powieści) szlifowanie stóp Anny. Losy obu tytułów - Rotardanii oraz W ogrodzie Anny - chociaż przez moment zwiastowały pewną pomyślność dla drugiej części prozy Drzeżdżona - którą zainteresowało się wydawnictwo MAW - zakończyły się niepomyślnie. Utwór podzielił los ineditów, Drzeżdżon, musząc zadowolić się efemerycznymi wystąpieniami obu tych tekstów w prasie, ruszył do dalszej pracy...

Studiując filozofię w 2007 roku, uczęszczałem na wykłady z ontologii do Mariusza Grygiańca, który właśnie wtedy pracował nad swoim zasadniczym studium i to studium przychodzi mi na myśl, gdy czytam Rotardanię: nosiło tytuł osobliwy, tj. Genidentyczność a metafizyka persystencji: endurantyzm, perdurantyzm i eksdurantyzm, jednak gdy profesor Grygianiec wyjaśniał jego zawiłości, wszystko stawało się prędzej czy później jasne. We własnym artykule ujął to w sposób następujący przy okazji definiowania perdurantyzmu:

"Jeżeli bowiem przyjmiemy, że struktura czasoprzestrzenna wszechświata jest wypełniona częściami przestrzennymi i czasowymi (np. materii), to musimy wyjaśnić, w jaki sposób wymienione części "komponują się" w przedmioty codziennego doświadczenia, innymi słowy: co sprawia, że jakieś czasowe części zawartości czasoprzestrzennej świata "komponują się" w pomidory, ludzi, molekuły i tak dalej. Jedną z odpowiedzi jest powołanie się na relację genidentyczności zachodzącą pomiędzy częściami czasowymi przedmiotów1".

Dalej profesor Grygianiec mówił dobitnie o naszej esencji, a ściślej, o tym, że nie jesteśmy pewni, która część czasowa nas samych, na przykład: naszego ciała, tę esencję zawiera, skutkiem czego nigdy nie możemy mieć całkowitej pewności, czy aktualnie ją, to znaczy nasza część czasowa - bardziej niż my w ogóle - posiadamy. "Kto nam chociażby zagwarantuje, że nasza esencja nie tkwiła w naszych włosach i dawno ją zostawiliśmy we fryzjerskich koszach na odpadki? Albo w naszej krwi i dawno ją zostawiliśmy w punktach badań i na stacjach pobrań?", pytał prowokacyjnie Grygianiec. To wszystko jest bardzo w duchu Rotardanii, ale i w duchu Pergamonii Drzeżdżona, i to tak bardzo, że aż kusi, by stwierdzić - że Swift Swiftem i jego słychać u Drzeżdżona bardzo dobrze - ale jest tutaj niezwykle silny manifest filozoficzny i ontologiczny, nie tylko literacki. Drzeżdżon jest perdurantystą, wierzy w genidentyczność perdurantystyczną... Nazwać to surrealizmem to nieporozumienie z ogromnej niedokładności tak, jak gdyby nazywać Rafaela kwadratem w ramach, prawda? Spójrzmy chociażby na trwanie poszczególnych części czasowych Anny Jaszke w trakcie monumentalnego stawiania jej na nogi - czasowych implicite, a explicite przestrzennych:

"Anna zwisała i jej ramiona byłyby się zsunęły z szyn, gdyby nie sprawne operowanie przez fryzjera linami. Słychać było głównie szczęk bloków i szelest przesuwanych lin. Ja rzuciłem się, by wypełnić swoje obowiązki i wystawiłem jedną nogę. Wisiała nad podłogą i dałem znak fryzjerowi, aby nieco zniżył liny. Uczynił to i stopa Anny dotknęła podłogi, ale nie oparła się całym ciężarem na niej. Ja tymczasem pędziłem już z drugą nogą i jak tylko się dało najsprawniej, wysunąłem ją do przodu. Towarzyszył temu szczęk bloków, szelest lin i przyspieszone oddechy fryzjera i moje. Od czasu do czasu kontrolowaliśmy ustawienie brzucha, a również pośladków".

Warto pamiętać o tym, że - podobnie jak w wypadku Conrada język angielski - w wypadku Drzeżdżona język polski pozostawał trzecim w akwizycji. Jak przypomina Maria Jentys-Borelowska, pierwszy był kaszubski, drugi niemiecki, polskiego pisarz uczył się w okresie po wyzwoleniu... To głęboka cecha lingwistyczna wpływająca na językowe obrazy świata pisarstwa polskojęzycznego używanego przez autora Rotardanii. Ktokolwiek w tej mierze miałby wątpliwości, powinien sięgnąć do takich pozycji, jak choćby Styl Josepha Conrada a język polski i wielojęzyczność, pamiętając tutaj o historii kolejnych akwizycji językowych Conrada: u niego najpierw była polszczyzna, dalej - francuski kształcony pod opieką guwernantki, dopiero na koniec - angielski, przyswajany dopiero od 21. roku życia, podczas kiedy Drzeżdżon polszczyznę przyswajał już w wieku 8-10 lat... Nie dziwi zatem sukces tego drugiego przy licznych osobliwościach języka towarzyszących Conradowi w świadomym uprawianiu twórczości anglojęzycznej. Językiem się myśli, cała gramatyka kognitywna bierze swój początek w naszym partykularzu, niekiedy bardzo indywidualnym, językowym obrazie świata. Za kognitywistami należałoby to nazwać saliencją, a zatem - kierunkiem, który obiera nasz mózg, podejmując decyzję w sprawie przedmiotu poznania (poznawania) rzeczywistości. Saliencja decyduje o wszystkim, także o naszym religijnym zaangażowaniu lub jego braku. Niekiedy - oznacza wybór języka, niekiedy - pojęć czy metafor, niekiedy oznacza - odmowę dokonywania podobnych wyborów, jakiś gest albo negacji, albo sprzeciwu. Jestem przekonany, że językowe obrazy świata w polskojęzycznej prozie Drzeżdżona są salientne i odsyłają do kaszubskiej logiki języka, architektury żartu, dowcipu, humoru, ludyczności. To wielkie pytanie, jak przejawia się kaszubskość u tego pisarza, gdy pisze niekaszubsko? Co kaszubskiego jest w Twarzy Boga? Czy może być cokolwiek? Kaszubski styl myślenia, kaszubski wymiar konfesji, kaszubska prywatność? Oczywiście - zagadnienia podobnego rodzaju mogą przytłaczać, ale nie wolno ich z tego powodu odkładać na później... Tak także można by więc tłumaczyć niewiarygodny zmysł absurdu Jana Drzeżdżona, jakby zrozumienie istoty tego absurdu - w głąb. Tłumaczyć - saliencją... To, co Drzeżdżon wybiera do swojej narracji, jest po prostu niepowtarzalne. W moim przekonaniu, może być cechą jakiegoś innego, kognitywnego rozumienia literatury. Warto w sprawie samej saliencji przeczytać więcej, chociażby po to, by rozważyć, w jaki sposób funkcjonuje ona w pracy pisarzy idiomatycznych. W ostatnich latach najważniejszą książką na ten temat była publikacja Joanny Łozińskiej, anglojęzyczna, Path and Manner Saliency in Polish in Contrast with Russian2. To, summa summarum - fundamentalna cecha tego pisarstwa i nie wolno tego bagatelizować: saliencja w pisarstwie Drzeżdżona nie jest saliencją pisarza jednojęzycznego. Mało tego, to saliencja Kaszuba z kaszubskim obrazem świata w języku... Stąd również mogą brać się niepowtarzalne dekonwencjonalizacje w tych powieściach, wcale nie tak bardzo borgesowskie, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, jednocześnie z tego mogą brać się oniryczne sposoby wnioskowania i dedukcji-indukcji, które przykuły moją uwagę - swoją solidną oraz głęboką niesamowitością - w pierwszym rzędzie. Ja jednakże patrzę na to wszystko z perspektywy filozofa literatury i literaturoznawcy. Z jednoznacznie literaturoznawczej z kolei perspektywy światotwórstwo Drzeżdżona określił - jak wydaje mi się, analogicznie do tego, co dla mnie istotne - Przemysław Kaliszuk. Pisał w formule interesującego domniemania, które dobrze będzie przywołać dla lepszej orientacji:

"Moja hipoteza brzmi następująco: Drzeżdżon stawia pod znakiem zapytania możliwość dalszego utrzymywania nowoczesnego dyskursu literackiego w niezmienionej formie, pokazując ambiwalencję i arbitralność jego zasad. Pisarstwo Drzeżdżona, abstrahując od jego wartości artystycznej, stanowiłoby w tym sensie reakcję na literaturę dojrzałego modernizmu, doprowadzając ją do kresu czy w skrajnym przypadku, by zaryzykować kolejną śmiałą hipotezę, przechodząc do porządku nad modernistycznymi aporiami3".

Jest w tym sporo prawdy, chociaż, oczywiście, nie chciałbym, byśmy za podobnym odczytaniem dopatrywali się w Drzeżdżonie jedynie pozornie bogatej, obficie sztukowanej (oniryzmem, baśnią, fantastycznością...) literatury wyczerpania. Dla mnie Drzeżdżon to - bowiem - powrót do źródeł, a Jonathan Swift w kontekście Rotardanii nie pojawił się - przypadkowo: właśnie on działa na swój sposób zbawiennie, ocalająco - dając ostrożną wskazówkę, w moim odczuciu, dosyć przekonującą - że jest mimo wszystko jakaś droga odrodzenia literatury. Z podobnych pozytywnych impulsów w Rotardanii widzę filozofię spotkania Levinasa, dialogu, filozofię twarzy Bubera, jakąś ekumeniczną nadzieję na sens przydarzających się nam spotkań. Osoczem każdej Drzeżdżonowej akcji jest prowincja i spotkania, nie centrum i konfrontacje - więc, rzeczywiście, w tym Kaliszuk ma rację - i Drzeżdżon doprowadza modernizm, tak kochający i nienawidzący stolice, do kresu. Ja sam podejrzewam, że za wielką siłą, którą w jego powieściach dysponuje przestrzenność - tak bardzo wizyjna - kryje się specyficzne podstawienie, pozornie uczestniczymy w utworach takich jak Pergamonia czy Rotardania w życiu prowincji, życiu obrzeży, typów małych miasteczek (rynki, place, ratusze, urzędnicy, fryzjerzy), w rzeczywistości to nie są już w znaczeniu metafizyczne - obrzeża ani prowincje, to swiftowskie wyspy z czasem oraz z przestrzenią dziejącymi się na własnych warunkach (co tym razem kieruje nas w stronę - Daniela Defoe). To wielka siła obrazowania przestrzeni u Drzeżdżona - prowincja ze wszystkimi reliktowymi instytucjami, które ją symbolizują, kryje w sobie bez mała - "możliwość wyspy", a wyspa kryje w sobie "możliwość prowincji", nawet mimo owych instytucji tak ważnych dla życia prowincji, jak ratusz albo plac. Czy to kaszubskie? Czy podobne podstawienie mógł Drzeżdżon wywieść ze swojej biograficznej lokalności? Jaką funkcję odgrywa tu XVII-wieczny trop brytyjski - czyli uosabiający "narodziny powieści angielskiej" Swift oraz Defoe?

Trzeba spotkać się, porozmawiać, wymienić opinie, chociaż - przede wszystkim zapoznać. To powieści "gadane" i jako takie niewiele mają wspólnego z lubianą przez modernizm narracją gawędową i gawędziarską. U Drzeżdżona gawędzi się z kimś, a nie komuś... Właściwie, do tego zobowiązuje nade wszystko małomiasteczkowość, która w tym wypadku, rzeczywiście, urasta do wartości levinasowskiej. Spotkanie z innym człowiekiem zawsze odbywa się w przestrzeni etycznej, jest więc w pewnym sensie rudymentarne oraz elementarne, a nie osobliwe, tego również uczy nas levinasowski Drzeżdżon, tym różni się zresztą, fundamentalnie, od nielevinasowskiego Borgesa. Wszyscy jego fryzjerzy czy też urzędnicy, funkcjonariusze i agenci wyobrażonych miast - są posłańcami Boga, a zatem apostołami spotkania w tym najgłębszym levinasowskim znaczeniu. Fryzjer, szczególnie w Rotardanii, to symbol zbliżającego się do nas spotkania i dialogu, a dopiero potem jakiegoś osobliwego zdarzenia, może o znamionach nadrealizmu, które ułoży się w spiętrzoną czy przerośniętą, koniec końców, fabułę. Perdurantyzm więc, owszem, jest ważny, o ile jednak pozostaje w służbie etyki spotkania, a wręcz metafizyki spotkania. Drzeżdżon objaśnił to w swoim "credo pisarskim", które symbolicznie zatytułował Ulotną kruchością literatury:

"Uważam zatem literaturę, jako źródło wiedzy o człowieku i jako narzędzie umożliwiające zdehumanizowanej ludzkości. Interesują mnie postaci przemawiające do każdego, a zatem poruszające najgłębszą warstwę ludzkiej egzystencji określoną za pomocą słów podstawowych, funkcjonujących u źródeł języka. Stąd konstrukcje, które tworzę, nie nawiązują do historycznie zmiennych form społecznych, ale do takich związków jak rodzina lub społeczność zamieszkująca jakiś teren. [...] Wiedząc, czym jest rynek, ratusz, kim są urzędnicy i cała społeczność Karamoro, można rozważać zagadnienia ludzkich powiązań, w tym społeczeństwie lub w jakimkolwiek innym4".

To ambitny program i bardzo odważna deklaracja, ale Drzeżdżon wie, co mówi... Zapowiada poszukiwanie u siebie "najgłębszej warstwy ludzkiej egzystencji" i straż przy "źródłach języka", deklaruje brak zainteresowania historyczną zmiennością (a więc - czy ogólnie rzecz biorąc - historią?) oraz - obsesję na punkcie literackich opisów kształtu społeczeństwa. Od społeczeństwa zdecydowanie woli "społeczność", zaś od socjologii - "zagadnienia ludzkich powiązań". Mógłby przy podobnym manifeście stać się patronem polskiej fantastyki socjologicznej - jego zainteresowanie socjologią przypomina mi równie głębokie, a także rozległe zainteresowanie Wandy Karczewskiej psychologią w Głębokich źródłach, socjologiczno-fantastyczny Drzeżdżon oraz psychologiczno-oniryczna Karczewska to na dobrą sprawę podobne, zadaniowe i tematyczne, projekty literatury polskiej... Oba niedocenione przez literaturę, która nieco samozwańczo w ostatnim dziesięcioleciu PRL-u: mianowała się głównonurtową: zrzekając się pewnych zadań i odwracając od niektórych tematów... Dyskusje o tym, jaki "pieniądz" wyparł jaki "pieniądz" w 1985 roku, tzn. jaką literaturę przyjęliśmy pod nasze dachy, a jakiej odmówiliśmy prawa obecności - wcale nie straciły na znaczeniu, jak mogłoby się niektórym wydawać...

Powróćmy jednak do Anny Jaszke, choćby po to, by pochylić się nad słynną sceną szlifowania stóp. Jest mi ona jednak potrzebna w bardzo konkretnym celu, chciałbym ją - mianowicie - zestawić z kobietą w trykocie z początku trzeciego rozdziału Locus Solus Raymonda Roussela, także po to, by podkreślić zbieżności i podobieństwa: postmodernizm wypracował sobie własne surrealistyczne techniki portretowania kobiet, często mają też one kryptoerotyczny charakter, taki jest Drzeżdżon, a przed Drzeżdżonem taki był Roussel - w swoich obrazach kaszubski pisarz podąża po najszlachetniejszych, postestetycznych liniach obrazowania w epoce, dość krzywdzące jest widzieć to wszystko, to znaczy całe te skale, "przywalone" jedną tylko inspiracją - Borgesem. Przypomnijmy więc może - Canterel oprowadza swoich gości po wnętrzach swojego wyprojektowanego ogrodu wypełnionego zwodniczymi wynalazkami. Rozdział trzeci przedstawia zbiornik w kształcie klejnotu, w którym pływa kobieta, wywołuje muzykę włosami, tańczy zwierzę, mamy również skalp ludzkiej twarzy, a do tego rożek. Roussel pisze:

"Wspaniałe blond włosy, puszczone wolno, unosiły się ponad jej głową, nie sięgając wszakże powierzchni cieczy. Przy najmniejszym poruszeniu każdy włos, otoczony jak gdyby szklistym futerałem, wibrował pod wpływem tarcia płynnej masy, a utworzona w ten sposób struna wydawała cieńszy lub grubszy ton, zależnie od długości. Zjawisko to tłumaczyło czarowną muzykę, którą usłyszeliśmy, zbliżając się do diamentu. Zręczna młoda kobieta wytwarzała ją celowo, regulując swoje crescenda lub diminuenda umiejętnym stopniowaniem siły i szybkości wahadłowych ruchów szyją. Gamy, glissanda czy arpeggia w swoim melodyjnym wznoszeniu się lub opadaniu mogły biec najmniej przez trzy oktawy. Często wykonawczyni, zadowalając się leniwym potrząsaniem głową, nie wykraczała poza bardzo ograniczony rejestr. Potem znów, kręcąc biodrami, aby na dobre rozkołysać górną połowę ciała, wygrywała wszystkie możliwości osobliwego instrumentu, który ujawniał wówczas całą swoją skalę i dźwięczność5".

A więc źródłem muzyki jest świadome i bardzo instrumentalne poruszanie włosów kobiety, pozamykanych w szklanych futerałach tak, aby dawać pożądany efekt dźwiękowy, jednocześnie poruszanie to nie byłoby możliwe bez całego teatru ruchu: twórczość czy jej natężenie zależą tu od sprawności kobiecych bioder i szyi - szyja i biodra to dwa smyczki dostępne dziewczynie zamkniętej w diamencie, by wytwarzać muzykę - warto dodać, że to muzyka światów płynnych, nie zaś gazowych, a zatem - takich, z jaką obcowalibyśmy w naturalnych środowiskach. A jak jest u Drzeżdżona? U niego również - gdy wchodzi w grę kobieta oraz jej przedstawienie - perspektywa mikro- nabiera kosmicznego charakteru oraz gigantystycznej głębi. Z tym wszystkim nie wiąże się jednak nigdy uduchowienie: zawsze mówimy tu o gigantce, nie o bogini, jakby teologia jako sposób wglądu, tym bardziej jako sposób opisu, była niemożliwa - wszystkie drogi prowadzą do Swifta więc, nie do Jana od Krzyża, niestety. To wymowne i można opisać rzeczywistość światów Drzeżdżona również jako postsekularną, podczas gdy światy Roussela mają w sobie jakiś mistyczny i platoński posmak dawności. Dlatego spotkamy tu szlifowanie stóp Anny, a nie Annę zamkniętą w diamencie, łączącą muzykę z pląsem i grą na instrumencie własnego ciała. To nie znaczy, oczywiście, że nie ma u Drzeżdżona estetyzacji Anny Jaszke, jednak w pierwszym rzędzie Drzeżdżon kierować się będzie zasadą: najpierw logika, również logika potrzeb, najpierw szorowanie stóp, funkcjonalność, fizyka, technika - to również - a dopiero potem, jeżeli w ogóle, zachwyty, bo ich ludzi uczyć nie trzeba: w pierwszym rzędzie trzeba zaś ich uczyć działania w środowiskach pozbawionych klasycznego pojęcia sensu:

"Wzięliśmy obaj gąbkę ścierną w swoje ręce, ja jeden koniec, a fryzjer drugi. Rozpędziliśmy się w kierunku stóp i będąc już bardzo blisko, obniżyliśmy gąbkę ścierną tak, aby załapała spód stopy. Widząc, że już dotyka dużego palca, pomknęliśmy niczym wicher i jedna warstwa naskórka ze stopy Anny została zdjęta. Zatrzymaliśmy się, ciężko dysząc i jednocześnie odwracając gąbkę na drugą stronę. Podbicia stopy nie widzieliśmy dokładnie, należałoby uklęknąć i położyć się, i zaobserwować ją z dołu do góry, taką bowiem pozycję miała w tej chwili Anna Jaszke. Nie uczyniliśmy jednak tego, byliśmy bowiem zajęci przygotowaniem do następnego biegu, podczas którego mieliśmy nadzieję zedrzeć drugą warstwę zgrubiałego naskórka ze stopy Anny Jaszke".

Wydaje się, że wiele w sprawie "efektu niesamowitości", wywoływanego samymi pseudownioskowaniami, paradedukcją i paraindukcją, można by powiedzieć z perspektywy samego tytułu Rotardanii - ten bowiem jest jeszcze wymowniejszy niż tytuł Pergamonii. Mówimy tutaj o niesamowitości, chociaż z równym powodzeniem moglibyśmy mówić o - Uncanny czy Unheimliche, kojarzącym się z Freudem, a więc uczuciem nieswojości, czy niepokojącego i alienującego odrealnienia. W tym zaś znaczeniu Rotardania byłaby czymś wręcz na podobieństwo odwróconej powieści grozy - łaciński źródłosłów podpowiada tu wszelkie dające się wyobrazić "kolistości": rota to po pierwsze - koło, rotare - obracać się wokół własnej osi, rotatio, rotationem z kolei - to obrót wokół własnej osi. Ta rotacyjność będzie oczywiście w narracji niekiedy wręcz - tańcem świętego Wita, ale nie zatraci swej rozumnej logiki tylko z tego powodu, Drzeżdżon w tym sensie porządkuje szaleństwo, które obrał sobie za punkt wyjścia na etapie założeń. Bawi się również tym, co logik postrzega w charakterze błędu, zwłaszcza kojarzącym się z rotare, rotatio, rota tzw. błędnym kołem w dowodzeniu. A to przecież nie wszystko, powinniśmy powiedzieć tutaj o błędnym kole w rozumowaniu (circulus in demonstrando) oraz o błędnym kole w definiowaniu (circulus in definiendo). Zapewne po to, ażeby brzmiało to - jeszcze bardziej pseudoprawdopodobnie, Rotardania współbrzmi z Rotterdamem, zaś pejzaż rysowany nam przez Drzeżdżona może wzbudzać skojarzenia z krajobrazami zachodniej Holandii. Rotare, rotatio, rota to także sygnał, że to, co do tej pory braliśmy za zwykłe, niekiedy przypadkowe powiązanie, czy związanie, ułożenie obok siebie dwóch stanów rzeczy, czy nawet sofizmat, urasta do rangi prawa przyczynowo-skutkowego. W tym względzie Rotardania oferuje precyzyjny, dość konsekwentny i fraktalny wręcz w swoim sposobie ujmowania oniryzm, tj. taki, który ma bardzo ostre warunki brzegowe i rozumie zasady swojego spojenia z rzeczywistością - to łączenie z rzeczywistością musi być fizyczne, indukcyjne, rozsądkowe (musielibyśmy tylko wyobrazić sobie tutaj taki rozsądek, który wywodzi swoje siły z próżni). Rotardania to tu równocześnie synonim jakiejś bezinteresownej energii - tak jak bezinteresowny jest ruch dookoła własnej osi, pozbawiony kierunku innego niż kierunek do siebie. Tak również Jan Drzeżdżon realizuje w Rotardanii kolejne scenariusze oniryczno-fantastyczne: to agregaty bezinteresownej energii, które dość nieprecyzyjnie byłoby nazywać, po prostu - literackim surrealizmem. Może to energia ludyczna? A Drzeżdżon znajduje jakiś niepowtarzalny zgoła sposób na łączenie ludyzmu z intelektualizmem, a przynajmniej - ludyzmu z filozofią? To bardzo dużo - to trochę jak z ballady uczynić strumień świadomości...

Są tutaj jednak jeszcze głębokie niespodzianki intertekstualne, także metaaluzje - Drzeżdżon bowiem bawi się także poetycką frazeologią polonistów, bardzo przewrotnie, bardzo ciepło i sympatycznie jednocześnie - udosławniając ich metafory badawcze. Oto intrygujący przykład - "[...]stare wiersze, których nikt nie czyta. "Oto perełki wygasłe od wewnątrz", mówią historycy literatury w Rotardanii". A więc, dobrze, wygasłe perły, które odnotowujemy. Ale na nich się nie kończy:

"Stara prawda, nie czas ratować róż, gdy płoną lasy. Stara prawda. Nie czas ratować róż, uśmiecham się do znajomych, a oni stawiają dalej pasjansa. A tam w dole rośnie las, bukowy, pradawny bór. Chcę go dosięgnąć ręką, chcę zabrać ze sobą jego dzikiego ptaka, aby mnie chronił przed samospaleniem. Tyle chorągwi, myślę, tyle prawd zapoznanych, ja stoję z rózgami brzozowymi na drodze księżycowej i liczę uderzenia serca tego miasta".

Pradawny, bukowy bór to tu nie przypadek. Więc może należałoby powiedzieć, gdy płoną bory, nie czas ratować róż? Pradawne bory rozciągają się oczywiście na peryferiach Rotardanii, właściwie tak samo jak zaraz za Soplicowem rozciągały się w Dyplomatyce i łowach, czwartej księdze Pana Tadeusza - pradawne bory litewskie. Drzeżdżon ewidentnie bawi się z nami, lub przynajmniej nas zabawia - dokładnie jednak "odliczając" każdy żart, chciałoby się aż powiedzieć: z farmaceutyczną dokładnością. To nie jest więc tak niewinna zabawa, na jaką w pierwszym momencie wygląda. To także znakomite punkty polskiego modernizmu - momenty, w które erudycja - wpuszczona w wirówkę wiedzy, domysłów, skojarzeń, obaw, euforii, wrażeń, niepewności, przeczuć i czego jeszcze chcemy - cóż... zmienia się w rebus. Jak u Roussela, a więc w najszlachetniejszym z możliwych wydań... "Słowianizmy" Rotardanii to, oczywiście, nie przypadek, chociaż - jako "kaszubizmy" - odgrywały tym ważniejszą rolę w Pergamonii - powieści będącej bezpośrednim owocem późnej wyprawy inicjacyjnej Drzeżdżona na Rugię. Swojego najważniejszego duchowego rozpoznania tożsamości Drzeżdżon dokonał już długi czas po napisaniu Rotardanii, w 1988 roku. Można być pewnym, że niewystarczająco jeszcze doceniamy ów moment wyprawy Drzeżdżona na Rugię, i ubolewać, że chwila wielkiej transformacji, uświadomienia, która zaowocowała powieściopisarstwem zgoła nieporównywalnej skali i jakości, spotkała się z wrogością wydawców uprzedzonych do stylistyki pisarza, która - akurat teraz właśnie - przechodziła zupełnie fundamentalny moment swojej wewnętrznej iluminacji... Jakby było tego wszystkiego mało, wisiał już w powietrzu głośny spór Bereza - Błoński, który ostatecznie miał wytrącić Drzeżdżonowi pióro z ręki6. Wszystko to w momencie otwarcia swojego warsztatu na "pogańskie korzenie"... Maria Jentys-Borelowska podkreśla:

"Kult Światowida, a właściwie Świętowita, najwyższego boga Ranów, Słowian połabskich, czczonego w średniowieczu na wyspie Rugii (w grodzie Arkona), to niezbywalne dziedzictwo Jana Drzeżdżona, nieocenione bogactwo, z którego czerpał pełnymi garściami, najpierw nieświadom go, potem półświadom i wreszcie w pełni świadom. W poszukiwaniu najgłębszych korzeni własnej duchowości pisarz w roku 1988 pojechał na Rugię i tam - jak zaświadcza w późniejszych utworach - zrozumiał, kim jest i co mu (jego ojcom, dziadom, pradziadom) odebrano, przemocą narzucając obcą wiarę chrześcijańską. W relacji z pogańskim bogiem o czterech twarzach odnalazł prawdziwego i nareszcie wolnego siebie. Doświadczył wyzwolenia i poczucia pełni7".

Innymi słowy - jeżeli Drzeżdżon tu podąża za swoim własnym Mefistofelesem, to będzie to Mefistofeles ludowy. Dramat Johanna Wolfganga Goethego to wszakże wielkie "dzieło wtajemniczające" romantyzmu. Podobieństwa z nim można by mnożyć - Teresa Dominik to trochę Małgorzata z pierwszej części Fausta, a Anna Jaszke, cóż, to już sama Helena Trojańska z trzeciego aktu drugiej części. Klimatem - Rotardania przypomina, oczywiście, najbardziej te fantastyczno-bursowskie wątki Goethego - kuchnię wiedźmy i piwnicę w Lipsku, jeszcze może samą Noc Walpurgi umiejscowioną w Górach Harzu. Tak właśnie zresztą wszystkie postacie rotardańskie pojawiają się na scenie powieści jak w dramacie misteryjnym pokroju Fausta - chodzi mi o technikalia - działa scena jasełkowa, obrotowa - tzn. jedne postacie wypełniają przestrzeń oraz schodzą, by przestrzeń dało się wypełnić postaciami następnymi, itd. (wyobrazić należałoby sobie, oczywiście, ukrytą w prozie, w jej narracyjnych, opisowo- i dramatyzacyjno-narracyjnych mechanizmach taką obrotową scenę jasełkową, prozatorską scenę jasełkową). Drzeżdżon lubi taki obrotowy oniryzm, łapiący perspektywę tylko po to, żeby ją stracić - tak jak wtedy, gdy próbuje się ogarnąć wzrokiem przerośniętą, gigantyczną Annę Jaszke... Prawda, taka groteska może skojarzyć się ze Swiftem. Ale również z Goethem. Jedna sprawa to w tym ujęciu zatem - erudycyjność samego Drzeżdżona, doskonale zorientowanego w literaturze światowej - ta druga sprawa jednak to swobodna intertekstualność wszystkich jego utworów, absolutnie - niezwiązana z wyprojektowanym przez pisarza w jakimś swobodnym celu zespołem aluzji. Uważam, że to, co jest tekstualnością Rotardanii, to po prostu lekturowy wymiar warsztatu, umysłowości Drzeżdżona. Wyraźnie nie tylko operuje się tu "kanonem wtajemniczającym" literatury światowej, również - manipuluje się nim...

I żartuje się nim, także: tym polskim - wszak "nie czas żałować róż, gdy płoną lasy" jest polskie - to w sposób całkowicie oczywisty. Drzeżdżon udosłownia metaforę ofiary pokolenia 1920 roku i domestykalizuje w nowym kontekście, przenosząc akcję Rotardanii (należałoby rzec) - do przedmiejskich borów wypełnionych osobliwymi obrzędami natury. Trochę literackim prawem kaduka, ale genialnym prawem kaduka - tak właśnie powinien działać absurd, a jak wiemy, nie działa zawsze u Borgesa czy u Marqueza, co wypomniał tamtym, punktując Drzeżdżona ich kosztem Henryk Bereza w swojej słynnej wypowiedzi, Ontologia, przeciwko iberoamerykanizmowi w literaturze:

"Przy wykorzystaniu jednoznacznych instrukcji wewnętrznych, przy zastosowaniu najprecyzyjniejszych kryteriów wartości literackiej, przy pełnej mobilizacji woli bycia uczciwym zawsze i w każdej sprawie literackiej dopowiadam z pełną świadomością nieograniczonej odpowiedzialności za słowo zapisane, co następuje: Jan Drzeżdżon jako autor tylko do roku 1977 włącznie opublikowanych utworów jest pisarzem wybitniejszym niż Llosa i Cortazar razem wzięci z Borgesem na przyczepkę [...]8".

Nie wiemy, co zrobić z takimi geniuszami - dyskontującymi najnowsze mody w przeciwieństwie do naśladowców, na których zawsze mamy w Polsce pogodę oraz pobyt. Niewykluczone, że Drzeżdżon padł ofiarą "panegirycznego komplementu" Berezy w nie mniejszym stopniu niż stopień, który należałoby uwzględnić przy płaceniu ceny za spór Błoński - Bereza, tzw. spór na szczycie... Stało się to wszystko, jeszcze zanim jego dorobek, jego twórczość osiągnęły ten najwyższy stopień dojrzałości: ale Rotardania już do niego należała, Pergamonia zaś - była tego stopnia wyrazem. W 1977 roku, który relacjonuje czytelnikom Bereza, tak entuzjastycznie i afirmatywnie, jest Drzeżdżon (w co może trudno uwierzyć) dopiero na etapie, który można by nazwać, jak myślę, poszukiwaniem czystości tonu... Być może Rugia 1988 roku pozwala mu ową czystość odnaleźć...

*

Na koniec niniejszego rekonesansu spójrzmy może na jakiś drobiazg. Jedynie raz pojawia się w całej Rotardanii leksem "krew". Ale jak się pojawia... Znikąd... Dotyczy Gustawa Richtera, przebywającego na "rencie alkoholowej" dziennikarza rotardańskiego "Czasu", ewidentnie muszącego (w jakimś "swoim czasie") uchodzić za gwiazdę lokalnej prasy, skoro artykuły jego autorstwa dawało się spotykać dość regularnie na pierwszych stronach gazety. Cokolwiek by o niej nie mówić, sprawa świetności Richtera już należy do przeszłości. Gdzieś przy jednej z rozmów z Teresą Dominik dochodzi do nieoczekiwanej sytuacji, właściwie - nieoczywistego przelewu krwi. Wszystko wskazuje na to, że w zajściu będącym jakimś cudem częścią rozmowy i częścią akcji - uczestniczył również narrator Rotardanii. W biegu wydarzeń próbuje się rozeznać dzięki Dominik:

"Gdy stałem wyprostowany na środku ulicy, patrząc w kierunku jednej z kamienic, Teresa wskazała palcem Richtera. Leżał na bruku i miał zakrwawioną twarz.

- Dziwne - rzekłem. - Nie słyszałem, aby się obalił.

- Ja również nie - rzekła ona. - Ale patrzyłam akurat w tamtym kierunku.

- Miałaś szczęście - powiedziałem. - Ja patrzyłem na jedną z kamienic.

Właściwie niczym się nie wyróżniała. Gdyby na tym miejscu na przykład rosły słoneczniki, zresztą obojętne co, narcyzy, nagietki albo dęby, patrzyłbym tam również. Nie byłoby specjalnej różnicy. Nawet gdyby nie było tam niczego, to również patrzyłbym w tym kierunku.

- Czy to nagły wypadek? - zapytałem Teresę.

- Sądzę, że nie - odparła. - Wydaje mi się, że Gustaw bał się twojej ręki.

Spojrzeliśmy oboje na rękę, którą machałem mu przed nosem, a potem na leżącego Richtera".

To bardzo wymowne.... Jest to również - moim zdaniem - gest konwencjonalno-stylistyczny, którym Drzeżdżon informuje nas, że nie będzie w jego powieści miejsca na makabrę ani na makbreskę, skoro to jedyne wystąpienie krwawej sceny w całym tekście, a jeszcze do tego - rodzi się ad absurdum, ex nihilo. Na podobnej zasadzie, postrukturalnie, postmodernistycznie pojawia się u Drzeżdżona orientalizm. Jest tęcza, dywan, lekkość, jest królewski lot... Szkoda tylko, że nie ma samego motywu i ledwie jedna osoba z nas - może licząc do pięciu, może do dziesięciu - poczuje nutę orientalizmu. Właśnie postmodernizm, właśnie poststrukturalizm manifestują się w taki sposób, a Drzeżdżon umie to wyzyskiwać właśnie w surrealizmie, snując opowieść w ryzach niezobowiązującego żartu. W ryzach, bowiem to, moim zdaniem, ogromna precyzja, niewyłącznie - warsztatowa, i to ją właśnie docenił swego czasu Bereza:

"Postanowiłem ich więc zaskoczyć i w tym celu stanąłem na czworaki jak pies i nagle rzuciłem się do przodu. Chwila, w której to uczyniłem, była właściwie nieodgadniona, nawet ja sam nie potrafiłbym jej określić. Dopiero wówczas, gdy nastąpiła, wiedziałem, że jest. Oni zaś zauważyli mnie o moment później, wtedy, gdy byłem już w locie ku schodom. Zaczęli mnie podziwiać. Anna porównywała mnie do gazeli, a Teresa do lamparta. Jaka smukłość kształtów, mówiła jedna, a ile wdzięku, dodawała druga. Lot taki przejdzie do historii Rotardanii.

Wszystko to słyszałem, byłem bowiem bardzo łasy na pochwały i czekałem wciąż na więcej. Przeczuwałem bowiem, iż słowa, o które mi chodziło, jeszcze nie padły. Jednocześnie manewrowałem swym lotem tak, aby nie zderzyć się ze schodami i nie zrobić sobie w głowie dziury takiej, jaką miał Gustaw Richter.

W końcu Anna powiedziała:

- Jest to lot królewski.

Gustaw Richter zdążył położyć na miejscu mojego lądowania dywan i dlatego nie zderzyłem się z deskami podłogi, ale z miękkim i dość ciepłym dywanem. Spojrzałem błyskawicznie w stronę tych trojga i zauważyłem, iż są czymś bardzo poruszeni. Nie moim lotem, ten zakończył się pomyślnie, a po drugie należał już do przeszłości. Chodziło o coś innego, ale o co? Przy tym z wyraźnym lękiem wyglądali zza szafy. Rozejrzałem się naokoło, ale nie zauważyłem żadnych zmian. Drzwi były zamknięte, światło wpadało przez kolorowe kratki okien, tworząc wielobarwną tęczę".

Jak mamy to rozumieć? Myślę, że może jak logikę, przed którą należy się ugiąć - nie wiem, jak logikę matki lub ojca, których nie rozumiemy, ale wobec których musimy - jeżeli może nie posłuszeństwo - to zachowywać przynajmniej spolegliwość. Na tym także - jak myślę, polega siła Drzeżdżona: proponuje surrealizm, który zachęca do spolegliwości, nie apodyktyczny, nie taki, który należy przyjąć na wiarę - jak każdą, lepszą albo też gorszą, fantastykę, ale surrealizm umotywowany, zachęcający do uznania w fantaście, marzycielu głębokiego autorytetu. Ten stopień autorytetu był u Drzeżdżona większy, silniejszy, inaczej mówiąc, bardziej przemawiający do czytelników niż stopień autorytetu kryjący się w tych najsławniejszych projektach surrealizmu Borgesa czy Cortázara. Cóż z tego, skoro Polacy wcale na Drzeżdżonie się nie poznali? Dlaczego? Był tak dobry, że aż "iberopolski"? Tzn. trudno było w niego, koniec końców, uwierzyć? A może zawinił jednak postmodernizm i wysoki próg odbioru, do którego Polacy nie dojrzeli, bo - spójrzmy prawdzie w oczy - nie mogli, nie byli w stanie dojrzeć?

Spójrzmy bowiem, co tu tak właściwie mamy. Tu, to znaczy w ostatnim zacytowanym przeze mnie fragmencie: jest miejsce na rekwizyty, ale to nie znaczy, że jest wypełnione - chociaż może inaczej: jest naraz wypełnione i niewypełnione, można powiedzieć - nie ma miejsca na tych rekwizytów objaśnienie czy wręcz uzasadnienie w planie akcji, to więc po trosze porządek awanturniczy, ale awanturnictwo "rozpędzone" do jeszcze większych, tak ujmijmy, prędkości niż to tradycyjne, awanturnictwo "wprawiane" w stan dość gorączkowej logorei, wyrzucające z siebie z prędkością karabinu nie słowa, ale stany rzeczy, jeszcze nie arefleksyjnie, ale na jakimś głębokim, metodycznym, ultrarfefleksyjnym poziomie. Jeszcze jedno - Drzeżdżon się nie spieszy - Drzeżdżon "nie nadąża", "nie nadąża" z wyjaśnianiem siebie samego i swojego własnego sensu, to pośpiech głęboko zaplanowany, architektura tworzona w czasie pokoju, tętniąca od emocji, ale właściwych najbardziej nieoczywistym bombardowaniom. Przy tym to surrealizm, który nie jest szantażem, szantażem baśniowo-fantastycznym. Najlepiej świadczy o tym Goethe, tu znów - obecny jako autor Dywanu Zachodu i Wschodu. Nie dziwi mnie ta obecność - gdzie marzenie o formach pojemnych, zawsze jest Goethe, a u schyłku XX wieku w Polsce trudno o większego marzyciela niżeli Drzeżdżon, a z nim inni ludzie Berezy. To w tym marzeniu wytapia się na ogół cały sens awangardy. Tak, wytapia się, to dobre słowo, to słowo o dobrym obrazie. Rotardania takie słowo i taki obraz przyjęłaby do siebie.

Karol Samsel, 16 sierpnia 2025

Kim był człowiek z jedwabnym szalikiem na ręku, który minął mnie tego ranka w tunelu? Szliśmy naprzeciw siebie jakby widma dwa po omacku, ni to spiesząc się, ni to czołgając. Dwóch zastraszonych żebraków tego drapieżnego świata. Nie zatrzymał się ani na chwilę.

Z daleka można było sądzić, że niesie pióropusz albo umoczoną we krwi ludzkiej chustę. Wokół stały figury bez nazwy, można ich było dotykać rękami. Ślady tych dotknięć burzyły porządek również w tym tunelu. Gdy wychodziło się z tunelu, widać było wieżę ratusza i małe czerwone okienka w jego wieżyczkach. Gdy słońce wpadało do morza, wówczas ratusz płonął swoją własną czerwienią, zwłaszcza w górnych partiach, tam gdzie były wieżyczki z małymi okienkami. Nie można powiedzieć, by wokół ratusza panował bezruch w czasie, gdy słońce akurat zachodziło. Zawsze można było zobaczyć spóźnionego urzędnika, który albo dodatkowo pracował, albo też spędzał tutaj czas ze znajomą sekretarką. Urzędnicy byli na ogół dystyngowani, a ich cienie padały wprost na bruk w ukośnej linii w stosunku do murów ratusza. Z tyłu za ratuszem był dość duży ogród z liliami, które kwitły na początku lata. Początek lata był również tym okresem, gdy urzędnicy otwierali okna i wychylali się z nich. Czasem któryś palił fajkę, wówczas popiół z niej spadał na lilie i w tym miejscu zamiast białych miały one płatki popielate. Ale dotyczyło to przeważnie lilii, które rosły blisko murów, rzadko dalszych, bowiem sporo popiołu unosił wiatr i rozpraszał go, więc lilie w całym ogrodzie były na ogół białe.

Urzędnicy pracujący na wyższych piętrach ratusza wdzieli białą mgłę w ogrodzie, była to właściwie mieszanina ogrodu z zachodem słońca.

Gdy słońce zaszło, między liliami pojawiała się Biała Pani, jak ją nazywali urzędnicy. Młoda kobieta o bujnych, gęstych włosach dosiadała konia i gnała przez ogród jak sto wichrów, a urzędnicy robili zakłady, jakiej maści był koń i czy ona miała na rękach srebrne bransoletki. Mówiono, że koń był czarny, chociaż w ratuszu co do tego pewności nie było. Któż mógłby ją dogonić, myśleli urzędnicy. Nawet wiatr w tych zawodach bywał na drugim miejscu. Zakrywała ogród włosami i cieniem sylwetki własnej i konia. Urzędnicy byli tu jak ów szary popiół lecący na płatki lilii. Zresztą gdyby udało się im oderwać od ratusza, to może tworzyliby jakąś kompozycję z pędzącą przez ogród Białą Panią, ale to nikomu do głowy nie przyszło.

Lilie, Biała Pani, szary popiół to są marzenia urzędników, które spełniają się pod koniec dnia, gdy słońce zapada za linią horyzontu częściowo zajętego przez widnokrąg morski. Z niektórych wieżyczek widać morze, z innych jest widok na wzgórza częściowo porośnięte lasem. Na wzgórzach tych stają nieraz jelenie i obserwują miasto.

Miasto to nazywa się Rotardania.

Gdzie jest serce Rotardanii? Czy we wzroku stojącego na wzgórzu jelenia, czy w zalanym czerwienią o zachodzie słońca ratuszu? A może w marzeniach urzędników? Gdzie jest serce Rotardanii?

Każdy ma prawo o to pytać: czy przechodzący tunelem człowiek z jedwabnym szalikiem na ręku, czy idąca przez rynek kobieta z koszem jabłek. Ale odpowiedzi na to pytanie, jak na razie, nie ma. Czy będzie kiedyś - być może, ale kto to może wiedzieć. Kto to może wiedzieć? Odpowiedź może nastąpi kiedyś, ale kto wie kiedy.

Są takie noce, kiedy miasto jakby wstrzymuje oddech. Wówczas na rynku pojawiają się czyjeś czarne ręce. Po prostu są i nie wiadomo, do kogo należą. To nie są cienie, lecz żywe, gorące ludzkie ręce. Nieraz leżą wzdłuż ratusza, a innym razem jakby między rynkiem a ratuszem. Widywano je wielokrotnie i pojawiały się na ich temat wypowiedzi w prasie, podawano wymiary, odległość od ratusza i moment, w którym ginęły.

Rano, gdy budzi się dzień, przed ratuszem spotyka się urzędnik Leonard z urzędnikiem Ignacym i mówią do siebie "dzień dobry". Tak samo robią inni urzędnicy przed ratuszem, gdy dzień się budzi.

Człowiek w tunelu, który przebiegł dziś rano obok mnie, mógł być zarówno urzędnikiem, jak poszukiwaczem złota. Mówi się, że gorączka złota minęła, to nieprawda, ona się wzmaga od czasu do czasu. Był jakby wylękniony i w każdej chwili gotów rzucić się do tyłu lub w bok. Mimo iż był to tunel, możliwość taka przecież istniała. Można go sobie wyobrazić, jak tańczy u wejścia do tunelu i podzwania łańcuszkiem od zegarka. Umykał razem z czasem i może nie miał pewności, czy idzie w dobrym kierunku.

Człowiek z szarymi rękami, pomyślałem, przetacza się tutaj jak koło historii, tylko nie wie, co zrobić z szalikiem trzymanym na ręku. Może go w każdej chwili zgubić albo rzucić komuś pod nogi. Szalik trzymany na ręku.

Myślę: zapukam do czyichś drzwi w Rotardanii.

Idę więc przez miasto długimi krokami i myślę o tunelu, a kątem oka obserwuję zamknięte drzwi. Niektóre mają posrebrzane klamki, inne znów nieco zardzewiałe. Przystanąłem przy jednych z tych drzwi i oparłem się o nie. Gdyby je ktoś otworzył nagle z drugiej strony, upadłbym niewątpliwie, ale nie myślałem o tym. Byłem raczej zdania, że nic mi się tu nie stanie. Nie wiem, na jakiej podstawie opierałem takie zdanie, ale tak myślałem. Następnie dotknąłem klamki i zauważyłem, że jest bardzo zimna. Był to chłód jakby naniesiony przez wieki. Nieraz kamienie są takie zimne i można mieć wrażenie, że to ziemia woła je w ten sposób. Wołanie ziemi mieszka w ciszy, która mnie otacza jako echo, i takim dotykiem próbuję je wywołać.

Przez rynek szli jacyś ludzie i przyglądali mi się. Wyprostowałem się jak struna, aby wypaść w ich oczach jako tako. Nie było to jednak potrzebne, bowiem szybko zmienili obiekt zainteresowania, a mnie zostawili samemu sobie.

W pewnej chwili przez rynek przetoczyło się jabłko.

Pomyślałem, iż chciałbym zamieszkać w jego zapachu i w odurzeniu, jakie ów zapach wywołuje. Chciałbym tam gdzieś w okolicach ptasich gniazd i skłębionych obłoków zasnąć. Jabłko było czerwone i żółtawe, a z mojego miejsca nie widziałem, aby na jego skórce zostały ślady kamieni brukowych lub odciski krawędzi chodnika. Może bym za nim popędził ile sił, pomyślałem, ale jakoś nie potrafiłem się oderwać od tych drzwi. Dotknąłem ponownie klamki, a jednocześnie spojrzałem na rynek. Jabłka już tam nie było. Takie toczenie się jabłka jest dla mnie muzyką natury i zawsze próbuję się w nią wsłuchiwać.

Może przenoszę zapach tego jabłka do drzwi, a jednocześnie staram się wywnioskować, kto może mi je otworzyć. Gdyby to jabłko dotknęło w swym biegu kryształowej kuli, która znajduje się na końcu rynku jako ozdoba, wówczas mógłbym uklęknąć pod nieboskłonem jako ktoś, kto ma w ręku klucze do Rotardanii. Nieboskłon wieczorny dotyka drzwi, o które się oparłem, i mojego czoła, a również dawnych wspomnień. Cóż począć ze wspomnieniami? Jak daleko sięgają w głąb czasu i czy mają jeszcze jakieś znaczenie?

Zauważyłem, że klamka ma kolor niebieski, zupełnie jak niebo, a moja ręka jest inna, nie przystaje do tego koloru. Chyba żeby wziąć pod uwagę toczące się jabłko! Wtedy kompozycja kolorów wytyczyłaby bezwzględną linię czasu albo, inaczej mówiąc, ostateczną krawędź tego czasu. Gdyby mnie ktoś przywiązał za nogi do tych drzwi i wkomponował w pejzaż Rotardanii jako tułacza u kresu swej drogi, wówczas może rozpłakałbym się. Ktoś podałby mi szklankę wody i to wszystko.

Szklanka wody postawiona pod drzwiami z niebieską klamką. Można po nią wyciągnąć rękę albo tak po prostu się jej przyglądać.

W pewnej chwili drzwi się otworzyły i musiałem przytrzymać się framugi, w przeciwnym razie nie utrzymałbym równowagi. Zobaczyłem kobietę w czarnym wełnianym szalu, który zakrywał jej plecy, szyję i jedną rękę. Szal miał frędzle przetykane złotem i to mnie najbardziej zainteresowało. Przyglądałem się tym frędzlom trochę oczarowany, a po części zdumiony. Roześmiałem się, patrząc na nie i w ogóle na szal. Głowa kobiety była gdzieś daleko nade mną i mogła być na przykład kukułką, gdyby potrafiła kukać. Wyciągnąłem więc rękę w kierunku tej głowy, lecz nie natrafiłem na żaden opór. Ręka moja błądziła w przestrzeni, poszukując po omacku głowy. W końcu dotknąłem czegoś miękkiego, myślałem, że szyi, ale to mogła być tylna część czaszki razem z włosami... Jednocześnie zauważyłem rękę wyciągniętą w kierunku mojej twarzy. Była biała i miała paznokcie pomalowane na ciemnoczerwony kolor.

Wstrzymałam oddech i obserwowałem zbliżającą się w kierunku mojej twarzy rękę. W każdej chwili mogłem się cofnąć, ale nie zrobiłem tego. Czekałem, kiedy się zatrzyma i z jakiego powodu. Mogły być dwa powody: albo natrafi na moją twarz, albo wyciągnie się już na całą swoją długość. Byłem tego bardzo ciekawy.

W pewnym momencie zgiąłem się wpół i zobaczyłem nogi osoby, która otworzyła mi drzwi. Były ubrane w grube wełniane pończochy koloru zielonego i wtedy zacząłem się dziwić, że ktoś chodzi tak ubrany. Obawiałem się jednak rzucić okiem na całą postać, bowiem wciąż byłem świadom, iż na pewnej wysokości nad moją głową błądzi ręka z czerwonymi paznokciami. Niech sobie błądzi, myślałem, to mi nie przeszkadza.

Mogłem teraz robić cokolwiek, odmawiać wieczorne pacierze, obserwować rynek, a nawet śpiewać, nikomu by to, jak sądzę, nie przeszkadzało.

Zanuciłem więc pieśń wieczorną dość głośno, że kilkoro ludzi przystanęło na rynku, aby mnie posłuchać. Lubiłem, gdy ktoś przystawał i słuchał mojego głosu. Wydawało mi się nawet, że mój śpiew zdolny jest wywołać prawdziwe burze w świecie Rotardanii. Osób, które przystanęły na rynku, nie było wiele, można powiedzieć nawet bardzo mało, ot, pewnie trzy albo cztery, ale przyglądały mi się bardzo uważnie. Jedną z tych osób był mężczyzna w kapeluszu, z rękami w kieszeniach, który stał jak na wystawie, i do końca nie byłem pewien, czy chce, abym ja go oglądał, czy też przygląda się mnie siedzącemu niemal pod nogami kobiety w grubych wełnianych pończochach.

Ukłoniłem mu się i on również zrobił ukłon w moją stronę, podobnie zresztą jak pozostali, bo, prawdę mówiąc, nie było dokładnie wiadomo, komu z obecnych chciałem się ukłonić. Nie przestawałem śpiewać, co im się bardzo podobało. Chwilami przyglądałem się zielonkawym wieżyczkom ratusza i wówczas panowała cisza, jedynie słychać było kroki idących ludzi. W końcu wstałem i okazało się, że byłem wyższy aniżeli kobieta, która stała przede mną. Patrzyłem teraz na nią z góry, a jej ręce błądziły gdzieś w okolicach. Nie dotykała mnie jednak, co wydawało mi się dziwne. Spojrzałem w jej oczy i dopiero wtedy zauważyłem, że jest ślepa.

- Czy pani tutaj mieszka? - zapytałem.

- Tak - odparła ona. - Chciałam właśnie wyjść na rynek, oto moja ławka, na której zwykle siedzę i wygrzewam się, gdy pan stanął na mojej drodze.

Ławka oparta była o pień drzewa kasztanowego i nikt na niej nie siedział, jedynie niewielką część tej ławki oświetlało słońce.

- To dziwne - rzekłem do kobiety. - Ławka jest na ogół w cieniu, czy ten skrawek słońca pani wystarczy?

- W zupełności - odparła ona. - Nie mam wielkich wymagań, mogę wyciągnąć nogi poza granice cienia, które to drzewo rzuca na rynek, a mnie głównie chodzi o to, aby wygrzać sobie nogi.

- Ma pani grube pończochy - rzekłem i oboje popatrzyliśmy na jej nogi.

W pewnej chwili pomyślałem, że kobieta udaje ślepą, ale gesty ślepców są nieraz bardzo mylące. Doprowadziłem więc kobietę do ławki i wyciągnąłem jej nogi poza cień drzewa, dokładnie poprawiając i pończochy, i szal.

- Czy już więcej śpiewu nie będzie? - zapytała grupka stojących na rynku ludzi.

- Nie, nie będzie - odparłem. - Jestem aktualnie zajęty układaniem nóg tej kobiety w słońcu.

- Możemy ci pomóc - odrzekli ludzie, a ja stanąłem tuż obok ławki wyprostowany i dumny, jakbym to ja zasadził kasztan, postawił ławkę, a teraz mozolę się z nogami tej kobiety. Pozwoliłem im się zbliżyć i podałem jedną nogę. Ja sam trzymałem drugą i tak wyciągaliśmy te nogi w kierunku słońca, które częściowo zachodziło za ratusz, a częściowo chowało się za kamienicą stojącą obok.

- Jesteście bardzo dobrze wychowani - rzekła kobieta do ludzi, którzy mi pomagali. - Czuję łaskotanie w stopy, to na pewno resztki promieni słonecznych mnie łaskoczą.

Ustawiliśmy jej stopy tak, aby wprost na nie mogły padać promienie słoneczne, i gdy chwaliła nas za to, dziwiłem się, że czuje ciepło przez takie grube pończochy.

- Czy przytrafia się to pani po raz pierwszy? - zapytałem. - Że tylu jest chętnych do wyciągania pani nóg?

- Tylu naraz, to po raz pierwszy - odpowiedziała. - Ale kiedyś zdarzyło się, że pojedynczy człowiek wyciągał moje nogi, jednak, o ile pamiętam, było to raczej z rana. Poznaję świat przez promienie słoneczne, to mi daje wrażenie, że żyję bardzo intensywnie,

- Wrażenie - rzekłem. - Owszem, można to tak powiedzieć.

Słońce zaszło i my staliśmy na rynku, trzymając nogi niewidomej kobiety, i nie wiedzieliśmy, co teraz zrobić.

- Trzeba przeczekać noc - rzekł mężczyzna w kapeluszu, który sprawiał wrażenie, że się donikąd nie spieszy. Oprócz niego były jeszcze dwie młode kobiety i kilkunastoletni chłopak.

- Ale do tego czasu coś z nią trzeba zrobić - rzekł chłopak. - Nie możemy tak stać i trzymać jej nóg, choćby dlatego, że wiatr zaczyna hulać w jej spódnicy.

Zwróciliśmy na to uwagę i faktycznie coraz gwałtowniej hulał tam wiatr. W końcu postawiliśmy nogi na bruku i patrzyliśmy w kierunku ratusza. Zielonkawe wieżyczki były jakby jaśniejsze, a czerwone obramowania okien zlewały się z zachodzącym słońcem.

- Wszedłem do Rotardanii - zacząłem do nich mówić. - Tak bez wszystkiego, bez hełmu, bez konia, nawet pieśń na dłuższy czas jakby uszła z mojej pamięci.

- Chyba żartujesz! - rzekła jedna z kobiet. - Pieśń!? Jak to możliwe, aby uszła ona z twojej pamięci?

Zastanowiło mnie to, dlaczego nie mówi do mnie pan, tylko ty.

- Przecież słyszeliśmy, jak śpiewałeś - dodała.

Roześmiałem się i śmiech mój słychać było wszędzie na rynku, również, jak sądzę, w ratuszu. Po pewnej chwili znów się roześmiałem i śmiech mój błąkał się po Rotardanii.

- Zbyt wiele tych niespodzianek - rzekłem do nich i rozejrzałem się naokoło.

Kobieta na ławce zasnęła, a słońce zaszło.

- Jak się nazywasz? - rzekłem do kobiety, która uprzednio rzuciła uwagę na temat mojego śpiewu.

- Nazywam się Teresa - odrzekła. - Teresa Dominik - dodała.

- Aha - mruknąłem i zamyśliłem się. Miała białe ręce i szarą długą suknię. Dałem krok w jej kierunku, a ona ustąpiła jeden krok w bok.

Dziwne, pomyślałem, taki taniec kiedyś się tu chyba odbył. Naśladujemy pewien rytm, może z ptasich wysp albo wyjęty wprost ze spojrzeń krokodylich. Oto pejzaże wyjęte wprost ze szponów śmierci wiecznej.

Teresa postąpiła krok w moim kierunku, a ja cofnąłem się aż do ławki.

- Hej! - zawołał mężczyzna w kapeluszu.

Spojrzeliśmy na niego jednocześnie, przerywając na moment nasz taniec. Zdjął kapelusz, ukłonił się i rzekł:

- Odchodzę od was, jest was tutaj bardzo dużo.

Spojrzeliśmy po sobie. Nie było nas tak dużo, kobieta, która spała na ławce, właściwie się nie liczyła, powiedziałbym więc nawet, że było nas mało. Nie wiadomo, dlaczego mężczyzna tak właśnie powiedział. Pożegnanie było jednak w bardzo dobrym stylu, a Teresa uśmiechnęła się do niego. Zauważyłem, że miał dość zniszczoną twarz i pełno zmarszczek pod oczami.

Taki człowiek, pomyślałem, z pomarszczoną twarzą nosi specjalnie kapelusz, aby móc sobie tą swoją twarz ocienić.

- Wiedziałem, że pan nas opuści - rzekłem do niego. - Nie przejawiał pan specjalnego zainteresowania nogami tej kobiety.

- Co to znaczy "opuści"? - zdziwił się mężczyzna. - Czy pan urodził się w Rotardanii?

- Tak - odrzekłem. - Na jej peryferiach, między wzgórzami, tam się urodziłem.

- A zatem pan mówi o opuszczeniu, mimo że urodził się w Rotardanii.

Zauważyłem, że jego oczy płonęły żywym ogniem, a gdy mówił, gestykulował, wymachując zamaszyście kapeluszem. Od tego wszystkiego obudziła się kobieta siedząca na ławce pod drzewem i ziewnęła. Usiłowała wstać, ale nie udało się jej to.

- Czy pani chce wstać?! - zapytał głośno mężczyzna w kapeluszu.

- Dlaczego pan tak krzyczy? - odparła ona. - Przecież niczego od pana nie chcę.

- Rzuciłem pytanie - rzekł mężczyzna. - Czy pani chce wstać?

- Chciałabym - odparła ona. - Ale po co wy tu stoicie? Zawsze byłam sama, a teraz was jest tylu, zasłaniacie mi widok na ratusz.

- Co takiego? - zdziwił się mężczyzna. - Czy pani widzi?

- Pewnie, że widzę - odparła. - A pan chciałby może, żebym nie widziała.

Pochyliliśmy się wszyscy w kierunku kobiety, bacznie obserwując ruchy jej oczu. Chwilami byliśmy zdania, że widzi, za moment znów, że nie, i tak zmienialiśmy na przemian swoje opinie.

- Należy to dokładnie zbadać - stwierdził młody człowiek o zielonych oczach i bardzo delikatnych rękach.

- Ale jak? - zastanawialiśmy się.

W końcu postawiliśmy na środku rynku lampę naftową i zapaliliśmy ją.

- O, słońce! - mówiła kobieta. - Wyciągnijcie moje nogi. - I wyprostowała się na ławce, podnosząc je nieco w górę.

Wyciągnęliśmy jej nogi w kierunku lampy, śmiejąc się jednocześnie, bowiem byliśmy teraz pewni, że kobieta jest niewidoma, a w dodatku chciała nas oszukać, mówiąc, iż zasłaniamy jej widok na ratusz.

Pozostał mój niedokończony taniec z Teresą Dominik, a pożegnanie starszego mężczyzny w kapeluszu zawisło w powietrzu między siedzącą na ławce kobietą a ratuszem.

Spojrzałem w kierunku drzewa kasztanowego, ale nie miałem zamiaru obserwować go. Zauważyłem, że jeden z liści zżółkł zupełnie, tak jakby miał opaść. Jeżeli opadnie, pomyślałem, to nie jest wykluczone, że osiądzie kobiecie na włosach albo na ramionach. Chwiał się nieco i tym przykuł moją uwagę. Był w tym momencie ważniejszy niż ratusz oraz rynek, a może nawet cała Rotardania. Wszyscy inni, stojący tuż obok mnie, również jęli obserwować ten żółty liść. W końcu zaczęliśmy się kiwać w tym samym rytmie co ów liść.

- Trzeba ich obudzić - zaczęła wołać kobieta. - To jakieś dziwne kołysanie.

W końcu położyła się na ławce i zasnęła, a liść oderwał się od swojej gałęzi i opadł na nią.

- To mi przypomina Dzień Zaduszny - rzekłem.

Właściwie nie chciałem z nikim nawiązać kontaktu tymi słowy, tak sobie po prostu powiedziałem, stojąc zwrócony w stronę drzewa. Nie oczekiwałem też żadnej odpowiedzi.

- Taki liść - dziwili się stojący obok mnie ludzie. - Taki liść! Zupełnie żółty, a pod nim śpiąca kobieta. Może jeszcze jakiś liść na nią spadnie. - Patrzyliśmy z każdej strony na drzewo, ale pozostałe liście były zielone.

- Trudno - rzekł młody chłopak. - Nie ma teraz na co czekać, sen kobiety i ten żółty liść to dobra kompozycja na rynku. Jesteśmy tego świadkami.

Daliśmy krok w kierunku leżącej na ławce kobiety i rozejrzeliśmy się po rynku. Rynek stał w cieniu, tylko niektóre wieżyczki miasta czerwieniły się, musiał to być odblask słońca, które już zaszło. Odblask słońca nie sięgał tutaj, tkwiliśmy w szarości i poruszaliśmy się w niej. Celem naszym był żółty liść leżący na ciele kobiety. Nie był to ani ogród, ani sad wiśniowy, nawet nie kwiat wiosenny czy też jesienny. Daliśmy ponownie krok, ale tym razem roześmialiśmy się wszyscy, patrząc jeden na drugiego, a częściowo również na nią, śpiącą na ławce.

Gdy postąpiliśmy jeszcze jeden krok w kierunku ławki, wówczas można już było wyciągnąć rękę i dotknąć liścia lub też nóg kobiety, w zależności od tego, kto jakie miał życzenie. Ja dotknąłem liścia, który poruszył się, ale nie spadł. Nie chciałem, aby spadł. Dwie młode kobiety również przyłączyły się do mnie i zauważyłem, jak koniuszkami palców posunęły go nieco dalej. Nie za daleko, tak aby nie spadł, zwracaliśmy na to specjalnie uwagę.

W momencie gdy ich palce dotknęły liścia, obie te kobiety zostały jakby czymś głęboko poruszone. Spojrzały na mnie, a ja na nie, były lekko zaczerwienione na twarzach. Teresa miała zielonkawą suknię i biały, dość szeroki pas. Imienia drugiej kobiety nie znałem, a w tym momencie nie chciałem akurat pytać. Ręce wyciągnięte w kierunku liścia stanowiły jakby pomost między snem leżącej kobiety a Rotardanią, w której wszyscyśmy istnieli. Pomosty są zawsze wyciągnięte w przestrzeń i jakby nieco mgławicowe. Można je zresztą układać różnie, mogą łączyć wzgórza za miastem i oblane czerwienią okna niektórych kamienic. Pomostem jest na przykład czerwień zachodzącego słońca, pomostami mogą być najwyższe wieżyczki kamienic miejskich. Liść poruszył się nieco, a my, obie kobiety i ja, w tej samej chwili daliśmy krok do tyłu.

Pozostało dwóch mężczyzn, jeden starszy, a drugi młodszy. Młody chłopak zbliżył twarz do oczu śpiącej kobiety i roześmiał się. Tak samo uczynił i drugi. Ale nie w naszym kierunku, roześmiali się obaj w kierunku ratusza, śmiech przynależał do miasta, podobnie jak sylwetki obu mężczyzn. Tym razem starszy mężczyzna nie zdjął kapelusza, widać nie było takiej konieczności. Nie wiem, czy kobiety pomyślały o tym samym, nie zapytałem o to. Potem obaj cofnęli się do tyłu dość gwałtownie, tak że o mało co zderzylibyśmy się ze sobą. Na szczęście między nami pozostała odległość pół kroku. Właściwie można by ich było popchnąć w kierunku ławki i gwałtownie odskoczyć na środek rynku.

Porozumiałem się z obiema kobietami, które w całej rozciągłości zaaprobowały mój plan. Popchnęliśmy ich obu w kierunku drzewa kasztanowego i odbiegliśmy kilka kroków na rynek. Oni zachwiali się i spojrzeli w naszym kierunku. W ich oczach zauważyłem zdumienie.

- Za słabo żeśmy ich popchnęli - rzekłem do kobiet i jąłem się przechadzać tam i z powrotem, tak jak czynią urzędnicy podczas drugiego śniadania lub mieszkańcy Rotardanii na poobiednim spacerze.

Teresa wyciągnęła ku mnie rękę, a ja zauważyłem to kątem oka, ale w dalszym ciągu spacerowałem. Zdziwiłem się, dlaczego ona to robi, ale skoro tak ma być, pomyślałem, to niech będzie. Chodziłem coraz szybciej i kątem oka obserwowałem Teresę. W końcu zacząłem biec i bardzo się przy tym zadyszałem.

Teresa cofnęła rękę. Ja zwolniłem tempo. Rynek nie był zbyt zaludniony.

Od czasu do czasu szedł ktoś, na ogół nie patrząc w naszą stronę. Stanowiliśmy dość statyczną grupę osób i, prawdę mówiąc, jeżeli ktoś nie był ani wtajemniczony, ani zaangażowany w nasz rytm działania, to na oko trudno było nawet zauważyć, że coś się tutaj dzieje.

- Gdyby się dało, należałoby zatrzeć ślady za nami - rzekłem do Teresy.

- Dlaczego? - zdziwiła się ona. - A przede wszystkim czym?

- Właśnie, nie ma czym - rzekłem. - I to jest najważniejsze.

- Możliwe - zamyśliła się ona.

Druga kobieta oplotła swój brzuch rękami i przyglądała mi się. Chciałem wiedzieć, jak ma na imię, ale zabrakło mi odwagi, aby ją o to zapytać. Za to roześmiałem się do niej od ucha do ucha i sądzę, że wyglądało to efektownie.

Teresa Dominik znów wyciągnęła do mnie rękę, a ja stanąłem do niej bokiem. Efekt był piorunujący, jeżeli tak można powiedzieć, kobieta śpiąca na ławce wstała, a żółty liść opadł na rynek tuż pod nogi obu mężczyzn, myśmy stali nieco dalej.

- Oto wstawanie na rynku - ogłosiłem i wszyscyśmy zaśpiewali pieśń składającą się ze słów: halo, halo, halo. Był to śpiew chóralny na skraju rynku w Rotardanii.

- Kiedyś na pewno sadzono tu kwiaty - rzekłem w kierunku Teresy i wskazałem palcem rynek naokoło.

- To były słoneczniki - rzekła ona.

- No, to nie jest takie pewne - stwierdził mężczyzna w kapeluszu. Mimo że stał od nas w pewnej odległości, włączył się do rozmowy.

Wyraziłem zdziwienie i rzekłem:

- Czy pan się urodził w Rotardanii?

- Oczywiście - odrzekł on. - A gdzie właściwie miałbym się urodzić?

- Nie wiem - odparłem. - Gdziekolwiek.

- Co to znaczy gdziekolwiek? - zdziwił się on.

- Może to nic nie znaczy - odrzekłem. - Ale tak sobie powiedziałem.

- Może dla pana nic, ale dla mnie to ma pewne znaczenie.

Stanąłem doń bokiem, w ogóle nie patrząc w jego stronę. Było mi właściwie obojętne, co się tam będzie za chwilę działo. Nie chciałem stanąć tyłem, bowiem w takim razie straciłbym z pola widzenia Teresę i tę drugą kobietę, a tego sobie nie życzyłem.

- Każdy chce być zauważony - rzuciłem jakby od niechcenia. - I to niezależnie od wieku i od miejsca urodzenia.

Wówczas obaj mężczyźni wzięli mnie pod ręce i poprowadzili przez rynek. Obie młode kobiety niosły z tyłu zapaloną świecę, a że nie było wiatru, więc paliła się spokojnie.

Poza tym na rynku nic się nie działo, jedynie pojedynczy przechodnie przystawali i chwilę nam się przyglądali.

Szedłem krok w krok razem z nimi, nawet wydało mi się, iż moje kroki były znacznie dłuższe aniżeli ich. Dlaczego prowadzą akurat mnie?, zastanawiałem się. Nie spałem na ławce pod żółtym liściem, nikomu się nie narzucałem, zachowywałem się na rynku raczej spokojnie. Widać musieli mieć swoje powody, które nie wiem, czy mi wyjawią. Miałem co do tego wątpliwości. Wyciągałem nogi coraz gwałtowniej do przodu i kroki moje z tego powodu były coraz dłuższe. Obie kobiety z ledwością za nami nadążały. Nie chciałem, aby im zgasła świeca, ale też nie miałem zamiaru wlec się tak wolno. Należało iść szybko i wyczuwałem to całym swoim rozgorączkowanym ciałem. Należało nieznacznie wyprzedzić nawet tych, którzy mnie prowadzili. W końcu postawiono mnie przy sklepie rzeźniczym twarzą skierowaną ku drzewu kasztanowemu.

- Takie szaleństwo - powiedziałem. - W przeddzień moich urodzin. Macie może papierosa? Chętnie bym zapalił.

Nie mieli, a ja właściwie od dawna nie paliłem i nie wiem, dlaczego mi to przyszło do głowy. Dawno nie paliłem. Przypomniałem sobie lata, gdy kupowałem papierosy i z niecierpliwością rozrywałem świeżą paczkę już na progu sklepu z tabaką.

Teraz stałem obok sklepu rzeźniczego i właściwie niczego nie potrzebowałem. Świecę postawiono na samym rogu rynku i paliła się jednostajnym, bardzo jasnym płomieniem. Żółty liść i ta świeca przypominały raczej Zaduszki, ale był to zwykły dzień, w Rotardanii panował spokój, można powiedzieć, leniwy spokój. W oknie wystawowym pojawiły się dwie twarze kobiece, jedna starsza, druga znacznie młodsza.

Starsza uśmiechnęła się do mnie i przyjąłem ten uśmiech z zadowoleniem. Wskazałem palcem na palącą się na skraju rynku świecę i obie one skierowały tam swój wzrok. Zależało mi na tym i byłem z siebie zadowolony, iż w ten sposób wskazałem im palącą się świecę.

- Mogę ją postawić wam na oknie - zawołałem w kierunku sklepu rzeźniczego.

Nie usłyszały, bowiem jedna z nich pojawiła się w drzwiach i zapytała, co powiedziałem. Powtórzyłem swoją propozycję i zobaczyłem, jak znowu stoją razem w oknie, rozmawiając ze sobą i żywo gestykulując. W końcu wyszła młodsza i rzekła, że się zgadzają.

- Naprawdę? - zdumiałem się. - Nie sądziłem, że mi tak łatwo z wami pójdzie.

- Ona była za tym, a ja przeciwko - stwierdziła sprzedawczyni. - Ale w końcu ustąpiłam.

- Dobrze pani zrobiła - rzekłem i postawiłem świecę na skraju okna wystawowego.

Obie twarze były dobrze oświetlone i cieszyłem się z mojego postępku, w końcu nie było to nic trudnego, a sytuacja jest teraz inna. Obie kobiety ze sklepu rzeźniczego są włączone do tego, co dzieje się na rynku. Byłem z siebie ogromnie zadowolony i roześmiałem się kilkakrotnie i tak głośno, że szyby zadźwięczały w oknach pobliskich domów.

Przypisy

1 M. Grygianiec, Genidentyczność a metafizyka persystencji: endurantyzm, perdurantyzm i eksdurantyzm, "Filozofia Nauki" 2005 nr 2, s. 92.

2 Zob. przywoływane konteksty - Styl Josepha Conrada a język polski i wielojęzyczność, pod red. W. Krajki, Lublin 2018 oraz J. Łozińska, Path and Manner Saliency in Polish in Contrast with Russian, Leiden - Boston 2018.

3 P. Kaliszuk, Dziecinne lekcje realności. "Tajemnica bursztynowej szkatułki" i cykl o  Patalonkach Jana Drzeżdżona, światy fantastyki, w: Tekstowe pod red. M.M. Lesia, W. Łaszkiewicz i P. Stasiewicza, Białystok 2017, s. 122-123.

4 J. Drzeżdżon, Ulotna kruchość literatury (moje credo pisarskie), "eleWator" 2012 nr 2, s. 82.

5 R. Roussel, Locus Solus, przeł. A. Wolicka, posłowie A. Sosnowski, Warszawa 2017, s. 66.

6 Wisiał - przy Rotardanii, lecz materializował się i zmaterializował się - przy Pergamonii. Jak pisze Adam Wiedemann, "w roku 1987 Jan Błoński postanowił frontalnie zaatakować Berezę oraz czterech promowanych przezeń autorów". Dalej charakterystyczne, niepozbawione słuszności, komentarze Wiedemanna: "pozazdrościł Henrykowi "młodych"", ""z tej prozy niewiele się - w sumie - można dowiedzieć o  współczesnej Polsce" [Błoński za Wiedemannem, K.S.]". A. Wiedemann, Słyk, "Pole" 2024 nr 1(4); online, dostęp: 16.08.2025, https://poledwumiesiecznik.com/nr-4/adam-wiedemann-slyk.

7 M. Jentys-Borelowska, "Pergamonia" - Pieśń Wyzwolenia [posłowie], w: J. Drzeżdżon, Pergamonia, Szczecin 2016, s. 370.

8 H. Bereza, Ontologia, w: tegoż, Taki układ, Warszawa 1981, s. 336.