Prolog
Sierpień 2021
Bumpler z Little Gregiem oraz majorem Chongiem szybko dokonali oceny
sytuacji i stwierdzili, że zagrożenie najprawdopodobniej minęło. Na
wszelki wypadek Bumpler zamówił pluton sił specjalnych chilijskiej
policji do wzmocnienia ochrony, gdyż prócz ostrzału z przełęczy obawiał
się ataku bezpośredniego - nie bardzo wiedział, kto go może
przeprowadzić. Poinformował oficera dyżurnego CIA i wprawił w ruch całą
machinę dochodzeniową, w którą z oczywistych względów włączono francuski
wywiad DGSE. Prace ruszyły. Z uwagi na prezydenta Melanchona rzucono do
działania spore siły, tak aby jak najszybciej dojść do rozwikłania
zagadki - kto i dlaczego stał za tym zamachem.
Karetki przybyły, ale rychło się okazało, że mają niewiele do zrobienia.
W powietrzu wciąż unosił się delikatny zapach prochu, jak niechciane
wspomnienie kilku minut, które zmieniły wszystko. Oficer ochrony, który
własnym ciałem zasłonił prezydenta, ratując mu życie, zginął na miejscu
od postrzału w głowę, drugi, ciężko ranny w płuco, został zabrany do
szpitala w Santiago de Chile, ale jak ocenili doraźnie, acz fachowo Paul
i Weber, na co dzień obcujący z postrzałami klatki piersiowej, rana
wlotowa, stopień utraty krwi oraz najprawdopodobniej ominięcie serca
przez tor pocisku dawały nadzieję na uratowanie życia. Nie było wiadomo,
co trzeba będzie zrobić z przestrzelonym płucem, ale ponieważ znali z różnych zjazdów i sympozjów szefa torakochirurgii w Santiago, wiedzieli,
że ranny zostanie opatrzony w najlepszy możliwy sposób, i byli dobrej
myśli, że zranione płuco da się uratować choćby w części.
Nikomu innemu fizycznie nic się nie stało, ale szok psychiczny był
ogromny. Ponieważ jednak dzięki różnym doświadczeniom życiowym, od
szczytów polityki z udziałem Melanchona przez tajne, ryzykowne akcje
bojowe w przypadku Bumplera, Little Grega i Chonga po megatrudne
operacje wykonywane przez torakochirurgów, byli ludźmi twardymi i odpornymi, dlatego tuż po obstawieniu willi przez siły policyjne zebrali
się w środkowym salonie, w którym przed paroma chwilami radośnie
oddawali się relaksowi po nartach.
Tym razem nastrój był oczywiście inny, zaległo ponure milczenie.
Pierwszy odezwał się Melanchon:
- To moja wina, przeze mnie zginął oficer, a was wszystkich naraziłem na
ryzyko utraty życia. Głupio zrobiłem, że tu przyjechałem, ale podjąłem
się tej misji na prośbę kolegów z G7, ponieważ powaga sytuacji, o której
donoszą nasze wywiady, a o czym mówiłem chwilę przed ostrzałem, tego
wymagała.
Bumpler zerknął na Grudkowskiego i zobaczywszy lekkie skinienie głowy,
zabrał głos:
- Pozwoli pan, panie prezydencie, albo lepiej Edgarze - bo tak się
przecież umówiliśmy, na pomijanie tytulatury - że się z tobą nie zgodzę.
Oficer oddał życie, wykonując swoją pracę, i to jest powód do najwyższej
chwały i uznania. Zakładam, że Francja nie zapomni o jego heroizmie i odpowiednio go uhonoruje pośmiertnie oraz zadba o jego bliskich.
Pozostaje pytanie, co się do cholery zdarzyło, kto to zorganizował i dlaczego? Powiadomiłem już centralę CIA, a oni twój wywiad, pewnie więc
z każdą godziną będziemy wiedzieć coraz więcej, teraz możemy snuć
jedynie hipotezy. Pozwólcie, że dokonam pewnej retrospektywnej analizy.
Zebraliśmy się tu, aby świętować akcję odbicia profesora Webera, a jak
się okazało, także zlikwidowania tajnego laboratorium bandytów
zamierzających zniszczyć ludzkość. Za tym stał nasz główny wróg, Migmar
Dorjee, który rozpłynął się w powietrzu. Nie mamy danych, czy żyje, ale
też nie mamy danych, że nie żyje. Przeżyliśmy sporo przygód,
nadepnęliśmy na odcisk paru ludziom, ale intuicja i doświadczenie
operacyjne podpowiadają mi, że Migmar - o ile w ogóle żyje - obecnie nie
jest zdolny do takiej akcji. Chodzi chyba jednak o coś innego, być może
związanego z tym, o czym mówił Edgar. Poza tym szykując ten wyjazd i wiedząc o wizycie prezydenta Francji - sorry, że musiałem to trzymać w tajemnicy - zrobiłem trochę rozeznania: wszystkie służby oceniły ryzyko
samej wyprawy jako zerowe, a po planowanym przybyciu Edgara - jako
niewielkie. Najwyraźniej sporo osób wiedziało o twoim przyjeździe tutaj,
i to z dużym wyprzedzeniem, skoro zdołali zorganizować helikopter,
zbadać teren, zająć pozycje, przeprowadzić atak i bez strat się
ewakuować. To wszystko wskazuje na zawodowców.
Jestem pewien, że służby naszych krajów najdalej jutro lub pojutrze
zasypią nas danymi i z każdą chwilą będziemy wiedzieć coraz więcej.
Teraz jesteśmy tu bezpieczni, jutro zorganizujemy transport do Santiago,
proponuję więc, byśmy wypili drinka na dobranoc i udali się do pokoi.
Słysząc to, Little Greg uświadomił sobie, że chyba nigdy jeszcze nie
widział Bumplera wygłaszającego tak długą przemowę. Dało mu to do
myślenia. Uznał, że Bumpler jest bardziej przejęty, niż to okazuje,
toteż mimo ochrony sił specjalnych chilijskiej policji na wszelki
wypadek włożył swego glocka pod poduszkę. Zanim się jednak położył,
wyjrzał przez okno - noc była ciemna, niemal atramentowa, bez jednej
gwiazdy. Doszedł do wniosku, że to dziwne, bo pamiętał, jak poprzedniej
nocy niebo było rozświetlone. W końcu zasnął.
* * *
Wszyscy mieli głowy pełne różnych spekulacji, ale Paula przed wszystkim
interesowało to, czy będąca w zaawansowanej ciąży Yang nie ucierpiała w tym skrytobójczym ataku. Kobieta rozwiała jego wątpliwości, po prostu
przytulając się do niego i przekazując dobre fluidy czułym dotykiem.
- Chyba nietrudno się domyślić, że celem był najprawdopodobniej
Melanchon - powiedziała. - Pozostaje pytanie, kto zaatakował i dlaczego.
Mam wrażenie, że z Migmarem nie ma to nic wspólnego, a jeśli już, to
bardzo pośrednio.
- Wiesz co, nie mam już dziś siły nad tym rozmyślać - odparł. - Byłem
pewien, że nasze poszukiwania i odbicie Waltera Webera to wspaniała,
lecz jednorazowa przygoda. Rajczyk znalazł - jak dotąd skuteczne -
antidotum na naszą mielofibrozę, pod tym więc względem sytuacja została
jakoś opanowana, choć nasz drogi Erino Randone nie doczekał tej chwili.
Zakładałem, że wrócę spokojnie dokończyć swoją karierę, skupiając się na
operowaniu najtrudniejszych przypadków i uczeniu młodzieży
chirurgicznej, ciesząc się wspaniałą żoną i, jako podstarzały tatuś,
swoim małym dzieckiem, na które z taką radością czekamy. - Paul uniósł
dłoń, w której nadal czuł ciepło jej dotyku, i uśmiechnął się, jakby
chciał zawrzeć w tym geście to, czego nie miał siły powiedzieć.
Westchnął. - Po dzisiejszym wieczorze mam jednak nieodparte wrażenie, że
ta spokojna, przewidywalna przyszłość, którą zaplanowałem, może być
bardziej burzliwa, niż dotąd przypuszczaliśmy. Będziemy się tym martwić
później. Dobranoc, kochanie.
Po tych słowach zasnął niemal natychmiast.
* * *
Bumpler leżał w łóżku, a przez głowę przelatywały mu przeróżne myśli,
mimo to w końcu usnął. Gdyby wiedział, jakie koszmary będą go męczyły,
toby wolał nie zasypiać. Zawieszony między jawą a snem, rzucał się w łóżku, czasami nie wiedząc, co jest sennym koszmarem, co zaś koszmarnym
wspomnieniem. W dziewięćdziesiątym pierwszym, podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, służył jako porucznik w armii amerykańskiej i brał
czynny udział w walkach. Przewaga koalicji państw demokratycznych była
ogromna, więc ryzyko porażki praktycznie żadne. Żałował jedynie, że z powodu zawiłości polityki odpuszczono przywódcy Iraku Saddamowi
Husajnowi, co doprowadziło do drugiej wojny w Zatoce w dwa tysiące
trzecim. Dopiero wtedy obalono irackiego dyktatora.
Po pierwszej wojnie Bumpler został w Iraku jako członek sił
nadzorujących utrzymanie pokoju. Wiedział, że pozostawienie Husajna przy
władzy to proszenie się o kłopoty, ale specjalnie się tym nie
zamartwiał, ciesząc się energią i radością właściwymi dla młodego
człowieka, służącego w kraju, w którym wprawdzie należało mieć oczy
dookoła głowy, lecz zdecydowana większość społeczeństwa była jednak
życzliwa i pomocna. W ich garnizonie jako tłumaczka służyła Irakijka
Samira, piękna, zawsze uśmiechnięta mimo trudnych okoliczności, do tego
znakomicie mówiąca po angielsku. Głos miała ciepły jak przyprawy z suku
- miękki, lekko zachrypnięty, co go intrygowało. Emanowała naturalnym
wdziękiem i ciepłem, choć nie lubiła mówić o sobie zbyt wiele. Greg
zauważył, że chętnie z nią rozmawia, często zabierał ją na różne
spotkania z miejscowymi. Czasem siadali przy plastikowym stoliku z miętową herbatą, której smak Bumpler nauczył się doceniać dopiero tutaj
- był gorzki i słodki zarazem, jak wszystko, co go łączyło z Samirą. Nie
był ekspertem od relacji damsko-męskich i poza jedną czy dwiema
dziewczynami w Stanach nie miał w tych sprawach doświadczenia, nawet on
wszakże zauważył, że Samira zerka na niego życzliwym okiem. I tak od
słowa do słowa doszło do tego, że podczas jednego ze służbowych wyjazdów
do Mosulu, gdzie ich delegację zakwaterowano w strzeżonym hotelu,
zaprosił ją wieczorem do pokoju pod pretekstem omówienia jakiegoś
trudnego tłumaczenia. Spontanicznie zaczęli się całować, po czym
wylądowali w łóżku. Bumpler był w siódmym niebie. Samira okazała się nie
tylko wspaniałą, czułą kochanką, lecz także kimś, z kim mógł przegadać
całą noc. Od tego momentu robił, co mógł w warunkach służby, by spędzać
z nią jak najwięcej czasu, co nie umknęło uwadze kolegów i miejscowego
personelu garnizonu. Wynajął jej mieszkanie w bezpiecznej dzielnicy i korzystał z przepustek, gdy tylko się dało. Nawet nie zauważył, kiedy
romans zaczął się przekształcać w coś poważniejszego, co sprawiało
przyjemność obu stronom. I wtedy przyszedł rozkaz powrotu do Stanów.
Greg szalał, starając się załatwić Samirze wizę, ale okazało się to
niemożliwe w tak krótkim czasie. Przyrzekł jej jednak solennie, że
stanie na głowie, by jak najszybciej sprowadzić ją do Ameryki, i zapewnił - bez formalnych oświadczyn - że zamierza z nią spędzić resztę
życia.
W Waszyngtonie biegał mozolnie po różnych departamentach i urzędach, aby
czym prędzej ściągnąć Samirę do siebie. Był bliski sukcesu, gdy na adres
domowy dostał przesyłkę, która odmieniła jego życie na zawsze. W kopercie znajdowało się kilka drastycznych fotografii przedstawiających
martwą, okrutnie okaleczoną Samirę oraz kartka o treści:
To kara za romans z Jankesami.
Załamał się wtedy kompletnie. Pewnego razu pół dnia przesiedział na
ławce w parku Lafayette, nie widząc ani ludzi, ani drzew - tylko jej
oczy, ciemne jak pustynia nocą, i usta, których nie zdążył pożegnać.
Gotów był nawet wrócić do Iraku, by w samobójczej misji znaleźć oprawców
Samiry i ich po kolei wymordować, samemu ginąc tak jak ona. Doszedł do
tego, że raz na ulicy w Georgetown uderzył bez powodu przypadkowego
młodego Araba i musiał się później gęsto tłumaczyć policji. To nim
wówczas wstrząsnęło, ale przełomem okazało się dopiero spotkanie z wysłannikiem CIA, który go przekonał, że jeśli się chce odegrać na złych
ludziach i nie popaść przy tym w szaleństwo, to Agencja zapewni mu
odpowiednie szkolenie i rozwój, tak by jego nienawiść do dyktatorów,
morderców i wszelkiej maści złoczyńców znalazła ujście i mogła służyć
dużej, potężnej organizacji. Bumpler był w takim stanie ducha, że niemal
bezwiednie zgodził się podpisać akces do CIA, po czym wystąpił z armii i pojechał na pierwsze szkolenie. Tak zaczęła się jego kariera w Agencji.
Nigdy więcej nie związał się na poważnie z inną kobietą. Pozostała mu
jedynie nienawiść do każdej postaci fundamentalizmu i fanatyzmu.
Rozdział I
Wrzesień 2021
Uczestnicy wyprawy do Chile zebrali się w Paryżu, aby wziąć udział w pogrzebie zabitego w zamachu oficera ochrony prezydenta Melanchona. Nie
zabrakło nikogo, gdyż wszyscy uważali za swój święty obowiązek oddanie
ostatnich honorów dzielnemu człowiekowi, który własnym ciałem zasłonił
prezydenta Francji, poświęcając życie dla swego szefa.
Jesienne światło Paryża miało w sobie coś miękkiego, delikatnego.
Kasztanowce przy bulwarach gubiły liście w zawrotnym tempie i człowiek
odnosił wrażenie, że drzewa starzeją się na oczach świata. Na placu
przed kościołem, w którym odbywała się ceremonia, początkowo panowała
cisza tak gęsta, że nawet odgłos kroków zdawał się nie na miejscu.
Pogrzeb miał charakter państwowy, z pełnymi honorami, uroczysty i wzruszający. Zabity oficer formalnie nie był żonaty, ale widok jego
partnerki, a przede wszystkim zrozpaczonych rodziców, wyciskał łzy z oczu. Były przemówienia, nadany pośmiertnie Order Legii Honorowej i cały
należny zmarłemu ceremoniał.
Paul zauważył, że nawet Grudkowski - zwykle do bólu powściągliwy -
ścisnął dłonie tak mocno, że pobielały mu kostki. Bumpler, w czarnym
płaszczu i z nieobecnym wzrokiem, stał nieruchomo, wyprostowany jak
struna.
Po uroczystości Melanchon, złożywszy rodzicom i partnerce zabitego
kondolencje, zaprosił uczestników chilijskich wydarzeń do Pałacu
Elizejskiego na stypę. Wszyscy mieli nastrój dość wisielczy, a jednocześnie ciekawiło ich, kto sprokurował im tak okrutną przygodę w śniegach Ameryki Południowej.
Po rutynowych powitaniach i spożyciu przystawek głos zabrał Bumpler.
Yang wyobrażała sobie, jakim stresem dla tego niezbyt wygadanego
oficera, preferującego zdecydowanie czyny, nie słowa, jest konieczność
przygotowania wystąpienia dłuższego niż dwa, trzy zdania. Dlatego
posłała mu zachęcający uśmiech, choć zdawała sobie sprawę, że jako
dyrektor operacyjny CIA, Bumpler będzie - chcąc nie chcąc - przemawiać
coraz częściej.
- W porozumieniu z prezydentem Melanchonem zaprosiliśmy was tutaj, by
przedstawić to, co udało nam się ustalić w kwestii zamachu. Mówiąc nam,
mam przede wszystkim na myśli CIA i DGSE, choć nie tylko. - Zawiesił
głos nieco tajemniczo. - Nie będę was zanudzał szczegółami pracy
operacyjnej, powiem jednak, że bez większych wątpliwości zamachu
dokonało dwóch wyszkolonych zabójców Specnazu, używając do tego fińskich
karabinów snajperskich Sako, które zostały dostarczone do Chile na
pokładzie rosyjskiego statku rybackiego. Sami zabójcy przylecieli z Moskwy przez Bogotę i Buenos Aires jako turyści posługujący się
paszportami Turkmenistanu. Posiadali wszystkie wymagane dokumenty.
Wychwyciły ich kamery lotniskowe w Buenos, nie mamy niestety tych
osobników w naszej bazie danych, można więc domniemywać, że do tej pory
operowali w Rosji lub którejś z byłych republik sowieckich. - Przerwał
na moment, wodząc wzrokiem po zebranych. - Rozpoznanie terenu
najprawdopodobniej przeprowadzili wcześniej pracownicy rosyjskiej
ambasady, którzy kilka dni przed atakiem korzystali pod własnymi
nazwiskami z hoteli położonych w okolicy jako amatorzy narciarstwa. I też musieli być dobrze przygotowani, gdyż precyzyjnie wybrali miejsce do
przyziemienia śmigłowca, na niewielkiej półce skalnej tuż za przełęczą,
z której padły strzały. Żołnierze Specnazu wynajęli śmigłowiec w stolicy
Chile, by skorzystać z heliskiingu, czyli podwózki helikopterem na
ośnieżony stok, z którego można zjechać w dziewiczym terenie poza trasą.
Nie ulega wątpliwości, że przynajmniej jeden z nich potrafił pilotować
ten typ śmigłowca.
- Skąd ta pewność?! - Głos z końca sali brzmiał ostro, z nutą
niedowierzania.
Bumpler uniósł wzrok, zawiesił go na mówiącym i odrzekł spokojnie, choć
dość surowo.
- Ano stąd, że najprawdopodobniej przed ostrzelaniem nas, a dokładniej
tuż po wylądowaniu, pilotowi poderżnięto gardło i wyrzucono go z kokpitu, a jak pamiętamy, śmigłowiec odleciał niemal natychmiast po
akcji. Nie wrócił do stolicy, tylko wylądował na plaży w okolicy
Valparaiso i dla zatarcia śladów został podpalony. Zabójcy zostali
zapewne ewakuowani pontonem na któryś z rosyjskich statków łowiących
ryby na bogatych łowiskach, już poza zasięgiem chilijskich wód
terytorialnych.
- No dobrze - odezwał się Paul. - Wszystko to jest dość jasne, ale wciąż
nie daje odpowiedzi na podstawowe pytanie: dlaczego?
- Przypomnę ci historię portiera z klasztoru w Nepalu, frankofila, który
marzył o podróży do Francji. - Melanchon uśmiechnął się lekko. -
Dostarczył nam cennych informacji o potencjalnym miejscu pobytu Migmara
Dorjeego, ale po powrocie do Pokhary zapłacił za to życiem, bo został
brutalnie zamordowany. Nie potrafiliśmy znaleźć racjonalnego
wyjaśnienia, kto i dlaczego go zabił. Podejrzewaliśmy zemstę Migmara,
ale w świetle wydarzeń w Chile nasi analitycy doszli do wniosku, że
musiał to być jeden ze sposobów wywabienia mnie w słabo chroniony teren
w celu dokonania zamachu.
- Czyli od któregoś momentu w naszej wyprawie ratunkowej "uczestniczył"
ktoś jeszcze, kto ją starannie monitorował? - podsunął Grudkowski.
- Na to wygląda - odparł Bumpler. - Po pierwsze, nasza wyprawa dość
szybko przestała być sekretna, o czym mogliśmy się przekonać, napadnięci
w drodze do hotelu w Katmandu. Po drugie, trzeba pamiętać, że siatka
rosyjskich agentów jest stosunkowo dobrze rozbudowana, a fakt
zniszczenia tajnego laboratorium nuklearnego, niekontrolowanego przez
żaden rząd, z pewnością nie uszedł ich uwadze, podobnie zresztą jak
naszej.
- No dobrze - odezwała się Yang. - Zakładamy, że ktoś chciał wciągnąć
Francję w bliżej nieokreśloną relację z naszą grupą, wiedział, że
jedziemy poszusować do Chile, ale skąd zdobył informacje, że odwiedzi
nas pół incognito sam prezydent Francji, skoro nawet my nie mieliśmy o tym pojęcia? No i skąd ten Specnaz?
Melanchon spojrzał na Bumplera, a ten westchnął i obrzucił wzrokiem
zebranych.
- Mam nadzieję, że wszyscy pamiętają, że ta rozmowa ma klauzulę tajności
- mówił powoli, cedząc słowa. - Jak sobie przypominacie, prezydent
odwiedził nas nie tylko po to, by porozmawiać o rodzajach śniegu i wyższości jednych nart nad innymi, ale wspomniał także o rodzącym się
poważnym zagrożeniu, przy którym COVID-19 to igraszka. Nie dokończył
swojej wypowiedzi z powodu zamachu. Analitycy obu naszych wywiadów
sugerują dwa możliwe motywy próby zabicia prezydenta. Pierwszy jest
lokalny i sprowadza się do zbliżających się wyborów prezydenckich we
Francji, które odbędą się w dwa tysiące dwudziestym drugim roku.
Najpoważniejszą kontrkandydatką Edgara wydaje się reprezentantka
skrajnej prawicy Anita Le Briand. Wyeliminowanie prezydenta Melanchona
ułatwiłoby jej zwycięstwo. Trzeba wiedzieć, że jest hołubiona przez
wiele zorientowanych prawicowo, populistycznie, antyeuropejsko i -
czasem jawnie, a czasem skrycie - prorosyjsko rządów, w tym polski czy
węgierski. Za tym przypuszczeniem idzie następne, poparte solidnymi
danymi wywiadowczymi. Otóż nie mamy pojęcia, co knuje Migmar, wiemy
jednak z niemal stuprocentową pewnością, że w ciągu najbliższych
miesięcy Rosja zbrojnie zaatakuje Ukrainę, planując jej całkowitą
aneksję. Powiadomiliśmy przez kanały wywiadowcze naszych sojuszników z NATO, ale uczciwie trzeba przyznać, że nasze dane nie zostały
potraktowane z należytą powagą, że tak to łagodnie ujmę. Większość się
łudzi, że Rosja tylko pręży muskuły, aby znowu coś wynegocjować.
Kluczowa będzie Polska, jako potencjalny szlak przerzutu uzbrojenia dla
Ukrainy, gdy dojdzie do otwartej wojny. Jeśliby więc wybory wygrała
prorosyjska Le Briand, potencjalna koalicja krajów wolnego świata byłaby
niepełna i osłabiona brakiem Francji.
- To zatem Rosja? - Paul zawiesił głos. Była to raczej konstatacja niż
pytanie. Zupełnie jakby znał odpowiedź, ale czekał, aż ktoś inny ją
wypowie, by nabrała realności.
- Wszystko na to wskazuje - spuentował krótko Bumpler. - Nasza wiedza na
temat rosnącej agresji Rosji pogłębia się z dnia na dzień, wciąż jednak
mamy za mało danych, by precyzyjnie określić zagrożenia dla wolnego
świata. Obawiam się, że o ile prezydent Rosji Putincew nie odważy się
zaatakować NATO zbrojnie, bo w zakresie broni konwencjonalnej jest
trzykrotnie słabszy, o tyle będzie kombinował, jak nam maksymalnie
dokuczyć bez jednego wystrzału.
- Okej, ale jak my możemy być pomocni w tym zwarciu tytanów? - Po raz
pierwszy odezwał się Weber. - Jesteśmy zwykłymi chirurgami klatki
piersiowej, w dodatku chorymi na mielofibrozę. Dzięki Rajczykowi i jego
antidotum szczęśliwie żyjemy i mamy się dobrze, ale pamiętajmy, że nasz
przyjaciel Erino Randone nie doczekał skutecznego leczenia.
Tym razem Bumpler się lekko uśmiechnął.
- Pełna zgoda. Nikt nie wymaga, byście zajmowali się czymś innym niż
wasza profesja, dlatego życzę wszystkim bezpiecznego powrotu do domów i oddania się tym zajęciom, które sprawiają im przyjemność, Yang Townsend
zaś życzę szczęśliwego porodu i opieki nad małym Erino, gdyż jak
pamiętam, tak chłopiec ma mieć na imię na część zmarłego profesora
Randone.
- W istocie. - Paul kiwnął głową. - Ale jak cię znam, Greg, chciałbyś
coś dodać.
Bumpler uśmiechnął się szerzej.
- Wybaczcie mój uśmiech, zapewne trochę niestosowny na stypie, ale nie
mogę wyjść z podziwu nad waszymi zdolnościami diagnostycznymi.
Rzeczywiście, życzę wam powrotu do spokojnej, ulubionej pracy, choć
muszę dodać, że my też będziemy pracować, nie mogę więc wykluczyć, że za
jakiś czas zaprosimy was - tu czy do Stanów, a może do jeszcze innego
miejsca - by ponownie porozmawiać, gdy będziemy mieli coś istotnego do
przekazania. Przypominam raz jeszcze o poufności naszego spotkania.
Potraktujcie to poważnie, bo właśnie zbyt szeroki obieg informacji -
intencjonalny czy nie - doprowadził do tego dramatycznego wieczoru w Chile.
Rajczyk, który przez całe spotkanie nie odezwał się ani słowem, burknął
pod nosem:
- Intuicja mi podpowiada, że będę miał jeszcze coś do zrobienia.
Kieliszki napełniono znakomitym francuskim winem i podano główne danie.
Była to wołowina po burgundzku, serwowana z ziemniaczanym gratin i młodymi warzywami. Zapach był głęboki i intensywny, jakby chciał
przypomnieć, że życie - mimo wszystko - toczy się dalej.
Za oknami rozciągał się wieczorny Paryż, mglisty i mokry, z refleksami
światła odbijającymi się od brukowanych ulic.
Rozdział II
Listopad 2021
Stan psychiczny Migmara był daleki od ideału, a szczerze mówiąc,
balansował na granicy totalnej depresji.
Na dodatek ta pogoda. Zimą w górach Turkmenistanu wiał suchy, szarpiący
wiatr. Pył wnikał wszędzie: w oczy, w ubrania, w myśli. Migmar siedział
godzinami przy zakurzonym stole, ścierając bezwiednie łokciem drobiny
piasku, które osiadały nawet w zamkniętym pomieszczeniu.
Jego mordercze zamiary legły w gruzach, próba zmiany planów i wejścia w dziedzinę materiałów nuklearnych zakończyła się spektakularną klęską i bombardowaniem tajnego laboratorium Guo Tanga, a jego drugi sponsor,
Rahul Kovindra, przepadł bez śladu i nie dało się nawiązać z nim żadnego
kontaktu, chodziły tylko słuchy, że gnije w chińskim więzieniu gdzieś w interiorze. Migmar usiłował dociec, co spowodowało jego upadek, i chociaż kojarzył - głównie z mass mediów - sekwencję zdarzeń, to wciąż
podejrzewał, że za jego klęską stały inne, potężniejsze siły. Ta smutna
konstatacja nie dodawała mu otuchy, wiedział, że droga powrotu do
otoczenia dalajlamy jest przed nim definitywnie zamknięta.
Wykorzystał stare kontakty i zaszył się w zapadłej wiosce gdzieś w Turkmenistanie, gdzie twardo i niepodzielnie rządził były sekretarz
komunistycznej partii Turkmeńskiej Republiki Radzieckiej, który po
rozpadzie Związku Sowieckiego i powstaniu Turkmenistanu kazał się
tytułować Turkmenpaszą, na dziesiątki lat pogrążając kraj w odmętach
fasadowej i w pełni kontrolowanej pseudodemokracji.
Migmar spędzał teraz całe dnie na leżeniu w łożu z baldachimem dla
ochrony przed insektami, rzadkich wędrówkach po okolicy i próbach
przypomnienia sobie reguł świata medytacji, w którym kiedyś wzrastał po
tragicznym dzieciństwie. Humoru nie poprawiało mu narastające
przekonanie, że już do końca życia będzie skazany na taką wegetację,
choć jego chory umysł wciąż karmił się zbrodniczymi wizjami zemsty na
Chińczykach. Niestety, wyglądało na to, że jego niechlubna rola w historii ludzkości dobiegła końca i pozostanie wyłącznie w jego głowie.
Przez pierwsze tygodnie nie odzywał się niemal do nikogo. Jadał mało,
głównie ryż z chlebem lepionym na blasze. Palił lokalne papierosy o gryzącym zapachu i przeglądał stare notatki, których znaczenie sam już
ledwo rozumiał.
Wszystko się zmieniło pewnego mroźnego poranka, kiedy powietrze tak się
ochłodziło, że z ust wydobywały się obłoczki pary. Gdy Migmar usłyszał
skrzypnięcie zawiasów, doszedł do wniosku, że to pewnie sąsiad, ale
wtedy do chaty wkroczyło trzech rosłych mężczyzn, z daleka już
wyglądających na agentów służb bezpieczeństwa, którzy bezceremonialnie i bez wyjaśnienia najpierw go obezwładnili, a następnie uśpili
chloroformem przytkniętym do nosa i ust. W ostatnim momencie świadomości
przemknęła mu myśl, że to agenci Turkmenpaszy, którzy z niewiadomych
przyczyn chcą go dokądś wywieźć, a już zupełnie ostatnią myślą było, że
jednak karma wraca i Migmar podzieli los profesora Webera,
potraktowanego przez jego ludzi w niemal identyczny sposób. Poczuł
metaliczny posmak w ustach i piekący chłód w nosie. Świat skurczył się
do wąskiego tunelu. Resztkami świadomości zdążył jeszcze zarejestrować,
że jeden z napastników miał brudne paznokcie - rodzaj detalu, który
zostaje w pamięci całkowicie bez sensu.
Obudził się w tłukącym się po wertepach gaziku. Silnik warczał nierówno,
a Migmar obijał się o metalową burtę jak worek kartofli. W kabinie
unosiła się woń starego oleju i wilgoci. Było mu niedobrze - nie tylko z powodu jazdy, lecz także ze strachu, który ściskał mu gardło. W końcu
wjechali na teren ogrodzony drutem kolczastym. Okazało się, że to
lotnisko, najprawdopodobniej wojskowe. W zasięgu wzroku stał nieduży
odrzutowiec bez oznaczeń. Migmar widział to wszystko, gdyż nie
zasłonięto mu oczu. Wszelkie próby - podejmowane w różnych językach -
zagadnięcia eskortujących go trzech osiłków o rysach niepasujących do
żadnego plemienia, choć raczej azjatyckich, spełzały na niczym, bo tamci
po prostu milczeli. Migmar doszedł w końcu do wniosku, że skoro ma
lecieć samolotem, to zapewne raczej poza Turkmenistan, ponieważ wielkość
tego kraju nakazywałaby raczej transport drogowy.
Bez słowa, stanowczo, acz bez przemocy został wsadzony do samolotu,
który niemal natychmiast rozpoczął kołowanie i wystartował. W kabinie
Migmar zobaczył liczne napisy po rosyjsku, lecz nie przykładał do tego
wagi, jako że w tym rejonie świata rosyjska technologia dominowała.
Gruba warstwa chmur nie pozwalała obserwować ziemi, po położeniu słońca
zorientował się jednak, że lecą na północ. Przypomniawszy sobie coś
niecoś z geografii, zaczął podejrzewać, że wylądują w Biszkeku w Kirgistanie, w Ałmatach lub Astanie (chwilowo zwanej Nursułtanem na
cześć postkomunistycznego kacyka) w Kazachstanie albo jeszcze gdzieś
dalej, w którymś z miast Rosji. Zmagając się z jałowymi spekulacjami co
do celu podróży i - zwłaszcza - powodów jego porwania, zapadł w sen, z którego obudziło go dopiero podchodzenie do lądowania. Kiedy pokonali
warstwę chmur i zobaczył ziemię, niewiele mu to dało, gdyż samolot
ewidentnie zmierzał do jakiegoś lotniska położonego w środku bezkresnego
lasu, gdzie rzeczywiście wylądował.
Migmar nie rozpoznał żadnego punktu orientacyjnego. Nawet linie kolejowe
- zwykle pomocne - zdawały się tu cienkimi krechami przecinającymi
niekończącą się ścianę drzew. Jego strażnicy, choć nadal obcesowi, acz
nie brutalni, tym razem nałożyli mu na głowę nieprzezierny czarny worek
i poprowadzili do samochodu, który sądząc po wysokości wsiadania, był
SUV-em, a po cichym i dość szlachetnym dźwięku silnika - raczej
luksusowym. Pomyślał, że to musi być dobry znak, bo gdyby chcieli go
skrzywdzić czy zabić, pewnie posłużyliby się jakimś prymitywnym pojazdem
wojskowym. Po chwili zastanowienia uznał te przypuszczenia za
niedorzeczne. Jeśli chcą mnie ukatrupić, to mogą to zrobić w najdroższym
hotelu w białych rękawiczkach, pomyślał.
Po zatrzymaniu samochodu i zdjęciu kaptura jego oczom ukazał się
otoczony lasem, samotny kilkupiętrowy budynek z płaskim dachem, typowy
dla socjalistycznego budownictwa. Bez zbędnych ceregieli poprowadzono go
przez brzydki hol nadzorowany przez trzech uzbrojonych strażników do
jednego z pokoi na drugim piętrze, wyposażonego w małą, lekko obskurną
łazienkę z prysznicem, telewizor, czajnik i minilodówkę. Zlew
przeciekał, kafelki miały odpryski, a lustro było wąskie, zamglone i z pęknięciem w lewym górnym rogu. Migmar przez chwilę wpatrywał się w swoje odbicie - postarzał się, i to mocno. Siwizna zaznaczała się na
jego skroniach o wiele mocniej niż jeszcze parę miesięcy temu.
W szafie znalazł kilka zmian prostych ubrań i ciepłą kurtkę oraz buty,
ręczniki i przybory toaletowe. Po raz pierwszy usłyszał głos jednego z eskortujących go strażników, który w miarę poprawną angielszczyzną
poinformował go zwięźle, że ma się rozgościć, trzy razy dziennie
dostanie posiłek, może opuszczać budynek, chociaż będzie stale
pilnowany, a przede wszystkim ma czekać na dalsze instrukcje. Migmar
spojrzał na niego uważnie. Mężczyzna miał krótką brodę i wyraźną bliznę
nad łukiem brwiowym. Mówił płynnie, lecz bez emocji. Ton był wyuczony -
jak u automatu informującego o godzinach otwarcia.
Przez głowę przemknęła mu kolejna przewrotna myśl: nie jest to może
klasztor Matenari Gongka, ale sytuacja wypisz wymaluj bliźniacza z sytuacją Webera. Został porwany, nie wie, gdzie jest, ma pewien zakres
swobody - właściwie większy niż Weber, choć to się jeszcze pewnie okaże
- no i przede wszystkim nie ma pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, co
z nim zrobią i czy znajdzie się grupa przyjaciół, która go odszuka i odbije z rąk porywaczy. Co do tego ostatniego przepełniały go największe
wątpliwości, dobrze bowiem wiedział, że nie ma przyjaciół, a jedyni dwaj
ludzie, którzy sponsorowali jego działalność, zniknęli z horyzontu.
Tanga sam zamordował, Kovindra zaś przepadł bez śladu. Zresztą ich też
trudno by było uznać za przyjaciół. Nawet gdyby żyli i byli aktywni,
zapewne by się go wyparli, udając, że go nie znają.
Telefonu nie było, ale włączył telewizor. Miał do dyspozycji zaledwie
kilka kanałów - wszystkie w języku rosyjskim. Na jednym zobaczył
prezydenta Rosji Putincewa otoczonego rozentuzjazmowanym tłumem.
Dyktator ściskał dłoń staruszce w chustce, dzieci machały chorągiewkami,
a spiker przemawiał tonem niemalże lirycznym. Migmar odłożył pilota i przesunął palcem po stole. Nabrał przekonania, że jest w Rosji, ale za
żadne skarby nie potrafił się domyślić dlaczego. Przymknąwszy oczy,
przypomniał sobie pierwsze słowo, jakiego się nauczył w klasztorze:
"cisza". Teraz zrozumiał, że nie zawsze oznaczała ona spokój.