Rosyjska ruletka - Marian Zacharski

-
Proszę czekać

Wstęp

O tym, że potrzebuję napisać tę książkę, przekonałem się w styczniu 2007 roku.

Wcześniej myślałem, że mój wyjazd z Polski w maju 1996 roku powinien być jednoznaczny z decyzją odcięcia się od przeszłości.

O tym, w jakich okolicznościach i pod jaką presją wyjechałem z kraju, dowiedzą się Państwo z tej książki. Jedno jest pewne: nie z własnej woli i nie na własną prośbę.

Skazanie człowieka na wygnanie z ojczyzny, czyli banicja, jest prawnie zakazana. Jednak ta książka opowiada nie o jednym przypadku spraw na granicy praworządności, które miały miejsce, i które dotknęły mnie osobiście.

Tak, zostałem zmuszony zarówno okolicznościami, jak i bezpośrednią "propozycją" do opuszczenia Polski. Stałem się banitą. Nie emigrantem w poszukiwaniu lepszego życia, tylko polityczną persona non grata.

W przeciwieństwie do tych, którzy mnie na ten wyjazd skazali, nie umiem mówić, że pada deszcz, gdy ktoś pluje mi w twarz.

Mam poczucie własnej wartości, trzymam się go i wciąż sobie powtarzam, że warto żyć tak, aby móc patrzeć w lustro.

Od mojego wyjazdu minęło niemal czternaście lat. Żyję godnie. Golę się przed lustrem, nie przed portretem. Wciąż od czasu do czasu prywatnie spotykam się z ludźmi z najbardziej renomowanych światowych służb. Jestem przez nich przyjmowany, bo darzą mnie szacunkiem. Nazwisko Zacharski wśród tych ludzi ma swoje znaczenie.

Nadal mam w Polsce grupę wspaniałych przyjaciół. Niedużą, i nie "trzymającą władzę", ale oddaną i sprawdzoną.

Były ciężkie chwile, gdy bardzo chciałem przyjechać do kraju. Tak jak na pogrzeb mojej mamy.

Oficjalnie nic mi nie grozi. Jednak mój stopień zaufania w stosunku do tych, którzy zakładali na mnie wnyki na granicy, jest ograniczony, by nie powiedzieć żaden. Nie chcę już próbować.

Chcę zachować w spokoju to nowe życie, które tu, poza granicami, stworzyłem. Umiem docenić ten spokój.

Ale mimo upływu lat nie zmieniłem się w pokornego banitę. Nie jestem pustelnikiem, szukającym ukojenia w eremie. Wciąż płynie we mnie krew na tyle gorąca, by uznać, że kielich może się przepełnić.

Oczywiście, że śledzę wiadomości z Polski. Jestem obywatelem świata, nie posiadam już żadnego ważnego polskiego dokumentu, oprócz skróconego odpisu aktu urodzenia, ale wciąż czuję się Polakiem.

Większość odprysków po "sprawie Oleksego" zbywałem milczeniem. Ale do czasu. Moja cierpliwość została wystawiona na próbę w styczniu 2007 roku. Myślałem, że oponenci wyczerpali już limit bzdur, które można bezkarnie wypowiedzieć. Wydawało mi się, że społeczeństwu też skończyła się cierpliwość, by ich słuchać. Okazało się, że tkwiłem w błędzie naiwności.

Gdy właśnie w styczniu 2007 roku, w programie Moniki Olejnik "Kropka nad i", Józef Oleksy obrzucił mnie i ludzi, których szanuję, falą inwektyw, powiedziałem: dość.

Skoro ten człowiek wciąż może publicznie kłamać, pomawiać i obrażać, powinienem przerwać milczenie. Niech raz na zawsze zapomni, że nieobecni nie mają racji.

Tym z Państwa, którzy nie wiedzą, co tak mnie zbulwersowało, przytaczam poniżej fragmenty rozmowy:

Józef Oleksy: Milczanowskiego bezprzykładny atak, kompletnie nieodpowiedzialny, niedowiedziony niczym, wpłynął na to, że składałem dymisję. Chyba cały był taki cel tej prowokacji, aby obalić rząd lewicowy wówczas przy Lechu Wałęsie. Wpłynął na pewno w jakiś sposób w ogóle na moje życie. Przede wszystkim załamał wiarę w uczciwość ludzi, uczciwość w polityce.

Monika Olejnik: Nie wierzy pan, że Andrzej Milczanowski czynił to z pobudek patriotycznych?

J.O.: Wie pani, pobudki szlachetne mogą być jeszcze gorszą przesłanką złych czynów niż zła wola.

(...) Dziś Andrzej Milczanowski odpowiada tylko za cztery zarzuty z jedenastu. Osiem z nich się przedawniło[1]. Proszę zwrócić uwagę, że w państwie prawa to postępowanie trwało dziesięć lat. Butnie Andrzej Milczanowski oświadcza.

M.O.: Butnie?

J.O.: Butnie, bo taki to jest człowiek. To jest człowiek, który przyznał sobie prawo do interpretowania pojęcia bezpieczeństwa państwa, do interpretowania przepisów prawa i paragrafów i to jest żałosne, jak się słucha, jak człowiek, który wstrząsnął Polską i Europą, obalił rząd wraz z grupą komunistycznych agentów bezpieki.

M.O.: Europą?

J.O.: Przecież to był czas, kiedy Polska przygotowywała się do wejścia do NATO. To jest człowiek, który prowadził prowokacje wespół z Rosjanami - tak śmiem twierdzić.

M.O.: Prowokacja razem z Rosjanami prowadzona?

J.O.: Proszę pani, takie potrafiłbym wywieść dowody. Tak, tylko nikogo w Polsce to nic nie interesowało. Mówię to w tym sensie, że na Majorce odbyła się zasadnicza zdrada państwa.

Tam, gdzie dwóch polskich oficerów prosi rosyjskiego oficera, żeby im pomógł haki znaleźć na polskiego premiera i polski rząd. To nikogo nie obchodziło - takie aspekty sprawy.

Wszystko mu się udało nagrać. Tylko zniszczono potem. Najważniejszą część tej kasety. Odpowiedzialność Andrzeja Milczanowskiego tego też by dotyczyła, gdyby nie przedawnienia.

M.O.: Czy spotkał pan kiedykolwiek po tej sprawie pana Zacharskiego?

J.O.: Nie spotkałem i stawiam pytanie czyim, kim był Marian Zacharski, kiedy stał się perłą i skarbem dla Andrzeja Milczanowskiego. Kim był człowiek, który siedział w amerykańskim więzieniu jako szpieg komunistyczny, został przez Związek Radziecki wykupiony za dwudziestu jeden szpiegów amerykańskich i kim był on w ogóle? Kim on był nadal i komu służył? I skąd wziął się jako faworyt solidarnościowego ministra spraw wewnętrznych? Przecież to postkomunistyczny czy komunistyczny agent bezpieki.

M.O.: To przecież cenny agent.

J.O.: Dla kogo cenny? A wie pani dla kogo był cenny?

M.O.: No dla kogo?

J.O.: I wtedy kiedy robił prowokację przeciwko polskiemu rządowi. Pan Andrzej Milczanowski musi kiedyś odpowiedzieć na pytanie, czy wszystko wiedział o Zacharskim i dlaczego, i z jakiej rekomendacji zrobił go szefem wywiadu wolnej Polski.

M.O.: No, bo był fantastycznym agentem.

J.O.: Dla kogo był fantastycznym agentem? Dla pana Milczanowskiego, czy dla Jaruzelskiego. Generał Jaruzelski się też zachwycał niesłychanie Zacharskim. To co jest grane? Może jakieś zadania wykonywał, a Milczanowski się nim zachwycił? To samo dotyczy oficerów innych służb bezpieczeństwa.

M.O.: Zacharski był agentem rosyjskim, tak?

J.O.: Proszę pani, na to by wskazywało, że wykupywał go Związek Radziecki za dwudziestu jeden innych szpiegów. A może ktoś zadałby sobie pytanie, dlaczego go Związek Radziecki wykupywał, wiedząc, bo dzieci czytające książki wiedzą, że szpieg, który siedzi w amerykańskim więzieniu nie pozostaje już wolną osobą. No więc kto tu co grał w okresie, kiedy Polska do NATO miała wstępować. Po jakich ludzi sięgnięto, żeby tę prowokację zrobić.

M.O.: Sądzi pan, że agent Zacharski wyprowadził tych wszystkich ludzi na manowce?

J.O.: Jest i taka opinia. Ale znowuż pytanie: to cóż ten dostojny i niesłychanie poważny polityk Andrzej Milczanowski tak się dał prowadzić za nos? Tak się zauroczył, nie sprawdzał, nie badał, nawet nie sprawdzał tego, co mu Zacharski mówił. Tylko przyjmował na wiarę to co Zacharski. Są procedury, przepisy w wywiadzie, kontrwywiadzie. Nie wolno się opierać na jednoźródłowych uzyskanych informacjach.

Milczanowski wierzył nawet w to, co Zacharski przekazywał mu od pijanego Rosjanina, którego próbę werbunku podjęto, kiedy Moskwa już wiedziała, co w Warszawie szykuje Milczanowski z Zacharskim. To jak to nazwać? Czy jest to sztubactwo? Czy głupota?

"Olin" jest to wymysł Andrzeja Milczanowskiego, Zacharskiego i jego grupy.

M.O.:Nie było "Olina" nigdy?

J.O.: Nie wiem, jeśli był, to pan Andrzej Milczanowski miał obowiązek udowodnić, zwłaszcza że publicznie skojarzył moje nazwisko z "Olinem".

M.O.: A gdzie żyje Zacharski?

J.O.: Nie wiem, gdzie żyje Zacharski. Zacharski jest generałem polskich służb specjalnych. Może by te służby powiedziały, co robi, a może zadanie jakieś wykonuje? Nie wiemy, jakie zadanie wykonuje.

M.O.: Dlaczego wypowiada się pan o Milczanowskim, Zacharskim?

J.O.: Bo to są złoczyńcy, jak wykazało prawo. Buta cechuje, mówię o sprawach tej etykiety "Olin".

M.O.: O co chciałby pan zapytać Andrzeja Milczanowskiego?

J.O.: Czy jego oficerowie, czy Jasik, czy Zacharski, czy Libera - oficerowie bezpieki, starzy doświadczeni oficerowie bezpieki to są porządni ludzie, czy nie? Niech Andrzej Milczanowski się wypowie.

Tyle cytatów z Józefa Oleksego. Gwoli ścisłości, Andrzej Milczanowski, odpowiedział po tymże programie publicznie, że jesteśmy porządnymi ludźmi. Mówił to od początku i zdania nie zmieniał.

Jeśli chcą się Państwo dowiedzieć: czym jest uczciwość w polityce w wykonaniu Józefa Oleksego i jego formacji, kto przyznał sobie prawo do interpretowania pojęcia bezpieczeństwa państwa, gdzie odbyła się zasadnicza zdrada państwa, jakie są procedury w wywiadzie, kto ich przestrzegał, a kto je bezpardonowo łamał, kogo cechuje buta i czy rzeczywiście nigdy nie było "Olina" - znajdą to wszystko Państwo w tej książce.

Na pytania: kim był człowiek, który siedział w amerykańskim więzieniu jako szpieg i czy tenże szpieg, jeśli siedzi w amerykańskim więzieniu pozostaje wolną osobą - odpowiada pierwszy tom moich wspomnień zatytułowany "Nazywam się Zacharski. Marian Zacharski. Wbrew regułom".

Na pytanie, kim jest Marian Zacharski ta książka Państwu nie odpowie. Ale, być może, odpowiedzą sobie Państwo na nie sami, po lekturze.

W całej "sprawie Oleksego" obowiązywała jedna reguła: politycy mogli publicznie mówić nieprawdę, rzucać oskarżenia i nikt ich nie pociągał do odpowiedzialności za słowa. Oficerowie wywiadu mogli mówić tylko to, czego nie obejmowała tajemnica państwowa. A ponieważ sprawa dotyczyła podejrzenia o szpiegostwo, margines wypowiedzi dozwolonych dla nas, pozostawał naprawdę niewielki.

Wydanie Białej Księgi w 1996 roku zdjęło ze mnie odium tajemnicy. Wypada mi podziękować autorom tej skądinąd skandalicznej publikacji za to, iż dzięki niej mogę pisać o tamtych czasach.

Praca o? cera wywiadu to gra w zabójczą rosyjską ruletkę. Jeden werbunek na sto tra? ony. Setki informacji, jedna cenna. Wiele tropów, a tylko jeden z nich może prowadzić do celu. Ryzykujemy, podejmując każdą, nawet z pozoru najzwyklejszą misję. Bo nigdy nie wiadomo, co czeka nas, gdy informację już zdobędziemy. Nigdy nie wiemy, czyją twarz zobaczymy na końcu drogi. Ale na tym polega wywiad. Nasza służba.

Marian Zacharski

Estoril[2], 2010 rok

[1] Źle policzył, a przede wszystkim zapamiętał Józef Oleksy. Zarzutów postawionych przez prokuratora było 4. Wszystkie dotyczyły tajemnicy państwowej.

[2] Estoril, miasteczko niedaleko Lizbony. To tutaj, będąc na urlopie, zdecydowałem, że moje wspomnienia ujrzą światło dzienne. Że w formie książki muszą dotrzeć do Czytelników.

Estoril w czasie II wojny światowej było ważnym centrum międzynarodowej aktywności wywiadowczej i tajnej dyplomacji. Znane także z największego kasyna w Europie, sprzyjającego częstym kontaktom oficerów wywiadu. Kasyno to zainspirowało Iana Fleminga do napisania pierwszej książki o przygodach słynnego agenta 007 "Casino Royale". Z kolei monumentalny, otwarty w roku 1930, hotel Palacio i jego Estoril Bar, gościł wielu oficerów działających "w cieniu" i dostarczył plenerów w filmie o przygodach Jamesa Bonda pod tytułem "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości".

ROZDZIAŁ 1 Banicja

Warszawa, 24 maja 1996 roku

Siedzę w domu. Przeglądam gazety. W roztargnieniu prześlizguję się po tytułach. Nie czytam. Odkładam je i nie wiedzieć kiedy, znów po nie sięgam. Szukam sobie zajęcia. Zdmuchuję nieistniejący pyłek z blatu granitowego stolika w salonie. Dzwonek.

Czekam na ten telefon. Ale nie zrywam się.

Celowo przedłużam wibrujący dźwięk. Jeszcze chwilę. Nie bawię się w jasnowidza. To bezużyteczne w sytuacji, w której wydarzyć może się wszystko, ale nie ma prawa zdarzyć się nic dobrego. Gdy sam sobie pozwalam chwycić słuchawkę, podrywam ją niemal, ale odzywam się wolno i spokojnie. Po drugiej stronie Siemiątkowski.

Minister spraw wewnętrznych Zbigniew Siemiątkowski. To po jego decyzji zostałem, wraz z kilkoma kolegami, zawieszony w czynnościach służbowych. Jemu zawdzięczam siedzenie w domu niemal od miesiąca. Chce spotkać się ze mną jutro. Umawiamy się na 13.00.

- Mam zameldować się w pańskim gabinecie czy z racji na fakt, iż jutro jest sobota, woli się pan spotkać gdzie indziej?

- Pytam, celowo kładąc nacisk na "zameldować".

- Nie. To ja przyjadę do pana, do domu.

- Skoro takie jest pańskie życzenie, proszę się czuć zaproszonym. - Nie muszę silić się na uprzejmość. Nie muszę także być nieuprzejmy. Jakie to zresztą ma znaczenie w tej sytuacji?

- Proszę być przygotowanym, że będę już po lekturze ustaleń i wniosków wewnętrznej komisji powołanej w sprawie Oleksego - dodaje Siemiątkowski.

- Bardzo się cieszę. Wobec tego będziemy mogli rozmawiać na temat, nie obok tematu. Oczekuję pana w moim domu.

Odkładam słuchawkę. W jednej chwili czuję się "odwieszony". Umysł zaczyna pracować. Dlaczego chce przyjechać do mnie do domu? Dlaczego chce spotkać się na moim terenie? Nie mam złudzeń co do wniosków tej jego, pożal się Boże, komisji. Ale jeśli chce mnie poniżyć, to o ileż lepszy efekt osiągnąłby, nakazując mi stawienie się w jego gabinecie, w gmachu dobrze znanego mi ministerstwa. Stracił instynkt samozachowawczy? Czy buta, wynikająca z poczucia nikim i niczym nieograniczonej władzy, przesłoniła mu myślenie? A może, najzwyczajniej w świecie, czuje się tak pewny swego, że zapomina, iż oficer Wywiadu nigdy nie jest osobą prywatną? Nawet w swoim domu. Intuicja podpowiada mi, że on już nie myśli o mnie w kategoriach "oficera Wywiadu". Pewien swego, skasował mnie - w kategoriach zawodowych. Ale to oznacza, iż to, co ma mi do przekazania, jest najgorszego kalibru. Tym bardziej nie zamierzam "być nieprzygotowanym" do spotkania.

Sobota, 25 maja 1996 roku

Godzina 12.30. Dzwoni Siemiątkowski.

- Dyskusja z członkami komisji wewnętrznej jeszcze się nie zakończyła, proszę, abyśmy przełożyli nasze spotkanie z 13.00 na 15.00.

- Jest pan moim przełożonym. Dostosuję się do pańskiej propozycji. Gdyby jednak spotkanie miało ulec kolejnemu przełożeniu, proszę o telefon znacznie wcześniej. Nie zamierzam spędzić reszty dnia w oczekiwaniu na pańską wizytę.

- Nie sądzę, aby była taka konieczność.

Krótko przed uzgodnioną godziną rozlega się dzwonek do drzwi. Wychodzę i widzę go przy furtce w towarzystwie dwóch oficerów Biura Ochrony Rządu. Otwieram. Siemiątkowski poleca oficerom pozostanie na zewnątrz. Wchodzimy do domu. Gość bacznie się rozgląda.

- Zawsze chciałem wiedzieć, jak pan mieszka. Jest pan znany z zamiłowania do dobrej jakości życia!

Mieszkam w domu jednorodzinnym w Wilanowie przy ulicy Biedronki. Dom jest wygodny i dość przestronny, ale nie zapiera tchu w piersiach. Moją radością jest gromadzona latami mała kolekcja obrazów - a w tym między innymi po jednym Wojciechu Kossaku, Jacku Malczewskim, Vlastimilu Hofmanie (był m.in. uczniem Malczewskiego). Co ważne dla mnie - dom jest wolno stojący, można go obejść dookoła; wokół niego mały ogródek. Interesujące sąsiedztwo: z jednej strony attaché wojskowy ambasady brytyjskiej, z drugiej chargé d'affaires brytyjskiej ambasady. Dwie ulice dalej (odległość krótkiego spaceru) rezydent wywiadu amerykańskiego. To tylko niektórzy z moich sąsiadów. Można powiedzieć: mieszkałem wśród samych swoich.

Pytam ministra, czy chce się czegoś napić. Proponuję koniak, whisky, gin z tonikiem albo sokiem pomarańczowym. Wybiera piwo. Jasne, mam także piwo. O gustach nie dyskutuję. Podaję piwo do stolika przy sofach. Czekam na jego ruch. Czekam, aż sam powie, co go do mnie sprowadza.

Ale Siemiątkowski interesuje się szczegółami z rozmowy werbunkowej, która w niedalekiej w końcu przeszłości (Boże, a mnie się wydaje, że to już wieki temu!) odbyła się w moim domu. Przy tym samym stoliku.

Pyta, czy mogę mu pokazać, jak były rozmieszczone poszczególne elementy sprzętu. Instalowali je technicy z Zarządu Wywiadu. Nazywaliśmy ich żartobliwie "inżynierami Mamoniami", oczywiście nawiązując do "Rejsu". Kamery, mikrofony. Wskazuję mu spokojnie na dwa kwietniki i wazę. A właściwie na minimalne nawiercenia w nich. Tam było oko kamery i główka mikrofonu. I jeszcze sposób posadowienia dodatkowego mikrofonu w zagłębieniu między poduszkami na oparciu sofy. Wyjaśniam, że dwóch oficerów techników zajmowało pokój na piętrze.

Nie wiem, czy mam podziwiać odwagę czy głupotę ministra spraw wewnętrznych. Nalega na spotkanie w domu wysokiego o? cera Zarządu Wywiadu UOP. O? cera, którego bezpardonowo zwalcza wszystkimi dostępnymi sobie sposobami. Chyba ma świadomość, że w tej sytuacji o? cer zachowa pełną czujność i natychmiast po jego wyjściu sporządzi zapis tej rozmowy. Już się przygotowałem. Jestem miłośnikiem Henryka Sienkiewicza i jego Trylogii. Mam kilka wydań. W tym jedno za granicą i to samo wydanie nadal w Warszawie. Wykorzystam je do sporządzenia swojego zapisu kodem książkowym. Tylko ja będę wiedział, który z tomów i które w nim strony służą za podstawę mojego szyfrowania. W ten sposob będę przechowywał treść tej rozmowy. Tylko ja będę w stanie ją odtworzyć. To będzie moja swoista polisa na życie. Muszę się tak zachowywać.

Zwłaszcza w sytuacji, w której nikt specjalnie nie przejmuje się niedopuszczeniem do mnie nieformalnych pogłosek, że moje dni w Polsce zostały policzone. Przez rządzących. Dochodzą do mnie słuchy, że ekipa skupiona wokół Pałacu Prezydenckiego uznała mnie za wroga lewicy numer jeden. A to oznacza, że zrobią, co w ich mocy, by wyeliminować mnie z życia publicznego. Mam, co precyzują kolejni "życzliwi", zostać zmuszony do emigracji. Wiem to od jakiegoś czasu. Jestem ciekaw, czy Siemiątkowski powie mi to wprost właśnie dzisiaj. I jakich słów użyje. Nie mam zamiaru mu niczego ułatwiać. On siada w fotelu, ja na sofie. Zaczyna ostro:

- To co, panie generale, spieprzyliście robotę!

- To jest pana opinia. Pozwoli pan, że się całkowicie z nią nie zgodzę.

- Właśnie wracam ze spotkania z członkami komisji wewnętrznej. Byli to pana koledzy, specjaliści.

Ani koledzy, ani specjaliści. "Członkami" to jeszcze bym mógł ich nazwać - myślę. Mówię:

- Pracowali w ramach tych samych struktur. To nie byli moi koledzy. Jestem dużo bardziej staranny, a nawet, jeśli pan woli, wybredny w doborze kolegów. Co się zaś tyczy nazwania ich specjalistami, to wierzę, że sam pan wie, że jest w wielkim błędzie lub celowo przesadza pan w ocenie ich kwalifikacji. To nie są osoby, które mogłyby fachowo ocenić tak skomplikowaną sprawę operacyjną. Znam kariery tych dżentelmenów i, pozwoli pan, że wyrażę swoją opinię: w pracy operacyjnej to dyletanci, żeby nie powiedzieć nieudacznicy.

Siemiątkowski jest nieporuszony, jakby nie słuchał, co do niego mówię. On ma do powiedzenia swoje:

- Ale po wielu przesłuchaniach różnych świadków ich ocena ostateczna jest dla pana i pozostałych oficerów niekorzystna.

- Nie jest pan w stanie mnie tym zaskoczyć. Niczego innego się po takim gremium nie spodziewałem. Ci, tak zwani przez pana specjaliści, w swoim życiu zawodowym żadnego agenta na oczy nie widzieli, a tym bardziej nie przeprowadzili żadnego skutecznego werbunku. Wie pan zapewne, że jeden z nich, ten, który pojawił się później w pracach komisji jako ekspert, był w początkach swej kariery wysłany z misją werbunkową do Republiki Federalnej Niemiec. Efekt? Zaliczył wpadkę po pierwszych wypowiedzianych zdaniach. Jeśli to jest dla pana objaw wybitnej specjalizacji i grunt do "bycia ekspertem" w komisji, to pan pozwoli, że ja nie będę wspierał wysiłków w tym zakresie.

Przecież wiem, że udział eksperta, o którym mówię, w pracach komisji stał się faktem z chwilą, gdy Siemiątkowski przedstawił go Cimoszewiczowi jako przyszłego szefa Wywiadu. Komisja była Siemiątkowskiemu potrzebna jak swoista pieczątka do zalegalizowania wcześniej podjętych decyzji. Od tamtej chwili los dotychczasowego szefa Wywiadu, generała Bogdana Libery, jak i innych niewygodnych im oficerów, był przesądzony. Ekspert od chwili "namaszczenia" zaczął pilnować już "swojego interesu". I jako "ekspert" odegrał jedną z ważniejszych ról w zamazywaniu sprawy Oleksego. A ja pamiętam go jeszcze z wcześniejszych czasów[3]. Patrząc na zachowanie eksperta i in nych członków komisji, byliśmy pewni, że lista nagród za pracę w niej będzie imponująca[4].

Wspominam Siemiątkowskiemu, że wiem, iż zapropono wał R. stanowisko w Biurze Analiz i Informacji. Pytam, czy zaprzeczy. Nie odpowiada. Wspominam o "Karatece"[5].

Odkąd poznaliśmy skład komisji, było dla nas jasne, że jej tak zwane ustalenia zmierzać będą ku nieuchronnej farsie. Ludzie bez żadnego doświadczenia mają ocenić prawidłowość przebiegu operacji, której celem było spenetrowanie rosyjskiej służby wywiadu i ustalenie zakresu jej obecności w Polsce! Czytelne było także i to, że dobrano ich zarówno pod kątem stopnia wierności ministrowi w "dobijaniu" oficerów stojących za rozpracowaniem "Olina", jak i nieumiejętności pozyskania od nas dodatkowych informacji, zwłaszcza tych najistotniejszych, związanych ze sprawą. Wiem to od dawna. Ale oburza mnie, gdy Siemiątkowski z kamienną twarzą śmie mówić do mnie o nich jako o "specjalistach". Wypominam mu ich służalczość. On przechodzi do meritum:

- Czy ma pan coś wspólnego z wypowiedzią Andrzeja Milczanowskiego o "odsłonie drugiej"?

Chodzi mu o wypowiedź Milczanowskiego, który powiedział, że jeśli Siemiątkowski dotknie represjami oficerów pracujących przy rozpracowywaniu rosyjskiej penetracji polskiego życia politycznego, to oni, jako bardzo sprawni operatorzy, przejdą do "odsłony drugiej".

- Proponuję panu, panie ministrze, aby w tej sprawie zwrócił się pan bezpośrednio do Andrzeja Milczanowskiego. Nie mam od niego upoważnienia do pełnienia roli rzecznika.

Siemiątkowski nie przejmuje się odbijaniem przeze mnie piłeczki. Idzie krok do przodu:

- Panie generale, czy nadal grozi pan użyciem swojej wiedzy o faktach związanych z prezydentem? - Bierze wdech i kończy: - Jeśli nie, to możemy negocjować.

Dobrze. Więc przyszedł w sprawie Olka. Zanim mnie dobiją, chce mu zagwarantować spokojną przyszłość. Jak daleko posuną się w propozycjach nie do odrzucenia?

- Proponuję, aby pan nie używał słów, że "grożę ujawnieniem istotnych faktów przeciwko prezydentowi". Ja nikomu niczym nie grożę. Widocznie wiedza operacyjna, którą posiadam, ma taki wymiar, że być może, raz jeszcze podkreślam: być może - ale jak pan dobrze wie, to nie jest w żadnym wypadku moja ewentualna decyzja - zająć się tym powinny kompetentne organy państwa, mające w swym statusie obowiązek badania, czy nie nastąpiło naruszenie prawa. Proszę jednak pamiętać, że mówię o mojej wiedzy uzyskanej w wyniku działalności operacyjnej. Nie byłem i nie jestem prokuratorem, sędzią czy adwokatem.

Mówiąc bardziej ogólnie, mogę panu prywatnie, od siebie dodać, że korzystając z doświadczeń innych państw, uważam, że osoby, w stosunku do których zaistniała uzasadniona utrata chociażby części zaufania, powinny zrezygnować z pełnienia urzędów publicznych, a już na pewno tych najwyższych. To zapewnia przejrzystość funkcjonowania i wzmacnia zaufanie do urzędów. Dodatkowo staje się jasnym sygnałem, że prawo musi być przestrzegane. Przez każdego. W każdym urzędzie. Bez wyjątku. Tak ja to oceniam. Jak więc, panie ministrze, wyobraża pan sobie nasze negocjacje w tym temacie?

- Panie generale, mnie nie interesuje Oleksy ani inne osoby występujące w tej sprawie. Pan dobrze wie, że są pewne powody, dla których muszę bronić prezydenta. I tylko to mnie interesuje.

- Tak, panie ministrze. Potwierdzam, że według mojej bardzo ostrożnej opinii są pewne powody, dla których może mieć pan pełne uzasadnienie, aby przyjmować postawę aktywnego obrońcy prezydenta.

Cisza. Czy nie powiedzieliśmy sobie właśnie wszystkiego? Siemiątkowski idzie w zaparte:

- Chciałbym panu powiedzieć, iż nadal prowadzimy poszukiwania w UOP wszelkich dokumentów dotyczących osób kryjących się pod kryptonimami "Olin", "M." i "K."

- Życzę powodzenia. Mam nadzieję, że nie zakończy pan tylko na tych osobach. Już zapewne pan wie o liście pozostawionej przeze mnie w Zarządzie Wywiadu? Dotyczy innych osób, które powinny być w sposób spokojny i bardzo systematyczny rozpracowywane w związku z zaistnieniem podejrzenia możliwości popełnienia przez nich przestępstwa zdrady ojczyzny. Chyba warto przyjrzeć się bliżej byłemu szefowi niezwykle opiniotwórczego tygodnika czy też dyplomacie[6] przebywającemu w chwili obecnej, według moich ustaleń, na placówce w jednym z krajów azjatyckich? Liczę, że dla pana uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa zdrady swojego kraju, chociaż uzyskane na tym etapie tylko na drodze działalności operacyjnej, nie może pozostać ot tak, niewyjaśnione.

Siemiątkowski nie patrzy już na mnie. Otwiera teczkę i wyjmuje z niej oryginały dokumentów pochodzących z UOP i Zarządu Wywiadu. Pokazuje mi polecenie przeprowadzenia ustaleń w ośrodku w Cetniewie[7]. Zaciskam zęby ze złości. Następnie wyciąga ściśle tajny dokument sporządzony odręcznie w jednym egzemplarzu. O jego przygotowanie poprosił prezydent Lech Wałęsa, a dokument zawierał pełen, na tamtą chwilę, zakres wiedzy o ustalonym przez nas na drodze działań operacyjnych agencie lub, jak kto woli, kontakcie operacyjnym, posiadającym w rosyjskim wywiadzie kryptonim "K." Siemiątkowski pyta:

- Czy jest panu znany ten dokument?

- Tak. Jest mi znany. Został sporządzony przez szefa Wywiadu generała Bogdana Liberę. Jeżeli chce pan dyskutować na temat jego treści, to proszę, aby robił pan to bezpośrednio z autorem.

- Czy ma pan coś wspólnego z tym dokumentem?

- Ze sporządzeniem nie. Z treścią tak. Powstał na podstawie informacji zebranych przeze mnie operacyjnie na temat osoby kryjącej się pod kryptonimem "K." Osoba ta jest obywatelem polskim.

- Panie generale, stawiam sprawę jasno: jeżeli odstąpi pan od ewentualnego zamiaru ataku na prezydenta, to, jak już powiedziałem, możemy negocjować. Moje warunki oraz sugestie, które pan powinien spełnić lub wziąć pod uwagę, są następujące: musi pan napisać prośbę o zwolnienie ze służby na własne życzenie. W przeciwnym razie zastosuję metodę pozbycia się pana, korzystając z tak zwanej piątki[8]. Po złożeniu prośby o odejście może i powinien pan natychmiast opuścić terytorium Polski. Kiedy mówię natychmiast, mam na myśli już najbliższy poniedziałek, 27 maja. Zatrzymam wszystkie sprawy toczące się przeciwko panu[9]. - Mówiąc to, nawet nie patrzy mi w oczy. Błądzi wzrokiem po ścianach salonu. Sili się na luźny ton:

- Rozmawiałem również z kilkoma starszymi oficerami Wywiadu, którzy świetnie pana znają, i każdy z nich wyrażał opinię, że nasza instytucja jest, jak na pana możliwości i talent, zbyt mała. Pana rozmach w działaniu przerasta nie tylko nasze możliwości, ale i oczekiwania. Trudno panem sterować. Sugeruję więc, aby po wyjeździe zatrudnił się pan w jednym z wielkich wywiadów, który na pewno lepiej zagospodaruje pana talent, predyspozycje i chęć działania.

Skończył i sięgnął po szklankę. Duszkiem wypił resztkę piwa.

Nie wierzę własnym uszom! On mówi, a ja się zastanawiam, czy to się dzieje naprawdę. Chyba po raz pierwszy w światowej historii Wywiadu szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wolnego państwa zachęca wysokiego oficera Wywiadu do pracy na rzecz innej, obcej organizacji wywiadowczej! Gdyby ktoś mi to opowiedział, nie uwierzyłbym. Nadal nie wierzę. Ale on to powiedział wprost. I ciągnie dalej, jakby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło:

- Informuję pana, ale to już tylko prywatnie, że jeżeli osiądzie pan w S., to chętnie pana odwiedzę. Nie byłem tam, a słyszałem, że jest pięknie.

Jasne. Chce mi pokazać, że wie.

Szybko w głowie porządkuję myśli. W gruncie rzeczy nie jestem zaskoczony takim obrotem sprawy. Wszystko się zgadza. Mieli mnie usunąć i usuwają. Nie mam wyjścia. Pozostanie w Polsce teraz, gdy po wyborach prezydenckich lewica ma pełnię władzy w swoich rękach, to w mojej sytuacji z góry przegrana walka. Na granicy samobójstwa. Znam ich determinację i bezwzględność. Już mi ją udowodnili. Chwytam się jednak myśli, iż los bywa sprawiedliwy. Prędzej czy później. Może przegram bitwę, a wygram wojnę? Kiedyś...

Tylko że nie mogę dać mu satysfakcji, że przyszedł do mojego domu i mnie po prostu wypieprzył z kraju. Nie potrafię. Gdyby mi to zrobił ktoś, kogo szanuję. Ale on? I jeszcze nie potrafiukryć dumy, że wie o S. Odpowiadam wolno, jak człowiek zmęczony wielomiesięczną nagonką:

- Od pewnego czasu jestem zdecydowany na wyjazd. Teraz najważniejsze dla mnie jest dobro moich dzieci. Córki rozpoczęły szkoły poza granicami kraju i mają do ich skończenia przed wyjazdem na studia do Stanów: rok w przypadku starszej oraz trzy lata w przypadku młodszej.

Nie czeka, aż skończę, wchodzi mi w zdanie:

- Panie generale, co to dla pana! Sprzeda pan jednego Kossaka i jest pan dobry! A za ten dom, który pan posiada, po jego sprzedaży może pan żyć jak król!

Kurwa mać! Znalazł się znawca dzieł sztuki i specjalista od wyceny nieruchomości! Decyduję się zakończyć tę idiotyczną dyskusję i zmieniam ton:

- Moja decyzja jest następująca: przyjmuję pana sugestie i jestem gotowy w poniedziałek rano napisać prośbę o zwolnienie. Mam jeden warunek. Otóż tego samego dnia, natychmiast po dokonaniu tej formalności, udam się na lotnisko Okęcie i musi mi pan zagwarantować, że bez jakichkolwiek przeszkód opuszczę terytorium Polski. Podkreślam raz jeszcze: bez jakichkolwiek niespodzianek, do których zdolny jest aparat, którym pan kieruje.

Widzę, że odetchnął. Mówię dalej:

- Z jednej strony jest to dla mnie łatwa decyzja, bo z obecnym kierownictwem UOP, a przede wszystkim z wyznaczonym przez pana jego nowym szefem Andrzejem Kapkowskim[10], nie mam zamiaru współpracować. Zdecydowanie wyżej cenię swoje umiejętności. Nie chce mi się tłumaczyć temu, według mojej prywatnej opinii, nie aż tak wysoce wysublimowanemu facetowi, jak funkcjonuje Wywiad. A poza tym mam dość jego tyrad na temat tego, jakim wspaniałym wywiadem i kontrwywiadem dysponuje Rosja. Dla mnie to nie tylko dziwne, ale po prostu podejrzane, że osoba mająca bronić interesów i bezpieczeństwa Polski zachwyca się tak nabożnie jednym z jej istotnych przeciwników. W pełni rozumiem i doceniam respekt wobec przeciwnika, ale nabożność jest mi obca. To jedno. Ale z drugiej strony bardzo żałuję, że nie mogę zakończyć sprawy związanej z rosyjską penetracją. A było już tak blisko. Bardzo blisko. Rozumiem, że dla pana i niektórych pana kolegów było to zdecydowanie za blisko. Jak to mówi polskie przysłowie: "Na złodzieju czapka gore". Zauważam paralele treści z pospiesznym zamykaniem tych spraw przez panów jako reprezentantów nowej siły! Nerwowo sięgnął po szklankę. Była pusta jak jego oczy.

Więc spytałem, czy chce jeszcze piwa. Skwapliwie przytaknął, ale gdy wstałem, zmienił zdanie:

- A może pan zaproponuje mi coś innego, chciałbym poznać, co pija światowy człowiek!

Zazdrości mi domu, w duchu liczy, ile są warte moje obrazy, stać go tylko na to, by ironizować "światowym człowiekiem"! Tak, właśnie sam mnie nim czyni, każąc mi opuścić kraj. Proponuję koniak, Hennessy XO. Przystaje z radością. Mówię, że jak go kiedyś ktoś zapyta, co oznacza skrót VOSP na butelce, to może powiedzieć, iż to Very Special Old Piss (Bardzo Specjalne Stare Siki). Jest niezrażony. Nie chwyta? Popijając, zwierza mi się, iż jestem największym w życiu zawodem dla Aleksandra Kwaśniewskiego. A dla niego największym zawodem jest generał Henryk Jasik.

- Praca oficera Wywiadu jest ryzykowna, panie ministrze. Czasami z racji swego charakteru, innym razem z powodu ryzyka wpadki, a czasami z powodu wykrycia bardzo przykrych "niespodzianek".

Dodaję, że dla mnie zawodem jest wielu działaczy lewicy, choć - co podkreślam - nie tylko lewicy, którzy z różnych powodów, w różnych fazach swojego życia, postanowili być "bliskimi", zbyt "bliskimi" dla Rosjan. To jest prawdziwy powód do poczucia, że się na kimś zawiodło. Ale istota problemu leży w tym, że jak się w życiu zbłądziło, decydując się na przykład na jakąś formę współpracy ze służbami obcych państw, to trzeba się liczyć z możliwością wpadki. Tego typu działalność niesie wielki stopień ryzyka. Ale o tym trzeba myśleć wcześniej. Potem jest już za późno. Potem to wracacie do źródeł i krzyczycie tak głośno, jak tylko się da: prowokacja!!! I mocniej, żeby wszyscy słyszeli: brudna prowokacja!!!

Siemiątkowski ciągnie swoje. Jakby każdy z nas mówił o czym innym.

- Daliście się ograć jak dzieci, idąc na pasku Milczanowskiego! Przecież on wami gra! Nie dostrzegliście tego?

Dla niego tylko to jest ważne - kto kim gra. Tylko tak postrzega świat. Mówię, że w to nie wierzę, mam inne zdanie.

- Ale nawet gdyby tak było, to wolę grę opartą na kanwie patriotyzmu niż zdrady. Nie mam problemu wyboru między tymi opcjami, panie ministrze! Moja historia amerykańska to potwierdza.

Kończy spotkanie. Ponownie upewniamy się co do ustaleń. Z mojej strony podyktowane jest to brakiem zaufania i świadomością, że mamy zarówno podsłuchy[11], jak i obserwację. Już kiedyś go o to pytałem, teraz pytam ponownie.

Nie jest skrępowany:

- Oczywiście, mogę panu potwierdzić, że macie obserwację i podsłuchy. Robię to siłami policji. Przecież chyba pan zdaje sobie sprawę, że muszę wiedzieć, co kombinujecie, co robicie. Zaczynam dzień od informacji o waszych poczynaniach i ewentualnych planach - ustalonych technicznymi środkami inwigilacji, jak i fizyczną obserwacją w dniu poprzednim.

- Czy może mi pan wykazać podstawę prawną tego typu decyzji?

- Czy pan nie wie, gdzie pan pracuje? Co to w ogóle za pytanie?!

- Dla mnie pytanie jest w pełni zasadne, ale pan jako minister widocznie może robić, co chce. Delikatnie mówiąc, mam nieodparte wrażenie, że balansuje pan na krawędzi prawa, ale w końcu to pan jest zwierzchnikiem. Proszę nie za pominać, że ministrem się bywa. Na pewno nie na wieki. Proponuję, abyśmy już nie kontynuowali tego typu dyskusji. Pan się tak zdecydowanie różni od ministra Milczanowskiego, że nie potrafię z panem rozmawiać. Klasa, instynkt państwowy ministra Milczanowskiego był nie tylko godny podziwu, ale i naśladowania. Szkoda, że pan tego - jak ja to postrzegam - nawet nie próbuje. Bardzo wielka szkoda.

Idziemy wolno w stronę drzwi. Siemiątkowski obraca się i, patrząc mi w oczy, mówi:

- Pan wie, panie generale, że w poniedziałek rano, jak zwykle o ósmej trzydzieści, będę u prezydenta?[12]

- Wiem.

- Pan wie, że są powody, dla których muszę bronić prezydenta. Co mam mu przekazać od pana? O czym mogę go zapewnić?

Patrzy mi w oczy, tylko gdy mówi o prezydencie.

- Niech pan powie Olkowi, że jeżeli będzie zachowywał się fair w stosunku do mojej osoby, to ja też będę fair.

Jeszcze nie wiem, że już po raz ostatni w życiu używam w stosunku do Kwaśniewskiego formuły "ty".

- Czy mogę mu to tak dokładnie przekazać? Czy mogę go o tym z czystym sumieniem zapewnić?

Rozśmiesza mnie Siemiątkowski mówiący po dzisiejszym dniu o "czystym sumieniu". Dla mnie jest ślepym aparatczykiem, dla którego kraj i jego losy to tylko zasłona dymna. Zrobi wszystko, by chronić swoich.

- Tak, proszę mu to ode mnie przekazać.

Wychodzi. Ale pod samymi drzwiami staje i tak jak poprzednio znów patrząc mi w oczy, mówi:

- Dziękuję.

Zamykam za nim drzwi.

I czuję, że obietnica zostawienia mnie w spokoju nie wytrzyma próby czasu. Zbyt wielu po ich stronie przepełnia po spolita potrzeba odgryzienia się za wszelką cenę. Jednocześnie po raz kolejny potwierdza się, że moje rosyjskie źródło przekazuje mi bardzo rzetelne informacje. Tylko jakie to ma teraz znaczenie? Moja epopeja związana z polskim Wywiadem właśnie się skończyła.

Zostałem banitą. Intuicja podpowiada mi, że na zawsze.

Przede mną droga do przyjaciół w świecie.

Urywałem się obserwacji i dzwoniłem do nich z budki telefonicznej umieszczonej na stacji metra Dworzec Południowy. Gdy patrzyli na to, co się dzieje, oświadczali mi jasno i szczerze: jak tylko będziesz mógł się wydostać, to przyjeżdżaj. Nie martw się resztą. Z tym wspólnie damy sobie radę.

Wierzę im.

Wiele wspólnie przeszliśmy. Niejedno przedsięwzięcie z zakresu bezpieczeństwa narodowego mamy za sobą. Stąd znam ich i szlachetność ich postaw. Brak obłudy.

Nie rzucają słów na wiatr. Nie muszą. Znają swoją wartość.

Niedziela, 26 maja 1996 roku

Nie mam złudzeń co do innych możliwości. Wcześniej miałem informacje z "tyłów lewicy", że biorą pod uwagę trzy scenariusze ze mną w roli głównej: placówka w Australii, aresztowanie lub emigracja. Po wczorajszej wizycie Siemiątkowskiego wiem, że uchylili mi okno. Mogę przez nie wyfrunąć, ale tylko w jednym kierunku. Jeśli nie skorzystam, zrobią, co mogą, aby mnie zniszczyć. A dzisiaj mogą dużo. W skrupuły, uczciwość i prawość z ich strony nie wierzę. Walczą o życie, więc pójdą po trupach.

Jeśli zostanę, czy udźwignę to, co się stało?

Przez ostatnie miesiące zadawałem sobie to pytanie niejeden raz.

Nie dokończę tej sprawy. Została spalona. Ja w niej też. Jestem zawieszony w czynnościach służbowych. Nie mogę być oficerem Wywiadu wolnym strzelcem! Media, nagłaśniając pewne aspekty sprawy "Olina", spaliły drogę do części rosyjskich źródeł. Niczego nie wskóram bez współpracy i wsparcia szefostwa UOP i MSW. Jak więc w obecnej sytuacji miałbym pracować? Poza tym po co te rozważania? Przecież i tak mnie wyrzucają. Zresztą nie tylko mnie. Wielka szkoda, że jednocześnie doskonały szef Wywiadu generał Libera też musi odejść. Ja im nie wystarczę. Tną do końca. Polski Wywiad poniósł stratę.

Gorycz porażki jest nie do zniesienia. Zwłaszcza takiej porażki. W słusznej sprawie.

Przede mną rozmowa z najbliższymi.

Moja mama decyzję o wyjeździe przyjmuje spokojnie. Ona też już jest zmęczona tym, że od kilku miesięcy nieustannie słyszy nasze nazwisko we wszystkich serwisach informacyjnych. Wie, że poradzę sobie za granicą i widzę, że świadomość, iż będę poza tym zgiełkiem, sprawia jej ulgę. Tylko nie wiem, jak mam jej powiedzieć, że nie mam pewności, czy będę mógł kiedykolwiek przyjechać do Polski.

Nie mówię tego wprost.

Ale żegnamy się tak, iż nie mam wątpliwości, że ona wie.

Córki są w szkole za granicą. Powiem im, gdy się spotkamy.

Przede mną rozmowa z Basią.

Już wcześniej, gdy wszystko zaczynało zmierzać w najgorszym kierunku, wspominałem żonie, że być może trzeba będzie wyjechać. Jednak między mną a Basią od dawna nie jest tak jak kiedyś. Trudno mi się pozbyć natrętnej myśli, że jej ocena mojej pracy zmieniła się w dniu, w którym wygrała lewica. Wcześniej, nawet jeśli nie mówiła o mnie z czułością, to przynajmniej z uznaniem. Ale gdy okazało się, że nie z własnej winy przecież gram przeciwko aktualnym zwycięzcom, zdobywała się raczej na komentarze oscylujące wokół: "Po co ci to było!". Stąd też właśnie rozmowy z żoną obawiam się najbardziej.

Nie robię uników, mówię jej po prostu, że w poniedziałek muszę opuścić terytorium Polski. I że dla naszego wspólnego dobra powinniśmy to zrobić razem. Basia oponuje. Nie chce wyjeżdżać, nie wyobraża sobie zerwania kontaktu ze swoją matką, nie wie i nie chce wiedzieć, co mogłaby "tam" robić. Na moje pytanie, czy woli rozstać się ze mną, czy z matką, nie odpowiada. Zresztą, może oczekuję zbyt wiele. Wiem, że nie jestem łatwym partnerem.

Podejmuję jeszcze jedną próbę. Tłumaczę, że w trudnych czasach tak bywa, że trzeba wyjechać z jedną walizką i zaczynać wszystko od nowa. Wspominam o losach ludzi po wojnie. Basia omiata wzrokiem dom i wiem, że nie ma zamiaru zamieniać go na "jedną walizkę". Więc decyzja zapadła.

Idę do siebie. Nie wiem, co spakować. Jadę więc do biura linii lotniczej kupić bilet. W hotelu Victoria jest siedziba Swissair i Austrian Airlines. Polecę jutro po południu do Wiednia i potem dalej, do miejsca przeznaczenia.

W drodze przypominam sobie, jak w Stanach, gdy zgarnęło mnie FBI, agenci powiedzieli: "Do Basi i dzieci nic nie mamy. Mogą tu zostać i mieszkać, jeśli chcą. Sprawę mamy tylko z tobą". Teraz mam przeczucie, że służby będą mogły wykorzystać Basię do rozgrywki ze mną. Ale na to nie będę miał żadnego wpływu. Czuję, że tak jak pęka wszystko, co mnie łączyło z Polską, tak i kruszy się moje małżeństwo. Pocieszam się myślą, że przez rok będę miał córki przy sobie. Zajmę się znalezieniem dla nich dobrych uczelni w Stanach. Ich wykształcenie, znajomość języków, obycie w świecie zawsze były dla mnie najważniejsze. Teraz, chociaż krótko, będziemy blisko siebie. Nie mogę zmusić Basi do wyjazdu, nie umiem wpłynąć na jej decyzję. Postanawiam skupić się na myśli o córkach.

Gdy z biletem lotniczym w kieszeni wracam do domu, jeszcze raz rozmawiam z Basią. Jest nieugięta. Podaję jej godzinę swojego odlotu, ale nie w domu, tylko na zewnątrz w ogrodzie. Sam się łapię na tym, że to już niepotrzebna konspiracja! Wcześniej rozmawialiśmy w domu, choć wiem, że mam zainstalowane podsłuchy.

Idę się spakować. Każda najprostsza czynność mi ciąży. Powinienem wyjechać wczoraj, natychmiast po rozmowie z Siemiątkowskim. Oszczędziłbym sobie nieudanej rozmowy z żoną i kilkunastu godzin zbyt bolesnych rozmyślań. Oceniam, że mogę zabrać ze sobą jedną walizkę i torbę podręczną. Już bez ceregieli pakuję, co mi wpadnie w ręce. I tak wiem, że za kilka dni będę mówił, że powinienem wziąć zupełnie co innego niż to, co spakowałem. Jednak gdy staję przed półką z książkami, dopada mnie bezradność. Patrzę na swoją bibliotekę i sam siebie oszukuję w myślach, że jakoś to wszystko ściągnę. Kilka tysięcy tomów. Dobra, wrzucam kilka książek do walizki. Oczywiście dotyczących wywiadu. W tym te najważniejszą, książkę - talizman: "Strangers on a Bridge. The Case of Colonel Abel" Jamesa B. Donovana[13].

Poniedziałek, 27 maja 1996 roku

Rano jadę do pracy. Spotykamy się u szefa Wywiadu, generała Bogdana Libery. Około dziesiątej mamy udać się do pełniącego obowiązki szefa UOP, Andrzeja Kapkowskiego. Na pierwszy ogień idzie Libera. W rozmowie z Kapkowskim próbuje coś argumentować, ale wiadomo, że jesteśmy do odstrzału. Dziwię się, że jeszcze z nim rozmawia. Nie wie, że dla nas nie ma przebacz? Ale zawodowo go rozumiem. Jest świetnym oficerem Wywiadu, doskonałym organizatorem jego pracy i ma być usunięty tylko dlatego, że zdobyliśmy informacje niewygodne dla rządzących "towarzyszy". Dla mnie jest jasne, że Kapkowski występuje teraz w roli "wykidajły dorzynacza". Oto jego rola w ostatniej fazie spektaklu, którego dzisiejszą treścią jest usunięcie nas ze struktur Wywiadu. Potem będzie ciąg dalszy, ale teraz musimy natychmiast znaleźć się za drzwiami, bez prawa ponownego wstępu!

Przychodzi kolej na mnie. Wchodzę do gabinetu faceta, którego autentycznie nie lubię i nie potrafię szanować. Czuję, że z wzajemnością. Irytuje mnie jego odruch podrzucania marynarki. Nieustannie wstrząsa ramionami. Dzisiaj też. Więc jednak rozmowa ze mną wzbudza w nim zdenerwowanie? Zwykle był przygaszony, teraz emanuje werwą. Rozśmiesza mnie ta nowa poza. Jestem arogancki, bo mi nie zależy. A właściwie chcę mu na koniec pokazać swoją pogardę. Wiem, gdzie kończył swój dodatkowy, sześciomiesięczny kurs kontrwywiadowczy! To ja go pytam, czy zna ustalenia z mojej sobotniej rozmowy z Siemiątkowskim. Potwierdza.

Upewniam się, czy jak zakończymy tę farsę, będę mógł spokojnie wyjść z jego gabinetu, udać się na Okęcie i wsiąść na pokład samolotu odlatującego z Polski.

- Oczywiście. Nie będzie żadnych przeszkód!

Próbuję mu wierzyć, ale nie mogę. To jeden z tych facetów, którym nie pozwoliłbym swojego psa przeprowadzić przez ulicę, a co dopiero...

- Chcesz mieć moją rezygnację napisaną na maszynie czy wolisz odręczną? Jak napiszę odręcznie, to skorzystasz, będziesz miał moją próbkę pisma. - Drwię, nawiązując do stwierdzeń prokuratora wojskowego[14], że nie mieli próbek pisma oficera KGB/SWR Artura Piatina.

- Możesz mi dać odręcznie napisaną - mówi z typowym dla siebie skrzywieniem twarzy i bez patrzenia w oczy. Najwyraźniej także mój żart potraktował serio. Biorę kartkę i piszę prośbę o zwolnienie ze służby w Zarządzie Wywiadu wolnej Polski.

- Masz tu moje podanie. Cieszę się tylko z jednego, że nie będę oglądał takich jak ty nigdy więcej.

Wiem, że nie grzeszę grzecznością, ale w tej chwili nie potrafię inaczej. Odruch odreagowywania niesprawiedliwości jest silniejszy niż kindersztuba.

Wychodzę, wciąż widząc jego koszmarny, krzywy uśmieszek. Zwalnia mnie facet, który sam siebie powinien zwolnić po zmianie ustroju! W trybie nagłym, poza procedurami! Żegnam się z kolegami. Ściskamy sobie ręce. Żal mi, że już nie będę miał z nimi kontaktu. Patrzę na tych, którzy do końca potrafili zachować się z klasą. Niezależnie od stopnia wywieranych nacisków. Podziwiam ich. Będzie mi ich brakowało.

Jadę do domu. Szybki posiłek z Basią. Piętnaście lat temu, jak zabierało mnie FBI, nie zdążyliśmy zjeść ostatniego lunchu. Wtedy po naszym amerykańskim mieszkaniu biegało kilkunastu agentów z bronią, nie mieliśmy nawet czasu, by zamienić kilka ostatnich słów. Teraz jesteśmy sami. Ale niewiele mówimy. I nie chodzi przecież o podsłuchy.

Żegnamy się ciepło. Może świadomość, że naprawdę się żegnamy, uwalnia nas od poczucia winy?

Flipper, mój pies. Piękny owczarek pikardyjski. Zostaje.

Basia nie odwozi mnie na lotnisko. Jest piękna pogoda. Warszawski maj. Idę z walizą piechotą. Od ulicy Ostrej ulicą Biedronki zmierzam w stronę pałacu w Wilanowie. Tam wezmę taksówkę. Jest mi ciężko.

Przez sekundę pytam sam siebie: "Warto było?" i mam ochotę rzucić walizkę, by zacząć wszystko od nowa bez jakiegokolwiek bagażu.

Ale to tylko mgnienie.

Gdy siedziałem w amerykańskim więzieniu, nie dałem się. Nie dam się i teraz. I wtedy, i dzisiaj robiłem to dla Polski. Wtedy wpadłem, bo zdradził ktoś w Centrali[15]. Teraz muszę uciekać z własnego kraju, bo znalazłem zdrajców. Też w pewnym sensie w "centrali". Cholerne powtórki!

Łapię taksówkę. Docieram na lotnisko. Nadaję bagaż. W drodze do gate'u przechodzę przez bramkę do wykrywania metali. Spotykam oficera straży granicznej. Znajoma twarz.

- Panie generale! Dzisiaj nie przechodzi pan przez VIP?

- Postanowiłem zobaczyć, jak to jest być normalnym pasażerem.

Ciekawe, czy on nic nie wie, czy tylko udaje. Dzisiaj nie ufam nikomu. Chcę jak najszybciej opuścić Polskę. Każda minuta dłuży mi się niemiłosiernie. Jest mi tak źle, że nie pozwalam sobie na jakiekolwiek myśli. Nie dopuszczam do siebie żadnej. Dopiero gdy wchodzimy w obszar powietrzny Austrii, biorę głęboki wdech. Nie obejrzę się za siebie.

Lot do miejsca przeznaczenia.

[3] Chwalił się znajomością języka niemieckiego. Chcąc więc pomóc mu w poszerzaniu horyzontów, przywoziłem specjalnie dla niego z wyjazdów służbowych "Sterna" lub "Spiegla". Rzucał je nonszalancko na szafę. Przy każdej kolejnej okazji widziałem, że nie zmieniły pozycji. Nie zdążył ich nawet tknąć. Jego ulubioną lekturą była "Trybuna".

[4] Nie myliliśmy się. Fakty: Zbigniew R., niezwykle aktywny członek komisji. Doświadczenie w pracy operacyjnej - brak. Wcześniej pracownik ambasady w Tokio. Po powrocie z placówki skierowany do pracy w wydziale informacyjnym (przygotowywał pisemne informacje na tematy zadawane przez polityków lub takie, o których my chcieliśmy ich powiadomić). Za udział w pracach komisji Siemiątkowski początkowo zaproponował mu objęcie stanowiska dyrektora Biura Analiz i Informacji. Ostatecznie jednak panowie ustalili, iż R. dostanie intratne finansowo stanowisko w Londynie. Generał Bogdan Libera po powrocie na stanowisko dyrektora Zarządu Wywiadu w listopadzie 1997 roku odwołał R. z Londynu. R. osobiście zwrócił się wówczas do Libery o pozostawienie go w szeregach oficerów Wywiadu. Gdy dowiedział się o odmowie - płakał. Świadkami tego byli oficerowie oczekujący na wejście do gabinetu Libery. R. został wtedy oddany do dyspozycji szefa UOP, pułkownika Jerzego Nóżki, który miał zdecydować o ewentualnym pozostawieniu go w strukturach podległej mu organizacji. O jego dalszych losach decydowali ludzie z SLD - Siemiątkowski i Siwiec. Stąd też w 1999 roku przeszedł na stanowisko doradcy szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Marka Siwca. W 2002 roku pełnił funkcję dyrektora Departamentu Obsługi Rady Biura Bezpieczeństwa Narodowego, a następnie radcy-ministra w ambasadzie RP w Hadze. R. zasłynął w pewnych kręgach ze swego "popisowego występu" w trakcie przyjęcia w domu rezydenta wywiadu amerykańskiego w Warszawie, gdy po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu wyszedł z tej imprezy nie w swojej marynarce, lecz w okryciu jednego z dyplomatów amerykańskich. Paszport dyplomatyczny Amerykanina był w kieszeni tego "przyodziewku". Cała historia może byłaby wyłącznie zabawną dykteryjką towarzyską, gdyby nie fakt, że R. własną marynarkę pozostawił na przyjęciu. W jej kieszeniach znajdowała się między innymi legitymacja oficera Wywiadu i klucz do jego pokoju wraz z indywidualną pieczęcią używaną do plombowania szaf i pokoju przy wychodzeniu z pracy. O tym, że jest w nie swoim stroju, uświadomiła mu dopiero jego małżonka. Historię tę opowiedział mi "dyplomata" - w rzeczywistości jeden z członków rezydentury amerykańskiej w Warszawie. W pracach komisji R. wyróżniał się aktywnością. Wiedząc, czy też przypuszczając, iż w miejscu obrad komisji zainstalowano technikę nagraniową, na jej potrzeby zachowywał się pryncypialnie i stanowczo. A jednego razu, zaraz po przesłuchaniu, zaprosił mnie do siebie i przepraszał za swą "niewdzięczną rolę w komisji", częstując przy tym, nieomal natarczywie, alkoholem. Gdy po wszystkim wyszedłem na parking pod budynkiem (po stronie starego Supersamu), od razu zwróciłem uwagę na obecność obserwacji w pełnej gotowości do działania. Oczywiście nie wsiadłem za kierownicę, wróciłem do domu autobusem, a samochód ściągnąłem przy pomocy przyjaciół. Nie ufałem Siemiątkowskiemu i jego ludziom. Mogłem liczyć się z tym, że zostanę, naturalnie "zupełnie przypadkowo", zatrzymany i poproszony o dmuchanie w balonik. Prowokacja gotowa.

[5] Karateka to przezwisko kolejnego członka komisji, które wzięło się z jego zamiłowania do tego sportu. W tamtej chwili był spakowany na wyjazd do Paryża. Wcześniej pracował już za granicą jako konsul we Francji. Nie rozpoznał agenta, który przyszedł tam odebrać wizę. Jego teoretyczna wiedza o pracy nad kandydatem do werbunku pochodziła wyłącznie ze "szkółki" w Kiejkutach. Do tamtej pory nie wykazał się nią w pracy.

[6] Syn polskiego generała ożenionego z Rosjanką.

[7] Celem "polecenia sprawdzenia" było ustalenie faktów związanych z pobytem Ałganowa i Kwaśniewskiego w ośrodku w Cetniewie, by potwierdzić lub obalić informacje uzyskane od Ałganowa na Majorce. Po powrocie z Majorki chciałem osobiście pojechać do Cetniewa. Pochodzę z Wybrzeża, mam tam dużo znajomych i łatwość poruszania się. Jednak decyzją generała Czempińskiego było skierowanie tego polecenia do Delegatury UOP w Gdańsku i brak zgody na mój wyjazd. W konsekwencji ludzie z Delegatury tak sprawdzali, że nie uzyskali żadnych informacji; co wytknęli dziennikarze w cyklu artykułów "Wakacje z agentem" i uzyskaną przez siebie wiedzą, w tym kopiami opłaconych rachunków za pobyt, na swój sposób ośmieszyli cały UOP. O szczegółach tej sprawy w dalszej części książki.

[8] Tak zwana piątka to paragraf umożliwiający zwolnienie oficera "dla dobra służby".

[9] Siemiątkowski już wcześniej zapowiedział mi, że z goniącego stanę się wkrótce ściganym. Potem założyli mi najróżniejsze sprawy, szukając jakiegokolwiek haka na moją osobę. Żadna z nich nie miała uzasadnienia. Opowiem o nich w dalszej części książki.

[10] Andrzej Kapkowski zastąpił na stanowisku szefa UOP Gromosława Czempińskiego w lutym 1996 roku, w czasie gdy "afera Oleksego" była już nagłośniona. Wcześniej pracował w kontrwywiadzie.

[11] Dopiero po czasie wyszły na jaw szczegóły tego przedsięwzięcia przeciwko oficerom zaangażowanym w badanie "sprawy Oleksego". Koordynatorem tego przedsięwzięcia był (z wyboru Siemiątkowskiego) Andrzej D., oficer Wywiadu. Zakładając podsłuch na telefonie prywatnym generała Libery, popełnili błąd i zamiast Liberze, podsłuch zamontowano Bogu ducha winnemu człowiekowi. Ze sprawą łączyło go tylko to, że mieszkał przy tej samej ulicy co Libera, ale nawet nie w tym samym bloku. Smaku całej sprawie dodaje fakt, iż trzy miesiące zajęło im zorientowanie się w pomyłce. Trzy miesiące analizowali stenogramy z podsłuchów i przekazywali je do kierownictwa, by wreszcie stwierdzić, że nie dość, że nie mają rozmów Libery, to jeszcze podsłuchują niewinnego człowieka. Tak wyglądała koordynacja swego rodzaju pospolitym ruszeniem, które miało jeden cel: dopaść oficerów pracujących przy sprawie. Kolejny znak profesjonalizmu wysublimowanego zespołu "specjalistów" Siemiątkowskiego!

[12] Taki był zwyczaj prezydentury Kwaśniewskiego - zaraz po porannym spotkaniu z premierem wchodził Siemiątkowski.

[13] "Nieznajomi na moście. Sprawa pułkownika Abla". Książkę ze specjalną dedykacją dostałem od swojego amerykańskiego obrońcy Eda Staduma w trakcie procesu w Stanach. Jej treścią jest opis negocjacji i wymiany amerykańskiego pilota samolotu szpiegowskiego U-2 Francisa Gary'ego Powersa, zestrzelonego 1 maja 1961 nad Swierdłowskiem w ZSRR, na rosyjskiego oficera wywiadu Rudolfa Abla aresztowanego 21 czerwca 1957 roku w USA.

[14] W trakcie badania "sprawy Oleksego". Całość w dalszej części.

[15] Najpewniej oficerowi Wywiadu o nazwisku Koryciński zawdzięczam amerykańską wpadkę.

Od wydawcy

Rosyjska ruletka wraz z wcześniejszą książką Nazywam się Zacharski. Marian Zacharski wpisuje się w bardzo popularny na Zachodzie nurt książek wspomnieniowych o służbach wywiadowczych, będących wspomnieniami czy to znanych oficerów wywiadów, czy też byłych szefów tych służb. Piętno wszechogarniającej tajemnicy charakterystycznej dla sowieckich służb wywiadowczych dziesiątki lat ciążyło nad polskimi publikacjami. Aby je przełamać, trzeba było odwagi Mariana Zacharskiego. Długie oczekiwanie rekompensuje zarówno fakt, że autor jest najsłynniejszym polskim szpiegiem drugiej połowy XX wieku, jak i nieoczekiwanie ujawnione jego talenty pisarskie. Dlatego też książki te - w przeciwieństwie do innych wcześniej publikowanych nie zawsze ciekawych raportów z działalności wywiadowczej - przybierają formy powieściowe nie tylko dlatego, żeby uatrakcyjnić czytelnikowi czytanie, ale także pozwalają wyrazić subiektywnie zapamiętane wydarzenia z przeszłości. Z pewnością wizja Mariana Zacharskiego będzie wywoływała spory nie tylko wśród uczestników tamtych wydarzeń o jednostronność i silną emocjonalność.

Znany na całym świecie brytyjski szpieg i pisarz John le Carré - autor takich bestsellerów jak Ze śmiertelnego zimna czy Szpieg doskonały - znalazł godnego sobie konkurenta. Należy mieć nadzieję, że Marian Zacharski w najbliższej przyszłości napisze powieść szpiegowską. Materiałów i faktów mu nie brakuje. Nieskrępowany tajemnicą służbową ani względami osobistymi będzie mógł w niej poszybować i wypowiedzieć się w pełni.

Obydwie książki Zacharskiego pełnią bardzo ważną funkcję informacyjną. Czytelnik dowiaduje się z nich, że polskie służby istnieją i odgrywają bardzo ważną rolę w niewątpliwie hermetycznym świecie wywiadów.

Paradoksem jest to, że polscy czytelnicy więcej wiedzą o amerykańskich, izraelskich czy sowieckich, a później rosyjskich służbach wywiadowczych i pozostają w przekonaniu, że Rzeczpospolita jest tych służb pozbawiona. Z książek Mariana Zacharskiego wynika, że jesteśmy wielokrotnie pełnoprawnymi graczami.

Życiorys Marian Zacharskiego można porównać jedynie do dziejów i dramatów słynnego polskiego szpiega Jerzego Nałęcza-Sosnowskiego.

Dramatyczne losy - pobyt młodego człowieka w amerykańskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, z wyrokiem dożywocia, ze świadomością opuszczenia przez państwo, któremu służył, wygnanie z kraju będące owocem politycznych zawirowań - wycisnęło tak silne piętno na psychice autora, że jest wszechobecne w jego książkach. Ostro formułowane, czasem skrajne oceny ludzi i wydarzeń formułowane przez Mariana Zacharskiego są niewątpliwie efektem jego poczucia zdrady ze strony państwa, któremu służył. Często przy wykonywaniu swych zadań ryzykował swoje życie, dlatego tak ciężko i jemu, i czytelnikowi przychodzi zrozumieć małość ludzi, którzy dla swych doraźnych politycznych zysków postanowili efekty jego pracy torpedować i dyskredytować.

W Rosyjskiej ruletce czytelnik spotyka się zarówno z nieprawdopodobną odwagą życia głównego bohatera, jak i odwagą w jego opowiedzeniu i ocenie. To sprawia, że książka ta wraz z pierwszym tomem wspomnień - Nazywam się Zacharski. Marian Zacharski - z pewnością zdobędzie rzesze czytelników i wyznaczy nowe standardy i perspektywy w pisaniu o działalności służb wywiadowczych.

Od wydawcy