Szkatuła ze Świętą Teresą
Jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Tkwiła na mnie jak zjełczały zapach z miejsca, o którym każdy wolałby zapomnieć i najczęściej zapomina. Z czasem nieswój naskórek stał się naturalnym elementem, stał się częścią lipidowej siatki. Jego niechciane przybłąkanie wyłaziło w momentach przerwy, w chwilach, gdy supełki zmysłów wiązane czyimś głosem, jakimś zadaniem czy dotykiem, ulegały rozluźnieniu. Działo się to podczas nocnych wędrówek do toalety, gdzie z prędkością światła dopadałam włącznika, czy podczas krótkich pauz w kościele, gdzie każdy był pozostawiony na pastwę samemu sobie. Pojawiało się jedno zdanie. Zdanie napomnienie, zdanie wydrwienie, zdanie elektryczny języczek, zdanie zmora, które wskazywało palcem i ze szczerbatym uśmiechem mówiło, tupiąc z podekscytowania nogami - "A gdzie pierwsze piątki miesiąca?".
Jakoś do piątego było nawet dobrze. Myślałam, że uda mi się dobrnąć do końca i dołączyć do tych szczęśliwców, którym dane będzie zaznać ostatniej spowiedzi przed śmiercią. Zaliczyć level, zaliczyć level, zebrać odpowiednią liczbę punktów. Nikt mi ich potem nie odbierze, zapiszą się w pamięci systemu. Nawet jak wcisnę esc, zapauzuję. Chciałam mieć pewność, że w momencie przejścia mego na tamten świat, nieważne, w jakim miejscu będę się znajdować, zza rogu wyłoni się ksiądz w komży wyszywanej pękatymi owocami winogron, w dłoniach - gładkich jak tafla wody i bladych jak woskowe ciało gromnicy - będzie trzymał złotą monsterę, a w niej białe oko, na którym osiądzie promień słońca wpadający przez szybę. A obok pulchni ministranci czystymi niczym łza głosami będą słać pieśni przebłagalne przed tron samego Boga. Ja, z której siły ziemskie zaczną wypełzać na podobieństwo powietrza z przebitej dętki, skinę nieznacznie głową na znak, że czas wypowiedzieć ostatnie słowa, pozbyć się ostatnich grzechów, które mnie jeszcze trzymają na tym padole. Po szczerym wyznaniu win, przyjęciu Ciała Chrystusa i oddaniu swojego, miałabym ciężko westchnąć. Pozwolić, by ostatni oddech okrążył całą mnie, i wraz z wydechem odejść. Wtedy jakaś drobna kobieta, która do tej pory siedziała na drewnianym krześle, niemalże zlewająca się z szarością ściany, podeszłaby do okna, otworzyła je i pozwoliła ulecieć mojej duszy.
Ale nie. Nie mogło być tak pięknie. Mój własny ojciec skazał mnie na piekło albo co najmniej na czyściec, co i tak nie było satysfakcjonującą alternatywą. "Nawalił akumulator", tak mówił, zdejmując maskę z haczyka. "Nie dojedziemy na czas. Ładowanie trochę potrwa. Samochód nie ma energii. Muszę go podpiąć", tłumaczył się i rozkładał ręce ze skruchą, czego nie przyjęłam dobrze. "Nie wyczaruję ci". Wkurzył się na moją obombaną minę, ale potem złagodniał i myślami wrócił do "Sensacji XX wieku".
- Idź się pomódl do pokoju. Przed Bogiem się wyspowiadasz.
- Bóg mi podpisu nie zostawi akurat - wymamrotałam przez nadęte policzki, wtedy on się zamachnął, ja zrobiłam unik i zwiałam kilka metrów dalej, a on pogroził mi pięścią.
- W niedzielę pójdziesz. Wtedy też można się wyspowiadać. - Przetarł palce ścierką, którą zwędził mamie z kuchni, i zostawił mnie płaczącą ze złości pod garażem.
Poszłam w niedzielę, ośmielana przez przymilne poszturchiwania ojca, które tylko w większy wstyd mnie wpędzały. Starałam się wtedy spojrzeć na niego możliwie jak najbardziej złośliwie i jak najbardziej perfidnie. Chciałam mu dać do zrozumienia, że nic nie jest w porządku i że to z jego winy mogę mieć kłopoty. Złość ostudziła klatka konfesjonału, zapach drewna przesiąkniętego palonym kadzidłem i oddechami paszcz ludzkich. Ubrałam swe występki w słowa, wypowiedziałam je na jednym wydechu. Część słów potraciła swoje przedrostki i przyrostki, potraciła odmianę i deklinację. Wyrazy stały się jednym i mało zrozumiałym tasiemcem różnie brzmiących dźwięków. Po kilku radach ze strony księdza, że trzeba szanować rodziców, bo dali mi życie, rach-ciach podsunęłam księdzu moją książeczkę. Temu, co podpisze wszystko i wszystko odpuści. "Jest ludzki", mówi się o nim na Palestynie. Gdy zobaczyłam, że rwący się puls granatowego atramentu kończył na "ski", porwałam książeczkę i poszłam do ławki uskuteczniać pokutę, by zdążyć przed pierwszym znakiem krzyża. Jest podpis. "Ale niedziela to nie piątek", dołączyło do repertuaru samozastraszających refrenów.
Wyrzuty sumienia, do tej pory z mniejszą lub większą łatwością tłumione, podkręcił jeden z księży na wielkopostnych rekolekcjach dla podstawówek. Rapował i miał czapkę na bakier, co przekonało wszystkie dzieci o tym, że jest na czasie. Mówił "siemka" i "joł". A "joł" miało oznaczać "Jezus obdarza łaską". "Zaskakująco sprytne", mówiła potem nasza katechetka, będąca pod dużym wrażeniem młodzieżowych metod ewangelizacji. Był wyluzowany, każde dziecko mogło wtedy to potwierdzić. Każde, które go widziało i z nim rozmawiało, bo chętnie ucinał sobie z nami pogaduszki, umilając tym samym czekanie na autobus, który wywoził do domów wszystkich dojeżdżających. Pomyślałam wtedy, że może on zrozumie moją sytuację, że skoro zna się na realiach życia, potwierdzi, że omsknięcie się o dwa dni, to żaden problem i nie będę musiała zaczynać tych piątków od nowa. Naprawdę nie uśmiechało mi się znów zaczynać. Zresztą, kto mi zagwarantuje, że akumulator znowu nie nawali tym razem przy ósmym?
Ale i on potwierdził: piątek to nie niedziela. Nie wprost. Przez opowieść. W trzecim dniu rekolekcji zaczął swoje kazanie od charakterystycznego dla siebie: "Hej, ziomale i ziomalki Pana Boga, czy mnie słyszycie?", po czym skierował główkę mikrofonu na nas, a my odkrzyknęliśmy: "Tak!", po czym przykucnięty zbiegł z ołtarza. Powiewała mu flanelowa koszula, którą przewiązał sobie w pasie, przybił falę piątek z pierwszym rzędem i siadł na schodku, rozprawiając o pewnym chłopcu, który żył całkiem niedaleko i był w zasadzie naszym sąsiadem - ziomkiem. I ten chłopiec, ten chłopiec zapragnął mieć zwierzątko, z którym mógłby biegać po polach i zwierzać się mu z tajnych sekretów, a ten swymi psimi zaszklonymi oczyma miał się w niego z niemalże ludzką mądrością wpatrywać. Jednak rodzice, znając swego syna, chcieli poddać go próbie. Najpierw kazali mu się zaopiekować rośliną, której mniej żal będzie zmarnować niż psiaka, nie? Na początku było w porządku. Chłopiec podlewał kaktusa, wystawiał go na słońce i chował, gdy jego promienie były zbyt dokuczliwe. Zabierał go wtedy w głąb pokoju. Z czasem jednak granie na komórze się przeciągnęło, level trzeba było nabić, chłopaki na piłę wyciągali i tak kaktus poszedł w odstawkę, nie? Chłopiec raz zapomniał go podlać, to zielony kubrak pozamieniał się w brunatne łachmany. Innym razem podlał go na zapas, to ten z nadmiaru wody przechylał się to w jedną, to w drugą stronę, aż wreszcie pękł. I tak to było. Kaktus i obgnił, i obsechł naraz. Nauka z tego była taka, że wiarę pielęgnować trzeba systematycznie, bo obeschnie i obgnije, a my nie dość, że nie dostaniemy wdzięcznego szczeniaka, to nam jeszcze żaden kaktus na pocieszenie nie urośnie.
Po skończonym kazaniu ksiądz zaskandował: "Dla Jezusa!", a my, wydzierając się na całe gardła i doganiając echo, zawtórowaliśmy: "Więcej czadu!", kiwając przy tym głowami obłożonymi wełnianymi czapkami. Tymi, które dostaliśmy pod choinki od naszych rodziców. Bo marzec był i jeszcze ziąb, a ja kiwałam głową na wyrost, machinalnie, żeby nie było, że nie macham. Jednak wiedziałam, że czadu z tego raczej nie będzie.
Tego dnia w kościelnej loterii wygrałam matkę boską wyrytą w krysztale. Tak naprawdę to tę nagrodę wszyscy mieli gdzieś. Za wszystkie różańce ksiądz zabrał najlepszą piątkę na termy, gdzie mogła moczyć się w czepkach pływackich. To było coś. Teraz frajdą było co najwyżej usłyszenie swojego nazwiska przy innych i wyjście na środek. Naprawdę na nią nie zasługiwałam. Na tę Matkę Boską. Mimo że wypełniłam zadaną krzyżówę bezbłędnie. Wiedziałam, gdzie zginął Maksymilian Maria Kolbe. Gdy padło moje imię i nazwisko, gdy odbiło się od zdobionych polichromią ścian i dotarło do moich uszu, gdy Jadzia Jeżowska pociągnęła mnie za kaptur i wyszeptała: "No idź, bo pomyślą, że zwiałaś do parku i wpiszą uwagę", wiedziałam, że nie zasłużyłam. "Piątek to nie niedziela", a ja umrę niewyspowiadana, obciążona grzechem i tajemnicą, bo do tej pory żadnemu księdzu nie wyjawiłam tego, co było moim udziałem. Nie chciałam, by mama lub babcia nabrały podejrzeń, więc przyjmowałam też świętokradczą komunię, podtykając uprzednio spowiednikom pod nosy: biłamsięzesiostrą, razniedałamnatackę, trochękłamałam i niesłuchałammamyitaty.
Od czasów wielkopostnych łazęgowało za mną widmo śmierci - nagłej i niespodziewanej. Przed oczami stawał mi obraz mojej własnej głowy suchej i brązowej z zewnątrz, a baniastej i pełnej zgniłej wody wewnątrz. I tak ona się chybotała, chybotała, aż chlast! Czyjś ciekawski paluch naciskał na jej czubek i rozlewała się cierpko pachnącym płynem. Pocieszałam się tym, że być może chrzest będzie jakimś rodzajem karty przetargowej podczas sądu wiekuistego. Tak, to na krótką chwilę przynosiło mi ukojenie. W końcu są zdjęcia z tego dnia. Ja, mała, pomarszczona dżdżownica, na tle jarmarcznej polichromii wespół z rodzicami, chrzestnymi i księdzem Bolesławem Piątkowskim, wielkim budowniczym kaplicy dla zmarłych. Chrzest odbył się na pewno. "Jednak piątek to nie niedziela". Modliłam się codziennie, by ktoś zdjął ze mnie ten ciężar. By wziął wielką gumkę i z mojej tablicy grzechów i zalet w niebie wymazał zdanie "piątek to nie niedziela". Naprawdę nie uśmiechało mi się zaczynanie wszystkiego od początku. Zresztą wiedziałam, że akumulator pewnie znów nawali, a ja zostanę zaryczana pod garażem. Jednak los miał się do mnie uśmiechnąć. Zrozumiałam to pod klasą numer trzydzieści osiem, gdy nadgryzając kanapkę ze skapciałym, prawie przezroczystym, pomidorem, otworzyłam gazetkę szkolną i rzuciłam okiem na spis treści: "Św. Teresa z Lisieux nawiedzi naszą parafię". To była chwila, na którą czekałam. To był znak, który miał przyjść. Poproszę ją o wstawiennictwo i wtedy na pewno wszystko się ułoży.
- Pani Helenko, a pani z czym idzie do Świętej Tereski? - zapytałam trochę z ciekawości, a trochę z nudy, bo szliśmy już z pół godziny. Ruszyliśmy grupą spod bloku babci. Miała to być pielgrzymka. Po takim wysiłku intencje miały się lepiej przyjąć. Wysiłek pomaga prośbie dojrzeć. Muszę przyznać, że korciło mnie, żeby się od rodziny oddalić, wskoczyć w podmiejski, który musiał ominąć nas szerokim łukiem, potykając się o podwyższone ramię krawężnika, i poczekać na nich w niebieskim cieniu kościelnych tujek.
- Marianko, o zdrowie najsampierw. Widziałaś moje żylaki? Nogi jak banie. Widziałaś, jak u babci mierzyłam suknię? Te nogi takie betonowe kołki, takie balerony zawiązane skrzepłą żyłą. A niech mnie to Tereska bierze ode mnie, bo za chwilę nie będę mogła się ruszyć. Bo za chwilę przybiję się do jednego miejsca, dzieci mnie pozbadną, usadzą w fotelu przed wiadomościami i jedzenie na widłach będą mi dawać.
- Widziałam i nie mogłam na nie patrzeć. - Pokiwałam głową i zmusiłam się do odrobiny współczucia.
- Marianka! - podkrzyknęła mama, ale zaraz przeszła w szept, bo ludzie z przodu zaczęli na nas zezować. - Nie mówi się tak do starszych. Powinnaś współczuć pani Helence.
- Spokojnie, przeca ja też już na to patrzeć ni mogę. Prawdę mówi. Zostaw dziecioka. - Machnęła ręką pani Helenka.
Babcia, mama, Karinka i ja też miałyśmy swoje sprawy do świętej. Pierwszą było oczywiście uzdrowienie Kariny. Każda z nas miała o to prosić. Być może wtedy połączone głosy przebiją się przez inne i zostawią daleko w tyle pojedyncze jęki? W drugiej kolejności o trzeźwość wieczną dla taty. W trzeciej o to, co chcemy. Byleby nie o bogactwo - przed tym mnie przestrzegano. "To może rozgniewać Bozię", mówiła mama. Dobra, i tak szłam ze swoją intencją. Bo przecież każdy z nas z czymś szedł. Coś mu ciążyło i właśnie tam chciał się tego pozbyć, zostawić świętej, podłożyć jak bombę.
O, o, o, Jadzia Jeżowska z rodzicami i bratem. Pomachałam jej ukradkiem. Adaś ma spodnie wyżej uszu i drąży palcem dziurę w kolanie. Kuca niezauważony i odchyla brązowe strupki, cofa paznokieć. Wyczuwa, że zaraz poszłaby świeża krew. Jadzia odmachuje i powstrzymuje śmiech. Mnie też jest jakoś śmieszno, chochliczo jakoś. Najchętniej zaczęłabym się rechotać, ale mogłabym za to dostać przez łeb przy świętej. O i pani Sabinka przestępuje z nogi na nogę. Stoi trochę na palcach, bo obcas grzęźnie w piasku. Obok ojciec, pan Maciej. Bawi się noskiem krawata. Gładzi go mięsistymi palcami. Palcami, w które wżarły się lawiny smaru w warsztacie, wżarło się nieprawdopodobnie wiele przedmiotów, które pozostawiały na dłoniach żółte odciski. Obtłuczenia sprawiły, że paznokcie zszarzały. W domu Jadzi Jeżowskiej próbowano coś zrobić z tymi jego dłońmi. Pani Sabina zapytywała się wszystkich - "Co tu zrobić z tymi jego grabiami? Tak ważna uroczystość, a on miałby z takimi iść do świętej? Przyniósł z pracy pastę BHP. Wyglądała raczej jak smalec, niż jak coś, co ma doprowadzić do ładu czyjekolwiek dłonie". I nie doprowadziła.
Wyściubiałyśmy z Jadźką Jeżowską nosy zza monitora, bo byłam wtedy u niej na Simsach i chichotałyśmy. Pan Maciek wił pod nosem śmieszne przekleństwa niby to pod naszym adresem i wyciągał ręce do góry, mówiąc "Poznajcie widok spracowanych rąk. Poznajcie ręce, które karmią".
Co rusz wylewał wodę z różowej miski, nad którą siedział pochylony. Wołał panią Sabinkę, żeby mu proszek przyniosła. Ta wsypała mu mało, tyle co piąstka Adasia, bo mówiła, że musi przecież jeszcze pościel wyprać, a nie ma zamiaru jechać do sklepu. Też nic nie dało tym proszkiem, a gdzie tam. "Dobra, tata, zobaczymy, co w Internecie piszą", powiedziała Jadzia Jeżowska. Szybciutko wpisała hasło w wyszukiwarkę.
Pan Maciej wstał, podciągnął kciukiem portki i oparł się o blat biurka, czekając na wieści ze świata, które zawyrokują w sprawie jego łap. Ponad łukiem jego ramion mieniły się kości kurczaka na talerzu. Potrzebne były soki zwierzęcia i strzępy do powstania burzowin. Mały szkielet, namokły od tłuszczu i zszarzały z braku mięsa, krwi i oddechu. Czekał, aż ktoś wyssie z niego szpik jeszcze przed porcją jabłecznika na deser.
Ręce pana Macieja zatrzęsły się pod wodą. Moczone w kwasku cytrynowym podskakiwały jakby kłute igiełkami. Kwasek podrażniał ranki, o których pan Maciek nawet nie miał pojęcia. Teraz stworzyły mapę czerwonych pajęczynek, które syczały każda z osobna.
"Schodzi", woła do żony, "dobrze, Jadzia, wyczytałaś w komputerze. Schodzi", i szorował dalej białym, poliestrowym włosiem. Teraz palce pana Macieja bawiły się noskiem krawata, próbowały odwrócić uwagę od białego upału i nudy, które zastały wszystkich na Palestynie. "Patrz, jak mają dobrze", pokazałam na nich palcem do Kariny. Zatrzymali się w cieniu pod wiechciem jesionu.
- Czy będzie gdzie tam stanąć? Trzeba się będzie poprzepychać lekko. Dziewczynki poprowadzi się do przodu - ustaliła strategię pani Helenka.
Sznureczki aut, wypucowane samochodowe paciorki rozsypały się gęsto na kościelnym parkingu. Rozsypały się w każdej wnęce Palestyny. Przyjezdni z sąsiednich parafii cumowali pojazdy pod oknami mlecznych bloków. Zajeżdżali pod bramy. Okrążyli cmentarz, topiąc koła w zawsze obecnych tam ciapach błota. Przyjeżdżali z kilkugodzinnym wyprzedzeniem, by zająć jak najlepsze miejsce, żeby potem łatwo i szybko przed innymi wyjechać. Potem z braku laku tułali się po Palestynie, okręcając na palcu wskazującym kluczyki z brelokiem Matki Boskiej Licheńskiej lub ciupagą w podkowie. Świecili koszulami przyklejonymi do pleców. Gorąc był wtedy niesamowity.
Staliśmy w pełnym, sierpniowym słońcu. Przykryci skromnie, lśniącymi szatami odświętnymi. Pociliśmy się niemiłosiernie, przed oczami mając jedynie wibrujące powietrze. "Jedzie!", krzyknął najmniejszy ministrant i szturchnął księdza w bok. Zaczęto wymachiwać kadzidłem i bić w przenośne dzwony. To teraz u nas się będą dziać cuda i uzdrowienia. Teraz kolej na Palestynę!
Święta Tereska ulubiła sobie róże. Mówiono nam o tym na katechezie. Dlatego każde dziecko miało dzierżyć w łapce po jednej różyczce. Moja i Kariny po drodze się nieco sfatygowały. Płatki postrzępione, kolce wydłubane. Przez cały późniejszy pochód starałam się ukryć główkę mojego wątpliwej urody kwiatuszka.
Odebraliśmy ją na zakręcie. Cała Palestyna i okoliczne parafie. Wyniesiono ją z wielkiej czarnej fury. Według zapowiedzi księdza miała ważyć sto trzydzieści dwa kilogramy, mierzyć półtora metra długości i być osadzona na drewnianym masywie. Nie mogłam sobie wyobrazić, jak może wyglądać taka osoba. Na myśl przychodził mi tylko łysy Budda o ciele pełnym miękkiego tłuszczu. Taki posążek stał u nas na telewizorze. Pod tyłkiem miał wykrochmaloną serwetkę z białej włóczki. Miał przynosić szczęście. Wierzyliśmy, że dzięki niemu tv lepiej łapie kanały.
Jakiś miesiąc wcześniej gosposia księdza obdzwoniła wszystkie liczące się Teresy na Palestynie. Ksiądz Małek wymyślił, że będzie to bardzo wymowne i eleganckie - imienniczki, szanowane i wyjątkowe kobiety, które niosą obecność świętej, obecność prototypowej Teresy. Miało ich być sześć. Ta liczba wydawała się jednak trochę szemrana, dlatego dodatkowo dobrano dwóch krzepkich mężczyzn do niesienia, by się "kobity nie oberwały". Kryteria doboru były oczywiste. Do zastępu świętej wejdą tylko porządne i uczciwe kobiety, które świadectwem swojego życia, poświęceniem dla bliźniego oraz wykonywaną profesją, miały godnie reprezentować naszą Palestynę pełną piachu i betoniarek. Nie dało się oprzeć wrażeniu, że akurat z tymi Teresami sympatyzowała gosposia. Do orszaku weszła Teresa piekarzowa, która naszej Palestynie chleb zapewniała. Teresa bardzo pobożna gospodyni domowa, która miała piątkę odchowanych dzieci, i już się jej zaczynały wnuki. Teresa nauczycielka biologii. Teresa członkini rady parafialnej, odpowiedzialna za stan begonii i chryzantem przed kościołem, a także sezonowe zbiórki Caritasu. Teresa wdowa, która obiecała już nigdy powtórnie nie wyjść za mąż i nie kupować zdrapek koniczynek, bo połowa jej renty ulatywała wraz z każdym kolejnym listkiem, i Teresa, która pracowała "w mieście", poza Palestyną. Wiedziałam, że moja babcia dużo by dała, by tego dnia zmienić swoje dane personalne i zabrylować przy szklanej szkatule jako Teresa. Niestety, babcia okazała się tylko Teres szwaczką, bo dwa tygodnie przed przejęciem Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus z czarnej fury, Teresy przyszły do niej szyć garsonki, przerabiać żakiety, dosztukować materiał i przycinać spódnice.
Święta Teresa miała odwiedzić wiele miast. Na peregrynacyjnej mapie świetliły się takie punkty jak Warszawa czy Poznań. Były, co oczywiste, znaczące sanktuaria, miejsca objawień jak Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach i Jasna Góra z Paulinami. Jak nasza Palestyna przebiła się ze swoją ziemią upstrzoną w piach, betoniarki i świeżo zasadzone brzózki? Odpowiadano, że wcale nie jest to takie dziwne, skoro Jezus i Maryja ulubili sobie prostaczków i niepozorne ziemie skryte między gardłami wielkich miast.
Drewniana szkatuła z Teresą stanęła przed ołtarzem. Tam, gdzie stały wszystkie palestyńskie trumny. Ludzie ustawili się w niecierpliwym rządku przed świętą. Każdy miał przyklęknąć przy relikwiarzu i pocałować szklaną skorupę. Wyobrażałam sobie, że Święta Tereska siedzi z podkurczonymi nogami wewnątrz i skrobie paznokciem od środka. Albo, że zgięta w pół, parska ustami z bezczynności. Jednak, gdy była moja kolej, byłam pewna, że Święta Tereska leży prosto z pięknym bukietem czerwonych róż w splecionych dłoniach, a jej lico jest gładkie niczym ciało świecy. Podeszłam, oparłam swój ciężar na drżących kolanach. Położyłam dłoń na szkle i złożyłam pocałunek. Składałam go trochę dłużej niż inni. A to z kilku powodów. Oczywiście tym pierwszym było zaprezentowanie się przed świętą możliwie jak najgodniej, by przedłożyła moją sprawę Bogu, a ten rozpatrzył ją pozytywnie. Po drugie bardzo lubiłam, gdy koleżanki babci brały mnie po sumie w kółeczko i mówiły, że jestem naprawdę grzeczna, pobożna i pytały się, ile mam lat.
Poprosiłam Świętą Teresę, by rozwiązała polubownie sprawę z piątkiem i niedzielą, by pojawił się na niebie, ziemi lub w mej głowie kolejny znak, że to już koniec, że moim udziałem nie stanie się ogień piekielny, że nie będę czarnym skwarkiem gotującym się w kotle strzeżonym przez rozchichotane czerwone diaboły. Wyluzowany ksiądz od JOŁ mówił, że jeżeli prośba wypływa z głębi serca, to Pan Bóg przecież swoim dzieciom nie odmówi. Moja prośba z pewnością wypływała z głębi serca. Tylko, gdy starałam się sobie tę głębię wyobrazić, to widziałam podłużny szyb z białymi robakami, które zapadły mi w pamięć po obejrzeniu dokumentu przyrodniczego na Discovery.
Gdy szyba zrobiła się już matowa od pocałunków i odcisków palców, wiara wyszła przed kościół. Tam ustawiły się przekupy z taszami. Babcia kupiła mi i Karince po różańcu. Po dziesiątce. Koraliki przypominały maleńkie różyczki i tak też pachniały. Co chwilę przykładałyśmy je sobie do nosa. Pan sprzedawca mówił, że święcił je sam papież w Watykanie na specjalnej audiencji i że każda panienka powinna mieć taki. Obok stał stragan z książkami. Można było tam kupić życiorysy Świętej Tereski, biografie Jana Pawła II, Ojca Pio. Były tam też kolorowanki. Jedna podobała mi się szczególnie. Przedstawiała codzienne życie Świętej Tereski. Najpierw jak była mała, a potem w zakonie. Babcia nie była już skora do nadprogramowego zakupu, ale z pomocą przyszły jej przyjaciółki, które przekonywały, że takiej grzecznej dziewczynce aż żal nie kupić. Postanowiłam, że każdy obrazek będę malowała starannie i dołożę nawet cieniowanie. Wpadłam z kolorowanką jeszcze raz do kościoła upewnić się, czy Święta Tereska jest na swoim miejscu. Pomyślałam, że szklana kopuła, którą zalano relikwie, wygląda zupełnie jak ta, w której drętwiała Królewna Śnieżka.
Jeszcze raz podeszłam do relikwiarza, który stał w tym samym miejscu, gdzie wszystkie trumny palestyńskie, i zaczęłam się modlić: "Święta Teresko od Dzieciątka Jezus, święta dziewczyno, która znalazła miejsce w sercu Boga, która Bogu miła. Święta przeczysta, która, jak się dowiedziałam przed chwilą z kolorowanki, uwielbiała teatr, Święta Teresko, która zajechałaś do nas czarnym, błyszczącym wozem, by czynić cuda, która tak jak ja kiedyś miała stawiane bańki, a po nich na plecach tak jak mnie wykwitły szaroczerwone obręcze, proszę cię, niech niedziela będzie piątkiem".